-
Artykuły
Jak dobrze znasz Katarzynę Bondę? Alfabet pisarki.
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Milion euro dla pisarki i burza w branży. Nagroda „Aena de Narrativa“ rozpala emocje
LubimyCzytać10 -
Artykuły
„Kawa z Mistrzem Zbrodni” – wygraj spotkanie z Wojciechem Chmielarzem z okazji Światowego Dnia Książki
LubimyCzytać18 -
Artykuły
"Przejścia. Którędy do miłości" Natalii de Barbaro. Mamy dla Was 40 egzemplarzy książki!
LubimyCzytać3
Biblioteczka
Jak napisała mi koleżanka „ That escalated quickly 🤣🤣”
Styl jest interesujący, jednocześnie toporny i zbyt fantazyjny. Niektóre porównania są absurdalne, ale nadaje to osobliwego posmaku tej historii. Jest równie barwny, kańciasty i dziwaczny, jak świat stworzony przez Parker. Na początku parskałam śmiechem, gdy czytalam „dymna piżmowa woń przyprawiona zapachem świeżo rozłupanego kamienia i złagodzona nutami czegoś maślanego”, ale potem się przyzwyczaiłam.
Raeve jest młoda, gniewna, nieco zbyt buntownicza dla swojego własnego dobra. A przynajmniej wnioskuję po jej zachowaniu, że jest młoda. Co potem daje mi konkretnie po mordzie 😅 Chce walczyć, chce mordować, chce zmiany, chce lepszego jutra dla wszystkich i chce tego natychmiast. Mam wrażenie, że wizja zemsty i syndrom zbawcy uciśnionych przysłania jej szerszy obrazek. Ale miała swoje momenty! I to jakie! Czasami parskałam ze śmiechu na przekór samej sobie, tak głupio brawurowa i sarkastyczna ta dziewczyna jest. Ale po 30% książki byłam już nią zmęczona, a następnie już tylko sfrustrowana.
Pierwsze co mnie zirytowało to wątek Essi. Rozumiem po co (chociaż sadyzm), ale dlaczego tak nieudolnie… zmarnowany potencjał. To powinno rozerwać serce, wycisnąć łzy i wywołać krzyk wściekłości, a przez brak odpowiedniego zbudowania napięcia, jedynie wzruszyłam ramionami i pomyślałam „Ok, NEXT”. To jest zostało to poprowadzone rzutuje też na to, że ja później nie wierzę w motywy Raeve, nie kupuje ich, wydają mi się hmm za proste, zbyt płaskie.
Nie pisze się zwyczajnie postaci, które mają zaraz umrzeć. Nie wprowadza się postaci, których jedyną rolą na tych dwóch stronach, na których się pojawiają jest głupia śmierć 😅 Jak postać się pojawia i znika, to czytelnik nie ma szansy się przywiązać, dlatego leje z góry na jej śmierć 🤷♀️
Potem spotkanie w celi. Głupie to było, oj głupie.
Niestety początek jest bardzo jakościowo nierówny. Są momenty genialne, gdzie się frunie przez strony, ale jest też sporo strasznie sztucznych, gdy czytam dialog 3 razy by nabrał on sensu. Zachowanie Raeve wobec Kaana jest początkowo strasznie irracjonalne, jak zwykle taka nienawiść „bo tak”. Nie zastanawia jej jego szok, szok innych osób, jego motywy, on zostawia naprawdę grube okruszki na tej ścieżce tajemnicy. Ale Raeve jest tak zacietrzewiona w swoim „słusznym gniewie”, że wszystko to ignoruje i przechodzi do gróźb cielesnych. Daj mi siło wyższa raz w romantasy bohaterkę, która najpierw myśli potem głupio kłapie paszczą, bo już tracę cierpliwość.
Raeve przedstawia sobą poziom umiejętności poznawczych trzynastoletniego chłopca, którego nagły skok testosteronu wyłączył wszystkie funkcje mózgowe. Mordować, wykrwawiać, grozić, pyskować i niestety - nie myśleć. Rozumiem, że została skrzywdzona i nie chce już czuć, ale nie czuć, a nie myśleć i nie pytać to dwie różne rzeczy. Nie można całej fabuły książki oprzeć na tym, że bohaterka jest zbyt głupia żeby widzieć to co ma przed oczami. Dżizus krist! Są pewne aspekty jej zachowania i osobowości, na które rzutuje ta nasza „wielka tajemnica”, której się można domyśleć tak w okolicach 200 strony maks. Dlatego ich tutaj nie przywołuje, jeżeli coś jest fabularnie uzasadnione, to ujdzie.
Problem w tym, że pomysł na to wszystko jest naprawdę dobry, ale wykonanie i zachowanie Raeve sprawia, że jest to wszystko mało prawdopodobne, tanie i śmieszne.
Plot twisty są przewidywalne z daleka, schemat romantasy mocno trzyma i jest to po prostu kolejne rozczarowanie. Wątek romantyczny nie buja. Jedynie szkoda mi Kaana. Szkoda mi go, jak Grzesia z Love Never Lies, że się musi użerać z tą diwą.
Już się więcej nie dam nabrać na „Romantasy inne niż wszystkie”. Nie wierzcie im, to jest dokładnie ten sam shit, którym rynek nas karmi od 5 lat albo i dłużej. Ja już dostałam alergii pokarmowej przez przejedzenie. Podziękuję za dokładkę.
Jak napisała mi koleżanka „ That escalated quickly 🤣🤣”
Styl jest interesujący, jednocześnie toporny i zbyt fantazyjny. Niektóre porównania są absurdalne, ale nadaje to osobliwego posmaku tej historii. Jest równie barwny, kańciasty i dziwaczny, jak świat stworzony przez Parker. Na początku parskałam śmiechem, gdy czytalam „dymna piżmowa woń przyprawiona zapachem świeżo...
DNF na 65%. Bardzo chciałam skończyć tę książkę, ale się nie udało... Jednak, jako że popełniłam notatek do recenzji na 6k znaków, postanowiłam podzielić się tutaj swoimi przemyśleniami, co by się nie zmarnowało. Uwaga, spojlery!
Zaintrygowanie i ekscytacja, zastąpione poirytowaniem i złością.
Tak bym mogła w kilku słowach opisać czytanie The Atlas Six 😅
Pomysł na tę książkę jest genialny, nietuzinkowy i doskonale wpasowuje się w mój gust czytelniczy. Nie przeszkadzał mi pretensjonalizm fabuły, wolne tempo czy pseudogórnolotne teorie. Nie irytowali mnie też w większości egocentryczni bohaterowie. (No może poza Libby, Libby powinna zrozumieć, że nie jest zupą pomidorową😅). Właściwie, to właśnie liczyłam na mocno wydumaną, akademicką powieść w stylu Dziewiątego Domu. Za połową zrozumiałam w końcu, na czym polega mój problem z tą książką - ona wcale nie jest tak błyskotliwa jak być próbuje. Ostatecznie otrzymujemy coś na kształt maturalnej rozprawki, w której bardzo próbowano inteligentnie odnieść się do zadanego tematu, użyto wielu trudnych słów i powołano się na kilka dość interesujących teorii, żeby zamaskować brak znajomości lektury.
Co mnie w takim razie zirytowało na tyle, że wysuwam takie wnioski? Głównie niespójność fabuły, sztuczne dialogi i wrażenie całkowitego oderwania niektórych fragmentów od całej reszty. Co kilka stron czułam się jakbym dostała w twarz fragmentem wyrwanym z kontekstu, lub dopisanym przez kogoś innego. I nie, nie jest to „zabieg” autorki. Liczyłam na genialne studium arogancji i ludzkiej natury i miejscami to otrzymałam, ale potem kolejne natknięcia się na dziecinny, „dopisany” dialog rujnowało całkowicie mój odbiór.
Ta historia zapowiadała się naprawdę dobrze, zdążyłam się wkręcić w całe to towarzystwo i zaczęłam kalkulować kto, z kim, jak i gdzie. Jednak wszystko zepsuła pierwsza walka, jakbym została przeniesiona do taniego filmu akcji, klasy C, sprzed 90 roku. Studenci w tajemniczym programie badawczym nagle mordują z zimną krwią ludzi, nie uskarżając się i zachowując się jakby to było całkowita codzienność tego świata, że ktoś wbija nóż człowiekowi w skroń. Gdzie nic takiego o tym świecie nie było wcześniej wspomniane. Sceny rodem z Matrixa 😅 byłam, doprawdy, zdegustowana. Nikt o tym nie rozmawia, nikt nie ma wyrzutów sumienia, naprawdę, film akcji.
Najgorzej napisani są bohaterowie. I tutaj znów, gdy ich poznałam byłam mocno zaintrygowana. Jednak podczas czytania zorientowałam się, że po prostu każdy z nich ma jakieś przypisane cechy w punktach i autorka po prostu w kółko przy każdy POV je nam prezentuje i opisuje, po raz kolejny, jakbyśmy za pierwszym razem nie zrozumieli. Do przesady skupia się na jednej cesze i ją eksploatuje do tego stopnia, że to przestaje być naturalne.
Pozwólcie, że pokażę na przykładzie:
Tristan - pamiętacie Cierpienia Młodego Wertera? No właśnie. Mizantropia, użalanie się nad sobą i kompleks tatusia.
Parisa - była ciekawa, dopóki nie przedstawiono jej historii i się nie okazała najbardziej stereotypową dziewczyną pracującą świata.
Libby - miała być jedyną na wpół moralną postacią, a jest z nich wszystkich najbardziej irytująca. Jaka dorosła kobieta ocenia ludzi przez pryzmat tego czy ktoś ją lubi? Jej POV przypomina pamiętnik napalonej, zakompleksionej trzynastolatki na speedzie.
Nico - prosty chłopak z niezdrową obsesją na punkcie najlepszego przyjaciela.
I tak dalej i tak dalej, oprócz tych cech nie dostajemy nic innego, bohaterowie się nie rozwijają, są jak kukiełki.
Bohaterowie odgrywają scenki rodzajowe z własnym udziałem i ich wzajemne relacje w żaden sposób nie ewoluują na przestrzeni powieści mimo 50 stron, na których opisane jest to jak bardzo jedno ma niepochlebną opinię o drugim. Nico i Libby są rywalami, w takim razie dostajemy 30 takich samych pozbawionych znaczenia dialogów o tym jak się nie cierpią. Opis relacji Nica i Gideona to jakieś nieporozumienie, ich rozmowy brzmią tak nienaturalnie, jakby zostały doklejone z innej książki. A POV Nica na przestrzeni książki zaczyna mieć objawy ADHD, tekst nie jest w stanie skupić się więcej niż 2 zdania na jednej myśli.
Świat przedstawiony po 65% nadal zostaje dla mnie tajemnicą. Jakie są stosunki między medejami, a śmiertelnymi? Czym tak naprawdę różni się medej, z wyjątkiem oczywistej magii? Może jakiś słowniczek, albo wstawka „z podręcznika” wyjaśniającą jak to funkcjonuje. Dodatkowo mam wrażenie, że umiejętności bohaterów nie kierują się żadną logiką poza „co aktualnie autorowi do fabuły pasuje”.
Kolejne wydarzenia, które miały potencjał na dobre sceny, zostały całkowicie pominięte. Rozpad związku Libby i Ezry? Nic nie zostało opisane, pojawiły się ze dwa zdania podsumowania niefortunnej świątecznej wizyty. Po co autorka rozwodzi się nad pseudointelektualnym dywagacjami o niczym przy wznoszeniu toastu na 2 strony, a nie opisze odpowiednio kluczowego momentu w życiu jednego z bohaterów.
Dalej. Moralny pseudofilozoficzny dylemat zabicia towarzysza niedoli. Wszystkie te rozważania miałyby jakiś sens, gdyby na samym początku książki NIE POMORDOWALI BEZREFLEKSYJNIE LUDZI BEZ WYRZUTÓW SUMIENIA. Dziękuję, wychodzę. To przelało czarę goryczy.
Olivie Blake miała bardzo ambitny pomysł na tę książkę (zbyt ambitny, jak się okazało), niestety pomysł, który w moim odczuciu przerósł ją warsztatowo. Miało być ponadprzeciętnie, wyszło absurdalnie. Gdyby ta historia była lepiej napisana to podbiłaby nie tylko moje serce… Cytując Calluma „To była droga donikąd”.
DNF na 65%. Bardzo chciałam skończyć tę książkę, ale się nie udało... Jednak, jako że popełniłam notatek do recenzji na 6k znaków, postanowiłam podzielić się tutaj swoimi przemyśleniami, co by się nie zmarnowało. Uwaga, spojlery!
Zaintrygowanie i ekscytacja, zastąpione poirytowaniem i złością.
Tak bym mogła w kilku słowach opisać czytanie The Atlas Six 😅
Pomysł na tę...
Podeszłam do Alchemised zupełnie bez uprzedzeń. Nie przeszkadzało mi to, że pierwowzorem tej książki był fanfik - skoro autorka opowiada historię na nowo, to nie jest istotne co tworzyło jej szkielet. Lubię mroczne, głębokie fantasy, liczyłam na eksplorację tematyki wojny i trudne, ale prawdopodobne uczucie między bohaterami. Czy to dostałam? Niestety nie.
Ta książka to taki fantastyczny Frankenstein, wykrojono główne organy z fanfika i próbowano przeszczepić kilka nadprogramowych kończyn by nabrał ogłady i oryginalności. Niestety przeszczepy się nie przyjęły i zamiast zgrabnej historii dostajemy bezrozumnego potworka, który ledwo powłóczy nogami. Na dodatek w oczy rzucają się grube nici, którymi jest on zszyty.
1. Brak kontekstu
Mój główny zarzut - ta książka to nadal fanfik. Fanfik ze zmienionymi imionami i wymyślnymi nazwami własnymi. Tej histori brakuje kontekstu - zarówno fabularnego, jak i emocjonalnego. Bohaterowie mnie nic nie obchodzą, bo autorka nie dała mi żadnego powodu by zaczęli. Świat jest zbudowany z rozmachem, ale brakuje mu oryginalności i dobrej ekspozycji. Ekspozycja jest doklejona - mało subtelnie dopisana. Umiejętności bohaterów są tak mgliście przedstawione, że gdyby nie instynktowne porównanie do HP to nie wiedziałabym na czym ten system magiczny polega. A co najbardziej bolesne, wydarzenia są pozbawione logiki, interakcje między bohaterami są mało prawdopodobne, bo znów brakuje im kontekstu z ich przeszłości, którą zapewniał fanfik. Co mnie obchodzi, że jakiś tam Luc czy inna Lila umarli na wojnie, jak nie pokazano mi kim oni dla Heleny są i dlaczego mają mieć znaczenie.
2.Helenka - wycieraczka
Na początku myślałam, że razem z pamięcią Helenie wymazano osobowość. Jest żadna, nijaka jak szara zasłona w mieszkaniu millennialsa. Więcej życia mają w sobie otaczające ją trupy. Nie czułam tego że jest więźniarką, czułam że jest szmacianą lalką, którą każdy przekłada z miejsca na miejsce, bez najmniejszej refleksji z jej strony. Jej próby zaradzenie tej sytuacji były dość mało proaktywne. Zrzuciłam winę na traumę i PTSD, jednak jak się okazało - niesłusznie. Druga część udowodniła, że są to jej ustawienia fabryczne.
Helena nie ma żadnej mocy sprawczej w tej fabule i cechy charakteru, która nie zakłada bycia wycieraczką. Ani jedno wydarzenie na tych nomen omen 500 stronach (które przeczytałam), nie było jej własną inicjatywą. A to już jest dość spory wyczyn, bo jak na siły wyższe, można być taką bezwolną ścierą, taki szmat czasu? Czy Helena usztywni sobie kręgosłup po kolejnych 500 stronach? Możliwe, ale już mnie to niestety nie obchodzi.
3. Nuuuuda
Po co ta książka jest taka długa skoro absolutnie nic się w niej nie dzieje? Po co opisywane są ciągle powtarzalne czynności wykonywane przez Helenkę, które nic nie wnoszą do historii? Nie zrozumcie mnie źle, ja jestem fanką Zapaty, opisy rozmyślań bohaterki rozwleczone na 5 stron między pojedynczymi zdaniami dialogów nie są mi straszne. Ale nikt nie potrzebuje kolejnych opisów tego, jak Helenka przemierza korytarze posiadłości albo ulice miasta, przecież robiła to 5 stron temu i za kolejne 5 stron zrobi znowu - załapaliśmy za pierwszym razem. Po pierwszych 15 rozdziałach byłam całkiem wciągnięta, ale jednocześnie pewna, że nie ma żadnego powodu, aby nie zmieścić tej samej treści w 5. Cokolwiek się dzieje w tej historii dzieje się poza narratorką, a co za tym idzie poza czytelnikiem. Czy jest tam gdzieś jakiś punkt kulminacyjny, w którym nasza Helenka w końcu pełni jakąś funkcję fabularną poza byciem chętnym barankiem ofiarnym? Być może, ale nie powinnam musieć czekać na niego 800 stron. Rozumiem, że głównym wątkiem tej historii jest romans (nie, nie jest nim wojna, która jest tylko tłem), ale bohaterowie muszą istnieć w fabule poza wchodzeniem ze sobą w interakcje. Dodatkowo do części drugiej nawrzucano mnóstwo trywialnych, tanich romantasowych motywów, które urągały powadze tematyki, jaką chciała poruszyć autorka.
Czy w takim razie Alchemised było od początku skazane na porażkę? Moim zdaniem nie. Ten przeszczep miał prawo się udać, gdyby nie trzymano się tak kurczowo pierwotnego tekstu, a spróbowano naprawdę napisać wszystko od nowa. Jeśli chodzi o worldbuilding jest tu kilka świetnych pomysłów z potencjałem - niejednoznaczność z jaką społeczeństwo i obie strony konfliktu traktują wywimancje, motyw religijnych fanatyków i uprzedzeń z tej wiary wynikających, to że czytelnik tak naprawdę nie kibicuje żadnej stronie konfliktu, bo nie ma tu wcale “tych dobrych”, nawet to nieszczęsne piętno imigrantki tak hołubione przez Helenkę dałoby się fajnie wykorzystać. A tak dostaliśmy Frankestaina, którego nawet przeczytałabym do końca, mimo braku kontekstu, gdyby fabuła bardziej fabułowała i bohaterka nie była kolejną ofiarą z syndromem zbawczyni uciśnionych.
Podeszłam do Alchemised zupełnie bez uprzedzeń. Nie przeszkadzało mi to, że pierwowzorem tej książki był fanfik - skoro autorka opowiada historię na nowo, to nie jest istotne co tworzyło jej szkielet. Lubię mroczne, głębokie fantasy, liczyłam na eksplorację tematyki wojny i trudne, ale prawdopodobne uczucie między bohaterami. Czy to dostałam? Niestety nie.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTa książka to...