Wojna Złoziemnego Kamienia

Okładka książki Wojna Złoziemnego Kamienia
Stephen R. Donaldson Wydawnictwo: Zysk i S-ka Cykl: Pierwsze Kroniki Thomasa Covenanta (tom 2) fantasy, science fiction
573 str. 9 godz. 33 min.
Kategoria:
fantasy, science fiction
Format:
papier
Cykl:
Pierwsze Kroniki Thomasa Covenanta (tom 2)
Tytuł oryginału:
The Illearth War
Data wydania:
1994-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1994-01-01
Data 1. wydania:
1978-01-01
Liczba stron:
573
Czas czytania
9 godz. 33 min.
Język:
polski
ISBN:
8386530057
Tłumacz:
Maria Duch
Średnia ocen

                6,5 6,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Wojna Złoziemnego Kamienia w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Wojna Złoziemnego Kamienia

Średnia ocen
6,5 / 10
93 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
815
435

Na półkach: , , ,

Druga część trylogii, powrót do Krainy i kolejne przygody. Wydaje mi się że jeszcze mroczniejsza od pierwszej części ale tym razem wyglądało jakby autor nie miał pomysłu na zakończenie - z tego względu zawód. Co do samego Covenanta, no nijak nie da się go lubić, ciężko mu kibicować. Chyba pierwszy raz czytam książkę w której wolałbym żeby głównego bohatera w ogóle nie było - ciekawy zabieg. Nie mogę się doczekać zwieńczenia trylogii.

Druga część trylogii, powrót do Krainy i kolejne przygody. Wydaje mi się że jeszcze mroczniejsza od pierwszej części ale tym razem wyglądało jakby autor nie miał pomysłu na zakończenie - z tego względu zawód. Co do samego Covenanta, no nijak nie da się go lubić, ciężko mu kibicować. Chyba pierwszy raz czytam książkę w której wolałbym żeby głównego bohatera w ogóle nie było...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

229 użytkowników ma tytuł Wojna Złoziemnego Kamienia na półkach głównych
  • 131
  • 98
85 użytkowników ma tytuł Wojna Złoziemnego Kamienia na półkach dodatkowych
  • 53
  • 12
  • 10
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1

Tagi i tematy do książki Wojna Złoziemnego Kamienia

Inne książki autora

Stephen R. Donaldson
Stephen R. Donaldson
Stephen Reeder Donaldson to amerykański pisarz fantasy i science-fiction. Największą sławę przyniosła mu seria o Thomasie Covenancie. Jego dzieła przyciągnęły uwagę krytyków kreacją świata, żywą charakteryzacją i szybkim tempem akcji. Autor ukończył College of Wooster oraz Uniwersytet Stanowy Kent. Obecnie mieszka w stanie Nowy Meksyk.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Zielona perła Jack Vance
Zielona perła
Jack Vance
Bardzo podoba mi się ta seria, chociaż myślę, że na dzisiejsze standardy jest bardzo specyficzna, ale to właśnie czyni ją niezwykłą w moich oczach. Podoba mi się zwłaszcza baśniowość "Lyonesse", której w "Zielonej perle" rzecz jasna nie brakuje. Tęsknię właśnie za tego typu fantastyką i to tęsknię mocno - z jednej strony baśniową, ale jednocześnie nie bardzo naiwną i niezbyt cukierkową. Trylogia Vance'a jest właśnie odpowiedzią na tę tęsknotę i trochę wypełnia lukę w moim sercu. Co prawda "Zielona perła" podobnie jak poprzedni tom cierpi na nadmiar dłużyzn, choć trzeba też uczciwie przyznać, że nie ma ich w niej tyle ile było w jej poprzedniczce. Zwłaszcza druga połowa jest ciekawsza i angażująca. Postaci są raczej proste pod względem ich kreacji, z małymi wyjątkami, ale nie przeszkadza mi to specjalnie. Nie ukrywam, że czytam tę trylogię głównie dla klimatu i inne kwestie są dla mnie raczej drugorzędne, niemniej poczynania postaci śledziło się dobrze. Co do klimatu - moim zdaniem klimat jest niepodrabialny. Gdy czytam opisy świata lub momenty, w których bohaterowie podróżują mam przed oczami mapy z gry Heroes of Might nad Magic 3 - dokładnie tak się czułam podczas lektury, jakbym swoim bohaterem przemierzała tajemniczą i magiczną krainę, pełna kręgów z grzybów, trollowych mostów i chatek czarownic. Dla mnie to było coś cudownego. Z pewnością niedługo sięgnę po trzeci tom - nie tylko po to, żeby odhaczyć kolejną skończoną serię, ale również po to, by poznać koniec tej historii i pobyć jeszcze przez chwilę w tym magicznym świecie.
Lynx - awatar Lynx
ocenił na 7 8 miesięcy temu
Letnie drzewo Guy Gavriel Kay
Letnie drzewo
Guy Gavriel Kay
Zupełnie nie tego się spodziewałem. A był to istny rollercoaster. Wyjdzie długo ale sam jeszcze nie wiem jak sensownie uzasadnić moją ocenę tej książki. Fionavarski Gobelin miałem na swojej liście już od bardzo dawna. Chciałem poznać tę, bądź co bądź istotną pozycję w historii gatunku choć dobrze wiedziałem też, jakie z tą lekturą wiążą się ryzyka, I tak, wiedziałem, że nie jest to reprezentatywna książka dla Guya Gavriela Kaya (czytaj: jest najsłabsza). Tak, zdawałem sobie sprawę, że był to jego debiut. Że tonie w tolkienowskich formułach i kliszach (Autor wcześniej pomagał synowi Tolkiena redagować Silmarillion i był nim przesiąknięty). Że może trącić myszką ze względu na swój wiek. I przede wszystkim, że jest to portal fantasy (sic!), który to motyw zawsze mnie wyjątkowo drażnił. Faktycznie też masa ludzi po zetknięciu się z tą książką rollowała oczy, pisząc w komentarzach, że w ogóle co to jest za pretensjonalny bełkot. Z drugiej strony istnieje też całkiem spora i interesująca grupa jej wielkich entuzjastów. A sam Autor jest dość kultowy wśród tego twardszego fandomu fantasy. Wiele jego późniejszych książek było wręcz nazywanych arcydziełami. Ale co ciekawe także jego najwięksi fani odradzają aby nie zaczynać poznawania jego twórczości właśnie od Letniego Drzewa. A ja na to, a co tam. I tak zrobię po swojemu. Książka zaczęła się bardzo źle. Gorzej nawet niż typowo generyczne portal fantasy. Bo tutaj nasza gromadka studenciaków z Toronto trafia (bardzo pretekstowo) do magicznego świata (najważniejszego ze wszystkich światów – via ewidentna inspiracja Amberem Zelaznego, w ogóle moim zdaniem więcej tu czuć właśnie Zelaznego niż Tolkiena) bardzo szybko i zdawałoby się, że w ogóle nie zwraca na to uwagi. W zasadzie zupełnie nie są zdziwieni, pogubieni, ani przestraszeni. Spoko, fajna wycieczka. Do tego zaraz po tym miałem wrażenie jakbym oglądał tę kreskówkę Dungeons & Dragons z 1983 r. Gdzie mistrz gry w podobnej sytuacji zawołał coś w stylu: hej ty masz czapkę, będziesz magiem. Ty łap topór, A ty łap gitarę będziesz bardem, huzza na wielkiego złego itp. Wiecie o co chodzi. Rollowanie oczu. Potem okazuje się, że mieszkańcy Fionavaru nie bardzo mają głowę do ogarniania przybyszy i bardziej zajmują się raczej swoim sprawami, a wy goście radźcie sobie, może tam poobczajajcie te swoje nowe mechaniki. Za to w dziwnym kontraście do tego dziecinnego startu okazało się, że tutejsze damy dworu są wyjątkowo napalone i przepadają za zaciąganiem facetów do łóżek jak na wyścigach. Generalnie atmosfera mocno wolnej miłości, nieco kłócąca się zarówno ze średniowiecznymi standardami jak i tolkienowską konserwatywnością w tych sprawach. Na koniec wszystko to opisywane jest pięknym, stylizowanym poetycko językiem, pełnym patosu, wspaniałym ale tak bardzo nieprzystającym do postaci o imionach Kevin, Kimberly czy Paul, studentów z Kanady. W tym momencie (15%, może 20% książki), zaczynałem się już zastanawiać czy to nie jest aby przypadkiem tak złe, że aż fascynujące, coś jak te dziwactwa u Goodkinda itp.). A potem zacząłem się zakochiwać w lekturze. Bo dalej mamy kolejny skręt. Nasi studenci przestają być sednem tej historii, a tylko jednym z jej elementów. Na pierwszy plan wychodzą mieszkańcy tego świata. Nawet perspektywy naszych studentów przestają dominować, a dostajemy „povy” całej masy osadzonych w tej baśni postaci, także drugo i trzecio planowych. Ba, dostajemy nawet punkty widzenia tutejszych bogów czy mocy. Cały motyw portal fantasy w ogólnym rozumieniu bierze przez to w łeb. Wtedy też ta magiczna, oblana patosem proza zaczyna nabierać swojej mocy. I działać. Nie tylko sam język, budowane zdania, ale i kompozycja opisywania scen. Zmiany wątków i kolejność przedstawiania poszczególnych momentów. Proza tutaj wymiata! Worldbuilding jest fantastyczny i niesamowicie płynny oraz organiczny. W zasadzie to sam Fionavar staje się tutaj główny bohaterem, czy może raczej spinający go gobelin. Ogromnie polubiłem jego mieszkańców i styl opisujący ich perypetie. Jakiś urok na mnie padł ale i wyglądające zewsząd klisze zaczęły mnie wówczas cieszyć. I ten wybrzmiewający z nich potok legend i podań wprost z mitologii celtyckich, walijskich i innych. A w międzyczasie historia stała się jeszcze bardziej dojrzała i głębsza. Bowiem okazało się, że nasi studenci mają pewne poważne traumy. Tutaj w głowie już miałem, chyba nie bez podstawy, wyrobioną teorię, że ten magiczny świat tak na nich wpływa, że jakoś tajemniczo blokuje im w dużym stopniu „ziemsko-kanadyjską” mentalności, niwelując szok i niedowierzanie. Powodując, że naturalnie przejmują przypisane im magiczne przeznaczenia. Być może na mnie również Fionavar wpłyną w podobny sposób, tak że zaakceptowałem ich zachowania. Ich traumy nie tylko są świetnie, subtelnie rysowane ale i wspaniale wybrzmiewa tu ich przezwyciężanie. Niesamowite, że tak przecież infantylnie zaczynająca się powieść jednocześnie tak bardzo subtelnie porusza motywy: depresji, żalu, straty, samobójstwa, poczucia winy, toksycznego dzieciństwa. Relacje jakie tutaj opisuje nierzadko są bardzo zniuansowane i ciekawe. Styl Autora wybrzmiewa w tych elementach doskonale, a niektóre sekwencje są pisarsko wręcz wstrząsająco dobre i mocne. W ogóle nigdy nie czytałem książki, w której jednocześnie miałem sceny gdzie myślałem: rany ale to jest fatalne, a także takie gdzie byłem zachwycony i porażony talentem pisarza. Mimo tolkienowskiego języka i aury książka posiada bardzo szybkie tempo. Dzieje się tu bardzo wiele w zasadzie przez cały czas, a oryginalne zabiegi kompozycyjne i przeskoki fabularne tę dynamikę tylko jeszcze dodatkowo potęgują. No byłem pod wrażeniem. Przecież jest to klasyczna fantasy (portal eh), z niesamowicie generycznym punktem startowym, z wielkim złym uwięzionym pod górą i masą mankamentów. Ale tak zalana pięknym stylem, tak dodająca masę niespodziewanych motywów, momentami wręcz onirycznie baśniowa i wspaniale skomponowana, że nie mogę jej nie polecić. Pod warunkiem niezbędnego zaciskania zębów przez jakiś czas oraz posiadania pewnego specyficznego pociągu do baśni. I tak dochodzimy do podsumowania. To co wiem na pewno, to że będę czytać więcej tego Autora. Jeżeli to jest tylko jego amatorsko-debiutancka próbka możliwości to nie mogę się doczekać tej twórczości bardziej dojrzałej. I gdybym czysto matematycznie miał zestawiać jej plusy i minusy, ważyć je obiektywnie, porównać ze współczesną konkurencją gatunkową i tak wyciągnąć z tego ocenę, to pewnie byłoby to jakieś 5-6/10. Jednakże ja jestem zmuszony (tajemniczy czar chyba dalej jeszcze działa) oprzeć swój werdykt jedynie o swój szeroki uśmiech jaki mam po przeczytaniu tej pozycji. Dlatego 8/10 ode mnie. I nie wiem jak to się stało.
Szychowaty - awatar Szychowaty
ocenił na 8 1 rok temu
Wędrujący ogień Guy Gavriel Kay
Wędrujący ogień
Guy Gavriel Kay
Za mną drugi tom tej, khem Narni dla dorosłych. Niestety sporo słabszy od poprzedniego. Zwłaszcza początek był gorszy (jeszcze bardziej!) niż w Letnim Drzewie. Dużo tu było chaosu i mimo, że rozumiem zamysł mieszania w cyklu tych wszystkich mitologii i legend to zestaw wątków Króla Artura, Ginewry i Lancelota był tutaj moim zdaniem zupełnie niepotrzebny. Ani nie wybrzmiewał jakoś porządniej, ani nic nie dodawał od siebie, a jedynie rozmywał w mojej opinii inne, ciekawsze motywy. Chyba był tylko po to aby niesławna Marion Zimmer Bradley mogła się zachwycić i opatrzyć okładkę serii swoim cytatem. Mamy więc na początku naszych bohaterów w realnym świecie, mamy Stonehenge i wszystko to się jakoś zupełnie nie klei. A opis wydarzeń jest tak oniryczny, że ciężko rozgryźć co do końca nasze postacie porabiają. Do tego dowiadujemy się, że tutejszy Sauron, torturujący jedną z bohaterek w poprzedniej części, jak się okazuje spowodował jej ciążę i teraz obawia się swojego potomka. Ja wiem, że gwałt to poważna, tragiczna, niewyobrażalna wręcz sprawa, zresztą cierpienie i trauma ww. postaci są tutaj dosyć mocno opisane, ale świadomość, że tutejszy Sauron (no dokładnie taki, tolkienowski, bóg ciemności) w akcie bycia takim właśnie Sauronem spowodował niechcianą ciążę, jakoś wybijał mnie zupełnie z poważnego czytania. Te rozwiązania fabularne po prostu do siebie nie pasują. Nie da się ich traktować bez przewracania oczu. To jest właśnie ten cały początek. Wpadka gwałcącego Saurona, a potem lecimy do Stonehenge przywołać Króla Artura na pomoc i hops do Fionavaru. Jest źle! W Fionavarze za to sytuacja się tradycyjnie poprawia. Piątka bohaterów z naszego świata błyskawicznie przeskakuje w swoje tutejsze osobowości, tak że zapominamy o tej całej katastrofie portal fantasy, a potem schodzą i oni na dalszy plan na rzecz bohaterów tutejszych. Księcia Diarmuida, Lorena, Kapłankę Dany, jeźdźców z równiny i całej reszty. I oni są super. Pasują do tego świata, pasują do tej koncepcji sił światła walczących z ciemnością. Bajkowość i sielankę zakłóca nam na chwilę pewna ogólno miejska orgia, z okazji przesilenia letniego (nic zdrożnego, wszystko w tradycyjnym, baśniowym stylu), a kończymy spektakularnym pojedynkiem czarodziejów, z heroicznym poświęceniem itp. Część Fionavarską czyta się przyjemnie, choć nie tak jak poprzednio. Mniej tu zaskoczeń, mniej nietypowych rozterek i problemów. Ot, zwykłe fantasy, ślicznie napisane z takim poetyckim patosem, który potrafi momentami bardzo dobrze zadziałać. Ale to chyba było za mało. Bo jak ocenić coś tak nierównego, tak bardzo źle rozpoczętego. Poprzedni tom z nawiązką wynagrodził mi początkowe problemy. Tutaj już nie do końca, raczej finalnie wyszedł tylko na zero, równoważąc jedynie początkowe absurdy. Miałem cały czas poczucie, że gdyby mniej upchano tu tych legend i postaci, zrezygnowano z rzeczywistych rodowodów głównej piątki bohaterów, to wszystko byłoby dużo lepsze. Można by cały Camelot wywalić bez żadnej straty. Czułem wyraźnie ten casus wciąż jeszcze początkującego autora, który chciał tutaj za dużo, zbyt wiele rzeczy zrobić na raz. Wędrujący Ogień oceniam niestety tylko na 6/10. Za Fionavar i jego mieszkańców. Za księcia Diarmuida (chciałbym go więcej, więcej). Za poetycką prozę. Za motyw Kevina. Jednak sama fabuła i jej co dziwniejsze rewiry nie pozwalają mi tym razem na więcej. Oby trzeci tom wrócił na prostą. Lektury nie żałuję ale poleciłbym w tym miejscu tylko gatunkowym pasjonatom i badaczom.
Szychowaty - awatar Szychowaty
ocenił na 6 1 rok temu
Las ożywionego mitu Robert Holdstock
Las ożywionego mitu
Robert Holdstock
Utytułowana, nietuzinkowa powieść, niedająca się jednoznacznie zaszufladkować. Formalnie rzecz biorąc jest to fantasy, ale z rodzaju problemowych, nieledwie filozoficznych, czyli mocno odbiegających od powszechnego pojęcia o tym gatunku (no wiecie, smoki, rycerze i chutliwe księżniczki). Przy tym jest to powieść wyraźnie wpasowująca się w dawny rodzaj narracji, typowo brytyjski, z powolnym wprowadzaniem informacji i budowaniem otoczki tchnącej w jakiś sposób staroświeckością (powrót z wojny, upadająca rezydencja, rodzinne tajemnice). O co w niej konkretnie chodzi? O specyficzne działanie lasu sąsiadującego z rezydencją. Lasu małego optycznie, ale w rzeczywistości wykraczającego poza nasz wymiar i w środku po prostu gigantycznego, będącego fragmentem pierwotnej kniei. Trudno jednak wejść do niego na więcej niż kilkadziesiąt metrów, a do tego ma specyficzną cechę - potrafi wyciągać z podświadomości człowieka (wyłącznie takiego, co to jest świadomy istnienia zjawiska) wzorce mitów i powoływać do życia tzw. mitotwory, czyli ludzi (i nie tylko) będących prawzorcami postaci przewijających się przez legendy i mitologię (np. kobieta będąca pierwowzorem Ginewry). Idea takiego lasu i powstawania mitotworów jest fascynująca i przemyślana na wielu poziomach, gorzej jednak poszło z samą konstrukcją fabuły. Została ona podzielona na trzy bloki, z czego pierwsza dwa - nie oszukujmy się - są dość nudne, bo jeden podaje podstawową wiedzę o badaniach prowadzonych przez ojca bohatera i o samym zjawisku, a drugi w zasadzie koncentruje się na codziennym życiu bohatera i na jego rozwijającym się romansie z Guiwenneth. Przy czym jej obecność niczego nie wyjaśnia, bo bohater nie zna jej języka i nie są w stanie tak naprawdę się dogadać. Dopiero trzecia część, z wyprawą do lasu, serwuje coś, co można nazwać akcją. No ale trzeba najpierw "przegryźć się" przez blisko dwieście stron, czyli więcej niż połowę objętości. Mimo to warto się zapoznać z "Lasem ożywionego mitu", bo to zupełnie nietypowe doświadczenie literackie, w dodatku zmuszające chwilami do intelektualnego zmierzenia się z wcale nie tak prostymi konceptami antropologicznymi. Dodatkowy plus dla wydawcy za sensowne posłowie, choć równocześnie szkoda, że ograniczył się do wznowienia pierwszych dwóch tomów, nie wydając kolejnych pięciu, które wciąż pozostają u nas nieznane.
Jale - awatar Jale
ocenił na 7 3 miesiące temu

Cytaty z książki Wojna Złoziemnego Kamienia

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Wojna Złoziemnego Kamienia