Zraniona kraina

Okładka książki Zraniona kraina
Stephen R. Donaldson Wydawnictwo: Zysk i S-ka Cykl: Drugie Kroniki Thomasa Covenanta (tom 1) fantasy, science fiction
223 str. 3 godz. 43 min.
Kategoria:
fantasy, science fiction
Format:
papier
Cykl:
Drugie Kroniki Thomasa Covenanta (tom 1)
Tytuł oryginału:
The Wounded Land
Data wydania:
1995-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1995-01-01
Data 1. wydania:
1980-01-01
Liczba stron:
223
Czas czytania
3 godz. 43 min.
Język:
polski
ISBN:
837150439X
Tłumacz:
Michał Jakuszewski
Średnia ocen

                6,9 6,9 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Zraniona kraina w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Zraniona kraina

Średnia ocen
6,9 / 10
38 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
761
729

Na półkach: , ,

W Drugich Kronikach Thomasa Covenanta uduchowiona high fantasy, znana z pierwszej trylogii, spotyka się z klimatem post-apo i dużą dawką elementów horroru, z iście piorunującym efektem. Nie sposób się oderwać od lektury !

+

Covenant, wraz z towarzyszącą mu lekarką, Linden Avery, powraca do Krainy po upływie 4000 lat. Nie przypomina ona jednak w niczym bajkowego miejsca z poprzednich przygód. Wisi nad nią klątwa Słonecznicy (Sunbane), dziwacznej, strasznej anomalii magiczno-pogodowej. Na jej skutek ziemię nachodzą, w parodniowych odstępach, różne stadia - suszy, ulewnych deszczy, plag i chorób oraz płodności roślin. Każdy człowiek, który w momencie wschodu słońca nie będzie stał na kamiennym podłożu zmienia się w zniekształconego, przerażającego potwora.
By móc jakoś utrzymać ludzi życiu, specjalni kapłani (skalennicy_ wykrwawiają co jakiś czas ludzkie ofiary - tylko bowiem ludzka krew pozwala na tyle odmienić warunki klątwy, by móc uprawiać niezbędne do życia rośliny.
Covenant wraz z dr Avery po tym, jak umykają z Mithil Stonedown przed złożeniem w ofierze, ruszają starym (znanym już z pierwszej trylogii szlakiem do Revelstone, by tam stanąć przed Clave (takim niby-rządem, który zastąpił znaną do tej pory Radę Lordów).
Podczas jednej z przygód Covenant zostaje zarażony jadem słonecznicowej bestii. Zostaje odratowany przez Linden, ale trucizna wciąż w nim tkwi, tylko przygaszona. Wspólnie z toczącym go trądem jad powoduje uwalnianie przez Covenanta w momentach największego wzburzenia Mocy Białego Złota; Niedowiarek staje się taką tykającą bombą, co rusz wybuchając w kluczowych momentach.
Pojmany przez Clave (które, co jasne, okazuje się stać po Stronie Zła) eksploduje Pierwotną Magią, odbijając Revelstone z rąk sług Foula, ustala, że lekarstwem dla (tytułowej) Zranionej Krainy będzie odtworzenie Laski Praw (zniszczonej w pierwszej trylogii. W tym celu musi zdobyć drewno z Jedynego Drzewa, rosnącego na wschód od Krainy - wraz z nowo powołaną drużyną rusza zatem poprzez rozliczne przygody i walki do Coercri, miasta Gigantów, by stamtąd ruszyć za morze.

+

Kroniki Thomasa Covenanta to jedna z najlepszych (ale i najbardziej niedocenianych) serii fantasy w historii gatunku. Początek drugiej trylogii zawiera wszystko to, co czyni tę sagę tak wspaniałą i rewolucyjną. „Zraniona Kraina” sprawdza się wybornie jako przygodowe fantasy, akcja bowiem mknie od wydarzenia do wydarzenia, mnożą się walki, podstępy, mrożące krew w żyłach sytuacje.
Równie dobrze funkcjonuje scenografia - pomysł powrotu do znanej już czytelnikom Krainy, zrujnowanej przez tajemniczą apokalipsę jest niezwykły a jego realizacja - perfekcyjna. Wszystkie piękne miejsca wyniszczone klątwą Słonecznicy, podstępni, pełni żądzy (potrzeby!) mordu ludzie z, krwiożercze potwory.
No i trzecia warstwa - najbardziej dla Covenanta charakterystyczna, najbardziej „dorosła”. Gęste niczym żur relacje pomiędzy psyche Covenanta a Krainą - projekcją jego dręczonego chorobą umysłu. Do grona pokręconych postaci dołącza doktor Linden Avery, sama wlokąca za sobą wyjątkowo mroczne traumy wiążące się ze śmiercią rodziców. Grono użalających się nad sobą i hamletyzujących antybohaterów rośnie :-)
Ta psychologiczna gęstość powoduje, że mimo ogromnej ilości świetnie wymyślonych przygód przez lekturę się raczej brnie, jak przez lepkie bagno, niż pędzi z kopyta. Ale absolutnie warto - każda strona Covenanta warta jest tomu przeciętnej, banalnej fantasy.

W Drugich Kronikach Thomasa Covenanta uduchowiona high fantasy, znana z pierwszej trylogii, spotyka się z klimatem post-apo i dużą dawką elementów horroru, z iście piorunującym efektem. Nie sposób się oderwać od lektury !

+

Covenant, wraz z towarzyszącą mu lekarką, Linden Avery, powraca do Krainy po upływie 4000 lat. Nie przypomina ona jednak w niczym bajkowego miejsca z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

122 użytkowników ma tytuł Zraniona kraina na półkach głównych
  • 61
  • 61
42 użytkowników ma tytuł Zraniona kraina na półkach dodatkowych
  • 24
  • 7
  • 5
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Stephen R. Donaldson
Stephen R. Donaldson
Stephen Reeder Donaldson to amerykański pisarz fantasy i science-fiction. Największą sławę przyniosła mu seria o Thomasie Covenancie. Jego dzieła przyciągnęły uwagę krytyków kreacją świata, żywą charakteryzacją i szybkim tempem akcji. Autor ukończył College of Wooster oraz Uniwersytet Stanowy Kent. Obecnie mieszka w stanie Nowy Meksyk.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Zielona perła Jack Vance
Zielona perła
Jack Vance
Bardzo podoba mi się ta seria, chociaż myślę, że na dzisiejsze standardy jest bardzo specyficzna, ale to właśnie czyni ją niezwykłą w moich oczach. Podoba mi się zwłaszcza baśniowość "Lyonesse", której w "Zielonej perle" rzecz jasna nie brakuje. Tęsknię właśnie za tego typu fantastyką i to tęsknię mocno - z jednej strony baśniową, ale jednocześnie nie bardzo naiwną i niezbyt cukierkową. Trylogia Vance'a jest właśnie odpowiedzią na tę tęsknotę i trochę wypełnia lukę w moim sercu. Co prawda "Zielona perła" podobnie jak poprzedni tom cierpi na nadmiar dłużyzn, choć trzeba też uczciwie przyznać, że nie ma ich w niej tyle ile było w jej poprzedniczce. Zwłaszcza druga połowa jest ciekawsza i angażująca. Postaci są raczej proste pod względem ich kreacji, z małymi wyjątkami, ale nie przeszkadza mi to specjalnie. Nie ukrywam, że czytam tę trylogię głównie dla klimatu i inne kwestie są dla mnie raczej drugorzędne, niemniej poczynania postaci śledziło się dobrze. Co do klimatu - moim zdaniem klimat jest niepodrabialny. Gdy czytam opisy świata lub momenty, w których bohaterowie podróżują mam przed oczami mapy z gry Heroes of Might nad Magic 3 - dokładnie tak się czułam podczas lektury, jakbym swoim bohaterem przemierzała tajemniczą i magiczną krainę, pełna kręgów z grzybów, trollowych mostów i chatek czarownic. Dla mnie to było coś cudownego. Z pewnością niedługo sięgnę po trzeci tom - nie tylko po to, żeby odhaczyć kolejną skończoną serię, ale również po to, by poznać koniec tej historii i pobyć jeszcze przez chwilę w tym magicznym świecie.
Lynx - awatar Lynx
ocenił na 7 8 miesięcy temu
Czarny Bóg Greg Keyes
Czarny Bóg
Greg Keyes
“Czarny Bóg” to kolejny po “Z Wody Zrodzonym” tom Sagi o Odmieńcu autorstwa Grega Keyesa. Chociaż pierwsza część fabularnie zamknęła się bardzo sprawnie, pozostawało kilka pytań bez odpowiedzi. Oczywiste było też, że przygody głównych bohaterów nie kończą się wraz z zakończeniem pierwszego tomu. Książka jest bezpośrednią kontynuacją, której akcja zaczyna się dokładnie w miejscu, w którym pozostawił czytelnika pierwszy tom. Tutaj również mamy idącą dwutorowo fabułę. Jeden tor śledzi dalsze poczynania głównych bohaterów, drugi natomiast opisuje losy ścigającego ich antagonisty. O ile w pierwszym tomie taki podział mi nie przeszkadzał, płynnie przechodziłem przez naprzemienne rozdziały opisujące raz jedną perspektywę raz drugą, o tyle w “Czarnym Bogu” czasami miałem wrażenie, że coś tu zgrzyta. Drobne rzeczy, które nie wpływają za bardzo na odbiór całości, ale jednak zauważalne. Ot, przesunięcie czasowe, czy przerywanie jednego z wątków w dość istotnym momencie (najprawdopodobniej zabieg celowy, ale trochę momentami to irytowało). Lecz tak jak piszę wyżej, nic strasznego… po prostu w dobrej książce nawet szczegóły rzucają się w oczy. A jest to bardzo dobra książka, wszystko to za co chwaliłem “Z Wody Zrodzonego” mamy również tu. Świat dalej budowany jest w bardzo interesujący sposób. Poznajemy nową zamieszkującą na dzikich pustkowiach kulturę, ludzi zwanych Mangami. Wydają się być trochę taką krzyżówką mongołów i rdzennych amerykanów. Zawsze lubię poznawać takie światy fantasy, które czerpią z innych źródeł niż średniowieczna europa. Zresztą wierzenia zamieszkujących go ludzi i “kosmologia” świata przedstawionego również zdaje się być inspirowana źródłami pochodzącego z tzw wschodu lub rdzennych mieszkańców ameryk naszego świata. Dla mnie bomba. Postacie wciąż zachowują swoje cechy i wciąż są bardzo wiarygodne. Niektórzy drugoplanowi bohaterowie, zyskują trochę więcej charakteru i da się zauważyć zachodzące w nich pod wpływem przygody zmiany. Bohaterowie cały czas uwikłani są w intrygi potężnych “graczy” i zdają się być zaledwie pionkami. Są tego świadomi lecz nie mając wyboru, podążają wytyczonym przez te siły szlakiem tak jakby pchało ich przeznaczenie. Dużo bardziej niż w pierwszym tomie, widoczny jest tu motyw człowieka, który próbuje uwolnić się od losu, który zdaje mu się być przypisany, przez siły wyższe. Jest to poniekąd, trochę naiwna, ale bardzo ładna alegoria tego, że człowiek może przeciwstawić się swojemu losowi, o ile tylko ma na to dość siły woli. W porównaniu z pierwszą książką “Czarny Bóg” wypada wg mnie trochę słabiej, ale to wciąż świetna pozycja. Czytało się ją świetnie, ani przez moment nic się nie ciągnęło. Sam finał jest dość przewidywalny, zresztą autor zostawiał po drodze sporo zapowiedzi. Jednak to w jaki sposób fabuła w końcu tam dociera, może zaskoczyć. Do samego końca nie byłem pewny intencji kilku ważnych postaci, a gdy ostatecznie karty zostały odsłonięte, zaskoczyłem się. Sam koniec jest widowiskowy, jak to w epickim fantasy wypada :) Momentami jest może zbyt cukierkowo i naiwnie, ale nie przeszkadzało mi to. Całość fajnie zamyka epilog, który szczególnie przypadł mi do gustu, ponieważ autor, nie zakończył wątku dwóch głównych postaci w najbardziej oczywisty i przewidywalny sposób. “Czarny Bóg” tworzy z pierwszym tomem, “Z Wody Zrodzonym, bardzo przyjemną, spójną całość. Nie jest to może najambitniejsze fantasy jakie czytałem, ale naprawdę robi robotę. Wspomniałem o tym w opinii o pierwszym tomie i tak samo jest tutaj: Powieść nosi znajome cechy fantasy, tam gdzie czytelnik tego oczekuje, a w miejscach gdzie chciałoby się zobaczyć coś nowego, dostajemy sporo świeżości. Drugi tom sagi o odmieńcu to świetne fantasy, polecam każdemu fanowi gatunku. W skali od jednego Ostrego Tygrysa do dziesięciu, daję sześć Ostrych Tygrysów!
PsychedelicWarlord - awatar PsychedelicWarlord
ocenił na 6 3 lata temu
Moc, która osłania Stephen R. Donaldson
Moc, która osłania
Stephen R. Donaldson
Wstrząsające zakończenie opowieści o losach Thomasa Covenanta Niedowiarka, godny finał tej fascynującej sagi, rozpiętej pomiędzy wzniosłością i patosem „Władcy Pierścieni” a mrokiem i drapieżnością „Gry O Tron” + Thomas Covenant już po raz trzeci zostaje przyzwany do Krainy, bo pomóc jej w zmaganiach ze straszliwym Lordem Foulem. Z tym, że jak wiadomo, Niedowiarek nie bardzo wie, w jaki sposób miałby się przysłużyć obronie Krainy. Nadal nie potrafi przeniknąć tajemniczej magii białego złota (czyli swej ślubnej, platynowej obrączki), jedynej siły, która mogłaby pokonać wszechmocne zło Foula. No właśnie, sytuacja w ostatnim tomie trylogii jest już zupełnie tragiczna. Gigantyczna armia sił zła pod widzą Furii-Giganta Sheola oblega Revelstone, którego obroną kieruje Wielki Lord Mhoram (tak, awansował od poprzedniej części). W Krainie panuje wieczna Zima, a Furia ma moc wskrzeszania umarłych, powiększających jego siły (niektóre elementy brzmią znajomo, c’nie?). Tymczasem Covenant wraz z powracającym do sagi gigantem Pianościgłym udają się, niczym komandosi, z misją za linie wroga - Niedowiarek postanawia dotrzeć do Ochronki Foula i stanąć ze Złem twarzą w twarz… + Ostatnia część trylogii jest najbardziej mroczna i ponura. Atomosfera klęski, przygnębienia, choroby (Covenant tym razem nie zostaje uleczony z trądu i przez całą opowieść obserwujemy jego postępująca chorobę) i braku nadziei jest obezwładniająca. Ogólny schemat fabularny uderzająco przypomina Powrót Króla. Podobnie jak u Tolkiena, militarne siły Dobra mają za zadanie jak najdłużej związać walką armie Zła - losy wojny zależą jednak od śmiałego rajdu grupki straceńców. I muszę przyznać, że o ile nudne mękolenie duetu Frodo/Sam było najmniej przekonującym elementem Władcy Pierścieni, o tyle pełna pasji, mroku i dzikich twistów fabularnych wyprawa Covenanta jest genialnym zwieńczeniem całej trylogii. Walka o Mithil Stonedown, zdrada w obozie Ramenów, podstępne pojmanie przez furię, showdown przy Kolosie Zagłady, wreszcie końcowa wędrówka przez Wyniszczone Równiny i walka z samym Foulem - to się czyta z zapartym tchem, to zostanie w czytelniku na zawsze. Równie pasjonujące jest oblężenie Revelstone. Tutaj mamy fantasy militarną w klimacie wprost z kart Gry O Tron (a jeszcze bardziej z serialu - szczególnie zaś bitwy o Winterfell; polscy czytelnicy przypomną sobie może też oblężenie Kamieńca z Pana Wołoyjowskiego). Ciężkie walki następują na przemian z kapitalnie opisanymi atakami mrocznej, złej magii. No a tle tych wszystkich zachwycających, pędzących na łeb na szyję przygód cały czas pamiętać trzeba, że cała Kraina, wszystkie niezwykłe zmagania, to tylko sen chorego, umierającego szaleńca (w tym kontekście ponura, depresyjna aura ostatniego tomu staje się jeszcze bardziej zrozumiała). Wspaniałe, genialne, równe i Tolkienowi i Martinowi. Powinien być jeszcze jeden serial. Choć pewnie ten użalający się nad sobą, mocno antypatyczny antybohater - Covenant, wydaje się mniej atrakcyjny fabularnie. Ale jakaż to byłaby rola !
Galfryd - awatar Galfryd
ocenił na 10 5 lat temu
Las ożywionego mitu Robert Holdstock
Las ożywionego mitu
Robert Holdstock
Utytułowana, nietuzinkowa powieść, niedająca się jednoznacznie zaszufladkować. Formalnie rzecz biorąc jest to fantasy, ale z rodzaju problemowych, nieledwie filozoficznych, czyli mocno odbiegających od powszechnego pojęcia o tym gatunku (no wiecie, smoki, rycerze i chutliwe księżniczki). Przy tym jest to powieść wyraźnie wpasowująca się w dawny rodzaj narracji, typowo brytyjski, z powolnym wprowadzaniem informacji i budowaniem otoczki tchnącej w jakiś sposób staroświeckością (powrót z wojny, upadająca rezydencja, rodzinne tajemnice). O co w niej konkretnie chodzi? O specyficzne działanie lasu sąsiadującego z rezydencją. Lasu małego optycznie, ale w rzeczywistości wykraczającego poza nasz wymiar i w środku po prostu gigantycznego, będącego fragmentem pierwotnej kniei. Trudno jednak wejść do niego na więcej niż kilkadziesiąt metrów, a do tego ma specyficzną cechę - potrafi wyciągać z podświadomości człowieka (wyłącznie takiego, co to jest świadomy istnienia zjawiska) wzorce mitów i powoływać do życia tzw. mitotwory, czyli ludzi (i nie tylko) będących prawzorcami postaci przewijających się przez legendy i mitologię (np. kobieta będąca pierwowzorem Ginewry). Idea takiego lasu i powstawania mitotworów jest fascynująca i przemyślana na wielu poziomach, gorzej jednak poszło z samą konstrukcją fabuły. Została ona podzielona na trzy bloki, z czego pierwsza dwa - nie oszukujmy się - są dość nudne, bo jeden podaje podstawową wiedzę o badaniach prowadzonych przez ojca bohatera i o samym zjawisku, a drugi w zasadzie koncentruje się na codziennym życiu bohatera i na jego rozwijającym się romansie z Guiwenneth. Przy czym jej obecność niczego nie wyjaśnia, bo bohater nie zna jej języka i nie są w stanie tak naprawdę się dogadać. Dopiero trzecia część, z wyprawą do lasu, serwuje coś, co można nazwać akcją. No ale trzeba najpierw "przegryźć się" przez blisko dwieście stron, czyli więcej niż połowę objętości. Mimo to warto się zapoznać z "Lasem ożywionego mitu", bo to zupełnie nietypowe doświadczenie literackie, w dodatku zmuszające chwilami do intelektualnego zmierzenia się z wcale nie tak prostymi konceptami antropologicznymi. Dodatkowy plus dla wydawcy za sensowne posłowie, choć równocześnie szkoda, że ograniczył się do wznowienia pierwszych dwóch tomów, nie wydając kolejnych pięciu, które wciąż pozostają u nas nieznane.
Jale - awatar Jale
ocenił na 7 3 miesiące temu
Wędrujący ogień Guy Gavriel Kay
Wędrujący ogień
Guy Gavriel Kay
Za mną drugi tom tej, khem Narni dla dorosłych. Niestety sporo słabszy od poprzedniego. Zwłaszcza początek był gorszy (jeszcze bardziej!) niż w Letnim Drzewie. Dużo tu było chaosu i mimo, że rozumiem zamysł mieszania w cyklu tych wszystkich mitologii i legend to zestaw wątków Króla Artura, Ginewry i Lancelota był tutaj moim zdaniem zupełnie niepotrzebny. Ani nie wybrzmiewał jakoś porządniej, ani nic nie dodawał od siebie, a jedynie rozmywał w mojej opinii inne, ciekawsze motywy. Chyba był tylko po to aby niesławna Marion Zimmer Bradley mogła się zachwycić i opatrzyć okładkę serii swoim cytatem. Mamy więc na początku naszych bohaterów w realnym świecie, mamy Stonehenge i wszystko to się jakoś zupełnie nie klei. A opis wydarzeń jest tak oniryczny, że ciężko rozgryźć co do końca nasze postacie porabiają. Do tego dowiadujemy się, że tutejszy Sauron, torturujący jedną z bohaterek w poprzedniej części, jak się okazuje spowodował jej ciążę i teraz obawia się swojego potomka. Ja wiem, że gwałt to poważna, tragiczna, niewyobrażalna wręcz sprawa, zresztą cierpienie i trauma ww. postaci są tutaj dosyć mocno opisane, ale świadomość, że tutejszy Sauron (no dokładnie taki, tolkienowski, bóg ciemności) w akcie bycia takim właśnie Sauronem spowodował niechcianą ciążę, jakoś wybijał mnie zupełnie z poważnego czytania. Te rozwiązania fabularne po prostu do siebie nie pasują. Nie da się ich traktować bez przewracania oczu. To jest właśnie ten cały początek. Wpadka gwałcącego Saurona, a potem lecimy do Stonehenge przywołać Króla Artura na pomoc i hops do Fionavaru. Jest źle! W Fionavarze za to sytuacja się tradycyjnie poprawia. Piątka bohaterów z naszego świata błyskawicznie przeskakuje w swoje tutejsze osobowości, tak że zapominamy o tej całej katastrofie portal fantasy, a potem schodzą i oni na dalszy plan na rzecz bohaterów tutejszych. Księcia Diarmuida, Lorena, Kapłankę Dany, jeźdźców z równiny i całej reszty. I oni są super. Pasują do tego świata, pasują do tej koncepcji sił światła walczących z ciemnością. Bajkowość i sielankę zakłóca nam na chwilę pewna ogólno miejska orgia, z okazji przesilenia letniego (nic zdrożnego, wszystko w tradycyjnym, baśniowym stylu), a kończymy spektakularnym pojedynkiem czarodziejów, z heroicznym poświęceniem itp. Część Fionavarską czyta się przyjemnie, choć nie tak jak poprzednio. Mniej tu zaskoczeń, mniej nietypowych rozterek i problemów. Ot, zwykłe fantasy, ślicznie napisane z takim poetyckim patosem, który potrafi momentami bardzo dobrze zadziałać. Ale to chyba było za mało. Bo jak ocenić coś tak nierównego, tak bardzo źle rozpoczętego. Poprzedni tom z nawiązką wynagrodził mi początkowe problemy. Tutaj już nie do końca, raczej finalnie wyszedł tylko na zero, równoważąc jedynie początkowe absurdy. Miałem cały czas poczucie, że gdyby mniej upchano tu tych legend i postaci, zrezygnowano z rzeczywistych rodowodów głównej piątki bohaterów, to wszystko byłoby dużo lepsze. Można by cały Camelot wywalić bez żadnej straty. Czułem wyraźnie ten casus wciąż jeszcze początkującego autora, który chciał tutaj za dużo, zbyt wiele rzeczy zrobić na raz. Wędrujący Ogień oceniam niestety tylko na 6/10. Za Fionavar i jego mieszkańców. Za księcia Diarmuida (chciałbym go więcej, więcej). Za poetycką prozę. Za motyw Kevina. Jednak sama fabuła i jej co dziwniejsze rewiry nie pozwalają mi tym razem na więcej. Oby trzeci tom wrócił na prostą. Lektury nie żałuję ale poleciłbym w tym miejscu tylko gatunkowym pasjonatom i badaczom.
Szychowaty - awatar Szychowaty
ocenił na 6 1 rok temu
Najmroczniejsza droga Guy Gavriel Kay
Najmroczniejsza droga
Guy Gavriel Kay
Uff… po spadku formy w drugim tomie, poprawiło się! Mamy tu wreszcie jasne skupienie się na tym co sugerowały te wszystkie opinie o Fionavarskim Gobelinie, które czytałem wcześniej. Tak, teraz miałem w pełni to poczucie czytania takiego klasycznego Tolkiena na speedrunie. Być może dlatego, że wszystkie wątki wreszcie się nam zbiegły i ruszyły w kierunku wielkiej bitwy u stóp Minas Morgul, khem tj. twierdzy Starkadh. Co ważne, w tej części zupełnie porzucono motywy portal fantasy. Fakt, że protagoniści to studenci z Toronto został już dawno wyparty, są oni osadzeni w 100% w tej rzeczywistości i swoich heroicznych rolach. Nic nas już przez to nie rozprasza, nie ma też takich chaotycznych sekwencji jak wcześniej. Jest za to jak zwykle poetycko, baśniowo i mocno patetyczno-onirycznie jeżeli wiecie o co mi chodzi. Jest to bardziej jak czytanie mitów niż powieści stricte. I jako tako działa bardzo fajnie. Tylko uporanie się z tutejszym Sauronem było może nieco zbyt łatwe i oderwane od sterty pozostałych wątków. Za to w ich przypadku wszystko zaklikało bardzo solidnie do samego końca. Dostaliśmy pełno dramaturgii, poświęceń, wzruszeń. Duży plus za postawienie w centrum motywu wolnej woli i wyzwalania się z predefiniowanych ścieżek przeznaczenia. Także za afirmację wolności wyboru oraz daru bezwarunkowej wolności jako aktu miłości. To mnie trochę zaskoczyło w kontekście tak baśniowej konwencji. Mankamentem był brak lżejszych fragmentów (takich typowych dla Diarmuida, którego finał historii też jednak wolałbym dostać na weselszy sposób). Ale rozumiem, że sytuacja miała być już tutaj zbyt dramatyczna na takie elementy. Z jednej strony tom ten był najbardziej stabilny, poukładany i klasyczny. Ale przez to był też najbardziej bezpieczny, najbardziej podatny na zarzut zwykłej kalki Tolkienowskich motywów. Zabrakło tu szalonych, dziwnych i zaskakujących motywów mocno rozkręcających poprzednie części (umieranie na Drzewie Boga, orgia kapłanek, brawurowe uwodzenie księżniczki z południa), a także motywów wyróżniających się głębią i subtelnością (rozterki o śmierci Rachel, czy finał Kevina). Tu było klasycznie. Sauron na północy, wszyscy się zebraliśmy więc dawajmy na wielką bitwę z ciemnością. No może paraiko byli tutaj takim elementem. Ale nie zapadli mi aż tak bardzo w głowie jak tamte elementy. Ale ogólnie daję 7/10. Temu, najbezpieczniejszemu tomowi jak i całej serii w tym kontekście. Warto, dla fanów gatunku szukających w nim miłości do mitów, mitologii oraz czystej baśniowości. W formule, w jakiej dzisiaj już prawie się nie pisze klasycznej literatury fantasy.
Szychowaty - awatar Szychowaty
ocenił na 7 1 rok temu
Czarnoksiężnik z Volkyanu Tanith Lee
Czarnoksiężnik z Volkyanu
Tanith Lee
Tanith Lee stała się w latach 90-tych jednym z moich absolutnie najukochańszych autorów - z powodu przepięknego, przebogatego stylu i języka oraz głębokich, wzruszających baśni o ludziach, dobru i złu, poświęceniu i miłości. "Demon Nocy" był pierwszą książką Tanith, jaką przeczytałam, i zachwycił mnie bez reszty - kiedy więc w ręce wpadły mi jej kolejne powieści, byłam niezwykle ucieszona. "Czarnoksiężnik z Volkyanu", co niestety częste w przypadku starej fantastyki, nie ma zachęcającej okładki (goła baba, paskudny odmieniec i "robale"), jednak zawartość jest arcydziełem. To spójnie napisana baśń o walce bohaterki z samą sobą i ze złym czarnoksiężnikiem - ale też o tym czarnoksiężniku, który jest tylko człowiekiem. O tym, że bogów tworzą ludzie. O tym, że miłość może być najważniejszą rzeczą na świecie, a nie zawsze nawet może się spełnić. Każde słowo tej opowieści jest dokładnie na swoim miejscu - i każde śpiewa magią. Językowo książki Tanith to klejnoty, na jakie trafia się niezwykle rzadko, więc czytanie jest każdorazowo rozkoszą - a w przypadku "Czarnoksiężnika" polskie tłumaczenie (Danuta Górska) zasługuje na ogromną pochwałę, gdyż jest doskonałe. Jednocześnie u Tanith nigdy nie brakuje dystansu i ironii, przez co jej utwory są po prostu wyborne. Wracam do powieści Tanith Lee regularnie od trzydziestu już lat i "Czarnoksiężnik z Volkyanu" zawsze zalicza się do mojej ścisłej czołówki, gdyż jest przepięknie napisaną opowieścią o tych naprawdę najważniejszych rzeczach.
KatarzynaClio Gucewicz - awatar KatarzynaClio Gucewicz
ocenił na 10 12 dni temu
Z wody zrodzony Greg Keyes
Z wody zrodzony
Greg Keyes
Uwaga! Zanim zaczniesz czytać tę opinię, zaloguj się na allegro i zamów egzemplarz tej książki. Szybko! Można ją dostać za jakieś śmieszne pieniądze, wyceniana jest mniej niż butelka koncerniaka w biedronce, więc w najgorszym razie Ci się nie spodoba a przynajmniej oszczędzić sobie smaku żółci bydlęcej. Już? Zamówione? OK, to lecimy. Prawie nie sięgnąłem po “Z wody zrodzonego”, obawiając się, że to kolejny średniak pokroju “Miecza Mroków”. Niestety nie mam szczęścia do wydawanego przez Zysk i S-ka fantasy. Opis książki nie pomagał… bohater z magicznym mieczem, księżniczka, podróż… Z założenia nic w tym złego, ale jednak próba odtworzenia monomitu w nurcie fantasy w dziewięciu przypadkach na dziesięć kończy się bolesnym średniactwem, a ja poszukuje ostatnio dobrej jakości. Dorobek autora też nie zachęcał, powieści ze świata gier komputerowych, powieści na podstawie filmów… meh. Jak dobrze, że zabrałem się za tę książkę, oj jak dobrze. Nie wiem skąd autor, Greg Keyes, ja wytrzasnął, nie zdziwiłbym się jakby była podarunkiem od czarodziejki z innego wymiaru, takiego w którym istnieją tylko dobre książki... Nieważne, ważne że jest i mam ją w swoich łapskach. Bardzo potrzebowałem tej książki w moim życiu. To była wspaniała podróż. Idealna dla fantasy mieszanka świeżości i tego co znajome. W “Z wody zrodzonym” wszystko jest takie jakie powinno być w dobrej powieści. Świat przedstawiony jest oryginalny a żyjące w nim społeczeństwa wiarygodne i ciekawe. Gdy wchodzą one ze sobą w interakcje to widac dzielące je różnice. Keyes pięknie poradził sobie z zagadnieniem “pokazuj, nie mów”. Świat poznajemy oczami bohaterów, dla których oczywiście jest to widok znajomy. Nikt nie zatrzymuje się i nie tłumaczy czytelnikowi tego co akurat pojawia się na scenie. Strona po stronie sami odkrywamy kolejne wspaniałości, ze świata powieści. Postaci, niby archetypowe, ale jednak kipią życiem i uczuciami. Od Głównego bohatera, po służącą w kuchni, każdy wywoływał we mnie jakieś emocje. Są ciekawe, zachowują się racjonalnie i odpowiednio do wieku i statusu. W trakcie powieści widzimy zachodzące w nich zmiany, może nie jakieś głębokie, ale jednak wiarygodne i zrozumiałe. Powiem szczerze, nie pamiętam kiedy ostatnio tak bałem się o życie jakiejś postaci, lub cieszyłem się, że jakaś postać wraca na scenę. Jest to jednak wciąż tylko powieść przygodowa fantasy, nie doszukiwałbym się w niej głębszych znaczeń, chociaż kilka ciekawych motywów jest momentami widoczne. Na pewno możemy poczęści "Z wrody zrodzonego” nazwać bildungsromanem. Jest też dość mocno wyczuwalny wątek szeroko pojętej wolności: co oznacza być wolnym, jak się to traci, jak odzyskuje. Nie zawsze to co zniewala człowieka to kajdany, czasem jest to coś co nosimy w sobie. Na siłę moglibyśmy też dopatrzeć się wątku lekko anarchistycznego, gdzie jednostki słabe próbują wyzwolić się spod swych władców i zmienić porządek świata. Mimo wszystko, w tej książce skupiłbym się jednak na wierzchniej warstwie, ponieważ jest wystarczająco dobra sama w sobie :) Rytm fabuły pomimo “dwutorowości” jest idealny. Tempo jest odpowiednie, nie ma tu żadnych dłużyzn, ale akcja nie pędzi też w zawrotnym tempie. Mamy tu wspaniałe rozwiązanie wątku fabularnego powieści, które następuje akurat wtedy kiedy trzeba. To jest coś czego tak bardzo brakuje mi w fantasy. Wątki nie są rozwiązywane, tylko ciągną się ślamazarnie przez niezliczone tomy a gdy już dochodzi do ich zamknięcia, to zamiast oczekiwanego wybuchu i fajerwerków dostajemy co nieśmiałe purtnięcie, w najlepszym razie okraszone kleksikiem. Nie tutaj, w “Z wody zrodzonym” zamknięcie pięknie stawia kropkę na końcu zdania, zarazem nie zamykając drzwi do kontynuacji. Kontynuacja swoją drogą istnieje i sięgnę po nią jak tylko będę mógł. Dawno już nie cieszyłem się tak, z powodu tego, że czeka na mnie kolejny tom :) W skali od jednego Miecza z Mieszkającym w Środku Bogiem do dziesięciu daje siedem!
PsychedelicWarlord - awatar PsychedelicWarlord
ocenił na 7 3 lata temu
Olbrzymie kości Peter S. Beagle
Olbrzymie kości
Peter S. Beagle
Kilka bardzo przyjemnych opowiadań ze świata przedstawionego nam wcześniej w Pieśni Karczmarza. Tak jak poprzednio jest magicznie, baśniowo i tak samo przytulnie. Napisane są one doskonale, bardzo poetycko, a jednocześnie powodując w czytelniku te specyficzne uczucie słuchania wieczornych bajań opowiadanych przed snem. Mamy tu różnych narratorów ale za każdym razem są oni tak literacko wyraziści, że bardzo mocno odciskają swój wpływ na opowiadane historie. Bardzo mi się podobał także przemycany przez autora, niesamowicie naturalny world-building. To, jak subtelnie ale skutecznie autor ukazywał, że tutejszy świat naprawdę żył i był wręcz namacalny. Jak bardzo świat spinał te historie. Przewija się tu też kilka postaci z poprzedniej książki i wspominane są pewne miejsca. Tym bardziej szkoda, że to już wszystko co w tej serii dostaniemy. Co do mankamentów? Ostatnie opowiadanko (tytułowe) wydało mi się troszkę słabsze. No i historie te nie miały jakichś mocnych puent. Nie miały takiego końcowego przytupu jakiego często spodziewamy się po krótkich formach. One były po prostu baśniami. Nośnikami pewnej atmosfery, klimatu i miejsc. Bez fabularnych twistów. Były doskonałe jako takie ale niektórym może to nie przypasować. No i ten niedosyt. Wiem, że Beagle nie znosił wielkich serii ale ten świat na takową właśnie, moim zdaniem, jak najbardziej zasługiwał. Bardzo polecam ten tomik jako kolejną książkę dla tych, którzy polubili Pieśń Karczmarza. Zbiorek idealny na jeden czy dwa, bardzo przytulne wieczory.
Szychowaty - awatar Szychowaty
ocenił na 7 1 rok temu

Cytaty z książki Zraniona kraina

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Zraniona kraina