-
Artykuły
Czytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać436 -
Artykuły
Nadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać8 -
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać16 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać13
Biblioteczka
Chyba nie czytałam wcześniej bardziej uroczej książki niż „Lalki ze świata umarłych”. Rzadko sięgam po mangi, ale ta naprawdę skradła moje serce. Choć niewielka gabarytowo i zawierająca stosunkowo mało treści, bardzo mnie wzruszyła.
Torasuke i Ushimatsu to malutkie demony, których rolą jest zabieranie ludzkich dusz w zaświaty. Oba maluchy są niewidoczne dla ludzkiego oka. Pewnego dnia jednak mężczyzna imieniem Soma zagaduje jednego z nich, prosząc o przysługę w pozbyciu się uporczywego ducha. W ten sposób rodzi się piękna przyjaźń.
Początkowo myślałam, że demony będą pełnić tło opowieści o Somie, a spełnienie jego prośby będzie rozwijało się przez całą historię. Cieszę się, że okazało się, że Torasuke i Ushimatsu to równie ważne postaci jak wspomniany wcześniej mężczyzna, a prośba o pozbycie się ducha to tylko jedna z wielu przysług, które chłopcy pomogli mu zrealizować.
Umiejętnie wpleciona w fabułę japońska mitologia nadaje smaku całości. Jako miłośniczka wszelkiego rodzaju mitów bardzo doceniam ten aspekt. Sposób przedstawienia zaświatów i przyjazne demony to bardzo ciekawy zabieg.
Mamy tutaj również motyw reinkarnacji i miłości. Na początku bardzo lekka fabuła nabiera nieco poważniejszych tonów, zahaczając również o motyw SA i ciąży. O dziwo wszystkie te wątki łączą się sprytnie w całość.
Pojawiają się postaci drugoplanowe, które są równie barwne jak główni bohaterowie i wzbudzają sympatię czytelnika, pomimo tego, że w tak niewielkiej książeczce autor nie mógł poświęcić im wiele miejsca.
Niesamowite jest to, jak bardzo można przywiązać się do bohaterów, kiedy ich cechy sprawiają, że szczerze się ich lubi. Aż żałuję, że ta historia była tak króciutka i czuję pewien niedosyt — w pozytywnym sensie.
Doceniam również rysunki, bo przecież w komiksach i mangach ma to ogromne znaczenie. Nie jestem znawcą, ale kreska była bardzo przyjemna dla oka.
Momentami miałam wrażenie, że historia jest nieco infantylna — ale może po prostu taka jest. Nie zmienia to jednak faktu, że to wartościowa historyjka, którą warto poznać.
Opisane są uniwersalne prawdy dotyczące każdego z nas — życie po śmierci, tęsknota, samotność, przyjaźń, a w końcu i miłość.
Zdecydowanie nie jest to książeczka dla dzieci, ze względu na poruszane tematy i wprowadzenie momentów grozy. Może i dalekich od horroru, ale jednak nieodpowiednich dla zbyt młodego czytelnika.
Myślę, że to nie moje ostatnie spotkanie z tego typu literaturą.
Chyba nie czytałam wcześniej bardziej uroczej książki niż „Lalki ze świata umarłych”. Rzadko sięgam po mangi, ale ta naprawdę skradła moje serce. Choć niewielka gabarytowo i zawierająca stosunkowo mało treści, bardzo mnie wzruszyła.
Torasuke i Ushimatsu to malutkie demony, których rolą jest zabieranie ludzkich dusz w zaświaty. Oba maluchy są niewidoczne dla ludzkiego oka....
Doszłam do wniosku, że chyba lubię dziwne książki. Ponadto utwierdziłam się w przekonaniu, że azjatyccy autorzy, niezależnie od gatunku, mają bardzo specyficzny styl, który od razu można rozpoznać.
Jednym z moich postanowień noworocznych było zapoznanie się z twórczością Murakamiego. Nie wiedząc, czego się spodziewać, postanowiłam zacząć od czegoś krótkiego i tak w moje ręce wpadło „Po zmierzchu”.
To krótka opowieść, którą bardziej trzeba poczuć niż zrozumieć. Akcja dzieje się w nocy, a jak wiemy, to moment, w którym czas płynie inaczej, dzieją się dziwne rzeczy. Nie wiadomo, gdzie jest granica między jawą a snem — i Murakami świetnie to pokazuje.
Gdybym miała opisać książkę jednym zdaniem, powiedziałabym, że to seria przypadkowych zdarzeń, które mogą odmienić życie.
Mamy tutaj do czynienia z bohaterami, którzy spotykają się przypadkowo, w środku nocy:
Mari — unikająca spania w domu studentka, czytająca ogromną książkę w całodobowej restauracji;
Takahashi — zagadujący ją muzyk z puzonem w futerale, zmierzający na próbę zespołu;
jego znajoma, właścicielka hotelu schadzek;
oraz chińska kobieta lekkich obyczajów.
Te przypadkowe postaci, które w ciągu dnia nie mogłyby nawiązać kontaktu, pod osłoną nocy stają się sobie w zaskakujący sposób bliskie.
Jest jeszcze tajemnicza siostra Mari — Eri, która ciągle śpi, oraz telewizor, który jest jakby portalem między dwoma stanami.
Z czasem zaczęłam się zastanawiać, czy siostry nie są jedną osobą, ale w dwóch stanach emocjonalnych — dwiema wersjami jednej osoby.
Świetnym uzupełnieniem fabuły jest muzyka, która buduje klimat książki. Co jakiś czas bohaterowie wspominają o utworach będących tłem miejsc, w których się znajdują. Są to głównie utwory jazzowe i bluesowe — polecam włączać je podczas czytania, bo robi to niesamowity nastrój.
Bardzo ciekawy jest również sposób narracji — krótki, zwięzły, przypominający trochę uwagi reżysera do poszczególnych scen filmu.
Rysunki zegarów w każdym rozdziale pomagają czytelnikowi poczuć rytm nocy i pamiętać, że wszystko kończy się o świcie.
Murakami nie podaje odpowiedzi na tacy, a książka jest bardzo niejednoznaczna. Musimy się domyślać, zastanawiać, co autor chce nam przekazać — dla jednych będzie to zaletą, dla innych wadą.
Choć zakończyłam książkę z niedosytem i dezorientacją, po chwili zaczęłam łączyć kropki i wymyślać różne możliwe scenariusze, które mogłyby być prawdziwe.
To książka bardziej o emocjach niż fabule — o samotności, zagubieniu i przypadkowych spotkaniach, które mogą nas czegoś nauczyć.
To propozycja dla tych, którzy lubią niedopowiedzenia i historie pozostawiające więcej pytań niż odpowiedzi.
Murakamiego bardziej się czuje niż rozumie — trochę jak w impresjonizmie. Klimat jest ważniejszy od logiki.
Ja zdecydowanie sięgnę w przyszłości po więcej książek autora, ale nie jest to typ literatury, który będę w stanie „łykać” jedną książkę po drugiej.
Doszłam do wniosku, że chyba lubię dziwne książki. Ponadto utwierdziłam się w przekonaniu, że azjatyccy autorzy, niezależnie od gatunku, mają bardzo specyficzny styl, który od razu można rozpoznać.
Jednym z moich postanowień noworocznych było zapoznanie się z twórczością Murakamiego. Nie wiedząc, czego się spodziewać, postanowiłam zacząć od czegoś krótkiego i tak w moje...
[Współpraca z wydawnictwem Relacja]
Muszę przyznać, że dość rzadko sięgam po komedie. Zupełnie nie wiem dlaczego, bo przecież lubię się śmiać i doceniam różne rodzaje humoru — a już szczególnie ten suchy. Tym bardziej cieszę się, że sięgnęłam po „Bubkę”. Spędziłam z nią kilka naprawdę przyjemnych wieczorów.
To niepozorna książka, która pod warstwą absurdu kryje coś znacznie więcej — opowieść o samotności, akceptacji i próbie odnalezienia siebie.
Bubka to bohaterka, którą trudno jednoznacznie określić. Z jednej strony wydaje się zupełnie bezbarwna, zepchnięta gdzieś na margines, z drugiej — ma w sobie coś wyraźnego i zapadającego w pamięć. Wychowywana przez ojca, który kiedyś był rekinem biznesu i prowadził park rozrywki, a dziś jest zadłużonym alkoholikiem, od zawsze funkcjonowała trochę obok innych. Jej wygląd i wrodzone niedoskonałości tylko pogłębiają to poczucie wykluczenia.
Jej codzienność jest dość osobliwa — praca w budce z kurczakami prowadzonej przez ciotkę, włosy przesiąknięte zapachem grilla, który przyprawia ją o mdłości, stary dziwak mieszkający przy lesie i wąż, będący jej jedynym prawdziwym towarzyszem.
Wszystko zaczyna się zmieniać, gdy w jej życiu następuje nagromadzenie niefortunnych zdarzeń — napad w pracy, utrata węża i śmierć ojca. To właśnie wtedy Bubka postanawia spróbować coś zmienić. Kupuje kurs coachingowy „Potęga zwierzęcego świata” i zaczyna realizować zawarte w nim zadania.
Kiedy nie udaje jej się ukończyć drugiego z pięciu etapów, na jej progu pojawia się Dorian — twórca tego osobliwego szkolenia. Od tego momentu historia zaczyna nabierać jeszcze bardziej dziwacznego, momentami wręcz absurdalnego tempa.
I to właśnie tutaj ta opowieść zaczyna robić się naprawdę ciekawa.
Książkę czytało się bardzo lekko i mimo niedoskonałości głównej bohaterki, dało się ją polubić. Postacie drugoplanowe stanowią świetne tło tej historii — są równie dziwne i nieoczywiste jak sama Bubka.
Autorka ma lekki i przyjemny styl, który już od pierwszych stron wciąga czytelnika. Nie ukrywam jednak, że dość problematyczny był dla mnie brak typowych rozdziałów. Poszczególne części oddzielone były jedynie gwiazdkami, co momentami wybijało mnie z rytmu czytania.
Na uwagę zasługuje również sposób, w jaki został tu przedstawiony coaching. Można odnieść wrażenie, że autorka celowo obnaża jego powierzchowność i pokazuje, jak łatwo można dać się zwieść pozornie „motywacyjnym” treściom.
Ciekawym zabiegiem było także wprowadzenie fragmentów z perspektywy węża, który po trafieniu w ręce Łysego tęsknił za Bubką.
Podsumowując, podobało mi się, że autorka starała się pokazać, iż każda przemiana zaczyna się od środka i od chęci, a jednocześnie jest to trudny i wymagający pracy proces.
Jednocześnie Bubka nie została przedstawiona jako kryształowa postać bez wad. Choć jedną z ważniejszych jej przywar autorka ujawnia dopiero dość późno w fabule.
Cieszę się, że po nią sięgnęłam — to była naprawdę przyjemna, choć momentami dziwna przygoda. Nabrałam ochoty na nadrobienie poprzedniej powieści autorki.
[Współpraca z wydawnictwem Relacja]
Muszę przyznać, że dość rzadko sięgam po komedie. Zupełnie nie wiem dlaczego, bo przecież lubię się śmiać i doceniam różne rodzaje humoru — a już szczególnie ten suchy. Tym bardziej cieszę się, że sięgnęłam po „Bubkę”. Spędziłam z nią kilka naprawdę przyjemnych wieczorów.
To niepozorna książka, która pod warstwą absurdu kryje coś...
Do "Daisy Jones & The Six" zabierałam się już jakiś czas temu. Nie było natychmiastowej miłości i finalnie porzuciłam czytanie, z myślą, że kiedyś do niej wrócę. Na pomoc przyszedł mi klub książki, bo to właśnie nasza marcowa lektura. Czy tym razem było łatwiej? Minimalnie, ale udało mi się skończyć.
To nie jest tak, że uważam, że to zła książka. Fabuła jest ciekawa — tym bardziej, że dotyka tematów, które mnie interesują. Bardzo lubię oglądać lub czytać biografie muzyków.
"Daisy Jones & The Six" ma po prostu bardzo specyficzną formę — to transkrypcja wywiadów, bez klasycznej narracji. I to nie są typowe wywiady, nie mamy tej części, w której zadawane są pytania. To wypowiedzi członków zespołu. Zupełnie jak w filmie dokumentalnym.
Dla części osób to jest super dynamiczne, bo trzeba przyznać, że to genialny pomysł, z którym nie spotkałam się nigdy wcześniej.
Dla mnie jednak sposób narracji powodował trudność z ogarnięciem bohaterów drugoplanowych — przynajmniej na początku. Miałam wrażenie chaosu i długo nie mogłam emocjonalnie „wejść” w historię.
Choć normalnie nie lubię audiobooków, wydaje mi się, że akurat ta książka byłaby idealna w tej formie. A jak na złość, audiobook dotychczas nie powstał.
Pierwsza połowa była dla mnie trudna przez formę, a dopiero później historia zaczęła działać.
Na początku dowiadujemy się, jak powstawał zespół — poznajemy okoliczności nagrywania płyty i początki sławy.
W następnej części zaczyna się właściwie droga do rozpadu — historia przestaje być tylko o zespole, a zaczyna być bardziej o uzależnieniach, ego i relacjach.
Z czasem wciągnęłam się w fabułę, ale uświadomiłam sobie, że forma ma dla mnie ogromne znaczenie.
Główni bohaterowie są wyraziści, mają mnóstwo problemów osobistych, które wydają się realne, biorąc pod uwagę czas — lata 70. XX wieku oraz okoliczności, w których się znajdowali.
Niestety są mocno skrzywdzeni przez los, co mocno odbija się na ich charakterach. Są zadufani w sobie, problematyczni i bezkompromisowi. Dzięki temu są realni, ale jednocześnie ciężko ich polubić. Przynajmniej ja miałam z tym trudności.
Bohaterowie drugoplanowi świetnie uzupełniają tło fabularne. Początkowo miałam trudności z rozróżnieniem członków zespołu i relacji między nimi. Natomiast osoby spoza — producenci i menadżerowie — dość długo mieszały mi się w głowie.
Na uwagę zasługuje fakt, że na podstawie książki powstał świetny serial o tym samym tytule, który dość wiernie oddaje fabułę. Jest świetnie wystylizowany, a producenci wydali płytę pod nazwą zespołu, której możecie posłuchać na platformach muzycznych.
Do "Daisy Jones & The Six" zabierałam się już jakiś czas temu. Nie było natychmiastowej miłości i finalnie porzuciłam czytanie, z myślą, że kiedyś do niej wrócę. Na pomoc przyszedł mi klub książki, bo to właśnie nasza marcowa lektura. Czy tym razem było łatwiej? Minimalnie, ale udało mi się skończyć.
To nie jest tak, że uważam, że to zła książka. Fabuła jest ciekawa — tym...
Zdarza mi się czasami kupować książki ze względu na piękną okładkę. Właśnie w taki sposób „Pudełko pełne starych spraw” trafiło do mojej biblioteczki. Zupełnie nie wiedziałam, czego spodziewać się po tej lekturze.
To, co finalnie otrzymałam, było lekkie i przyjemne. Ot, zwykła obyczajówka z wątkiem romantycznym i szczyptą magii.
Olga to rozwódka w okolicach czterdziestki. Właśnie straciła pracę i wprowadziła się do babci, która radzi sobie równie źle jak ona. Mnóstwo długów, zagracony dom i pomoc społeczna to za wiele jak na starszą panią. Okazuje się jednak, że nawet Olga niewiele jest w stanie pomóc.
Kiedy kobieta prosi o radę znajomą, ta zamiast prostego rozwiązania lub chociaż namiarów na jakąkolwiek pracę daje jej wizytówkę wróżki...
Sceptycznie nastawiona Olga wybiera się do kobiety po wskazówki. Nie uzyskuje zbyt jasnych odpowiedzi. Dowiaduje się jedynie, że klucz do wszystkiego znajduje się na Kaszubach.
Choć zwykle twardo stąpa po ziemi, postanawia pójść za głosem serca i pojechać na dwa tygodnie do mieszkającej i prowadzącej tam pensjonat przyjaciółki.
Oldze przyjdzie mierzyć się z trudnościami, jakie oferuje wieś, z demonami przeszłości, a także z własnym sercem, które zacznie bić nieco szybciej na widok pewnego dostawcy warzyw.
Książka napisana jest bardzo prostym językiem, a styl autorki jest lekki. Bohaterowie wykreowani są w ciepły i bardzo ludzki sposób. Dają się lubić, a ich problemy wydają się realne i bliskie codziennemu życiu.
Prawdziwie zostaje ukazana wiejska społeczność, która żyje życiem swoich sąsiadów i chętnie wściubia nos w nieswoje sprawy.
Jest to debiut autorki – na tyle przyjemny, że jestem ciekawa jej dalszych poczynań. Obyczajówki mają to do siebie, że nie wymagają od czytelnika zbyt wielkiej uwagi, mają raczej odciągnąć myśli od codzienności i pomóc wypocząć zmęczonej głowie. Ta książka zdecydowanie nadaje się do takiego popołudniowego relaksu.
Bardzo podoba mi się też, że autorka w podziękowaniach informuje czytelnika, że do napisania tej historii skłoniła ją rodzinna legenda o prababce, która uciekła z taborem cyganów. To drobny szczegół, ale nadaje tej opowieści dodatkowego smaczku.
Ciekawa jestem, ile takich niezwykłych historii kryje się jeszcze w rodzinnych opowieściach każdego z nas. Rodzinne legendy potrafią być naprawdę niezwykłą inspiracją. Czasem wystarczy jedna legenda, by powstała cała opowieść.
Zdarza mi się czasami kupować książki ze względu na piękną okładkę. Właśnie w taki sposób „Pudełko pełne starych spraw” trafiło do mojej biblioteczki. Zupełnie nie wiedziałam, czego spodziewać się po tej lekturze.
To, co finalnie otrzymałam, było lekkie i przyjemne. Ot, zwykła obyczajówka z wątkiem romantycznym i szczyptą magii.
Olga to rozwódka w okolicach czterdziestki....
[Współpraca z wydawnictwem Mięta]
Czytaliście kiedyś książkę, w której jednym z głównych bohaterów jest centaur? Ja do tej pory również nie.
„Stalowe skrzydła” to magiczna historia o wyjątkowej przyjaźni między człowiekiem a istotą nadprzyrodzoną, niewolnikiem i córką pana.
Karhu, jeszcze jako źrebię, został pozbawiony wolności przez okrutnego hrabiego, który poza porwaniem go, odebrał życie całej jego rodzinie. Przez wiele lat był zmuszany do służby, a mimo wszystko udało mu się nawiązać relację z córką swojego dręczyciela.
Edlynne, pomimo wysokiego urodzenia, cały czas czuje się niewidzialna. Nękają ją duchy przeszłości, a okrutny ojciec obiecał jej rękę okropnemu człowiekowi.
Któregoś dnia ta dwójka dostaje od losu szansę na ucieczkę. Niestety podróż nie jest łatwa i czyha na nich mnóstwo niebezpieczeństw. Światem rządzi nienawiść między gatunkiem ludzkim a istotami nadprzyrodzonymi, a Karhu i Edlynne przyciągają uwagę.
Historia utrzymana jest w bardzo mrocznym klimacie. Szarość wręcz wylewa się ze stron powieści. Autorka w celu zbudowania atmosfery poświęca sporo czasu na opisy otoczenia. Niestety taki styl, oparty na rozbudowanych opisach i wolnym tempie narracji, nie do końca współgra z moimi czytelniczymi preferencjami.
Początkowo czytałam je w całości, później zaczęły mnie nużyć, aż w końcu zaczęłam je po prostu pomijać.
Myślę jednak, że czytelnicy ceniący spokojne budowanie świata i szczegółowe opisy odnajdą w tej historii więcej niż ja.
Podoba mi się natomiast, że autorka stworzyła intrygujący świat i odważnie postawiła w centrum historii postać centaura, co nadaje opowieści oryginalności.
Po ucieczce akcja nabiera nieco tempa, choć autorka konsekwentnie opiera narrację na opisach i budowaniu świata przedstawionego. Z jednej strony jest to zrozumiałe, biorąc pod uwagę złożoność praw rządzących fantastyką.
Z czasem zaczęłam doceniać relację głównych bohaterów. Połączyła ich czysta przyjaźń. Oboje są skłonni do poświęceń wobec siebie, co nadaje tej historii szlachetnego wymiaru.
Zakładam, że to jeszcze nie koniec historii Karhu i Edlynne, ponieważ książka kończy się w momencie, gdy docierają do celu, a nie wszystkie rozpoczęte wątki zostają zamknięte.
"Stalowe skrzydła” to mroczna, klimatyczna opowieść o wolności i uprzedzeniach, która przypadnie do gustu czytelnikom cierpliwym, lubiącym powolne budowanie świata.
Ja mimo wszystko czekam na ciąg dalszy.
[Współpraca z wydawnictwem Mięta]
Czytaliście kiedyś książkę, w której jednym z głównych bohaterów jest centaur? Ja do tej pory również nie.
„Stalowe skrzydła” to magiczna historia o wyjątkowej przyjaźni między człowiekiem a istotą nadprzyrodzoną, niewolnikiem i córką pana.
Karhu, jeszcze jako źrebię, został pozbawiony wolności przez okrutnego hrabiego, który poza...
"Pokaż samej sobie, że potrafisz iść własną ścieżką. Bez niczyjej łaski, bez zlitowania."
— Andrzej Ziemiański, Achaja. Tom I
Bardzo trudno ocenić książkę, która jest biografią. W końcu opisuje czyjeś życie, a nie literacką fikcję. Autobiografie są jeszcze bardziej wymagające — bardziej osobiste, pozbawione narratora z zewnątrz. To opowieść płynąca prosto z głębi, szczera i intymna.
"Unorthodox" Deborah Feldman to historia Żydówki — chasydki wychowującej się w Williamsburgu w Stanach Zjednoczonych. To opowieść samej autorki, a wszystkie opisane wydarzenia miały miejsce naprawdę, choć — jak sama pisze — „niektóre zostały skrócone, skondensowane lub przedstawione w zmienionej kolejności, by zachować płynność narracji”.
To wstrząsająca relacja osoby dorastającej w tak radykalnej społeczności religijnej, że aż trudno mi pojąć, jak ktokolwiek może w niej pozostać. A jednocześnie zdaję sobie sprawę, że jej opuszczenie jest niemal niemożliwe.
Uderzające jest to, że ortodoksyjne środowisko, które postrzega siebie jako niezwykle oddane Bogu, dopuszcza się czynów tak poważnych jak maskowanie przestępstw.
Mocno poruszył mnie fragment, w którym autorka wspomina, że według Żydów z jej otoczenia „dobry rabin to taki, który potrafi znaleźć heter — luki w przepisach pozwalające na pewną elastyczność”. Trudno mi pogodzić ślepe podążanie za prawem z jednoczesnym szukaniem sposobów jego obejścia.
Choć o niektórych praktykach wiedziałam wcześniej, nie spodziewałam się, że właśnie tym w dużej mierze zajmują się rabini.
Uderzające jest również to, że większość obostrzeń dotyczy kobiet. To one muszą zakrywać włosy — a w społeczności Deborah wręcz je golić — zakrywać każdy centymetr ciała i znosić poniżenie związane z kobiecą fizjologią. Podobne mechanizmy dotykają kobiet nie tylko wśród chasydów, lecz także w wielu innych radykalnych wspólnotach religijnych.
Szczególnie zapadł mi w pamięć cytat z historii opowiadanej dziewczynkom przez nauczycielkę:
„Rachela, żona Akiwy, była (…) kobietą wyjątkowo skromną, do tego stopnia (…) że kiedyś, gdy wiatr podrywał jej spódnicę, odsłaniając kolana, przypięła jej rąbek do łydki, wbijając szpilkę w ciało”.
Bohaterka od początku czuła, że nie pasuje do świata, który ją otacza. Choć jako mała dziewczynka żyje zgodnie z zasadami, pozwala sobie na drobne akty buntu, które z czasem nabierają siły.
Chce być panią własnego losu. Wie, że stać ją na więcej niż ślepe podążanie za wytycznymi rabina i sprowadzenie swojej roli wyłącznie do rodzenia dzieci. „Pożądam władzy, ale nie po to, by dyrygować innymi — chcę być panią samej siebie.”
To pewnego rodzaju feministyczny manifest, który — choć nie zmienił losu wszystkich kobiet w tej społeczności — ocalił ją samą.
Książkę czytało mi się bardzo dobrze, choć nie jest to łatwa lektura. Nie da się przeczytać jej jednym tchem. Rozdziały są dość długie, co momentami utrudnia odbiór.
Autorka skupia się głównie na dzieciństwie i okresie dojrzewania. Jej refleksje są rozwijane powoli — co z jednej strony może nużyć, z drugiej jednak świetnie oddaje proces dojrzewania do buntu i pokazuje, jak wcześnie zaczęły pojawiać się w niej „rebelianckie” myśli.
Mam jednak wrażenie, że końcówka została potraktowana zbyt skrótowo. Liczyłam na to, że autorka poświęci więcej miejsca życiu po ucieczce. Przecież rozpoczęcie wszystkiego od nowa wcale nie musiało być łatwe.
Zachowałam kilka cytatów, które szczególnie mnie poruszyły, i na pewno wykorzystam je podczas spotkania Klubu Książki — to właśnie dzięki niemu sięgnęłam po tę pozycję.
Jeśli mieliście okazję obejrzeć netflixową adaptację pod tym samym tytułem, warto pamiętać, że serial znacząco różni się od książki i jest raczej swobodną inspiracją niż wiernym odwzorowaniem. Mimo to również zasługuje na uwagę
"Pokaż samej sobie, że potrafisz iść własną ścieżką. Bez niczyjej łaski, bez zlitowania."
— Andrzej Ziemiański, Achaja. Tom I
Bardzo trudno ocenić książkę, która jest biografią. W końcu opisuje czyjeś życie, a nie literacką fikcję. Autobiografie są jeszcze bardziej wymagające — bardziej osobiste, pozbawione narratora z zewnątrz. To opowieść płynąca prosto z głębi, szczera...
[Współpraca z wydawnictwem Znak Literanova]
Nie pamiętam już kiedy ostatnio zdarzyło mi się przeczytać książkę na jednym oddechu. A to chyba najlepsza recenzja, jaką czytelnik może dać powieści. Niezwykłe jest to uczucie, kiedy historia wciąga Cię w swoje strony do tego stopnia, że nie możesz się od niej oderwać choćby na chwilę.
Czytając miałam wrażenie, że oglądam koreańską dramę, a te są mi ostatnimi czasy dość bliskie. Polubiłam ich klimat i oglądam z wielką przyjemnością. Zdziwiło mnie, czytając recenzje, że ktoś odczuwając podobnie uznał to za wadę tej historii. Dla mnie była to ogromna wartość dodana.
"Koreańskie legendy głoszą, że Śmierć przychodzi po nas pod postacią ukochanej osoby, którą straciliśmy". Dlatego kiedy Hee-wan zobaczyła Nam-u, wiedziała, że nie zostało jej wiele czasu.
Nie rozpacza jednak, cieszy się z ponownego spotkania. Minęło bowiem sześć lat odkąd chłopak zginął w wypadku. Mają tylko kilka dni, żeby nadrobić stracony czas.
Książka podzielona jest na kilka części, a każda z nich jest pierwszoosobową opowieścią innego z bohaterów i to nie tylko Hee-wan i Nam-u, ale również ich najbliższych.
Pierwsza część, z perspektywy dziewczyny w moim odczuciu różni się od pozostałych. Pisana jest w dwóch liniach czasowych – w momencie ponownego spotkania oraz w przeszłości – od najmłodszych lat dziewczyny. Ponadto różni ją też bezpośredni zwrot do utraconego przyjaciela. Jest to dość poetycka narracja i początkowo trudno było mi się do niej przyzwyczaić.
Kiedy już jednak mi się to udało, nie mogłam oderwać się od tej pięknej historii, opowiadającej o stracie, żałobie, miłości ale także drugich szansach. Z jednej strony łamie serce, a z drugiej daje nadzieję i pokrzepia.
W pewnym momencie zorientowałam się, że to bardzo mocny kandydat do tytułu najlepszej książki, jaką przeczytam w tym roku.
Pozostałe części nie są już tak poetyckie i pisane są już w formie wspomnień, bez dwóch linii czasowych.
Książka zawiera wątek fantastyczny. Śmierć pod postacią najbliższej osoby jako przewodnika, rozmawiające ze sobą dusze to tylko część tego, co można znaleźć w tej pięknej historii.
Bohaterowie są autentyczni, mierzą się z różnymi bolączkami, z którymi mogą utożsamiać się czytelnicy. Styl autorki zmienia się w trakcie — początek jest bardziej liryczny, później narracja staje się prostsza i bardziej bezpośrednia.
Ciężko uwierzyć, że to debiut autorki, a jak sama twierdzi, jest jeszcze dużo historii do opowiedzenia w tym uniwersum. Mam nadzieję, że dotrzyma słowa i rzeczywiście poznamy historie, które działy się przed tymi zawartymi w "Tydzień zanim umrę".
W książce pojawiają się trudne tematy, takie jak śmierć, żałoba, myśli samobójcze, próby samobójcze oraz samobójstwo. Jeśli jesteście aktualnie w trudniejszym czasie, ta historia może Was mocno poruszyć — warto mieć to na uwadze przed lekturą.
To książka dla tych, którzy lubią się wzruszać, cenią sobie historie, które skłaniają do przemyśleń, a nutkę fantastyki potraktują jak wisienkę na torcie.
[Współpraca z wydawnictwem Znak Literanova]
Nie pamiętam już kiedy ostatnio zdarzyło mi się przeczytać książkę na jednym oddechu. A to chyba najlepsza recenzja, jaką czytelnik może dać powieści. Niezwykłe jest to uczucie, kiedy historia wciąga Cię w swoje strony do tego stopnia, że nie możesz się od niej oderwać choćby na chwilę.
Czytając miałam wrażenie, że oglądam...
[Współpraca z wydawnictwem Znak]
"Czy to nie absurdalne, że wspomnienia o dobrych czasach o wiele częściej doprowadzają do łez niż wspomnienia o tych złych?"
- Walter Moers, Miasto Śniących Książek
Jakie ważne jest, żeby żyć pełną piersią. Budować wspomnienia, które z czasem będziemy przywoływać z zakamarków pamięci. Doświadczać i smakować codzienność — a nie tylko przetrwać z dnia na dzień. To nie lada przywilej, z którego warto korzystać i brać od życia pełnymi garściami.
"Pamięć drzewa” to książka dotykająca tematu wspomnień i tego, jak ulotne potrafią być chwile. Tego, jak często bierzemy za pewnik to, co dobre w naszym życiu — i jak późno zaczynamy to doceniać.
Jan to kilkuletni chłopiec, którego życie z dnia na dzień się zmienia. Początkowo wydaje się, że to dobra zmiana — na stałe wprowadzają się do jego domu ukochani dziadkowie. Dlaczego jednak wygląda na to, że chłopiec jest jedynym, który cieszy się z tej sytuacji?
Smutne spojrzenia dorosłych martwią go. Zastanawia się, co przed nim ukrywają, a jednocześnie cieszy się z nowej codzienności.
Pięknie opisana zostaje relacja chłopca z dziadkiem: wspólne drogi do szkoły, odbieranie go z niej z lunchem, snucie historii i nauka uważności.
Książka porównywana jest do "Oskara i Pani Róży" oraz "Całego tego błękitu" i porównania te są całkiem trafne. Podobnie jak tamte tytuły, opowiada o tym, jak kruche potrafią być dobre chwile — i jak bardzo potrafią boleć, kiedy stają się już tylko wspomnieniem.
Powieść napisana jest z perspektywy dziecka, co jest niezwykle ciekawe i jednocześnie dość rzadkie. Krótkie, zwięzłe rozdziały to coś, za czym normalnie nie przepadam, ale tutaj mają sens: oddają sposób myślenia dziecka. Są jak urywki codzienności — nie do końca chronologiczne, ale prawdziwe.
Autorka posługuje się prostym językiem, dzięki czemu książkę czyta się niezwykle szybko. Krótkie rozdziały nadają powieści dynamikę i tempo, a jednocześnie nie odbierają jej treści ani emocjonalnej głębi.
Ta historia wywołała we mnie taki rodzaj smutku, który nie przytłacza, tylko zostaje gdzieś w środku na długo. Czytałam ją szybko, ale co chwilę musiałam się zatrzymać, bo trafiała w bardzo wrażliwe miejsca.
To nie jest książka dla osób, które szukają lekkiej, czysto rozrywkowej historii. Poleciłabym ją każdemu, kto lubi książki o relacjach rodzinnych, dziecięcej wrażliwości i o tym, jak bardzo kruche potrafią być dobre chwile.
To nie jest książka, którą się tylko czyta. To książka, którą się czuje — gdzieś między wierszami.
[Współpraca z wydawnictwem Znak]
"Czy to nie absurdalne, że wspomnienia o dobrych czasach o wiele częściej doprowadzają do łez niż wspomnienia o tych złych?"
- Walter Moers, Miasto Śniących Książek
Jakie ważne jest, żeby żyć pełną piersią. Budować wspomnienia, które z czasem będziemy przywoływać z zakamarków pamięci. Doświadczać i smakować codzienność — a nie tylko...
[Współpraca z wydawnictwem Replika]
Jest w tym coś pięknego, że prawie każda miejscowość w Polsce ma swoje własne historie i legendy. Szkoda tylko, że tak często zostają one zamknięte w lokalnym kręgu i nie idą dalej w świat.
Najpopularniejsze są oczywiście te dotyczące stolicy i miast, które kiedyś nią były, a przecież niemalże każde miasteczko ma ich przynajmniej kilka.
Agnieszka Kulbat postanowiła zadbać o to, aby jej lokalne legendy ujrzały światło dzienne, za pomocą drugiej części serii "Dziedzictwo Stróża Nawii". Jak na autorkę fantastyki przystało, nie zrobiła tego w oczywisty sposób. Postanowiła ubarwić historię w taki sposób, aby czytelnik musiał zastanowić się, co było prawdą, co legendą, a co wyobraźnią autorki.
W "Woli Żmija" poznajemy dalsze losy bliskich nam już bohaterów: Wojmira, Stefy, Żywii... i Radzanowej.
Ta niecodzienna gromadka wędruje tym razem do Piotrkowa, w którym już od samego początku dzieją się dziwy. Zaraz po przekroczeniu granic miasta nasi bohaterowie stają się świadkami niecodziennego wydarzenia – mianowicie pojmania przez mieszkańców diabła. Na domiar złego osądzona za konszachty z nim zostaje żona mężczyzny, który pomógł im dostać się do miasta. I tak poza problemami w zaświatach Wojmir zostaje wplątany w lokalne zamieszki, które z czasem pokazują, że kryje się za nimi coś znacznie poważniejszego.
Każdy z naszych bohaterów odkrywa coś ważnego dla siebie. Ich więź się umacnia, a czytelnik ma możliwość lepszego poznania ich charakterów.
Autorka posługuje się prostym językiem, ale potrafi zaangażować czytelnika. Postaci stworzone przez nią są wielowymiarowe i szybko zyskują przychylność czytelnika.
Nie ukrywam jednak, że w tę część historii zaangażowałam się nieco mniej niż w pierwszą. Może wynikać to z nieco bardziej rozbudowanych wątków, które nie dotyczyły bezpośrednio naszych bohaterów, i ciężko było mi się przestawić na taki tok fabuły.
Nie zmienia to jednak faktu, że historia Żmijowego Syna jest nadal niezmiernie angażująca.
Cieszę się, że powstanie następny tom, którego miejscem akcji będzie Kraków.
Ponownie na uznanie zasługuje umiejętne łączenie wątków pogaństwa z chrześcijaństwem, dzięki czemu łatwiej można sobie wyobrazić, jak wyglądało zderzenie tych dwóch wierzeń w przeszłości. Choć zdaję sobie sprawę, że autorka skupia się bardziej na swoich wyobrażeniach niż stricte faktach historycznych.
"Wola Żmija" to kontynuacja, która rozwija świat i bohaterów, jednocześnie mocniej rozbudowując tło wydarzeń i lokalne konflikty. Mimo że tym razem nie wciągnęła mnie aż tak jak pierwszy tom, nadal uważam tę serię za bardzo wartościową i wyróżniającą się na tle słowiańskiej fantastyki. Z przyjemnością sięgnę po kolejny tom i jestem ciekawa, jak autorka poprowadzi tę historię w krakowskich realiach.
[Współpraca z wydawnictwem Replika]
Jest w tym coś pięknego, że prawie każda miejscowość w Polsce ma swoje własne historie i legendy. Szkoda tylko, że tak często zostają one zamknięte w lokalnym kręgu i nie idą dalej w świat.
Najpopularniejsze są oczywiście te dotyczące stolicy i miast, które kiedyś nią były, a przecież niemalże każde miasteczko ma ich przynajmniej...
[Współpraca z wydawnictwem Replika]
Nie ma nic lepszego niż rozpoczęcie roku od naprawdę dobrej fantastyki. A takie właśnie jest „Wezwanie Żmija”. Trzyma w napięciu, wciąga od pierwszych stron i bardzo szybko pozwala zanurzyć się w wykreowanym świecie.
Wojmir prowadzi bardzo poukładane życie — niezwykłe, ale jednak uporządkowane. Na co dzień odprowadza zbłąkane dusze nad brzeg Rzeki Zapomnienia, płynącej pod same bramy Nawii. Widzi duchy, potrafi rozmawiać z demonami…a wszystko dlatego, że jest synem Żmija, pana Zaświatów.
Jego codzienność wywraca do góry nogami Żywia — piękna Strzyga, która wplątuje go w swoje sprawy. Razem wyruszają w kierunku średniowiecznego Poznania. Na ich drodze staje również Szeptucha Stefa, którą ratują z opresji.
Ta niespotykana trójka trafia w sam środek ogromnego chaosu ogarniającego miasto. Tajemnicze samobójstwa wydają się niezwykle podejrzane, a ich liczba i okoliczności jasno wskazują, że nie jest to zwykły zbieg wydarzeń. Czy Wojmir ma z nimi coś wspólnego? Czy jako syn pana Zaświatów jest w stanie zapobiec nadchodzącej katastrofie?
Agnieszka Kulbat zbudowała niesamowity świat, a fabuła wciąga bez reszty od momentu, gdy tylko przekroczy się jego próg. Uważam, że osadzenie akcji w średniowieczu dodaje historii wyjątkowego smaku — zwłaszcza że do tej pory czytałam wyłącznie współcześnie osadzone opowieści ze słowiańskimi motywami. Niezwykle ciekawe było zetknięcie się z książką, w której stosunkowo nowy chrześcijanizm ściera się z pogańskimi wierzeniami.
Podczas lektury nie mogłam pozbyć się wrażenia, że ten świat jest mi dziwnie znajomy. Chwilami byłam wręcz pewna, że w poprzednim życiu sama byłam szeptuchą — tak naturalnie odnalazłam się w tej historii, wierzeniach i klimacie.
Autorka stworzyła bohaterów, których naprawdę da się lubić i którym nie sposób nie kibicować. Choć są postaciami fantastycznymi, pozostają bardzo ludzcy — ich emocje są autentyczne i wręcz wyczuwalne między kartami powieści.
Średniowieczny Poznań i okoliczne wsie stanowią niezwykle ciekawe tło dla wydarzeń. Szczególnie spodobało mi się delikatne wtrącanie słowa „tej” do dialogów, które nadaje im naturalności, swojskości i dodatkowo podkreśla realia epoki.
Bardzo się cieszę, że przede mną jeszcze drugi tom. Nie byłam gotowa rozstawać się z bohaterami — zdążyłam się z nimi związać i naprawdę zaangażować w ich losy.
Styl autorki jest lekki, przyjemny, a momentami wprowadza subtelną nutkę humoru, dzięki czemu przez fabułę niemal się płynie. Tempo akcji jest zróżnicowane, ale nie ma tu miejsca na nudę.
Gdyby tego wszystkiego było mało, wydanie książki jest po prostu przepiękne. Projekt okładki oraz barwione brzegi doskonale oddają niesamowitość tej historii.
[Współpraca z wydawnictwem Replika]
Nie ma nic lepszego niż rozpoczęcie roku od naprawdę dobrej fantastyki. A takie właśnie jest „Wezwanie Żmija”. Trzyma w napięciu, wciąga od pierwszych stron i bardzo szybko pozwala zanurzyć się w wykreowanym świecie.
Wojmir prowadzi bardzo poukładane życie — niezwykłe, ale jednak uporządkowane. Na co dzień odprowadza zbłąkane dusze nad...
Wierzycie w magię i moce nadprzyrodzone?
Ewa Wrzosówka też w nie nie wierzyła, dopóki na jej drodze nie stanął najprawdziwszy diabeł, a Nekomata pod postacią uroczego kota nie próbował jej opętać.
Jedno jest pewne: po tej lekturze dwa razy się zastanowicie, zanim uwierzycie, że kot to tylko kot!
"Zatracenie" to drugi tom serii "Ewa i Adam" autorstwa Katarzyny Bereniki Miszczuk.
Remont owianego złą sławą pensjonatu powoli dobiega końca. Ewa martwi się jednak, że duch Mnicha Sato, który w latach pięćdziesiątych mieszkał w Mnichówce, wciąż przemierza jego korytarze. Postanawia zatem zamówić tablicę Ouija, żeby rozmówić się z jegomościem.
Wydaje się, że wszystko przebiega zgodnie z planem... dopóki Pan Lucjan – wykonawca tablicy nie znika z dnia na dzień, w ogrodzie Ewy wyrasta tajemniczy grzybowy krąg, a okoliczni mieszkańcy podszeptują, że Ewa nie jest tym za kogo się podaje.
Jak zwykle mamy tutaj niesamowitą dawkę słowiańskości, która w tej serii miesza się z japońskimi wierzeniami. Ta wybuchowa mieszanka zaskakująco eksploduje nowymi powiązaniami, które dla wprawionego czytelnika książek o rodzimej mitologii, przestają być tak oczywiste.
Ewa to silna kobieca postać, która przypomina nieco te poznane z poprzedniej serii autorki. Ma cięty język, jest samodzielna i nie przejmuje się zbytnio tym, co myślą o niej inni.
Postaci drugoplanowe, zwłaszcza towarzyszący jej mężczyźni – Adam i Adrian stanowią świetny kontrast dla jej postaci.
Na uwagę zasługuje również cały ród Wrzosówek, które w tej części poznajemy nieco bliżej.
Autorka pisze prostym językiem, ale niezwykle angażującym czytelnika. Do historii rozgrywającej się w Ostrówku aż chce się wracać. Świetnie łączy wątki mitologii z romansem, a nawet kryminałem i elementami horroru. Opętanie przez demona to przecież nie przelewki. Jeśli lubicie historie, w których humor idzie pod rękę z mrokiem — to dobry wybór.
Ewa odkrywa także swoje kolejne oblicze, poznaje tajemnicze postaci, które pomagają jej w trudnej sytuacji... w bardzo niespodziewany sposób.
Książkę czyta się naprawdę fantastycznie. Po zakończeniu tej części od razu miałam ochotę wrócić do pierwszego tomu. Wydaje mi się, że jest to pozycja dla każdego, kto potrzebuje chwili rozrywki i dobrej zabawy. Konieczna jest znajomość pierwszego tomu, ale to naprawdę czysta przyjemność.
Choć wątki wydają się zamknięte, mam nadzieję, że autorka wróci jeszcze do Pensjonatu Ewy i zaserwuje nam nowe przygody bohaterów.
Wierzycie w magię i moce nadprzyrodzone?
Ewa Wrzosówka też w nie nie wierzyła, dopóki na jej drodze nie stanął najprawdziwszy diabeł, a Nekomata pod postacią uroczego kota nie próbował jej opętać.
Jedno jest pewne: po tej lekturze dwa razy się zastanowicie, zanim uwierzycie, że kot to tylko kot!
"Zatracenie" to drugi tom serii "Ewa i Adam" autorstwa Katarzyny Bereniki...
[ Współpraca z wydawnictwem Relacja]
Matchę znałam dotąd głównie jako dodatek do babeczek. Nie przypominam sobie, żebym piła matcha latte, a zielona herbata w tej formie nigdy szczególnie mnie nie przekonywała. Nie wiem też, czy skusiłabym się na tradycyjną koicha lub usucha serwowaną w książkowej Marble Cafe.
W Poniedziałek z matchą wracamy do poznanej już w Kakao w czwartki kawiarni. Tym razem okazuje się, że w tym wyjątkowym miejscu raz w miesiącu otwiera się Matcha Cafe, serwując ten rodzaj zielonej herbaty.
Ponownie pojawia się postać Mastera, wracają też niektórzy znani już bohaterowie. Nad filiżankami z matchą zastanawiają się nad swoim życiem, trudnymi decyzjami i tym, co ich uwiera. To właśnie tutaj próbują odnaleźć sens, spokój i własną siłę.
To bardzo delikatna, kojąca opowieść. Taka, która nie narzuca emocji, tylko pozwala im wybrzmieć. Jest o drugich szansach, życiowych zakrętach i wyborach, które nigdy nie są do końca oczywiste.
Książka idealnie wpisuje się w nurt japońskiej literatury iyashikei, w której nie chodzi o szybką akcję ani rozbudowaną fabułę. To literatura skupiona na emocjach, atmosferze i codzienności. Charakterystyczne jest to, że bohaterowie nie próbują zmieniać świata — po prostu żyją swoim życiem, ucząc się je akceptować.
W ostatnim czasie pojawiło się wiele książek utrzymanych w tym duchu i niektórzy czytelnicy mogą odczuwać nawet pewien przesyt. Mam jednak wrażenie, że popularność tego typu historii wynika z potrzeby zwolnienia. W świecie, w którym dzieje się tak dużo, powtarzalność i przewidywalność dają poczucie bezpieczeństwa. To książka idealna na przebodźcowanie, nadmiar emocji i zmęczenie codziennością.
Matcha w tym kontekście również może być symbolem potrzeby zatrzymania się. Proces parzenia herbaty na Wschodzie to przecież cały rytuał — wymagający czasu, uważności i spokoju.
Sama kawiarnia także jawi się jako miejsce wyjątkowe. Przestrzeń, która pozwala gościom odpocząć, wyciszyć się i — jakimś trafem — właśnie tam doświadczyć najgłębszych przemyśleń.
Problemy bohaterów są zwyczajne i właśnie dlatego tak uniwersalne. Łatwo je zrozumieć i odnaleźć w nich cząstkę własnych doświadczeń.
Książka napisana jest prostym językiem, bez patosu. Sceny i dialogi są krótkie, oszczędne i łatwe w odbiorze, co dodatkowo wzmacnia spokojny rytm opowieści.
Choć „Poniedziałek z matchą” jest podobny do „Kakao w czwartki” pod względem miejsca, struktury i części bohaterów, mam wrażenie, że poruszane tu tematy są nieco trudniejsze i poważniejsze. Odczułam też większy ciężar emocjonalny niż przy poprzedniej książce.
To idealna propozycja dla miłośników literatury japońskiej, a zwłaszcza tych, którzy cenią nurt iyashikei.
To jedna z tych książek, które nie domagają się podsumowania od razu po przeczytaniu ostatniej strony. Zostawiają po sobie cichy ślad — bardziej nastrój niż konkretną myśl.
[ Współpraca z wydawnictwem Relacja]
Matchę znałam dotąd głównie jako dodatek do babeczek. Nie przypominam sobie, żebym piła matcha latte, a zielona herbata w tej formie nigdy szczególnie mnie nie przekonywała. Nie wiem też, czy skusiłabym się na tradycyjną koicha lub usucha serwowaną w książkowej Marble Cafe.
W Poniedziałek z matchą wracamy do poznanej już w Kakao w...
Audiobooki nie są moją ulubioną formą obcowania z literaturą. Zwykle trudno mi się na nich skupić, bo moje myśli płyną szybciej niż fabuła. Zdarza się jednak, raz na jakiś czas — najczęściej w okresie przedświątecznym — że daję temu sposobowi poznawania literatury kolejną szansę.
Tym razem padło na „Szepty Mokoszy”, słowiański zbiór opowiadań, które łączy nie tylko wyraźnie zaznaczony klimat, ale także €rotyczne zabarwienie sugerowane już przez sam tytuł, odwołujący się do imienia bogini płodności — Mokosz.
Choć bardzo rzadko sięgam po €rotyki (po prostu ich nie lubię), muszę przyznać, że sposób, w jaki zostały one przedstawione w tej antologii, był naprawdę dobry i wyważony. Zmysłowość nie dominuje fabuły, a raczej ją dopełnia — bez przesady i bez poczucia zażenowania.
Oczywiście niektóre opowiadania podobały mi się bardziej, inne mniej, ale na pewno nie miałam wrażenia straconego czasu. Myślę, że jeśli jesteście fanami słowiańskich motywów w literaturze, z łatwością rozpoznacie autorów, którzy zdecydowali się oddać swoje teksty do tego zbioru.
Ba — możecie nawet spotkać na kartach książki dobrze znanych Wam bohaterów, np. Mieszka i Gosię, znanych z serii "Kwiat paproci".
Choć zbiór jest całkiem obszerny i zawiera wiele opowiadań, lektura płynie zaskakująco lekko i bez poczucia nadmiaru.
Oczywiście nie powinniście spodziewać się po tych historiach niezwykłości, niespotykanych rozwiązań ani mrożących krew w żyłach zwrotów akcji. To po prostu opowieści wykorzystujące znane motywy, które dobrze się sprawdzają i dobrze się sprzedają. Czy to źle? Zależy od czytelnika. Ja szukałam przede wszystkim rozrywki, a nie historii, które miałyby odmienić moje życie.
To propozycja przede wszystkim dla osób, które lubią słowiańskie motywy podane w przystępnej, lekkiej formie. Bez eksperymentów, bez literackich fajerwerków, ale też bez rozczarowania wynikającego z niespełnionych obietnic.
Dla mnie był to dokładnie ten rodzaj lektury, jakiego w tamtym momencie potrzebowałam — niewymagający, ale przyjemny. Taki, po który można sięgnąć bez wielkich oczekiwań i po prostu dać się poprowadzić kolejnym historiom. Szczególnie dobrze sprawdzi się jako towarzysz spokojnych, zimowych wieczorów.
Jeśli więc macie ochotę na słowiańską opowieść na kilka wieczorów, bez nadmiernego zaangażowania emocjonalnego, „Szepty Mokoszy” mogą okazać się dobrym wyborem.
Audiobooki nie są moją ulubioną formą obcowania z literaturą. Zwykle trudno mi się na nich skupić, bo moje myśli płyną szybciej niż fabuła. Zdarza się jednak, raz na jakiś czas — najczęściej w okresie przedświątecznym — że daję temu sposobowi poznawania literatury kolejną szansę.
Tym razem padło na „Szepty Mokoszy”, słowiański zbiór opowiadań, które łączy nie tylko...
Rzadko sięgam po thrillery. Zazwyczaj wybieram książki, które pozwalają mi się wyciszyć, wzruszyć albo po prostu odpocząć po intensywnym dniu. Thrillery, choć często wciągające, wiążą się dla mnie z napięciem i dreszczami, na które nie zawsze mam ochotę. A jednak — kiedy już po nie sięgam, niemal zawsze robią na mnie bardzo dobre wrażenie.
"Pomoc domowa" to grudniowa propozycja naszego Klubu Książki. Wybór nie był przypadkowy — właśnie teraz do kin trafiła ekranizacja tej powieści. Po zakończeniu omawiania książki planujemy wspólne wyjście do kina i porównanie historii przedstawionej na kartach powieści z jej filmową wersją, co zapowiada się niezwykle ciekawie.
Książka opowiada historię Millie, dziewczyny po przejściach, która podejmuje pracę jako pomoc domowa w domu Winchesterów. Od samego początku wiadomo, że coś jest nie tak. Pani domu zachowuje się w sposób niepokojący — robi ogromny bałagan, konfabuluje i nie traktuje Millie z należnym szacunkiem. Dodatkowy niepokój budzi fakt, że pokój na poddaszu, w którym mieszka dziewczyna, zamyka się… od zewnątrz.
Powieść napisana jest bardzo przystępnym i sprawnym stylem. Narracja prowadzona naprzemiennie z perspektywy Millie oraz pani Winchester to świetny zabieg, który poszerza perspektywę czytelnika i stopniowo odkrywa kolejne warstwy historii.
Plot twist zaproponowany przez autorkę jest dość przewidywalny — nawet ja, rzadko sięgająca po thrillery, dość szybko go przewidziałam. Mimo to nie odbiera to przyjemności z lektury, bo historia pozostaje angażująca i skutecznie przyciąga uwagę.
Książkę czyta się bardzo szybko. Jest „nieodkładalna”, zapewnia sporą dawkę rozrywki, a jednocześnie — jak na thriller przystało — trzyma w napięciu i potrafi wywołać ciarki. Ogromnym plusem jest również zakończenie, które nie tylko domyka historię, ale wręcz zachęca (a momentami niemal zmusza) do sięgnięcia po kontynuację.
Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, iż losy rodziny Winchesterów aż tak mnie wciągną. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to literatura z najwyższej półki, jednak zapewniła mi dokładnie to, czego potrzebowałam w grudniowe wieczory — emocje, napięcie i czystą rozrywkę.
Było to moje pierwsze spotkanie z piórem Friedy McFadden, ale z pewnością nie ostatnie. Na pewno sięgnę po kontynuację Pomocy domowej — a kto wie, być może także po inne książki autorki.
Rzadko sięgam po thrillery. Zazwyczaj wybieram książki, które pozwalają mi się wyciszyć, wzruszyć albo po prostu odpocząć po intensywnym dniu. Thrillery, choć często wciągające, wiążą się dla mnie z napięciem i dreszczami, na które nie zawsze mam ochotę. A jednak — kiedy już po nie sięgam, niemal zawsze robią na mnie bardzo dobre wrażenie.
"Pomoc domowa" to grudniowa...
Seria o Szeptusze jest dla mnie niezwykle ważna i wyjątkowa – to jedna z tych historii, które zostają z człowiekiem na długo po zamknięciu książki. To właśnie dzięki niej zainteresowałam się słowiańskością i pokochałam pióro Katarzyny Bereniki Miszczuk.
Mam wrażenie, że autorka przetarła nią szlaki innym twórcom i sprawiła, że o rodzimej mitologii zaczęło być głośniej. Dziś coraz więcej osób wie, kim jest Leszy czy bogini Mokosz – a przecież jeszcze niedawno nie było to takie oczywiste.
Nie ukrywam, że to właśnie dzięki tej serii zaczęłam zgłębiać tajniki rodzimej mitologii. Tym bardziej ubolewam, że wciąż nie jest ona u nas powszechnie znana i doceniana. A przecież mogłaby zajmować w edukacji równie ważne miejsce jak mitologia grecka czy rzymska — jako część naszej własnej kultury i wyobraźni.
Ostatni tom serii o Jadze, podobnie jak poprzednie, prowadzi nas przez jej przeszłość, jednak tym razem odsłania wspomnienie, które rzuca zupełnie nowe światło na jej wybory i emocje. To nie jest opowieść o bólu przeżywanym w danej chwili, lecz o doświadczeniu, którego konsekwencje ciągnęły się za Jagą przez całe życie.
Fabuła skupia się na relacji Jagi ze Swarożycem oraz na spełnieniu pozornie niemożliwej prośby — wejścia do Wyraju. Jednak prawdziwa konfrontacja nie dzieje się w momencie przekraczania granic świata, lecz znacznie później, gdy stara Jaga decyduje się opowiedzieć swoją historię i odsłonić to, co przez lata pozostawało niewypowiedziane. Dopiero wtedy poznajemy źródło jej silnej niechęci do Swarożyca.
Nie zabrakło Mszczuja, który jak zawsze próbuje przemówić jej do rozsądku. Zaczynamy coraz lepiej rozumieć, dlaczego losy tej dwójki potoczyły się właśnie tak.
Jak każdą część serii, tę również czyta się fantastycznie. Bieliny znów są namacalne – niemal czułam chłód bagien i ich specyficzny zapach. Za każdym razem mam wrażenie, jakbym naprawdę tam wracała.
Cieszą także wątki poboczne, słowiańskie stwory i bohaterowie drugoplanowi, którzy od pierwszego tomu stali się nam bliscy. Nawet Gosia, słuchająca opowieści starej przyjaciółki, skrywa dla czytelnika pewną niespodziankę.
Bardzo się cieszę, że autorka nie zamknęła na dobre bram do świata Szeptuchy. W podziękowaniach sugeruje powrót do Bielin i dalsze losy Gosi i Mieszka – a być może nawet ich syna, Garda.
Kto czytał, ten wie… że to postać wyjątkowo intrygująca.
Książka, choć domyka losy Jagi, pozostawia pewien niedosyt. Nie dlatego, że czegoś zabrakło, lecz dlatego, że w tym świecie wciąż mogłoby wydarzyć się tak wiele. Dlatego — mimo że to rzekomo ostatni tom — nie czuję pełnego domknięcia ani żalu związanego z rozstaniem z bohaterami, jaki często towarzyszy zakończeniu ukochanej serii. I być może właśnie to jest jej największą siłą.
Seria o Szeptusze jest dla mnie niezwykle ważna i wyjątkowa – to jedna z tych historii, które zostają z człowiekiem na długo po zamknięciu książki. To właśnie dzięki niej zainteresowałam się słowiańskością i pokochałam pióro Katarzyny Bereniki Miszczuk.
Mam wrażenie, że autorka przetarła nią szlaki innym twórcom i sprawiła, że o rodzimej mitologii zaczęło być głośniej....
Macie ulubioną świąteczną książkę? 🎄
U mnie znajdzie się kilka tytułów, do których w przyszłości chętnie wrócę. Po tegorocznych, średnio udanych poszukiwaniach trafiłam na „Narzeczonego pod choinkę”. Choć książka nie należy do górnolotnej, wybitnej literatury, zapewniła mi rozrywkę na kilka wieczorów – a czasem dokładnie tego potrzeba.
Quinn pojawia się w kościele w stroju elfa. Trwa ślub. Powinna stać przy ołtarzu, na miejscu panny młodej. Jednak jej (już były) narzeczony to łajdak, który najpierw ją zdradza, a potem bez skrupułów wykorzystuje ich datę ślubu, by poślubić swoją kochankę.
Do dziś nie do końca rozumiem, dlaczego Quinn była akurat w stroju elfa – musiałam chyba na chwilę odpłynąć myślami.
Dexter, bogaty dupek, omyłkowo porywa ją, myśląc, że jest jego byłą narzeczoną. Chce zadać jej kilka biznesowych pytań. Okazuje się jednak, że porwał niewłaściwą osobę.
To przypadkowe spotkanie uruchamia wir wydarzeń, który trudno już zatrzymać.
Postacie nie są zbyt wielowymiarowe. Ot, zwykła młoda kobieta – samodzielna, trochę pyskata, po miłosnych zawirowaniach. On – typowy dla tego typu historii samiec alfa: mega bogaty, kontrolujący, gotowy oczywiście zmienić się właśnie dla niej.
Więź pojawia się nie wiadomo skąd, dochodzi do kilku kłamstw, zawirowań i dramatów. Mnóstwo chaosu, a na końcu happy end, którego zupełnie nikt się nie spodziewał 😉
Dokładnie takiej odskoczni szukałam i takiej potrzebowałam. Nie musiałam za bardzo myśleć, dialogi są proste, język i styl autorki również, co sprawia, że książka świetnie sprawdza się jako idealny odmóżdżacz.
Mamy tu trochę świątecznego klimatu i zimowych scenerii – cała historia rozgrywa się bowiem w okolicach Bożego Narodzenia. Autorka serwuje kilka plot twistów (oczywiście nie rodem z thrillera), ale wystarczających, by zapewnić dodatkową rozrywkę i lekkie napięcie – na miarę komedii romantycznej.
W książce znajdziemy też kilka 🌶 scen – niezbyt częstych i nienachalnych. Owszem, myśli bohaterów często krążą wokół tego tematu, ale z mojej perspektywy nie było dramatu.
Podsumowując – książka jest lekka, przyjemna i czyta się ją bardzo szybko. Typowa świąteczna szmira – a ja dokładnie tego szukałam.
Macie ulubioną świąteczną książkę? 🎄
U mnie znajdzie się kilka tytułów, do których w przyszłości chętnie wrócę. Po tegorocznych, średnio udanych poszukiwaniach trafiłam na „Narzeczonego pod choinkę”. Choć książka nie należy do górnolotnej, wybitnej literatury, zapewniła mi rozrywkę na kilka wieczorów – a czasem dokładnie tego potrzeba.
Quinn pojawia się w kościele w stroju...
[Współpraca z wydawnictwem Znak]
Zastanawialiście się kiedyś, co działo się w pracowniach słynnych malarzy?
Czy pozujący im modele i modelki byli tylko modelami, muzami… a może kimś znacznie więcej?
Nick Trend, historyk sztuki, w książce „Sztuka i miłość. Opowieści o namiętnościach, skandalach i obsesjach” wprowadza czytelnika za kulisy powstawania wielu znanych dzieł. Zdradza tajemnice, które — jak się wydaje — każdy miłośnik sztuki powinien poznać.
To pięknie wydana książka, właściwie album. Poza „smakowitymi kąskami” w postaci szczegółów artystycznych skandali zawiera mnóstwo kolorowych reprodukcji omawianych dzieł. To ogromny plus, bo w tego typu publikacjach często ich brakuje, a czytelnik zmuszony jest szukać obrazów w internecie, co wybija z rytmu lektury.
Autor w bardzo przystępny i ciekawy sposób zdradza sekrety słynnych artystów. Opisuje jedne z najbardziej intrygujących historii miłosnych w dziejach sztuki — tych związanych zarówno z największymi mistrzami malarstwa, jak i twórcami współczesnymi. Wśród opisywanych postaci pojawiają się m.in. Rembrandt, Chagall, Caravaggio czy Tamara Łempicka, ale także współczesny nam Clifford Prince King — fotograf, który koncentruje się na przedstawianiu homoseksualnych par Afroamerykanów, pokazując, że temat relacji, namiętności i emocji w sztuce pozostaje uniwersalny i ponadczasowy.
Historie opowiedziane są tak, by zaciekawić czytelnika. Rozdziały są krótkie i skupiają się na najbardziej interesujących faktach, jedynie delikatnie zarysowując szerszy kontekst. Książka została skonstruowana w taki sposób, aby nawet laik mógł się nią zainteresować.
Miłośnicy historii sztuki mogą co prawda odczuwać pewien niedosyt, jednak mam wrażenie, że dawka informacji została przez autora bardzo dobrze wyważona.
Nick Trend podzielił książkę na kilka części — opisuje relacje oparte na prawdziwej miłości, pokrewieństwie dusz, przelotnych romansach, a nawet trójkątach miłosnych. Nie zabrakło również wątku miłości nieodwzajemnionej.
Książka stanowi prawdziwą ucztę dla miłośników sztuki i malarstwa. To zbiór, który sprawia, że przy kolejnym oglądaniu obrazów zaczynamy głębiej zastanawiać się nad relacją artysty z osobą przedstawioną na płótnie. Być może — z czystej ciekawości — sami zechcemy tę historię sprawdzić.
[Współpraca z wydawnictwem Znak]
Zastanawialiście się kiedyś, co działo się w pracowniach słynnych malarzy?
Czy pozujący im modele i modelki byli tylko modelami, muzami… a może kimś znacznie więcej?
Nick Trend, historyk sztuki, w książce „Sztuka i miłość. Opowieści o namiętnościach, skandalach i obsesjach” wprowadza czytelnika za kulisy powstawania wielu znanych dzieł....
Czy wybierając kolejną lekturę kierujecie się nagrodami, które otrzymał autor za jej napisanie? A może nie ma to dla Was żadnego znaczenia? Czy przeczytaliście dużo nagrodzonych książek?
Szczerze mówiąc, sięgam po takie książki dość rzadko. Wynika to z tego, że mam świadomość, iż mogą być trudniejsze w odbiorze, a nie zawsze jestem w nastroju, by mierzyć się z bardziej wymagającą historią.
"Światło, którego nie widać" to pozycja, którą czytałyśmy w listopadzie na Klubie Książki. Nie ukrywam, że przeraziła mnie trochę gabarytami, liczy bowiem ponad sześćset stron.
Książka opowiada o losach dwójki dzieci – niewidomej francuskiej dziewczynki, wychowywanej przez ojca, pracownika Muzeum Przyrodniczego w Paryżu oraz sieroty z Niemiec, genialnego technicznie chłopca, który umie naprawiać radia.
Narracja prowadzona jest naprzemiennie z perspektywy tej dwójki. Poznajemy ich losy sprzed II wojny światowej, w trakcie jej trwania, aż po jej zakończenie — i długo później.
O ile rozdziały o życiu Marie-Laure bardzo mnie interesowały – codzienność niewidomej dziewczynki i jej niezwykle ciepła relacja z ojcem, budującym dla niej modele miast, by mogła nauczyć się po nich chodzić, były dla mnie jednymi z najciekawszych elementów książki. O tyle życie Wernera, którego zdolności prowadziły go z biedy do elitarnej nazistowskiej szkoły, a potem na front, dłużyło mi się i miałam wrażenie, że wciąż czytam o tym samym.
Na szczęście, krótkie rozdziały sprawiły, że książkę czytało się trochę łatwiej. Nie ukrywam, że dłużące się fragmenty po prostu omijałam.
"Światło, którego nie widać” to książka o niezwykle niespiesznej, wręcz powolnej narracji. Brakuje w niej wartkiej akcji. Dla mnie była ciekawa treściowo, ale jednocześnie zbyt rozwlekła opisowo. Krótkość rozdziałów wydaje mi się sposobem na ukrycie tego, że fabuła w środku toczy się bardzo wolno.
Najbardziej zaciekawiło mnie zestawienie dwójki dzieci stojących po przeciwnych stronach wojny. To pokazuje, że system niszczy wszystkich, niezależnie od narodowości.
Ich drogi spotykają się bardzo późno i chyba właśnie o to chodzi — żeby pokazać, jak wojna niszczy wszystkie potencjalne możliwości, które ludzie mogliby mieć w normalnym świecie.
To właśnie ostatnie sto stron zrobiło na mnie największe wrażenie. Akcja wreszcie przyspiesza i naprawdę dużo się dzieje.
Wśród licznych postaci drugoplanowych na uwagę zasługują ojciec i stryj Marie-Laure oraz chłopcy, z którymi styka się Werner. W tle tej historii pojawia się także von Rumpel – nazistowski gemmolog, obsesyjnie tropiący legendarny klejnot, Morze Płomieni.
Wspomniany klejnot stanowi ważny element fabuły. Symbolizuje chciwość, zło, obsesję i ironię losu. Nie będę jednak zdradzać więcej szczegółów — musicie sami sięgnąć po książkę, żeby się przekonać.
Podczas czytania zastanawiał mnie też tytuł książki ‐ rola światła. Czy dotyczyło ono radia, pamięci, wiedzy, relacji między ludźmi? Marie-Laure, która była "promieniem słońca", czystą, dobrą istotą? A może Wernera, który okazał się finalnie bohaterem?
Choć książkę czytało mi się dość trudno, ze względu na gabaryty i niespieszny styl autora, po przeczytaniu całości zaczynam rozumieć, dlaczego została wyróżniona nagrodą Pulitzera. Doerr potrafi świetnie łączyć literackie piękno z trudnym tematem, jakim jest wojna. Wielowarstwowość powieści sprawia, że autor nie tylko opowiada historię, ale także budzi refleksję — nad ludzkimi wyborami i nad niesprawiedliwością losu. Wszystkie te elementy sprawiają, że książka zostaje z czytelnikiem na dłużej.
Czy wybierając kolejną lekturę kierujecie się nagrodami, które otrzymał autor za jej napisanie? A może nie ma to dla Was żadnego znaczenia? Czy przeczytaliście dużo nagrodzonych książek?
Szczerze mówiąc, sięgam po takie książki dość rzadko. Wynika to z tego, że mam świadomość, iż mogą być trudniejsze w odbiorze, a nie zawsze jestem w nastroju, by mierzyć się z bardziej...
W końcu nadszedł odpowiedni moment na zabranie się za kontynuację "Pomocy domowej". Poznajemy dalsze losy Millie, która na swoim koncie ma już pomoc wielu kobietom — ofiarom przemocy.
Tym razem trafia do rodziny, w której pani domu nie opuszcza swojego pokoju. Mąż natomiast wydaje się bardzo kontrolującą osobą. Jak zwykle czujna Millie zauważa siniaki na twarzy swojej chlebodawczyni i postanawia wkroczyć do akcji.
Muszę jednak przyznać, że tom pierwszy podobał mi się dużo bardziej. Zauważyłam, czytając opinie, że zdania na ten temat są bardzo podzielone. Niektórzy uważają, że to właśnie ta część była lepsza.
Jest to książka, od której mimo wszystko ciężko się oderwać. Czyta się ją dobrze i szybko. Autorka ma naprawdę lekki styl, a fakt, że znamy już bohaterów, dodatkowo to ułatwia.
To idealna propozycja na wieczór, kiedy chce się po prostu „wciągnąć” w historię bez większego wysiłku — jest to literatura bardzo rozrywkowa i nie można spodziewać się po niej głębi i nie wiadomo jak górnolotnych morałów.
Znani bohaterowie z jednej strony niczym nas nie zaskakują. Z drugiej jednak mam wrażenie, że postać Millie trochę straciła. Przynajmniej w moich oczach. Stała się bardziej „miękka” i mniej pewna siebie. Momentami zachowywała się bardzo lekkomyślnie i naiwnie.
Bohaterowie, których poznajemy dopiero w tym tomie, byli dość irytujący. Zwłaszcza nowy chłopak Millie, którego imienia już nawet nie pamiętam.
To książka poprawna, ale nieodkrywcza. Autorka korzysta z utartych schematów. Można odnieść wrażenie, że w dużej mierze bazuje na rozwiązaniach, które sprawdziły się w pierwszym tomie. Nie oznacza to jednak, że książka jest nudna — wręcz przeciwnie. Czyta się ją z zainteresowaniem, ale momentami można odnieść wrażenie, że już „gdzieś to było”. Brakuje tego efektu świeżości, który sprawił, że pierwszy tom był tak wciągający.
Jednak kiedy już myślałam, że książka niczym mnie nie zaskoczy i będzie dokładnym powtórzeniem pierwszej części — zaskoczyła mnie. I to bardzo, co pozytywnie wpłynęło na mój odbiór książki.
Na plus zdecydowanie działa budowanie napięcia. Autorka potrafi stworzyć atmosferę niepokoju i tajemnicy, która sprawia, że chce się czytać dalej. Stopniowe odkrywanie kolejnych elementów układanki jest dobrze poprowadzone i skutecznie podtrzymuje zainteresowanie.
Podsumowując — to wciągająca kontynuacja, która dostarcza rozrywki, ale nie dorównuje pierwszemu tomowi pod względem świeżości i emocji. Mimo kilku zastrzeżeń nadal czytało mi się ją przyjemnie i z ciekawością sięgnę po kolejną część, a nawet inne książki autorki.
W końcu nadszedł odpowiedni moment na zabranie się za kontynuację "Pomocy domowej". Poznajemy dalsze losy Millie, która na swoim koncie ma już pomoc wielu kobietom — ofiarom przemocy.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTym razem trafia do rodziny, w której pani domu nie opuszcza swojego pokoju. Mąż natomiast wydaje się bardzo kontrolującą osobą. Jak zwykle czujna Millie zauważa siniaki na twarzy swojej...