rozwiń zwiń

Próba kwasu w elektrycznej oranżadzie

Okładka książki Próba kwasu w elektrycznej oranżadzie
Tom Wolfe Wydawnictwo: Dowody literatura piękna
440 str. 7 godz. 20 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Tytuł oryginału:
The Electric Kool-Aid Acid Test
Data wydania:
2022-09-28
Data 1. wyd. pol.:
1989-02-17
Liczba stron:
440
Czas czytania
7 godz. 20 min.
Język:
polski
ISBN:
9788365970077
Tłumacz:
Tomasz Tłuczkiewicz, Richard Bialy
Średnia ocen

                7,1 7,1 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Próba kwasu w elektrycznej oranżadzie w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Próba kwasu w elektrycznej oranżadzie



książek na półce przeczytane 640 napisanych opinii 379

Oceny książki Próba kwasu w elektrycznej oranżadzie

Średnia ocen
7,1 / 10
193 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
32
17

Na półkach:

Majstersztyk. Oprócz arcyciekawego tematu, język, jakim została napisana książka to prawdziwe WOW. Strumienie świadomości, urywające się wpół zdania pomysły, dialogi i przyśpiewki, korowód kolorowych postaci, miejsc, wydarzeń - wszystko zamknięte klamrą garażu i naturalnie wyciszone... ta książka to wspaniała przygoda!

Majstersztyk. Oprócz arcyciekawego tematu, język, jakim została napisana książka to prawdziwe WOW. Strumienie świadomości, urywające się wpół zdania pomysły, dialogi i przyśpiewki, korowód kolorowych postaci, miejsc, wydarzeń - wszystko zamknięte klamrą garażu i naturalnie wyciszone... ta książka to wspaniała przygoda!

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

1150 użytkowników ma tytuł Próba kwasu w elektrycznej oranżadzie na półkach głównych
  • 884
  • 253
  • 13
82 użytkowników ma tytuł Próba kwasu w elektrycznej oranżadzie na półkach dodatkowych
  • 42
  • 12
  • 10
  • 6
  • 4
  • 4
  • 4

Tagi i tematy do książki Próba kwasu w elektrycznej oranżadzie

Inne książki autora

Okładka książki Dzikie karty Edward Bryant, Michael Cassutt, George R.R. Martin, John Jackson Miller, Lewis Shiner, Melinda M. Snodgrass, Hunter S. Thompson, Carrie Vaughn, Howard Waldrop, Walter Jon Williams, Tom Wolfe, Roger Zelazny
Ocena 6,5
Dzikie karty Edward Bryant, Michael Cassutt, George R.R. Martin, John Jackson Miller, Lewis Shiner, Melinda M. Snodgrass, Hunter S. Thompson, Carrie Vaughn, Howard Waldrop, Walter Jon Williams, Tom Wolfe, Roger Zelazny
Tom Wolfe
Tom Wolfe
Thomas Kennerly Wolfe Jr. - urodził się 2 marca 1930 roku w Richmond w stanie Wirginia jako syn Helen Perkins Hughes Wolfe, projektantki ogrodów i Thomasa Kennerly'ego Wolfe'a Sr. (1893–1972), agronoma i redaktora The Southern Planter . Był amerykańskim autorem i dziennikarzem szeroko znanym ze swojego związku z Nowym Dziennikarstwem , stylem pisania wiadomości i dziennikarstwa opracowanym w latach 60. i 70. XX wieku, który obejmował techniki literackie. Duża część prac Wolfe'a ma charakter satyryczny i koncentruje się na kontrkulturze lat 60. XX wieku oraz kwestiach związanych z klasą , statusem społecznym i stylem życia elit ekonomicznych i intelektualnych Nowego Jorku . Wolfe kształcił się na uniwersytetach Washington i Lee, a także na Uniwersytecie Yale, gdzie uzyskał doktorat z amerykanistyki. Tom Wolfe spędził swoje pierwsze dni jako reporter Washington Post , gdzie jego swobodny styl skojarzeń i onomatopeiczny styl stał się później znakiem rozpoznawczym Nowego Dziennikarstwa. W książkach takich jak The Electric Koolaid Acid Test, The Right Stuff i The Bonfire of the Vanities Wolfe zagłębia się w wewnętrzne funkcjonowanie umysłu, pisząc o nieświadomych decyzjach, jakie ludzie podejmują w swoim życiu. Jego uwaga poświęcona dziwactwom ludzkiego zachowania i języka oraz kwestiom statusu społecznego jest uważana za bezprecedensową w amerykańskim kanonie literackim. Wolfe rozpoczął karierę jako reporter gazety regionalnej w latach 50. XX wieku, osiągając ogólnokrajową sławę w latach 60. XX wieku po opublikowaniu takich bestsellerów jak The Electric Kool-Aid Acid Test (opowieść o Ken Kesey i Merry Pranksters ) oraz dwóch zbiorów artykułów i esejów, The Kandy-Kolored Tangerine-Flake Streamline Baby i Radical Chic & Mau-Mauing the Flak Catchers . W 1979 roku opublikował wpływową książkę The Right Stuff o astronautach Mercury Seven , na podstawie której w 1983 roku nakręcono film o tym samym tytule w reżyserii Philipa Kaufmana . Jest jednym z założycieli ruchu Nowego Dziennikarstwa w latach 60. i 70. Tom Wolfe zasłynął również z wymyślenia i zdefiniowania terminu fikcja-absolutna . http://us.macmillan.com/author/tomwolfe Wolfe był ateistą , ale powiedział, że „nienawidzę ludzi, którzy chodzą i mówią, że są ateistami”. Wolfe zauważył, że w kwestii swojego religijnego wychowania „wychowywano go jako prezbiterianina ”. Czasami mówił o sobie, że jest „upadłym prezbiterianinem”. Wolfe był obrońcą szkół katolickich. Wolfe krytykował również rewolucję seksualną , opisując ją jako „seksualny karnawał”. Wyrażał sympatię wobec purytańsko-chrześcijańskich poglądów na temat seksualności. Wolfe mieszkał w Nowym Jorku ze swoją żoną Sheilą, która projektowała okładki dla magazynu Harper's . Mieli dwójkę dzieci: córkę Alexandrę i syna Thomasa Kennerly'ego III. Wolfe zmarł 14 maja 2018 roku na Manhattanie w wieku 88 lat z powodu infekcji.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Lęk i odraza w Las Vegas Hunter S. Thompson
Lęk i odraza w Las Vegas
Hunter S. Thompson
W liceum kumpel pokazał mi film, który funkcjonował na naszym rynku jako „Las Vegas Parano”. Kumpel, który był zawsze wkurzony na polskie tłumaczenie tego tytułu, chodził w rybackiej czapeczce, palił fajki za szkołą, nabijając je wcześniej na lufkę – chciał stworzyć swoją podręczną walizkę Raoula Duke’a, ale – jak to bywa w polskiej kulturze remiksu – skończyło się na plecaku z całą galaktyką swojskich „multicolored uppers, downers, screamers, laughers”. Pamiętam, jak siedzieliśmy razem na angielskim w bardzo małej salce w noworudzkim liceum, a kumpel, bazgrając abstrakcyjne, psychodeliczne arabeski na ostatniej stronie w zeszycie, powiedział smutny, że wczoraj Thompson palnął se w łeb. Wtedy to po mnie spłynęło, ale już chwilę później, gdy obejrzałem z pięć razy, ściągnięty z torrentów „Fear and Loathing in Las Vegas”, pohukując w trakcie seansów i klaszcząc w łapy jak kapucynka, i mnie dorwała kula wystrzelona z hunterowskiej czterdziestki czwórki. Trzy lata później „Lęk i odraza…” w wersji książkowej wylądował wreszcie na polskiej ziemi, ale z 37-letnim poślizgiem w stosunku do amerykańskiej premiery. Leżałem sobie w cieszyńskim akademiku i nagle poczułem, że ówczesna dziewczyna rzuciła mnie czymś w banię. Podniosłem pocisk, który okazał się drogocenną książką w pomarańczowej okładce. Takimi prezentami można dawać się nokautować każdego dnia. Był kwiecień, taki jakie zdarzają się tylko na południu Polski, kiedy zaczyna buzować ten przedwczesny letni kocioł. To była piękna, uroczysta chwila: wzułem klapki, ubrałem krótkie spodenki, skoczyłem po dwa Żubry do Żaby i udałem się na górkę, która piętrzyła się nad cieszyńskim kampusem, a z której można było omiatać wzrokiem kawał miasta i okoliczne wzgórza. Położyłem się w młodej, nagrzanej już słońcem trawie, odpaliłem butlę i wpadłem po raz kolejny do tej soczystej, thompsonowskiej nory. Mówi się, że z tripu wraca się z obciętym językiem, że próba oddania tego rodeo synaps z pomocą śliskich liter to jak tańczenie o architekturze. Podobnie mam z tą powieścią – nie chce mi się o niej gadać, chcę ją przeżywać. Kiedyś trafiłem na próby interpretacji „Lęku i odrazy…”, interpretacji w takim polonistycznym duchu. I zesrałem się ze śmiechu, gdy jakaś doktorantka gryzmoliła, że pustynia, przez którą prują cadillakiem na początku książki Raoul Duke i jego samoański adwokat, jest metaforą nihilizmu nixonowskiej Ameryki. Dla mnie ta pustynia była po prostu metaforą dobrej jazdy. Lata później łyknąłem sobie „Fear and Loathing…” w oryginale i spodobała mi się ta powieść jeszcze bardziej. Jednak inaczej układają się w głowie takie słowa jak „freak, acid head, uppers, downers, savage, bastards” niż ich polskie ekwiwalenty, mimo tego, że nasze tłumaczenie było naprawdę brawurowe. I niewiele opowiedziałem o tej książce, ale nie ma tu o czym gadać – to święty tekst kontrkultury, dziki rollercoaster, gdzie każde słowo siedzi dokładnie na swoim krzesełku. Teraz tak jest, że mamy lęk, niech już zostanie na zawsze.
Andrzej Belgrad - awatar Andrzej Belgrad
ocenił na 9 7 miesięcy temu
Ćpun William S. Burroughs
Ćpun
William S. Burroughs
Ćpun. William S. Burroughs Kolejna pozycja z alternatywnej sceny literackiej podąża za cieniem bohatera, który ze szczegółami opisuje swoje życie będąc na ciągłym długu, i w transie nar.k.o.tyko.wych odlotów. Jest to bardzo dobry przykład literatury, która pokazuje powojenną Amerykę i początki opiatowych problemów, z którym państwo zmaga się do dnia dzisiejszego. Akcja skupia się na życiu mężczyzny i jego próbach wyjścia z nałogu. Tak jak literatura jego życie też należy do alternatywnych objawów. Czytając i znając biografię autora ciężko uciec od wątków osobistych, przejawiających się w ucieczce w używki, niemożności poradzenia sobie ze swoją homoseksualną tożsamością i zafascynowaniem psychologią. Autor stał się punktem odniesienia dla przyszłych ruchów i kontrkultury, pokazując, jak życie z tego punktu widzenia może fascynować wielu ludzi szukających spełnienia w życiu z dala od przyjętych standardów. Stał się legendą i ikoną, co tym bardziej budzi fascynujące refleksje na temat odrębności pewnych subkultur. Jest to portret, który warto przeanalizować, gdyż jeśli jesteśmy od niego daleko, pokazuje świat z zupełnie innej perspektywy. Ponadto jakby nie patrzeć nie stracił na swojej aktualności, a tylko wyjaśnia pewne procesy, które zachodzą w społeczeństwie od wielu lat, co daje możliwość zrozumienia skąd obecnie tak mainstreamowa fascynacja używkami. Polecam. Współpraca barterowa z Wydawnictwem Filia
Swiezakksiazkowy - awatar Swiezakksiazkowy
ocenił na 8 2 dni temu
Drzwi percepcji. Niebo i piekło Aldous Huxley
Drzwi percepcji. Niebo i piekło
Aldous Huxley
Pozycja, która pozostawiła gorzko-słodki posmak. Słodkości nadał talent do operowania słowem, metaforami oraz wiedza autora z zakresu sztuki. Więcej jednak chyba w tym dziele goryczy. Doceniam chęć udokumentowania ciekawego eksperymentu i opis subiektywnych przeżyć. Za dużo jednak tam gloryfikacji substancji psychoaktywnych, jedynie z małymi wzmiankami o ich niebezpieczeństwie. Można zgodzić się z autorem, że wielu twórców wspomagało się najróżniejszymi substancjami, a wizje były przelewane na płótno czy papier. Jednak czy tak miałaby wyglądać nasza droga? Społeczeństwo somy czy mokshy, jak by pewnie preferował Aldous? Nasuwa się pytanie: czy już nie żyjemy w takim świecie? Poza ogromnym użyciem wielu substancji psychoaktywnych uznanych za nielegalne, mamy ogromny (i rosnący coraz bardziej) rynek środków psychotropowych. Czy naszym celem jest oddanie się odurzeniu, otępieniu i uzależnieniu? I czy stan odurzenia musi być wywołany przed substancje, a nie przed zdarzenia? Moim zdaniem to opis ucieczki przedstawiony na kolorowym, magnetycznym obrazku. Pierwszy rozdział wywołał sporo irytacji, ale Niebo i Piekło przyniósł rekompensatę i wartość w sprawnych i oryginalnych nawiązaniach do sztuki. "Przestrzeń wciąż tam była, ale straciła swoje nadrzędne znaczenie. Umysł zajęty był nie odległościami i miejscami a byciem i znaczeniem." "To do świata zewnętrznego budzimy się każdego poranka w naszym życiu, to miejsce, gdzie chcąc nie chcąc musimy usiłować żyć." "Dla kontrastu, jak zadziwia nas powaga Natury oraz jej cisza, kiedy stajemy z nią twarzą w twarz, nierozproszeni, przed nagim grzbietem lub wśród pustkowia pradawnych wzgórz." "Naszym celem jest odkrycie, że zawsze znajdowaliśmy się tam gdzie powinniśmy. Niestety wyjątkowo utrudniamy sobie to zadanie." 5.5 dla całości.
Marique - awatar Marique
ocenił na 6 3 miesiące temu
Mistycy i narkomani Wojciech Michalewski
Mistycy i narkomani
Wojciech Michalewski
O wartościach literackich trudno w tym przypadku mówić. I to nawet, jeżeli Michalewski lub/i jego redaktor/redaktorzy chcieli potoczystej, realistycznej opowieści oraz naturalistyczne, zbliżonego do potocznej polszczyzny języka. Zresztą, jeżeli tak było, to za dużo tu zabiegów literackich, w tym najgorszym tego określenia znaczeniu, bo chwilami nadających bezpretensjonalnej opowieści salonowej, w której Krakowianie się wyspecjalizowali, pretensjonalności. Ale tak to już jest, kiedy wymuskani intelektualiści lub ci, którzy za intelektualistów się uważają, biorą na warsztat prawdę ulicy. A ta prawda ulicy to jedna z wielkich wartości tej książki. Tarzan przyznaje, i jest to jeszcze podkreślone w posłowiu, nieco swoją historię fabularyzuje. Jednak ten zabieg w niczym nie ujmuje autentyczności opowieści. Chyba po raz pierwszy – i mam wrażenie, że wciąż jedyny – mamy w „Mistykach i narkomanach” zapis codzienności polskich hipisów. Tej tak naprawdę zupełnie zapomnianej subkultury, która – w dobrym i bardzo złym znaczeniu – pokazywała, że Polska nawet w czasach bardzo głębokiego PRL–u, społeczeństwa podporządkowanego kreowanej przez urzędników ideologii, zamkniętych granic i powszechnych, nieustannych niedoborów, była krajem ludzi otwartych i ciekawych świata, nie bojących się realizować marzeń – nawet tych bardzo niedojrzałych – o osobistej wolności. Nie była państwem jednowymiarowym, a barwnym, choć dalekim od pastelowych kolaży lansowanych przez propagandę. Jasne, te kolory były przytłumione, poszarzałem, ale odcieni tej szarości było dużo więcej, niż się potocznie uważa. Tak naprawdę nie powinniśmy mieć kompleksu Zachodu. W sensie ludzkim w niczym mu nie ustępowaliśmy. Obejmująca lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte XX wieku opowieść Michalewskiego jest fascynująca i krzepiąca, ale też też ponura i przygnębiająca. Tarzan pokazuje, że ta nasza wielobarwność i bliskość świata miała też swoje bardzo mroczne oblicze. Dragi. Oczywiście najpopularniejszą substancją psychoaktywną był (i pewnie już na zawsze pozostanie) tradycyjny, słowiański, codzienny alkohol w różnych odmianach. Jednak – początkowo tylko w obrębie subkultury – na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych szturm o miejsce na podium, przypuściły narkotyki. I to nie rosnąca sobie pod płotami trawka, a opiody. Niektóre opisy wpadania w kolejne stadia uzależnienia, morfinowo/opiumowo/heroinowych orgii są tu szokujące. Zwłaszcza, że Tarzan kreśli je bez typowej dla współczesnych publikacji internetowych egzaltacji, nie pojawia się tu modne ostatnio słowo niepokojący. Jego relacja jest beznamiętna, a chwilami można wręcz wyczuć lekki uśmieszek starego, przeczołganego przez rzeczywistość, wygi, który patrzy na swoje życie z perspektywy tego, który dał radę. Przy okazji polemizuje z modną wśród co wrażliwszej młodzieży, popularną literaturą „narkomańską” ze słynnymi „My, dzieci z dworca ZOO” Christine F. na czele. Twierdzi, że ćpanie, przynajmniej to polskie, nie było tak melodramatyczne. Po prostu wchodziło się i, po jakimś czasie, najczęściej spadało z planszy. Zresztą w ogóle Michalewski jawi się jako bardzo ciekawa postać. On i droga jaką przebywa – od gitowca, przez podwórkowego i bramowego mędrca, hipisowskiego nuworysza coraz bardziej ulegającego filozofii totalnej wolności i ucieczki od skostniałego porządku społecznego, podatnego na słabości stoickiego juridywego – świętego głupca – dopatrującego się w sobie metafizycznych predyspozycji, aż do wyluzowanego, otwartego, terapeutę–naturszczyka. Jasne, można napisać, że nawet najbardziej zaangażowany hipis ulegnie pokusie bezpieczeństwa w rejonach szeroko pojętej klasy średniej – z mającą stałe zarobki partnerką, czystym domem i zawsze ciepłym posiłkiem – ale byłaby to słabo uzasadniona złośliwość. Michalewski zbyt często skręcał na bezdroża, bez problemu przyznaje się do wątpliwości, niekonsekwencji i słabości, a jego zaskakujący romans z buddyzmem i katolicyzmem jednocześnie ani przez chwilę nie sprawia wrażenia wyrachowanego. Wręcz przeciwnie – jest nacechowany nieustannymi wątpliwościami i niepewnością: czy uda się wytrwać w tej dziwnej, wbrew wszystkim, miłości, czy też wykona się kolejny skok w bok do starej, sprawdzonej kochanki – strzykawki. Początkowo jest irytujący. Chwilami ma się dość jego naiwności, głupoty, pretensjonalności oraz wiary w to, co zwykło się określać zabobonami. No i sprawia wrażenie osoby biernej, produktu chrystusopodobnego za trzy pięćdziesiąt, ze spokojem przyjmującego kolejne ciosy od rzeczywistości. Jednak powoli, i to nie ze względu na pojawiające się co jakiś czas tłumaczenia, staje się postacią bliską. Może ekscentrycznym, ale niegroźnym i, gruncie rzeczy, sympatycznym, dobrym znajomkiem. Do tego stopnia, że po lekturze trudno się z nim rozstać. Ale może na tym właśnie polegały jego – tak często podkreślane w tekście – metafizyczne predyspozycje?
Tomek - awatar Tomek
ocenił na 6 1 rok temu
Włóczędzy Dharmy Jack Kerouac
Włóczędzy Dharmy
Jack Kerouac
"Włóczędzy Dharmy" to moja druga książka Jacka Kerouaca, więc wiedziałam czego się spodziewać i w sumie wiele się nie pomyliłam w swoich przewidywaniach. Tutaj również mamy sporo czasu w drodze lub na spotkaniach z przedstawicielami Beat Generation, ale jest też trochę filozofii i duchowości, w rozumieniu autora. Mimo braku ścisłej i porywającej fabuły, jest tu sporo do odczytania między wierszami. Mamy tu dość duży wgląd w rzeczywistość bitników, którzy krytykują materializm i działają na przekór ogólnie przyjętym normom. Manifestują wolność, dzikość i poszukują głębi w życiu, w tym przypadku inspirując się buddyzmem, zen oraz taoizmem. Czują się oświeceni, lecz wcale nie czerpią z samej istoty tych duchowych praktyk, często traktując je bardzo powierzchownie. Bywają bardzo często zagubieni, jedni próbują coś z tym zrobić, inni nie. To wewnętrzne zagubieniu towarzyszy głównemu bohaterowi od początku do końca, choć nieco oszukuje siebie i innych, że jest inaczej. Widać w tej książce wiele sprzeczności i niekonsekwencji, a ruch bitników niezmiennie mnie fascynuje, gdyż w pewnych aspektach się z nimi mogę utożsamiać, w innych jednak zupełnie nie. Na uwagę z pewnością zasługują fragmety wschodniej poezji oraz malownicze opisy przyrody. Obcowanie z górami, potęgą natury, szukanie w wędrowce samego siebie, to wszystko hipnotyzuje czytelnika i skłania do pewnych przemyśleń. Co ciekawe, w tej książce Kerouac również umieszcza jako głównego bohatera swoje alter ego, pojawia się też alter ego Gary'ego Snydera i mam wrażenie, jakby obaj zamienili się rolami na przestrzeni tej książki a "W drodze". Nie jest to lektura łatwa, ale moim zdaniem warta poznania, szczególnie jeśli ktoś lubi czytać między wierszami lub chce bliżej poznać ruch Beat Generation. "Włóczędzy Dharmy", choć sami może gubią gdzieś istotę poszukiwanej przez siebie prawdy, to są książką momentami fascynującą, skłaniającą do przemyśleń, a przede wszystkim na wskroś amerykańską.
brave_book - awatar brave_book
ocenił na 7 5 miesięcy temu
Rozmowy Emil Cioran
Rozmowy
Emil Cioran
Właściwie nazwisko autora mówi o książce wszystko, czyli lekko, miło i przyjemnie nie będzie. Czytelnik musi być gotowy, że przeczyta: wiele rzeczy, po których na usta cisnąć się może jedynie: "O Matko Boska, jak on tak może" ( to o osobach duchowo usposobionych), albo: "o żesz k...", tutaj reakcja jednostek wybitnie laicyzujących. A poza tym lektura dla osób optymistycznie nastawionych do bytu, bo po depresji i katastrofizmie Ciorana przynajmniej średnia wyjdzie jako taka. Dlaczego Cioran może działać na nerwy? Może nie wszystkim, ale wielu na pewno. Pierwsza z brzegu irytująca teza, to ta, że dzieje człowieka to nieustanne awanturnictwo, bo człowiek ze swojej naturalnej zwierzęcości postanowił się wyrwać, postanowił przeżyć przygodę i być człowiekiem. I chociaż na pewno jest zwierzęciem genialnym to cała ta awantura może go doprowadzić tylko i wyłącznie do ruiny. To z kolei opinia o sensie, a właściwie bezsensie historii. Ilustruje to przykładem fal, które bujają się w tę i z powrotem i myślą, że to co robią jest postępem, bo działają przecież dla dobra Morza, a jak jest każdy widzi. I podobnie jest z człowiekiem, który każdemu, nawet najgłupszemu działaniu, nadaje metafizyczny sens. Są też opinie na temat naszego wielkiego wschodniosłowiańskiego brata, które niektórych mogą lekko zirytować. To, że Dostojewski to największy i najgłębszy pisarz wszechczasów to jeszcze nic, ale teza, że Europa ulegnie Rosji może u wielu czytających wzbudzić niepokój. Cioran twierdzi, że "narody Europy Zachodniej, która przestała wierzyć już w siebie, zużyły się". A Rosjanom w to graj, bo oni zawsze wierzyli, że zbawią świat i zaczną zbawiać świat od Europy Zachodniej. Cioran ma też ciekawą, ale i kontrowersyjną radę dla osób chcących zakończyć ze swoim życiem. Otóż twierdzi, że "gdyby nie myślał o samobójstwie dawno by się zabił". Jemu pomogło, czyli warto przećwiczyć na sobie...żartowałem... Warto w dobie niewątpliwej erotyzacji przestrzeni publicznej zapoznać się z Ciorana definicją miłości. Otóż zdaniem Ciorana "miłość to nieskończoność udostępniona pudlowi". Nie wiem, nigdy nie miałem pudla, ale właściciele pudli mogą tę prawdę zweryfikować. I już na koniec ciekawa konstatacja dotycząca "prawdy". Otóż Cioran twierdził, że najbliżej prawdy na temat podstawowych prawd są prości ludzie. Wykształcenie przesłania prawdę. Odwiedzając największa dziury w katolickich Włoszech i Hiszpanii uznał, że mieszkańcy owych miejsc są właśnie właścicielami prawdy, bo nie trzeba naukowych tytułów aby zrozumieć naturę i życie. Swoją drogą Polska też jest katolicka, a ja nawet mieszkam na największym zad..., czyli ścianie wschodniej, czyli kłamstwo powinienem wyczuć na odległość. A poza tym, coraz bardziej lubię Ciorana.
werblista - awatar werblista
oceniła na 7 1 rok temu
Zawał Miron Białoszewski
Zawał
Miron Białoszewski
" Jest 11 rano, 28 listopada. Strach? Pomyślałem, że może tym razem jeszcze nie umrę ". Tym razem rzeczywiście, autor jeszcze nie umarł, zmarł dopiero po kolejnym zawale w 1983 roku. Tym razem trafił do szpitala i następnie do sanatorium w Inowrocławiu. I o tym właśnie jest ta książka. Autor, poeta zdaje w niej relację, fabularyzowaną z pobytu tamże i tamże też. Książka dość ciekawa do przeczytania, dla tych, co znają tamte czasy, ale i dla tych, dla których kupowanie jedynego obecnego wzoru piżamy w całym mieście, czy jednego, jedynego kieliszka bez nóżki w sklepie, jest pewną egzotyczną impossible. Pan Miron opisuje więc szpital i zapasy przynoszone przez rodzinę i trzymane między oknami, bo brak lodówki i watę również przynoszoną przez rodzinę, bo szpital nie miał, którą pacjenci darowali szpitalowi do ustrojenia choinki na święta i inne pewnie, dla niektórych dziwne ciekawostki. Teraz trochę prywaty. Ta wata na choinkę przypomniała mi sytuację, tuż sprzed pandemii, kiedy moja ciocia leżała w szpitalu po zabiegu i szpital nie miał dla niej potrzebnych jej leków. Kuzyn dostał pięknie wypisaną przez lekarza receptę i sam musiał te leki kupić w aptece, oczywiście na własny koszt i zanieść do szpitala dla cioci... Zostawię ten fakt bez komentarza. Jednak nie samymi zabiegami i tematami ściśle leczniczymi człowiek przecież żyje. Opisuje więc Białoszewski to, co robił poza szpitalem. Spacery, wypad do teatru, parki i obserwowane w nich kaczki, gołębie. Sprawili sobie nawet taką atrakcję w sanatorium jak wywoływanie duchów. Pewnym "zapomnianym" już faktem jest zapewne wspomnienie autora, o rozbitej w oknie szybie i o tym jak to nie mógł się doprosić pracujących obok na korytarzu robotników, by mu tę szybę wstawili. Kiedyś fizyczny robotnik to był KTOŚ 😁 Na uwagę zasługuje też język autora, którym się posługuje, chociażby dla opisu, na przykład jednej z kuracjuszek: "Młodawa, duża pani w sweterku i w spodniach obciśniętych na wydatnym środku postaci, obracała się szybko w koło i na boki jak i jej szczupły młodawy partner. Najbardziej zdziwiło jej pochylenie z wypiętego profilu, szczupłe nogi, duży brzuch i pupa załapana w sylwetę ruchliwą, uważną. Stopy jej starannie kręciły się i dreptały dodatkowo luzem, trzymając się drewniaków. Popiersie tej pani, przy całej obrotności było nieruchome." Reasumując, fajnie przeczytać, ale gorzko skonstatować, że mimo upływu ponad 40 lat (pierwsze wydanie książki miało miejsce w 1977 r.) w tak zwanej "służbie" zdrowia nic się nie zmieniło, a jeśli nawet, to raczej nie na lepsze.
Żona_Pigmaliona - awatar Żona_Pigmaliona
oceniła na 6 4 lata temu

Cytaty z książki Próba kwasu w elektrycznej oranżadzie

Więcej
Tom Wolfe Próba Kwasu w Elektrycznej Oranżadzie Zobacz więcej
Tom Wolfe Próba Kwasu w Elektrycznej Oranżadzie Zobacz więcej
Tom Wolfe Próba Kwasu w Elektrycznej Oranżadzie Zobacz więcej
Więcej