Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach: , , ,

Grady Green jest poczytnym pisarzem i szczęśliwym mężem. Kiedy pewnego wieczoru otrzymuje od wydawcy wiadomość, że jego książka znalazła się na liście bestsellerów New York Timesa natychmiast dzwoni do żony, żeby jej o tym powiedzieć. Abby odbiera telefon, gratuluje, zapewniając, że już wraca do domu i zaraz będzie na miejscu. Rozmowę przerywa jednak dziwne zdarzenie. Abby dostrzega leżącą na drodze kobietę, więc zatrzymuje samochód i wychodzi, żeby sprawdzić, co się stało. Grady ma złe przeczucia, błaga ukochaną, żeby zadzwoniła po odpowiednie służby z samochodu. Jednak kobieta ignoruje jego ostrzeżenia, wysiada i… słuch po niej ginie. Policja znajduje tylko porzucony pojazd oraz czerwony płaszcz należący do Abby. Mija rok. Grady jest cieniem samego siebie. Zrozpaczony, pogrążony w czymś na kształt żałoby, mimo że ciała żony nie odnaleziono, ogarnięty absolutną niemocą twórczą i długami. Jego agentka daje mu ostatnią szansę, proponując wyjazd do domku ulokowanego na maleńkiej szkockiej wyspie o nazwie Amberly. Grady przyjmuje propozycję, mając nadzieję, że zmiana otoczenia pomoże mu wrócić do pisania. Okazuje się jednak, że wyspa ma swoje tajemnice, a bohater coraz bardziej zatraca się w swojej tęsknocie, bo tuż po przyjeździe widzi kobietę wyglądającą dokładnie tak jak Abby.

To moje drugie spotkanie z twórczością Alice Feeney i drugi raz zostałam oszukana. Podobnie jak w "Papier, kamień, nożyce" rozwiązanie intrygi oraz większość zwrotów akcji opiera się na tym, że pisarka na początku podaje pewien zestaw informacji na temat bohaterów, potem rozwija historię zgodnie z tymi faktami, a następnie wszystko kwestionuje, zaprzeczając sama sobie. Mam wrażenie, że tak postępuje teraz co drugi popularny autor thrillerów (np. Freida McFadden, Riley Sager, Ruth Ware, a z polskiego podwórka Izabela Janiszewska), więc nie wiem czy to ja nie rozumiem już konwencji gatunkowej, czy jednak wymagania czytelników obniżyły się do tego stopnia, że nie trzeba tworzyć spójnej i sensownej historii, bo ważne, żeby końcowy plot twist był szokujący. Ostrzegam, że w recenzji pojawiają się spoilery, ponieważ czuję się w obowiązku wytłumaczyć, dlaczego podważam logikę tej powieści.

Kiedy zaczęłam czytać i okazało się, że podobnie jak w "Papier, kamień, nożyce" znów głównym bohaterem jest pisarz w kryzysie twórczym, który znajduje się w niemalże odciętym od świata miejscu, a jego towarzyszem jest czarny labrador, mina mi zrzedła. Obawiałam się powtórki z rozrywki i w zasadzie nie myliłam się. Nie wiem czy w każdej książce autorka serwuje ten sam zestaw tematów, ale podobieństwo między tymi dwiema historiami jest uderzające. Pomimo tego byłam zadowolona z lektury przez jakiś czas, ponieważ lubię opowieści o bohaterach trafiających w nowe, dziwne miejsca, z których nie tak łatwo się wydostać. Opisy wyspy Amberly z jej piękną przyrodą na czele oraz nieprzewidywalną pogodą bardzo do mnie trafiły, podobnie jak rzucane co jakiś czas uwagi, że mieszkańcy tego urokliwego zakątka są dość osobliwi. Grady ma wrażenie bycia obserwowanym, niby wszyscy są uprzejmi i chętni do rozmowy, ale jednocześnie między wierszami dają mu odczuć, że jego obecność im przeszkadza. Na dodatek dość szybko okazuje się, że opuszczenie Amberly nie będzie takie proste, a łączność ze stałym lądem można uzyskać jedynie za pośrednictwem listów odbieranych przez łódź pocztową.

Przez ten czas akcja toczy się dość powoli, ale nie przeszkadzało mi to. Doceniam horrorową atmosferę wprowadzaną za każdym razem, kiedy bohater czuje się nieswojo w otoczeniu starych drzew, gdy gubi drogę, bo nagle pojawiła się mgła uniemożliwiająca odnalezienie ścieżki czy znajduje w domu coś, czego na pewno wcześniej tam nie było. Od początku Grady kreowany jest na postać, której czytelnik współczuje. Wielokrotnie zostaje podkreślone w narracji, że mężczyzna bardzo kochał swoją żonę i nie potrafi odnaleźć się w nowej sytuacji. Wprawdzie później wychodzą na jaw pewne rysy na ich pozornie idealnym związku, ale autorka nie daje żadnej wskazówki, by podejrzewać, że Grady mógł skrzywdzić Abby. Niestety to właśnie na tym założeniu opiera się zwrot akcji oraz rozwiązanie intrygi. Być może niektórzy spróbują wyjaśniać ten zabieg istnieniem narratora niewiarygodnego, ale w moim odczuciu jest różnica pomiędzy takim przedstawieniem wydarzeń czy postaci, by zaskoczyć czytelnika manipulacją lub ukazaniem jednostronnej perspektywy, a podawaniem kompletnie fałszywych informacji. Oceńcie sami:

W pierwszym rozdziale dowiadujemy się, że Grady dzwoni do żony, żeby pochwalić się dobrymi nowinami. Oboje rozmawiają miło, jest powiedziane, że mężczyzna znajduje się w domu, a Abby w samochodzie, ale za chwilę też do domu dotrze. Małżonkowie rzekomo ciągle są na linii, kiedy Abby mówi, że na drodze leży jakaś kobieta. Grady krzyczy do niej, żeby pod żadnym pozorem nie wysiadała, ale ona go nie słucha i podchodzi do ciała. Przerażony Grady słyszy w słuchawce czyjeś kroki, ale Abby nie odpowiada. Wybiega więc z domu i gdy dociera do feralnego miejsca, widzi porzucony samochód i ani śladu żony. Tak autorka przedstawia okoliczności zaginięcia, pokazując czytelnikowi relacje między bohaterami i ustanawiając punkt wyjścia całej opowieści. W zakończeniu okazuje się natomiast, że to Grady w kobiecym przebraniu (!!!) leżał na tej drodze, czekając na samochód Abby i kiedy żona wysiadła z intencją udzielenia pomocy nieznajomej, bohater przytknął jej do nosa nasączoną chloroformem szmatkę i zepchnął z klifu. Abby okazała się jednak na tyle wysportowana, że spadając, przytrzymała się gałęzi(!!!), a następnie wdrapała na górę, skontaktowała się ze swoją matką chrzestną (a jednocześnie agentką Grady’ego) i wylądowała na wyspie Amberly. Mam uwierzyć w to, że Abby nie zorientowała się, że leżąca na drodze „kobieta”, to jej mąż, który na dodatek krzyczy do słuchawki? Grady zdążył w jednej sekundzie otumanić żonę chloroformem i zepchnąć ją z klifu, ale nie sprawdził czy rzeczywiście spadła? Abby posiada jakieś nadludzkie moce, że odurzona „łapie się gałęzi”, a potem jakby nigdy nic wraca na drogę? To przecież nie ma żadnego sensu.

W książce jest mnóstwo takich idiotycznych zwrotów akcji i część wynika właśnie z oszukiwania czytelnika. Drugi przykład to rozdziały pisanie z perspektywy Abby, w których kobieta rzuca nieco światła na swoje małżeństwo. To z tych fragmentów dowiadujemy się, że bohaterka od dawna czuje się przytłoczona, nieszczęśliwa, a przede wszystkim pragnie zostać matką, co jest problemem, bo jej mąż dzieci nie chce. W finale okazuje się, że to wcale nie Abby-żona Grady’ego jest bohaterką tych rozdziałów tylko Abby-matka chrzestna i agentka literacka, która wprawdzie do tej pory miała na imię Kitty, ale teraz nagle czytelnik dostaje informacje, że Kitty to tylko pseudonim, a kobieta ma na imię Abby. To oznacza, że wszystkie informacje jakie przyswoiliśmy z retrospekcji (która swoją drogą rozgrywa się na tydzień przed zaginięciem) na temat małżeństwa Grady’ego i Abby są nieprawdziwe, bo to Kitty opisuje swoje byłe małżeństwo z pewnym poczytnym pisarzem. Jak można takie głupoty wciskać? Uwielbiam jak autor sprytnie zwodzi czytelnika, jak umieszcza drobne sugestie w różnych miejscach powieści, żeby potem ujawnić misterną intrygę. Natomiast Alice Feeney ucieka się do oszustwa. Nie sztuką jest napisanie thrillera tak, żeby uzyskać zaskakujące zakończenie, kiedy w ogóle nie bierze się pod uwagę logiki wydarzeń oraz wiarygodności zachowania postaci, które zostały wykreowane.

W "Pięknej brzydocie" jest jeszcze kilka innych irytujących nieścisłości psujących odbiór, np. podobał mi się pomysł na opisanie społeczności złożonej z samych kobiet, które miały tak złe doświadczenia z mężczyznami, że postanowiły zamieszkać z dala od nich. Po co jednak dodawać do tego wątek mężczyzny potrzebnego, żeby na tę społeczność zarabiał? Autorka lubuje się też w telenowelowych rozwiązaniach, bo oprócz przebieranek i usypiania chloroformem mamy też ciążę z zaskoczenia, duchy domagające się sprawiedliwości, mężatki tworzące lesbijskie związki, molestowanie seksualne i traumy z przeszłości. Brakowało tylko, żeby któraś z postaci cierpiała na utratę pamięci. Drugie spotkanie z twórczością Alice Feeney uważam za nieudane, bo wszystkie plusy bledną przy tym cwaniackim przepisie na zaskakiwanie czytelnika. Najchętniej dałabym sobie spokój z książkami autorki, ale mam w swoich zbiorach jeszcze dwie, więc pewnie kiedyś po nie sięgnę.

Grady Green jest poczytnym pisarzem i szczęśliwym mężem. Kiedy pewnego wieczoru otrzymuje od wydawcy wiadomość, że jego książka znalazła się na liście bestsellerów New York Timesa natychmiast dzwoni do żony, żeby jej o tym powiedzieć. Abby odbiera telefon, gratuluje, zapewniając, że już wraca do domu i zaraz będzie na miejscu. Rozmowę przerywa jednak dziwne zdarzenie. Abby...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

"Smutek i rozkosz" rozpoczyna się w momencie, gdy główna bohaterka zostaje opuszczona przez męża tuż po swoich czterdziestych urodzinach. Martha od zawsze czuła, że nie pasuje do otoczenia i nie umie odnaleźć się wśród innych ludzi, bo „coś” jest z nią nie tak. Nie miała ochoty ani studiować, ani pracować, ani podróżować, ani szukać przyjaźni i nowych znajomości. Martha wolała zaszyć się w swoim pokoju stopniowo pogrążając się w smutku i beznadziei. Wielokrotnie próbowała być taka jak inni, ale za każdym razem ponosiła porażkę. Dopiero najnowsza diagnoza psychiatryczna rzuca światło na jej chorobę, dając nadzieję, że kobieta będzie mogła wieść stabilne życie. Tylko czy jeszcze nie jest za późno na to, co dla niej najważniejsze?

Mam ambiwalentne odczucia względem tej powieści, ponieważ uważam, że byłaby znacznie ciekawsza gdyby została lepiej napisana. Opis fabuły jest lakoniczny nie tylko w obawie przed spoilerami, ale również dlatego, że w książce tak naprawdę nie dzieje się wiele. Prawie wszystko jest przedstawione w taki sposób, że główna bohaterka w zasadzie opowiada swoje życie. Byłam bardzo, ale to bardzo rozczarowana kiedy po wyrazistym początku, czyli momencie, gdy Patrick odchodzi od Marthy nastąpiło cofnięcie do czasów dzieciństwa bohaterki, potem lat nastoletnich, okresu studiów, pierwszych nieudanych związków i beznadziejnych niskopłatnych prac. To nawet nie są retrospekcje, które przeplatałyby się z wątkiem teraźniejszym tylko przez ¾ powieści Martha relacjonuje na co poświęciła 40 lat swojego życia. To jest oczywiście moment, w którym powinnam zżyć się z postacią, zrozumieć jej rozterki, problemy oraz wczuć się w epizody tajemniczej choroby wyłączającej ją z wszelkich aktywności. Niestety tak się nie stało, więc przez pierwsze 40 % lektury na poważnie zastanawiałam się czy nie przestać się męczyć i nie porzucić czytania. Nie zrobiłam tego, bo naprawdę nie lubię zostawiać niedokończonych książek, ale byłam mocno sfrustrowana tą historią.

Kiedy wspomniałam o relacjonowaniu to dokładnie tak wygląda treść powieści. Zamiast interesującego przedstawienia członków rodziny Marthy, ważnych dialogów czy opisu przełomowych momentów, dostałam suchą kronikę, z której dowiemy się, że kobieta nie znosi swojej matki, ma teoretycznie dobry kontakt z siostrą, ale w praktyce w ogóle nie widać ich rzekomej bliskości, całymi dniami nie robi nic konstruktywnego i zdaje się, że nikt z bliskich nie widzi w tym nic dziwnego. Oczywiście są też wzmianki o partnerach, ale tak wyzute z emocji, że te związki Marthy przypominają bardziej kontrakty niż relacje zbudowane na uczuciach. Zanim doczytałam do momentu, w którym Patrick zostaje mężem kobiety to prawie umarłam z nudów. Uważam, że dużo lepiej byłoby, gdyby autorka oddała głos innym postaciom, pozwalając spojrzeć na protagonistkę ich oczami. Być może wówczas lepiej zrozumiałabym dynamikę ich relacji, ale też z większą ciekawością czytałabym o losach poszczególnych postaci.

Z drugiej jednak strony autorka poruszyła ważny temat, przez co powieść miała lepsze momenty, coś na kształt przebłysków sprawiających, że mimo wszystko czytałam dalej. Pomimo całego mojego znużenia oraz niechęci do Marthy, współczułam jej choroby i wydawało mi się, że momentami rozumiem jej postępowanie. Największy plus "Smutku i rozkoszy" to właśnie zwrócenie uwagi na temat zaburzeń psychicznych oraz pokazanie jak rujnują życie osoby nimi dotkniętej. Otoczenie mówi kobiecie, żeby wzięła się w garść, żeby zaczęła żyć jak inni. Bliscy ją wspierają, ale jednocześnie czują się bezsilni oraz zmęczeni ciągłymi atakami smutku, płaczu; tym, że Martha tygodniami nie wychodzi z domu albo w ogóle nie jest w stanie wstać z łóżka. Meg Mason celowo nie podaje nazwy choroby na jaką cierpi bohaterka, ale wydaje mi się, że zostawia dość czytelne wskazówki. Podobał mi się wątek „przebudzenia” Marthy, bo kiedy dostaje wreszcie diagnozę oraz rozpoczyna leczenie to nagle wszystkie elementy układanki zaczynają wskakiwać na swoje miejsce, a kobieta odzyskuje kontrolę nad sobą. Plus za zakończenie, ponieważ nie jest cukierkowe, ale daje nadzieję na to, że nigdy nie jest za późno na działanie, leczenie, otrząśnięcie się z poważnych problemów i trudnych sytuacji.

Trudno mi natomiast ocenić wątek macierzyństwa, który początkowo wydaje się dość marginalny. Ot, siostra Marthy jest matką czwórki dzieci, ale bohaterka nie chce własnego potomstwa i wydaje się, że to jej świadoma decyzja. Natomiast pod koniec powieści autorka serwuje jakiś fikołek logiczny pod tytułem (SPOILER): „jednak Martha od zawsze pragnęła zostać matką”. Nigdzie wcześniej nie jest to zasygnalizowane, więc dla mnie taki zwrot akcji nie ma sensu. Kiedy kobieta zachodzi w niechcianą ciążę, jest przerażona tym faktem i komunikuje mężowi, że dokona aborcji. Ostatecznie nie musi wybierać się na zabieg, bo traci ciążę naturalnie. Rozumiem, że odczuwa silne emocje związane z tym zdarzeniem i w jakiś sposób tęskni za nienarodzonym dzieckiem, ale to wszystko jest przedstawione w formie mieszanki trudnych emocji i opisywania Marthy jako przybitej faktem poronienia, ale jednocześnie czującej ulgę, że nie będzie mieć dziecka. Pod koniec historii dowiadujemy się natomiast, że Martha rzekomo zawsze pragnęła potomstwa tylko powstrzymywała się przed tą decyzją z powodu swojej choroby. I nagle mamy przyjąć, że największym marzeniem kobiety jest urodzenie dziecka. Jakim cudem? Skąd taki wątek skoro wcześniej wielokrotnie jest powiedziane, że pozostaje bezdzietną z wyboru?

Dziwna jest to książka i nie do końca potrafię się do niej ustosunkować. W opisie wydawcy pojawia się informacja, że to zabawna historia. Moim zdaniem zupełnie nie, ponieważ to gorzka i smutna opowieść, w której nie ma nic zabawnego. Nie polecam, ani nie odradzam lektury, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że autorce po prostu zabrakło umiejętności pisarskich i gdyby lepiej rozłożyła akcenty fabularne albo miała bardziej zajmujący styl, historia trafiłaby do mnie bardziej.

"Smutek i rozkosz" rozpoczyna się w momencie, gdy główna bohaterka zostaje opuszczona przez męża tuż po swoich czterdziestych urodzinach. Martha od zawsze czuła, że nie pasuje do otoczenia i nie umie odnaleźć się wśród innych ludzi, bo „coś” jest z nią nie tak. Nie miała ochoty ani studiować, ani pracować, ani podróżować, ani szukać przyjaźni i nowych znajomości. Martha...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Nie wiedziałam czego spodziewać się po tej książce, ponieważ tematyka kojarzy mi się raczej z sensacyjną, tabloidową treścią nastawioną na szokowanie czytelnika. Z drugiej jednak strony ranga wydawnictwa skłoniła mnie do przypuszczenia, że może to być poważna i wartościowa publikacja. Brytyjski dziennikarz Will Storr zaczyna interesować się zjawiskami nadprzyrodzonymi od momentu pracy nad artykułem dla czasopisma „Loaded”. W tym celu wyrusza do Filadelfii, by spotkać się z demonologiem mającym zdradzić kulisy swojego nieoficjalnego zajęcia. Warto dodać, że reportaż został wydany w 2006 roku, więc tym, co zainspirowało autora do podjęcia tematu związanego z tropieniem zjaw była wzmianka w prasie o stronie internetowej ekscentrycznego amerykańskiego łowcy duchów. Jak sam autor zdradza w prologu: „ (…) amerykańscy ekscentrycy są świetni. Bardziej szczerzy, niepokorni i utwierdzeni w swoim szaleństwie niż jacykolwiek inni ekscentrycy na świecie”. Wprawdzie Storr umówił się na spotkanie z mężczyzną raczej niepasującym do zacytowanego opisu, ponieważ Lou Gentile to mąż i ojciec pracujący jako mechanik i mający raczej normalne, ułożone życie, ale wyraźnie widać, że uwiodła go myśl o napisaniu sensacyjnego tekstu rozpalającego wyobraźnię czytelnika. Spotkanie z samozwańczym demonologiem okazuje się jednak na tyle znaczące, że na długi czas wyznacza kierunek zainteresowań Storra. Dziennikarz zaczyna drążyć temat niewyjaśnionych zjawisk rozmawiając z łowcami duchów, druidami, szamanami, parapsychologami oraz wieloma innymi „specjalistami”, usiłując odpowiedzieć na pytanie czy duchy krążą wśród nas.

Po przeczytaniu książki z przykrością stwierdzam, że jednak bliżej jej do sensacji mającej wzbudzać silne emocje niż rzetelnego reportażu. Publikacja ma swoje dobre momenty i nie żałuję, że się z nią zapoznałam, ale jako całość okazała się raczej rozczarowująca niż zadawalająca. Pierwszym zarzutem jest chaotyczny styl pisania, który sprawiał, że bardzo długo „wgryzałam się” w lekturę. Niektóre fragmenty książki zostały już wcześniej opublikowane w formie artykułów i to niestety odbiło się na konstrukcji reportażu, ponieważ często nie wiadomo w jakim punkcie swoich badań autor właśnie się znajduje, z kim rozmawia i dlaczego ani do jakich wniosków dochodzi. Na dodatek każdy rozdział pisany jest ze specyficzną manierą. Najpierw czytelnik zostaje wrzucony w sam środek wydarzeń, np. dowiaduje się, że Will Storr właśnie siedzi w jakimś średniowiecznym budynku z grupką entuzjastów zjawisk paranormalnych, wyczekując aż wydarzy się coś niesamowitego. Dopiero później autor wyjaśnia, dlaczego wybrał się w to miejsce, co miał nadzieję zobaczyć, kim są jego rozmówcy itd. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to sposób pisania nadający się do gazety, ale niekoniecznie sprawdzający się w reportażu. Miałam wrażenie, że Storr koniecznie chce szybko przyciągnąć uwagę odbiorcy, ale robi to w sposób, który mnie bardziej drażnił niż ciekawił. Każdy rozdział stanowi w zasadzie osobny tekst, więc tym bardziej irytowałam się, gdy po przeczytaniu ciekawego fragmentu nie następowała kontynuacja tylko zupełna zmiana scenerii i bohaterów.

Drugi poważny zarzut to moim zdaniem zbytnia koncentracja autora na sobie. Dziennikarz bardzo często powtarza, że został wychowany w wierze katolickiej, ale dawno ją utracił i ogłasza siebie racjonalistą oraz sceptykiem. Później jednak co chwilę wątpi w swoje przekonania, powracając do rozważań na temat życia po śmierci i zastanawiania się czy jednak księża nie mają racji, gdy mówią o boskiej lub demonicznej sile działającej na świecie. Zupełnie nie interesowały mnie rozterki autora, zwłaszcza że zachowywał się jak chorągiewka na wietrze. Kiedy siedział w ciemnościach i oczekiwał na pojawienie się zjawy, był gotów przysiąc, że „coś” poczuł. Następnego ranka stwierdzał jednak, że pewnie tylko mu się wydawało, bo nastawił się na paranormalne doświadczenia. Jakkolwiek uważam, że to dość normalna reakcja to od reportażysty oczekiwałabym ograniczenia takich wtrętów, a większego skupienia na opisie zjawisk, charakterystyce ludzi deklarujących, że spotkali ducha i próbie naukowego wyjaśnienia tych opowieści. Czasami Storr rzeczywiście to robi i wtedy otrzymuje najlepszy efekt, ponieważ usuwa się w cień, pozwalając czytelnikowi poznać ciekawych, często ekscentrycznych ludzi i wysnuć własne wnioski na temat tego czy te osoby naprawdę spotkały jakąś paranormalną istotę, czy udają, a może desperacko chcą w to wierzyć, bo cierpią na jakieś zaburzenia.

Ostatni spory zarzut dotyczy tego, że w mojej ocenie "Nadprzyrodzone. Śledztwo w sprawie duchów" to publikacja, która nie prowadzi do żadnych istotnych wniosków. Oczywiście nie oczekiwałam, że Will Storr opowie się po którejś ze stron i albo będzie przekonywał, że duchy istnieją, albo na siłę wszystko racjonalizował, ale liczyłam na jakiś efekt jego badań. Wychodzi natomiast na to, że po lekturze wiemy tyle samo ile przed. W zasadzie uważam, że jedynie dwa fragmenty zasługują na większą uwagę. Pierwszym jest rozmowa z Janet Hodgson, która jako jedenastoletnia dziewczynka rzekomo doświadczyła szeregu paranormalnych zdarzeń. To właśnie ją „upodobał” sobie tak zwany poltergeist z Enfield, a cała sprawa stała się najpopularniejszym przypadkiem nawiedzenia mającym miejsce w Wielkiej Brytanii w XX wieku. W zapisie wywiadu z kobietą jest coś niepokojącego i mrocznego, a fakt, że dorosła Janet nie lubi wracać do wydarzeń sprzed lat, daje do myślenia. Drugim istotnym rozdziałem jest ten, w którym autor odwiedza watykańskiego egzorcystę. Słowa starszego mężczyzny mrożą krew w żyłach i jeśli choć część z tego, co wyznał jest prawdą to mam nadzieję, że nigdy nie zetknę się z diabelskimi siłami.

Na plus dziennikarzowi mogę zapisać ciekawy zabiór spraw, którymi postanowił się zająć. Poznałam kobietę rzekomo opętaną przed demona, kilkoro badaczy zjawisk nadprzyrodzonych, druida, czarownicę oraz wielu miłośników historii o duchach działających w przeróżnych klubach i stowarzyszeniach. Każda z tych osób miała w zanadrzu co najmniej jedną opowieść o tym jak zetknęła się z istotami nie z tego świata. Z ciekawością poznawałam te relacje, traktując je jako straszne historyjki opowiadane przy ognisku. Interesujące są również opisy w jaki sposób ludzie badają zjawiska nadprzyrodzone. Mają w tym celu przygotowany specjalny sprzęt, kamery, czujniki i rejestratory dźwięku. Poświęcają mnóstwo czasu na analizę zgromadzonych materiałów oraz zgłębianie tajemnic nadnaturalnego świata. Na koniec dodam tylko, że dziwi mnie wydanie tej książki na polskim rynku 20 lat po premierze, ponieważ obawiam się, że pod pewnymi względami nie jest ona aktualna. Podejrzewam, że dzisiaj miłośnicy szukania duchów zrzeszają się w mediach społecznościowych, a nowe rozwiązania techniczne umożliwiają jeszcze bardziej precyzyjne tropienie wszelkich anomalii. W mojej ocenie warto sięgnąć po tę książkę jeśli ktoś lubi straszne historie i ma ochotę na zapewnienie sobie lekkiego dreszczu niepokoju podsycanego przez myśl, że być może wszystkie opisane wydarzenia zdarzyły się naprawdę. Jeśli ktoś liczy na porządny reportaż to może się jednak zawieść.

Nie wiedziałam czego spodziewać się po tej książce, ponieważ tematyka kojarzy mi się raczej z sensacyjną, tabloidową treścią nastawioną na szokowanie czytelnika. Z drugiej jednak strony ranga wydawnictwa skłoniła mnie do przypuszczenia, że może to być poważna i wartościowa publikacja. Brytyjski dziennikarz Will Storr zaczyna interesować się zjawiskami nadprzyrodzonymi od...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Po uroczej księgarni w Hyunam-Dong oraz nietuzinkowym sklepie całodobowym przyszedł czas na pralnię odmieniającą losy zwyczajnych ludzi zmagających się z problemami. Wszystko zaczyna się od dziennika z oliwkową okładką leżącego na stoliku. Nie wiadomo, kto pierwszy dodał w nim wpis, zwierzając się ze swoich zmartwień, ale następna osoba skomentowała tekst w pokrzepiający sposób i niepozorny notes zaczął służyć jako anonimowy pamiętnik dla osób samotnych, rozczarowanych życiem, czujących, że nikomu nie mogą opowiedzieć o tym, co ich trapi. Całodobowa pralnia przyciągnęła ludzi w różnym wieku, o różnym statusie, zainteresowaniach i doświadczeniach. Pewnego dnia w jej progu staje starszy pan, który oprócz ukochanego psa nie ma nikogo rozumiejącego jego przywiązanie do przeszłości i lat wspólnie przeżytych z żoną. Pojawiają się też ambitna scenarzystka od dawna pracująca na stanowisku asystentki i marząca o rozwoju kariery; dziewczyna rozczarowana postawą swojego chłopaka oraz matka kilkuletniej dziewczynki martwiąca się o rosnące ceny wynajmu mieszkań. Dzięki dziennikowi bohaterowie nie tylko podzielą się najgłębszymi sekretami, ale przekonają się, że dookoła nich są życzliwi ludzie gotowi wyciągnąć pomocną dłoń.

Pod względem przesłania oraz konstrukcji fabuły powieść jest bardzo podobna do tytułów wymienionych w pierwszym akapicie. Każdy rozdział stanowi w zasadzie osobne opowiadanie poświęcone innej postaci i dopiero na końcu wszystkich łączy wspólna sprawa. Mnie to odpowiadało, tak samo jak obowiązkowe w tego typu literaturze nieco naiwne wykreowanie rzeczywistości. Podoba mi się myśl, że w tym zabieganym, często bezlitosnym współczesnym świecie jest miejsce na historię opowiadającą o sąsiedzkiej solidarności i wspólnym pokonywaniu przeciwności losu. Jak zawsze w takich powieściach uderzyła mnie prostota gestów, które wykonane w kierunku drugiego człowieka pozytywnie wpływają na jego życie. Czasem wystarczy kogoś wysłuchać, zatrzymać się i zastanowić jak się czuje starszy pan mieszkający po sąsiedzku czy zabiegana młoda matka przekonana, że jej codzienność musi składać się niemalże wyłącznie ze zmartwień i obowiązków.

Zawsze przy lekturze takich książek nachodzi mnie refleksja, że azjatyckie społeczeństwa są tak uporządkowane, skupione na dbaniu o dobro wspólne i zbiorowość, że pojedynczy człowiek staje się jedynie trybikiem w maszynie. Mam wrażenie, że to koszt tego ułożenia, grzeczności w przestrzeni publicznej i dbania o to, by nikomu nie przeszkadzać. W powieści Kim Jiyun bardzo wyraźnie widać też opresję związaną z hierarchią społeczną, co sprawiło, że nie do końca jest to bajkowa historia. Problemy bohaterów są jak najbardziej realne i szokujące. Uderzyła mnie sytuacja, w której studentka zastanawia się jak powinna zareagować w momencie, gdy na kampusie mija grupkę chłopaków starszych od niej o rok albo dwa, którzy wcześniej zachowali się niesamowicie podle wobec niej. Byłam przekonana, że ich zignoruje, potraktuje jak powietrze, ponieważ nie zasłużyli na nic innego, ale ona miała poważny dylemat i rozważała jak powinna się z nimi przywitać, bo przecież to „starsi koledzy”, więc musi okazać szacunek. Wybrała delikatny ukłon, co rozwścieczyło grupkę studentów uważających, że dziewczyna zachowała się niegrzecznie. Podobnie rzecz ma się w miejscu pracy, ponieważ osoby na wyższych stanowiskach regularnie gnębią i wyśmiewają podwładnych czy też w rodzinach, gdyż rodzice bez skrępowania besztają dorosłe dzieci, a starsze rodzeństwo robi wyrzuty młodszemu.

Zdaję sobie sprawę, że mobbing czy toksyczne relacje między teoretycznie bliskimi ludźmi zdarzają się wszędzie na świecie, ale w japońskich i koreańskich powieściach ten wątek jest często podkreślany, a w przypadku cosy tytułów wystarczy, że ktoś obcy potraktuje z szacunkiem pogardzanego przez otoczenie bohatera, by odmienić jego los. "Sekrety pralni w Yeonnam-dong" to mimo wszystko podnosząca na duchu lektura, z której momentami bije ciepło i życzliwość. Być może oceniłabym książkę wyżej gdyby nie wątek pościgu za pewnym przestępcą. W mojej ocenie autorka zupełnie niewiarygodnie nakreśliła całą sytuację, rozwiązując sprawę na kilkunastu ostatnich stronach. Podsumowując, polecam przede wszystkim fanom gatunku, którym nie przeszkadza schematyczność takich historii oraz pewna doza naiwności.

Po uroczej księgarni w Hyunam-Dong oraz nietuzinkowym sklepie całodobowym przyszedł czas na pralnię odmieniającą losy zwyczajnych ludzi zmagających się z problemami. Wszystko zaczyna się od dziennika z oliwkową okładką leżącego na stoliku. Nie wiadomo, kto pierwszy dodał w nim wpis, zwierzając się ze swoich zmartwień, ale następna osoba skomentowała tekst w pokrzepiający...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Przeczytałam trzy książki Ruth Ware i żadna nie powaliła mnie na kolana, ale "W ciemnym, mrocznym lesie" to zdecydowanie najgorszy „thriller” autorki jaki poznałam. Główną bohaterką jest młoda pisarka Nora, która najszczęśliwsza czuje się wówczas, gdy nikt nie zawraca jej głowy. Kocha swoją codzienną rutynę, uwielbia przebywać w domu i ostatnie na co ma ochotę to wybrać się na wieczór panieński dawnej koleżanki ze szkoły. Pomimo tej niechęci decyduje się jednak pojechać na weekend do domku na odludziu, by razem z kilkoma innymi osobami świętować nadchodzący ślub Clare. Dziesięć lat temu Nora i Clare były jak papużki nierozłączki, ale wydarzyło się coś, co zniszczyło ich przyjaźń. Teraz jest okazja, by nadrobić stracone lata lecz w czasie weekendu na jaw wychodzą różne mroczne sekrety rzucające nowe światło na wydarzenia z przeszłości. Dochodzi też do morderstwa, a Nora staje się główną podejrzaną.

Nie wiem nawet od czego zacząć listę narzekań na tę powieść, więc może zacznę od pozytywu, czyli początku, w którym dość łatwo sympatyzować z główną bohaterką. Pracująca z domu Nora nie ma zbyt wielu okazji do poznawania nowych ludzi, więc rozumiałam jej zakłopotanie, gdy pojawiła się na imprezie i musiała skonfrontować się z przyjaciółmi Clare. Szczególnie jedna osoba wydaje się tak wpatrzona w jej dawną przyjaciółkę, że to aż dziwne i nienaturalne dla dorosłej osoby. Zawiązanie akcji jest całkiem niezłe, bo opis pierwszych chwil, gdy wszyscy przyjeżdżają do domku w lesie, daje nadzieję na interesującą historię. Niestety dość szybko okazuje się, że Ruth Ware nie ma pomysłu jak wykreować atmosferę zagrożenia ani w jaki sposób przejść do wydarzeń pasujących do thrillera a nie obyczajówki. Zanim więc zacznie dziać się coś konkretnego trzeba przebrnąć przez wiele stron, z których dowiemy się jak bohaterowie męczą się spędzając razem czas. Jedzą posiłki, piją drinki, bawią się w imprezowe gry, ale to wszystko podszyte jest udawaną sympatią i próbami zamaskowania zniecierpliwienia oraz natychmiastowej chęci wyjazdu.

Atmosfera zagęszcza się, kiedy w końcu trupy wyskakują z szafy, ale napięcie nie pojawia się na długo. Autorka zastosowała bardzo ograny i męczący zabieg, obdarzając główną bohaterkę czasową amnezją. Stało się coś strasznego, ktoś nie żyje, ale nie znamy szczegółów, ponieważ siedzimy w głowie Nory zmagającej się ze wspomnianą utratą pamięci. Dla mnie te fragmenty były szalenie frustrujące i nudne, bo ile można czytać o tym, że kobieta jest w szpitalu, próbuje podsłuchać plotkujące pielęgniarki lub wydedukować, dlaczego policja stoi pod drzwiami jej sali. Również późniejsze rozmowy ze śledczymi nie mają sensu. Funkcjonariuszka przesłuchująca Norę zachowuje się jak dobra ciocia, a nie osoba mająca ustalić prawdę i wyjaśnić sprawę morderstwa. Autorka zastosowała mnóstwo niewiarygodnych rozwiązań, które kłuły w oczy nawet przy założeniu, że na pewne sprawy można patrzeć przez palce, tłumacząc je swobodą literacką.

Największe zastrzeżenie mam jednak do absolutnie idiotycznie poprowadzonego konfliktu pomiędzy postaciami, który można byłoby rozwiązać jedną rozmową. Otóż okazuje się, że SPOILER Nora wciąż tęskni za swoją nastoletnią miłością, ale od 10 lat pielęgnuję urazę do chłopaka, ponieważ była przekonana, że ten zerwał z nią przez sms. Okazuje się jednak, że to wcale nie on wysłał je tę wiadomość tylko Clare, która chciała odbić chłopaka przyjaciółce. Autorka jeszcze dodała do całej historii dramatyzmu, wplątując wątek nastoletniej ciąży. Oczywiście wspomniany facet też od dekady wzdycha do Nory, zadręczając się tym, że nagle przestała się odzywać. Wystarczyło ze sobą porozmawiać, jeśli nie w momencie kiedy mieli po 16 i 17 lat to później, gdy emocje opadły i można było wszystko wyjaśnić jak dorośli. Nie wiem czy spotkałam się z głupszym powodem zerwania kontaktu na lata.

"W ciemnym, mrocznym lesie" to bardzo słabo pomyślana i napisana powieść. Nie znajduję żadnego powodu, by ją polecać i niezmiennie zaskakuje mnie popularność autorki, która w mojej ocenie po raz kolejny udowodniła, że nie potrafi stworzyć angażującego thrillera.

Przeczytałam trzy książki Ruth Ware i żadna nie powaliła mnie na kolana, ale "W ciemnym, mrocznym lesie" to zdecydowanie najgorszy „thriller” autorki jaki poznałam. Główną bohaterką jest młoda pisarka Nora, która najszczęśliwsza czuje się wówczas, gdy nikt nie zawraca jej głowy. Kocha swoją codzienną rutynę, uwielbia przebywać w domu i ostatnie na co ma ochotę to wybrać się...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Jest taki rodzaj literatury, który nazywam pociągowym, czyli sprawdzający się w dłuższej podróży, kiedy dookoła mnie jest głośno, gwarno i ostatnie o czym można pomarzyć to warunki do spokojnej lektury. W takich chwilach wybieram niewymagający thriller, oczekując od niego jedynie zabicia czasu. W trakcie ostatniego wyjazdu sięgnęłam po książkę Lucy Foley, ponieważ nadal mam fazę na poznawanie historii bohaterów odciętych od świata z powodu złej pogody. Tym razem poznałam grupę przyjaciół ze studiów, którzy pomimo upływu lat wciąż utrzymują ze sobą kontakt. Może nie widują się już tak często jak kiedyś, ale co roku spędzają wspólne imprezę sylwestrową w jakimś oryginalnym, luksusowym miejscu. Koniec 2018 roku postanawiają przywitać w odludnej chacie myśliwskiej położonej w szkockich górach. Oczywiście to nie jest zwykły domek dla chcących zaszyć się w głuszy tylko okazały kompleks przyciągający zamożnych turystów, którzy niby pragną odosobnienia i spokoju, ale muszą mieć również zapewnione wszelkie możliwe wygody. Kiedy dziewięcioro hałaśliwych londyńczyków przybywa na miejsce, obsługująca gości Heather ma złe przeczucia, ale nawet ona nie spodziewa się, że wkrótce dojdzie do morderstwa.

"Morderca jest wśród nas" to kolejna powieść, w której elementy thrillera są jedynie dodatkiem do opowieści o bohaterach odkrywających, że tak naprawdę nic ich już ze sobą nie łączy. Autorka zdecydowanie postawiła na warstwę obyczajową, chociaż wszystko opakowała elementami charakterystycznymi dla dreszczowca. Jak zwykle w takich przypadkach najbardziej podobał mi się początek, kiedy dopiero poznałam postaci, dowiedziałam się jakie relacje łączą poszczególne osoby i próbowałam przewidzieć, kto i z jakiego powodu zginie. Ciekawie było też zobaczyć kontrast pomiędzy typowymi mieszczuchami znajdującymi się nagle wśród dzikiej i niebezpiecznej przyrody oraz obsługą obiektu złożoną zaledwie z dwóch osób. Heather i Doug zdają się gotowi na wszystko, przeszkoleni do życia w trudnych warunkach, chociaż jak się później okaże pozory mogą mylić. Szkoda, że miejsce akcji nie zostało lepiej wykorzystane. W opisie fabuły przeczytałam, że wyjątkowo obfite opady śniegu odcinają wszystkich od cywilizacji, ale tak naprawdę to się dzieje dopiero pod sam koniec historii i nie ma wielkiego wpływu na jej rozwój. Owszem, bohaterowie nie mogą wyjechać, a przyjazd policji opóźnia się z powodu trudnych warunków, ale te aspekty mają znaczenie dopiero przed finałem.

Szkoda też, że autorka zdecydowała pozbawić czytelnika napięcia związanego z faktem, że jedna osoba z grupy znika, a pozostali jej szukają. Etap poszukiwań oraz niepokoju pojawiającego się, gdy reszta zaczyna martwić się, że prawdopodobnie coś złego przydarzyło się koledze lub koleżance jest pominięty, ponieważ pisarka postanowiła trzymać odbiorcę w niepewności w kwestii tożsamości zaginionej lub zaginionego. Od początku wiadomo więc, że ktoś zginie, ale to ma być tajemnica do samego końca. Problem z tym, że dość szybko można się domyślić, kto padnie ofiarą mordercy. Pozostaje zatem główkowanie, komu ta osoba zalazła za skórę na tyle mocno, by doszło do tragedii. Jednak największy minus to… nuda, bo z tej książki wieje nudą. Thriller powinien trzymać w napięciu, intrygować, zmuszać do zastanawiania się nad różnymi wątkami, a tutaj mamy po prostu opis dziwacznych relacji pomiędzy ludźmi, którzy już dawno powinni przyznać, że z ich studenckiej przyjaźni nic nie zostało. Tajemnice między nimi również są sztampowe i przewidywalne, bo opierają się na zdradach, oszustwach oraz zbieraniu na siebie „haków”, by potem zagrozić wyjawieniem prawdy.

Być może przeczytałam już zbyt wiele powieści tego typu, dlatego nie umiałam zaangażować się w losy postaci, ale nie znajduję w tej historii niczego na tyle godnego uwagi, by polecić lekturę. Nuda, przewidywalność, sztampowi bohaterowie zachowujący się jakby nadal mieli po dwadzieścia lat, a ich jedynym celem w życiu było pójście na zakrapianą alkoholem imprezę i upicie się do nieprzytomności. Wątek odizolowania w górach i zgromadzenia bohaterów w przestrzeni, w której teoretycznie miał grasować morderca zupełnie niewykorzystany. Lucy Foley jest autorką dziesięciu książek, więc być może ten tytuł to wypadek przy pracy, ale na razie nie mam ochoty dalej zgłębiać jej twórczości.

Jest taki rodzaj literatury, który nazywam pociągowym, czyli sprawdzający się w dłuższej podróży, kiedy dookoła mnie jest głośno, gwarno i ostatnie o czym można pomarzyć to warunki do spokojnej lektury. W takich chwilach wybieram niewymagający thriller, oczekując od niego jedynie zabicia czasu. W trakcie ostatniego wyjazdu sięgnęłam po książkę Lucy Foley, ponieważ nadal mam...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Osiemdziesięcioczteroletnia Muriel Margaret McAuley całe życie spędziła w niewielkiej nadmorskiej wiosce o nazwie Witchaven i nie spodziewała się, że na stare lata przyjdzie jej walczyć o ten swój kawałek ziemi. Cicha, spokojna okolica zmieniła się nie do poznania odkąd amerykański biznesmen postanowił kupić cały teren, wyburzyć budynki i postawić na ich miejscu kompleks rozrywkowy. Mieszkańcy wioski otrzymali atrakcyjne propozycje wykupienia swoich domów, więc prawie wszyscy ulegli namowom przybysza. Jedynie Muriel oraz jej najbliższy sąsiad Arthur zdają się odporni na naciski bogacza. To jednak nie wystarczy, ponieważ nasłani przez niego ludzie zrobią wszystko, żeby wykurzyć staruszkę ze swojej działki. Począwszy od całodobowego hałasu wydawanego przez wielkie maszyny poprzez codzienne nagabywanie i ponawianie oferty aż do nielegalnych metod oraz prób wysłania Muriel na tamten świat. Zapewne kobieta szybko padłaby ofiarą bezwzględnego Patricka Granta, gdyby nie pewien stwór, którego spotyka na plaży. Bezbronny, galaretowaty potwór zostaje wyrzucony na brzeg, ale kiedy Muriel postanawia się nim zaopiekować, wraca do formy, stanowiąc zagrożenie dla każdego, kto zbliży się do kobiety.

Przed lekturą nie miałam pojęcia, że "Haar" to przedstawiciel horroru gore, w którym krew leje się strumieniami, a sceny pożerania i unicestwiania ludzi są na porządku dziennym, więc byłam nieco rozczarowana kiedy zorientowałam się w czym rzecz. Od krwawych opowieści wolę grozę psychologiczną oraz straszne historie, w których napięcie jest budowane w inny sposób niż pokazanie krwawej jatki, dlatego też książka Sodergrena nie wywarła na mnie wielkich emocji. Na szczęście znalazłam w niej kilka plusów i od nich właśnie zacznę. Największym atutem "Haar" jest główna bohaterka, ponieważ Muriel to dziarska starsza pani, której nie przerazi ani byle zbir nasłany przez obrzydliwie bogatego Granta, ani dziwna istota z głębin. Kibicowałam jej od pierwszej strony, mając nadzieję, że jeszcze wszystkim udowodni na co ją stać. Niecodziennie bohaterką horroru (czy w ogóle powieści) jest postać w zaawansowanym wieku, więc to moim zdaniem ciekawe rozwiązanie. Muriel została też najlepiej scharakteryzowana, dzięki czemu czytelnik poznaje historię jej małżeństwa, dowiaduje się o tęsknocie za zmarłym przed laty mężem oraz czasami młodości, kiedy wszystko było dla kobiety mniej skomplikowane. Niektóre fragmenty, zwłaszcza te z pierwszej połowy książki, są naprawdę przejmujące, gdy śledziłam determinację Muriel oraz wniknęłam w jej wciąż bystry umysł uwięziony w starzejącym się słabym ciele.

Zaletą "Haar" jest też stosunkowa niewielka objętość oraz dodające atmosfery grozy ilustracje, chociaż czasami i tak odnosiłam wrażenie, że autor miał pomysł raczej na opowiadanie niż powieść, ponieważ pewne sceny są przesadnie rozciągnięte, a finał pojawia się w momencie, gdy już dawno można domyślić się jak potoczą się dalsze losy bohaterów. Przewidywalność to jeden z większych minusów jaki mogę wymienić. Nie czułam napięcia, bo wiedziałam, co się wydarzy, a kolejne sceny pożerania ludzi przez potwora, któremu Muriel dała na imię Avalon nie wzbudziły we mnie niczego poza obrzydzeniem. Kolejne zastrzeżenie dotyczy bardzo powierzchownej charakterystyki antagonistów. Wszyscy chcący zakłócić spokój protagonistki to papierowi złoczyńcy bez krzty głębi lub jakiejś wyróżniającej cechy. Z opisu fabuły wnioskowałam, że tytułowa mgła będzie miała też większe znaczenie dla całej historii, ale pomyliłam się. Autor wspomina ze dwa razy o dziwnej, niespodziewanie spadającej na wioskę mgle, ale moim zdaniem to niewykorzystany potencjał na horrorowy straszak.

Podsumowując, gdybym zorientowała się wcześniej jaki rodzaj grozy reprezentuje ten tytuł to pewnie nie sięgnęłabym po książkę, a tak przeczytałam coś innego, zdecydowanie wybijającego mnie z przysłowiowej strefy komfortu. Jeśli macie ochotę na dość krwawą opowieść o starszej pani walczącej z bezwzględnym inwestorem oraz jego ludźmi, a także na spotkanie z pewnym zmiennokształtnym potworem to jest szansa, że "Haar" przypadnie wam do gustu.

Osiemdziesięcioczteroletnia Muriel Margaret McAuley całe życie spędziła w niewielkiej nadmorskiej wiosce o nazwie Witchaven i nie spodziewała się, że na stare lata przyjdzie jej walczyć o ten swój kawałek ziemi. Cicha, spokojna okolica zmieniła się nie do poznania odkąd amerykański biznesmen postanowił kupić cały teren, wyburzyć budynki i postawić na ich miejscu kompleks...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Niewielka wyspa u wybrzeży Antarktydy jest tyleż pięknym, co niegościnnym miejscem. Zamieszkująca ją rodzina Saltów przyzwyczaiła się do surowości i gwałtowności natury obecnej na Shearwater. Ich zadaniem jest konserwacja banku nasion założonego na wyspie, więc nawet dzieci wiedzą, że każdego dnia muszą wykonywać konkretne obowiązki. Jeszcze parę miesięcy temu na miejscu przebywała grupa naukowców, ale szybko zmieniający się klimat sprawił, że warunki stały się zbyt niebezpieczne, by kontynuowano projekt. Został jedynie Dominic oraz trójka jego dzieci. Po jednym z wyjątkowo silnych sztormów na brzeg wyrzucone zostaje ciało kobiety. Jakimś cudem nieznajoma przeżyła katastrofę, a dzięki opiece ze strony Saltów, zaczyna dochodzić do zdrowia. Przedstawia się jako Rowan i utrzymuje, że na Shearwater rozbiła się przypadkiem. Nie wydaje się to możliwe, ponieważ w promieniu setek kilometrów nie ma innego lądu, do którego kobieta mogłaby zmierzać. Obecność Rowan zmienia dynamikę relacji panujących między ojcem a dziećmi. Bohaterów otaczają tajemnice oraz traumy z przeszłości, a gdy okazuje się, że Dominic również ma coś do ukrycia atmosfera niebezpiecznie się zagęszcza.

Sposób pisania autorki oraz zawiązanie intrygi sugerujące, że wszyscy bohaterowie mają jakieś mroczne tajemnice sprawił, że powieść w dużej części przypomina thriller. Nie ukrywam, że odpowiadała mi ta aura niepewności co do intencji protagonistów i ze sporym zainteresowaniem śledziłam rozwój wydarzeń, jednocześnie próbując odgadnąć kim tak naprawdę jest Rowan i po co przypłynęła na Shearwater. Usiłowałam także zrozumieć, co sprawiło, że Dominic postanowił zamieszkać na niemalże bezludnej wyspie, skazując tym samym swoje dzieci na zupełne odizolowanie od rówieśników oraz świata zewnętrznego. Odpowiedzi na te pytania przychodzą stopniowo i niemalże do ¾ książki byłam zauroczona ponurą atmosferą tej historii zwiastującą nadciągającą katastrofę. Wyraźnie czuć, że coś wisi w powietrzu. Dominic troszczy się o dzieci, a one szczerze go kochają, więc pozornie to zupełnie normalna rodzina. Jednakże cieniem na ich relacji kładzie się śmierć żony Doma. Mężczyzna nigdy nie pogodził się z jej odejściem, żałoba wciąż tkwi w jego sercu jak zadra, a to sprawia, że bywa niedostępny, rozgniewany i zupełnie przytłoczony rzeczywistością. Dwoje nastoletnich dzieci także tęskni za matką, jedynie najmłodsze jej nie pamięta, ale obecność Rowan boleśnie wszystkim uświadamia, że dziewięciolatek lgnie do kobiety, traktując ją jak zastępczą matkę.

Wszystko to sprawia, że postaci są wielowymiarowe i opisane na tyle dobrze, że bez trudu mogłam zrozumieć ich postępowanie, nawet jeśli go nie pochwalałam. Szkoda tylko, że autorka trochę poszła na łatwiznę, decydując, że ani Saltowie, ani Rowan nie będą ze sobą szczerzy praktycznie aż do samego końca, ponieważ gdyby tak naprawdę porozmawiali, pewne tajemnice zostałyby wyjaśnione dużo wcześniej. A to wymagałoby ustanowienia nowych relacji między nimi. Tak się jednak nie dzieje, więc aż do finału najistotniejsze sekrety nie wychodzą na jaw, a kiedy w końcu do tego dochodzi powieść zmienia ton na zbyt melodramatyczny. Niestety to jest ten moment, kiedy zostałam brutalnie wyrwana z zachwytu. Nie pasuje mi wątek romantyczny, ponieważ pojawia się znikąd, miałam wrażenie, że bohaterowie zakochują się w sobie, bo nikogo innego nie mają pod ręką. Na dodatek jedna z postaci zostaje przedstawiona jako ogarnięta szaleństwem i z premedytacją siejąca zło, żeby właśnie usprawiedliwić to, że X i Y mają się ku sobie. Mam też ambiwalentne odczucia co do zakończenia. Z jednej strony uważam, że pasuje ono do wydźwięku powieści i autorka nie mogła zaserwować happy endu. Z drugiej jednak mam wrażenie, że bohaterowie teoretycznie przepracowali swoje traumy, by w finale doświadczyć kolejnej, a to nie ma sensu.

Na pewno doceniam rozbudowane opisy niesamowitej przyrody obecnej na wyspie, a także różnorodności zgromadzonych w banku nasion roślin. Autorka potrafi pięknie pisać o dzikich zwierzętach, o ich zwyczajach, o niesamowitym ekosystemie, podkreślając zarówno kruchość tego życia, jak i niebezpieczeństwo jakie stanowi dla człowieka. Bardzo podobały mi się fragmenty i za to powieść otrzymuje spory plus. "Dziki, mroczny brzeg" to historia o żałobie, traumach, nadciągającej katastrofie, ale też o miłości i nadziei, która trwa na przekór wszystkiemu. Mimo mankamentów, które wymieniłam uważam, że Charlotte McConaghy napisała książkę wzbudzającą mnóstwo emocji oraz zostawiającą czytelnika z garścią refleksji. Nie wszystkie wątki mi się podobały, ale jako całość uznaję powieść za interesującą, wzruszającą i zdecydowanie wartą przeczytania.

Niewielka wyspa u wybrzeży Antarktydy jest tyleż pięknym, co niegościnnym miejscem. Zamieszkująca ją rodzina Saltów przyzwyczaiła się do surowości i gwałtowności natury obecnej na Shearwater. Ich zadaniem jest konserwacja banku nasion założonego na wyspie, więc nawet dzieci wiedzą, że każdego dnia muszą wykonywać konkretne obowiązki. Jeszcze parę miesięcy temu na miejscu...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Ostatnio czytałam sporo thrillerów, a dużo mniej kryminałów i zatęskniłam za historią o zbrodni, w której policja prowadzi śledztwo przeciwko jakiemuś nieuchwytnemu zabójcy. Wybrałam pierwszy tom serii o inspektor Louise Blackwell pracującej od półtora roku w niewielkim nadmorskim miasteczku Weston-super-Mare. Bohaterka wciąż nie umie odnaleźć się w nowym środowisku, a dla jej współpracowników nie jest tajemnicą, że trafiła tutaj, ponieważ została zesłana przez przełożonych za nieudaną akcję w Bristolu. Pewnego październikowego dnia na plaży pojawiają się okaleczone zwłoki starszej kobiety. Veronica Lloyd mieszkała sama, nie miała rodziny, ale udzielała się w lokalnym kościele, a przez znajomych została określona jako niezwykle obowiązkowa, czasem być może nieco zbyt surowa w swoim podejściu do innych. Niemniej zdaje się, że nikt nie miał motywu, by pozbawić ją życia w tak okrutny sposób. Wkrótce pojawiają się kolejne ofiary, a kierująca śledztwem inspektor Blackwell zaczyna podejrzewać, że rozwiązania zagadki należy szukać w przeszłości mieszkańców wyspy. Louise ściga się z czasem, gdyż morderca nie ustaje w swoich działaniach, a przełożeni znów patrzą kobiecie na ręce, czekając aż popełni błąd, by odebrać jej śledztwo i raz na zawsze pogrzebać policyjną karierę.

Początek powieści ma wolne tempo, więc dość trudno było mi się zaangażować w tę historię tak jak bym sobie tego życzyła. Autor sporo miejsca poświęca na niedopowiedzenia związane z wydarzeniami w Bristolu, które rzuciły się cieniem na pozycję inspektor Blackwell oraz aktualną atmosferę jaka panuje wokół niej. Bezpośredni przełożony zdaje się nie wiedzieć jak powinien ją traktować, a podwładni okazują jawny brak szacunku, kwestionując wydawane przez nią polecenia. Jedynie najbliższy współpracownik Thomas obdarza Louise sympatią, sprawiając, że kobieta zaczyna widzieć w nim kogoś więcej niż młodszego kolegę z pracy. Charakterystyka tych wszystkich relacji oraz konfliktów między bohaterami nie jest skomplikowana, ale w mojej ocenie dość nużąca, dlatego przez pewien czas trochę zmuszałam się do lektury, mając nadzieję, że w końcu się rozkręci. Nie pomagał także fakt, że od początku czytelnik zna tożsamość mordercy. Tajemnicą pozostaje dlaczego dokonuje zabójstw i co wydarzyło się w jego przeszłości, ale moim zdaniem to odbiera sporą część napięcia, sprawiając, że historia kryminalna nie emocjonuje mnie tak jak wówczas, gdy próbuję odgadnąć, kto jest antagonistą. Tutaj autor od razu wykłada kawę na ławę, na dodatek część rozdziałów pisana jest z perspektywy zabójcy, więc zapoznajemy się z jego przemyśleniami, a także towarzyszymy w polowaniach na kolejne ofiary.

Na szczęście gdzieś w okolicach 1/3 powieści udało mi się złapać jej rytm i z większym zainteresowaniem śledziłam wydarzenia. Autor oszczędza czytelnikowi makabrycznych opisów, ale mimo wszystko przedstawienie kolejnych miejsc zbrodni jest dość sugestywne oraz działające na wyobraźnię. Sposób w jaki morderca traktuje swoje ofiary zdradza nienawiść i furię wymykającą się spod kontroli, więc jest to bohater przerażający oraz nieprzewidywalny ukryty za maską zwyczajności, a nawet nieporadności. Od początku całej sprawy przewija się gdzieś w tle wątek religii, ponieważ ofiary są w jakiś sposób związane z Kościołem katolickim. Ten element intrygi nie jest specjalnie zaskakujący, ale jak już wspomniałam, cała powieść jest pozbawiona nieoczekiwanych zwrotów akcji oraz nagle ukazujących się powiązań między wątkami. Pomimo tego doceniam intrygę, ponieważ jest solidna, w miarę logiczna i jeśli lubicie kryminały, w których od początku wiadomo, kto jest czarnym charakterem to jest szansa, że będziecie zadowoleni z lektury.

Moim zdaniem "Przeprawa" to na tyle dobra powieść kryminalna, że zamierzam sięgnąć po drugi tom. Polubiłam główną bohaterkę i mam nadzieję, że w kolejnych częściach autor nieco uzupełnił jej charakterystykę, dzięki czemu będę miała okazję bardziej zżyć się z postacią. Jestem również zaintrygowana wątkiem tajemniczych wiadomości, które inspektor Blackwell otrzymuje. Coś mi mówi, że nadawcą wcale nie jest osoba wytypowana przez Louise i jeśli mam rację to może być ciekawa część fabuły kolejnego tomu.

Ostatnio czytałam sporo thrillerów, a dużo mniej kryminałów i zatęskniłam za historią o zbrodni, w której policja prowadzi śledztwo przeciwko jakiemuś nieuchwytnemu zabójcy. Wybrałam pierwszy tom serii o inspektor Louise Blackwell pracującej od półtora roku w niewielkim nadmorskim miasteczku Weston-super-Mare. Bohaterka wciąż nie umie odnaleźć się w nowym środowisku, a dla...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Książka Katarzyny Tubylewicz zwróciła moją uwagę jak tylko pojawiła się w zapowiedziach wydawniczych, ponieważ temat nieposiadania dzieci wywołuje kontrowersje w niektórych środowiskach, rozpalając internetowe dyskusje do czerwoności. Byłam więc ciekawa jak autorka podeszła do tego zagadnienia i jaką perspektywę przedstawi, zwłaszcza że opis obiecuje porównanie podejścia do rodzicielstwa w Polsce i w Szwecji, z którą Tubylewicz jest związana od długiego czasu. Okazuje się jednak, że chyba nieco za dużo sobie wyobrażałam i zbyt wiele oczekiwałam od tej publikacji, ponieważ miałam wrażenie, że autorka raczej prześlizguje się po temacie niż analizuje, dlaczego wiele kobiet z krajów rozwiniętych nie chce rodzić i wychowywać dzieci, jak ich decyzja jest przyjmowana przez otoczenie oraz czy naprawdę mniejsza liczba urodzeń będzie miała katastrofalne skutki dla naszego społeczeństwa.

Zacznę jednak od tego, co mi się w książce podobało. Na pewno doceniam wyważony ton i nieszukanie sensacji czy kontrowersji na siłę. Tubylewicz, jak sama podkreśla, jest matką, ale nie uważa, by to uniemożliwiało zrozumienie perspektywy kobiet, które dzieci nie planują. Zgadzam się z nią, bo sądzę, że reportażysta nie musi koniecznie doświadczyć zjawisk czy sytuacji o jakich pisze. Doceniam także podjęcie wielu wątków związanych z bezdzietnością. Począwszy od języka, w którym aż roi się od negatywnych określeń na osobę niemającą potomstwa poprzez charakterystykę sposobu w jaki współcześni dorośli wchodzą w relacje romantyczne, aż do podkreślenia, że w patriarchacie kobieta bez dzieci jest uznawana za dziwną, a nawet niebezpieczną, ponieważ jej postawa może podważyć skostniały system. Niestety razem z tą różnorodnością wątków przyszło też ich spłycenie, ponieważ zabrakło analizy, bardziej dociekliwego spojrzenia na pewne kwestie i próby wyjaśnienia, dlaczego jest tak, a nie inaczej.

Mnóstwo informacji zawartych książce wywoływało u mnie szereg dodatkowych pytań i chęć zgłębienia tematu. Na samym początku Tubylewicz pisze, że jako matka jednego dziecka wielokrotnie czuła się w Szwecji oceniana negatywnie, ponieważ jeśli Szwedzi decydują się na potomstwo to bardzo rzadko poprzestają na jednym dziecku. Nigdy wcześniej nie słyszałam o tym, by w tym kraju jakoś stygmatyzowano rodziców jedynaków, a podobno jeśli kobieta urodzi „tylko” jedno dziecko, jest uznawana za egoistkę, która odbiera swojemu synowi lub córce niezwykle cenne doświadczenie wychowywania się z rodzeństwem. Uważam, że należało tę kwestię drążyć i wyjaśnić czytelnikom jak to możliwe, że w tak tolerancyjnym społeczeństwie istnieje jakaś niepisana niechęć do rodziców jedynaków. Zresztą całe to porównanie macierzyństwa w Polsce i Szwecji ograniczyło się do powyższego zagadnienia oraz wspomnienia o influencerkach budujących karierę dzięki wizerunkowi idealnej matki, będącej jednocześnie namiętną kochanką oraz zarabiającą duże pieniądze przedsiębiorczynią. Podobnie potraktowany został wątek łączenia się w pary i różnic wynikających z faktu, że duża część młodych kobiet wyprowadza się do największych miast, a ich męscy rówieśnicy zostają na wsiach i w małych miasteczkach. Ale dlaczego tak jest? Co sprawia, że kobiety uciekają z prowincji, a mężczyźni na niej zostają?

Można też przeczytać, że dzietność spada również w krajach mających dużą populację, np. w Chinach i Rosji, ale również te informacje są podane bez szerszego kontekstu. Dowiedziałam się, że w Rosji można zostać ukaranym za „promowanie bezdzietności”, ale nie wiem jak to promowanie jest definiowane i czy naprawdę nie wolno opowiadać o życiu bez dzieci bez narażenia się na grzywnę. Pada stwierdzenie, że młode Chinki są indywidualistkami i stawiają na karierę, dlatego nie rodzą dzieci. To przecież ogromne uproszczenie i na pewno nie wyczerpuje tematu. Zatem z jednej strony autorka podkreśla, że nie ma jednej przyczyny wyjaśniającej, dlaczego rodzi się coraz mniej dzieci, ale z drugiej, często nie próbuje tych przyczyn dokładnie opisać, ograniczając się do ogólnych stwierdzeń. Nie są to informacje wyssane z palca, bo każda zostaje opatrzona przypisem odsyłającym do źródła, ale zabrakło mi komentarza i szerszej analizy podjętej problematyki.

W reportażu przytoczone zostają również historie kilku kobiet, które podzieliły się z autorką swoimi poglądami na życie bez dzieci. Są to cenne i wartościowe fragmenty, jednak wyłania się z nich obraz bezdzietności motywowanej jakimiś poważnymi przeszkodami. Wprawdzie czasami rozmówczynie wspominają, że nigdy nie marzyły o tym, by zostać matką albo nie czuły tego mitycznego instynktu, ale zaraz podają również inne powody usprawiedliwiające ich decyzję. Jedna z osób cierpi na zaburzenia psychiczne, inna nie chce przekazywać traumy pokoleniowej, jeszcze inna kobieta nie trafiła na odpowiedniego partnera albo wychowała się w domu bez miłości i wątpi czy potrafiłaby stworzyć swojemu dziecku kochającą rodzinę. Pojawia się też przejmująca opowieść matki, której dziecko zmarło. Moim zdaniem zabrakło jednak historii kobiety mającej szczęśliwe dzieciństwo, kochający dom, stabilną sytuację finansową i dobry związek, która po prostu nie czuje potrzeby powiększenia rodziny. Bez tej perspektywy można wysnuć z lektury wniosek, że bezdzietne mają po prostu jakiś „problem” do rozwiązania, traumę do przepracowania i gdyby tylko sobie z tym poradziły to na pewno chciałyby mieć dzieci.

Odniosłam wrażenie, że Katarzyna Tubylewicz nie do końca określiła jaką książkę chciałaby napisać, dlatego jak tekst już powstał to okazało się, że ani nie ma w nim zbyt wiele wypowiedzi ekspertów od demografii, psychologów czy socjologów (chociaż parę razy są przywoływani), ani pogłębionych rozmów z bezdzietnymi. Pojawiają się za to wtrącenia, że kultura popularna negatywnie przedstawia bezdzietność, bo Cruella de Mon ze "101 Dalmatyńczyków" nie ma dzieci. Natomiast chwilę później autorka przywołuje cytaty z wypowiedzi różnych polityków, którzy mniej lub bardziej nachalnie namawiali do rozmnażania. Dziwne to zestawienie, na dodatek bez komentarza autorki staje się tylko jakimś luźnym zbiorem obserwacji. Momentami czułam jakbym nie czytała reportażu tylko jakiś wpis na blogu albo w mediach społecznościowych. W mojej ocenie ta książka to niewykorzystany potencjał. Polecam ją osobom niemającym wcześniej styczności z tematem oraz nierozumiejącym, dlaczego wiele osób wybiera życie wolne od dzieci. Natomiast pozostali raczej nie dowiedzą się niczego nowego.

Książka Katarzyny Tubylewicz zwróciła moją uwagę jak tylko pojawiła się w zapowiedziach wydawniczych, ponieważ temat nieposiadania dzieci wywołuje kontrowersje w niektórych środowiskach, rozpalając internetowe dyskusje do czerwoności. Byłam więc ciekawa jak autorka podeszła do tego zagadnienia i jaką perspektywę przedstawi, zwłaszcza że opis obiecuje porównanie podejścia do...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Lata temu przeczytałam praktycznie wszystkie książki Agathy Christie i pokochałam jej twórczość do tego stopnia, że kryminał stał się moim ulubionym gatunkiem. Uwielbiam jej styl pisania, elegancję z jaką w powieściach dochodzi do zbrodni, a także przenikliwość umysłów genialnych bohaterów takich jak Panna Marple czy Herkules Poirot. Od dłuższego czasu noszę się z zamiarem ponownej lektury jej dzieł, ale wciąż odkładam to zadanie, obawiając się, że drugie spotkanie z ulubionymi historiami może nie być tak satysfakcjonujące jak za pierwszym razem. Postanowiłam zrobić mały eksperyment i na początek wybrałam zbiór opowiadań złożony z tekstów, które już wcześniej znalazły się w różnych tomach. Znajdziemy tu bowiem historie opublikowane m.in. w książkach takich jak „Wczesne sprawy Poirota, „Śledztwo na cztery ręce", „Detektywi w służbie miłości" czy „Poirot prowadzi śledztwo". Tytuł zbioru wskazuje, że wszystkie opowiadania powinny rozgrywać się w zimowej scenerii, ale w większości przypadków pora roku nie ma specjalnego znaczenia dla fabuły, więc ostrzegam, jeśli bardzo liczycie na zimową atmosferę.

Eksperyment zakończył się sukcesem, ponieważ z przyjemnością przeczytałam wszystkie opowiadania, mimo że krótka forma nie należy do moich ulubionych. Nie jestem zdziwiona, że najbardziej podobały mi się historie, w których pojawiają się moi faworyci, czyli wspomniani już Poirot i Panna Marple. Fajnie było wrócić do wtrąceń o małych szarych komórkach słynnego detektywa oraz niezwykle wyostrzonym zmyśle obserwacyjnym starszej pani, dzięki którym nawet najsprytniejszy morderca zostanie zdemaskowany. Szczególnie przypadło mi do gustu opowiadanie „Bombonierka, ponieważ okazuje się, że nawet Poirot może popełnić błąd. W pamięć zapadła mi również historia zatytułowana „Tajemnica Hunter’s Lodge", gdyż sprawę na miejscu prowadzi kapitan Hastings, ale zdalnie konsultuje się z Poirotem przechodzącym rekonwalescencję po przebytej grypie. Za pomocą telegramów i listów niezrównany Herkules udowadnia, że nie musi pojawić się osobiście na miejscu zbrodni, by rozwikłać zagadkę. Doceniam także „Azyl", w którym Panna Marple pomaga rozwiązać zagadkę śmierci pewnego mężczyzny w kościele.

Nie wszystkie opowiadania dotyczą spraw kryminalnych i te, w których nie chodzi o morderstwo podobały mi się najmniej. Nie zachwyciła mnie „Metamorfoza Edwarda Robinsona", ponieważ tytułowy bohater w ciągu jednej nocy odkrywa w sobie macho i odmieniony stawia się przed swoją pragmatyczną narzeczoną, narzucając nową dynamikę w ich relacji. Podobnie odebrałam również „Kłopoty nad Zatoką Pollensa", czyli historię o manipulacji i fortelu mającym sprawić, iż matka przychylnym okiem spojrzy na wybrankę syna. Obie te opowieści są krótkie i raczej miałkie, więc ani nie poznałam dobrze bohaterów, ani nie mogłam docenić bardzo prostych intryg. Na szczęście większość tekstów z tego zbioru zawiera charakterystyczne dla Christie motywy zbrodni z miłości, zazdrości lub dla pieniędzy dokonywanych za pomocą trucizn lub wyrafinowanych narzędzi zbrodni. Zabójcy często udają inne osoby, bawiąc się w przebieranki niczym aktorzy w teatrze, by zmylić policję, ale wiadomo, że te sztuczki nie zadziałają na genialnych śledczych. Zbrodnie zimową porą polecam oczywiście fanom twórczości Christie oraz wszystkim mającym ochotę poznać retro kryminały, w których zarówno konstrukcja fabuły, jak i język bardzo różnią się od współczesnych treści należących do tego gatunku.

Lata temu przeczytałam praktycznie wszystkie książki Agathy Christie i pokochałam jej twórczość do tego stopnia, że kryminał stał się moim ulubionym gatunkiem. Uwielbiam jej styl pisania, elegancję z jaką w powieściach dochodzi do zbrodni, a także przenikliwość umysłów genialnych bohaterów takich jak Panna Marple czy Herkules Poirot. Od dłuższego czasu noszę się z zamiarem...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

W trakcie przerwy świątecznej urządziłam sobie maraton wszystkich filmów z uniwersum "Gwiezdnych wojen" i taki rewatch zaowocował chęcią przeczytania jakiejś powieści osadzonej w tym świecie. Nie miałam pojęcia, że książek jest tak dużo, więc wybrałam trochę przypadkowo tytuł, który zachęcił mnie czasem akcji. Ta historia rozgrywa się bowiem około rok po wydarzeniach z "Wojen klonów", już po rozkazie 66, gdy Zakon Jedi został zniszczony. Główną bohaterką jest dawna padawanka Anakina Skywalkera, która ukrywa się od momentu, gdy władzę w galaktyce przejął Imperator. Ahsoka Tano przebywa na odległej planecie o nazwie Thabeska, pracując jako mechaniczka dla wpływowej rodziny. Kiedy roznosi się wieść, że przedstawiciele nowej władzy przybyli na spotkanie z klanem Fardich, Ahsoka uznaje, że natychmiast musi uciekać dalej. Trafia na Raadę – niewielki rolniczy księżyc, który nie powinien przyciągać niczyjej uwagi. Bohaterka poznaje nowych przyjaciół, powoli aklimatyzuje się, wierząc, że tym razem znalazła schronienie na dłużej. Marzenie niszczy pojawienie się armii imperialnej zamierzającej podbić Raadę. Tym razem Ahsoka postanawia stanąć walki, ryzykując zdemaskowaniem.

W trakcie lektury nie mogłam pozbyć się wrażenia, że jest to historia raczej dla młodzieży niż dorosłych czytelników, ponieważ autorka pisze w taki charakterystyczny, lekki sposób. Nie mamy do czynienia ani z rozbudowanym światem, ani z wieloma wątkami, a kreacja postaci jest raczej jednowymiarowa, więc przez tę historię tak gładko „przepłynęłam” i obawiam się, że nie zostanie w mojej pamięci na dłużej. Na pewno polubiłam główną bohaterkę, która została sportretowana jako odważna, inteligentna, kierująca się kodeksem moralnym Jedi, mimo że sama nie uważa się za wielką wojowniczkę. Widać, że Ahsoka jest dopiero na początku swojej drogi, ponieważ często wątpi w nabyte umiejętności, tęskni za mistrzem oraz innymi Jedi, a także nieco miota się, zastanawiając jak ułożyć sobie życie w tej nowej, trudnej rzeczywistości. Sympatyzowanie z bohaterką nie jest trudne, więc trzymałam kciuki za jej decyzje, mając nadzieję, że z każdej opresji wyjdzie obronną ręką.

Wartkiej akcji jest sporo chociaż nie rozpoczyna się ona od pierwszego rozdziału. Najpierw dostajemy opisy życia bohaterki na Thabesce, potem na Raadzie, a dopiero później mają miejsce wydarzenia związane ze stawianiem oporu szturmowcom. Autorka nie wrzuca postaci w jakieś epickie bitwy, raczej mamy do czynienia z taką wojną podjazdową, więc można poczuć lekki niedosyt i brak rozmachu w działaniach jakie podejmuje Ahsoka. Z drugiej jednak strony jej przyjaciele są rolnikami, a nie wyszkolonymi żołnierzami, więc ma to sens. Ponarzekam trochę na antagonistów, ponieważ nie wydają się tak przerażający jak powinni. Niby armia imperialna stanowi zagrożenie, jest jeszcze postać Inkwizytora śledzącego najmniejsze doniesienia o obecności Jedi, ale jakoś to wszystko nie wywołuje takich emocji na jakie liczyłam. Powieść polecam młodszym czytelnikom oraz osobom dopiero zaczynającym przygodę z uniwersum. Nie jestem znawczynią ani starego, ani nowego kanonu związanego z "Gwiezdnymi wojnami", ale nabrałam ochoty na więcej historii osadzonych w tym świecie. Ahsoka wydała mi się na tyle ciekawą postacią, że pewnie obejrzę serial o niej, a potem być może sięgnę po kolejne książki osadzone w tym świecie.

W trakcie przerwy świątecznej urządziłam sobie maraton wszystkich filmów z uniwersum "Gwiezdnych wojen" i taki rewatch zaowocował chęcią przeczytania jakiejś powieści osadzonej w tym świecie. Nie miałam pojęcia, że książek jest tak dużo, więc wybrałam trochę przypadkowo tytuł, który zachęcił mnie czasem akcji. Ta historia rozgrywa się bowiem około rok po wydarzeniach z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Nie jestem fanką powieści Freidy McFadden, ale sięgnęłam po "Wypadek", ponieważ książka znalazła się na liście nominowanych w plebiscycie Goodreads. Gwoli ścisłości dodam, że jeszcze dwa inne dzieła autorki również konkurowały o miano najlepszego thrillera, ale do tego tytułu przyciągnęła mnie zimowa sceneria. Lubię historie, w których bohaterowie zostają odcięci od świata przez pogodę albo zmagają się z żywiołami, więc wybór padł na opowieść o Tegan, która w ósmym miesiącu ciąży wybrała się w długą podróż samochodem, ale niestety nie dotarła do celu. Kobieta znajduje się w bardzo nieciekawej sytuacji finansowej i zawodowej, jej jedyną nadzieją jest zatrzymanie się na jakiś czas u brata. Wyrusza późnym popołudniem, ignorując ostrzeżenia o zbliżającej się śnieżycy, a na dodatek postawia zjechać z autostrady w nadziei, że skrót pozwoli jej nadrobić stracony czas. Jednak trudne warunki atmosferyczne oraz chwila nieuwagi powodują, że Tegan traci panowanie nad kierownicą i uderza w przydrożne drzewo. Kiedy odzyskuje przytomność, uświadamia sobie, że samochód absolutnie nie nadaje się do jazdy, a ona nie jest w stanie wydostać się z niego o własnych siłach. Niespodziewany ratunek nadciąga ze strony mężczyzny, który akurat przejeżdża obok. Hank zabiera Tegan do domu, obiecując, że jego żona zaopiekuje się nią do czasu aż pogoda się poprawi i będzie można pojechać do szpitala. Bohaterka z wdzięcznością przyjmuje pomoc, ale wkrótce przekonuje się, że nie jest ona bezinteresowna.

"Wypadek" to czwarta książka pisarki, którą miałam okazję poznać i niestety po raz kolejny autorka sięgnęła po znany schemat polegający na tym, że prawie wszystko, co jest podane na początku historii należy zakwestionować. U McFadden prawdziwe zagrożenie czyha ze strony teoretycznie pozytywnych bohaterów, a wskazani antagoniści tak naprawdę wcale nie mają niecnych zamiarów. Oczywiście to wszystko okazuje się w finale, gdy na ostatnich stronach następują zwroty akcji mające czytelnika zaskoczyć, wprawić w osłupienie i zapewne sprowokować do wniosku, że autorka tak genialnie obmyśliła intrygę, że nie dało się pewnych rzeczy przewidzieć. Moim zdaniem można z dużym wyprzedzeniem ocenić w jakim kierunku potoczy się historia, mając w pamięci wspomniany klucz, według którego McFadden pisze swoje książki. W tej powieści również tak jest, bo już po przeczytaniu 37% powieści zorientowałam się, że to nie Hank jest zagrożeniem dla głównej bohaterki, a jego żona Polly, która obsesyjnie pragnie dziecka. Wszystkie znaki na to wskazywały i jestem przekonana, że większość czytelników również rozgryzła tę zagadkę dosyć wcześnie. Tylko Tegan była zupełnie ślepa na to, co dzieje się dookoła niej. Obawiała się Hanka, bo był rosłym mężczyzną i miał brodę zasłaniającą pół twarzy (serio, to są jedyne argumenty). Do samego końca była przekonana, że on zmusza żonę do przetrzymywania Tegan w piwnicy, bo… tak, bo tak pasowało autorce do fabuły.

Wolałabym, żeby powieść dłużej potrzymała mnie w niepewności, kiedy zastanawiałabym się czy naprawdę coś grozi Tegan i jeśli tak to czy będzie chodziło o przemoc wobec niej ze strony obcego mężczyzny, czy może jednak wydarzy się coś innego. Skoro szybko zorientowałam się w czym rzecz to napięcie spadło i śledziłam akcję bez większych emocji. Byłam jedynie ciekawa kiedy do protagonistki dotrze powaga sytuacji, a także kiedy jedna z postaci zrzuci maskę, ujawniając swoje prawdziwe intencje. Zanim do tego dojdzie trzeba jednak wielokrotnie czytać o tym, że Tegan jest unieruchomiona, a ból nogi uniemożliwia jej nie tylko podjęcie jakiegoś działania, ale też racjonalne myślenie. Z jednej strony jest to zrozumiałe, ale z drugiej uważam, że trochę zbyt łatwo kobieta dała się zamknąć w tym domu, naiwnie licząc, że pomoc sama do niej przyjdzie. Na plus zapisuję natomiast fragmenty poświęcone rodzicielstwu, ponieważ to dzięki temu wątkowi można lepiej zrozumieć bohaterów. W powieści ścierają się różne perspektywy. Mamy kobietę, która desperacko pragnie dziecka i jest przekonana, że dałaby mu wszystko co najlepsze oraz kobietę kochająca swoją nienarodzoną córkę, ale przerażoną brakiem pracy i pieniędzy. Jest jeszcze mężczyzna również chcący zostać rodzicem, ale nie za wszelką cenę.

Oczywiście w samym zakończeniu pojawia się jeszcze kilka szokujących informacji, ale one nie mają sensu. Nagle okazuje się, że postać X jest najgorszą możliwą szumowiną, mimo że nic wcześniej na to nie wskazywało. Z kolei bohater Y to w sumie rycerz w lśniącej zbroi, który odmieni życie Tegan. Niestety brak logiki to specyfika pisarstwa McFadden, więc sięgając po jej książki trzeba się na to nastawić. Czy "Wypadek" ma jakieś zalety? Tak, podobał mi się sposób w jaki opisana została izolacja protagonistki. Z jednej strony śnieżyca i unieruchomienie spowodowane złamaną nogą, z drugiej dziwne małżeństwo, które niby jej pomaga, ale nie do końca tak jak Tegan by sobie życzyła. Powieść jest też napisana w bardzo prostym, lekkim stylu, więc można ją przeczytać w jeden wieczór.

Nie jestem fanką powieści Freidy McFadden, ale sięgnęłam po "Wypadek", ponieważ książka znalazła się na liście nominowanych w plebiscycie Goodreads. Gwoli ścisłości dodam, że jeszcze dwa inne dzieła autorki również konkurowały o miano najlepszego thrillera, ale do tego tytułu przyciągnęła mnie zimowa sceneria. Lubię historie, w których bohaterowie zostają odcięci od świata...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Przed sięgnięciem po tę książkę nie zdawałam sobie sprawy, że zaginięcia w samych tylko parkach narodowych i leśnych ostępach w USA to tak rozległy i wciąż niezbadany temat. Jon Billman podaje, że żadna amerykańska instytucja państwowa nie prowadzi statystyk, więc nie wiadomo dokładnie ile osób rocznie przepada bez wieści na tych terenach. Na dodatek każdy park narodowy rządzi się własnymi prawami i wcale nie jest oczywiste, kto powinien rozpocząć, a potem koordynować poszukiwania, jak długo będzie trwać akcja i jakie zasoby finansowe zostaną na ten cel przeznaczone. Kontekstem do tych zagadnień jest sprawa zaginięcia Jacoba Graya, który w 2017 roku przepadł na terenie Parku Narodowego Olympic w stanie Waszyngton. Dwudziestodwuletni mężczyzna porzucił rower w pobliżu wartkiej rzeki o nazwie Sol Duc i słuch po nim zaginął. Billman rekonstruuje wydarzenia sprzed lat, szczególnie podkreślając determinację ojca zaginionego, który sprzedał dom oraz dobrze prosperującą firmę budowlaną, by miesiącami, z narażeniem własnego zdrowia, przeczesywać leśną głuszę. Randy Gray nigdy nie stracił nadziei, wierząc, że sprowadzi syna do domu.

Początek reportażu daje nieco mylne sygnały w kwestii konstrukcji całości. Wydaje się, że autor będzie opisywał różne sprawy zaginięć, do których doszło na terenie parków narodowych, przy okazji zdradzając kulisy prowadzenia akcji poszukiwawczych. Wspomina bowiem o dość głośnej sprawie Amy Wroe Bechtel – młodej kobiety, która nigdy nie wróciła z joggingu w górach Wind River (Wyoming). Dość szybko opinia publiczna rzuciła podejrzenia na męża Amy, a cała sprawa przebiła się do przeróżnych podcastów true crime, mimo że Steve Bechtel nie został oskarżony i do dzisiaj utrzymuje, że jest niewinny. Okazuje się jednak, że Billman tylko raz poświęca obszerny fragment innej osobie niż Jacob Gray. Przez całą książkę powraca bowiem do sprawy zaginionego dwudziestodwulatka, średnio w co drugim rozdziale przybliżając okoliczności zniknięcia oraz różne niuanse związane z poszukiwaniami. W międzyczasie wspomina o innych wątkach takich jak działalność Davida Paulidesa – badacza zaginięć i pisarza przekonanego o istnieniu Wielkiej Stopy czy też trening psów tropiących prowadzony przez ekscentrycznego miłośnika rasy bloodhound.

Przyznam, że taka konstrukcja reportażu nie przypadła mi do gustu, ponieważ wprowadza chaos. W moim odczuciu dużo lepszym pomysłem byłoby poświęcenie całej książki na opisanie jednej sprawy albo przynajmniej podzielenie materiału, by historia Jacoba Graya stanowiła zamkniętą, wydzieloną część. Na dodatek autor pisze w chaotyczny sposób, zarzucając czytelnika mnóstwem nazw miejscowości, pasm górskich, dróg, rzek, podając nazwiska strażników pracujących w parkach, wolontariuszy czy policjantów koordynujących poszukiwania, przez co odniosłam wrażenie, że zostałam przytłoczona encyklopedycznymi informacjami pozbawionymi szerszego kontekstu. Podobnie wygląda to w rozdziałach, w których Billman koncentruje się na opisie poszukiwań prowadzonych przez Randy’ego Graya. Nie zawsze wiedziałam, dlaczego ojciec zaginionego wybiera się w konkretne miejsce ani co zamierza sprawdzić. Pod koniec miałam zresztą podejrzenia, że mężczyzna wędruje bardziej dla siebie, traktując poszukiwania jako sposób na przetrwanie tragedii oraz zapewniając cel trzymający go przy życiu.

Trudno bowiem poważnie traktować doniesienia o tym, że jakaś kobieta jest „karmicielką” kryptyd i może posiadać ważne informacje w sprawie Jacoba albo pogłoski, zgodnie z którymi zaginiony z pewnością przeszedł przez portal do innego wymiaru. A takie plotki Randy’emu tkwiły w głowie i wyruszał w drogę, by sprawdzić nawet najbardziej absurdalną i nierealistyczną teorię. O ile rozumiem rozpacz ojca, tak nie umiem usprawiedliwić zachowania Billmana, który nigdy jednoznacznie nie napisał, że teorie spiskowe oraz rzekome zjawiska nadprzyrodzone to stek bzdur zaciemniający sprawy zaginięć. Co więcej, autor deklaruje, że zaprzyjaźnił się z mężczyzną i wielokrotnie towarzyszył mu w tych bezsensownych wyprawach, więc oczekiwałabym głosu rozsądku z jego strony. Temat jaki został poruszony w reportażu uważam za szalenie istotny, ale zawiodło wykonanie. Ciekawiły mnie kulisy poszukiwań zaginionych, opisy biurokratycznej machinerii, które niejednokrotnie poważnie utrudniały całą akcję, a także niezrozumiałe decyzje władz poszczególnych parków narodowych. Autor niestety nie tłumaczy, dlaczego ekipy poszukiwawcze złożone z wolontariuszy nie zawsze otrzymują zezwolenie na działanie, albo z jakiego powodu zarządca konkretnego parku nie może zrobić wyjątku i np. zgodzić się, by użyto dronów do poszukiwań. Na pewno mnóstwo zależy od pieniędzy jakie dane hrabstwo może przeznaczyć na taką akcję, ale nie wiadomo czy tylko w tym tkwi problem.

Doceniam natomiast fragmenty, w których opisano jak trudne i wyczerpujące są poszukiwania prowadzone na terenie parków narodowych. Wydaje się, że współczesny człowiek jest otoczony nowoczesną technologią, więc trudno tak po prostu zniknąć skoro mamy na wyciągniecie ręki telefony, kamery, smart zegarki, GPS i szereg innych przydatnych urządzeń. A jednak zaginięcia bez wieści wciąż się zdarzają. Niektóre z nich brzmią szokująco i tajemniczo, ale za wiele przypadków odpowiada zwyczajne zagubienie się w terenie albo spotkanie na swojej drodze kogoś, kto ma złe zamiary. Przed lekturą tej książki nie miałam pojęcia, że tak dużo osób wędruje w poszukiwaniu siebie, jakiejś wyższej siły, życiowego celu. Zdaniem Billmana takie osoby są dużo bardziej podatne na zaginięcie, bo często nie myślą racjonalnie, podążając za przysłowiowym głosem serca, który czasem podszeptuje, by iść w góry bez odpowiedniego przygotowania, nie troszczyć się o prowiant i w ogóle nie zawracać sobie głowy przyziemnymi sprawami.

Przeglądając opinie na Goodreads, dotarłam do wielu postów krytykujących autora za jednostronne scharakteryzowanie Jacoba Graya jako niezrównoważonego młodego człowieka, który miał problemy psychiczne oraz brak zgody bliskich zaginionego na opisanie tej sprawy. Niektórzy wprost podają się za członków rodziny albo przyjaciół Grayów, pisząc, że Jon Billman myli fakty, przekręca kolejność wydarzeń, a przede wszystkim postępuje nieetycznie żerując na tragedii Jacoba. Nie jestem w stanie zweryfikować jaka jest prawda, ale w trakcie lektury też uderzył mnie brak komentarza innych członków rodziny niż Randy. Zupełnie tak jakby autor rozmawiał tylko z ojcem zaginionego. Mam mieszane uczucia w stosunku do tego reportażu. Spodziewałam się świetnej książki, niemalże pewniaka pod względem jakości, a dostałam chaotyczną treść, na dodatek dziwnie skręcającą w stronę pochwały teorii spiskowych i antynaukowych poglądów. Znalazłam tu ciekawe i ważne obserwacje, a także wątki, które w mojej ocenie warto dalej zgłębiać, ale nie wiem czy mogę ten tytuł polecić.

Przed sięgnięciem po tę książkę nie zdawałam sobie sprawy, że zaginięcia w samych tylko parkach narodowych i leśnych ostępach w USA to tak rozległy i wciąż niezbadany temat. Jon Billman podaje, że żadna amerykańska instytucja państwowa nie prowadzi statystyk, więc nie wiadomo dokładnie ile osób rocznie przepada bez wieści na tych terenach. Na dodatek każdy park narodowy...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Point Mettier to bardzo nietypowe miasteczko na Alasce, ponieważ niemal wszyscy mieszkańcy żyją w jednym budynku. Trudne warunki atmosferyczne, a także specyficzne położenie sprawiły, że prawie dwieście osób znalazło schronienie w ogromnym bloku nazywanym Dave-co. Do Point Mettier można dostać się drogą prowadzoną przez tunel, który zimą często zostaje zamknięty z powodu zbyt dużych opadów śniegu. Mieszkańcy są wówczas odcięci od świata i zdani jedynie na swoją zapobiegliwość oraz łaskę losu. Do tej nietypowej osady przyjeżdża detektyw Cara Kennedy, by zbadać sprawę odnalezionych przez grupę nastolatków ludzkich szczątków. Miejscowy szeryf najchętniej uznałby, że wyrzucone na brzeg dłoń oraz stopa należały do ofiary wypadku lub samobójcy, jednak koniec sezonu letniego nie pozwala na zrzucenie całej sprawy na przypadkowego turystę. Bohaterka ma też swoje prywatne powody, by sprawdzić, co dzieje się w miasteczku. Tuż po jej przybyciu następuje gwałtowne załamanie pogody. Cara zostaje uwięziona w Dave-co, więc zaczyna intensywnie drążyć sprawę, co zdaje się denerwować stałych lokatorów. Czyżby wiedzieli więcej niż zdradzili policji?

Wybrałam tę książkę ze względu na nietypowe miejsce akcji. Co ciekawe autorka wzorowała się na istniejącym mieście o nazwie Whittier, które położone jest w najdalszym punkcie Zatoki Księcia Williama na Alasce i większość ludzi naprawdę żyje w jednym budynku. W Begich Towers znajdują się nie tylko mieszkania, ale też szkoła, poczta, posterunek policji, kościół oraz sklepy, więc jest to dość intrygujące miejsce, mogące stać się inspiracją dla mrocznej historii kryminalnej. Najmocniejszym punktem powieści jest właśnie towarzysząca bohaterom atmosfera izolacji potęgująca zagrożenie. Wicher złowrogo hałasuje na zewnątrz, pada coraz więcej śniegu, poznani przez policjantkę mieszkańcy ewidentnie coś ukrywają, a jakby tego było mało autorka w pewnych momentach sugeruje, że wieżowiec może być nawiedzony. Słychać dziwne trzaski na korytarzach, a nastolatki odwiedzające częściowo zalane tunele pod budynkiem, zaczynają czuć się dziwnie nieswojo w tych wilgotnych, ciemnych przejściach. Podobały mi się horrorowe wstawki i chętnie poczytałabym więcej takich fragmentów, ale "Miasto pod jednym dachem" nie jest powieścią grozy, więc te wątki nie zostają rozwinięte.

Polubiłam głównych bohaterów i kibicowałam im nie tylko w rozwiązaniu zagadki kryminalnej, ale też uporządkowaniu własnych spraw. Cara mierzy się z trudną przeszłością, ponieważ przed rokiem straciła męża i syna. Lokalny policjant Joe Barkowski wydaje się bardzo zaangażowany w śledztwo, więc działa pomimo niechętnej postawy szeryfa. Jest jeszcze Lonnie – kobieta z niepełnosprawnością umysłową, dostrzegająca to, co umyka innym osobom, a także nastolatka o imieniu Amy, która odnalazła szczątki, a teraz najchętniej uciekłaby jak najdalej stąd, ponieważ nie chce zwracać na siebie uwagi policji. Każdy z bohaterów ma własne problemy, lęki oraz ukryte motywacje, co sugeruje, że wymienione postaci są w jakiś nieoczywisty sposób związane ze sprawą. Niestety Iris Yamashita pod koniec powieści jakby zmieniła zdanie w kwestii poprowadzenia kluczowych wątków. Przez długi czas wydaje się, że śmierć rozczłonkowanej ofiary łączy się z mieszkańcami Dave-co, ponieważ autorka wielokrotnie sugeruje, że do takiego miejsca przybywają ludzie chcący od czegoś uciec, często mający kłopoty z prawem albo kryminalną przeszłość. Jednak całe to budowanie napięcia przestaje mieć znaczenie, kiedy pojawia się wątek lokalnego gangu.

W finale mamy do czynienia z nieuzasadnionym rozlewem krwi, strzelaninami w tunelach oraz wyprawą do odległej wioski rzekomo opanowanej przez grupę przestępczą. W moim odczuciu nie ma to sensu. Miałam wrażenie jakby nagle połączono dwie różne historie, więc ostatecznie powieść oceniam jako średniaka z plusem. Ze względu na główną bohaterkę mogłabym pokusić się o lekturę drugiej części, ale chyba nie ma co liczyć, że "Village in the Dark" zostanie w Polsce wydane. W związku z tym pewnie odpuszczę, bo nie jestem aż tak zdeterminowana, by szukać tek książki w oryginale.

Point Mettier to bardzo nietypowe miasteczko na Alasce, ponieważ niemal wszyscy mieszkańcy żyją w jednym budynku. Trudne warunki atmosferyczne, a także specyficzne położenie sprawiły, że prawie dwieście osób znalazło schronienie w ogromnym bloku nazywanym Dave-co. Do Point Mettier można dostać się drogą prowadzoną przez tunel, który zimą często zostaje zamknięty z powodu...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Nabrałam ochoty na lekturę, wiedząc o tej książce bardzo niewiele i cieszę się, że nie zapoznałam się z opisem wydawcy, bo na okładce wszystko zostało wyłożone, więc w praktyce streszczono ¾ powieści. Wystarczy wiedzieć, że historia rozpoczyna się na lotnisku, kiedy mężczyzna spotyka swojego kolegę ze studiów. Wydaje mu się, że po przywitaniu i wymianie zdawkowych uprzejmości każdy rozejdzie się w swoją stronę, ale okazuje się, że odnoszący sukcesy zawodowe Jeff Cook ma ochotę nadrobić stracone lata. Zaprasza bohatera na drinka, zamieniając kilkugodzinne oczekiwanie na opóźniony samolot w spotkanie pełne zwierzeń z przeszłości. Jeff opowiada o tym jak tuż po studiach uratował życie pewnemu człowiekowi, wyciągając go nieprzytomnego z wody. To wydarzenie odmieniło również jego życie, ponieważ Jeff nabrał czegoś na kształt obsesji na punkcie ocalałego. Szukał z nim kontaktu, obserwował go, chcąc koniecznie dowiedzieć się jaką osobą jest uratowany przez niego mężczyzna. Z czasem ich relacja zaczęła być nieco mroczna, a Jeff zaczął kwestionować swój heroiczny czyn, zastanawiając się czy nie byłoby lepiej, gdyby pozwolił tamtemu umrzeć.

"Usta-usta" to książka z rodzaju tych, o których nie ma za wiele do powiedzenia. Spodziewałam się mrocznej, pełnej napięcia historii, a dostałam raczej obyczajową opowieść z pewnym twistem pod sam jej koniec. Nie jestem ani oczarowana, ani jakoś specjalnie wymęczona lekturą, więc oceniam ją jako typowego średniaka. Można przeczytać, ale można też zrezygnować na rzecz innego tytułu. Początek powieści jest intrygujący i konkretny. Podobało mi się zawiązanie akcji – dwóch facetów spotyka się na lotnisku po latach i jeden z nich decyduje się zdjąć ciężar ze swoich barków, niejako przerzucić tajemnicę na kogoś innego, wiedząc, że pewnie kolejny raz już się nie zobaczą. Lotniskowa poczekalnia zdaje się idealna do tego celu, ponieważ to taka przestrzeń pomiędzy. Czekając na swój samolot można udawać kogoś innego albo przeżyć coś na kształt oczyszczenia kiedy, tak jak Jeff, znajdziemy słuchacza, a potem jakby nigdy nic udamy się w podróż, dosłownie zostawiając problemy daleko za sobą.

Postawa Jeffa intrygowała mnie do pewnego momentu, ponieważ zastanawiałam się o co mu naprawdę chodzi i dlaczego tak go interesuje ten facet. Zachował się po bohatersku, uratował człowiekowi życie, a jednak traktował to wydarzenie w jakiś dziwny sposób. Później niestety moje zaciekawienie znacząco się zmniejszyło, bo historia obrała dość przewidywalny kierunek. Na dodatek pojawił się wątek związany ze światem sztuki, a nie przepadam za tematyką wystaw, rywalizacji pomiędzy artystami czy też opisami kolekcjonowania obrazów i rozważań czy dane dzieło ma coś w sobie, czy po prostu wypada je mieć, bo wszyscy „znawcy” tak mówią. Główną refleksją przebijającą z powieści jest namysł nad kolejami losu i decyzjami, które podejmujemy. Czy zachowujemy się w określony sposób, bo „tak trzeba”, czy bezinteresownie komuś pomagamy? A może mniej lub bardziej świadomie kalkulujemy i postępujemy tak, by pozornie altruistyczny odruch zamienić w korzyść dla siebie?

Bohater, któremu Jeff wszystko opowiada jest absolutnie drugoplanowy. Nie wiadomo o nim nic ponad to, że jego kariera pisarska stoi w miejscu. Trochę szkoda, chociaż rozumiem, że taki był zamysł autora. Całość można przeczytać w jeden wieczór, do czego zachęca też płynny, wciągający styl w jakim pisze Antoine Wilson. "Usta-usta" to nie jest książka, która rzuca na kolana, ale jeśli poczuliście się zaintrygowani to może warto sięgnąć.

Nabrałam ochoty na lekturę, wiedząc o tej książce bardzo niewiele i cieszę się, że nie zapoznałam się z opisem wydawcy, bo na okładce wszystko zostało wyłożone, więc w praktyce streszczono ¾ powieści. Wystarczy wiedzieć, że historia rozpoczyna się na lotnisku, kiedy mężczyzna spotyka swojego kolegę ze studiów. Wydaje mu się, że po przywitaniu i wymianie zdawkowych...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Emma to bardzo zapracowana i zabiegana agentka literacka. Od wczesnego rana do późnej nocy jest zaangażowana w spotkania redaktorskie, rozmowy z autorami, odpowiadanie na setki maili oraz wiadomości w mediach społecznościowych i komunikatorach, a także gaszenie wizerunkowych pożarów co bardziej nieznośnych pisarzy. Musi też nadskakiwać kapryśnej szefowej, niedostrzegającej jak dobrą pracownicę ma w swojej firmie. Przez ten cały zawodowy kołowrotek cierpi rodzina bohaterki, zwłaszcza że Emma dokłada sobie jeszcze mnóstwo dodatkowych obowiązków, udzielając się w szkole, do której chodzą jej dzieci oraz pomagając sąsiadom. Na pierwszy rzut oka poniedziałek 3 grudnia jest takim samym dniem roboczym jak zawsze. Emma wraca z pracy padnięta, myśli jeszcze o wieczornym spotkaniu online z amerykańskim wydawcą, ale zupełnie zapomina o rocznicy. Wiele lat temu to ona zaproponowała, by razem z Danem świętowali dzień poznania się, wymieniając listy opisujące miniony rok spędzony razem. Niestety to nie pierwszy raz kiedy Emma nie pamięta o specjalnym dniu, więc gdy Dan orientuje się, że jego żonie rocznica znów wyleciała z głowy, wybucha kłótnia. W końcu zdenerwowany wychodzi z domu i… zostaje śmiertelnie potrącony przez samochód. Zrozpaczonej kobiecie w jednej chwili wali się świat, ale kiedy budzi się następnego ranka okazuje się, że Dan jest cały i zdrowy. Jak to możliwe? Jeden rzut oka na telefon wszystko wyjaśnia, znowu jest 3 grudnia. Czy Dan dostał drugą szanse? Czy Emma może go ocalić?

Jeśli pomyśleliście teraz, że "Może następnym razem" to przewidywalna i łzawa historia, macie rację, ale śpieszę donieść, że i tak warto ją przeczytać. Lubię książki, w których bohaterowie zostają uwięzieni w pętli czasu i muszą w kółko przeżywać ten sam dzień, by coś zrozumieć oraz odebrać lekcję od losu, mimo że zazwyczaj są to schematyczne opowieści. Nie inaczej jest w tym przypadku, ponieważ Emma zaczyna od wprowadzenia zmian w harmonogramie dnia, które zapewne większości z nas też przyszłyby do głowy. Nie zdradzę jaki skutek odnoszą jej starania, ale autorce udało się oddać całą paletę emocji towarzyszących głównej bohaterce, przez co w napięciu śledziłam wszystkie wydarzenia. Gdzieś z tyłu głowy kołatała myśl, że przecież to nie może być tak proste i nie wystarczy, by Emma została w domu, spędziła popołudnie z dziećmi, a wieczorem celebrowała rocznicową kolację, ale i tak za każdym razem trzymałam kciuki, mając nadzieję, że w końcu uda jej się przeżyć dzień we właściwy sposób. Cesca Major potrafi pisać tak, żeby wiarygodnie ukazać protagonistkę w różnych stanach emocjonalnych. Towarzyszymy Emmie w rozpaczy, widząc ją pogrążoną w żałobie i przygniecioną tragicznymi wydarzeniami, ale też obserwujemy radość oraz szczęście jakie daje kolejny dzień spędzony z rodziną. Mamy też okazję podziwiać jak kobieta podejmuje decyzje dotyczące jej kariery, stawiając na swoim i po raz pierwszy od lat robiąc to, w co naprawdę wierzy.

Podobał mi się sposób w jaki autorka przedstawiła bohaterów, ponieważ w mojej ocenie udało jej się oddać prozę życia bez banałów, a także ustrzec się przed zero-jedynkową kreacją postaci. Łatwo byłoby opisać Emmę jako zimną karierowiczkę, mającą w nosie męża i dzieci, a Dana sportretować jako chodzący ideał, który został odtrącony przez własną żonę. Autorka na szczęście nie poszła tą drogą, budując bardziej złożone charaktery. Polubiłam żywiołową i energiczną Emmę, rozumiejąc, że trochę się pogubiła w codzienności, zwłaszcza że presja nakładana na współczesne kobiety, które muszą mieć świetną pracę, zadbany dom, udany związek oraz urocze dzieci i jeszcze psa do kompletu, nie pomaga w znalezieniu balansu. W moich oczach czasami każdy z nas jest Emmą. Nie siadamy z bliskimi do posiłku, bo musimy jeszcze odpowiedzieć na maile z pracy; nie spędzamy wspólne weekendu, bo trzeba przygotować się do wygłoszenia prezentacji na poniedziałkowym spotkaniu. Wymieniamy z partnerem szereg wiadomości, ale nie rozmawiamy tak naprawdę, wierząc, że przecież zrozumie, ponieważ nie kieruje nami brak miłości tylko codzienne zabieganie. Jeszcze tylko jeden projekt i będziemy mieć więcej czasu, jeszcze tylko przemęczymy się przez ten tydzień, miesiąc, rok, a później już wszystko się zmieni na lepsze. Tylko, co jeśli tego wspólnego czasu w przyszłości nie mamy? Oczywiście jest w tej książce nieco moralizatorskiego tonu, ale powiedziałabym, że w rozsądnej dawce.

Pozytywnie oceniam też przewijające się przez całą książkę listy, które Dan pisał do Emmy z okazji kolejnych rocznic. Dzięki nim zyskujemy retrospektywny wgląd w historię ich związku, dowiadując się, że przeżyli już kryzys i Dan również doświadczył przełomowego momentu w swoim życiu. Zakończenie uważam za dobre. Spodziewałam się, że finał musi taki być, a autorka dodatkowo wplotła ładny wątek, będący taką klamrą nadającą wydarzeniom sens. Cesca Major napisała powieść o docenianiu każdego dnia, zatrzymaniu się w pędzie zgotowanym przez pracę i milion dodatkowych obowiązków, by zastanowić się, co jest ważne i czemu warto poświęcić najwięcej energii. Historia jest wzruszająca, słodko-gorzka jak samo życie, ale momentami również zabawna i podnosząca na duchu. Czy skłania do banalnych refleksji? Trochę tak, ale nie przeszkadzało mi to. Sama jestem zaskoczona jak bardzo mi się ta książka podobała i jak mocno na mnie podziałała. Ostatnio rzadko mam okazję doświadczyć takich emocji, więc cieszę się udaną lekturą i mam nadzieję, że inne książki autorki również ukażą się na naszym rynku.

PS Minus dla wydawnictwa, które chyba zapomniało o korekcie, liczba literówek i błędów jest przytłaczająca.

Emma to bardzo zapracowana i zabiegana agentka literacka. Od wczesnego rana do późnej nocy jest zaangażowana w spotkania redaktorskie, rozmowy z autorami, odpowiadanie na setki maili oraz wiadomości w mediach społecznościowych i komunikatorach, a także gaszenie wizerunkowych pożarów co bardziej nieznośnych pisarzy. Musi też nadskakiwać kapryśnej szefowej, niedostrzegającej...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Myśl o tym, by zejść głęboko pod wodę wywołuje we mnie wyłącznie przerażenie. Nie ciekawość, nie fascynację, nie chęć doświadczenia czegoś niesamowitego, ale czysty lęk i przekonanie, że nigdy w życiu nie chciałabym znaleźć się na miejscu bohaterów tej książki. Ellen Brooke wraz z pięcioma innymi nurkami głębinowymi przez najbliższy miesiąc będzie przebywać w klaustrofobicznej komorze ciśnieniowej wiszącej nad dnem Morza Północnego. Ich zadaniem jest konserwacja i naprawa platformy wiertniczej, więc do bardzo trudnych warunków mieszkalnych dochodzi także wyczerpująca praca fizyczna. Życie całej szóstki uzależnione jest od tego, co dzieje się na statku nad nimi, ponieważ to tam znajduje się centrum dowodzenia. Do kabiny pompowana jest specjalna mieszanka powietrza, dostarczana żywność oraz przedmioty codziennego użytku. Nurkowie znajdują się nieustannie pod obserwacją i są w stałym kontakcie z ekipą techniczną oraz przełożonym decydującym o zakresie prac jakie każdego dnia mają wykonać. Początkowo wszystko idzie zgodnie z planem. Ellen obejmuje pierwszą zmianę i na kilka godzin schodzi na dno. Jednak po powrocie dowiaduje się, że jeden z jej kolegów nie żyje. Mężczyzna został znaleziony na swojej koi martwy, ale nikt nie potrafi powiedzieć, co się stało. Misja zostaje przerwana, nurkowie wrócą na powierzchnię za kilka dni, gdy przejdą proces dekompresji. Niestety w tym czasie umiera kolejna osoba, co sprawia, że w zespole narasta atmosfera niepewności oraz podejrzliwości.

Opis fabuły sugeruje, że ta powieść to strzał w dziesiątkę. Mamy klasyczną zagadkę zamkniętego pokoju, bardzo klaustrofobiczną przestrzeń oraz kontekst, który dosłownie wywołuje ciarki na skórze. Niestety dobry pomysł to nie wszystko i z przykrością muszę przyznać, że znów będę głównie narzekać. Zacznę jednak od tego, co mi się w książce podobało. Doceniam szczegółowe opisy pracy nurków głębinowych oraz wyjaśnienie specyfiki przebywania pod wodą przez tak długi czas. Nie potrafię ocenić na ile to fikcja literacka, a na ile naprawdę ludzie żyją tygodniami w tak trudnych warunkach, ale ten wątek wywarł na mnie duże wrażenie. Wyobrażałam sobie sześcioro dorosłych ludzi stłoczonych w kabinie, których rytm dobowy odmierzają kolejne zmiany oraz przerwy na posiłki i sen. Z oczywistych względów ta praca nie jest dla każdego. Nurek musi charakteryzować się niemalże żelaznym zdrowiem oraz przejść szkolenie medyczne pomagające poradzić sobie z najpowszechniejszymi dolegliwościami. Musi mieć również twarda psychikę, ponieważ dyscyplina i opanowanie stanowią klucz do przeżycia. Nieważne, co dzieje się na powierzchni, w kabinie obowiązuje niemalże osobne prawo nakazujące określone zachowania. Jeśli ktoś się temu przeciwstawi, może wystawić życie innych osób na niebezpieczeństwo. Dlatego nie ma mowy o indywidualnym podejściu oraz uleganiu emocjom.

Liczyłam na więcej opisów podwodnego świata przy okazji zejść w głębiny, ale w zasadzie otrzymałam tylko jedną taką scenę, ponieważ główna bohaterka schodzi na dno raz, a potem zapada decyzja o wynurzeniu i kilkudniowej dekompresji, w czasie której akcja rozgrywa się wyłącznie w kabinie ciśnieniowej. I tutaj dochodzimy do pierwszego poważnego zarzutu w stosunku do książki, czyli nudy oraz powtarzalności. Przez ¾ powieści czytamy w zasadzie ciągle o tym samym. Kiedy ktoś z zespołu umiera, pozostałe osoby muszą pobrać próbki z ciała do badania, a potem odpowiednio zabezpieczyć zwłoki. Następnie nurkowie pogrążają się w apatii lub dzielą się swoimi doświadczeniami z przeszłości, wspominając trudne wyprawy albo pobyt w wojsku. Co jakiś czas pojawia się informacja, że w kabinie jest niezwykle ciasno, a wszystkie powierzchnie trzeba dokładnie czyścić, żeby nie rozwijały się bakterie. Sądzę, że schemat mógłby działać, gdyby autorowi udało się wzbudzić zainteresowanie bohaterami. Niestety to też zawiodło, dlatego kolejne zgony nie wywołują szczególnego wrażenia. Chciałam zżyć się z nurkami, poznać każdego, żeby ich śmierć nie była mi obojętna, ale nie udało się. Poza Ellen w kabinie jest pięciu facetów, którzy zlewają się w jakąś szarą masę papierowych postaci. Nie zapamiętałam, który jest doświadczony, który służył w armii, a który ma cztery córki i jest małomówny. Nie pomagał fakt, że oprócz ich imion autor wprowadził także pseudonimy, więc gdzieś w połowie odpuściłam próbę rozszyfrowania kto jest kim.

Byłam zaciekawiona rozwiązaniem zagadki, więc główkowałam jak to możliwe, że kolejne osoby w zasadzie padają trupem bez powodu. Will Dean nie zostawia czytelnikowi zbyt wielu wskazówek, co sprawia, że im bliżej końca opowieści byłam, tym bardziej obawiałam się, że trafiłam na kolejną historię, w której główna bohaterka i narratorka okaże się morderczynią. Zakończenie jest rozczarowujące. Głównie dlatego, że nie zostaje jednoznacznie rozstrzygnięte, kto odpowiada za śmierć nurków. Jeśli przyjmiemy wersję oficjalną, że to André podał kolegom truciznę, nie wiemy co nim kierowało. Jedynym wytłumaczeniem byłaby jakaś psychopatyczna skłonność, która nagle obudziła się w mężczyźnie. Natomiast w mojej ocenie dużo więcej poszlak wskazuje na Ellen. Bohaterka zmaga się z natrętnymi myślami; wewnętrznym głosem podpowiadającym jej już od dzieciństwa, żeby robiła złe rzeczy. Ona teoretycznie panuje nad tymi impulsami i wszystkie scenariusze morderstw zostają rzekomo w sferze jej fantazji, ale w finale zostało to przedstawione tak jakby kobieta jednak miała coś na sumieniu. Mniej więcej w połowie historii dowiadujemy się także, że kilka lat temu przeżyła rodzinną tragedię, gdyż jej mąż i dzieci zginęli w wypadku samochodowym. W zakończeniu pojawia się też sugestia, że to ona celowo uszkodziła auto, doprowadzając do śmierci bliskich. Dlaczego? Nie wiadomo. To wszystko jest tak rzucone na ostatnich stronach, bez podania motywacji, bez wyjaśnienia dlaczego protagonistka miałaby dopuścić się tych wszystkich rzeczy i czym zawinili jej współpracownicy.

"W głębinie" ma swoje plusy, ale też ma sporo rozwiązań, które zupełnie mnie nie przekonały i to zaważyło na ocenie. Opowieść zaczęła się intrygująco, zwiastując klaustrofobiczny kryminał z ciekawie poprowadzoną intrygą, a skończyła się rozczarowująco jako kolejna historia z nieprzemyślanym zwrotem akcji, o której można zapomnieć zaraz po skończonej lekturze.

Myśl o tym, by zejść głęboko pod wodę wywołuje we mnie wyłącznie przerażenie. Nie ciekawość, nie fascynację, nie chęć doświadczenia czegoś niesamowitego, ale czysty lęk i przekonanie, że nigdy w życiu nie chciałabym znaleźć się na miejscu bohaterów tej książki. Ellen Brooke wraz z pięcioma innymi nurkami głębinowymi przez najbliższy miesiąc będzie przebywać w...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Co to będzie? Krótki przewodnik po końcach świata Wojciech Brzeziński, Agata Kaźmierska
Ocena 6,8
Co to będzie? Krótki przewodnik po końcach świata Wojciech Brzeziński, Agata Kaźmierska

Na półkach: , , ,

Sięgając po tę książkę spodziewałam się lekkiego, humorystycznego, ale przy tym ciekawego i napakowanego wiedzą opisu scenariuszy wieszczących koniec naszej cywilizacji. Autorzy przypominają, że apokaliptycznie wizje pojawiały się od zarania dziejów, więc warto przyjrzeć się niektórym z nich bliżej, by ocenić czy mają potencjał do realizacji. Omówiono kilkanaście prawdopodobnych „końców świata” wywołanych między innymi przez przypadkowo zrzuconą bombę atomową, zmiany klimatyczne, śmiercionośne wirusy, bunt sztucznej inteligencji czy kosmiczne zawirowania takie jak zmiana orbity przez naszą planetę. Brzmi to wszystko nieźle i rozpoczynając lekturę byłam pozytywnie nastawiona na poznanie popularnonaukowej publikacji, która pod płaszczykiem humoru przemyca cenne informacje, ale w praktyce książka okazała się raczej rozczarowaniem.

Zaliczyłam zonka już na samym początku, kiedy przeczytałam, że autorzy składają podziękowania wymienionym z imienia i nazwiska naukowcom, ale także… czatowi GPT. „Podziękowania zechce także przyjąć ChatGPT i zależy nam, by w szczególności w wydaniu cyfrowym zostało to odnotowane” (s. 7 na czytniku, rozdział „Wstęp”). Być może to ma być humorystyczna wstawka, być może takie podziękowania o niczym nie świadczą, ale jednak zapaliła mi się czerwona lampka podejrzliwości, że publikacja nie jest do końca autorskim projektem Agaty Kaźmierskiej i Wojciecha Brzezińskiego. Postanowiłam zatem wyrywkowo prześledzić źródła jakie zostają wymienione. Faktycznie jest ich bardzo dużo, spis bibliograficzny zajmuje około 15% ebooka, więc można pomyśleć, że ktoś odwalił kawał dobrej roboty researcherskiej. Nie znalazłam żadnego fałszywego odnośnika, więc mam nadzieję, że autorzy podeszli do swojej pracy rzetelnie, ale wątpliwość budzi wpisanie we wszystkich przypisach odnoszących się do źródeł internetowych daty dostępu 18 lub 19 kwietnia 2025. Data dostępu sugeruje, że danego dnia ktoś trafił na konkretną stronę internetową i postanowił wykorzystać ją w bibliografii. Mam zatem przyjąć, że autorzy napisali książkę w dwa dni? Raczej to jest średnio możliwe. Czy zatem doklejali część źródeł na ostatnią chwilę, korzystając z AI? Nie wiem, ale takie mam podejrzenia, zwłaszcza że o czacie wspominają tylko raz (oprócz wstępu), przyznając, że podpowiedział im jakiej metafory użyć do opisania jednego ze skomplikowanych zjawisk. Skąd więc te podziękowania?

Zostawiając jednak tę kwestię, muszę wspomnieć, że treść poszczególnych rozdziałów nie zachwyca. Da się wyłowić z nich ciekawostki, a czasami nawet trochę bardziej rozległą wiedzę, ale wszystkie potencjalne „apokalipsy” są opisane bardzo pobieżnie. Pojawia się sporo informacji faktograficznych, trochę odniesień do historii i wydarzeń, które w przeszłości mogły poskutkować końcem świata, ale w ogólnym rozrachunku książka nie jest zbyt porywająca. Być może zawiniła forma, bo jednak trudno upchnąć w krótkich rozdziałach tyle treści, by zarysować zagadnienie, nieco je pogłębić, a potem jeszcze odpowiedzieć na pytanie czy coś możemy zrobić na wypadek, gdyby doszło do któregoś z hipotetycznych scenariuszy. Za najciekawszy rozdział uważam ten poświęcony koronalnym wyrzutom masy (z korony słonecznej) mogącym spowodować uszkodzenia łączności radiowej i satelitarnej. Jeśli przytrafiłby się naprawdę silny wybuch i na dodatek skierowany w stronę Ziemi to w mgnieniu oka moglibyśmy bezpowrotnie stracić całą infrastrukturę elektryczną. Dla mnie to jeden z najbardziej przerażających scenariuszy apokalipsy, ponieważ zakłada upadek infrastruktury medycznej, przerwę w dostawach żywności, brak bieżącej wody oraz ogrzewania, a na to nie jest gotowy żaden współczesny człowiek.

Nie potrafię określić do kogo ta publikacja jest skierowana. Chyba do laików, którzy nie mieli okazji poczytać o różnych naukowych scenariuszach końca świata i być może po raz pierwszy zetkną się z informacją o grzybie potrafiącym niejako kierować swoją ofiarą czy nieznanych wirusach kryjących się w wiecznej zmarzlinie. Chciałabym pochwalić autorów za humorystyczne wstawki, ale też nie do końca mogę to zrobić, bo czułam, że większość z tych żartów jest wymuszona i zamiast pomagać w odbiorze trudnych tematów, spłyca cały przekaz.

Sięgając po tę książkę spodziewałam się lekkiego, humorystycznego, ale przy tym ciekawego i napakowanego wiedzą opisu scenariuszy wieszczących koniec naszej cywilizacji. Autorzy przypominają, że apokaliptycznie wizje pojawiały się od zarania dziejów, więc warto przyjrzeć się niektórym z nich bliżej, by ocenić czy mają potencjał do realizacji. Omówiono kilkanaście...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Margaret i Hal zawsze chcieli mieć dom na własność. Ich życie potoczyło się tak, że przez wiele lat przenosili się z miejsca na miejsce, zaliczając wynajęte mieszkania oraz niewielkie domy, ale oboje pragnęli osiąść gdzieś na stałe. Kiedy ich córka Katherine dorosła i wyprowadziła się na studia, wydaje się, że los wreszcie się do nich uśmiechnął. Margaret trafia w gazecie na ogłoszenie o sprzedaży przepięknej wiktoriańskiej posiadłości. Dom jest duży, położony na uboczu i nawet nie wymaga specjalnego remontu. Cena również jest atrakcyjna, więc bohaterowie bez wahania decydują się go kupić. Wprawdzie agentka nieruchomości coś wspominała o tajemniczych zgonach, do których doszło na przestrzeni dekad i wyraźnie było widać, że nie czuje się komfortowo w konkretnych pomieszczeniach, ale Margaret i Hal zupełnie to ignorują, zauroczeni wizją posiadania rezydencji. Kilka miesięcy później przekonują się, że dom od dawna jest zamieszkany przez coś, co każdego września potępieńczo wyje, przestawia meble, a w skrajnych sytuacjach atakuje mieszkańców. Na dodatek co roku o tej porze ściany na piętrze spływają krwią. Zaczyna się od kilku kropli, ale pod koniec miesiąca krew leje się już strumieniem na parter. Po czterech latach Hal ma dość i odchodzi. Nie kontaktuje się z Margaret, nie odbiera telefonów od Katherine, więc zmartwiona kobieta przyjeżdża do domu rodziców, by pomóc w poszukiwaniach. Pech chce, że właśnie zaczął się wrzesień i spirala paranormalnych wydarzeń każdego dnia nakręca się coraz bardziej.

"We wrześniu ściany" krwawią to udana powieść grozy, łącząca wątki paranormalne z tymi dotyczącymi przemocy domowej oraz życia z osobą uzależnioną od alkoholu. Początkowo wydaje się, że autorka sięgnęła po sprawdzony zabieg pozwalający czytelnikowi niejako wybrać czy bardziej przekonuje go opowieść o duchach nawiedzających wiktoriańską posiadłość, czy jednak skłania się ku racjonalnej interpretacji zakładającej choroby psychiczne oraz zemstę osoby latami znoszącej przemoc fizyczną i psychiczną. W zakończeniu jednak okazuje się, że Carissa Orlando zajęła jednoznaczne stanowisko, sprawiające, że książka jest rasowym horrorem. Mnie taki zabieg bardzo odpowiadał i doceniam fakt, że w centrum wydarzeń znajdują się właśnie wszystkie nadprzyrodzone sytuacje, których doświadczają Margaret i Hal.

Zazwyczaj w tego typu historiach akcja rozpoczyna się w momencie, gdy bohaterowie wprowadzają się do nowego domu i zauważają jakieś anomalie lub osobliwości. Najpierw to nic wielkiego, więc łatwo sobie wytłumaczyć te przeżycia stresem i przemęczeniem, ale z czasem nadprzyrodzone moce intensyfikują swoje działania do tego stopnia, że trudno je ignorować. Natomiast w tej powieści poznajemy bohaterów już zmagających się z intensywną fazą. O Halu wiemy niewiele, ale Margaret zdaje się w przedziwny sposób pogodzona z rzeczywistością. Uważa, że można się przyzwyczaić do życia z duchami, a względny sposób zapewni przestrzeganie kilku zasad. Katherine na razie nie jest niczego świadoma, ale to kwestia czasu, zwłaszcza gdy zacznie drążyć sprawę zniknięcia ojca. Na początku byłam lekko rozczarowana, że autorka niejako wyłamała się ze schematu, ale ostatecznie uważam, że wyszło to opowieści na dobre. Dostałam bowiem historię z klasycznym motywem nawiedzonego domu, ale zrealizowaną w trochę innym stylu niż to, co czytałam do tej pory.

Autorka nie epatuje scenami gore, ale też nie unika ich, więc w kluczowych momentach można sobie zafundować dawkę makabrycznych wrażeń. Opisy są na tyle sugestywne, że bez trudu wyobraziłam sobie zarówno to jak wyglądają duchy, jak i efekt ich ingerencji w rzeczywistość. Mamy zabite deskami drzwi do piwnicy, milczące duchy dzieci, złowieszcze zjawy zamieszkujące konkretne pokoje, ale też nieszkodliwą gosposię, która od stu lat proponuje wszystkim filiżankę świeżo zaparzonej herbaty. Pierwsza część książki jest dość spokojna, ale w drugiej napięcie rośnie naprawdę szybko i wydaje się, że dla bohaterów nie ma już żądnego ratunku. Podobała mi się również kreacja głównej bohaterki, ponieważ Margaret różni się od typowych protagonistek z horrorów. W zetknięciu z realnymi problemami nie jest specjalnie przebojowa, ale w kontakcie z nadprzyrodzonymi istotami nie traci głowy. To nie jest delikatna mimoza, która na widok ducha padnie zemdlona albo z krzykiem opuści dom. Ona będzie próbowała dostosować się do panujących warunków, a jak się nie uda to będzie walczyć do upadłego.

W tle przewija się jeszcze śledztwo w sprawie zaginięcia Hala i ten wątek również został dobrze poprowadzony. Na dodatek wizyty policji ciekawie kontrastują ze wszystkimi nadnaturalnymi zdarzeniami. W końcu jak ukryć przed funkcjonariuszami to, że duchy hałasują na piętrze i jak wytłumaczyć fakt, że w tym domu nie schodzi się do piwnicy? Nie przekonała mnie jedynie kreacja Katherine, która przez większą cześć historii przeklina i wykłóca się z matką. Teoretycznie jest wyjaśnione skąd bierze się jej nastawienie oraz trudna relacja z rodzicami, ale w praktyce kobieta zachowuje się wciąż jak nastolatka tupiąca nogą, kiedy coś jej się nie spodoba. Podsumowując, "We wrześniu ściany krwawią" to powieść grozy, którą mogę polecić z czystym sumieniem. Mamy przerażające zjawy, tajemnicę z przeszłości związaną z wiktoriańskim domem, realne problemy głównych bohaterów wpływające na ich zachowania oraz porządną dawkę makabry i prawdziwie niepokojące sceny. Z niecierpliwością czekam na kolejne książki autorki.

Margaret i Hal zawsze chcieli mieć dom na własność. Ich życie potoczyło się tak, że przez wiele lat przenosili się z miejsca na miejsce, zaliczając wynajęte mieszkania oraz niewielkie domy, ale oboje pragnęli osiąść gdzieś na stałe. Kiedy ich córka Katherine dorosła i wyprowadziła się na studia, wydaje się, że los wreszcie się do nich uśmiechnął. Margaret trafia w gazecie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to