-
Artykuły
Czytamy w święta. 3 kwietnia 2026
LubimyCzytać325 -
Artykuły
Weź udział w konkursie i wygraj pakiet książek Callie Hart!
LubimyCzytać24 -
Artykuły
„Odpowiedź kryje się w tobie” – Katarzyna Wolwowicz zdradza, jak ją odnaleźć
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Nowa karkonoska powieść Sławka Gortycha! „ŚWIĘTO KARKONOSZY”- już wkrótce! KONKURS
LubimyCzytać131
Biblioteczka
2026
2026
Do książki "In memoriam" Alice Winn podchodziłem dość sceptycznie. Nie ukrywam, że miały na to wpływ bardzo mieszane opinie, które udało mi się znaleźć, ale – jak doskonale wiecie – takie rzeczy nigdy mnie nie odstraszały, bo wolę przekonać się samemu. I tym razem muszę przyznać, że nie podzielam większości tych negatywnych. Powieść mnie nie zachwyciła (czyli nie będzie "ochów" i "achów"), jednak nie ukrywam, że podobała mi się.
Fabuła toczy się w okresie I wojny światowej (co jest w sumie rzadkością), a historia rozpoczyna się w angielskiej, męskiej szkole dla elitarnej młodzieży. Jej głównymi bohaterami są Ellwood i Gaunt – dwaj przyjaciele ze szkoły. Choć "przyjaciele" to może zbyt małe słowo, bo... No właśnie – w dużej mierze jest to książka o miłości: trudnej, zakazanej i nieakceptowanej. Trzeba pamiętać, że w tamtych czasach homoseksualność była w Wielkiej Brytanii nielegalna, co jednocześnie stanowiło dość daleko posuniętą hipokryzję. Dlaczego? A dlatego, że w męskich, elitarnych szkołach, gdzie chłopców wychowywano na mitach greckich i poezji romantycznej, zachowania homoerotyczne były nie tylko powszechne, ale też tolerowane (dopóki nikt się z tym nie obnosił, bo wówczas groziło mu wydalenie ze szkoły). I tu muszę przyznać, że autorka (korzystając z wielu źródeł) bardzo dobrze (moim zdaniem) przedstawiła szkolną społeczność i tamtejszą mentalność.
Tak naprawdę postaci jest w książce dużo, a większość stanowią szkolni koledzy Ellwooda i Gaunta, którzy dość szybko trafiają na front, gdzie – do tej pory zapatrzeni w romantyczny obraz wojny i natchnieni patriotyzmem oraz wizją bohaterstwa – zderzają się z brutalną i śmiertelnie niebezpieczną rzeczywistością. Tak, wojna w książce jest krwawa, brudna, śmierdząca i paskudna, a dodatkowo podbita głodem, chorobami oraz obrazami ginących tysiącami i w agonii towarzyszy broni. I nie powiem – autorka opisuje to wszystko dość obrazowo i realnie, na co wpływ miały pewnie źródła, z których korzystała. Tak, nie ma tu niczego romantycznego. Są za to ból i śmierć – w wielu odmianach. Czy przekonały mnie te opisy? Jeśli mam być szczery, to odpowiem, że... tak. I choć nie lubię literatury wojennej (a obozowej to już wcale), tym razem czytało mi się dość dobrze. Dodatkowym atutem są listy bohaterów (pisane do nich i z frontu), a także przedruki z gazet, w których publikowano nazwiska poległych i rannych (to akurat fakt historyczny). Jako ciekawostkę dodam też, że wśród opisywanych w powieści wydarzeń pojawia się również niesławna bitwa nad Sommą, która jest uważana za jedną z największych porażek i krwawych masakr w historii brytyjskiej wojskowości (w skrócie – z powodu uporu i głupoty angielskiego dowództwa, głównie generała Haiga, poległo lub zostało rannych albo wziętych do niewoli ponad 600 tysięcy żołnierzy brytyjskich i francuskich).
Wróćmy jednak do bohaterów. Pierwszy na front trafia Gaunt, "zachęcony" przez matkę obawiającą się represji z powodu niemieckiego pochodzenia, a dalej kolejni uczniowie szkoły – w tym oczywiście Ellwood. I tu trzeba przyznać, że autorka dobrze opisała różne powody zaciągania się do wojska (choć w przypadku Elwooda łatwo się domyślić, co nim powodowało). Przy okazji możemy przyjrzeć się angielskiemu społeczeństwu tamtych czasów, które na siłę wysyłało chłopców i młodych mężczyzn do walki, wyśmiewając tych, którzy jeszcze tego nie zrobili.
Co ciekawe, prym wiodły tutaj kobiety, wręczając mężczyznom symbolizujące tchórzostwo białe pióra i sugerując w ten sposób unikanie wojska. Cóż, bardzo "inteligentnie"... I nie powiem – trochę mi to przypomina komentarze dzisiejszych polskich dziewczyn i kobiet na FB (lub emerytów), które z taką chęcią wysłałyby chłopaków w kamasze (mamy to za każdym razem, gdy wraca temat przywrócenia obowiązkowej służby wojskowej). Ale cóż... Tak to już jest, że zazwyczaj najwięcej do powiedzenia w różnych sprawach mają ci, których dana rzecz najmniej dotyczy (jak męska część polityków wypowiadająca się o aborcji lub księża "nauczający" o wychowaniu dzieci albo małżeństwie). W każdym razie, jak można się domyślić, w pewnym momencie akcja książki przenosi się na front, a tam... jest po prostu paskudnie. I to bardzo. No i na tym właśnie tle śledzimy dalsze losy dwójki głównych bohaterów. Oczywiście nie będę opisywał, co się wydarzyło i dlaczego, bo tego już musicie dowiedzieć się sami. Powiem tylko, że wojna to nie zabawa, a to, co po niej zostaje, potrafi zniszczyć każdego...
Cóż, rozpisałem się trochę, ale to tylko oznacza, że książka mnie zaciekawiła i w jakiś sposób na mnie wpłynęła. Jak napisałem na początku, nie zgadzam się z wieloma negatywnymi opiniami, a moja ocena to 7.0. Czy polecam? Jeśli nie odstraszają Was tematyka wojenna i dość obrazowe opisy, to tak. Jedyna rzecz, do której mógłbym się przyczepić, to zbyt duża poetyka (i to dosłownie, bo są też cytowane wiersze). Ale jak kto woli...
Do książki "In memoriam" Alice Winn podchodziłem dość sceptycznie. Nie ukrywam, że miały na to wpływ bardzo mieszane opinie, które udało mi się znaleźć, ale – jak doskonale wiecie – takie rzeczy nigdy mnie nie odstraszały, bo wolę przekonać się samemu. I tym razem muszę przyznać, że nie podzielam większości tych negatywnych. Powieść mnie nie zachwyciła (czyli nie będzie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026
Książka "Kino Miłość", której autorem jest Jiaming Tang, należy do (jak ja to nazywam) "gejowskich powieści egzotycznych". Tym mianem określam pozycje, których akcja dzieje się w innym kręgu społeczno-kulturowym niż europejski lub amerykański (dokładniej chodzi o Amerykę Północną). Takie książki już opisywałem (np. "Miłość w wielkim mieście" Koreańczyka Sang Young Parka lub "Dom drzwi" Tan Twan Eng) i zawsze podchodzę do nich z pewną rezerwą. Owszem, są ciekawe, bo pozwalają spojrzeć na kwestię społeczności LGBT z zupełnie innej, właśnie "egzotycznej" dla Europejczyka strony, poruszając przy tym niby podobne, ale często jednak całkowicie odmiennie odbierane problemy. Tyle że równie często zdarza się, że uwarunkowania, prawa, zasady, zastana rzeczywistość czy nawet sam styl autora są niezrozumiałe dla kogoś, kto urodził się i wychował w Europie (tak, Polska leży w Europie, mimo marzeń niektórych idiotów, którzy najchętniej widzieliby nas w ruskim kołchozie, najlepiej z prawem wzorowanym na wynurzeniach Talibów). O tym stylu wspomniałem specjalnie, bo okazuje się, że pisarze azjatyccy często skupiają się na czymś innym niż europejscy lub amerykańscy. A jeśli dodamy do tego jeszcze mnogość symboli, znaczeń czy uwarunkowań historycznych, dla nas zupełnie nie do wyłapania, może się okazać, że książkę odrzucimy, bo zwyczajnie jej nie zrozumiemy.
Po tym przydługim wstępie chciałbym wrócić do powieści "Kino Miłość", bo jest ona przedstawicielką tego, o czym przed chwilą napisałem. Może nie tak mocno, jak to bywa w przypadku innych książek, ale jednak. Przede wszystkim dlatego, że akcja książki w głównej mierze dzieje się w Chinach (a następnie w nowojorskim Chinatown) i opisuje problemy społeczności gejowskiej w tamtym rejonie świata – dość zbliżone, ale jednak odmienne od naszych.
No i tutaj mam spory problem, bo choć książka jest nawet ciekawa, nie jestem w stanie tak do końca określić, o czym właściwie jest... O miłości? No nie, nie bardzo. Trochę jej tam też jest, ale – wbrew tytułowi – niewiele. Więc o czym? O zdradzie? Samotności? Odrzuceniu? Seksie? Zemście? Cóż, po części o każdej z tych rzeczy. Co więcej, powieść nie ma jednego głównego bohatera, tylko opisuje losy kilku postaci (splecione ze sobą, ale jednak dość indywidualne). OK, na pierwszy plan wysuwają się np. Stary Drugi, Bao Mei, Yan Hua czy Shun-Er, ale to, czego doświadczają, jest bardziej pretekstem do przedstawienia specyfiki społeczności gejowskiej w Chinach oraz w amerykańskim Chinatown. Społeczności, która (jak wszędzie) doznaje dyskryminacji, spotyka się z nienawiścią lub ostracyzmem, ale w pewnej mierze jest tolerowana – przynajmniej do chwili, gdy wszystko odbywa się po cichu i za zamkniętymi drzwiami. Tytułowe kino w chińskiej miejscowości Fuzhou jest właśnie takim miejscem, gdzie mężczyźni spragnieni innych mężczyzn mogą się spotykać, by zaspokoić swoje pragnienia, żądze lub fantazje, i dopiero upadek tej "miejscówki" pociąga za sobą serię wydarzeń, których doświadczają wspomniane wyżej postacie. Co więcej – kino jest pewną osią wspólną i wpływa na życie tych osób nawet kilkadziesiąt lat po dniu, w którym dochodzi do jego zniszczenia, tak więc... może to właśnie ono jest tak naprawdę głównym bohaterem powieści?
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że właśnie namieszałem, ale (po pierwsze) nie chciałbym zdradzać zbyt dużo, a poza tym (po drugie) sama książka jest dość chaotyczna, "poskakana czasowo" i nieoczywista. Czyli dokładnie taka, jak to nieraz bywa w przypadku tych "egzotycznych". Czy ją polecam? Cóż, trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Powiedziałbym, że i tak, i nie. Na pewno jest warta zapoznania się, ale do mnie średnio trafiła. Tak więc decyzję pozostawiam Wam.
Książka "Kino Miłość", której autorem jest Jiaming Tang, należy do (jak ja to nazywam) "gejowskich powieści egzotycznych". Tym mianem określam pozycje, których akcja dzieje się w innym kręgu społeczno-kulturowym niż europejski lub amerykański (dokładniej chodzi o Amerykę Północną). Takie książki już opisywałem (np. "Miłość w wielkim mieście" Koreańczyka Sang Young Parka lub...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026
Przyznaję, że mam słabość do książek Bartosza Brzezińskiego. Możecie mówić, co chcecie, ale dla mnie jego powieści to czołówka polskich młodzieżówek z działu LGBT. Po pierwsze - autor nie ucieka od trudnych tematów i nie certoli się. Po drugie - jeśli ma być seks, to jest seks, a nie mizianie się ślepkami. Po trzecie - opisuje polskie realia, a nie pobożne życzenia o tolerancji, jak ma to miejsce w amerykańskich YA. Tak więc było tylko kwestią czasu zapoznanie się z dwiema jego kolejnymi powieściami – a dokładniej z dylogią "Pierre i Raimundo" (pierwszy tom nosi tytuł "Cztery pory roku", a drugi "Symfonia losu").
Nie będę tutaj wnikał, dlaczego autor wybrał takie a nie inne imiona (sam to doskonale tłumaczy we wstępie części pierwszej). W każdym razie to właśnie wokół tej dwójki toczy się akcja książek. Trzeba jednak przyznać, że na tym nie koniec, bo pojawia się również cały szereg innych postaci, takich jak Leon, Mikołaj, Milena, Sebastian, Ola, Oskar, Amanda czy Alicja – i w zasadzie wszystkie mają swoje pięć minut, a niektóre są mocno (i bardzo dobrze) napisane i rozbudowane. Tu muszę zauważyć, że Brzeziński świetnie sobie radzi z postaciami pobocznymi, nie olewając ich i nie traktując tylko jako środek do celu (co zdarza się wielu autorom). Cóż, jak dla mnie spory plus.
Generalnie cała historia opisuje rodzące się, a później trwające (z pewnymi perturbacjami) uczucie pomiędzy tytułową dwójką bohaterów. W pierwszej części obaj są maturzystami, a w drugiej studentami pierwszego roku – i ma to swoje konsekwencje. Są wzloty i upadki, dramaty i radości, ale nie brakuje też mocniejszych scen, w tym rówież łóżkowych (napisanych jednak i wplecionych w fabułę w taki sposób, by nie przytłaczały i nie dominowały). Mamy także tematy trudne, takie jak homofobia, przemoc, depresja czy agresja – rzecz jasna w polskim wydaniu, o czym już wcześniej wspomniałem. A na to wszystko nakładają się historie pozostałych bohaterów, co razem tworzy bardzo spójny, ciekawy i... niesamowicie żywy świat, w którym czytelnikowi bardzo łatwo jest się zatracić. Zresztą to samo odnalazłem w innych książkach tego autora, więc wiem, że to jego styl, a nie przypadek – i to kolejny plus (przynajmniej dla mnie).
Oczywiście nie mam zamiaru opisywać fabuły. Powiem tylko, że po raz kolejny Brzeziński udowodnił, że posiada spory talent do budowania zajmujących i barwnych historii, które pozostają w czytelniku na długo, w dodatku okraszonych niezłym piórem. Co prawda, w tym przypadku przydałaby się lepsza redakcja, a na pewno pilniejsza korekta, ale okazyjnie nie będę się tego czepiał (tak, właśnie ja!). Za to zdecydowanie mogę Wam tę dylogię polecić, bo naprawdę na to zasługuje.
No dobra, jeśli mam już być stuprocentowo szczery, to przyznam, że "Skok do gwiazd" i "Prosto w słońce" tego autora podobały mi się odrobinę bardziej, ale być może dlatego, że historia Pierre'a i Raimundo (o ile dobrze zrozumiałem) powstała znacznie wcześniej i tylko została nieco poprawiona przed wydaniem. Nie zmienia to jednak faktu, że opowieść czytałem z prawdziwą przyjemnością i mam nadzieję, że tak samo będzie z Wami. I jedyne, czego żałuję, to fakt, że autor nie wydaje swoich książek częściej...
Przyznaję, że mam słabość do książek Bartosza Brzezińskiego. Możecie mówić, co chcecie, ale dla mnie jego powieści to czołówka polskich młodzieżówek z działu LGBT. Po pierwsze - autor nie ucieka od trudnych tematów i nie certoli się. Po drugie - jeśli ma być seks, to jest seks, a nie mizianie się ślepkami. Po trzecie - opisuje polskie realia, a nie pobożne życzenia o...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026
Przyznaję, że mam słabość do książek Bartosza Brzezińskiego. Możecie mówić, co chcecie, ale dla mnie jego powieści to czołówka polskich młodzieżówek z działu LGBT. Po pierwsze - autor nie ucieka od trudnych tematów i nie certoli się. Po drugie - jeśli ma być seks, to jest seks, a nie mizianie się ślepkami. Po trzecie - opisuje polskie realia, a nie pobożne życzenia o tolerancji, jak ma to miejsce w amerykańskich YA. Tak więc było tylko kwestią czasu zapoznanie się z dwiema jego kolejnymi powieściami – a dokładniej z dylogią "Pierre i Raimundo" (pierwszy tom nosi tytuł "Cztery pory roku", a drugi "Symfonia losu").
Nie będę tutaj wnikał, dlaczego autor wybrał takie a nie inne imiona (sam to doskonale tłumaczy we wstępie części pierwszej). W każdym razie to właśnie wokół tej dwójki toczy się akcja książek. Trzeba jednak przyznać, że na tym nie koniec, bo pojawia się również cały szereg innych postaci, takich jak Leon, Mikołaj, Milena, Sebastian, Ola, Oskar, Amanda czy Alicja – i w zasadzie wszystkie mają swoje pięć minut, a niektóre są mocno (i bardzo dobrze) napisane i rozbudowane. Tu muszę zauważyć, że Brzeziński świetnie sobie radzi z postaciami pobocznymi, nie olewając ich i nie traktując tylko jako środek do celu (co zdarza się wielu autorom). Cóż, jak dla mnie spory plus.
Generalnie cała historia opisuje rodzące się, a później trwające (z pewnymi perturbacjami) uczucie pomiędzy tytułową dwójką bohaterów. W pierwszej części obaj są maturzystami, a w drugiej studentami pierwszego roku – i ma to swoje konsekwencje. Są wzloty i upadki, dramaty i radości, ale nie brakuje też mocniejszych scen, w tym rówież łóżkowych (napisanych jednak i wplecionych w fabułę w taki sposób, by nie przytłaczały i nie dominowały). Mamy także tematy trudne, takie jak homofobia, przemoc, depresja czy agresja – rzecz jasna w polskim wydaniu, o czym już wcześniej wspomniałem. A na to wszystko nakładają się historie pozostałych bohaterów, co razem tworzy bardzo spójny, ciekawy i... niesamowicie żywy świat, w którym czytelnikowi bardzo łatwo jest się zatracić. Zresztą to samo odnalazłem w innych książkach tego autora, więc wiem, że to jego styl, a nie przypadek – i to kolejny plus (przynajmniej dla mnie).
Oczywiście nie mam zamiaru opisywać fabuły. Powiem tylko, że po raz kolejny Brzeziński udowodnił, że posiada spory talent do budowania zajmujących i barwnych historii, które pozostają w czytelniku na długo, w dodatku okraszonych niezłym piórem. Co prawda, w tym przypadku przydałaby się lepsza redakcja, a na pewno pilniejsza korekta, ale okazyjnie nie będę się tego czepiał (tak, właśnie ja!). Za to zdecydowanie mogę Wam tę dylogię polecić, bo naprawdę na to zasługuje.
No dobra, jeśli mam już być stuprocentowo szczery, to przyznam, że "Skok do gwiazd" i "Prosto w słońce" tego autora podobały mi się odrobinę bardziej, ale być może dlatego, że historia Pierre'a i Raimundo (o ile dobrze zrozumiałem) powstała znacznie wcześniej i tylko została nieco poprawiona przed wydaniem. Nie zmienia to jednak faktu, że opowieść czytałem z prawdziwą przyjemnością i mam nadzieję, że tak samo będzie z Wami. I jedyne, czego żałuję, to fakt, że autor nie wydaje swoich książek częściej...
Przyznaję, że mam słabość do książek Bartosza Brzezińskiego. Możecie mówić, co chcecie, ale dla mnie jego powieści to czołówka polskich młodzieżówek z działu LGBT. Po pierwsze - autor nie ucieka od trudnych tematów i nie certoli się. Po drugie - jeśli ma być seks, to jest seks, a nie mizianie się ślepkami. Po trzecie - opisuje polskie realia, a nie pobożne życzenia o...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Czytanie książki ponownie niezbyt często mi się zdarza (moja kupka wstydu jest zbyt wysoka...). A już w ogóle po raz pierwszy przytrafiła mi się sytuacja, gdy przeczytałem coś drugi raz, jednak w nowej, poprawionej wersji. A tak się właśnie stało... Ale do rzeczy!
W zeszłym roku trafiłem na powieść "Rok elfa". Autorka, B. D. Bisha, stworzyła bardzo ciekawą i chwilami dość traumatyczną opowieść, która naprawdę mi się podobała. Problem w tym, że cała przyjemność z czytania poleciała na pysk, bo książka, wydana za pomocą self-publishingu, pojawiła się kompletnie bez redakcji i korekty. Doskonale wiecie, że do słabej redakcji (lub zrobionej na "odwal się") podchodzę alergicznie, a zrypana korekta działa na mnie jak płachta na byka. No a tu w ogóle nie było o tym mowy! Tak więc ostatecznie autorka zebrała ode mnie niezłe bęcki (a naprawdę nieczęsto aż tak się tutaj odpalam). No i... dotarło to do niej... Co jednak ciekawe – nie tylko nie obraziła się za to, ale wzięła sobie moje słowa do serca, a efekt możemy podziwiać właśnie teraz! Dlaczego? Bo książka została wycofana ze sprzedaży, a niedawno wydana ponownie – ale już ze sporymi zmianami!
No i co tu ukrywać – jest zdecydowanie lepiej. Nie idealnie (na przykład liczba błędów interpunkcyjnych nadal jest spora), ale i tak książkę czyta się teraz znacznie lepiej. I w tym momencie naprawdę mogę ją Wam polecić, co też niniejszym czynię! No, ale pora przejść do opisu...
Co prawda, już to wszystko pisałem poprzednio, ale ponieważ to nowe wydanie, myślę, że mogę się powtórzyć... Tak więc przypomnę, że głównym bohaterem powieści jest Ben, który świeżo po walce z rakiem wraca z Londynu do Warszawy. Ciągle przerażony, że choroba może wrócić, uwikłany w trudne relacje z homofobicznym bratem, chce zacząć wszystko od nowa – na spokojnie i powoli. Tyle że na jednej z imprez poznaje Oliwiera – chłopaka w tatuażach, wyobcowanego, upartego i trochę wrednego, który sam jest po traumatycznych przejściach... Oczywiście zastosowano tu motyw przyciągających się przeciwieństw, więc nietrudno się domyślić, w jakim kierunku pobiegnie ta niełatwa znajomość. Pięknie i milutko nie jest, zwłaszcza że w tle pojawiają się też trudna przeszłość i choroba, a sama relacja jest dość dziwna i chwilami nawet nieco toksyczna. Co jednak istotne – uważam, że autorka bardzo dobrze poradziła sobie z tematyką ciężkiej choroby, a to naprawdę nie jest łatwe (ostatnio miałem okazję przeczytać serię "GayInn", gdzie taki motyw wyszedł znacznie gorzej).
Ponownie przyznaję, że fabuła jest ciekawa i czytając, chce się poznać dalsze losy chłopaków, mimo że Oliwier jest dość trudną i momentami wkurzającą postacią. Może i ogólny pomysł nie jest wybitnie odkrywczy, ale ma w sobie to "coś", co sprawia, że nie chce się zamykać książki i przerywać. Postacie, przynajmniej te główne, również są dobrze przedstawione i zdecydowanie nie można powiedzieć, by były płaskie lub nijakie, z kolei problem choroby Bena dodaje całości poważnej i megamocnej głębi.
Jak pisałem wcześniej – teraz spokojnie mogę Wam tę książkę polecić i zachęcam do zapoznania się z nią (oczywiście w tej nowej wersji, czyli z białą okładką!). Poprzednio dałem 4.0, ale na tę ocenę główny wpływ miał brak redakcji i korekty. Teraz jednak mogę zmienić zdanie i to właśnie robię – wystawiam 7.0. No i czekam na drugą część, która (mam nadzieję) szybko się pojawi!
Czytanie książki ponownie niezbyt często mi się zdarza (moja kupka wstydu jest zbyt wysoka...). A już w ogóle po raz pierwszy przytrafiła mi się sytuacja, gdy przeczytałem coś drugi raz, jednak w nowej, poprawionej wersji. A tak się właśnie stało... Ale do rzeczy!
W zeszłym roku trafiłem na powieść "Rok elfa". Autorka, B. D. Bisha, stworzyła bardzo ciekawą i chwilami dość...
2026
Książka "Może to miałeś być ty" autorstwa K. L. Walther to typowa młodzieżówka – dosłownie. Rzecz dzieje się w amerykańskiej szkole średniej, a główni bohaterowie – czyli Charlie, Luke, Sage i Nick – są uczniami ostatniej klasy. Przy czym Charlie i Nick to bracia bliźniacy, Sage jest ich wieloletnią przyjaciółką, a Luke (nowy uczeń) pojawia się w szkole na początku roku szkolnego.
Powieść jest dość dziwna. Z jednej strony bardzo lekka i mocno przewidywalna, a z drugiej chaotyczna. Wygląda to tak, jakby autorka, pisząc dany rozdział, nie potrafiła skupić się na jednej rzeczy, ciągle zahaczając o sprawy poboczne. Nie pomaga też nieustanne przeskakiwanie na moment do czegoś, co wydarzyło się wcześniej. Oczywiście wiem, że sam teraz napisałem w niezbyt zrozumiały sposób, dlatego przedstawię schemat, który notorycznie się powtarza. Otóż rozpoczyna się rozdział, będący kontynuacją linii czasowej, po czym bohater/bohaterka przypomina sobie o czymś, co wydarzyło się (godzinę, dzień, tydzień) wcześniej (łącznie z rozmowami), by za chwilę... bez ostrzeżenia wrócić do tego, co jest teraz. Rzecz jasna, zabieg "powrotów do przeszłości" nie jest niczym złym, ale jeśli powtarza się niemal w każdym rozdziale, zaczyna irytować i sprawiać, że czytelnik gubi się w fabule.
No właśnie, fabuła... W zasadzie śledzimy perypetie dwóch par: Nicka i Sage oraz Charliego i Luke'a (to nie spoiler, bo to samo można znaleźć w opisie od wydawcy). I tutaj muszę przyznać, że ten drugi wątek jest poprowadzony znacznie ciekawiej, choć nie do końca realistycznie (jak to bywa zazwyczaj w amerykańskich YA). Otóż Charlie, znany z tego, że umawia się z dziewczynami w ilościach hurtowych, nagle "zmienia front" i zwraca się w stronę Luke'a. I choć doskonale wie, czego chce i dlaczego, nie potrafi sobie z tym poradzić, jednocześnie panicznie bojąc się reakcji najbliższych i szkolnego otoczenia. Z kolei Sage (której rodzice są rozwiedzeni) obawia się, że jej związek z Nickiem rozwinie się zbyt szybko i nie przetrwa poza szkołą. W teorii – jest na czym budować. W praktyce – wyszło tak sobie.
Nie zrozumcie mnie źle – książkę czytało się dobrze i szybko (pomijając chaos i wspomniane przeskoki czasowe), ale na pewno nie zaliczę jej do "tych lepszych". Dla mnie do przeczytania i odłożenia na półkę. Gdzieś w opiniach przeczytałem, że to najsłabsza książka tej autorki, ale nie mogę tego stwierdzić, bo innych nie czytałem (i raczej nie zapowiada się, bym to zrobił). W każdym razie, jeśli szukacie niezobowiącującej młodzieżówki, to polecam. ALe jeżeli chcecie przeczytać coś poważniejszego, raczej sięgnijcie po inną książkę.
PS.: Dla mnie ta książka ma jeszcze jeden problem – zbyt dużo błędów przepuszczonych przez korektę. Nie jest tragicznie, ale jednak będę się czepiał.
Książka "Może to miałeś być ty" autorstwa K. L. Walther to typowa młodzieżówka – dosłownie. Rzecz dzieje się w amerykańskiej szkole średniej, a główni bohaterowie – czyli Charlie, Luke, Sage i Nick – są uczniami ostatniej klasy. Przy czym Charlie i Nick to bracia bliźniacy, Sage jest ich wieloletnią przyjaciółką, a Luke (nowy uczeń) pojawia się w szkole na początku roku...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026
Jakie to było dziwne! Niestety, nie w dobrym tego słowa znaczeniu... Cóż, dałem się uwieść opiniom i znowu dostałem za to po łapkach. Ale trudno, bywa i tak. Zawsze Wam mówię, że trzeba samemu się przekonać i teraz tym bardziej to podtrzymuję.
Seria "GayInn" autorstwa K. Eames zainteresowała mnie już jakiś czas temu. Tak naprawdę pomysł jest ciekawy i sama fabuła również, a poza tym książkę czyta się dość szybko i nie jest specjalnie skomplikowana. Można by pomyśleć, że to taka łatwa historyjka do odstresowania się. Niestety, nie jest tak kolorowo (choć tęczowo bardzo) i muszę stwierdzić, że niezbyt się z tą pozycją polubiliśmy. Do tego stopnia, że musiałem się zmuszać, by w ogóle dokończyć. Dlaczego? Otóż mankamentów nagromadziło się tyle, że faktycznie zaczęło mnie to męczyć. No, ale po kolei...
"GayInn" to w zasadzie jedna książka, ale podzielona na dwa tomy. Zarówno ich tytuły, jak i opisy wydawcy oraz okładki sugerują, że mamy do czynienia z typowym romansem. I sam też tak myślałem. Jednak nic bardziej mylnego... Jasne, opowieść zaczyna się jak zwykły romans, ale bardzo szybko zbacza w zdecydowanie innym kierunku... Tak, jest tu seks. Dużo seksu. Bardzo dużo seksu. Jest ten fizyczny, ale też dominuje w rozmowach, opisach, SMS-ach... Generalnie wyskakuje z lodówki, w dodatku często w dość dosłowny, żeby nie powiedzieć – wulgarny sposób. I naprawdę – nie mam nic przeciwko literaturze erotycznej, wręcz przeciwnie, ale tutaj jest tego zdecydowanie za dużo. Czytając, miałem w zasadzie wrażenie, że wszystkie opisywane w książce relacje opierają się tylko i wyłącznie na jednym, a wszelkie inne rzeczy to jakiś taki nieistotny dodatek. Nawet u Elli Frank nie było tego aż tyle, a ona już dobijała do pewnej granicy (przynajmniej w moim mniemaniu). I w zasadzie nieco to dziwi, bo biorąc pod uwagę bohaterów i ich przejścia, naprawdę było na czym budować. Niestety, tego właśnie zabrakło.
Żeby nie było – jak napisałem wyżej - książka ma fabułę i jest ona ciekawa. Problem w tym, że została całkowicie zdominowana wspomnianym seksem we wszystkich możliwych odmianach. Ale przejdźmy do bohaterów, bo mamy ich tutaj czwórkę (przynajmniej tych głównych). Osią powieści jest relacja pomiędzy Konradem a Damianem. Ten pierwszy ma 29 lat, mieszka w Danii, zajmuje się budowlanką i marzy o własnym hotelu, a drugi jest o 9 lat młodszy, pochodzi z bardzo bogatej rodziny i... większość życia spędził w szpitalach. Poznajemy go w kilka miesięcy po... przeszczepie serca! I już samo to aż prosi się o jakąś głębszą historię, jakiś dramat lub po prostu poważne potraktowanie tematu, ale... niestety, dostajemy tylko mocno spłycone wzmianki (pokryte seksem). Owszem, jest kilka mocniejszych scen, jednak gubią się w całości i w zasadzie niewiele zmieniają (choć w drugiej części jest nieco lepiej). Zdecydowanie zabrakło mi tu jakichś refleksji, emocji lub choćby mocniejszego rozbudowania postaci. Za to mamy nieustanne dążenie do jednej tylko rzeczy (zgadnijcie...). Zresztą, podobnie sytuacja wygląda w przypadku kolejnych bohaterów, czyli Dana (przyjaciela Konrada ze studiów) i Kacpra (wiek jakoś zbliżony do Damiana). Tu też wszystko kręci się wokół łóżka i w pewnym momencie staje się to zwyczajnie męczące.
Chciałbym jednak zatrzymać się dłużej przy bohaterach. Otóż wyżej specjalnie podałem ich wiek. Chodzi mi o to, że o ile Konrad jest dość dobrze napisany i w jego przypadku nie mam się czego czepiać, o tyle już Damian, Dan i Kacper to zupełnie inna rzecz. Krótko – cała trójka zachowuje się, reaguje i wypowiada jakby miała po piętnaście lat (i to tak maksymalnie)! OK, rozumiem, że Dami długo był w szpitalu, ale mimo wszystko to dorosły facet, a nie dzieciak (choć Konrad notorycznie zwraca się do niego "młody", co też wkurza). Z kolei Kacper nie jest już nowicjuszem i swoje przeżył, a Dan... Przecież koleś studiował razem z Konradem i ma prawie trzydziestkę! Tak więc nie – niestety, ale nie kupuję tego. Jasne, przez krótki czas było to nawet fajne, ale bardzo szybko zaczęło mnie razić.
Ale i tak największym mankamentem książki – czego nie mogę zostawić bez komentarza – są dialogi. Pamiętacie, co napisałem w poprzednim akapicie? Cóż, wypowiedzi bohaterów tylko to potwierdzają. Po prostu w większości są tak dziecinne, infantylne, a często wręcz żenujące, że przewracanie oczami chyba wejdzie mi w nawyk. Wierzcie mi, naprawdę nie chcę się pastwić nad tą pozycją i nigdy tego nie robię (o czym wiecie), ale serio nie jestem w stanie napisać tego inaczej. I tu nie chodzi tylko o zupełnie niepotrzebne rozmowy podczas seksu (i powtarzanie nawzajem i do znudzenia przez bohaterów swoich imion), ale też o zwykłe wypowiedzi. W pewnym momencie stwierdziłem, że jeśli jeszcze raz pojawi się pytanie: "Naprawdę?", to chyba mnie coś trafi. No na serio – dwunastolatkowie. Naprawdę...
Podsumowując – bardzo żałuję, że wyszło jak wyszło, bo pomysł miał duży potencjał, a ostatecznie mocno się zawiodłem. Oczywiście temat ciężkiej choroby partnera to częsty motyw, który nie jest łatwy do opisania i wymaga od autora ogromnej empatii, a niejednokrotnie też wiedzy, przez co w różnych książkach bywa z tym różnie. Tu jednak wyraźnie coś nie pykło i po prostu nie jestem w stanie stwierdzić inaczej. Co tu kryć? Znacznie lepiej "poradzili sobie" z tym tematem na przykład B.D. Bisha ("Rok elfa") oraz Marcel Moss ("Mój ostatni miesiąc"), w których książkach rzeczywiście czuje się rozpacz, emocje czy choćby dramatyzm. W "GayInn" zwyczajnie tego nie ma. Ale jest seks...
Cóż, moja ocena to 3.0 i wystawiam taką z bólem serca.
PS.: W książce pojawia się też na moment Wiktoria, przyjaciółka Konrada i Dana. I dla mnie jest to najbardziej niewykorzystana postać z wszystkich w powieści. Chyba została dodana tylko po to, by wypowiedzieć jedno zdanie, które zmusi Konrada do działania. I też wielka szkoda, bo akurat ta postać miała spory potencjał, a ostatecznie wyszło, jakby wrzucono ją na siłę.
Jakie to było dziwne! Niestety, nie w dobrym tego słowa znaczeniu... Cóż, dałem się uwieść opiniom i znowu dostałem za to po łapkach. Ale trudno, bywa i tak. Zawsze Wam mówię, że trzeba samemu się przekonać i teraz tym bardziej to podtrzymuję.
Seria "GayInn" autorstwa K. Eames zainteresowała mnie już jakiś czas temu. Tak naprawdę pomysł jest ciekawy i sama fabuła również,...
2026
Jakie to było dziwne! Niestety, nie w dobrym tego słowa znaczeniu... Cóż, dałem się uwieść opiniom i znowu dostałem za to po łapkach. Ale trudno, bywa i tak. Zawsze Wam mówię, że trzeba samemu się przekonać i teraz tym bardziej to podtrzymuję.
Seria "GayInn" autorstwa K. Eames zainteresowała mnie już jakiś czas temu. Tak naprawdę pomysł jest ciekawy i sama fabuła również, a poza tym książkę czyta się dość szybko i nie jest specjalnie skomplikowana. Można by pomyśleć, że to taka łatwa historyjka do odstresowania się. Niestety, nie jest tak kolorowo (choć tęczowo bardzo) i muszę stwierdzić, że niezbyt się z tą pozycją polubiliśmy. Do tego stopnia, że musiałem się zmuszać, by w ogóle dokończyć. Dlaczego? Otóż mankamentów nagromadziło się tyle, że faktycznie zaczęło mnie to męczyć. No, ale po kolei...
"GayInn" to w zasadzie jedna książka, ale podzielona na dwa tomy. Zarówno ich tytuły, jak i opisy wydawcy oraz okładki sugerują, że mamy do czynienia z typowym romansem. I sam też tak myślałem. Jednak nic bardziej mylnego... Jasne, opowieść zaczyna się jak zwykły romans, ale bardzo szybko zbacza w zdecydowanie innym kierunku... Tak, jest tu seks. Dużo seksu. Bardzo dużo seksu. Jest ten fizyczny, ale też dominuje w rozmowach, opisach, SMS-ach... Generalnie wyskakuje z lodówki, w dodatku często w dość dosłowny, żeby nie powiedzieć – wulgarny sposób. I naprawdę – nie mam nic przeciwko literaturze erotycznej, wręcz przeciwnie, ale tutaj jest tego zdecydowanie za dużo. Czytając, miałem w zasadzie wrażenie, że wszystkie opisywane w książce relacje opierają się tylko i wyłącznie na jednym, a wszelkie inne rzeczy to jakiś taki nieistotny dodatek. Nawet u Elli Frank nie było tego aż tyle, a ona już dobijała do pewnej granicy (przynajmniej w moim mniemaniu). I w zasadzie nieco to dziwi, bo biorąc pod uwagę bohaterów i ich przejścia, naprawdę było na czym budować. Niestety, tego właśnie zabrakło.
Żeby nie było – jak napisałem wyżej - książka ma fabułę i jest ona ciekawa. Problem w tym, że została całkowicie zdominowana wspomnianym seksem we wszystkich możliwych odmianach. Ale przejdźmy do bohaterów, bo mamy ich tutaj czwórkę (przynajmniej tych głównych). Osią powieści jest relacja pomiędzy Konradem a Damianem. Ten pierwszy ma 29 lat, mieszka w Danii, zajmuje się budowlanką i marzy o własnym hotelu, a drugi jest o 9 lat młodszy, pochodzi z bardzo bogatej rodziny i... większość życia spędził w szpitalach. Poznajemy go w kilka miesięcy po... przeszczepie serca! I już samo to aż prosi się o jakąś głębszą historię, jakiś dramat lub po prostu poważne potraktowanie tematu, ale... niestety, dostajemy tylko mocno spłycone wzmianki (pokryte seksem). Owszem, jest kilka mocniejszych scen, jednak gubią się w całości i w zasadzie niewiele zmieniają (choć w drugiej części jest nieco lepiej). Zdecydowanie zabrakło mi tu jakichś refleksji, emocji lub choćby mocniejszego rozbudowania postaci. Za to mamy nieustanne dążenie do jednej tylko rzeczy (zgadnijcie...). Zresztą, podobnie sytuacja wygląda w przypadku kolejnych bohaterów, czyli Dana (przyjaciela Konrada ze studiów) i Kacpra (wiek jakoś zbliżony do Damiana). Tu też wszystko kręci się wokół łóżka i w pewnym momencie staje się to zwyczajnie męczące.
Chciałbym jednak zatrzymać się dłużej przy bohaterach. Otóż wyżej specjalnie podałem ich wiek. Chodzi mi o to, że o ile Konrad jest dość dobrze napisany i w jego przypadku nie mam się czego czepiać, o tyle już Damian, Dan i Kacper to zupełnie inna rzecz. Krótko – cała trójka zachowuje się, reaguje i wypowiada jakby miała po piętnaście lat (i to tak maksymalnie)! OK, rozumiem, że Dami długo był w szpitalu, ale mimo wszystko to dorosły facet, a nie dzieciak (choć Konrad notorycznie zwraca się do niego "młody", co też wkurza). Z kolei Kacper nie jest już nowicjuszem i swoje przeżył, a Dan... Przecież koleś studiował razem z Konradem i ma prawie trzydziestkę! Tak więc nie – niestety, ale nie kupuję tego. Jasne, przez krótki czas było to nawet fajne, ale bardzo szybko zaczęło mnie razić.
Ale i tak największym mankamentem książki – czego nie mogę zostawić bez komentarza – są dialogi. Pamiętacie, co napisałem w poprzednim akapicie? Cóż, wypowiedzi bohaterów tylko to potwierdzają. Po prostu w większości są tak dziecinne, infantylne, a często wręcz żenujące, że przewracanie oczami chyba wejdzie mi w nawyk. Wierzcie mi, naprawdę nie chcę się pastwić nad tą pozycją i nigdy tego nie robię (o czym wiecie), ale serio nie jestem w stanie napisać tego inaczej. I tu nie chodzi tylko o zupełnie niepotrzebne rozmowy podczas seksu (i powtarzanie nawzajem i do znudzenia przez bohaterów swoich imion), ale też o zwykłe wypowiedzi. W pewnym momencie stwierdziłem, że jeśli jeszcze raz pojawi się pytanie: "Naprawdę?", to chyba mnie coś trafi. No na serio – dwunastolatkowie. Naprawdę...
Podsumowując – bardzo żałuję, że wyszło jak wyszło, bo pomysł miał duży potencjał, a ostatecznie mocno się zawiodłem. Oczywiście temat ciężkiej choroby partnera to częsty motyw, który nie jest łatwy do opisania i wymaga od autora ogromnej empatii, a niejednokrotnie też wiedzy, przez co w różnych książkach bywa z tym różnie. Tu jednak wyraźnie coś nie pykło i po prostu nie jestem w stanie stwierdzić inaczej. Co tu kryć? Znacznie lepiej "poradzili sobie" z tym tematem na przykład B.D. Bisha ("Rok elfa") oraz Marcel Moss ("Mój ostatni miesiąc"), w których książkach rzeczywiście czuje się rozpacz, emocje czy choćby dramatyzm. W "GayInn" zwyczajnie tego nie ma. Ale jest seks...
Cóż, moja ocena to 3.0 i wystawiam taką z bólem serca.
PS.: W książce pojawia się też na moment Wiktoria, przyjaciółka Konrada i Dana. I dla mnie jest to najbardziej niewykorzystana postać z wszystkich w powieści. Chyba została dodana tylko po to, by wypowiedzieć jedno zdanie, które zmusi Konrada do działania. I też wielka szkoda, bo akurat ta postać miała spory potencjał, a ostatecznie wyszło, jakby wrzucono ją na siłę.
Jakie to było dziwne! Niestety, nie w dobrym tego słowa znaczeniu... Cóż, dałem się uwieść opiniom i znowu dostałem za to po łapkach. Ale trudno, bywa i tak. Zawsze Wam mówię, że trzeba samemu się przekonać i teraz tym bardziej to podtrzymuję.
Seria "GayInn" autorstwa K. Eames zainteresowała mnie już jakiś czas temu. Tak naprawdę pomysł jest ciekawy i sama fabuła również,...
2026
Jak ja nie lubię pisać takich opinii... Ale niestety, czasem trzeba. W każdym razie po ostatnim maratonie młodzieżówek stwierdziłem, że muszę wreszcie przeczytać coś poważniejszego zanim mój mózg całkiem się wyłączy. No i mam za swoje...
Na książkę "Dziczek" Jakuba Zająca trafiłem w sumie przypadkiem, bo raczej nie jest to pozycja, która "biega" sobie radośnie po bookstagramerowych profilach (to nie "Zawieszeni"...). Opinie miała dobre, a i początek wydawał się obiecujący. Niestety, dość szybko zacząłem się męczyć, a do końca dotrwałem chyba tylko dzięki uporowi. Żeby nie było – książka nie jest zła (czytałem sporo znacznie gorszych), ale totalnie do mnie nie trafiła. Przede wszystkim jest... dziwna, a dodatkowo bardzo filozoficzna. Oczywiście nie mam nic przeciwko temu, by bohater trochę filozofował, zwłaszcza zastanawiając się nad sobą i analizując swoje działania i reakcje, ale tu jest tego zdecydowanie za dużo (i to nie dlatego, że co chwilę przywoływana jest "Historia filozofii"). Na tym jednak nie koniec, bo z drugiej strony powieść jest bardzo psychologiczna, choć w tym wypadku chyba lepszym słowem byłoby... "psychiatryczna". Tak, dobrze przeczytaliście, ale wyjaśnić tego nie mogę, bo musiałbym wejść zbyt mocno w fabułę.
No właśnie, fabuła... Generalnie mamy tu Narratora i Dawida (tytułowego Dziczka). Pierwszy jest nauczycielem, który kończy pracę w szkole, a drugi jego następcą. Główna akcja rozgrywa się podczas wakacji, a obaj bohaterowie spotykają się w starym dworku, w którym wynajmują pokoje. W pewnym momencie pojawia się między nimi pewna relacja, oparta na fascynacji i pożądaniu, a dodatkowo Dawid dzieli się z narratorem czteroczęściową, autobiograficzną książką, nad którą pracuje. I tutaj zaczyna się pomieszanie z poplątaniem, ponieważ autor zdecydował się na motyw książki w książce. Czyli mamy główną linię czasową, która pocięta jest niechronologicznymi rozdziałami z książki Dawida. W efekcie trudno skupić się na fabule i złapać jakiś rytm. I choć w pewnym momencie wydarzenia zaczynają układać się w pewną całość, i tak fabuła jest mocno poszarpana. A potem wchodzi końcówka, cała na biało i... rozwala wszystko w drobny mak.
Możliwe, że książka była pewnego rodzaju eksperymentem. Wskazuje na to choćby propozycja autora, by czytać ją na dwa sposoby (jak leci oraz zgodnie z chronologią z książki Dawida). Mnie jednak ten eksperyment nie przekonał. I choć napisana jest bardzo dobrym, literackim językiem, chwilami nawet dość poetyckim, a i korekta zrobiła dobrą robotę, za nic nie potrafiłem się wciągnąć. Szczególnie mocno męczyły mnie rozdziały, w których Narrator analizuje książkę Dawida, używając do tego powtórzeń, cytatów, a nawet tabelek, co niesamowicie wybijało mnie z rytmu i sprawiało, że całe tempo akcji po prostu leciało na glebę. W takich momentach musiałem książkę odkładać i robić przerwę, by się zresetować.
O czym jest ta powieść? Niestety, nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Chyba głównie o samotności, jednak wszystko jest tak zagmatwane, że trudno orzec jednoznacznie. Oczywiście wiem, że tą opinią narażę się niektórym osobom (w końcu tutaj wszystkie opinie są zadziwiająco pozytywne), ale to nie pierwszy raz, gdy staję w opozycji do ogółu. Trudno, bywa i tak. Dla mnie ta pozycja to 5.0. A szkoda, bo – jak pisałem wcześniej – zapowiadało się dobrze.
Jak ja nie lubię pisać takich opinii... Ale niestety, czasem trzeba. W każdym razie po ostatnim maratonie młodzieżówek stwierdziłem, że muszę wreszcie przeczytać coś poważniejszego zanim mój mózg całkiem się wyłączy. No i mam za swoje...
Na książkę "Dziczek" Jakuba Zająca trafiłem w sumie przypadkiem, bo raczej nie jest to pozycja, która "biega" sobie radośnie po...
2026
Nie wiem, co mnie tak wzięło ostatnio na młodzieżówki, ale to już trzecia pod rząd. Ale też fakt, że powieść "Only mostly devastated" autorstwa Sophie Gonzales (współautorki książki "A jak to się wyda", którą opisywałem jakiś czas temu) chciałem przeczytać od jakiegoś czasu.
Powieść to klasyczne amerykańskie YA, więc nie spodziewajcie się po niej niczego ponad to. Czyli tradycyjnie – jest jakaś drama, trochę problemów (choć fakt, że mamy tu też motyw śmierci i żałoby), nieco strachu przed coming outem i odrzuceniem, ale wszystko mocno spłycone i hurraoptymistyczne (no szok, co nie?...). Jednak żeby nie było – mimo dość zgryźliwego tonu sprzed chwili, książka wcale nie jest taka zła (jak na YA oczywiście).
Fabuła jest dość prosta. Nastolatek Ollie spędza lato nad jeziorem i tam poznaje Willa. Tyle że wakacje szybko się kończą, a wraz z nimi płomienny romans między chłopakami. I to dosłownie, bo kontakt z Willem gwałtownie się urywa. Tymczasem Ollie wraz z rodzicami przeprowadza się do innego miasta, by pomóc umierającej na raka ciotce chłopaka. A to oznacza, że Ollie musi też zmienić szkołę. I właśnie tam... ponownie spotyka Willa (zaskoczeni?). Problem w tym, że chłopak – licealna gwiazda koszykówki – zachowuje się, jakby był kimś zupełnie innym i nigdy wcześniej nie widział Olliego na oczy...
Więcej zdradzić nie mogę, bo musiałbym napisać zbyt dużo. Za to muszę przyznać, że pomimo wcześniejszych obaw, książkę czytało się dość dobrze. Historia może nie jest porywająca, ale jednak ciekawa i zdecydowanie nie musiałem się zmuszać, by czytać dalej. Może i podobała mi się nieco mniej niż opisywana ostatnio powieść "You got me", jednak w zasadzie nie mam się do czego doczepić. Jasne, to YA, a bohaterowie są trochę infantylni, ale też niczego innego się nie spodziewałem. No i mogę ją Wam polecić, choć to raczej taka książka na raz (ja na pewno do niej nie wrócę).
Nie wiem, co mnie tak wzięło ostatnio na młodzieżówki, ale to już trzecia pod rząd. Ale też fakt, że powieść "Only mostly devastated" autorstwa Sophie Gonzales (współautorki książki "A jak to się wyda", którą opisywałem jakiś czas temu) chciałem przeczytać od jakiegoś czasu.
Powieść to klasyczne amerykańskie YA, więc nie spodziewajcie się po niej niczego ponad to. Czyli...
2026
Książkę "You got me" Sandry Lupin próbowałem dorwać od dłuższego czasu i wreszcie mi się to udało. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że to klasyczne Young Adult – co prawda polskie, ale w stylu amerykańskim (czyli powieść młodzieżowa wręcz ociekająca mało realną tolerancją i brakiem większych problemów dotykających bohaterów), ale tym razem – o dziwo – nie zraziło mnie to. Może miały na to wpływ recenzje, które w międzyczasie przeczytałem? Nie wiem. Dość powiedzieć, że czytając... naprawdę dobrze się bawiłem! A to jest jednak dziwne, zwłaszcza że znacie przecież moje podejście do YA.
Akcja książki rozgrywa się w Wielkiej Brytanii (czyli już inne podwórko niż nasze polskie piekiełko). A jak przedstawia się fabuła? Ot, mamy tu Elliota, czyli osiemnastolatka (oczywiście geja), który ma powyżej uszu nieustannych prób przyjaciół swatania go z różnymi przypadkowymi chłopakami. W związku z tym postanawia im naściemniać i prosi ich, by dali mu spokój, bo już ma chłopaka. Problem w tym, że... tak naprawdę nikt taki nie istnieje. A tymczasem przyjaciele chcą go poznać! Co robić, by kłamstwo nie wyszło na jaw? Otóż Elliot postanawia zagadać do pierwszego lepszego kolesia i poprosić go, by ten przez jakiś czas poudawał jego faceta. Wybór pada na szesnastoletniego Nicholasa, który akurat siedzi w kawiarni, w której pracuje Elliot. Ku zdziwieniu tego drugiego, chłopak zgadza się i... No właśnie...
Oczywiście nietrudno się domyślić, co będzie dalej i jak to wszystko się skończy, bo też fabuła jest prosta jak budowa cepa. Ale w tym przypadku mam wrażenie, że tak właśnie miało być. Autorka dość zgrabnie prowadzi nas przez kolejne perypetie "pary", wprowadzając od czasu do czasu nieco zamieszania (aczkolwiek, bądźmy szczerzy, tylko tak kosmetycznie). No i nie powiem – czyta się to naprawdę dobrze, szybko oraz z zainteresowaniem. A jednocześnie... niezobowiązująco. I jeśli miałbym już na siłę się czepiać, to właśnie tego. Po prostu dla mnie znowu jest zbyt łatwo, zbyt bezproblemowo i zbyt (sorry, ale muszę to powiedzieć) infantylnie. Oczywiście znajdzie się wiele osób, którym nie będzie to przeszkadzało, jednak wiecie, że ja nie tego oczekuję od książek. Nie wierzę też, że w takim UK nie ma już homofobii, a wszyscy są tolerancyjni i bez grymasu patrzą na parę obściskujących się kolesi. No nie, trochę mi tu za słodko i za milutko...
Jeśli chodzi o bohaterów książki (nie tylko tych głównych), to zostali dość dobrze poprowadzeni i wyraźnie każdy (lub każda) ma swoją osobowość. Niektórzy nawet nieco irytującą (i tu akurat muszę to odnieść do Nicholasa, którego zachowanie faktycznie chwilami mnie wkurzało, ale nie na tyle, by nie polubić tej postaci). Mamy tu środowisko nastolatków, licealistów, aczkolwiek nie jestem w stanie ocenić, na ile dobrze odwzorowane – zwłaszcza że mówimy o dzieciakach z UK, a nie z Polski. Nie wiem jednak, czy akurat w przypadku tej konkretnej książki ma to aż tak duże znaczenie.
Podsumowując, "You got me" to przyjemna, niewymagająca większego kombinowania młodzieżówka (choć ze względu na pewne sceny raczej dla młodzieży 16+), którą spokojnie mogę Wam polecić na zimowe wieczory lub po prostu po to, by pozbyć się chandry. Nawet pokusiłbym się o stwierdzenie, że przydałby się drugi tom (zwłaszcza że obaj bohaterowie idą na studia, a to jest świetne tło do kolejnych perypetii i może nawet do wprowadzenia poważniejszych problemów niż miało to miejsce tutaj).
PS.: Drażni mnie tylko jedna rzecz... To polska książka, więc po co ten angielski tytuł?
Książkę "You got me" Sandry Lupin próbowałem dorwać od dłuższego czasu i wreszcie mi się to udało. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że to klasyczne Young Adult – co prawda polskie, ale w stylu amerykańskim (czyli powieść młodzieżowa wręcz ociekająca mało realną tolerancją i brakiem większych problemów dotykających bohaterów), ale tym razem – o dziwo – nie zraziło mnie to....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026
W ostatnim czasie pojawia się coraz więcej powieści z zakresu literatury LGBT, których fabuła kręci się wokół sportu (albo przynajmniej o sport zahacza). Nie wiem, skąd wziął się ten trend, ale mamy już na przykład siatkówkę, koszykówkę, hokeja (no przecież!)... A teraz do tej "gejosportowej" ("sportogejowej"?) rodzinki dołącza książka Ady Młynarczyk "Boisko".
Książka jest typową młodzieżówką, a jej bohaterowie – licealiści – grają w szkolnej drużynie piłki ręcznej. Co ciekawe, więcej tu tej piłki niż hokeja w opisywanej ostatnio przeze mnie powieści "Enforcer", ale nie na tyle, by czytelnik czuł się przytłoczony lub by sport tłamsił istotę rzeczy (czyli główny wątek). I tu muszę pogratulować autorce, bo wydaje się, że znalazła złoty środek.
Jeśli chodzi o fabułę, to głównymi bohaterami są Dominik i Sebastian, którzy kiedyś rozstali się w dość nieprzyjemniej atmosferze, a teraz przypadkowo spotykają się znowu w innej szkole. I to jest oczywiście najważniejszy wątek (choć pobocznie przemyka też inny, związany z Hanią, przyjaciółką Dominika). No i co mogę na ten temat powiedzieć? Cóż... Przed chwilą napisałem, że to typowa młodzieżówka i tak to właśnie wygląda, nawet bardzo.
Książkę czyta się szybko, przyjemnie i bezstresowo, ale fabuła jest bardzo prosta i (niestety) mocno przewidywalna. W zasadzie nie ma tu fajerwerków i zaskoczeń, mimo że jest parę rzeczy, które mogłyby mocno namieszać i sprawić, że powieść byłaby po prostu znacznie ciekawsza (jak choćby fakt, że Dominik wyszedł już z szafy, a Sebastian jeszcze nie, albo motyw homofobii, który tak naprawdę pojawia się tylko na końcu i jest zaledwie "liźnięty"). Wielka szkoda, że autorka nie zdecydowała się na rozbudowanie niektórych wydarzeń lub nawet samych bohaterów, bo nastoletnie "dramy", które mamy okazję śledzić, są średnio przekonujące, a chwilami dość żenujące. Żeby nie było – nie uważam, że książka jest zła lub nudna! W żadnym wypadku! Po prostu... czegoś tu zabrakło (ech, i znowu odsyłam do Bartka Brzezińskiego lub Ady Szymańskiej...).
Wracając do bohaterów... Z jednej strony są dość dobrze napisani, ale z drugiej – tu też mi czegoś brakowało. Natomiast (i muszę to powiedzić) za nic nie potrafiłem polubić Dominika. Jego zachowania, przemyślenia, wybory itd. chwilami są tak dziwne i irytujące, że w paru miejscach zastanawiałem się: "No ileż można?!". OK, wiem, że to nastolatek. Wiem, że ta postać miała odstawiać "dramy". Ale ja na miejscu Sebastiana dawno bym go... No dobra, może nie będę kończył. Dość powiedzieć, że za same próby zmuszania Sebastiana do pewnych rzeczy, przy jednoczesnym braku zrozumienia jego sytuacji, kolo powinien dostać czerwoną kartkę. Generalnie Dominik jest egoistą, wokół którego wszyscy muszą chodzić na paluszkach, a to jest niesamowicie denerwujące.
Podsumowując, książkę oceniam na 6.0, co nie znaczy, że jest jakaś nie tego. Nie, jest OK. Nawet pomijając Dominika...
W ostatnim czasie pojawia się coraz więcej powieści z zakresu literatury LGBT, których fabuła kręci się wokół sportu (albo przynajmniej o sport zahacza). Nie wiem, skąd wziął się ten trend, ale mamy już na przykład siatkówkę, koszykówkę, hokeja (no przecież!)... A teraz do tej "gejosportowej" ("sportogejowej"?) rodzinki dołącza książka Ady Młynarczyk "Boisko".
Książka jest...
Ojej, to będzie bolało... Ale trudno. Jak się powiedziało A, trzeba powiedzieć i B. A potem najwyżej obserwować, jak płonie...
No więc... Pierwszą książką Leny M. Bielskiej, jaką zdarzyło mi się przeczytać i opisać, była pozycja "One shot", należąca (jak się właśnie okazało) do "uniwersum sportowego" autorki. Napisałem wówczas, że powieść jest klasycznym romansem MLM, ale choć czytało się ją szybko, niezbyt mnie zachwyciła. Jak było tym razem? No cóż, podobnie... I tak, doskonale wiem, że tym, co dalej napiszę, niektórym się narażę. Ale... chrzanić to. Lecimy.
Do "Enforcera", bo o niego chodzi, przymierzałem się od dłuższego czasu, zwłaszcza że książka wyskakiwała mi na Instagramie wszędzie, okraszona zachwytami recenzentów. Nie było więc możliwości, bym się z tą pozycją w końcu nie zapoznał. Co prawda, mam wrażenie, że ostatnio pojawia się sporo gejowskich książek, których fabuła mniej lub bardziej związana jest ze sportem, i chyba powoli zaczyna się to robić takie "na siłę" (na zasadzie – "odczarujmy to samcze, szowinistyczne i ociekające testosteronem piekiełko, gdzie nie ma miejsca dla pedałów!"), ale zdaje się, że jeszcze nie dotarłem do granicy przesytu. W każdym razie tutaj mamy do czynienia ze środowiskiem hokejowym – oczywiście w Ameryce (dokładniej w Kanadzie), a nie w Polsce. Nie wiem, czy to kwestia zachwytów nad serialem "Heated Rivalry", czy czegoś innego, ale faktem jest, że ostatnio hokej stał się jakby bardziej popularny (przy czym nie zamierzam robić porównania "Enforcera" do książki Rachel Reid, bo tej drugiej po prostu nie czytałem - nie została jeszcze wydana w Polsce). Problem w tym, że tego hokeja w powieści Leny M. Bielskiej mamy jak na lekarstwo i jeśli ktoś nastawia się na sportowe emocje, to może się zawieść (i wiem, że dla niektórych czytelników tak właśnie się to skończyło).
No, ale powiedzmy sobie szczerze – nie hokej jest tak naprawdę istotny w "Enforcerze", a relacja między dwoma graczami z tej samej drużyny. I tutaj dochodzimy do dwóch głównych bohaterów, czyli Huntera i Damiena. Pierwszy jest uznanym graczem, drugi dopiero dołączył do drużyny. Obaj są na etapie eksperymentów (w sensie łóżkowych) i jeszcze nie do końca potrafią określić, czego tak naprawdę pragną. Przy czym – a to odróżnia tę książkę od wielu innych z zakresu literatury LGBT – próżno tu szukać jakichś większych dramatów związanych z tożsamością, poszukiwaniem samego siebie, niepewnością lub problemami z samoakceptacją. Nie, obaj doskonale wiedzą, czego chcą, i niezbyt obawiają się po to sięgać, w sumie nawet mając gdzieś otoczenie, a kwestia wspomnianej niepewności nie dotyczy pytania "Czy?", a raczej "Jak?" oraz "Czy w ogóle podejmować ryzyko?". Tu muszę szczerze przyznać, że same postacie są ciekawie napisane i nawet wewnętrznie dosyć rozbudowane (choć drętwo i nieco głupkowato też momentami bywa), ale niestety, średnio przekłada się to na wydarzenia lub wybory.
Trochę trudno się o tym pisze, nie chcąc zdradzać fabuły. Ale też sama fabuła, powiedzmy sobie szczerze, jest dość prosta i łatwa do przewidzenia. No i właśnie – to jest pierwsza rzecz, która średnio mi podeszła. Po prostu zabrakło tutaj jakiejś takiej głębi lub większych emocji, a biorąc pod uwagę tematykę, środowisko, a nawet opis wydawcy, aż się o to prosiło. Plus za nie ładowanie się na siłę w oklepany już motyw "enemies to lovers", ale minus za dosyć mocne spłaszczenie właśnie emocji i potraktowanie po macoszemu tajemnicy, od której wszystko się zaczyna. Bo tak, jest pewna tajemnica, która ciągnie się przez pół książki, w każdej chwili ryzykując ujawnieniem. Tyle że kiedy w końcu się to dzieje... nie ma praktycznie żadnych fajerwerków. Nie ma dramatycznego zwrotu akcji, nie ma szoku, odrzucenia lub czegokolwiek, czego moglibyśmy się w tym momencie spodziewać. Po prostu – stało się i idziemy dalej...
Ogólnie z dramatami czy tematami cięższymi jest tutaj krucho. Biorąc do ręki książkę, w której mamy do czynienia z relacjami męsko-męskimi w drużynie sportowej, możemy spodziewać się choćby homofobii, nękania lub zwykłego hejtu – bo często tak to przecież wygląda. Ale nie tu... Mamy za to zaskakujący brak zainteresowania, ciche przyzwolenie, a tak w ogóle to nikogo nic nie obchodzi. No nie, to już nie wygląda zbyt realnie i bardziej przypomina myślenie życzeniowe niż rzeczywistość (pod tym kątem zdecydowanie lepiej wypadają książki Bartosza Brzezińskiego, które swojego czasu też tutaj opisywałem i nadal gorąco polecam). Owszem, pojawiają się trudne motywy – samobójstwo, choroba, trauma, molestowanie, żałoba, demony przeszłości – ale są tylko tak "liźnięte" i średnio mają wpływ na to, co się dzieje. Poza tym ostatnim, który wali po gębie w końcówce i tutaj faktycznie robi się emocjonalnie (szkoda, że dopiero w tym momencie).
Ostatnią sprawą, która mi trochę przeszkadzała, był fakt, że akcja galopuje skokami przez dobrych kilka miesięcy. Coś się dzieje – i nagle przerwa na tydzień lub dwa. Znowu jakieś wydarzenie – i kolejna przerwa na miesiąc. A w międzyczasie co? Nie widzieli się? Nie gadali ze sobą? Tylko jedli, spali i grali mecze? No nie, coś tu jest nie tego. I nie jest to też osławiony slow burn, bo właśnie z powodu wspomnianych przeskoków w czasie bardzo trudno wczuć się w akcję i zauważyć rosnące napięcie oraz rozwijającą się relację. Za to nie podzielam niektórych opinii, według których Hunter jest wrednym kutasem, a Damien drętwą lelują. Akurat charakterek oni mają obaj, a to tylko dokłada ognia do pieca.
Podsumowując, książkę czyta się szybko, a dla tych, którzy oczekują scen "hot", też coś się znajdzie (ten aspekt wyszedł świetnie). I mimo tego, co napisałem wcześniej, uważam, że jest to dobry, choć klasyczny romans, który poznaje się z przyjemnością. Niestety, pozostawia po sobie niewiele i raczej nie nastraja do powrotu (choć przyznam, że czekam na drugi tom!). Moim zdaniem pomysł był dobry, ale potencjał nie został odpowiednio wykorzystany. Wielka szkoda.
Ojej, to będzie bolało... Ale trudno. Jak się powiedziało A, trzeba powiedzieć i B. A potem najwyżej obserwować, jak płonie...
No więc... Pierwszą książką Leny M. Bielskiej, jaką zdarzyło mi się przeczytać i opisać, była pozycja "One shot", należąca (jak się właśnie okazało) do "uniwersum sportowego" autorki. Napisałem wówczas, że powieść jest klasycznym romansem MLM, ale...
2026
Książka "Lato w pionierskiej chuście" Katieriny Silwanowej i Jeleny Malisowej była jedną z tych pozycji, które zainteresowały mnie już jakiś czas temu i bardzo chciałem je przeczytać. No i w końcu się udało. A jakie wrażenia? Cóż... bardzo mieszane. Ale zacznijmy od początku...
Historia rozgrywa się głównie w Ukrainie w czasach ZSRR (a częściowo też współcześnie). Jak wiemy, były to czasy ciężkiej propagandy, przyporządkowania wszystkiego i wszystkich partii (bez której niczego nie można było osiągnąć), napompowanego do granic patriotyzmu (często, oczywiście, tylko na pokaz) oraz graniczącego z fanatyzmem uwielbienia dla Mateczki Rosji (też nieraz fałszywego). A jednocześnie okres, w którym homoseksualizm i wszelkie inne "dewiacje" były nielegalne i tępione z całą surowością aparatu politycznego oraz milicyjnego. Oczywiście wiemy, że we współczesnej Rosji jest tak nadal, a w niektórych innych krajach dawnego bloku wschodniego – bez wskazywania palcem – takie chore zapędy znowu się pojawiają, jednak tu mamy konkretny czas i miejsce. W każdym razie właśnie na tym tle obserwujemy wydarzenia, których głównymi bohaterami są szesnastoletni Jura oraz osiemnastoletni Wołodia. Pierwszy jest pionierem, który (jak co roku) przyjechał na obóz pionierski "Jaskółka", a drugi studentem i nowym zastępowym. Obaj szybko znajdują wspólny język, ich znajomość zaś błyskawicznie przeradza się w przyjaźń, a później... w coś znacznie większego.
I właśnie z tego powodu książka tak bardzo mnie zainteresowała – ponieważ obiecywała coś innego. Jasne, powieści, w których pojawiają się motywy homofobii, nienawiści do osób LGBT i ordynarnego hejtu jest całkiem sporo, ale tym razem dochodzi jeszcze wspomniane już tło historyczno-ideologiczne, a także poważne zagrożenie. W końcu za "coś takiego" można było w tamtych czasach trafić do więzienia albo nawet zarobić kulkę w łeb (dla porównujących przeszłość z teraźniejszością – tak, mamy obecnie w Polsce pewne grupy fanatyków, coraz silniejsze niestety, które chętnie by do tego wróciły, ale mimo wszystko sytuacji w naszym kraju daleko do tego, co działo się wtedy). No dobrze, ale czy w związku z tym powieść spełniła moje oczekiwania? No właśnie nie do końca...
Zacznijmy od tego, że choć książka jest ciekawa i naprawdę chce się poznawać historię Jury i Wołodii, czyta się ją bardzo mozolnie. Po prostu jest zbyt długa i ponaciągana opisami i wydarzeniami, bez których spokojnie by się obyła, a w dodatku autorki przeplatają przeszłość z teraźniejszością w taki sposób, że czasem trudno się odnaleźć. Akcja jest mocno rozwleczona, toczy się powoli krok za krokiem i niemal dzień po dniu, w większości bez jakichś fajerwerków, a to sprawia, że dość często zwyczajnie wkrada się nuda. Generalnie wydaje mi się, że powieść można by było spokojnie skrócić o jakieś 100-200 stron bez uszczerbku dla fabuły, a na pewno przyśpieszyłoby to kolejne wydarzenia i czytałoby się zwyczajnie szybciej oraz lepiej. Oczywiście, codzienność dawnych, prorosyjskich obozów dla pionierów i ogólnie sowiecka rzeczywistość to rzeczy ciekawe i warto je znać (zwłaszcza że mamy coraz mniej osób, które te czasy pamiętają, za to pojawia się coraz więcej ludzi zafascynowanych tamtymi "ideałami" – nie tylko w Polsce), jednak co za dużo, to niezdrowo. Po prostu dość skutecznie gniecie to główny wątek, którym niewątpliwie jest uczucie rodzące się między Jurą i Wołodią, spychając go na boczny tor. A tutaj już dochodzimy do mojego drugiego "zarzutu", a jest nim kreacja głównych bohaterów...
Żeby nie było, obaj są postaciami ciekawymi, które da się polubić, i którym można kibicować. Problem jednak polega na tym, że są to postacie bardzo nierówne. Jasne, wiemy, że to nastolatkowie, mocno zagubieni i nierozumiejący, co się z nimi właściwie dzieje i dlaczego (w końcu młodzież nie miała wtedy dostępu do Internetu, a wszelkie publikacje były mocno cenzurowane, przez co niewiele wiedziano nie tylko o kwestiach związanych z inną orientacją, ale też ogólnie o sprawach dotyczących seksualności), jednak nie tłumaczy to wszystkiego.
Oczywiście ja też teraz namieszałem, więc postaram się wytłumaczyć... Otóż są na przykład momenty, kiedy obaj chłopcy działają i wypowiadają się bardzo rzeczowo i logicznie, komentując zastaną rzeczywistość. Problem w tym, że chwilami brzmi to aż nadto dorośle. Przypominam, że to nastolatkowie, a dyskutują na tematy polityczne, ideologiczne i społeczne, popisując się wiedzą, której zwyczajnie nie mogą posiadać (zwłaszcza wtedy). Ale to nie wszystko, bo po takich głębokich, dorosłych przemyśleniach obaj nagle i bez ostrzeżenia... dziecinnieją, a ich rozmowy i decyzje stają się – no właśnie – dziecinne i infantylne. I to w sposób, który z kolei mocno nie pasuje do nastolatków! Dotyczy to zwłaszcza Jury, który – jasne – kompletnie nie wie, co się z nim wyprawia i czemu jego uczucia dotyczą chłopaka (po czym, chwilę później, jest już z tym całkowicie pogodzony), ale czym dalej w las, tym bardziej zachowuje się jak dwunastolatek... Może nieco wyolbrzymiam, ale odniosłem wrażenie, że autorki wpadły tu w taki bardzo częsty (niestety) wśród rodziców pogląd, że ten licealista, którego mają w domu, nadal jest dzieciaczkiem gdzieś ze środka podstawówki, a nie młodym człowiekiem u progu dorosłości, który jednak coś już tam wie (w tym co i do czego służy...).
Niestety, takie skakanie od dorosłego do małego dziecka niesamowicie mnie drażniło podczas lektury, sprawiając, że chwilami bardzo się męczyłem. W efekcie książce, którą spokojnie mógłbym ocenić bardzo wysoko, daję takie naciągane 6.0. Ale mimo to, i tak czekam na drugi tom.
Książka "Lato w pionierskiej chuście" Katieriny Silwanowej i Jeleny Malisowej była jedną z tych pozycji, które zainteresowały mnie już jakiś czas temu i bardzo chciałem je przeczytać. No i w końcu się udało. A jakie wrażenia? Cóż... bardzo mieszane. Ale zacznijmy od początku...
Historia rozgrywa się głównie w Ukrainie w czasach ZSRR (a częściowo też współcześnie). Jak...
2025
Po książce "Skutki uboczne umierania" Dan Zee spodziewałem się bardzo dużo. Naczytałem się kilku niezwykle pochlebnych opinii i być może przez to nastawiłem się w taki a nie inny sposób. Niestety, trochę się przeliczyłem. A szkoda, bo potencjał był bardzo duży...
Bohaterami książki są przyjaciele: Quentin oraz bliźnięta Hannah i August, a historia toczy się w Wielkiej Brytanii. Już na samym początku dowiadujemy się, że August uległ wypadkowi, na skutek czego stracił pamięć. A dokładniej – wyparował mu z głowy ostatni rok, przez co nie pamięta Quentina, a tym bardziej łączącej ich relacji. I choć Quentin bardzo chciałby opowiedzieć o wszystkim Augustowi, zwłaszcza o wydarzeniach z wiosny (akcja toczy się latem), nie może tego zrobić, nie chcąc złamać zaleceń lekarzy i przysięgi danej Hannah. W ten sposób rozpoczyna się w jego życiu najtrudniejszy jak do tej pory okres, a w nim samym coraz bardziej narastają frustracja, ból oraz poczucie osamotnienia.
Tak pokrótce wygląda fabuła i więcej nie mogę napisać, bo musiałbym zdradzić zbyt dużo. Za to spróbuję określić, co mi w tej książce nie pasowało, a co było OK. I w tym miejscu chciałbym stwierdzić, że książkę czyta się zadziwiająco dobrze, mimo że porusza dość ciężkie tematy, takie jak homofobia, odrzucenie, przemoc, ale też poszukiwanie siebie i własnej tożsamości. Niestety, mam wrażenie, że autorka do wszystkich tych kwestii podeszła nieco po macoszemu i niezbyt przekonująco, traktując je raczej jako tło relacji Quentina i Augusta.
Inny problem to sama narracja i rozgrywająca się historia, które są dość... monotonne, powtarzalne i łatwe do przewidzenia. I choć pod koniec akcja nagle nabiera tempa i naprawdę zaczyna robić się ciekawie, trudno tu o jakieś większe zaskoczenia (powodów wypadku, któremu uległ August, domyśliłem się gdzieś w połowie książki, a na końcu tylko się to potwierdziło). W każdym razie trudno mi oprzeć się wrażeniu, że książkę spokojnie można było trochę skrócić, wycinając parę dłużyzn, podczas których Quentin zastanawia się nad sobą, jednocześnie na siłę starając się nie nazywać po imieniu wcześniejszej relacji z przyjacielem, która dla czytelnika jest jasna od samego początku.
Otóż to... Sama wspomniana relacja... Wydaje mi się, że autorka – mimo iż właśnie to jest głównym tematem książki – starała się szerokim łukiem obchodzić niektóre rzeczy, by nie napisać niczego wprost lub za dużo. Jasne, rozumiem, że to jest książka dla młodzieży, ale jednak niezbyt realnie to wyszło (przynajmniej moim zdaniem). OK, może jestem za stary na takie książki, ale czytając po raz któryś o ukradkowych spojrzeniach, delikatnych muśnięciach lub nieśmiałych dotykach, trudno mi było nie przewrócić oczami. Takie rzeczy są w porządku (żeby nie było), ale ileż można?...
Jak pisałem wcześniej, książkę czyta się dobrze i mogę ją Wam polecić, ale też zalecam podchodzenie do niej nieco ostrożnie. Zwłaszcza jeśli (tak jak ja) naczytaliście się wynoszących ją pod niebiosa komentarzy. Niestety, możecie się zawieść, a szkoda by było (to naprawdę nie jest zła pozycja, ale też nie tak dobra, jak niektórzy próbują wmawiać). Natomiast na koniec chciałbym jeszcze odnieść się do dwóch spraw, z których pierwszą jest... tytuł. Mówiąc szczerze, zupełnie nie wiem, dlaczego autorka nadała książce właśnie taki. Moim zdaniem, zupełnie nie odnosi się do treści i może bardzo wprowadzać w błąd. Druga kwestia to sam pomysł amnezji, czyli rzecz, która też była dość szeroko komentowana w opisach (nie zawsze pochlebnie). I w tym wypadku uważam, że pomysł był bardzo dobry. Akurat tutaj nie zgodzę się z niektórymi komentującymi, bo sama amnezja powypadkowa nie jest niczym niezwykłym, zwłaszcza jeśli nastąpiło uderzenie w głowę. I faktycznie – czasem odzyskanie wspomnień trwa jakiś czas, a czasem w ogóle się to nie udaje. Problem w tym, że nie przekonuje mnie utrata akurat roku. I to tego jednego, tak ważnego dla bohaterów... Niestety, to wydaje mi się już trochę naciągane. Tym bardziej, że mam przecież porównanie – o utracie pamięci pisał już Adam Silvera i jednak poradził sobie lepiej (mimo że, jak wiecie, niezbyt lubię tego autora).
Po książce "Skutki uboczne umierania" Dan Zee spodziewałem się bardzo dużo. Naczytałem się kilku niezwykle pochlebnych opinii i być może przez to nastawiłem się w taki a nie inny sposób. Niestety, trochę się przeliczyłem. A szkoda, bo potencjał był bardzo duży...
Bohaterami książki są przyjaciele: Quentin oraz bliźnięta Hannah i August, a historia toczy się w Wielkiej...
2025
Becky Albertalli jest dość znaną autorką powieści z gatunku YA, a jej książka "Simon konta reszta homo sapiens" została nawet zekranizowana. I o ile ta pozycja mi się podobała, była dobrze napisaną młodzieżówką i po prostu świetnie się ją czytało, o tyle powieść "Kate in waiting" do niej nie dorasta. Nie żeby była jakoś szczególnie zła, ale autorka sama sobie postawiła poprzeczkę, której tym razem zdecydowanie nie udało się przeskoczyć.
Rzecz dzieje się w USA, a bohaterami opowieści są nastolatkowie Kate i Andy - przyjaciele na dobre i na złe, którzy znają się doskonale i wszystko robią razem. Nawet zauroczenia mają wspólne (Andy jest gejem), co zupełnie im nie przeszkadza. Do momentu, aż w ich otoczeniu pojawia się Matt, w którym nieoczekiwanie oboje się zakochują. A to już inna sprawa niż przelotne miłostki, która w dodatku staje się coraz większym zagrożeniem dla wieloletniej przyjaźni bohaterów.
Tak w dużym skrócie wygląda fabuła (prowadzona z perspektywy Kate). No i w zasadzie to wszystko, co można o niej powiedzieć, bo generalnie jest dość... nudnawo, a na domiar złego bardzo chaotycznie i infantylnie. Autorka próbuje "wchodzić w głowę" zakochanej nastolatki, bombardując czytelnika mnóstwem przemyśleń i wątpliwości, często nie dotyczących nawet tego, co się aktualnie dzieje, jednocześnie co jakiś czas przeskakując do przeszłości. Oprócz tego pojawia się wiele rzeczy z życia i otoczenia opisywanych nastolatków, które pisarka chyba uznała za oczywiste i niewymagające wyjaśnienia, tak więc czytając, co jakiś czas zastanawiałem się, o co tu w ogóle chodzi i kim są osoby, które właśnie się pojawiły. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie jestem nastolatkiem, tym bardziej amerykańskim, więc nie ma siły, żeby wszystko było dla mnie klarowne i zrozumiałe, ale mimo to mam wrażenie, że nie to jest tutaj problemem. Niestety, moja ocena to tylko 5.0.
Becky Albertalli jest dość znaną autorką powieści z gatunku YA, a jej książka "Simon konta reszta homo sapiens" została nawet zekranizowana. I o ile ta pozycja mi się podobała, była dobrze napisaną młodzieżówką i po prostu świetnie się ją czytało, o tyle powieść "Kate in waiting" do niej nie dorasta. Nie żeby była jakoś szczególnie zła, ale autorka sama sobie postawiła...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025
W przypadku tej książki popełniłem błąd i najpierw obejrzałem film. I o ile sam film jakoś się broni, o tyle w porównaniu z książką wypada bardzo blado. Przede wszystkim jest płaski, traktuje po macoszemu motywacje bohaterów i średnio oddaje istotę problemu. Ale wróćmy do książki...
"My Policeman" Bethan Roberts to trudna i ciężka, wręcz smutna opowieść o zdradzie, miłości i nienawiści, ale także powszechnej homofobii. Jej osią jest tragiczny w skutkach trójkąt miłosny pomiędzy Marion, Tomem i Patrickiem, a większość fabuły rozgrywa się w późnych latach pięćdziesiątych w Wielkiej Brytanii - czyli w czasach, gdy homoseksualność w tym kraju była nielegalna, osoby queerowe ścigane, szykanowane i zamykane w więzieniach (taki mokry sen niektórych dzisiejszych "prawdziwych Polaków"), a wydumana i często mocno fałszywa "obrona moralności" stanowiła doskonałe wytłumaczenie dla agresji oraz - jak byśmy to powiedzieli dzisiaj - hejtu (no i znowu trudno mi tutaj uniknąć pewnych porównań...). Historię poznajemy z perspektywy Marion oraz Patricka i to oni są narratorami poszczególnych części.
Książka jest ciekawa i trzyma w napięciu, chociaż przyznam, że pierwsza część (opowieść Marion) niezbyt mnie zachwyciła. Później jednak fabuła się rozkręciła, a styl autorki odrobinę się zmienił (na plus). Jedynym takim poważniejszym dla mnie minusem jest to, że nie znamy perspektywy Toma, który w zasadzie został zepchnięty do roli obiektu westchnień zarówno Patricka, jak i Marion, a tak naprawdę to on ma największy problem z samym sobą i własną tożsamością. Niestety, tego mi tutaj zabrakło, zwłaszcza że to właśnie ta postać - rozdarta pomiędzy własnymi pragnieniami a uwarunkowaniami społecznymi oraz pełna wątpliwości - miałaby, moim zdaniem, najwięcej do powiedzenia.
Książkę oczywiście polecam.
W przypadku tej książki popełniłem błąd i najpierw obejrzałem film. I o ile sam film jakoś się broni, o tyle w porównaniu z książką wypada bardzo blado. Przede wszystkim jest płaski, traktuje po macoszemu motywacje bohaterów i średnio oddaje istotę problemu. Ale wróćmy do książki...
"My Policeman" Bethan Roberts to trudna i ciężka, wręcz smutna opowieść o zdradzie, miłości...
2025
Powieść "Koniec z Eddym" była debiutem francuskiego pisarza Edouarda Louisa. Autor wydał ją w 2014 r. w bardzo młodym wieku (22 lata), niemal od razu zdobywając nominację do Nagrody Goncourtów, czyli jednej z najbardziej prestiżowych nagród literackich na świecie. Czy słusznie? Cóż... Po raz nie wiem już który okazuje się, że to, co niby zostało uznane na świecie za wielkie odkrycie (bestsellery "New York Timesa" itd.) dla mnie jest po prostu... dobre lub poprawne - ale nic poza tym.
Książka jest w zasadzie autobiografią autora, a jej akcja dzieje się w małym miasteczku na północy Francji. Jej tłem są tereny typowo robotnicze, czyli biedne, brudne, a także pełne chorób, przemocy, homofobii i alkoholizmu. I choć książka jest bardzo krótka (zaledwie 170 stron), jest jednocześnie niesamowicie ciężka, mroczna i dołująca. Autor opisuje tutaj dzieciństwo i wczesną młodość Eddy'ego (tak naprawdę własne) - czyli homoseksualnego chłopca żyjącego w środowisku, w którym homoseksualność jest niemal zbrodnią i zasługuje na najwyższą pogardę. Powieść dusznym, wypełnionym brutalnością i beznadzieją klimatem przypomina książkę "Młody Mungo" Douglasa Stuarta (którą również tu opisywałem i jak pamiętacie, oceniłem dość nisko), aczkolwiek czytało się ją nieco lepiej, choć powoli (nie ukrywam - trochę się męczyłem).
Generalnie nie miałbym do tej opowieści jakichś większych zastrzeżeń, gdyby nie jedna rzecz - książka jest niesamowicie chaotyczna. Autor skacze po różnych okresach życia Eddy'ego, to cofając się, to znów podając informacje o tym, co działo się później. Sprawia to, że bardzo łatwo się pogubić i stracić wątek. Do tego stopnia, że chwilami zastanawiałem się, czy autor nadal pisze o tym samym bohaterze. Na plus za to można policzyć bardzo realistyczne oddanie tragizmu robotniczej biedoty północnej Francji.
Czy polecam? Tak, ale zalecam ostrożność.
Powieść "Koniec z Eddym" była debiutem francuskiego pisarza Edouarda Louisa. Autor wydał ją w 2014 r. w bardzo młodym wieku (22 lata), niemal od razu zdobywając nominację do Nagrody Goncourtów, czyli jednej z najbardziej prestiżowych nagród literackich na świecie. Czy słusznie? Cóż... Po raz nie wiem już który okazuje się, że to, co niby zostało uznane na świecie za wielkie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Dziwna była ta książka... I powiem szczerze, że mam problem z jej oceną. Z jednej strony była ciekawa, ale z drugiej – chaotyczna i ocierająca się o szaleństwo. To też ma swoje wytłumaczenie – a mianowicie główny bohater, jego przemyślenia i zachowania – jednak najłatwiejsza w odbiorze nie była.
Jeśli ktoś myśli, że to kolejna infantylna młodzieżówka spod szyldu YA, to grubo się przejedzie. Przede wszystkim dlatego, że powieść dotyka bardzo poważnych problemów, takich jak rasizm, śmierć w rodzinie, odrzucenie, przemoc i oczywiście homofobia. Nie wszystko zostało równo potraktowane i niektóre rzeczy można było inaczej (w sensie – lepiej) rozwinąć, ale źle nie jest. Sama historia rozgrywa się w Ameryce w roku 1973, a był to szczególnie ważny rok dla społeczności LGBT, bo właśnie wtedy Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne wykreśliło homoseksualizm z listy zaburzeń. Wcześniej za takie zachowania można było trafić do psychiatryka lub więzienia, a wiele osób doświadczyło tortur (inaczej nie da się tego nazwać) podczas tzw. "terapii leczących z homoseksualizmu". Tak, dokładnie tych terapii, podczas których były stosowane elektrowstrząsy...
I właśnie coś takiego dotyka Jonathana, czyli głównego bohatera. Chłopak jest siedemnastolatkiem mieszkającym z dość patologicznym ojcem (matka zmarła podczas porodu), który przechodzi właśnie jedną ze wspomnianych wcześniej terapii. Powodem jest fakt, że kilka lat wcześniej został przyłapany na pocałunku z innym chłopakiem. A ponieważ w oczach społeczeństwa takie zachowania były wówczas traktowane na równi ze zbrodnią (co sam też sobie wmówił), jedynym rozwiązaniem była terapia, która miała go "naprawić" i na powrót uczynić "normalnym". Oczywiście Jonathan okłamuje sam siebie, choć początkowo "idzie dobrze". Do czasu, aż spotyka nowego ucznia – Indianina Weba. I w tym momencie sprawy zaczynają się komplikować...
Rzecz jasna, nie zamierzam wchodzić w fabułę, więc tutaj muszę się zatrzymać. Dodam tylko, że kwestia walki o siebie i zrozumienie niektórych spraw to tak naprawdę tylko jeden z motywów przewodnich książki. Drugim, równie ważnym, jest problem rasizmu i nienawiści białych ludzi do rdzennych Amerykanów (reprezentowanych przez Weba i jego rodzinę). I nie powiem – chwilami robi się naprawdę paskudnie, a książka uderza w bardzo mocne, trudne i ponure tony. Jak to się skończy? To już musicie ocenić sami, choć mnie końcówka odrobinę rozczarowała (powiedzmy, że zabrakło mi jednego, ostatniego, podsumowującego rozdziału).
Na pewno nie jest to powieść, wobec której można przejść całkiem obojętnie. Nie pozwalają na to ani tematyka, ani wydarzenia opisywane przez autora. Dodatkowo takim pewnym smaczkiem jest kwestia podejścia społeczności indiańskiej do homoseksualizmu – i tu muszę przyznać, że dowiedziałem się czegoś nowego. Na ile jest to prawdziwe? Nie mam pojęcia, ale autor wyjaśnia to później w posłowiu (warto przeczytać). W każdym razie książkę Wam polecam, choć zalecam ostrożność.
Dziwna była ta książka... I powiem szczerze, że mam problem z jej oceną. Z jednej strony była ciekawa, ale z drugiej – chaotyczna i ocierająca się o szaleństwo. To też ma swoje wytłumaczenie – a mianowicie główny bohater, jego przemyślenia i zachowania – jednak najłatwiejsza w odbiorze nie była.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJeśli ktoś myśli, że to kolejna infantylna młodzieżówka spod szyldu YA, to...