Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach: ,

„Kuchnia” to trzy opowiadania (a właściwie dwa m, gdyż jedno składa się z dwóch części). Dwie historie, o stracie, ale też dwie historie o nadziei. Po śmierci babci, swojej ostatniej krewnej, Mikage zostaje na świecie zupełnie sama. Jedynym miejscem, które nadaje jej życiu sens, jest kuchnia. Niespodziewanie z pomocą przychodzą młody znajomy babci wraz z matką. Ze stratą najbliższych zmagają się również Satsuki oraz Hiiragi. Oni natomiast odnajdują sens i siłę w oczekiwaniu na tajemnicze spotkanie zapowiedziane przez spotkaną przypadkiem kobietę.

Muszę przyznać, że obie te historie niezwykle mnie ujęły. Mamy w nich mnóstwo trudnych emocji, które autorka oddaje bardzo naturalnie i nienachalnie, więc również czytelnika potrafią one dotknąć do głębi. Tym bardziej, że przeżycia bohaterów są dla wielu z nas bliskie. Dzięki temu jeszcze mocnej możemy utożsamić się Mikage, Satsuki, Hiiragim oraz postaciami drugoplanowymi. Pośród ich bólu i cierpienia Yoshimoto przemycam nam również promyki nadziei. Przestawia piękne, choć niepozbawione trudów, relacje z drugim człowiekiem, przynoszące ukojenie i spokój. Czyni to prostymi słowami, które trafiły wprost do mojego serca.

Krótkie formy literackie często potrafią przekazać maksimum treści i tak jest również tutaj. Nie ma zbędnych dialogów, a każdy fragment historii ma znaczenie. Po lekturze zaledwie 144 stron odczuwałam dużą satysfakcję – zostałam przeprowadzona przez całe spektrum emocji i zdążyłam zżyć się z bohaterami. Mimo tego, że spędziłam z nimi tak mało czasu, a także mimo reprezentowania innego kręgu kulturowego. Istnieją bowiem takie przeżycia, które wszędzie na świecie bolą lub cieszą tak samo.

Książka została wydana w 1988 roku, więc niektóre poruszane tematy (zwłaszcza ten dotyczący transpłciowości jednej z bohaterów) nie zestarzały się zbyt zbyt dobrze. Warto mieć datę wydania na uwadze podczas lektury, aby nie zepsuć sobie pozytywnych doświadczeń z poznawania tej historii i docenić wykreowane postaci.

„Ale życia nie można sobie wybrać, każdemu przeznaczone jest pewne z góry określone. Szczęście to życie, w którym, jeśli to możliwe, człowiek nie czuje, że jest sam”.

Jeśli azjatycka literatura piękna trafia w wasze czytelnicze gusta, to koniecznie dodajcie „Kuchnię” na wasze listy do przeczytania. W Japonii ten tytuł to już kultowa pozycja, więc tym bardziej warto go poznać. Książka Banany Yoshimoto to jednak również lektura dla wszystkich poszukujących w książkach emocji, pięknych relacji i nadziei. Nadziei na to, że choć w życiu przychodzi nam mierzyć się z niewyobrażanymi trudnościami, to zawsze w końcu wychodzi słońce.

„Kuchnia” to trzy opowiadania (a właściwie dwa m, gdyż jedno składa się z dwóch części). Dwie historie, o stracie, ale też dwie historie o nadziei. Po śmierci babci, swojej ostatniej krewnej, Mikage zostaje na świecie zupełnie sama. Jedynym miejscem, które nadaje jej życiu sens, jest kuchnia. Niespodziewanie z pomocą przychodzą młody znajomy babci wraz z matką. Ze stratą...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Moja zajawka na góry zaczęła się dopiero na studiach – studiowałam geologię, więc to się musiało tak skończyć. Odkąd mieszkam na Dolnym Śląsku, to w góry jeżdżę dość często, nie tylko w Sudety. Jedyne pasma, których jeszcze nie odwiedziłam, to chyba Beskid Niski, Sądecki i Makowski. Nie mogłam przejść więc obojętnie obok „Górskich rozmów”. Uwielbiam przewodniki, które ułatwiają mi planowanie tras i odkrywanie ciekawych zakątków. Tutaj sięgamy nieco głębiej, odkrywając przeszłość, przyrodę i mieszkańców. Niejednokrotnie autor podejmował w rozmowach tematy nieoczywiste, dzięki którym na znane miejsca możemy spojrzeć z zupełnie innej perspektywy.

Tomasz Habdas wybrał na swoich rozmówców prawdziwych pasjonatów. Osoby, które w pełni oddają się „swoim” górom – zaangażowane w promocję i rozwój regionu oraz badania naukowe. Podczas lektury mogłam poczuć się, jakbym siedziała obok i przysłuchiwała się rozmowie z gospodynią schroniska, burmistrzem miasteczka, założycielem Tatromaniaka, bestsellerowym pisarzem czy przewodnikami. Każdy rozdział kończyłam bogatsza o fascynującą wiedzę, z zaznaczonymi na mapie nowymi miejscami do odkrycia. Nawet osoby, które myślą, że dobrze znają jakieś pasmo, odkryją fakty i ciekawostki, o których nie miały pojęcia.

Rozmowy są szczere, momentami spontaniczne i nieco znaczące z głównego tematu, lecz dzięki temu autentyczne. Autor nie zrobił z nich suchych wywiadów – udało mi się zachować ich atmosferę wypełnioną miłością do gór. Doceniam też bardzo różnorodność podejmowanych tematów i to, że czasem góry były tylko tłem do opowiedzenia ważnej historii. O wojnach, które prowadzono w bezpośrednim sąsiedztwie, o mieszkańcach, którzy pozostawili swoje dziedzictwo na tych ziemiach, o zwierzętach, które nocą przemierzają te same szlaki. Bo góry to znacznie więcej niż turystyczne szlaki i piękne widoki.

Dzięki „Górskim rozmowom” przeniosłam się w niemal każdą część polskich gór, bez wychodzenia spod koca na wygodnym fotelu. Wróciłam z tych krótkich podróży z głową pełną inspiracji do kolejnych wycieczek, a gdy piszę te słowa, to spędzam urlop po raz pierwszy w Beskidzie Wyspowym. Dla każdego, kto pozostawił część swojego serca nieco wyżej nad poziomem morza, książka Tomka na pewno będzie doskonałą lekturą w oczekiwaniu na eksplorowanie kolejnych kilometrów szlaków. Bardzo polecam ❤️

Moja zajawka na góry zaczęła się dopiero na studiach – studiowałam geologię, więc to się musiało tak skończyć. Odkąd mieszkam na Dolnym Śląsku, to w góry jeżdżę dość często, nie tylko w Sudety. Jedyne pasma, których jeszcze nie odwiedziłam, to chyba Beskid Niski, Sądecki i Makowski. Nie mogłam przejść więc obojętnie obok „Górskich rozmów”. Uwielbiam przewodniki, które...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Gdyby jeszcze kilkadziesiąt lat temu zapytać o to osoby rozważające emigrację, przypuszczam, że większość wskazałby na Stany Zjednoczone. Dziś z pewnością takich osób jest mniej, choć myślę że nadal chętnych i marzących o stałym lub chociaż czasowym wyjeździe do USA nie brakuje. Magdalena Żelazowska, zafascynowana tematem emigracji i sama mająca doświadczenie kilku lat spędzonych w Nowym Jorku, dzieli się w swojej książce fascynującymi historiami naszych rodaczek, które za oceanem spełniły swoje marzenia, zdobyły sławę, fortunę i satysfakcję z życia.

Autorka wybrała najistotniejsze fragmenty ich biografii i złożyła z nich inspirujące opowieści o odwadze, uporze i ciężkiej pracy. Nierzadko zaczynały się one jednak od wielu wyrzeczeń oraz niepewności towarzyszącym trudnym początkom na obcej ziemi. Z współczesnymi bohaterkami Magda przeprowadziła rozmowy, w których skupiła się na ich pasjach, działaności i sukcesach. Zaczynając od historii Heleny Modrzejewskiej, śledzimy dzieje emigrantek i zmieniające się realia życia w Stanach na przestrzeni kilkuset lat, aż do dziś.

Bardzo podobało mi się to, jak różnorodne były losy przedstawionych w książce kobiet. Po zapoznaniu się z jedną historią, od razu miałam ochotę czytać kolejną. To z pewnością również zasługa przyjemnego w odbiorze stylu pisania autorki. Rozdziały poświęcone bohaterkom przeplata rozważaniami i wieloma celnymi uwagami o emigracji, zwłaszcza z kobiecego punktu widzenia. Stanowią idealne dopełnienie, dzięki któremu z całej lektury wyłania się fascynujący obraz kobiecej siły i determinacji.

Komu polecam sięgnąć po „Polki w Ameryce”? Na pewno wszystkim poszukującym inspirujących historii. Albo tym, którzy znają takie sławy jak Pola Negri, Tamara Łempicka i Urszula Dudziak oraz ich dzieła, ale nie wiedzą zupełnie nic o ich życiu. Książka jest pięknie wydana, dlatego będzie doskonałym prezentem, zwłaszcza na zbliżający się Dzień Kobiet. Bo choć to lektura dla wszystkich, to myślę, że kobiety szczególnie ją docenią.

Gdyby jeszcze kilkadziesiąt lat temu zapytać o to osoby rozważające emigrację, przypuszczam, że większość wskazałby na Stany Zjednoczone. Dziś z pewnością takich osób jest mniej, choć myślę że nadal chętnych i marzących o stałym lub chociaż czasowym wyjeździe do USA nie brakuje. Magdalena Żelazowska, zafascynowana tematem emigracji i sama mająca doświadczenie kilku lat...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Moja relacja z zimą od kilku lat mocno się komplikuje. Kiedyś uwielbiałam tę porę roku, ale pogoda, która raczą nas ostatnio zimowe miesiące, skutecznie mnie do niej zniechęca. Z tym większym zainteresowaniem sięgnęłam po „Jak przetrwać zimę”, choć poradników raczej nie czytam.

„Podróżując po najmroźniejszych zakątkach świata – od Norwegii po Japonię – autorka odkrywa, że mieszkańcy tych miejsc nie walczą z zimą, lecz ją celebrują”. To zdanie z opisu książki szczególnie zwróciło moją uwagę i zachęciło mnie do lektury. Kari Leibowitz jest psycholożką, która sama miłośniczką zimy kiedyś nie była. Zmieniło się to, gdy podczas studiów wyjechała do norweskiego Tromso, a przez kolejne lata odkrywała magię zimy w innych częściach dalekiej Północy. Z humorem dzieli się z osobami czytającymi swoimi doświadczeniami, łącząc poradnikowy charakter książki z podróżniczymi relacjami, co urozmaica lekturę.

Widać, że zmiana nastawiania do zimy, to temat, któremu autorka z dużym zaangażowaniem poświęca się całą sobą i to na nim skupia swoją pracę naukową. W swoim tekście używa naukowych terminów, które jednak w przystępnych słowach tłumaczy. Powołuje się na fascynujące badania naukowe, o których z wyjątkowo dużym zainteresowaniem czytałam. Całą książkę pochłaniałam zaciekawiona, dawkując sobie lekturę i z niecierpliwości do niej wracając. Styl autorki jest lekki i przystępny w odbiorze. Leibowitz piszę z wyczuciem, zrozumieniem i wrażliwością.

Doceniam takie podejście, które jeszcze bardziej zachęca do wprowadzenia w życie zaproponowanych przez autorkę zimowych praktyk. Są one bardzo różnorodne, wymagające mniejszych lub większych nakładów sił, do wykonania w domowym zaciszu lub na zewnątrz. Zima to czas wyciszenia, zwolnienia, skupienia się na sobie, który jak żadna inna pora roku zachęca do rytuałów. Leibowitz niejednokrotnie udowadnia, że to okres, który możemy celebrować, mimo ciemności i niesprzyjającej pogody za oknem.

„Jak przetrwać zimę” to napisany z czułością poradnik, kryjący w sobie znacznie więcej, niż suche porady. Autorka czerpie inspirację z doświadczenia społeczności północnych krajów, gdzie wyjątkowo surowa i ciemna zima jest czasem, na który większość osób z niecierpliwością czeka. Wierzę, że każdy wyniesie z tej lektury mnóstwo wartościowych lekcji, a ponadto uwierzy w siłę nastawiania, które ma móc odmienić każdy aspekt naszej codzienności, nie tylko negatywne podejście do zimy.

Moja relacja z zimą od kilku lat mocno się komplikuje. Kiedyś uwielbiałam tę porę roku, ale pogoda, która raczą nas ostatnio zimowe miesiące, skutecznie mnie do niej zniechęca. Z tym większym zainteresowaniem sięgnęłam po „Jak przetrwać zimę”, choć poradników raczej nie czytam.

„Podróżując po najmroźniejszych zakątkach świata – od Norwegii po Japonię – autorka odkrywa, że...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Po najnowszy kryminał Agnieszki Jeż sięgnęłam właśnie ze względu na to, gdzie osadzona została fabuła. 10 lat temu zaginął Staszek, cieśla zamieszkały w Kościelisku. Jego zaginięcie dopiero po trzech miesiącach zgłosiła żona – Anna, która za miłością przyjechała na Podhale z Mazowsza. Mężczyzna nigdy się nie odnalazł, więc sprawą zainteresowali się funkcjonariusze z Archiwum X. Z początku śledztwo idzie dość opornie, jednak przypadkowe znalezisko ukryte przez lata w cieniu tatrzańskich szczytów rzuca światło na głęboko skrywane tajemnice.

W tej historii kryminał łączy się bardzo naturalnie z historią obyczajową. Bo zanim zagłębimy się wraz ze śledczymi w całą sprawę, to poznajemy Staszka i Annę – młodych i niedoświadczonych ludzi, którzy dają się porwać emocjom zakochania. Podejmują decyzję o wspólnym życiu, tak naprawdę niewiele o sobie wiedząc. Gdy za zamkniętymi drzwiami góralskiej chaty problemy z alkoholem prowadzą do przemocy domowej, wszystko musi pozostać w środku. Bo najważniejsza jest rodzina, a przecież ta Staszka i Anny oraz ich dwójki dzieci według wszystkich świadków była przeciętną, „normalną” rodziną.

Autorka w dobrych momentach przeplata wydarzania przeszłości z aktualnym śledztwem. Powoli buduje napięcie, zdradza kolejne tajemnice i próbuje zwodzić osoby czytające. Choć zadanie ma trudne, bo krąg podejrzanych jest tu bardzo wąski. Udało się także Agnieszce Jeż wykorzystać miejsce osadzenia akcji, co szczególnie doceniam, bo głównie dlatego zdecydowałam się na lekturę. Możemy, towarzyszyć bohaterom na szlaku, poznać tatrzańskie legendy, a dzięki jednej ze starszych postaci również gwarę góralską. Najistotniejsze dla autorki było jednak poruszenie tematu przemocy domowej, przez lata tematu tabu wśród podhalańskiej społeczności

„Śmierć w skalnym lesie” to powieść, która spodoba się zarówno miłośnikom rozwiązywania zagadek kryminalnych, jak i fanom obyczajowych historii skupionych na odkrywaniu rodzinnych tajemnic. A już na pewno tym, których w przerwie od górskich wypadów lubią wracać w znane i uwielbiane miejsca na kartach książek.

Po najnowszy kryminał Agnieszki Jeż sięgnęłam właśnie ze względu na to, gdzie osadzona została fabuła. 10 lat temu zaginął Staszek, cieśla zamieszkały w Kościelisku. Jego zaginięcie dopiero po trzech miesiącach zgłosiła żona – Anna, która za miłością przyjechała na Podhale z Mazowsza. Mężczyzna nigdy się nie odnalazł, więc sprawą zainteresowali się funkcjonariusze z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Taylor Jenkins Reid to mój pewniaczek, jej książki nigdy mnie nie zawodzą. Mam oczywiście swoje ulubione tytuły oraz takie, które podobały mi się troszkę mniej, ale jeszcze żaden mnie nie rozczarował. Po „Atmosferę” sięgałam więc z nadzieją na znalezienie kolejnego ulubieńca, tym bardziej, że tematem przewodnim są tutaj loty w kosmos.

Główną bohaterką jest Joan, pracująca na uczelni astronomka, która zostaje wybrana do korpusu astronautów NASA. Obserwujemy 6 lat jej rozwoju w Centrum Lotów Kosmicznych, a także relacje, które zaczyna budować z innymi przyjętymi. Autorka po raz kolejny wykreowała świetnych bohaterów, z którymi mocno się związałam – nawet z tymi niezbyt pozytywnymi. Rozwijająca się kariera Joan jest przeplatana drugą linią czasową – lotem promu kosmicznego w 1984 roku. Nic więcej na jego temat Wam nie powiem, bo te fragmenty od pierwszych stron (to od tej linii zaczyna się powieść) dostarczają całej gamy emocji i budują niesamowite napięcie.

W książce nie ma zbyt wielu szczegółowych opisów szkolenia astronautów i tajników pracy w NASA, mamy raczej takie minimum na potrzeby fabuły. Mnie to jednak nie przeszkadzało, bo od zdobywania wiedzy mam książki popularnonaukowe. Tutaj dałam się porwać samej historii. Istotnym je elementem jest ciekawy wątek obyczajowa związany z siostrą i siostrzenicą głównej bohaterki, który śledziłam z dużym zaangażowaniem. Na plus były też dla mnie rozważania o filozofii i nauce, a także dyskusje o roli kobiet w nauce i ich początkach w podboju kosmosu.

Choć przed lekturą nie spodziewałam się, jak zostanie poprowadzony wątek romantyczny (wiedziałam tylko, że się pojawia), to dość szybko domyśliłam się w jaką stronę wszystko pójdzie. Mimo że dość przewidywalnie, to jednak cały ten wątek był skonstruowany bardzo dobrze i z odpowiednim tempem rozwoju relacji. Obserwujemy jak bohaterka otwiera się na miłość i jak stara się dokonywać właściwych wyborów. Doceniam szczególnie, że w relacji była obecna szczerość, a chwile kryzysu zostały zażegnane otwartą rozmową. Rozmową, która złamała mi serce.

Czy udało mi się odkryć ulubieńca? Zdecydowanie tak, „Atmosfera” trafia do grona moich ulubionych książek Taylor Jenkins Reid, a może nawet i na sam szczyt tej listy. To emocjonująca, wzruszająca i porywająca historia osadzona w trudnych dla kobiet czasach ich pierwszych kroków w kosmosie. Opowieść o pięknych relacjach, silniejszych niż marzenia o gwiazdach. Wątek romantyczny zdobył moje serce, autorka zadbała o świetne tło obyczajowe, no i jeszcze ta końcówka! Takich emocji na zakończenie lektury nie przeżyłam już dawno. Czytajcie, a potem patrzcie w niebo, bo jestem pewna, że po lekturze będziecie spoglądać w górę o wiele częściej.

Taylor Jenkins Reid to mój pewniaczek, jej książki nigdy mnie nie zawodzą. Mam oczywiście swoje ulubione tytuły oraz takie, które podobały mi się troszkę mniej, ale jeszcze żaden mnie nie rozczarował. Po „Atmosferę” sięgałam więc z nadzieją na znalezienie kolejnego ulubieńca, tym bardziej, że tematem przewodnim są tutaj loty w kosmos.

Główną bohaterką jest Joan, pracująca...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Z niecierpliwością czekałam na trzeci tom Sagi Północnej, po tym jak w poprzednim autorka rozwinęła sporo wątków i zaserwowała zaskakujące zwroty akcji. Wracamy do Alice i rodziny Reevenów po pewnym czasie od wydarzeń kończących drugi tom, a sporo się w tym okresie działo i od początku zapowiada się na to, że wydarzy się jeszcze więcej.

Nie chcę zdradzać Wam nic z fabuły, bo może jeszcze poprzednie części przed Wami. Mogę za to powiedzieć, że ten tom również od początku mnie porwał (choć przez to, że ominęliśmy część wydarzeń i były one przytaczane przez bohaterów, to nie mogłam się na początku połapać). Miriam Georg pokazuje tutaj zarówno nieco ciemniejszą stronę swoich postaci, jak i pozytywne postawy, których po niektórych zupełnie byśmy się nie spodziewali. Nie ma w tej powieści bohaterów czarno-białych, są za to wiarygodni ludzie skrywający mnóstwo bólu.

Byłam ogromnie ciekawa rozwinięcia wątku Alice, gdyż od zakończenia drugiej części znalazła się ona w wyjątkowo niekorzystnym dla siebie (i Johna) położeniu. Autorka ponownie zabiera nas na salę sądową i wraca do przeszłości bohaterki – te fragmenty powieści były zdecydowanie mocną stroną i śledziłam losy Alice z dużym zainteresowaniem.

Ku mojemu zaskoczeniu dostajemy również perspektywy kolejnych bohaterów, które mnie wyjątkowo zaskoczyły. Saga zbliża się nieubłaganie do zakończenia, a Miriam Georg wprowadza kolejne wątki i przybliża nieznane perspektywy, przez co sytuacje postaci stają się coraz trudniejsze, a relacje zagmatwane. W tym tomie może to działać na plus do napięcia i emocjonalności, jednak boję się, czy autorce uda się dobrze spleść wszystkie elementy fabularnej układanki, a tym samym dowieźć dobre i satysfakcjonujące zakończenie.

„[…] kolejna wiosna to tylko kolejny sezon jej zamknięcia tutaj, w tym życiu, w którym mógł tylko marzyć i mieć nadzieję, zawsze tylko marzyć i mieć nadzieję. Z tym że nadzieja też była tak naprawdę mrzonką”.

Przed lekturą finałowego tomu mam trochę obaw, bo w tym autorka ponownie zmusza czytelnika do zadawania wielu pytań, a odpowiedzi wciąż nie daje. Z drugiej strony nie mogę doczekać się, aż wyjaśni wszystkie sekrety i uporządkuje życie bohaterów. Z pewnością jednak zaserwuje potężną dawkę emocji i zaskoczeń, tak jak było to w „Świetle z północy”. Na zimowe wieczory i prezenty dla miłośników (lecz głównie pewnie miłośniczek) obyczajowych historii „Saga północna” bardzo się poleca – najlepiej od razu w czterotomowym pakiecie, bo zapewniam, że pochłania się ją błyskawicznie.

Z niecierpliwością czekałam na trzeci tom Sagi Północnej, po tym jak w poprzednim autorka rozwinęła sporo wątków i zaserwowała zaskakujące zwroty akcji. Wracamy do Alice i rodziny Reevenów po pewnym czasie od wydarzeń kończących drugi tom, a sporo się w tym okresie działo i od początku zapowiada się na to, że wydarzy się jeszcze więcej.

Nie chcę zdradzać Wam nic z fabuły,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Co pierwsze przychodzi nam na myśl, gdy słyszymy „Paryż”? Wieża Eiffla, katedra Notre Dame, Luwr, Sekwana? A może domy mody kojarzone z nazwiskami Coco Chanel czy Christian Dior? Albo słynny kabaret Moulin Rouge? Agnieszka Łopatowska poznała francuską stolicę od podszewki, przemierza ją bowiem na co dzień już od pięciu lat. Jej ciekawość i pasja do odkrywania miasta oraz jego historii zaowocowały książką, którą śmiało można nazwać przewodnikiem, choć dość nieoczywistym i jakże fascynującym.

„Paryż to zawsze dobry pomysł” i autorka skutecznie udowadnia to w każdym rozdziale. Poruszają one różnorodną tematykę, natomiast razem tworzą spójny obraz miasta powszechnie przecież znanego, jednak kryjącego wiele tajemnic. Podczas lektury zgłębiamy to, co chyba najważniejsze, czyli historię Paryża. Przyglądamy się wydarzeniom, które ukształtowały współczesną stolicę i tworzą tożsamość miasta oraz jego mieszkańców. O ile bardziej niesamowite i wartościowe jest podziwianie wieży Eiffla, znając kulisy jej powstania oraz sekrety z życia jej twórcy. Zwyczajny spacer po parku lub zabytkowej ulicy może okazać się fascynującym spotkaniem z przeszłością. Przed wizytą w Paryżu to lektura obowiązkowa, zaufajcie mi.

Ci, którzy wizytę w stolicy Francji mają za sobą, niech również sięgają po „Paryż”. Jeśli miasto zrobiło na Was wrażenie, to dzięki tej książkę pokochacie je jeszcze bardziej. Będziecie mogli wrócić na paryskie ulice albo zgłębić miejskie legendy (rozdział o legendach skradł moje serce!). Autorka potrafi snuć fascynujące opowieści i wyłuskiwać z bogatej historii najbardziej elektryzujące fakty. Ostrzegam, że lektura może skończyć się poszukiwaniem biletów lotniczych i szybkim powrotem na francuską ziemię.

„Wierzę, że każdy ma swój Paryż. To, z jakiej strony Ci się pokaże, zależy od Twojego nastawienia, poziomu otwartości i ciekawości. Rzadko kiedy słyszę, że kogoś zawodzi. Częściej, że pozwala znaleźć taką część siebie, o której nie mieliśmy pojęcia albo dawno o niej zapomnieliśmy”.

Marzycie o oderwaniu się od rzeczywistości w tym często ponurym jesienno-zimowym okresie? Sięgnijcie po książkę Agnieszki Łopatowskiej, która czule ujmie Was pod rękę i oprowadzi po parkach, najpiękniejszych stacjach metra, nieoczywistych zakątkach i najsłynniejszych zabytkach Miasta Świateł. Zaparzcie kawę, weźcie w dłoń croissanta i dajcie się porwać w tę ekscytującą podróż. Ja wróciłam z niej zachwycona.

Co pierwsze przychodzi nam na myśl, gdy słyszymy „Paryż”? Wieża Eiffla, katedra Notre Dame, Luwr, Sekwana? A może domy mody kojarzone z nazwiskami Coco Chanel czy Christian Dior? Albo słynny kabaret Moulin Rouge? Agnieszka Łopatowska poznała francuską stolicę od podszewki, przemierza ją bowiem na co dzień już od pięciu lat. Jej ciekawość i pasja do odkrywania miasta oraz...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

3 maja 2016 roku, kiedy najbardziej niszczycielski pożar w historii Kanady trawił Fort McMurray i zmusił do ewakuacji niemal 90 tys. ludzi, ja robiłam ostatnie powtórki przed maturą. Pewnie dlatego informacja o tym szalejącym żywiole do mnie nie dotarła. Za sprawą „Czasu ognia” cofnęłam się w czasie o te 9 lat by poznać przebieg pożaru wraz z jego konsekwencjami.

Ten reportaż to spora cegiełka i całkiem długo zajęło mi jego przeczytanie. Jednak nie długość była tutaj problemem, bo napisany jest on bardzo dobrze – spójnie i barwnie, w sposób, który wręcz zachęca do lektury. Chodzi bardziej o ładunek emocjonalny, zmuszający do jej dawkowania, szczególnie w drugiej części książki poświęconej relacji z pożaru. Przytaczane relacje świadków mrożą krew w żyłach. Bo jak zareagować, gdy czytamy o spalonym do cna piętrowym domu w czasie mniejszym niż 5 minut lub sznur aut ewakuujących się mieszkańców bezpośrednio otaczany przez płomienie? Momentami miałam wrażenie, że czytam nie reportaż, a powieść katastroficzną. Przypominałam sobie jednak, że to naprawdę miało miejsce, gdy zerkałam na zamieszczone na ostatnich stronach zdjęcia wykonane w trakcie pożaru…

„Czas ognia” to nie tylko wstrząsająca relacja z pożaru. John Valliant zadbał o porządne wprowadzenie do tematu. W pierwszej części książki dostajemy opisy natury pożarów na terenie lasów borealnych otaczających Fort McMurray, a także charakterystykę wydobycia ropy naftowej z niekonwencjonalnych złóż piasków bitumicznych Alberty. Całe istota reportażu zawarta jest w trzeciej części, która nie tylko podsumowuje zniszczenia żywiołu, lecz przede wszystkim zwraca uwagę na to, w jaki sposób ludzkość doprowadziła do takich sytuacji. Autor zagłębia się w historię klimatologii, która sięga 1856 roku i udowadnia, że ocieplenie klimatu spowodowane spalaniem węgla to nie wymysł współczesnych ekologów, lecz fakt znany naukowcom już od ponad 100 lat. Z niepokojem obserwowany przez nich na przestrzeni lat rozwoju motoryzacji, lotnictwa i przemysłu wydobycia paliw kopalnych, a jednocześnie ignorowany przez wielkie koncerny i potęgi z branży.

„To nie jest planeta, którą zastaliśmy. To całkiem nowe miejsce – planeta ognia, którą sami stworzyliśmy, z atmosferą bardziej sprzyjającą spalaniu niż kiedykolwiek wcześniej w ciągu ostatnich 3 milionów lat”. To zdanie jest idealnym podsumowaniem całego reportażu. Bo sytuacji takich jak pożar Fortu McMurray będzie więcej. Mimo naukowej wiedzy, potwierdzonej badaniami, świat wciąż każdego dnia dokłada cegiełkę do piramidy zmian w atmosferze przyczyniających się do narodzin podobnych pożarów. Wszyscy, którym nie jest obojętny los naszej planety, powinni sięgnąć po ten reportaż. By wiedzieć więcej, by jeszcze coś zmienić, by móc przekonywać nieprzekonanych. Warto, choć nie jest to momentami lektura przyjemna. Ale dotyka do głębi i zostaje w głowie na długo…

3 maja 2016 roku, kiedy najbardziej niszczycielski pożar w historii Kanady trawił Fort McMurray i zmusił do ewakuacji niemal 90 tys. ludzi, ja robiłam ostatnie powtórki przed maturą. Pewnie dlatego informacja o tym szalejącym żywiole do mnie nie dotarła. Za sprawą „Czasu ognia” cofnęłam się w czasie o te 9 lat by poznać przebieg pożaru wraz z jego konsekwencjami.

Ten...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Dwie kobiety, dwie historie, dwa kraje – dzieli je ponad 100 lat, lecz łączy ta sama krew. Życie Sary powoli się sypie. Straciła restaurację i męża, walczy o to, by nie stracić też córki. Spada na nią również kolejny cios – odchodzi jej ukochana ciotka Rose. Kobieta zostawiła dla Sary list, w którym wysyła ją z misją na Sycylię. Tam ma poznać miasteczko, w którym urodziła się Rose oraz historię jej matki i prababki Sary, Serafiny. Kobiety, która nie wyemigrowała z pradziadkiem do USA i o której krążą w rodzinie (i nie tylko) przeróżne legendy.

Jo Piazza zabiera nas na wyspę słońca, bajecznych widoków, zapachu cytrusów i przepysznych uczt zakrapianych winem. Wyspa ta, naznaczona bolesną przeszłością, wciąż boryka się jednak z wieloma problemami. Sycylia stała się doskonałym tłem dla historii odważnych kobiet, nie tylko dwóch głównych bohaterek, których narracje przeplatają się zgrabnie wraz z postępem fabuły.

Dla mnie narracja z perspektywy Serafiny była najmocniejszą stroną powieści. Autorka wykreowała autentyczną bohaterkę, która podjęła w swoim życiu zarówno dobre, jak i złe decyzje. Poszukiwała własnej drogi, mimo przeciwności, i próbowała wraz z innymi kobietami z sąsiedztwa odnaleźć się w męskim świecie opuszczonym przez mężczyzn. Wiele było w jej historii zwrotów akcji, a ja aż ostatnich stron byłam ogromnie ciekawa finału jej losów.

Perspektywa Sary jest za to niezłą gatunkową mieszanką – mamy tutaj obyczaj wzbogacony delikatnie romansem, a do tego zapowiedzianym już w prologu wątkiem sensacyjno-kryminalnym. Dzięki temu ta część powieści zyskuje, mimo nieco gorzej wykreowanej postaci. Mam wrażenie, że o wiele ciekawsze były drugoplanowe bohaterki współczesnego wątku.

Wiele ma ta powieść wspólnego z „Jak gorzka pomarańcza”, więc jeśli szukacie lektury zanurzonej we włoskim klimacie, jednak nieco bardziej przystępnej i lżejszej, to warto zainteresować się „Sycylijskim dziedzictwem”. Doświadczycie podczas czytania mnóstwa emocji i zaskoczeń, a odkrywanie sekretów skrywanych przez lata w niewielkim sycylijskim miasteczku sprawi Wam ogromną satysfakcję. Kobieca siła, tajemnice, poszukiwanie własnych korzeni, czające się gdzieś w pobliżu niebezpieczeństwo i to zakończenie! Cieszę się, że sięgnęłam po tę powieść, bo to był dobrze spędzony czas.

Dwie kobiety, dwie historie, dwa kraje – dzieli je ponad 100 lat, lecz łączy ta sama krew. Życie Sary powoli się sypie. Straciła restaurację i męża, walczy o to, by nie stracić też córki. Spada na nią również kolejny cios – odchodzi jej ukochana ciotka Rose. Kobieta zostawiła dla Sary list, w którym wysyła ją z misją na Sycylię. Tam ma poznać miasteczko, w którym urodziła...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Ilu ludzi musi jeszcze zginąć, by świat opowiedział się po stronie Palestyny? Jak długo Izrael może pozostać bezkarny wobec zbrodni, które od lat popełnia? „Laboratorium Palestyna” to reportaż, który pojawia się na rynku wydawniczym w odpowiednim momencie – w obliczu wydarzeń ostatnich miesięcy coraz więcej oczu zwraca się ku strefie Gazy. Napływające zewsząd wiadomości najlepiej przyjmować, zapoznawszy się wcześniej z rzetelnymi i obiektywnymi źródłami dotyczącymi konfliktu Izraela i Palestyny oraz bezwzględnej okupacji.

Antony Loewenstein burzy kreowany w mediach przez Izrael obraz państwa-ofiary i obrońcy demokracji. Odsłania natomiast przed czytelnikiem brutalnego okupanta, państwo budujące swoją militarną potęgę na cierpieniu milionów niewinnych i bogacące się kosztem życia prześladowanych mniejszości. Izrael od dawna eksportuje na cały świat technologie, dla których poligonem doświadczalnym stała się Strefa Gazy. Na podstawie licznych źródeł dowiadujemy się, że państwo żydowskie chętnie współpracowało z dyktaturami i reżimami, realnie przyczyniając się m.in. do ludobójstwa w Rwandzie i Mjanmie. Broń, drony, narzędzia inwigilacji – wszystko to, zanim trafiło do RPA, Chile czy Kolumbii, zostało wypróbowane i dopracowane w laboratorium na terytorium Palestyny.

Tę lekturę trzeba sobie dawkować, gdyż ilość szokujących i przerażających informacji jest w niej ogromna. Przebrnięcie przez niektóre rozdziały bywa wyjątkowo trudne. Hipokryzja krajów reprezentujących zachodnie potęgi i udział demokratycznych krajów w handlu chociażby narzędziami inwigilacji dotyka tym bardziej, gdyż dotyczy nas samych. Autor obnaża bolesną prawdę o tym, co tak naprawdę liczy się w dzisiejszym świecie. Jaką rolę odgrywa władza i pieniądz. Jak głos zdesperowanych Palestyńczyków ginie usuwany z mediów społecznościowych zalewanych w tym samym czasie brutalnością ze strony tych silniejszych. Świat, którym najludniejsze kraje – Indie oraz Chiny – stawiają sobie za wzór izraelską okupację Palestyny…

„Dziś, poprzez ideologię i za pomocą sprzętu wojskowego i wywiadowczego, państwo żydowskie wykorzystuje swój misjonarski zapał do znajdowania i kształtowania krajów o podobnych zapatrywaniach. Żaden z nich nie będzie taki sam jak Izrael, ale izraelski model szowinizmu i bezwstydnej dumy, z jaką wywyższa Żydów ponad wszystkich innych, jest niczym łatwy w transporcie zestaw mebli do samodzielnego montażu – można go zaadaptować do różnych warunków, różnych krajów i scenariuszy”.

„Laboratorium Palestyna” zostaje w głowie na długo. Nie można przejść obok tej lektury obojętnie, nie sposób nie zwrócić się ku Strefie Gazy. Obowiązkowa lektura dla każdego.

Ilu ludzi musi jeszcze zginąć, by świat opowiedział się po stronie Palestyny? Jak długo Izrael może pozostać bezkarny wobec zbrodni, które od lat popełnia? „Laboratorium Palestyna” to reportaż, który pojawia się na rynku wydawniczym w odpowiednim momencie – w obliczu wydarzeń ostatnich miesięcy coraz więcej oczu zwraca się ku strefie Gazy. Napływające zewsząd wiadomości...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Od pewnego czasu trwa u mnie okres zachwytu Włochami i włoskim językiem, stąd postanowiłam dorzucić do tej włoskiej fascynacji również literaturę. Wydawnictwo Poznańskie idealnie trafiło ze swoją premierą – debiutem, który w Italii okazał się niemałym sukcesem, tym bardziej intrygującym, gdyż pochodząca z Sycylii autorka skończyła w tym roku 76 lat.

Trzydziestosześcioletnia Carlotta jest kierowniczką archiwum notarialnego w sycylijskim Agrigento. Jedyną rodziną kobiety jest przybrany wuj Peppino, emerytowany adwokat. Kiedy Carlotta znajduje w dokumentach protokół z inwentaryzacji spadku po swoim ojcu rzucający cień na przeszłość kobiety, postanawia ona przyjechać do rodzinnej wioski, by w końcu wyjaśnić wszystkie tajemnice i odkryć prawdę o sobie.

Małe sycylijskie miasteczko, żywiołowi i temperamentni mieszkańcy, zakazane uczucia, chowane urazy, zdrady, intrygi i tajemnice, które nigdy nie powinny wyjść na jaw. Milena Palminteri zebrała w swojej powieści elementy i motywy, do których mam wyjątkową słabość – po takie historie mogę sięgać w ciemno. Narracja prowadzona jest w dwóch liniach czasowych, z perspektywy wielu bohaterów, i tak naprawdę bardzo szybko osoba czytająca połączy kropki, które pozwolą rozwiązać zagadkę pochodzenia Carlotty. Być może dla niektórych okaże się to rozczarowujące. Mnie jednak poznanie wszystkich okoliczności uknutej intrygi, związanych z nią szczegółów i jej następstw dostarczyło ogromnej przyjemności i satysfakcji z lektury. Do ostatnich stron byłam ciekawa w jaki sposób bohaterka pozna prawdę – a stało się to w iście dramatycznym włoskim stylu.

„(…) gorzkie pomarańcze wydają się pomyłką natury, bo nawet kęska nie można wziąć do ust, tak są niesmaczne. Ale… są też mocne, tak mocne, że można na nich zaszczepić tarocco, sanguinello i riberę, które od razu się przyjmują i potem takie krzyżówki wydają piękniejsze owoce niż drzewa czystej odmiany”.

Ogromną zaletą powieści jest jej piękny, obrazowy język, który przenosi nas na skąpane w słońcu sycylijskie ulice. Należy pamiętać, że jest to literatura piękna, momentami trudniejsza w odbiorze. Autorka posługuje się licznymi metaforami, używa słów w lokalnym dialekcie i stara się oddać realia trudnego okresu międzywojennego, wplatając wątki polityczne oraz mafię. Maluje przekrój całego społeczeństwa – od biedoty i rzemieślników, przez lokalną szlachtę i inteligencję. Trzeba Mielnie Palminteri oddać, że włożyła w tę powieść dużo pracy, dzięki której jest ona autentyczna i dobrze ukazuje sycylijską rzeczywistość. Momentami to właśnie to rzeczywistość, tło samej historii jest tutaj ważniejsze, niż losy Carlotty i jej rodziny.

W „Jak gorzka pomarańcza” oprócz włoskiego klimatu i rodzinnych tajemnic otrzymałam opowieść osadzoną w kulturze i realiach XX-wiecznej Sycylii. Z barwnymi bohaterami, którzy nie byli czarno-biali, podejmowali zarówno dobre, jak i złe decyzje, pomagali i krzywdzili. Fabuła rozwijała się powoli, co docenią szczególnie miłośnicy nieśpiesznie snutych rodzinnych opowieści. To powieść dla wszystkich, którzy pragną zanurzyć się we włoską rzeczywistość i powoli odkrywać, jak zagmatwane potrafią być ludzkie losy.

Od pewnego czasu trwa u mnie okres zachwytu Włochami i włoskim językiem, stąd postanowiłam dorzucić do tej włoskiej fascynacji również literaturę. Wydawnictwo Poznańskie idealnie trafiło ze swoją premierą – debiutem, który w Italii okazał się niemałym sukcesem, tym bardziej intrygującym, gdyż pochodząca z Sycylii autorka skończyła w tym roku 76 lat....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

„Szept z północy” nie jest przykładem kontynuacji, która cierpiałaby na klątwę drugiego tomu. Autorka znalazła idealny balans pomiędzy rozwinięciem wątków z pierwszej części i wprowadzeniem nowych zaskakujących faktów i wydarzeń. A wszystko to ponownie na tle XX-wiecznego Hamburga z kobietami w rolach głównych.

Szczególnie dużo dowiadujemy się tutaj o tajemnicach Reevenów, kiedy relacja Alice i Johna zaczyna wychodzić poza ściany kancelarii i komplikować już i tak zagmatwaną sytuację rodziny prawnika. Tak że dobra wiadomość dla wszystkich, którym brakowało wątku romantycznego w pierwszym tomie. Choć dla mnie bardziej istotna okazała się sprawa rozwodowa, do której autorka podeszła bardzo poważnie, poprzedzając pisanie odpowiednim researchem, aby jak najlepiej oddać realia sądowej rozprawy toczącej się w opisywanych czasach.

Jakby emocji roku 1913 było mało, autorka ponownie zabiera nas w przeszłość Alice i powoli odsłania najskrytsze sekrety i najbardziej bolesne wspomnienia bohaterki. Czytanie o jej cierpieniach zarówno w teraźniejszości, jak i w dzieciństwie łamie serce po raz kolejny. Co kilka stron miałach ochotę przytulić tę skrzywdzoną i dzielną dziewczynę oraz silną kobietę, powiedzieć jej, że jeszcze będzie dobrze i z pomocą Johna rozpocznie nowe życie. Sporo w tym tomie jednak zwrotów akcji, po których z jeszcze większą niecierpliwością oczekuję kolejnej części sagi.

Jeśli pierwszy tom skradł wasze serce, to ten zrobi to ponownie. Jeśli natomiast „Wiatr z północy” nie do końca Was przekonał i czegoś Wam brakowało, to tym bardziej sięgnijcie po „Szept…”. To tutaj cała historia nabiera tempa, wydarzenia są jeszcze bardziej dramatyczne, a bohaterowie (szczególnie zaś bohaterki) odsłaniają przed nami jeszcze więcej siebie.

„Szept z północy” nie jest przykładem kontynuacji, która cierpiałaby na klątwę drugiego tomu. Autorka znalazła idealny balans pomiędzy rozwinięciem wątków z pierwszej części i wprowadzeniem nowych zaskakujących faktów i wydarzeń. A wszystko to ponownie na tle XX-wiecznego Hamburga z kobietami w rolach głównych.

Szczególnie dużo dowiadujemy się tutaj o tajemnicach Reevenów,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Mamy rok 1913 w Hamburgu. Alice mieszka z córką i agresywnym, przemocowym mężem w ubogiej kamienicy. Kilka kilometrów dalej, w pięknej willi, mieszka rodzina Reevenów. Nieoczekiwana choroba ojca zaburza ich z pozoru idealne i poukładane życie. Zdesperowana Alice zaczyna szukać pomocy w kancelarii udzielającej bezpłatnych porad prawnych ubogim. Tam trafia na Johna, prawnika i najstarszego z rodzeństwa Reevenów, a to spotkanie staje się początkiem wielu zmian w życiu bohaterów…

Mam ostatnio dość trudną relację z powieściami obyczajowymi. Rzadko sięgam po te dziejące się współcześnie. Wyjątek robię dla tych, których akcje osoby autorskie osadzają w przeszłości – wymagają więcej pracy i researchu, aby dobrze oddawały realia opisywanych czasów. Miriam Georg podjęła się trudnego zadania przedstawiania skrzywdzonej, ale i niesamowicie silnej bohaterki w okresie wciąż zdominowanym przez mężczyzn. Kiedy kobiety nadal pozbawione były wielu praw i traktowane niemal jak własność swoich mężów. Od samego początku przyglądałam się losom Alice z ogromnym zaangażowaniem. W pierwszym tomie poznajemy jej współczesną sytuację, a w międzyczasie zaglądamy też w przeszłość, która również nie była dla kobiety łaskawa. Alice z czasem staje się postacią bliską sercu osoby czytającej, poznawanie jej historii wywołuje mnóstwo emocji – współczucia, złości, frustracji i poczucia bezsilności. Nie sposób nie kibicować jej i nie trzymać kciuków za to, by los okazał się dla niej choć raz pomyślny… Autorka w dobrym tempie wprowadza nas również w historię Reevenów, w odpowiednim czasie zdradzając tajemnice, które skrywają.

Książka jest krótka i wciągająca od pierwszych stron. Do przeczytania w 2-3 wieczory, bo autorka unika barwnych i długich opisów. Stawia za to na dialogi i szybki rozwój fabuły. Myślę, że dla wielu osób będzie to duży plus. Ja, choć należę do tej grupy, dla której książka im dłuższa, tym lepsza, w przypadku tej historii nie narzekałam i z przyjemnością pochłaniałam kolejne rozdziały. Czasem tylko żałowałam, że niektóre ze scen nie zostały nieco bardziej rozbudowane, a bohaterowie, zwłaszcza Ci poboczni, jeszcze lepiej zarysowani. Bardzo podobało mi się za to, że mogłam spojrzeć na tę historię z perspektywy wielu bohaterów (w tym męża Alice oraz jej brata), a historię przeszłości Alice poznawałam za pośrednictwem narracji pierwszoosobowej bohaterki.

„Ojciec zawsze powtarzał, że wiatr z północy przynosi kłopoty. Kiedy wiał zimny wiatr, patrzył w niebo ze zmartwieniem w oczach i podnosił rękę, jakby chciał powstrzymać podmuchy”.

Nie chcę zdradzać Wam za dużo, bo najlepiej podejść do tej historii wiedząc o niej jak najmniej. „Saga północna” to dobry wybór dla wszystkich, którzy lubią rodzinne opowieści osadzone w przeszłości. Takie, które nie stronią od trudnych tematów, emocji i pochłaniają na długie godziny. Historie kobiet (bo to one grają tu główne role), ukazujące, że choć od wydarzeń z powieści minęło ponad 100 lat, to ich problemy wciąż (niestety) są aktualne…

Mamy rok 1913 w Hamburgu. Alice mieszka z córką i agresywnym, przemocowym mężem w ubogiej kamienicy. Kilka kilometrów dalej, w pięknej willi, mieszka rodzina Reevenów. Nieoczekiwana choroba ojca zaburza ich z pozoru idealne i poukładane życie. Zdesperowana Alice zaczyna szukać pomocy w kancelarii udzielającej bezpłatnych porad prawnych ubogim. Tam trafia na Johna, prawnika...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Bardzo lubię sięgać po książki o tematyce kosmicznej, zwykle są to jednak pozycje z gatunku literatury popularnonaukowej z dużą dawką wiedzy i ciekawostek. Reportaż „Władcy wszechświata” okazał się lekturą nie mniej pasjonującą, na którą warto zwrócić uwagę, jeśli fascynują Was tematy kosmiczne.

Emilo Cozzi odsłania przed osobami czytającymi kulisy pozaziemskich podbojów – od pierwszego wyścigu USA i Związku Radzieckiego, włączenia się do gry prywatnych przedsiębiorstw, aż po plany na przyszłość, która kusi możliwościami pozyskania niebotycznych ilości energii słonecznej i cennych surowców. Nie przytłacza liczbami, nazwiskami, ani trudnymi pojęciami. Można nieco pogubić się jedynie w nazwach organizacji, firm czy misji kosmicznych, ale od nich niestety nie można uciec. Krótkie rozdziały i lekki styl czynią lekturę bardzo przystępną – nawet dla tych, którzy pierwszy raz zdecydują się na lekturę o kosmosie.

Bardzo podobało mi się ukazanie sylwetek astronautów, kosmonautów oraz naukowców, którzy przyczynili się do sukcesu pionierskich misji w kosmosie. Autor zwięźle i ciekawie opisuje kariery m.in.: Michaela Collinsa – jednego z towarzyszy Armstronga, Jurija Gagarina oraz Wernhera von Bauma. Na co dzień pewnie się nad tym nie zastanawiamy, więc sporą część reportażu Cozzi poświęca też na przypomnienie, jak wiele zawdzięczamy obecnie eksploracji kosmosu. Chociażby satelitom, dzięki którym istnieją systemy nawigacji, monitorowania katastrof naturalnych oraz nowoczesne prognozowanie pogody. Przyglądamy się też badaniom prowadzonym przez naukowców na ISS. Choć autor stara się być jak najbardziej obiektywny, to między wierszami wyłania się jego postać i europejska perspektywa, dzięki której poznajemy zasługi i plany Starego Kontynentu w wyścigu, w którym stoi on nieco na uboczu.

W książce mającej „jedynie” 400 stron udało się Cozziemu zawrzeć ogrom treści, odpowiedzieć na wiele nurtujących nas pytań o przyszłość podboju kosmosu i poruszyć szereg tematów, bynajmniej nie po łebkach. Choć jasne strony działań kosmicznych przyćmiewają te ciemne, to o nich autor również nie zapomina. Jestem pewna, że lektura „Władców wszechświata” przyniesie Wam mnóstwo satysfakcji i zachęci do patrzenia w niebo. Nie tylko po to, by wypatrywać gwiazd i innych fascynujących ciał niebieskich. Tam, gdzie możemy obserwować przeszłość czeka na bowiem nas nasza przyszłość.

Bardzo lubię sięgać po książki o tematyce kosmicznej, zwykle są to jednak pozycje z gatunku literatury popularnonaukowej z dużą dawką wiedzy i ciekawostek. Reportaż „Władcy wszechświata” okazał się lekturą nie mniej pasjonującą, na którą warto zwrócić uwagę, jeśli fascynują Was tematy kosmiczne.

Emilo Cozzi odsłania przed osobami czytającymi kulisy pozaziemskich podbojów –...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Dzięki Patrycji Chajęckiej przeniosłam się do słonecznej Chorwacji, by przyjrzeć się jej jasnym, a także tym ciemniejszym stronom. Spojrzeć tam, gdzie nie sięga wzrok przeciętnego turysty i poznać miejsca, których próżno szukać w przewodnikach.

Zawsze wracam do tej serii z ogromną przyjemnością – uwielbiam podróże, również odbywane na kartach tego typu publikacji. Takie lektury potrafią do rzeczywistej podróży przygotować, nie inaczej było również w tym przypadku. Autorka Chorwację bardzo dobrze zna, potrafi zachwycać się jej urodą, ale też krytycznym okiem spojrzeć na sytuacje tego kraju, dla którego masowa turystyka staje się przekleństwem. Pokazuje czytelnikom zadeptywany tysiącami stóp dziennie Dubrownik, zabiera na spacer po niemal opuszczonych wyspach, tajemniczych cmentarzach, by w końcu przenieść się do niedocenianej stolicy i na chorwackie peryferie, o których mało kto pewnie słyszał. Ja dzięki temu uzupełniłam widok dalmatyńskiego wybrzeża, który miałam w głowie na myśl o Chorwacji, o zupełnie nowe obrazy.

Każdy rozdział zahacza o inny, istotny we współczesnych czasach lub wyjątkowo interesujący, temat. Nie zabrakło małej lekcji historii, wzmianek o literaturze i muzyce oraz rozdziału o języku, które należą do moich ulubionych w tej serii. Mimo mnogości poruszanych kwestii, całość jest spójna i przemyślana. Autorka postarała się o to, by przekazać jak najwięcej na każdy temat, przy okazji zachęcając czytelnika do zgłębiania innych na własną rękę.

Jeśli chcecie poznać Chorwację choć odrobinę przed podróżą, to koniecznie sięgnijcie po tę lekturę. Wybierzcie ją również, jeśli szukacie podróżniczych inspiracji lub gdy macie podróż do Chorwacji za sobą, jest Wam mało i planujecie kolejną. A nawet jeśli nie planujecie podróży, to „Chorwacja. Ciemniejsza strona słońca” poleca się wszystkim którzy pragną pogłębiać swoje horyzonty i mieć wgląd w problemy współczesnego świata.

Dzięki Patrycji Chajęckiej przeniosłam się do słonecznej Chorwacji, by przyjrzeć się jej jasnym, a także tym ciemniejszym stronom. Spojrzeć tam, gdzie nie sięga wzrok przeciętnego turysty i poznać miejsca, których próżno szukać w przewodnikach.

Zawsze wracam do tej serii z ogromną przyjemnością – uwielbiam podróże, również odbywane na kartach tego typu publikacji. Takie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Elif Shafak zachwyciła mnie w powieści „10 minut i 38 sekund na tym dziwnym świecie”. Piękny język, pobudzające wyobraźnię opisy i oryginalna historia, zbudowana ze wspomnień zmarłej bohaterki. Tym razem opowieść również opiera się na wspomnieniach, jednak nie człowieka, lecz wody. Otaczająca nas na każdym kroku, w różnych stanach skupienia, przemieszcza się po całym świecie, będąc świadkiem rozkwitów i upadków cywilizacji, sukcesów i radości oraz bólu i cierpienia pojedynczych osób…

Przemyślana fabuła subtelnie przeplata ze sobą 3 linie czasowe – poznajemy troje głównych bohaterów, których oprócz wody łączy także Niniwa, perła starożytnej Mezopotamii. Arthur, urodzony w XIX w. nad brzegiem Tamizy i żyjący w biedzie chłopiec o genialnej pamięci. Narin, mieszkająca w Turcji nad rzeką Tygrys dziewięcioletnia jazydka. Zaleekah, zamieszkująca współczesny Londyn hydrolożka, próbująca poukładać swoje życie na nowo. Autorka powolnie snuje każdy z wątków, stopniowo zdradzając powiązania między nimi, których kulminacja następuje dopiero w samej końcówce. Dzięki temu możemy dobrze poznać bohaterów oraz postacie drugoplanowe, również odgrywające istotną rolę.

Mimo poruszania wielu trudnych tematów, takich jak zawłaszczanie kultury, ubóstwo, utrata bliskich czy prześladowania, przez książkę się płynie, niczym z silnym nurtem górskiej rzeki. Shafak potrafi w pięknych słowach ujmować rzeczywistość i emocje, jednocześnie nie przytłaczając skomplikowanym językiem. Bohaterowie stają się nam bliscy, odnajdujemy w nich odbicie własnych problemów. Jednocześnie mamy okazję zderzyć się z problemami zupełnie różnymi od naszych, czy doświadczyć nieznanej kultury zamieszkujących XIX-wieczną i współczesną Turcję jazydów). Emocje, które wywołała we mnie lektura, towarzyszyły mi jeszcze długo po jej zakończeniu.

„Czas to wijącą się rzeka, rozgałęziająca się na dopływy i strumyki, zostawiająca na swojej drodze osad historii w nadziei, że pewnego dnia ktoś je znajdzie”.

„Tam na niebie są rzeki”, to powieść, od której warto rozpocząć przygodę z twórczością autorki. Z pewnością zachwyci ona również tych, którzy znają już poprzednie tytuły Elif Shafak. Ja doceniam w niej szczególnie misternie skonstruowaną fabułę, rozbudowane postaci oraz wątki związane z nauką – przede wszystkim archeologią i hydrologią. I na koniec najważniejsze; nie zabrakło tutaj tego, co wyróżnia prozę autorki – urzekającego języka, którym (ku mojej ogromnej radości) mogłam delektować się przez ponad 500 stron.

Elif Shafak zachwyciła mnie w powieści „10 minut i 38 sekund na tym dziwnym świecie”. Piękny język, pobudzające wyobraźnię opisy i oryginalna historia, zbudowana ze wspomnień zmarłej bohaterki. Tym razem opowieść również opiera się na wspomnieniach, jednak nie człowieka, lecz wody. Otaczająca nas na każdym kroku, w różnych stanach skupienia, przemieszcza się po całym...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Ocean. Ostatnie dzikie miejsce David Attenborough, Colin Butfield
Ocena 7,5
Ocean. Ostatnie dzikie miejsce David Attenborough, Colin Butfield

Na półkach: ,

Jestem pewna, że większość z Was co najmniej raz miała okazję oglądać program przyrodniczy Davida Attenborough. Człowieka, który w tym roku skończył 99 lat i jak mało kto był w trakcie swojej kariery świadkiem niezwykłych odkryć w świecie przyrody, ale też zmian zachodzących w środowisku w różnych zakątkach globu. Wraz z Colinem Butfieldem w swojej najnowszej książce przedstawia osobom czytającym miejsca dla przeciętnego człowieka najbardziej niedostępne i tajemnicze – oceany.

Lektura „Oceanu…” to niezwykła przygoda. Autorzy zabierają nas w podróż po najważniejszych ekosystemach oceanicznych. Poznajemy charakterystycznych dla nich mieszkańców i procesy kształtujące życie w każdym z tych miejsc. Z pewnością każdy ma świadomość, jak wielka bioróżnorodność występuje w obrębie raf koralowych. Po przeczytaniu wiemy, że równie wielkie bogactwo życia można spotkać w lasach wodorostów, w sąsiedztwie wysp i podmorskich gór, a szczególnie w oceaniczny głębinach. Czytając książkę miałam wrażenie, że oglądam film przyrodniczy, tylko bez obrazu. Dokładne i zachwycające opisy pozwalają zwizualizować w głowie różnorodne zakątki oceanu i jego mieszkańców. A wszystko napisane jest przystępnym językiem, więc myślę, że każdy może śmiało sięgnąć po tę książkę. Nawet jeśli miałby to bym pierwszy popularnonaukowy tytuł.

Celem autorów było również zwrócenie uwagi na to, jak działalność człowieka przyczynia się do niszczenia bioróżnorodności w niemal każdym fragmencie oceanu. Z wyczuciem i poparciem wiedzą naukową ukazują jak ważna jest ochrona oceanu i jak ogromne ma on znaczenie dla naszej planety, m.in. pochłaniając i gromadząc ogromne ilości CO2. W każdym rozdziale udowadniają również, że wielka siła tkwi w lokalnej społeczności i zaangażowaniu jednostek, pokazując przykłady ratowania fragmentów oceanu i przywracania życia w miejscach, gdzie ludzie doprowadzili do jego niemal całkowitego zaniku. Te przykłady napawają nadzieją lecz jednocześnie przerażają.

"Niestety, szkody, które wyrządzamy naszym oceanom, są tak ogromne, że całe gatunki wyginą, a przynajmniej ich populacje zostaną zdziesiątkowane, zanim w ogóle dowiemy się o ich istnieniu, a z pewnością zanim odkryjemy ich miejsce w tej cudownej splątanej sieci oceanicznego życia”.

Poza fantastyczną przygodą, lektura tej książki to niezwykle wartościowa lekcja, przede wszystkim o skomplikowanych i czułych na nawet niewielkie zmiany powiązaniach, które zachodzą w środowisku, nie tylko tym oceanicznym. To lekcja uważności i wrażliwości, potrzebna szczególnie tym, którzy wciąż sceptycznie podchodzą do zmian klimatu, coraz bardziej dających o sobie przecież znać. To w końcu również pozycja poszerzająca horyzonty dla wszystkich ciekawych wiedzy i pragnących zgłębiać tajemnice naszej planety. Czytajcie i polecajcie, bo takie książki powinny docierać jak najdalej.

Jestem pewna, że większość z Was co najmniej raz miała okazję oglądać program przyrodniczy Davida Attenborough. Człowieka, który w tym roku skończył 99 lat i jak mało kto był w trakcie swojej kariery świadkiem niezwykłych odkryć w świecie przyrody, ale też zmian zachodzących w środowisku w różnych zakątkach globu. Wraz z Colinem Butfieldem w swojej najnowszej książce...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

O Tajwanie mogliśmy przeczytać już w jednym z poprzednich reportaży od Wydawnictwa Szczeliny – „Chińskim obwarzanku” Michała Lubiny (bardzo polecam, jeśli jeszcze nie znacie). Autor poświęcił wtedy wyspie cały rozdział, natomiast najnowsza premiera autorstwa Kristoffera Rønneberga w całości skupia się na przedstawieniu osobom czytającym tego niewielkiego, w większości nieuznawanego na arenie międzynarodowej, a jednocześnie niezwykle istotnego państwa, od którego zależy codzienność milionów ludzi na całym świecie.

„Tajwan – wyspa w oku cyklonu” przedstawia najnowszą historię wyspy, od czasów przybycia Holendrów w XVII w., przez najazd Chińczyków jeszcze w tym samym wieku, następnie okres kolonizacji przez Japonię, rządy terroru chińskiego dyktatora Czang Kaj-szeka, aż do współczesnych czasów dojrzałej demokracji. Autor w przystępny sposób przeprowadza nas przez trudne losy Tajwańczyków, wzbogacając tę opowieść o rozmowy z ważnymi postaciami tajwańskiej sceny politycznej. Po książkę śmiało mogą sięgnąć osoby, dla których będzie to pierwszy tytuł poświęcony Tajwanowi. Trzeba tylko skupić się podczas lektury, bo jest napisany bardzo wnikliwie, z wieloma szczegółami. Ale dla mnie było to dużym plusem.

W reportażu do głosu dochodzą również mieszkańcy wyspy – opowiadają o swoim dziedzictwie, elementach, które budują tajwańską tożsamość, o swoim stosunku do Chin oraz ewentualnego konfliktu, który wciąż wisi w powietrzu nad Cieśniną Tajwańską. Dzięki tym rozmowom otrzymujemy obraz ukształtowanego, silnego narodu z własną kulturą, pragnącego żyć w spokoju w tytułowym oku cyklonu. Z lektury będą więc też zadowolone osoby, które nieco bardziej od polityki lubią, gdy reportaże poruszają tematykę społeczną. Do tego autor dzieli się własnymi doświadczeniami z pobytów na wyspie – z szacunkiem i wrażliwością opisuje swoje spotkania z Tajwańczykami, dodając reportażowi nieco lekkości i dużo autentyczności.

Po przeczytaniu podziękowań zamykałam książkę z uczuciem ogromnej satysfakcji. Rønneberg na 400 stronach w sposób bardzo przystępny i angażujący przekazał mi kawał wiedzy o historii i społeczeństwie Tajwanu. Rozdziały pochłaniałam błyskawicznie, z ciągłym zainteresowaniem i niemałymi emocjami. Droga Tajwańczyków do demokracji była trudna i naznaczona ogromnym cierpieniem. Warto poznać tę historię bliżej, do czego bardzo mocno zachęcam. Wierzę, że na Was również lektura zrobi wrażenie i wyniesiecie z wiele dla siebie.

O Tajwanie mogliśmy przeczytać już w jednym z poprzednich reportaży od Wydawnictwa Szczeliny – „Chińskim obwarzanku” Michała Lubiny (bardzo polecam, jeśli jeszcze nie znacie). Autor poświęcił wtedy wyspie cały rozdział, natomiast najnowsza premiera autorstwa Kristoffera Rønneberga w całości skupia się na przedstawieniu osobom czytającym tego niewielkiego, w większości...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

W mojej głowie wciąż żywe są wspomnienia z pandemii koronawirusa i czasów studenckich spędzonych we Wrocławiu. Z wielką ciekawością sięgnęłam więc po „Czarne lato”, czyli fabularyzowaną opowieść o walce z epidemią czarnej ospy w stolicy Dolnego Śląska w 1963 roku. Przyznam szczerze, że o tym fragmencie historii Wrocławia nie wiedziałam praktycznie nic. Po lekturze wiem więcej, niż mogłabym się spodziewać.

Lekarze i lekarki, pielęgniarki, kierowcy karetek, pracownicy szpitali, dziennikarka, władze miasta, a na samym początku pacjent zero. Autorka zręcznie maluje portrety bohaterów, którzy brali udział w walce z chorobą, o której wiedzę czerpali jedynie z książek, a także tych, którzy przyczynili się do rozwoju epidemii. Oprócz nazwisk otrzymują własne historie, poznajemy trapiące ich bolączki, a także marzenia i ukryte pragnienia. Taką historię obleczoną w emocje czyta się zaangażowaniem, przywiązując się do postaci, kibicując im w walce z chorobą i smucąc, gdy nie udaje się tej walki zwyciężyć. Trochę mniej było w tej książce wzruszeń, niż się spodziewałam. Było za to dużo chwil na refleksję, zabawne momenty, czy rozgrzewające serce uczucia rodzące się między bohaterami.

Katarzyna Droga umiejętnie łączy w powieści rzeczywiste wydarzenia i postaci z fikcją literacką. Na pierwszym miejscu stawia fakty, dzięki czemu powieść pozwala poznać i zrozumieć przebieg epidemii. Dla osób, które (podobnie jak ja) nie znały szczegółów, jest to doskonałe źródło podstawowej wiedzy zachęcające do dalszego zgłębiania tematu i poszukiwania historycznych źródeł.

„Czarne lato” to historia, którą mogę polecić każdemu – wciąga od pierwszych stron i w bardzo przystępny sposób opowiada o przerażających wydarzeniach. W centrum tej historii stoi rozwój choroby, praca służb medycznych i decyzje władz, ale dzięki obleczeniu faktów w fabułę całość tylko zyskuje, a bohaterowie stają nam się bliżsi i bardziej ludzcy. Bardzo się cieszę, że autorka zdecydowała się przybliżyć nam ten ważny fragment trudnej historii XX-wiecznego Wrocławia.

W mojej głowie wciąż żywe są wspomnienia z pandemii koronawirusa i czasów studenckich spędzonych we Wrocławiu. Z wielką ciekawością sięgnęłam więc po „Czarne lato”, czyli fabularyzowaną opowieść o walce z epidemią czarnej ospy w stolicy Dolnego Śląska w 1963 roku. Przyznam szczerze, że o tym fragmencie historii Wrocławia nie wiedziałam praktycznie nic. Po lekturze wiem...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to