Zaćmienie

Okładka książki Zaćmienie
John Banville Wydawnictwo: W.A.B. Seria: Don Kichot i Sancho Pansa literatura piękna
272 str. 4 godz. 32 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Don Kichot i Sancho Pansa
Tytuł oryginału:
Eclipse
Data wydania:
2004-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2004-01-01
Data 1. wydania:
2010-03-05
Liczba stron:
272
Czas czytania
4 godz. 32 min.
Język:
polski
ISBN:
8374140194
Tłumacz:
Jerzy Jarniewicz
Średnia ocen

                6,0 6,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Zaćmienie w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Zaćmienie

Średnia ocen
6,0 / 10
60 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
68
36

Na półkach: ,

Akcja powieście toczy się w czasie, kiedy Słońce przesłonił księżyc, skutkiem czego Ziemię w niektórych rejonach w środku dnia zalała ciemność, noc za dnia. Główny bohater, aktor, po pięćdziesiątce (no i co? każdy w każdym wieku może przechodzić kryzys istnienia i poddaje w wątpliwość swoje osiągnięcia) przechodzi głęboki kryzys, czuje się zupełnie niezdolny kontynuować swoje dotychczasowe życie. Właściwie nie wiadomo dlaczego, on sam jakby też nie wiedział lub nie chciał wiedzieć. Wraca do swojego rodzinnego domu, dziś opuszczonego jak on, pozostawieni na łasce losu i wystawieni na działanie czynników zewnętrznych, gdzie główną rolę gra czas. Alex oddaje się rozmyślaniom i refleksjom, zagłębia w swoich myślach, wydaje się, że marnotrawi dni i tygodnie. Wspomina czasy dzieciństwa, rodziców, poddaje wszystko ostrożnej analizie. Dawne chwile i przeżycia wywoływane są pobytem w domu, który postanawia odzyskać, domu, w którym każdy zapach, przedmiot to erupcja przemyśleń związanych intensywnymi, dawno przeżytymi chwilami. Wszystko jest jednak bardzo wyważone, opanowane, dominuje wyciszenie i niemy spokój.

Całość opanowana jest nastrojem głębokiej zadumy, refleksji, rozliczania się z przeszłością, mierzeniem się z nią. Pomimo tej nostalgii, głębokiego smutku, poczucia klęski i straty czytelnik daje się nieść narracji. Nieść się to mało, Banville swoim niezrównanym stylem uwodzi niepostrzeżenie już od pierwszej strony. Podążając za narratorem nie zważa na cel, zamiary, idzie ślepo zapatrzony w głównego bohatera poznaje go na nowo razem z nim przeżywając, podążając krok za nim jak niewidomy trzymający się ramienia osoby idącej o krok przed nią. Ślepo oddaje się w jego ręce by pozwolić odczuć niemal fizycznie ostateczne zamknięcie historii.

Banville to utytułowały i zasłużony pisarz irlandzki, jego przystępny, a jednocześnie wyrafinowane styl urzeka i oczarowuje. Ma on niezwykłą umiejętność budowania nastroju, jakby otulania swoją opowieścią. Książka w materialnej formie papieru zadrukowanego farbą, ujętego w prostokątny mały przedmiot, raz otwarta jak dym, lekko, niespiesznie wyłania się, gromadzi, by pozostawić swój zapach na skórze, włosach, ubraniu. To słowa, zdania, związki frazeologiczne, porównania, finezyjnie ujmowane opisy, które można smakować i smakować i wciąż być ich głodnym. Zgrabnie ujęta całość, absolutnie nie przegadana (czego nie znoszę), dokładnie taka, jaka miała być. Polskie wydanie starannie wydane, żadnych literówek ani niedopatrzeń edycyjnych, bo i tłumaczenie nie byle kogo. Kawał dobrej literatury, której warto poświęcić czas.

Akcja powieście toczy się w czasie, kiedy Słońce przesłonił księżyc, skutkiem czego Ziemię w niektórych rejonach w środku dnia zalała ciemność, noc za dnia. Główny bohater, aktor, po pięćdziesiątce (no i co? każdy w każdym wieku może przechodzić kryzys istnienia i poddaje w wątpliwość swoje osiągnięcia) przechodzi głęboki kryzys, czuje się zupełnie niezdolny kontynuować...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

187 użytkowników ma tytuł Zaćmienie na półkach głównych
  • 103
  • 82
  • 2
47 użytkowników ma tytuł Zaćmienie na półkach dodatkowych
  • 35
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1

Tagi i tematy do książki Zaćmienie

Inne książki autora

John Banville
John Banville
Irlandzki pisarz, dziennikarz, zdobywca Nagrody Bookera (2005 r. za powieść Morze) oraz Nagrody Franza Kafki (2011 r.), uważany za jednego z najbardziej przewrotnych i pomysłowych współczesnych pisarzy, którego powieści cechują czarny humor i celne obserwacje.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Powracający głód Jean-Marie Gustave Le Clézio
Powracający głód
Jean-Marie Gustave Le Clézio
Powieść „Powracający głód” wydał Jean-Marie Gustave Le Clézio J.-M.G Le Clézio (ze względu na trzy imiona pisarza – taki skrót) w 2008 roku, czyli w tym samym, w którym otrzymał literacką Nagrodę Nobla. To uwaga porządkująca bowiem w jakiejś polskiej krytyce wyczytałem, że „Powracający głów” jest słabą powieścią, co dowodzi, że wszystkie książki noblistów, które piszą zaraz po otrzymaniu najważniejszego wyróżnienia literackiego, są słabe. Zdaję sobie sprawę, że portal lubimyczytac.pl, gdzie najwyższe oceny zdobywają nędznej jakości kryminały, może nie jest najlepszym miejscem, aby zachwalać wysoką literaturę, lecz nie rezygnuję z żadnej szansy, aby pokazać, że poza romansidłami i kryminało-horrorkami istnieje także prawdziwa Literatura, prawdziwa Proza. I taką prozę J.-M.G Le Clézio (ze względu na trzy imiona pisarza – taki skrót) pisze. „Powracający głód” to historia w Historii, historia kilkunastoletniej dziewczynki Ethel w latach tuż poprzedzających II wojnę światową, która zmieniła świat. Jest wiele elementów osobistych, intymnych w tej opowieści. Historia Ethel pokrywa się z historią matki autora, pochodzącej – jak bohaterka jego powieści – z Mauritiusu. W „Powracającym głodzie” czytamy o ojcu Ethel, który przenosi się do Paryża, gdzie liczy na karierę i rozwój biznesu. Po początkowych sukcesach, doznaje dotkliwej porażki. Ale nie jest to saga rodzinna, chociaż wykreowana przez Le Clézio postać Ethel jest jednym z najpiękniejszych portretów literackich, jakie noblista stworzył – krucha, ulotna, niczym wrażenie z wystawy obrazów wielkich mistrzów. A scena, w której dziesięcioletnia Ethel wchodzi na wystawę w Bois de Vincennes, trzymając swoją dłon w reku pradziadka, jest przepyszna. Jest rok 1931. Trzy lata później pradziadek umiera. Świat bankrutujących rodziców wywraca się do góry nogami. Podczas jednej z rozmów w salonie Ethel po raz pierwszy słyszy nazwisko Hitler. Le Clézio pisze o człowieku w żarnach Historii, lecz nie w tonach tragicznych, a bardziej nostalgicznych. Portretuje świat (druga część powieści, o życiu w Nicei – nędza, głód, rozpad więzi społecznych), bolejąc nad przemijaniem, utratą przyjaciół, młodości i nadziei. To naprawdę piękna powieść. Wprawdzie nieco statyczna, ale czuje się w niej, że ma się do czynienia z klasyką, która powstaje na naszych oczach.
Jacek Jarosz - awatar Jacek Jarosz
ocenił na 8 3 lata temu
Dziennik irlandzki Heinrich Böll
Dziennik irlandzki
Heinrich Böll
Interesujący, miejscami mocno liryczny, acz dla mnie mocno niepełny - nawet w ówczesnych realiach - obraz Irlandii. No bo czy ten wyraźnie fascynujący Autora, pełen życzliwych ludzi kraj, to ta sama Irlandia, z której uciekli dwaj najwięksi jego 20-wieczni giganci - James Joyce i Samuel Beckett? Nie za chlebem, bynajmniej nie jak miliony ich rodaków, nie za chlebem…. Jak na mój gust zbyt pięknie w tej książce, zbyt łagodnie melancholijnie. Nie ma terrorystów, nie ma tej atmosfery grajdołu, wszechwładzy Kościoła z jej wszystkimi znanymi, straszliwymi konsekwencjami, zwłaszcza dla kobiet sprowadzonych do roli maszyn rozpłodowych w kraju faktycznie wewnętrznie okupowanym przez siłę, która – jak to mówi Poeta – „jest jak ogromna depresja rozciągnięta nad krajem”. Albo Heinrich Böll nie był przesadnie bystrym obserwatorem (ale to noblista - więc wykluczam), albo raczej – skoro jeździł do tego ewidentnie egzotycznego dla niego kraju, gdzie kupił domek, na wakacje– może chciał mieć po prostu tzw. święty spokój? Jego wrażliwa lewicowość niczego mu nie podpowiedziała? Nie chciał, nie mógł, nie pozwolono mu, zajrzeć pod tę pozornie przeczyście wykrochmaloną podszewkę życia społecznego? Jedyne kraje, do których porównania się nasuwają z tamtych czasów (koniec lat 50.) to Hiszpania Franco i Portugalia Salazara. Pozostaje tylko zazdrościć Irlandczykom, jak ostatnio nieco zmienili swój kraj na lepsze…. Owszem, w jednym jedynym miejscu pojawił się jakiś przebłysk co do nadmiarowej władzy Kościoła, ale w żart obrócony: „W Irlandii kler ma decydujący głos także przy udzielaniu licencji na szynki, ustalaniu godziny policyjnej i urządzaniu potańcówek”. Albo było jeszcze inaczej: to była wiedza niedostępna nikomu z zewnątrz, swoista omerta, której złamanie było wtedy po prostu niemożliwe, także ze strony ofiar, a może zwłaszcza ich, a już szczególnie nie wobec cudzoziemca, cóż że z przyjaznego im kraju, który w dwóch wojnach łoił Anglikom skórę …. Wtedy to ich filozoficzne nastawienie do życia, którym się tak zachwyca Böll, byłoby jedynie pełnym rezygnacji poddaniem się czemuś, czego zmienić się nie da – tak jak się godzili z ciągłym deszczem, notabene pięknie opisanym („Deszcz jest tu absolutny, wspaniały i przerażający. Nazywanie go niepogodą jest równie niestosowne, jak nazywanie palących promieni słońca ładną pogodą”). Nie przypadkiem Autor odnotowuje powszechną a przecież dość fatalistyczną postawę ludzi doprowadzonych na tzw. skraj - „It could be worse („Mogłoby być gorzej”) – BTW: równie popularną w Sowietach – gdy „czasem bywa bardzo źle, a coś jeszcze gorszego daje pociechę i stwarza właściwą proporcję”. Typowy to mechanizm obronny w totalitaryzmach, nieważne jakiej barwy. I w tym kontekście nie dziwią sympatie miejscowych…. „ - Powiedz no - odezwał się cicho - Hitler… był… myślę… nie takim złym człowiekiem… tylko poszedł za daleko? (…) - Posłuchaj no, Padraic – powiedziałem spokojnie – dobrze wiemy, jak daleko zaszedł Hitler, a szedł po trupach milionów Żydów, dzieci… - Twarz Padraica drgnęła boleśnie. Zamówił siódme piwo i powiedział ze smutkiem: - Szkoda że i ty dałeś się uwieść angielskiej propagandzie. Wielka szkoda. Nie tknąłem stojącego przede mną piwa”. Owszem. Autor umie pięknie opisywać egzotyczny dla siebie świat i nawet nie za bardzo mu się można dziwić, np. „Kiedy pędzi bydło z pastwiska, wygląda na szesnaście lat, kiedy później, za rogiem domu, skręca na drogę prowadzącą przez wieś, wydaje się, że ma chyba już trzydzieści parę lat, a kiedy przechodzi koło domu i nieśmiało uśmiecha się przez okno, wtedy widać, że dobiega już pięćdziesiątki”. „Odchodzi jako mężczyzna pięćdziesięcioletni, przy rogu domu zmienia się w trzydziestoletniego, wyżej na stoku, gdzie idzie, drapiąc osła po grzbiecie, staje się szesnastolatkiem, a kiedy na górze zatrzymuje się na chwilę przy żywopłocie z fuksji, tylko na tę chwilę, zanim zniknie za żywopłotem, wygląda jak chłopiec, którym niegdyś był”. „Butelki po mleku, pozbawione dziewictwa, obrabowane ze swych pieczęci, puste i brudne, stały pod drzwiami i na parapetach okiennych, smutnie czekały na poranek, kiedy zastąpią je ich świeże, promienne siostry, a mewy były nie dość białe, aby zastąpić anielską promienność niewinnych butelek z mlekiem”. „Kamienie z irlandzkich murów wystarczyłyby na budowę wieży Babel, ale irlandzkie ruiny dowodzą, że podejmowanie tej budowy byłoby bezcelowe”. „Mury z 20. wieku niemal nie różniły się od tych z 8. – i one były porośnięte mchem, i one wyglądały jak ruiny”. „Tu – jakież to dobrodziejstwo! – wolno palić w kinach. Gdyby tego zabroniono, wybuchłoby zapewne powstanie, bo u Irlandczyków namiętność do kina łączy się z namiętnością palaczy”. „Torf, jedyne bogactwo kraju, który już od stuleci jest obrabowany z lasów, któremu nie zawsze starczało i nie starcza chleba, ale zawsze starcza codziennego deszczu”. Poprzednie dwie moje książki noblisty jednak oceniam wyżej – to „Utracona cześć Katarzyny Blum albo: Jak powstaje przemoc i do czego może doprowadzić” i „Anioł milczał”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 6 1 rok temu
Mefisto John Banville
Mefisto
John Banville
Banville to figlarny i piekielnie inteligenty pisarz, a każda jego książka jest jakby smakowicie zapakowanym prezentem, gdzie nazwisko autora jak wielka kokarda zwiastuje kryjące się pod nią wspaniałości. Mefisto jest i nie jest podobne do innych dzieł tego autora. Jest w nim wszystko, co najwspanialsze, najbardziej charakterystyczne dla niego, a jednocześnie prezentuje nieco inne spojrzenie i postaci. Mamy tu młodego człowieka, chłopca, który posiada niezwykły matematyczne dar, określany przez swojego nauczyciela jako geniusza. Poznajemy go od najwcześniejszych chwil życia, chwil, które zna z opowiadań rodziny, jak przeżył niejako kosztem swojego brata bliźniaka. Zawsze strzeżony jako ten, który może podzielić los zmarłego rodzeństwa, a jednocześnie od najwcześniejszych lat izolujący się i próbujący oddanie matki. W szkole dowiaduje się, że jest wybitnym, ponadprzeciętny, co skrzętnie ukrywa przed rodziną, zwykłą i prostą, nie znającą innego życia jak to w małym i skromnym miasteczku. Pragnie być bezgranicznie kochany i akceptowany ale zdaje sobie sprawę, już jako dziecko, że od chwili narodzin jego życie naznaczone jest przegraną, że jego wyjątkowość, to jego przekleństwo. Nie oponuje, gdy matka nie zgadza się z nauczycielem poruszonym talentem ucznia, z którego potęgi zdaje sobie sprawę tylko on, próbuje uświadomić matkę jak bardzo niezwykłe dziecko jest jej udziałem, jaka to misja wychować go. Matka czuje się dotknięta, jakby nazwał ją złym rodzicem, ta prosta kobieta nie jest w stanie pojąć geniuszu dziecka, jego wagi, ona widzi tylko jego odmienność społeczną, jego introwertyczny charakter, jego mało dziecinny sposób bycia i zainteresowania. Oczywiście o tym wszystkim dowiadujemy się z opowiadań chłopca, który jest narratorem całej historii, sformułowanych w sposób charakterystyczny dla dużego dziecka, inteligentnego lecz emocjonalnie wciąż niedojrzałego. Jakby tego było mało w tej spokojnej i cichej okolicy pojawiają się trzej przybysze, zupełnie inni i zupełnie nie spokojni. Wszystkich spowija aura diabolicznej tajemniczości, niemą Sophie, przebiegłego Felixa i antypatycznego Kasperla. Tak samo obcy dla społeczności jak Gabriel, który wyczuwa jakąś jedność duchową, losu z nowymi sąsiadami. Zafascynowany ich niemal patologicznym stylem życia wydaje się, że zupełnie zapomina o swojej prawdziwej rodzinie i niejako adoptuje się sam do nowej, tej, która go przyjmuje takim jaki jest. Czy przyjmuje? A może bardziej zwabia, a niczego nieświadomy niewinny Gabriel daje się złapać w pułapkę, która wcześniej została na niego zarzucona poprzez obdarzenie go nadzwyczajnym darem? Nic nie jest tu opowiedziane wprost, nie ma rzeczy oczywistych i podstawowych. Wszystko jest rozmyte, ukryte w mgle, zapisane językiem, którego nasz bohater nie rozumie, ponieważ jedyny język mu bliski to język liczb i ich skomplikowane kombinacje, których nie da się odnieść do ludzkiej rzeczywistości, nieprzewidywalności życia, ludzkich uczuć i więzi, interesowności i złych intencji. A to dopiero początek. Banville doprawdy jest pisarzem, który potrafi w zachwycająco prosty, a jednocześnie niepretensjonalnie wyszukany sposób uchwycić to, co nas otacza, a nad czym nawet się nie zastanawiamy, ponieważ jest to tak oczywiste. Potrafi to odbić w lustrze tak, że przyglądamy się i przyglądamy, i zamiast znużenia wzmaga się nasza ciekawość i chęć dalszego poznawania. Kiedy Gabriel doświadcza dramatycznych zdarzeń, czy minęło już kilka lat, których nie zauważył, czy ledwie kilka tygodni, które odmieniły go tak, jakby przeżył już wystarczająco by dojrzeć, tego nie wiemy. Zmienia się jednak język opowieści, jest zdecydowanie smutniejszy, zgaszony, pozbawiony złudzeń, a jednak narrator wciąż szuka dla siebie ratunku. Banville to prawdziwy czarodziej, samym tylko tonem opowieści potrafi zmienić perspektywę, właściwie oddać wszystko co istotne. To cudowne zadumanie w języku jest wyjątkowym znakiem firmowym, trudnym do odnalezienia gdziekolwiek indziej. Nie tylko styl, który oddaje maksimum treści, ale do tego niebanalna fabuła, która wywołuje gęsią skórę zasługują na poświęcenie jej małego wycinka z życia, żeby poznać co to jest dobra literatura. Mefisto to niewiele ponad dwustu-stronicowa lektura, w której zostały zawarte najważniejsze problemy ludzkiej egzystencji.
czytulinka - awatar czytulinka
oceniła na 8 11 lat temu
Procedura Harry Mulisch
Procedura
Harry Mulisch
To twór wybitny - bez cienia zawahania. Książka ta jest trudna do jednoznacznego zdefiniowania. Jest to dzieło, które 100 lat po Nietzschem powraca do wizji świata, w którym Bóg umarł. Tu jednak ta smierć Boga jest wynikiem geniuszu człowieka, który zdołał przejąć od niego moc Demiurga i nauczył się powoływać do życia martwą materię: jak sam główny bohater to określił: „przeszedł konwersję z chemika na biologa”. Odbierając życiu jego boską aurę, Wiktor Werker stał się w sposób niezamierzony szatanem na Nocy Walpurgi, w którą przemienił świat. Czy jednak niszczycielskim grzechem jest akt stworzenia? Mulisch pokazuje, że ingerencja człowieka w to, co najbardziej nieznane, może mieć tragiczne konsekwencje, lecz istnieje wyjście, które pozwoli człowiekowi spełnić pragnienie stwarzania bez groźby zachwiania porządkiem świata: jest to słowo pisane, gdyż pisarz nie robi nic innego jak właśnie tworzenie rzeczywistości, dla której to on jest Bogiem i on, z godnością wspomnianego wcześniej Demiurga arbitralnie ustala los swego stworzenia. Co jednak, gdy świat stworzony przez Boga-pisarza zostanie mu wydarty z rąk przez dzieci własnej kreacji, które naiwnie uwierzą, że są już gotowe same kontynuować powieść mistrza? 9/10 tylko i wyłącznie dlatego, że 10/10 dostało „Odkrycie nieba”, a dwóch dzieł tego samego człowieka takim honorem obdarzyć nie można.
MaksDelius - awatar MaksDelius
ocenił na 9 3 lata temu
Badenheim 1939 Aharon Appelfeld
Badenheim 1939
Aharon Appelfeld
Nieczęste spojrzenie na Zagładę z perspektywy tych co "przedtem w Rzeszy". Nikt jeszcze nie ma jej świadomości, choć atmosfera w austriackim uzdrowisku - małym niby-getcie, gdzie jeszcze trwa rejestracja i koncentracja, zanim ruszy eksterminacja - tężeje z każdym zbliżającym się dniem „wyjazdu do Polski”. A zarazem życie toczy się „normalnie”: romanse, anse, dąsy, swary, dziwactwa, łajdactwa, nieporozumienia, stare przyzwyczajenia…. Inny też niż w dotychczasowej literaturze Holokaustu jest zbiorowy bohater. To niemiecko-austriackie "żydostwo oświecone", zeświecczone i zeuropeizowane, żadny tam zacofany sztetl, jak w Polsce i dalej. Niektórzy z bohaterów nie są wręcz wolni od niechęci do tych ”Ostjuden”, którzy w ich mniemaniu mogą być słuszną przyczyną złości Onkela Adiego na ich rasę (gdyby tylko wiedzieli, że takie rozróżnienia go nie interesowały…). „- Nadal widzę siebie jako wolnego obywatela austriackiego. Do Polski trzeba wysyłać polskich Żydów. Oni wracają do swojego kraju. To, że się znalazłem wśród nich, to nieporozumienie. Zwykłe nieporozumienie”. Zebrana w Badenheim społeczność to ludzie tacy, jak wszędzie i zawsze. Żadnej tu idealizacji przyszłych ofiar – także na tym polega odwaga spojrzenia Autora. Czyni to ich los jeszcze bardziej przejmującym. „Człowiek siedzi w fotelu, słucha muzyki, przegląda kolorowe magazyny i marzy o Polsce. A Polska, obca i daleka, przybiera w końcu postać idyllicznej, sielankowej wizji, krainy bez zmartwień i trosk”. Czy może dziwić, że nie mogą oni przypuszczać, aby w tej Polsce mogło stać się im coś złego? Czy jednak ktoś mógł sobie wyobrazić gazowanie i palenie ludzi na skalę przemysłową, a co dopiero dać wiarę takim pogłoskom. Niemieccy ludobójcy genialnie rozegrali jakże ludzką chęć życia "choć chwilę dłużej”, no i odwieczny mechanizm: „oni na pewno tak, ale ja – nie”… Wciąż nie rozumieją: „Nie rozumiem, jakie przestępstwo popełniłem, że wygnano mnie z własnego domu. Powiedzcie mi proszę”. Żyją wciąż pojęciami „państwa prawa”, którego błyskawiczny kres przeoczyli: „Komisja na pewno zacznie rozpatrywać odwołania. Należy założyć, że podczas tej nie do końca przemyślanej akcji popełniono niemało błędów”. Niektórzy jeszcze myślą o przyszłości: „Muzycy bezwstydnie ładowali do swoich bagaży hotelowe serwisy i srebrną zastawę. Semicki zapytał ich, po co to robią. W Polsce ludzie nie jadają na porcelanie”: Nastroje pogarszają się z każdym dniem. A ludzie? „Ludzie wtapiali się w ściany jak cienie”. ”Starszy kelner siedział w kącie. Był w czarnym garniturze, który wkładał rzadko, tylko przy wyjątkowych okazjach. Nie wiadomo dlaczego wyglądał na człowieka, w którym wygasł już ogień życia. Na jego twarzy gościł wyraz pełnej obojętności pustki”. „Ostatnie oznaki młodości zniknęły z jego twarzy”. „Z całej jego postaci emanowała już tylko starość, teraz wyraźnie widoczna”… Wiele tu scen wbijających w fotel, choć tak naprawdę nic ”złego” się nie dzieje ot, nakaz rejestracji w „wydziale sanitarnym”, wyrzekanie się członków rodziny, zamknięcie cukierni, zakaz korzystania z basenu. A jednak zaczynają się samobójstwa, niektórych ogrania szaleństwo… Nie jest trudno przewidzieć, że na koniec tej wybitnej książki podjeżdżają wagony… Dalej jest noc. I nic. Nieco cytatów: …Jeden z muzyków, który z trudną do pojęcia dumą obnosił się ze swoim polskim nazwiskiem, zauważył, że urzędnicy przypominają mu marionetki. Nazywał się Leon Semicki... - Gdy opuściłem Polskę, miałem siedem lat, a teraz mam wrażenie, jakby to było zaledwie rok temu. - Tam ludzie są bardzo biedni – powiedział ktoś szeptem. - Biedni, ale nie boją się śmierci. …Truda nie szczędzi szczegółów. Nie ma drugiego tak pięknego kraju jak Polska. Powietrze nigdzie nie jest tak świeże. - A język? Przecież ja nie mówię po żydowsku. - Nie ma nic łatwiejszego niż nauczyć się żydowskiego. To prosty i ładny język. Również polska mowa jest piękna… - Wracamy do Polski? – wybuchnął śmiechem – A ja przecież kiedyś stamtąd uciekłem. - Wszyscy byliśmy kiedyś w Polsce i wszyscy kiedyś do niej wrócimy – oświadczył Papenheim. ….Nie pozostało im nic poza wspomnieniami – w długie zimowe noce oddawały się im, wyrażając żal za minioną kobiecością, tak jakby teraz były wdowami…. …Śmierć wyraźnie widoczna pojawiła się i stanęła koło umywalni na korytarzu. Pani Zauberblit przez chwilę przyglądała się jej wzrokiem, jakim kobieta przygląda się dawnemu kochankowi, który ponownie stara się o jej względy… …Śmierć bawi tam swobodnie, bez przeszkód, podobnie w ogrodzie różanym i w salonie. Rozmawia się z nią jak z każdą inną żyjącą istotą, żartując lub przymilając się. A gdy wybija godzina, znika się z tego świata, czasami jęcząc i krzycząc, innym razem dyskretnie i po cichu… - Nie rozumiem – zdziwił się major - czy panuje tu epidemia? - Epidemia żydostwa. …Przy wejściu do cukierni stał sędziwy piekarz w niebieskim garniturze. Długie lata, spędzone w cieniu właściciela, zabiły w nim najmniejszy przejaw własnej woli. Na jego długiej twarzy malował się wyraz zupełnej bezradności… - Ośmielę się zadać pytanie natury osobistej – rzekł piekarz. - Pracowałem tu bez przerwy przez 30 lat. Czy moja emerytura zostanie uznana również tam? - Wszystko będzie honorowane – zapewnił Papenheim – Ludzie nie zostaną skrzywdzeni. - Tak też myślałem. …Słowa takie jak „odwołanie” i „procedury” jakoś przemówiły do niego. Widocznie studiował kiedyś prawo. Trochę się uspokoił. Kontakt ze znajomymi pojęciami sprawił, iż trochę rozjaśniło mu się w głowie... …Klienci zaopatrywali się przede wszystkim w duże ilości leków nasennych i uspokajających… …Jeśli już komuś należy się tytuł „wielkiego Żyda”, to z pewnością Karlowi Krausowi; on przywrócił satyrze godne jej miejsce…
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 9 3 lata temu
City Alessandro Baricco
City
Alessandro Baricco
„ Wszystko byłoby prostsze, gdyby nie wmówili ci tej historii, że trzeba dokądś dojść, gdyby raczej nauczyli cię tylko, jak być szczęśliwą, nie ruszając się z miejsca”. Fantazja i inteligencja. Humor i smutek. Jak wielu z nas wie, jak obchodzić się ze szczęściem? Jak często błąkamy się po świecie wśród śmiechu i płaczu; zawierzamy cudzym ideom? „Prawdziwe życie nie mówi. To tylko gra zręcznościowa, w której wygrywasz albo przegrywasz […]”. Zgadujesz; przycisk niebieski czy czerwony? Między wierszami kilku historii - może banalnych, może niezwykłych - pojawiają się tematy samotności, tęsknoty, przemijania, bólu i wiecznych marzeń. City to rzecz o ludzkich drogach, tych całkiem prostych, i tych krętych, z zakolami, gdzie zdarza się utknąć na chwilę, na zawsze; rzecz o odkrywaniu siebie, o życiu poza sobą. To książka po prostu znakomita (seria Nike). Tu w s z y s t k o zagrało; narracja, dialogi, fabuła; może momentami mogło być krócej, ale tylko trochę; było za to inteligentnie i mądrze, więc myślę, że nie mam się czego czepiać. Alessandro Baricco wzbudził we mnie ciekawość i łaknienie czytania, dalej dalej i dalej; wymusił obietnicę powrotu. Wrócę. Niektórzy niezadowoleni opiniodawcy dziwią się tym, którzy ocenili powieść wysoko. Ja dziwię się tym pierwszym. Może to kwestia cierpliwości, indywidualnego gustu, nastroju. Wśród opinii pojawił się zarzut dot. brutalistycznej pornografii (?); też nie lubię, a nie udało mi się znaleźć, więc to chyba nie w tej książce. W każdym razie, jeśli według rozczarowanych City to jedna ze słabszych pozycji Alessandro Baricco, to tym bardziej spieszno mi już do tych lepszych.
Pan_Poker - awatar Pan_Poker
ocenił na 9 22 dni temu
Nie mów noc Amos Oz
Nie mów noc
Amos Oz
„Nieważne, ile wysiłku włożysz w to, żeby kogoś poznać, poświęcisz na to sto lat, dzień i noc na okrągło, będziesz z nim spać w jednym łóżku, nic to nie da, i tak nie będziesz nic o nim wiedzieć”.W „Nie mów noc” Amos Oz snuje opowieść, która nie tylko relacjonuje historię, ale przede wszystkim odsłania emocjonalny krajobraz dwóch dusz, które pragną się do siebie zbliżyć, a jednocześnie nieustannie się rozmijają. To powieść o miłości, która nie wystarcza, o czułości, która nie koi, oraz o dwojgu ludziach dzielących przestrzeń, lecz nie potrafiących się naprawdę usłyszeć. Główni bohaterowie, Teo i Noa, żyją razem w pustynnym izraelskim miasteczku. Choć są w związku, ich relacja przypomina współdzielenie przestrzeni dwóch odrębnych planet.Teo pragnie spokoju, prostoty, ciszy i symbolicznego „niewywoływania nocy”. Noa natomiast chce działać, zmieniać świat i angażuje się w projekt ośrodka resocjalizacyjnego. Ich spojrzenia na życie są różne, ale w centrum pozostaje pytanie: czy miłość może wystarczyć, gdy wartości i potrzeby są tak odmienne?Oz znakomicie uchwycił paradoks relacji: można być blisko fizycznie, a jednocześnie głęboko i chronicznie samotnym. Noa i Teo często rozmawiają, ale niemal nigdy naprawdę się nie słuchają. Ich myśli krążą wokół siebie jak ćmy, ale na różnych orbitach. Każde z nich próbuje kochać na swój sposób, lecz miłość, która nie spotyka się z odbiciem, zaczyna ciążyć. Znamy to i z własnego jestestwa. Nie ma tu dramatycznych wybuchów ani ostrych konfliktów. To raczej powolne, ciche przesuwanie się dwóch serc na granicy znużenia, troski i niezrozumienia. Oz pokazuje relację, która nie umiera gwałtownie, lecz rozmywa się, zasypując piaskiem pustyni, w której toczy się ich życie. Świetnym zabiegiem literackim jest naprzemienna narracja: raz widzimy świat oczami Teo, raz przez pryzmat myśli Noa. Ta konstrukcja uwypukla, jak subiektywne, nieprzenikalne i czasem tragicznie rozbieżne są nasze interpretacje rzeczywistości oraz intencji drugiego człowieka. Co ważne: każde z nich nosi w sobie swoją wersję tej relacji. Każda jest prawdziwa, choć żadna niepełna. „Nie mów noc” to dla mnie przede wszystkim powieść o trudzie bycia razem. Nie chodzi tu o zdradę czy wielką tragedię, ale o coś znacznie trudniejszego: o codzienne poczucie, że kochamy kogoś, a mimo to nie umiemy dotrzeć do jego wnętrza. Każde „dobranoc” niesie w sobie cień pytania: czy na pewno się rozumiemy? Czy jeszcze jesteśmy razem, czy już obok siebie? To także historia o tym, jak miłość bez rozmowy zamienia się w milczenie, a troska w znużenie. Oz jak zwykle nie potępia swoich bohaterów; pokazuje ich z empatią i liryzmem jako ludzi, którzy próbują, choć nie zawsze potrafią. Autor stworzył intymny portret relacji, która rozgrywa się w ciszy, w gestach i w niedopowiedzeniach. Ta konstrukcja pozwala dojrzeć, jak subiektywne, nieprzenikalne i czasem tragicznie rozbieżne są nasze interpretacje rzeczywistości oraz intencji drugiego człowieka.Lektura głęboka, dojrzała, poruszająca, pozostająca na długo w pamięci, jak wszystkie tego autora.
Efemerycznoscchwil - awatar Efemerycznoscchwil
ocenił na 8 9 miesięcy temu
Droga żelazna Aharon Appelfeld
Droga żelazna
Aharon Appelfeld
„Pamięć jest moim nieszczęściem. (…) Pamięć wypełnia mnie całego, nieomal dławi, przywołując bezustannie obrazy dnia i obrazy nocy. (...) Pamięć zapuściła korzenie w całym moim ciele, najmniejsza rana, najmniejsze draśnięcie przywołuje nadmiar obrazów”. Nie tak wybitna, jak „Badenheim 1939”, ale wciąż świetna literatura postholokaustowa, z rzadką w niej figurą Żyda-Wiecznego Tułacza, który jak rok długi jeździ po wojnie pociągami po Austrii (nie przypadkiem jednym z najbardziej antysemickich krajów Europy), wyszukując ocalałe judaica i szykując pomstę na mordercy rodziców w obozie podczas wojny. Książce służy to, że nie jest napisana prozą całkowicie realistyczną, ale i tak stopień jej mrocznej melancholijności jest odpowiednio wysoki – zapewne dla wielu za bardzo. Jak mówi Poeta (Tomasz Jastrun), „ ci którzy ocaleli mają wypalone wnętrza”. Taki właśnie jest przypadek narratora, być może dlatego wiecznie w drodze, aby uciec od samego siebie („Nie znoszę tych ponurych miejsc zwanych domami. Wsiadam do pociągu i natychmiast unoszę się na skrzydłach wiatru”). A nie ma on złudzeń na żaden temat. Wiele tu wątków autobiograficznych Autora, który urodził się w 1932 r. w rumuńskich wtedy Czerniowcach, fascynującej stolicy dawnej Bukowiny, najbardziej chyba „mozaikowej’ krainy CK Monarchii (jej najlepszy literacki obraz w znakomitym „Gronostaju z Czernopola” Gregora von Rezzori). Nota bene to właśnie wspominki narratora z dzieciństwa - tak jak Autor, trafił on do niemieckiego obozu i cudem przeżył - wydają mi się ciekawsze niż zasadnicza fabuła, której w sumie na lekarstwo, skoro przeszłość dominuje nad teraźniejszością, będącą „łąką popiołów”, a przyszłość w zasadzie nie istnieje. Ze znaczącą odwagą, a zarazem pełną wyczucia rozwagą, Autor sięga po nie tak często opisywane w literaturze holokaustowej komunistyczne zaangażowanie wcześniejszego pokolenia. I czyni to tak, że staje się to czymś naturalnym, a na pewno lepiej zrozumiałym. Ojciec i matka narratora bardziej niż wychowywaniem dziecka zajmowali się bowiem walką klasową, nb. z żydowskimi kapitalistami, bo innych tam i wtedy za bardzo nie było. Ojciec narratora jest na Bukowinie, czy też w Galicji, wręcz przywódcą mocno lewicowych, jak to czytamy „Rusinów” (dziś to termin mocno anachroniczny i już de facto nie używany wobec Ukraińców, a przed II wojną u Polaków powszechny, przez samych zainteresowanych odbierany negatywnie, na tej samej zasadzie, co wielkoruski termin „Małorusini”). Np. pada takie zdanie: „Rusini kiedyś jednogłośnie wybrali ojca na swojego sekretarza. Miał być organizatorem ich strajków, ale dosłownie w ostatniej chwili ktoś sobie przypomniał, że ojciec jest Żydem i że to nie jest w porządku, żeby Żyd był przywódcą Rusinów”. A sam narrator? „Gdy miałem 6 lat, mówiłem po ukraińsku jak Rusin. Ojciec był z tego bardzo dumny. Nie znosił języka żydowskiego. Mawiał, że jidysz zalatuje zapachem sklepiku i przypomina brzęk monet”. „W głębi duszy ojciec uwielbiał sposób życia Rusinów i każde słowo wypowiadał tak, jakby delektował się kawałkiem słodkiego piernika”. Nie dziwi, że Autor kilka razy wyraża pełny żalu zawód wobec postawy mieszkańców tamtego regionu w czasie wojny. Wielkie wrażenie wywiera obraz powojennej Austrii, w której wszak nigdy nie doszło do denazyfikacji, skoro była ona – co tamci ludzie skutecznie wmówili całemu światu - jakoby ”pierwszą ofiarą Hitlera„ (nieważne, że „sama chciała”). „Nienawiść do Żydów jest w tych okolicach silna i już po dwóch, trzech kieliszkach wyraża się w słowach” – odnotowuje narrator, co rusz podając liczne tego dowody. A sam pamiętam święty oburz Austriaków na świat, gdy ujawniono, że ich prezydent Kurt Waldheim (ten gość był sekretarzem generalnym ONZ! – pamiętam, jak całował się z Gierkiem; w szkole kazano nam iść witać „dostojnego gościa” na trasie przejazdu) miał udział w wojennych zbrodniach w Jugosławii, a na pewno o nich wiedział. I nie przypadkiem wszystkie nazwy miejscowe w tej książce nie mają niczego wspólnego z autentycznymi, co sygnalizuje zamierzony i w pełni zasadny ”efekt obcości”. Szukanie mordercy rodziców płk. Nachtigala wypełnia narratora w całości. „Już kilka razy byłem blisko, ale jemu, dzięki wrodzonej przebiegłości, udało się umknąć. Można przypuszczać, że mieszka sobie gdzieś wygodnie w małym, pomalowanym na biało, domku otoczonym trawnikami i klombami róż. Wiem, że w końcu był tylko pomniejszym mordercą. Arcymordercy mieszkają tu przez nikogo nie niepokojeni”. Oczywiście „wykonanie zadania” niczego nie zmienia ani nie odmienia. Niewinna (we własnym mniemaniu) Austria trwa, bo trwać ma… Nieco cytatów…. „W pierwszych latach uciekałem od muzyki klasycznej jak od pogrzebów, ale powoli nauczyłem się cenić jej tajemnicze przymioty. Owiewa mnie niczym delikatny narkotyk, jest jak eliksir: jeśli raz mu się ulegnie, nie można bez niego żyć. Po godzinie słuchania kwartetu smyczkowego staję się innym człowiekiem”. „Miała 19 lat i była jak niemy kwiat rzucony na brudną wodę. Wtedy nikt nie wiedział, co zrobić z ocalonym życiem. Wszystko zostało zdławione. Ludzie skakali sobie do oczu, bezwstydnie gromadzili zapasy. (…) Obozy ciągnęły się za nami wszędzie, jakbyśmy wciąż nie wyszli z tych klatek śmierci”. „Dziś już wiem, jak wiele udawania jest w rozmowie. Zaufanie wzbudza we mnie tylko człowiek milczący”. ‘W drodze między jedną wioską, a drugą wyciągam flaszeczkę koniaku i popijam sobie. W ten sposób odpędzam od siebie ciemne chmury i palący strach. Bez koniaku wspomnienia Wirblbahnu wracają do mnie. Znów widzę koszmar mojego powrotu do życia i znowu nie mam ochoty żyć dalej”. „Nienawidzę tych czujnych kolejarzy, którzy uderzają w koła wagonu i wysyłają w noc owe nieszczęsne dźwięki”. „Maks powiedział mi kiedyś, że u niego w każdym pokoju jest jedno ukryte wyjście. Powiedział też, że ludzie z naszego pokolenia nie powinni sypiać w pomieszczeniu, z którego nie ma drugiego wyjścia. Całkowicie z nim się zgadzam”. „Melancholia jest jak wijący się wąż. „Nigdy nie myślałem o emigracji do Izraela. Obecność tylu Żydów w jednym miejscu wprawia mnie w stan depresji, przytłacza, ale co mogę zrobić, dokąd mam pojechać? Konieczności nie można za nic winić”. ”Lepiej chyba przebywać wśród nieprzyjemnych Żydów niż wśród antysemitów”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 8 1 rok temu

Cytaty z książki Zaćmienie

Więcej
John Banville Zaćmienie Zobacz więcej
John Banville Zaćmienie Zobacz więcej
John Banville Zaćmienie Zobacz więcej
Więcej