Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach: ,

“Blondynka w Paragwaju” to kolejna opowieść z podróży Beaty Pawlikowskiej, ale tym razem autorka obrała sobie za cel daleki zakątek Paragwaju, do którego prowadzi tylko rzeka. Roztacza przed nami wizję wspaniałej przygody, podróży łodzią i przeprawę przez kilka krajów, aby osiągnąć cel. Wspaniale, prawda? Zapowiada się cudowna zabawa!

Przede wszystkim jestem rozczarowana tym, że ta książka jest o niczym. Zapowiada się nam wspaniałe przeżycia i ciekawą drogę do wymarzonego celu, a dostajemy nic. Naprawdę, nie kłamię, dostajemy zero. Co z tego, że przemierzamy kilka państw, skoro w tym czasie nic się nie dzieje. Autorka przemieszcza się szybko i sprawnie z punktu A do punktu B, opisuje jak to coś zjadła albo wypiła kawę, kupiła bilet i jazda dalej. Zachwyca się bułeczkami paragwajskimi na każdym kroku i poświęca im czas, rozpisuje się o jakichś przemyśleniach i alternatywnych zakończeniach książki, którą czytała, tylko po to, żeby wyszarpać choć kilka stron więcej, ale to nie wciąga. A na koniec, kiedy nareszcie dociera do tego jej wymarzonego miejsca, któremu podporządkowała calutką wyprawę, o którym wspominała od początku i nie mogła się go doczekać, to wiecie co? Pani Pawlikowska spędziła tam może z godzinę, bo okazało się, że nic tam nie ma, nawet sklepu, więc już jej się nie chce tam siedzieć, już jej się nie podoba i wraca. I tak zakończyła się ta “wielka przygoda”...

Nie przemawiają do mnie także przekonania autorki, które próbuje w każdym momencie wcisnąć czytelnikowi. Nie wierzę w jej pełnię szczęścia i wieczny optymizm. Ponadto uważam za niebezpieczne rysowanie samotnego podróżowania jako coś super bezpiecznego, bo przecież nawet jak są problemy to pozytywnym myśleniem i nie przejmowaniem się wszystko się rozwiąże. Świat przedstawiony przez panią Pawlikowską jest światem widzianym przez różowe okulary uprzywilejowanej mieszkanki willi w okolicach Wilanowa i nie ma za wiele wspólnego z rzeczywistością. Wychwalanie, że w innym, egzotycznym kraju ludzie żyją lepiej i nie marzą o luksusach czy zmianie swojego życia jest śmieszne. Zwłaszcza, że nie jest to poparte żadną analizą czy opisem społeczeństwa i kultury. W tej książce nie znajdziecie takich informacji. Ważne są przemyślenia autorki.

Jej luźne podejście do życia kończy się oczywiście wtedy, kiedy zupełnie obcy ludzie zamawiają sobie hamburgery i napój gazowany, bo przecież kto tak je! Chemia i niezdrowe jedzenie! Nie ważne, że sama przez całą podróż żywi się bułkami z manioku i bananami. Tyle. Bardzo zdrowo.

Może dziwne jest porównanie w tym momencie twórczości Wojciecha Cejrowskiego i Beaty Pawlikowskiej, zważywszy na to, że łączyła ich kiedyś zażyłość, która przerodziła się w niechęć, ale muszę to zrobić. Książki Cejrowskiego to jedne z moich ulubionych książek i jeśli przyrównać je do serii “Blondynka…”,a zwłaszcza do “Blondynka w Paragwaju” to widać, jak powinna być prowadzona historia. Ilość niekoniecznie idzie z jakością. Może Cejrowski nie wydaje kilku książek rocznie, ale przedstawiają one przynajmniej jakąś wartość, mają coś do przekazania, są pełne napięcia, akcji, ale też momentów spokoju, które jednak nie są nudne, a przekazują obraz kultury i środowiska, w którym przebywa autor. Pani Pawlikowska zupełnie tego nie potrafi. Nie wiem czy w ogóle potrafi tak przyjrzeć się światu, który ją otacza, nie bujając przy tym w obłokach.

Nie mogę powiedzieć, że “Blondynka w Paragwaju” to była męczarnia, bo skłamałabym. Czyta się bardzo szybko, wzrok leci po tekście i się nie męczy. Przekaz jednak jest bardzo słaby i irytujący. Niegodny uwagi. Książkę tą odczuwam jako zwykły skok na kasę i marnotrawstwo papieru, bo nie ma ona żadnej wartości. Nie polecam.

Instagram: czaro.marownik

“Blondynka w Paragwaju” to kolejna opowieść z podróży Beaty Pawlikowskiej, ale tym razem autorka obrała sobie za cel daleki zakątek Paragwaju, do którego prowadzi tylko rzeka. Roztacza przed nami wizję wspaniałej przygody, podróży łodzią i przeprawę przez kilka krajów, aby osiągnąć cel. Wspaniale, prawda? Zapowiada się cudowna zabawa!

Przede wszystkim jestem rozczarowana...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Tym razem, w “Kochanku barbarzyńcy”, mierzymy się z postaciami Kiry i Aehako. Główny motyw jest prosty jak budowa cepa. Człowiek i kosmita zakochują się w sobie, tym razem jednak nie rezonują do razu, więc zmagają się z rozterkami w tej kwestii. Pojawia się także wątek obcych-porywaczy, którzy wracają na Lodową Planetę w poszukiwaniu swojego ładunku. Następuje konfrontacja z nimi, z której dobrzy bohaterowie wychodzą zwycięsko. Happy end!

Może wstyd się przyznać, ale ej, znowu bawiłam się przednio! Jest to o tyle zaskakujące, że tom drugi mnie całkowicie wynudził, a historia Liz w ogóle mnie nie wciągnęła. Niewiele się tam działo, poza scenami erotycznymi. A tutaj, wierzcie mi lub nie, trochę akcji było! Nie siedzieli cały czas w jednym miejscu, nieco dowiedzieliśmy się o statku-matce niebieskich podrób Na’vi, a do tego było nawet jakieś minimalne strzelanie i rozwalanie kosmicznej maszyny porywaczy dziewczyn. Byłam w ciężkim szoku, ale na plus!

Oczywiście, że ta książka była momentami druna i absurdalna. To się nie zmienia, ale w tym absurdzie można się rozgościć i świetnie bawić.

Jeśli mam jej coś zarzucić, poza tym, że sztampowo Kira otrzymała “urocze” przezwisko, a maczuga Aehako OCZYWIŚCIE jest długa jak ramię, to ostatnie sceny głównej opowieści. Bo przepraszam bardzo, ale co miało znaczyć zachowanie Vektala?!

Dobra, słuchajcie… Kontekst jest taki, że Kira, jej koleżanka Harlow, Aehako i jego kolega byli w tym statku-matce, napadli ich ci drudzy obcy i kumpel Aehako został postrzelony. Harlow poszła szukać czegoś, co nadałoby się na nosze, żeby mogli go przetransportować do jaskini. I nie wróciła, ponieważ ktoś ją porwał! A oni nie dość, że założyli, że uciekła (!), to nawet nikt nie zastanowił się ani na moment nad inną opcją. Potem wrócili do głównej jaskini, powiedzieli o tym Vektalowi (oczywiście, że nie od razu, bo Kira ma jakieś problemy z gadaniem wprost o kłopotach), a ten cham jeden zaczął się pluć, że on nie będzie ryzykował całego plemienia dla jednej ludzkiej, głupiej kobiety, co nie potrafi się słuchać i gubi się w obcym dla siebie środowisku. Oj Vektal, przesadziłeś… Morenkę to każdy chce, a potem pomóc to nie ma komu…

Pomimo wszystko oceniam “Kochanka barbarzyńcę” naprawdę dobrze. Wiadomo, że nie jest to literatura wysokich lotów, ale dla czystej zabawy można jak najbardziej sięgnąć po ten tytuł. Bawiłam się przednio.

Instagram: czaro.marownik

Tym razem, w “Kochanku barbarzyńcy”, mierzymy się z postaciami Kiry i Aehako. Główny motyw jest prosty jak budowa cepa. Człowiek i kosmita zakochują się w sobie, tym razem jednak nie rezonują do razu, więc zmagają się z rozterkami w tej kwestii. Pojawia się także wątek obcych-porywaczy, którzy wracają na Lodową Planetę w poszukiwaniu swojego ładunku. Następuje konfrontacja...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Cykl Inkiwzytorski kojarzę z książkowego świata polskiego fantasy już od dawna. Jest to swego rodzaju klasyka, stworzona w 2003 roku, czyli dosyć dawno, bo już 22 lata temu. Będąc w gimnazjum i liceum powoli zaczynałam poznawać naszych polskich pisarzy i Jacek Piekara oraz jego “Ja, Inkwizytor” przewinęło mi się nieraz w polu widzenia, jednak nigdy do tej pory po niego nie sięgnęłam.

Fabuła obraca się wokół postaci Mordimera Madderina, inkwizytora Hez-Hezronu, i nie jest zbyt skomplikowana. Mordimer jest świetny w tym co robi, ma anielską opiekę i w ogóle jest super, przynajmniej w jego mniemaniu. Wszystko robi świetnie, a każda decyzja ma dla niego wyjaśnienie w wierze i celu jego “zawodu”. Jego historie tak naprawdę są do siebie podobne. Każdy rozdział to inny przypadek herezji i opętania magią, które Mordimer z sukcesem rozwiązuje, czy to samemu, czy przy pomocy podwładnych lub swojego anioła stróża.

Podeszłam do tej książki z dużą dozą wiary w treść i nadzieją, że skoro jest to stara, rzekomo dobra polska fantastyka, to zacznę kolejną świetną serię, kupię nowe, bardzo ładne wydania od Fabryki Słów i będę cieszyć się treścią. I takie pozytywne nastawienie miałam może do połowy książki, a trochę za połową się ono zmieniło. Bo nie zrozumcie mnie źle. “Sługa Boży” jest napisany dobrze, w starym, mrocznym stylu, opisy świata są barwne i pozwalające wyobrazić go sobie z detalami. Nie mogę też narzekać na dialogi, bo naprawdę nic mnie w nich nie denerwowało, były adekwatne do wypowiadających je postaci. Panu Piekarze nie można odmówić kunsztu pisarskiego i wyobraźni w kreowaniu świata.

Dla mnie problem leży zupełnie gdzie indziej. Chciałabym tutaj zaznaczyć, że naprawdę, daleka jestem od wciągania się w jakieś mocno feministyczne poglądy i raczej kieruję się w tej kwestii własnym kompasem niż tym, co ktoś próbuje mi narzucić. Czasem zgadzam się z niektórymi rzeczami, czasem mocno nie. Jednakże “Sługa Boży” był tak irytująco mizognistyczny, że naprawdę nie jestem w stanie tego czytać. Postacie kobiece w tej książce są potrzebne tylko do dwóch rzeczy: do seksu i do palenia na stosie. Nie ma niczego pomiędzy i strasznie to się rzuca w oczy i przeszkadza. Nie mogłam się z tym pogodzić. Mój gust literacki wyrabiał się głównie na męskich postaciach fantasy (Andrzej Sapkowski i Wiedźmin, Maja Lidia Kossakowska i Daimon Frey, Jarosław Grzędowicz i Vuko Drakkainen, czy Jakub Ćwiek i jego Chłopcy oraz wielu, wielu innych), więc nikt nie może wmówić mi, że to dlatego bo Madderin jest mężczyzną. Tamte postacie jednak zawsze otaczały się niebezpiecznymi, mądrymi lub zaradnymi kobietami, a nie nic nie znaczącymi marionetkami. Nie chcę się już zagłębiać w same poglądy autora, bo nigdy się z nimi nie konfrontowałam, nie chcąc psuć sobie odbioru książki, ale naprawdę, tego się nie da czytać. Mam wrażenie, że kobiety są tylko dla podbudowania ego głównego bohatera, bo nie było ani jednej wartej uwagi.

Główny bohater również nie jest specjalnie sympatyczny. Prawdopodobnie ma taki być, ale w mojej ocenie nie ma w nim zupełnie niczego, czemu można by kibicować, a bez takiego zaczepienia trudno jest czytać jakąkolwiek książkę. Nie oszukujmy się, ale Mordimer jest zły i chociaż robi to, bo tak go nauczono, bo ma bronić wiary, a także nie raz faktycznie ratuje niewinnych, to jest z nim coś nie tak, a jego kompas moralny jest mocno wypaczony.

Sama książka, pomimo zróżnicowanych sytuacji, jest o niczym. Zawarte historie są do siebie podobne. Problem - śledztwo - rozwiązanie sprawy i wzrost ego głównego bohatera. I tak do końca powieści. Brak jakiegoś konkretnego celu, kierunku, w który moglibyśmy iść i mieć świadomość, że do czegoś zmierzamy. Ot, zbiór opowiadań.

Niestety, ale bardzo zawiodłam się na panu Jacku Piekarze. Pewne jest, że więcej nie sięgnę po jego książki, bo pierwsze starcie z jego twórczością zakończyło się dla mnie fiaskiem.

Instagram: czaro.marownik

Cykl Inkiwzytorski kojarzę z książkowego świata polskiego fantasy już od dawna. Jest to swego rodzaju klasyka, stworzona w 2003 roku, czyli dosyć dawno, bo już 22 lata temu. Będąc w gimnazjum i liceum powoli zaczynałam poznawać naszych polskich pisarzy i Jacek Piekara oraz jego “Ja, Inkwizytor” przewinęło mi się nieraz w polu widzenia, jednak nigdy do tej pory po niego nie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

“Red Shirt” to książka prawie kopiuj-wklej taka, jak wszystkie inne tego typu. Mamy bohaterkę, która zakochuje się z wzajemnością w chłopaku, w którym rzekomo nie powinna się zadłużać. Ona jest, OCZYWIŚCIE, drobna, malutka, wręcz filigranowa, a z niego jest kawał chłopa. Tym razem nie powinni ze sobą być, bo, och, on jest przyjacielem z drużyny jej brata. Autorka na siłę próbuje nam wcisnąć, że bohater jest skrzywdzony, chociaż jakiegoś olbrzymiego powodu skrzywdzenia nie widzę, żeby kreować się na takiego niby mrocznego typa.

Nie wiem, może jestem za stara na takie książki, ale z drugiej strony podobało mi się “For sure not you” i całe “Flaw(less)”, a także nawet seria “Students”, więc to nie jest tak, że zupełnie nic tego typu powieści nie posmakowałam. Problem jest taki, że im więcej ich jest, tym bardziej zlewają się w jedno. Schemat zazwyczaj jest podobny, przez co robi się nieoryginalny.

Rozczarowana też jestem tym, że kiedy zaczęłam słuchać “Red Shirt” to książka zaczęła się całkiem ciekawie. Pierwsze sceny dotyczyły ucieczki Blake z jej pokoju w akademiku, ponieważ jej współlokatorka zabawia się w jakiś okultyzm, który ją przeraża. Pomyślałam sobie wtedy: o, coś nowego, licząc, że wątek jakoś zostanie chociaż wyjaśniony. Niestety, nie doczekałam się o co chodziło dokładnie. Książka skupiła się jedynie na tym, by doprowadzić bohaterów do związku, a wszystko co działo się dookoła nie miało tak naprawdę żadnego znaczenia. A szkoda.

Nie jest jednak tak, że nie było zupełnie żadnych plusów. Nie było za wiele scen intymnych, za pewne dlatego, bo jest to książka 16+, ale była to miła odmiana. Dodatkowo główny “absztyfikant” (jak to mawiał mój dziadek) nie był aż tak zły, jak bywało nieraz w takich historiach. Wbrew swojej mroczności jest całkiem opiekuńczy i kochający w stosunku do Blake. Nie narzuca jej niczego, wie że jest nieśmiała, skryta i zakompleksiona i powoli stara się ją otworzyć. Bardzo mi tym zaplusował, zwłaszcza, że w wymienionych przeze mnie wcześniej seriach amanci bywają… dziwni, czasem toksyczni. Czy przez to ciekawsi? Może, ale w obecnych czasach zbyt wielu jest takich bohaterów, a podejście “łobuz kocha najmocniej” może być niepotrzebnie wpajane młodym dziewczynom.

Faktem jest jednak, że “Red Shirt” mnie znudziło. Niewiele się tam działo poza relacją głównych bohaterów i po prostu nie było na czym zawiesić zainteresowania. Myślę, że książka ta zdobyła popularność tylko dzięki temu, że zrobił się szał na tego typu powieści. Nie wciągnęłam się, ale spróbowałam.

Instagram: czaro.marownik

“Red Shirt” to książka prawie kopiuj-wklej taka, jak wszystkie inne tego typu. Mamy bohaterkę, która zakochuje się z wzajemnością w chłopaku, w którym rzekomo nie powinna się zadłużać. Ona jest, OCZYWIŚCIE, drobna, malutka, wręcz filigranowa, a z niego jest kawał chłopa. Tym razem nie powinni ze sobą być, bo, och, on jest przyjacielem z drużyny jej brata. Autorka na siłę...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Przedstawienie świata w tej książce zaczęło się nawet ciekawie. Czułam klimat wikingów, tych wierzeń i bóstw nordyckich. Naprawdę fajnym zaskoczeniem było rozpoczęcie historii Freyi od faktu, że jest mężatką i musi zmagać się z paskudnym małżonkiem. Przyznaję, że było to coś nowego i innego. Na początku poczułam także sympatię do obiektu westchnień głównej bohaterki, Bjorna, bo liczyłam, że będzie to dziki, męski wiking, kawał chłopa, który nie da się łatwo okiełznać. Zapowiadało się obiecująco, ale na zapowiedziach się skończyło.

Niestety, ale ta książka robi z czytelnika debila. Czułam się, jakby autorka miała mnie za osobę naiwną i nie mającą o niczym pojęcia. Pomijam już nadużywanie słowa “flirt”, które zupełnie nie pasuje do klimatu. Pomijam fakt, że główny typ musiał nadać Freyi jakieś przezwisko, co jest już naprawdę strasznie nieoryginalne, chociaż tym razem przynajmniej jest to coś udające wzniosłe, a nie kolejne zdrobnienie. Jednakże to, że za połową historii pani Jensen postanowiła zrobić tak durnego fikołka przelało czarę goryczy. Zapytacie co takiego się stało? Otóż Feyra, będąc na jakimś tam zjeździe w świątyni, miała pozostać w halli. Bjorn miał jej pilnować, ale gdzieś poszedł. A ona co? Idiotycznie wkręciła sobie, zupełnie bez powodu, że go porwali i ona teraz musi koniecznie iść go szukać. I polazła, żeby TOTALNYM PRZYPADKIEM natrafić na tajemniczą rozmowę pewnego króla, przeciwnika jarla, któremu podlegała, z nieznaną kobietą. To znaczy dla nas nieznaną, bo Feyra postanowiła ubzdurać sobie, że jest to na pewno żona wcześniej wspomnianego jarla, która chce zabić Bjorna, ponieważ powiedziała, cytuję: “Każda matka chroni swojego syna”. Spytacie skąd te wnioski? Doprawdy nie wiem. Pomyślicie: hmmm, nie rozpoznała głosu kobiety, z którą ma styczność na co dzień? E nie, po co. Po co myśleć logicznie. A na koniec, suprise, suprise, okazało się, że w sumie to wszystko, to było tylko po to, żeby w końcu pocałowała się z Bjornem. No doprawdy, to jest tak grubymi nićmi szyte, że aż wstyd coś takiego napisać…

Kolejną rzeczą jest to, że autorka od początku zaznacza, że dzieci bogów, czyli osoby z mocami od danego boga, nie mają losu i nie można go przewidzieć. Ale wiecie co? To nie ma żadnego znaczenia, bo chwilę potem ciągle pojawiają się wtrącenia, że tu przepowiednia taka i taka, tu mają taki los mieć, a tutaj bogowie nimi kierują. No zdecydujcie się!

Są też takie całkiem bezsensowne sytuacje, jak obrzydzenie Freyi do niewolnictwa oraz chęci śmierci w boju, gdzie, jeśli wzorujemy się na wikingach, jest to nieco kuriozalne. Moment wysłania przez jarla Freyi, która rzekomo jest dla niego niezwykle ważna i cenna, poprzez katakumby pełne draugrów, gdzie jest spora szansa, że zginie, też nie jest dla mnie w żadnym miejscu logiczny.

Sam wątek rodzących się uczuć między Freyą i Bjornem też jest skopany. Pani Jensen mogła z tego zrobić naprawdę ciekawy motyw dziwnego trójkąta uczuć między główną bohaterką, Bjornem i jego ojcem, wspomnianym jarlem, ale nie. Trzeba było zniszczy tak oczywisty, ale przynajmniej wprowadzający jakiś dreszczyk emocji, element oszustwem z nocą poślubną…

“Los Zapisany Krwią” to książka kpiąca z logiki i rzucająca czytelnikowi w twarz banalnymi rozwiązaniami po najmniejszej linii oporu. Serdecznie nie polecam i odradzam kuszenie się na piękny wygląd (którego nie da się tej powieści odmówić).

Instagram: czaro.marownik

Przedstawienie świata w tej książce zaczęło się nawet ciekawie. Czułam klimat wikingów, tych wierzeń i bóstw nordyckich. Naprawdę fajnym zaskoczeniem było rozpoczęcie historii Freyi od faktu, że jest mężatką i musi zmagać się z paskudnym małżonkiem. Przyznaję, że było to coś nowego i innego. Na początku poczułam także sympatię do obiektu westchnień głównej bohaterki,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

To już koniec opowieści ze świata kosiarzy i Kosodomu. Dobrnęliśmy do zakończenia całej historii i zwieńczenia wszystkich wątków. Zapraszam Was na recenzję “Żniwa”.

W ostatnim, trzecim już tomie, cała opowieść zmierza do końca. Rowan i Citra zostają wskrzeszeni, jednak tym razem ich rola nie jest aż tak duża jak wcześniej, zwłaszcza jeśli chodzi o Rowana. Citra otrzymuje zadanie rozwikłania tajemnicy trzech niespodziewanych katastrof, które dotyczyły ekspansji kosmosu. Goddard coraz bardziej panoszy się w świecie, próbując rozszerzać swoją władzę, ale rozrastający się kult tonistów coraz bardziej mu przeszkadza. Do tego Thunderhead próbuje stworzyć kolejną sztuczną świadomość, podobną do niego. Ale czy mu się to uda?

W tej części mieliśmy dużo nowych postaci. Czy było to dobre? Rozumiem, że konieczne, ale czasem się gubiłam, zwłaszcza na początku. Tak samo konfundujące były przeskoki w czasie. Zapewne były także potrzebne, żeby zaznaczyć upływ lat, ale trochę mieszały w głowie. Nie wiedziałam momentami ile lat od czego jesteśmy.

Bardzo podobały mi się wstawki z zapisów Thunderhead’a próbującego stworzyć byt podobny do siebie. Były one w formie krótkich rozmów, które z nimi przeprowadzał, poszukując tej jedynej, idealnej wersji. Ukazywało to tragiczność i samotność sztucznej inteligencji, która miała sprawować pieczę nad ludzkością, ale jednocześnie była niezwykle osamotniona w tym zadaniu.

Bardzo podobają mi się umiejętności autora do tworzenia czegoś istotnego z rzeczy, o której w pierwszym tomie nawet się nie myślało. Mam tutaj na myśli kult tonistów, który doczekał się nawet swojego mesjasza w postaci Zgiełku i stał się istotnym filarem powieści. A początkowo wydawali się tylko bandą wariatów, którzy przewijają się w tle.

Neal Shusterman bardzo dobrze potrafi poprowadzić też napięte sceny akcji. Czytając je ma się wrażenie, że jest się w tym miejscu. Bardzo trafnie potrafi oddać emocje bohaterów, ale jednocześnie nie przdłuża niepotrzebnie momentów.

Trzeci tom to dobre, zaskakujące i ciekawe zakończenie całej serii. Trzyma w napięciu i prawie do samego końca także w tajemnicy. Serdecznie polecam każdemu tą serię, bo jest ciekawą perełką pośród identycznych historii.

Instagram: czaro.marownik

To już koniec opowieści ze świata kosiarzy i Kosodomu. Dobrnęliśmy do zakończenia całej historii i zwieńczenia wszystkich wątków. Zapraszam Was na recenzję “Żniwa”.

W ostatnim, trzecim już tomie, cała opowieść zmierza do końca. Rowan i Citra zostają wskrzeszeni, jednak tym razem ich rola nie jest aż tak duża jak wcześniej, zwłaszcza jeśli chodzi o Rowana. Citra otrzymuje...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Tym razem historia stworzona przez Emily Henry opowiada o Norze, agentce literackiej, która wyjeżdża ze swoją siostrą na urlop do małego miasteczka Sunshine Falls. Początkowo ma to być jedynie chwila wytchnienia dla dwóch dziewczyn ze swoimi problemami, ale po niespodziewanym spotkaniu przez Norę Charliego, wydawcy, z którym nawiązywała współpracę, wszystko się zmienia.

Ta książka była po prostu o, za przeproszeniem, dupie Maryny! Słuchałam ją w audiobooku, a męczyłam się z nią tyle dni, że to aż wstyd! Naprawdę!

Nie dość, że “Book Lovers” ma delikatny posmak tych nudnych, robionych od tego samego szablonu filmów romantycznych o bizneswoman udającej się do małej mieściny, to na dodatek niewiele się tam dzieje. Nora chodzi to tu, to tam, pojawia się czasem jakiś facet, po drodze nagle kwitnie wielka miłość z Charliem, ale poza tym wieje nudą.

Irytująca była relacja, którą oplatała ona swoją siostrę. Jej obsesyjne myślenie tylko o tym, żeby tamtej było dobrze, żeby ją chronić, nie opuścić ani na krok było bardzo męczące. Wydaje się nadawać ono jedynie na terapię, a nie zwykłe załatwienie sprawy “dogadaniem się” sióstr. Za łatwo sobie odpuściła, żebym byłą w stanie uwierzyć w całą tą sytuację.

Do tego plot twist problemu, jaki ma siostra Nory jest mało zaskakujący, czy ciekawy. Przez całą książkę budowane było napięcie wiszącej tajemnicy, żeby na koniec okazało się być to niczym wielkim, ot, przeprowadzka do innego miejsca. Bardzo słabo.

Cała ta atmosfera słabej historii nie wpłynęła też dobrze na główny wątek miłosny. Czemu nagle poczuli coś do siebie w tej małej mieścinie? Co to zmieniło? Czemu nie było tego wcześniej? Końcowy dramat z tym, że Nora chce, ale się boi, nie może, czy cokolwiek innego, co uroiła sobie w głowie, słuchałam jedynie z myślą: kończmy już to!

Bardzo zaskakująco rozczarowująca książka, zwłaszcza w zestawieniu do poprzedniczek. Szkoda Waszego czasu i chęci czytelniczych.

Instagram: czaro.marownik

Tym razem historia stworzona przez Emily Henry opowiada o Norze, agentce literackiej, która wyjeżdża ze swoją siostrą na urlop do małego miasteczka Sunshine Falls. Początkowo ma to być jedynie chwila wytchnienia dla dwóch dziewczyn ze swoimi problemami, ale po niespodziewanym spotkaniu przez Norę Charliego, wydawcy, z którym nawiązywała współpracę, wszystko się zmienia.

Ta...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

W tej części akcja się zagęszcza. Po wydarzeniach z tomu pierwszego, kiedy to Citra stała się kosiarz Anastazją i pomogła Rowanowi zachować życie, na Kosodom spada strach. Rowan staje się kosiarzem Lucyferem. Sieje spustoszenie w szeregach Kosodomu, wymierzając sprawiedliwość tym, którzy śmieli odejść od jego uświęconych zasad. Faraday udaje się do odbudowanej Biblioteki Aleksandryjskiej, aby odnaleźć informacje o legendarnej Krainie Nod, tajemniczym miejscu stworzonym przez pierwszych kosiarzy. Na Citrę i Curie zostaje też zaplanowany zamach, którego sprawca nie jest znany, a do tego niespodziewanie powraca sędzia Goddard, który uznany był za zmarłego. Wszystko to prowadzi ostatecznie do niespodziewanego finału, którego nie chcę wam zdradzać, ale zapewniam, że był spektakularny.

“Thunderhead” to naprawdę świetna kontynuacja trylogii. Nie mamy tutaj już takiego posmaku zwykłej młodzieżówki, który dało się wyczuć w “Kosiarzach”. Jest bardziej dojrzale, bo i główni bohaterowie dorastają, i, o dziwo, znacznie mroczniej, chociaż może się to wydawać niemożliwe. Bo przecież co może być mroczniejszego od instytucji parającej się zabijaniem zwykłych obywateli. A jednak, da się, a pogarszająca się wewnętrzna sytuacja Kosodomu, oraz nagłe zmartwychwstanie Goddarda, pogłębiają klimat.

Uważam, że bardzo trafnym pomysłem było wstawienie tym razem pomiędzy rozdziałami wewnętrznych przemyśleń Thunderhead’a, zamiast fragmentów dzienników kosiarzy. Daje to naprawdę ciekawy wgląd w sposób jego myślenia oraz tłumaczy niekiedy motywację jego działań, które czasem mogą wydawać się dziwne. Te fragmenty utwierdziły mnie (jak na razie) w przekonaniu, że Thunderhead nie jest zły i dba o ludzkość. Ciekawa jestem, czy zmieni się to w trzecim tomie. Jeśli nie to naprawdę duży szacunek dla autora.

Otrzymujemy też tym razem kilka nowych postaci, takich jak Grayson, który wykonuje plany powierzone mu przez Thunderhead’a, chociaż nie ma pojęcia do czego one prowadzą. Jest to ciekawy powiew świeżości oraz interesująca zmiana kierunku, w którym podąża fabuła.

Koniec książki to rollecoaster emocji. Dzieje się dużo, intensywnie i szokująco. Ma miejsce mocne “uderzenie” i otrzeźwienie dla czytelnika, jak i bohaterów. Jestem niezwykle ciekawa, jak skończy się cała historia.

Tom drugi to naprawdę dojrzała kontynuacja interesującej opowieści zapoczątkowanej w “Kosiarzach”. Wciąga, przemiela i pozostawia z pytaniem “Co dalej?”. Serdecznie Wam polecam.

Instagram: czaro.marownik

W tej części akcja się zagęszcza. Po wydarzeniach z tomu pierwszego, kiedy to Citra stała się kosiarz Anastazją i pomogła Rowanowi zachować życie, na Kosodom spada strach. Rowan staje się kosiarzem Lucyferem. Sieje spustoszenie w szeregach Kosodomu, wymierzając sprawiedliwość tym, którzy śmieli odejść od jego uświęconych zasad. Faraday udaje się do odbudowanej Biblioteki...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Tym razem udało mi się trafić w dziesiątkę. Szał, który był na tą serię okazuje się być bardzo uzasadniony. Jestem zaskoczona wykreowanym światem i całą historią, ale w pozytywny sposób.

“Kosiarze” to utopia pomieszana z dystopią. Mamy wspaniały świat przyszłości, w którym ludzie nie umierają, nie imają się ich żadne choroby, nie ma biedy ani głodu i wszyscy żyją szczęśliwie. Nad całym światem czułą pieczę sprawuje sztuczna inteligencja nazywana Thunderheadem, która dba o ludzkość i jej przetrwanie. Jednakże wraz z okiełznaniem śmierci pojawił się inny problem, a mianowicie groźba przeludnienia planety. I tym właśnie zajmują się tytułowi kosiarze. Są to wysłannicy instytucji zwanej Kosodomem, którzy mają za zadanie odbierać wyznaczonym przez siebie ludziom życie. Śmierć raz zadana przez kosiarza staje się ostateczna i nie można takiej osoby wskrzesić. W zamian rodzina o zebranej osoby otrzymuje roczny immunitet. Głównymi bohaterami są Citra i Rowan, którzy trafiają na nauki do tego samego kosiarza i wokół nich, ale także wokół wewnętrznych problemów Kosodomu rozgrywa się cała akcja pierwszego tomu.

No sami powiedzcie czy to nie brzmi ciekawie? I pomimo, że jest to młodzieżówka, chociaż osobiście nie mam z tym problemu, bo lubię ten rodzaj i dużo ich czytam, to jest to naprawdę bardzo dojrzale poprowadzona opowieść. Pan Shusterman naprawdę dobrze wykreował swój świat. Nie widzę tam żadnych luk logicznych. Mamy konkretny ustrój polityczny, konkretne instytucje, które sprawują władzę i wgląd w codzienne życie ludzi w tym systemie.

Sam zamysł sztucznej inteligencji, która jest bardziej miłościwa i sprawiedliwa od ludzi jest bardzo oryginalny, ponieważ ilekroć w mainstreamie, czy to w filmach, czy w książkach, przedstawiany jest aspekt AI przejmującego władzę, jest on pokazywany jako coś złego, strasznego dla ludzkości. Tutaj mamy zupełnie inny obraz. Świat jest bezpieczny, pozbawiony trosk i to tylko dlatego, bo udało się odsunąć ludzi od rządzenia. Wydaje mi się to nawet trochę prawdopodobne.

Postacie wykreowane w tej książce również są ciekawe, a przede wszystkim każda ma zupełnie inny charakter oraz odgrywa inną rolę w historii. Jasno są też zarysowane dobre i złe charaktery, a także i te neutralne. Nie ma wątpliwości kogo należy potępiać.

“Kosiarze” to kawał naprawdę dobrej książki, która zainteresuje młodzież jak i starsze wiekiem osoby. Wciąga od pierwszych stron. Mogę z czystym sumieniem Wam ją polecić. Na pewno nie będziecie się nudzić.

Instagram: czaro.marownik

Tym razem udało mi się trafić w dziesiątkę. Szał, który był na tą serię okazuje się być bardzo uzasadniony. Jestem zaskoczona wykreowanym światem i całą historią, ale w pozytywny sposób.

“Kosiarze” to utopia pomieszana z dystopią. Mamy wspaniały świat przyszłości, w którym ludzie nie umierają, nie imają się ich żadne choroby, nie ma biedy ani głodu i wszyscy żyją...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Czy ktoś z Was pamięta jeszcze film “Anihilacja” z 2018 roku produkcji Netflixa? Główną postać grała tam Natalie Portman i było to spore widowisko. Wydaje mi się, że film spotkał się wtedy z lekką krytyką. Ja sama nie byłam bardzo przekonana, ale parę rzeczy pozostało mi w pamięci do tej pory. Nie rozwodziłam się wtedy jednak nad samym powstaniem tego filmu, więc jakie było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałam się, że była to ekranizacja książki o tym samym tytule. Nie chcę tutaj porównywać tych dwóch dzieł, ale wystarczy, że stwierdzę, że znacznie, ale to znacznie różnią się od siebie. Zaryzykowałabym stwierdzeniem, że film to zaledwie luźna wariacja na temat.

“Anihilacja” to opowieść o dziwnej anomalii zwanej Strefą X, która pojawiła się na terenach USA. Obszar badało wiele ekspedycji i tym razem towarzyszymy jednej z nich. Główną bohaterką jest biolożka. Nie znamy jej imienia i nazwiska, tak samo, jak nie znamy imion i nazwisk jej towarzyszek. Mają za zadanie pozostać i badać Strefę. Okazuje się jednak, że natrafiają na miejsce, o którym nie miały pojęcia. Jest tam cicho, dziewiczo, ale w tym pięknie kryją się dziwne, nienormalne biologicznie zagadki, które wprowadzają zamęt w szeregi ekspedycji.

“Anihilacja” jest książką tak dziwną, że aż ciekawą. Czuję, że jak Strefa X, która wżarła się w umysł biolożki, tak ta książka zostanie w mojej głowie na długo. Dlaczego? Na pewno przez swoją dziwność i tajemniczość. Bo tak naprawdę można ją przeczytać od deski do deski i nie zrozumieć czym jest Strefa X. Nie dowiemy się co tak naprawdę spowija ten obszar, nie zostanie nam dokładnie wyjaśnione dlaczego przyroda zachowuje się tak, a nie inaczej i czym są całkiem nowe organizmy, które można tam spotkać. Mamy poszlaki, jakieś strzępki hipotez, ale to wszystko. Strefa X Wami zawładnie, przerazi i zafascynuje. To nie jest miejsce sielankowe, chociaż może się takim wydawać na pierwszy rzut oka. To anomalia, która pochłania wszystko na swojej drodze.

Tak książka, to kawałek ciekawej, dobrze napisanej historii. Jest niepokojąca, ale dzięki temu wywołuje chęć dalszego czytania, sięgnięcia po kolejne tomy, w celu rozwikłania zagadki tego dziwnego miejsca. Ale czy w ogóle dostaniemy rozwiązanie? Tego na ten moment nie wiemy.

Jeśli chcielibyście oderwać się od gatunków, które normalnie czytacie to ta książka nadaje się na chwilową zmianę tematu. Jest krótka i szybko się czyta, a jednocze.śnie przenosi w całkiem inny, nieznany świat. Polecam.

Instagram: czaro.marownik

Czy ktoś z Was pamięta jeszcze film “Anihilacja” z 2018 roku produkcji Netflixa? Główną postać grała tam Natalie Portman i było to spore widowisko. Wydaje mi się, że film spotkał się wtedy z lekką krytyką. Ja sama nie byłam bardzo przekonana, ale parę rzeczy pozostało mi w pamięci do tej pory. Nie rozwodziłam się wtedy jednak nad samym powstaniem tego filmu, więc jakie było...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Akcja tego tomu rozgrywa się niedługo po zgaśnięciu ostatniego Światła górującego nad Irpą. Świat pogrąża się w całkowitym mroku, a zamieszkujące go istoty muszą radzić sobie jedynie w blasku ognia. Całe karawany łączą się w jedno, by przemierzać mroki. Bae i Cad, z początku wędrują wraz z ocalałymi, jednak w końcu odłączają się, by dowiedzieć się jak uratować świat. Muszą radzić sobie z przeciwnościami losu. Odkrywają także kolejne losy stworzycieli ich świata.

Tim Probert to niezwykle utalentowany rysownik, który udowadnia swoje umiejętności każdą stroną Lightfall. Jego ilustracje są w każdym milimetrze dopracowane, nie brakuje w nich szczegółów, są niezwykle barwne i przyciągające. Jego kreska ma w sobie coś ciepłego, zachęcającego do przygody i zagłębienia się w wykreowany świat. Potrafi także niezwykle dobrze tworzyć ciekawe postacie oraz swoją krainę fantasy z różnorodnymi rasami, magicznymi lokalizacjami, mitologią i całym zamysłem, który składa się w spójną całość.

Nie ma co ukrywać, że są to komiksy dla dzieci. Ale czy faktycznie dla nich się nadają? Moim zdaniem, jak najbardziej tak. Przede wszystkim dlatego, że pod otoczką przygód okraszonych klimatem fantasy możemy zobaczyć prawdziwe problemy i wartości bohaterów. Podprogowo można wyłapać swego rodzaju morał, że rodzina, nie ważne jaka i nie ważne jak daleko by była jest istotna, a lęki i niepewność, które nie raz w człowieku buzują, są możliwe do pokonania. Istotna jest także przyjaźń, dzięki której można pokonać wiele przeciwności losu. Banalne? Może dla starszego czytelnika owszem, ale dla młodszego te nauki nadają się idealnie.

Trochę spodziewałam się więcej akcji i wydarzeń, w stosunku do poprzednich tomów. Moje oczekiwania mogą być jednak podszytem tym, że myślałam, że to już ostatnia część tej historii, zwłaszcza, że poprzednia zakończyła się tak spektakularnie. Ewidentnie liczyłam na rozwiązanie problemu jaki spadł na Irpę.

Nie zmienia to jednak faktu, że całość ponownie zaprezentowała się pięknie, magicznie i kolorowo. Grafiki są zachwycające, a bohaterowie nadal sympatyczni. I tylko czekać kolejnych tomów, w których dowiemy się w końcu, czy uda się uratować Irpę :3

Instagram: czaro.marownik

Akcja tego tomu rozgrywa się niedługo po zgaśnięciu ostatniego Światła górującego nad Irpą. Świat pogrąża się w całkowitym mroku, a zamieszkujące go istoty muszą radzić sobie jedynie w blasku ognia. Całe karawany łączą się w jedno, by przemierzać mroki. Bae i Cad, z początku wędrują wraz z ocalałymi, jednak w końcu odłączają się, by dowiedzieć się jak uratować świat. Muszą...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , , ,

*** Ta recenzja może zawierać małe spoilery, więc jeśli chcecie wejść w tą opowieść bez żadnych sugestii to doradzam powrócić po lekturze ***

No i skończyło się… Koniec przygody z “Kwiatem Paproci”, wszystkimi bohaterami i serią, która tak na poważnie wciągnęła mnie w słowiańskie fantasy…

“Swarożyc” to ostatni tom serii i, oj, dzieje się. Historia po raz kolejny dotyczy przeszłości Jarogniewy i ostatniego zadania, które przygotował dla niej Swarożyc. Jej małżeństwo się sypie, niespodziewana ciąża krzyżuje plany, a wypełnienie obietnicy złożonej bogu zbliża się wielkimi krokami. Jaga ma pełno problemów na głowie, zarówno swoich, jak i cudzych, a jej wewnętrzna empatia i altruizm (do których w życiu by się nie przyznała) nie pozwalają jej być obojętną.

Ta książka to były emocje związane z treścią, ale też faktem, że kończymy tą przygodę (chociaż nadal w to nie dowierzam). Naprawdę, pomimo, że nie jest to jakieś epickie high fantasy, to cały wykreowany świat i postacie w nim zawarte tak głęboko osiadły w moim sercu, że na każdy tom czekałam z niecierpliwością.

“Swarożyć” to naprawdę dobrze poprowadzona historia z mnóstwem ciekawych zdarzeń. Byłam przyzwyczajona, że jest to raczej rodzaj cozy fantasy, ale jedna scena dotycząca przeobrażenia w wilkołaka, była naprawdę mocna i niespodziewana. Nie była długa, ale sposób jej opisania został mi w głowie i czułam się, jakbym nagle znalazła się w horrorze. I stwierdzam to w pozytywnym sensie, bo nie spodziewałam się, że autorka potrafi tak coś takiego opisać.

Ogólnie opisana w tym tomie historia ukazuje zdecydowanie inny finał niż można się było spodziewać. W przypadku Mszczuja zmieniłam o nim trochę zdanie, zdecydowanie nie na lepsze, natomiast Swarożyć, niestety, nie zawiódł mnie.

Zakończenie jest wzruszające i słodko-gorzkie. Przyznaję, że ścisnęło mnie porządnie w gardle.

Jeśli mam się do czegoś przyczepić to nie za bardzo spodobała mi się nagła zmiana narracji w kwestii ziołolecznictwa. Do tej pory zawód szeptuchy był kreowany na alternatywę (oczywiście, w granicach rozsądku) dla leków i zwyczajnej medycyny, a postać Gosi była wręcz przykładem zmiany nastawienia do takiego sposobu przeciwdziałania chorobom. A tutaj, niespodziewanie, Jaga wygłasza opinie, jakoby wszystkie zioła, napary, oleje czy maście wytworzone na bazie ziół były tylko sposobem na przyciągnięcie klientów, który nic tak naprawdę nie daje, a najlepsze są środki z apteki. Oj, nie spodobało mi się to i nie rozumiem takiej zmiany nastawienia. Zupełnie niepotrzebna i psująca klimat całej serii.

Jednakże ocena końcowa to zarówno ocena za fabułę, jak i czysty sentyment i smutek, że seria się kończy. Wydałam ją zdecydowanie serduszkiem i będę tęsknić za Gosią, Jagą i całym klimatem tej serii… 🥲

Instagram: czaro.marownik

*** Ta recenzja może zawierać małe spoilery, więc jeśli chcecie wejść w tą opowieść bez żadnych sugestii to doradzam powrócić po lekturze ***

No i skończyło się… Koniec przygody z “Kwiatem Paproci”, wszystkimi bohaterami i serią, która tak na poważnie wciągnęła mnie w słowiańskie fantasy…

“Swarożyc” to ostatni tom serii i, oj, dzieje się. Historia po raz kolejny dotyczy...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

“Onyx Strom” w zasadzie nie jest takie znowu złe. Na pewno dzieje się więcej, niż w poprzedniej części. Trochę podróżują, trochę odkrywają, coś tam walczą.

Ciekawym momentem (UWAGA! SPOILERY!) jest pojawienie się matki Xadena. W sumie zupełnie się jej nie spodziewałam i jego złość na nią wydaje się być bardzo uzasadniona i normalna w takiej sytuacji. Ponadto motyw odchodzącej Andarny, która zrywa więź, był mocny i wprawił mnie w szok. Końcówka książki bardzo mnie wciągnęła i znowu jestem ciekawa co będzie dalej.

Nadal jednak uważam, że te książki mógłby być o połowę chudsze i totalnie nic by na tym nie straciły, bo momentami ciągną się niemiłosiernie. Straciłam również serce do relacji Violet i Xadena. Miał być wielki dramat, bo on jest veninem, a przez całą książkę nie wiąże się z tym nic wielkiego. Jedynie musi się pilnować, czasem jest na granicy, ale nie czułam w tym żadnego napięcia, jakiegoś lęku, że co to będzie, och och, jak sobie poradzi.

Rozwala mnie też, że w każdej części musi ktoś umierać. No nie da się inaczej. Jakby autorka natworzyła milion postaci i zaczynała sobie z nimi nie radzić, więc najlepiej powoli każdego uśmiercać. I każdy tom MUSI skończyć się jakąś walką, bo nie ma innych rozwiązań. Trochę zaczyna pojawiać się schemat pisania autorki.

Ostatecznie “Onyx Storm” dostaje ode mnie nienajgorszą, bezpieczną ocenę, ale oczekiwałabym więcej od tej serii.

Instagram: czaro.marownik

“Onyx Strom” w zasadzie nie jest takie znowu złe. Na pewno dzieje się więcej, niż w poprzedniej części. Trochę podróżują, trochę odkrywają, coś tam walczą.

Ciekawym momentem (UWAGA! SPOILERY!) jest pojawienie się matki Xadena. W sumie zupełnie się jej nie spodziewałam i jego złość na nią wydaje się być bardzo uzasadniona i normalna w takiej sytuacji. Ponadto motyw...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

No i mamy to. Kolejny, 3 już tom serii Belladonna, ale czy ostatni? Okaże się, a teraz skupmy się na tym co mamy 😀

Tym razem akcja całej książki opisywana jest z perspektywy Blythe i kilka razy również Arisa. Wplątani w małżeństwo, które żadne z nich nie chce, muszą radzić sobie z wzajemną niechęcią, która przesłania im możliwość zbudowania normalnej relacji. Dookoła dzieje się magia, ale nadal mamy także tajemnicę i próby rozwiązania jej.

Powiem Wam, że lubię tą serię. W każdym tomie można trochę pozastanawiać się, jaka jest ukryta tajemnica, co się wydarzyło i jaka jest tak naprawdę sytuacja. A rozwiązanie zawsze jest zaskakujące i ciekawe. Za każdym razem dobrze się bawię, a do tego sposób pisania jest bardzo przystępny. Jakoś łatwo “śmiga” mi się po tekście i nie ma chwili nudy.

Ciekawie poprowadzona była także relacja Blythe i Arisa. Nie jestem jakąś fanatyczną fanką romansów w książkach, bo w tych czasach każdy wygląda dla mnie tak samo, ale tym razem naprawdę kibicowałam głównej parze. Zwłaszcza, że w tej części dostajemy głębszy, pełniejszy obraz Arisa, tego co kłębi się w jego duszy i jakich rzeczy doświadczył. Kiedy dowiedziałam się, że 3 tom jest poświęcony tylko Blythe i Losowi, nie byłam zadowolona, ale teraz niczego nie żałuję. Obserwowanie, jak tworzy się między nimi fajna chemia, jak odkrywają swoje prawdziwe “JA”, jest naprawdę przyjemne i kibicuje im się w tym. Przeskok z “nienawidzę cię” do “a może jednak nie…” nie jest tak bardzo nagły, jak w wielu książkach, nie zaskakuje niespodziewaną zmianą narracji w bohaterze.

Samo zakończenie jest niejednoznaczne, przynajmniej dla mnie, ale nie będę Wam spoilerować 😀

Do tego wydanie książek nadal jest bardzo ładne (chociaż nie tak, jak zagraniczne). Okładki pasują do siebie stylem. Nie do końca rozumiem tylko te jaskrawe brzegi, ale nie będę się czepiać.

“Wisteria” to książka bardzo na plus, zamykająca całą historię chyba już definitywnie. Chociaż… zobaczymy 😉

Instagram: czaro.marownik

No i mamy to. Kolejny, 3 już tom serii Belladonna, ale czy ostatni? Okaże się, a teraz skupmy się na tym co mamy 😀

Tym razem akcja całej książki opisywana jest z perspektywy Blythe i kilka razy również Arisa. Wplątani w małżeństwo, które żadne z nich nie chce, muszą radzić sobie z wzajemną niechęcią, która przesłania im możliwość zbudowania normalnej relacji. Dookoła...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Jak sama okładka wskazuje znaleźć można tutaj informacje dotyczące sposobów torturowania i zabijania winnych (ale często i niewinnych) na przestrzeni dziejów. Każdy rozdział to inna tortura lub rodzaj zadawania śmierci, a ich opisy są zaskakująco obrazowe.

Nie ukrywam, że “Powiesić, wybebeszyć i poćwiartować” to naprawdę ciekawa pozycja ukazująca okrucieństwo rodzaju ludzkiego, które ciągnie się w zasadzie od zawsze. Zaskakująca jest pomysłowość człowieka i jego ogromna brutalność, która została nieco stłumiona tak naprawdę niedawno (a nie oszukujmy się nadal jest jej pełno w świecie). Normalna osoby nawet się nad tym na co dzień nie zastanawia, nie myśli co ktoś potrafi zrobić bliźniemu w imię prawa, religii, poglądów czy czegokolwiek innego, co wydaje się być ważne. I o ile teraz i te kilkadziesiąt lat wstecz można było liczyć na jakiś osąd przez wymiar prawa, jakieś logiczne podejście do winy lub niewinności, to przed wiekami panowała tak naprawdę całkowita samowolka. Pozwala to też uświadomić w jak na ten moment bezpiecznym kraju żyjemy i że warto o to dbać i walczyć.

Książka ma wiele rycin, obrazów i zdjęć, które dodają wiarygodności całej treści, są poparciem dla zebranych tam informacji. Nie są jakieś przerażające, ale pozwalają wejrzeć w historię egzekucji.

Wydaje mi się, po tej lekturze, że żadne zwierzę nie jest tak okrutne i pomysłowe w tym okrucieństwie jak człowiek.

Książkę polecam, bo czasem dobrze uświadomić sobie i przypomnieć, jak było kiedyś i jaki bywa rodzaj ludzki.

Instagram: czaro.marownik

Jak sama okładka wskazuje znaleźć można tutaj informacje dotyczące sposobów torturowania i zabijania winnych (ale często i niewinnych) na przestrzeni dziejów. Każdy rozdział to inna tortura lub rodzaj zadawania śmierci, a ich opisy są zaskakująco obrazowe.

Nie ukrywam, że “Powiesić, wybebeszyć i poćwiartować” to naprawdę ciekawa pozycja ukazująca okrucieństwo rodzaju...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki My Dark Desire Parker S. Huntington, L.J. Shen
Ocena 7,6
My Dark Desire Parker S. Huntington, L.J. Shen

Na półkach: , ,

Po wszystkich tych literaturach pięknych, które “wciągnęłam” ostatnimi czasy, musiałam w końcu sięgnąć po jakiś odmóżdżacz. Los tak chciał, że trafiło na drugi tom cyklu Dark Prince Road czyli “My Dark Desire”, bo pamiętałam, że dosyć dobrze bawiłam się na “My Dark Roemo” i chciałam to powtórzyć.

No cóż, nie oszukujmy się, te książki są dosyć proste i niewymagające. Historia nie jest skomplikowana. On bogaty. Ona nie da sobie w kaszę dmuchać. On zraniony/skrzywdzony/do naprostowania (niepotrzebne skreślić). Więc ona wchodzi z nim w układ LUB stawia sobie za punkt naprawić go LUB chce mu pokazać kto tu rządzi. Uprawiają morenkę gdzie się da. A na koniec happy end. Proszę, macie fabułę dwóch tomów 😀

Mam wrażenie, że pierwszy tom bardziej mnie ubawił, ale tutaj już trochę po połowie nawet się wciągnęłam. Trochę byłam ciekawa jak rozwiążą się pewne kwestie, chociaż nie są to plot twisty, które byłby oryginalne czy zaskakujące.

W tych książkach nie ma niczego oryginalnego zaczynając od całego pomysłu na historię i na opisach kończąc. Mam wrażenie, że już milion razy czytałam o tym jacy przystojni są główni bohaterowie, jakie wielkie mają… “maczugi” i jak bardzo są mroczni, groźni i skrzywdzeni przez los. Motyw unikania dotyku również wałkowany był wiele razy. ALE oddając sprawiedliwość niezwykle kreatywne było porównanie “węża” jednego z mężczyzn występujących w fabule do ogona lemura 😂. Nawet nie chcę sobie tego wyobrażać…

“My Dark Desire” można przeczytać lub przesłuchać jeśli pragnie się oderwać głowę i nie przyswajać czegoś wymagającego. Jeśli podejdziecie do tego w ten sposób to można się czasem pośmiać 😀

Instagram: czaro.marownik

Po wszystkich tych literaturach pięknych, które “wciągnęłam” ostatnimi czasy, musiałam w końcu sięgnąć po jakiś odmóżdżacz. Los tak chciał, że trafiło na drugi tom cyklu Dark Prince Road czyli “My Dark Desire”, bo pamiętałam, że dosyć dobrze bawiłam się na “My Dark Roemo” i chciałam to powtórzyć.

No cóż, nie oszukujmy się, te książki są dosyć proste i niewymagające....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Trochę czekałam na sięgnięcie po “Podpalaczkę”, a tym samym na pierwszą od dawna książkę Stephena Kinga, która przeczytałam. Ostatnią jego powieść przeczytałam prawie 3 lata temu, więc trochę czasu faktycznie zdążyło już minąć. Kingiem zaczytywałam się w gimnazjum i liceum, więc naprawdę dawno. Wtedy też nieco się nim “przejadłam” i przestało mnie do niego ciągnąć, zwłaszcza, że zapoznałam się z ważniejszymi dziełami, jak “Zielona mila”, “Lśnienie”, “Cmętarz zwieżąt”, czy “Miasteczko Salem”.

“Podpalaczka” to historia Andy’ego i jego córki Charlie, którzy z powodu swoich nadnaturalnych mocy są ścigani przez rządową instytucję nazywaną Sklepikiem. Andy i jego żona, w wyniku eksperymentu, któremu poddali się będąc na studiach, dają życie całkiem nowej mocy, którą włada ich córka. Rząd pragnie dogłębnie zbadać to zjawisko i przejąć nad nimi kontrolę, a oni muszą uciekać, żeby ocalić życie i wolność.

Czy przypominam Wam to nieco “Stranger Things”? Jeśli tak to bardzo słusznie, ponieważ twórcy serialu inspirowali się mocno dziełem Kinga. Sama widziałam te podobieństwa, ale nie przeszkadzało mi to. Ot, ciekawostka.

Cała historia trzyma się “kupy” i idzie bardzo płynnie. Krótkie rozdziały robią swoje, ale także styl pisarski autora bardzo pomaga. Pomysł jest oryginalny i wciągający. Pragnie się dowiedzieć co będzie dalej i jak cała sytuacja się rozwiąże. Nikt nie buduje tak ciekawych postaci jak King i tego nie można mu odmówić. Każda postać to całkowicie indywidualny byt, nic się nie powiela, a ich cechy nadają im prawdziwości. Wierzy się, że są to prawdziwi ludzie.

Moim osobistym minusem jest fakt kilku literówek oraz nietrafnych tłumaczeń. Mam co do tego zarzut pod takim względem, że książka została przetłumaczona już wiele lat temu i chyba do tej pory nikt tego nie sprawdził…

“Podpalaczka” to kawał dobrej historii, która nie nudzi się w żadnym momencie czytania. Serdecznie Wam polecam 🙂

Instagram: czaro.marownik

Trochę czekałam na sięgnięcie po “Podpalaczkę”, a tym samym na pierwszą od dawna książkę Stephena Kinga, która przeczytałam. Ostatnią jego powieść przeczytałam prawie 3 lata temu, więc trochę czasu faktycznie zdążyło już minąć. Kingiem zaczytywałam się w gimnazjum i liceum, więc naprawdę dawno. Wtedy też nieco się nim “przejadłam” i przestało mnie do niego ciągnąć,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

“Była sobie rzeka” to kolejny tytuł z Serii Butikowej. Tym razem stykamy się z opowieścią Diane Setterfield. Pewnej nocy w gospodzie nad rzeką pojawia się mężczyzna z martwą dziewczynką na rękach. Nie mija jednak dużo czasu, a dziecko, które miało nie żyć, otwiera oczy. Miasteczko i wiele osób z niego angażuje się w zagadkę, skąd wzięła się dziewczynka i kto jest jej rodziną. Wychodzi na jaw wiele tajemnic, ale i wiele spraw w końcu zostaje naprawionych.

Mam mieszane uczucia co do tej książki. Z jednej strony historia była nawet ciekawa. Motyw nieco przypominał mi “Światło między oceanami”, ale “Była sobie rzeka” jest jednak wcześniej wydane, więc zaciągania inspiracji można jedynie szukać w autorce drugiej książki. Początek był intrygujący i w zasadzie do końca ciekawa byłam, jak rozwiąże się sytuacja, skąd wzięła się dziewczynka i kto jest jej rodziną. Sam pomysł na historię był interesujący.

Problem mam jednak z tym, że znowu mam wrażenie, że miejscami książka była “przekombinowana”, bo było milion przeróżnych postaci, w których można było się mocno pogubić (i nie raz niewiele mi brakowało). Ostatecznie każda z tych postaci miała jakieś mniejsze lub większe znaczenie i wszystko łączyło się w jedną całość, jednak słuchając tej książki w audiobooku nie raz miałam mętlik w głowie. Dodatkowo mogłaby być nieco krótsza, ale to już moja indywidualna ocena.

Nie jestem także zachwycona końcówką, bo oczekiwałam zupełnie czegoś innego. Nie chcę go zdradzać, ale jak na taką tajemnicę, która jest jednak przyziemna, to końcówka jest dla mnie zbyt mistyczno-fantastyczna.

Instagram: czaro.marownik

“Była sobie rzeka” to kolejny tytuł z Serii Butikowej. Tym razem stykamy się z opowieścią Diane Setterfield. Pewnej nocy w gospodzie nad rzeką pojawia się mężczyzna z martwą dziewczynką na rękach. Nie mija jednak dużo czasu, a dziecko, które miało nie żyć, otwiera oczy. Miasteczko i wiele osób z niego angażuje się w zagadkę, skąd wzięła się dziewczynka i kto jest jej...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Ja to chyba nie umiem być bardzo krytyczna w stosunku do książek i filmów (ale nie seriali) z uniwersum Gwiezdnych Wojen. Tak jak podoba mi się każdy film z tej serii, tak samo nie mam znowu jakichś wielkich zarzutów do ostatniego(na ten moment) tomu o Padme Amidali 😀

“Nadzieja królowej” to kolejny tom z “Trylogii o Padme Amidali” opowiadający o dalszych losach Padme jako senator Naboo. W tej części dostajemy także namiastkę relacji jej z Anakinem, odbywa się ślub, który jest tak pamiętny z filmów. Trwa także Wojna Klonów i sytuacja polityczna coraz bardziej się zagęszcza.

I wszystko tak naprawdę podobało mi się. Ciągle coś się działo, nie było chwili nudy czy zastoju. Nie zauważyłam żadnych błędów w tłumaczeniu czy stylistyce. Bardzo przyjemnie szło się przez historię, wszelkie wątki i relacje.

Jestem natomiast nieco zawiedziona pod takim względem, że skoro jest to trylogia, to to już ostatni tom tej przygody. Naprawdę wielka szkoda, bo chciałabym zobaczyć upadek Anakina oczami Padme, to co czuła, jak to wyglądało głębiej między nimi, czy coś przeczuwała. Pomimo, że ich związek jest jednym z ważniejszych elementów “Nadziei królowej”, to jest ukazany dosyć pobieżnie, a autorka skupia się bardziej na polityce i starciach w Wojnie Klonów. Nie zrozumcie mnie źle, to, że skupia się akurat na tym nie jest minusem, ale chciałabym więcej tej relacji, bo w końcu jest to jeden z istotniejszych aspektów tego uniwersum.

Poza tym jednak książka była przyjemna i wciągająca. No Gwiezdne Wojny albo się lubi, albo i też nie 😀

Instagram: czaro.marownik

Ja to chyba nie umiem być bardzo krytyczna w stosunku do książek i filmów (ale nie seriali) z uniwersum Gwiezdnych Wojen. Tak jak podoba mi się każdy film z tej serii, tak samo nie mam znowu jakichś wielkich zarzutów do ostatniego(na ten moment) tomu o Padme Amidali 😀

“Nadzieja królowej” to kolejny tom z “Trylogii o Padme Amidali” opowiadający o dalszych losach Padme jako...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

“Milczący zamek” to była długa droga, ciągnąca się, zdawałoby się, w nieskończoność… W tej recenzji prawdopodobnie nieco zaspoileruję, więc jeśli Wam to nie przeszkadza, to zapraszam 😀

Powieść Kate Morton to historia zapoczątkowana z perspektywy Edith, która powoli odkrywa przeszłość swojej matki, jej dzieciństwo podczas II Wojny Światowej i wyjazd do zamku Mildehurst, siedziby znanego pisarza i jego trzech córek. Edith odkrywa dawne tajemnice, które spowijają zamek i ich mieszkańców, zarówno obecnych, jak i tych dawnych.

Książka zaczęła w pewnym momencie potwornie mi się nudzić (a przerabiałam ją w audiobooku i to na podwójnym przyspieszeniu…). Powodem jest strasznie rozwlekły styl pisania autorki, która połowę informacji i scen mogłaby zawrzeć w znacznie zwięźlejszej formie. Moja przyjaciółka uznała, że język jest zbyt kwiecisty i na początku tego nie widziałam, ale jednak można faktycznie to tak nazwać. Bardzo rozbudowane zdania i rozwlekłe opisy niczego ciekawego powodują niepotrzebne wydłużanie opowieści. Dosyć to denerwowało, zwłaszcza też w przypadkach, kiedy akurat działo się coś ciekawego, a autorka postanawiała właśnie w tym momencie opisywać wszystko dookoła.

Później jednak trochę się wciągnęłam, ale na koniec nie dość, że ponownie zrobiło się nudno i rozwiązanie zagadek ciągnęło się w nieskończoność, to jeszcze wielki plot twist okazał się tak bez sensu… To jak, zginął ukochany Juniper i skąd cała ta tajemnica oraz wszelkie psychiczne problemy sióstr, a także to, że na koniec spaliły się (specjalnie, przez jedną z nich) w pożarze… Nie no, to w ogóle nie miało sensu i polotu.

Ponadto autorka rozpoczyna książkę, jakby cała historia i tajemnica miała dotyczyć matki Edith, a jednak w pewnym momencie zupełnie o tym zapomina, skupiając się głównie na siostrach. Wątek ich wielkiej zażyłości z matką Edith też nie jest specjalnie wiarygodny. Nie dostajemy wyjaśnienia czemu kontakt się urwał oraz co tak bardzo dołowało jej matkę.

Doprawdy, co za rozczarowanie…

Instagram: czaro.marownik

“Milczący zamek” to była długa droga, ciągnąca się, zdawałoby się, w nieskończoność… W tej recenzji prawdopodobnie nieco zaspoileruję, więc jeśli Wam to nie przeszkadza, to zapraszam 😀

Powieść Kate Morton to historia zapoczątkowana z perspektywy Edith, która powoli odkrywa przeszłość swojej matki, jej dzieciństwo podczas II Wojny Światowej i wyjazd do zamku Mildehurst,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to