Odyseja kosmiczna

Okładka książki Odyseja kosmiczna
Arthur C. Clarke Wydawnictwo: Vis-á-Vis/Etiuda Cykl: Odyseja Kosmiczna (tom 1-4) fantasy, science fiction
869 str. 14 godz. 29 min.
Kategoria:
fantasy, science fiction
Format:
papier
Cykl:
Odyseja Kosmiczna (tom 1-4)
Tytuł oryginału:
A Space Odyssey
Data wydania:
2012-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2012-01-01
Liczba stron:
869
Czas czytania
14 godz. 29 min.
Język:
polski
ISBN:
9788378580157
Tłumacz:
Radosław Kot, Jędrzej Polak
Średnia ocen

                8,0 8,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Odyseja kosmiczna w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Odyseja kosmiczna

Średnia ocen
8,0 / 10
491 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
157
121

Na półkach:

No cóż, w 2024 roku w końcu postanowiłem zabrać się za serię Odyseja kosmiczna. Choć audiobook nie jest łatwo dostępny, to jakość słuchowiska wynagradza ten mały mankament i oferuje znacznie więcej niż standardowy audiobook. Moja ocena dotyczy całości, czyli wszystkich czterech książek, choć, jak wspomina autor, początkowo nie taki był zamysł. Ogólnie seria Odyseja kosmiczna to fascynująca i głęboka podróż przez przestrzeń i czas, której daję 8/10 za inspirującą wizję przyszłości i refleksje nad losem ludzkości.

No cóż, w 2024 roku w końcu postanowiłem zabrać się za serię Odyseja kosmiczna. Choć audiobook nie jest łatwo dostępny, to jakość słuchowiska wynagradza ten mały mankament i oferuje znacznie więcej niż standardowy audiobook. Moja ocena dotyczy całości, czyli wszystkich czterech książek, choć, jak wspomina autor, początkowo nie taki był zamysł. Ogólnie seria Odyseja...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

1343 użytkowników ma tytuł Odyseja kosmiczna na półkach głównych
  • 670
  • 638
  • 35
276 użytkowników ma tytuł Odyseja kosmiczna na półkach dodatkowych
  • 207
  • 25
  • 15
  • 11
  • 10
  • 4
  • 4

Inne książki autora

Arthur C. Clarke
Arthur C. Clarke
Prozaik, pisarz fantastycznonaukowy, propagator kosmonautyki, futurolog. Autor ponad 60 książek, klasyk literatury SF i wizjoner, który przewidział m.in. powstanie satelitów telekomunikacyjnych i stacji kosmicznych. Publikował od początku lat 50. XX wieku, a już w 1953 r. ukazał się jego bestsellerowy "Koniec dzieciństwa". Jego najbardziej znanym dziełem jest książka "2001: Odyseja kosmiczna" oraz nakręcony przez Stanleya Kubricka film o tym samym tytule, za którego scenariusz Clarke i Kubrick byli nominowani do Oscara. Wraz z Robertem Heinleinem oraz Isaaciem Asimovem byli znani jako "Wielka Trójka" science-fiction. Zdobył wszystkie najważniejsze nagrody w dziedzinie literatury science fiction: Hugo, Nebula, Nagrodę Campbella, Nagrodę Locusa i Nagrodę Jupitera. Szczególnie uhonorowana została powieść "Spotkanie z Ramą", która zebrała wszystkie najważniejsze nagrody w dziedzinie literatury fantastycznej. W 1985 otrzymał Damon Knight Memorial Grand Master Award. Sam od 1997 r. był patronem innej ważnej nagrody w tej dziedzinie – Nagrody im. Arthura C. Clarke’a, przyznawanej za najlepszą powieść science fiction opublikowaną po raz pierwszy w Wielkiej Brytanii. Był dwukrotnie nominowany do Nagrody Nobla: w 1994 do Nagrody Pokojowej, zaś w 1999 do Nagrody Literackiej, a w 1961 r. otrzymał Nagrodę Kalinga za popularyzację nauki. W 1998 r. otrzymał Order Imperium Brytyjskiego i tytuł szlachecki, a w 2005 także Sri Lankabhimanya najwyższe cywilne odznaczenie Sri Lanki.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Babel 17 Samuel R. Delany
Babel 17
Samuel R. Delany
6,5/10, ale zaokrąglam w górę, bo doceniam książki, które przecierają szlaki oraz jestem świadomy wpływu przyciężkiego tłumaczenia na odbiór treści (jeśli macie taką możliwość skorzystajcie z oryginału). Po raz już któryś z rzędu odkrywam, że moje upodobania czytelnicze są kompletnie niekompatybilne z resztą populacji, a szkoda, bo w kwestii wrażeń artystycznych (niepraktycznych) konformizm znacznie ułatwia rozmawianie o sztuce. Mamy tutaj historię międzygalaktycznego konfliktu między Sojuszem a Najeźdźcami. Serię ataków sabotażu na placówki militarne Sojuszu poprzedzają transmisje w nietypowym języku nazwanym roboczo Babel-17. Rydra Wong, lingwistka i poetka, ma za zadanie rozwikłać tajemnice owego języka i w związku z tym zbiera ekipę na podróż do przewidzianego następnego celu zamachowców - stoczni wojennej znajdującej się w głębokim kosmosie. Warto zacząć od minusów. Bohaterowie są rzeczywiście bardzo pobieżnie zarysowani (choć nie wszyscy!), świat jest nieokreślony w szerszej skali, obracamy się jedynie w ograniczonych, ważnych dla przebiegu fabularnego lokacjach. Tłumaczenie wpływa na komfort odbioru lektury, gdyż wielokrotnie napotykałem się z sytuacją, w której sens zdań docierał do mnie dopiero po ponownym przełożeniu ich na język angielski (stosując najbardziej dosłowne odpowiedniki). Upatruję się w tym głównego czynnika zniechęcenia do lektury wiele osób, ponieważ w anglojęzycznym światku literackim język powieści nie jest krytykowany. Coś, co w oryginale brzmi naturalnie, po polsku przybiera koślawych kształtów. Najlepiej to było widać na przykładzie wątku Rzeźnika, postaci, która nie rozumie pojęcia „ja”. Główna bohaterka chcąc go nauczyć rozróżnienia między „ja’ a „ty” rozpoczyna od nauki słów by przejść do nauki pojęć kryjących się za nimi (bardzo ciekawy wątek swoją drogą, jak się mają słowa do koncepcji i jaki wpływ wywierają na nasze zachowanie). Na samym początku Rzeźnik myli „ty” i „ja”, rozumiejąc, że skoro Wong zwraca się do niego „ty” znaczy to, że to konkretne słowo określa jego osobą, natomiast „ja” określa/nazywa kapitan Wong. Przez to wszystkie „ty” i „ja” w jego wypowiedziach są odwrócone. Po angielsku nie jest to wielki problem do przeskoczenia, zdania brzmią równie naturalnie po ich zamianie, jednak w języku polskim mamy odmianę czasowników przez osoby. Przed tłumaczem stoi poważny dylemat: czy pozwolić, aby Rzeźnik dobrze odmieniał końcówki (lecz źle dobierał podmiot. Nie miałoby to sensu, aby rzeźnik poprawnie dobierał końcówki, skoro źle rozumie podmiot), czy żeby konsekwentnie fałszował je zgodnie z właściwą odmianą dla niewłaściwego podmiotu, czy zastąpić wszystkie końcówki czasowników formami bezosobowymi. Tłumaczka wybiera 3 opcję, uwypuklając brak rozróżnienia „ja” od „ktoś inny”, jednak zdania tracą przy tym płynność językową. Czytanie tych partii wymaga wręcz "mentalnej łatki" by zrozumieć sens wypowiedzi. To samo się dzieje w fascynujących skądinąd fragmentach, w których Wong myśli w języku Babel-17 – pozbawienie form osobowych w języku angielskim nie nastarcza problemów, w języku polskim trzeba się zdecydować, jak przetłumaczyć zdania w elastycznie brzmiące konstrukcje. W książce pojawia się sporo fragmentów związanych z lingwistyką i będą one w dużej mierze niezrozumiałe dla kogoś bez odrobinę ponadprzeciętnej wiedzy z danej tematyki – zajrzyjcie sobie choćby na artykuł na wikipedii poświęcony czemuś tak podstawowemu jak fonem. Trudno go zrozumieć! Momenty interesujące przeplatają się z fragmentami nużącymi, ciekawe koncepcje zderzają się ze scenami, które na przestrzeni lat udało się fantastom znacznie usprawnić (np. opisy kosmicznych potyczek). Wątki uczuć są suche, a opisy bardzo nierówne – niektóre rzeczy z łatwością potrafiłem sobie wyobrazić, a niekiedy moje rozeznanie przestrzenne w danej sytuacji było niemal zerowe (nie wiem, na ile wpływało na to tłumaczenie). Pomimo tych wad znalazłem mnóstwa pozytywów, które jednak sprawiły, że książkę czytało mi się z zainteresowaniem. Po pierwsze olbrzymi wachlarz pomysłów – nie mam pojęcia jak można nie lubić dużej ilości pomysłów na małej ilość stron, przecież to jest kwintesencja SF! Maksymalna koncentracja idei w roztworze zwanym powieścią. A są to pomysły naprawdę ciekawe i połączone w całość nadają książce potężny zastrzyk oryginalności. Z pewnością przed rokiem 1966 próżno było szukać książki o podobnym kształcie, ale i dziś nie byłoby o to łatwo. Idea języka tak zwartego, logicznego, doskonale objaśniającego fizyczne prawidłowości wszechświata, potrafiącego z niemal telepatycznym rozeznaniem interpretować mikro-odruchy fizjonomii jest naprawdę zachwycający. Język ten potrafi znacznie więcej, ale tu już musiałbym wejść w spoilery, a nie o to przecież chodzi. W każdym razie pierwszy rozdział tej powieści podobał mi się najbardziej, gdy generał wojsk Sojuszu rekrutował Wong do rozgryzienia Babel-17. Scena przebiegła niemal identycznie jak ta, którą widzieliśmy w filmie „Arrival” na podstawie opowiadania Teda Chianga. Sama próbka języka nie wystarczy, by nasza bohaterka mogła podjąć się próby jego przetłumaczenia. Mamy zagadkowe prądy hiperprzestrzenne, mamy zmarłych-duchy, którzy mogą komunikować się z nami, ale bez odpowiednich sztuczek niemal natychmiast o tym zapominamy, mamy niezwykłe bronie, żołnierzy doskonałych, statki kosmiczne, tajemnicę żywota Rzeźnika. Nasza kosmiczna załoga nie wywołuje może silniejszych emocji, jednak jest to paczka dosyć osobliwa i interesująca w zamyśle (trójki uczuciowe, zjawy, nawigatorzy). Autor obdarzył ich także jakimś backstories uwypuklającymi świat przedstawiony oraz przeróżnymi modyfikacjami cielesności. Uproszczenia, jakie stosuje Delany w tłumaczeniu zasad działania Babel-17 służą jako demonstracja koncepcji, którą mógłby zrozumieć czytelnik w 1966 roku, a nie bezpośrednie odwzorowanie mechanizmów fikcyjnego języka. Akcja powieści dzieje się w dalekiej przyszłości i jasne jest, że ów język jest systemem dużo bardziej wewnętrznie złożonym i opartym na zasadach, których po prostu nie jesteśmy w stanie poznać, stworzony przez cywilizację wykraczającą daleko poza nasze możliwości opisu. Ważne jest jedynie to, że rozumiemy jak funkcjonuje, jakie stwarza on możliwości, a nie to, czy stworzenie takiego języka jest możliwe w oparciu o funkcjonujące obecnie lub w przeszłości na naszej planecie systemy lingwistyczne, bo nie jest. Dla mnie Babel-17 ma więcej wspólnego z matematyką niż z samym językiem w sensie humanistycznym. Będąc utalentowany matematycznie bardzo często miałem tak, że „intuicyjnie” postrzegałem drogę prowadzącą do rozwiązania, mimo że nie potrafiłbym wyjaśnić, w jaki sposób mój mózg wybierał właściwą metodą za pierwszym razem. Po prostu cała moja znajomość aparatu matematycznego niejako rzutowała na problem i w niemal automatyczny sposób (poprzez samą jego – aparatu - złożoność i zwięzłość) sugerowała rozwiązanie, niczym w przypływie inspiracji. Sądzę, że Babel-17 był czymś podobnym: tak jak matematyka jest językiem dobrze opisującym fizyczną rzeczywistość (i dla kogoś dobrze się nią posługującą pewne cechy świata przyjmują niemal intuicyjne zrozumienie), tak Babel-17 pozwalał pełniej postrzegać rzeczywistość dzięki swojej wewnętrznej strukturze lingwistycznej. „Kiedy wnikam w ten język, zaczynam widzieć za dużo” „Myślenie w Babel-17 przypominało oglądania dna studni, o której jeszcze chwilę temu sądziło się, że ma tylko parę metrów głębokości.” Myślę, że warto sobie takie porównanie z matematyką zrobić i wtedy nie odbiera się tych wszystkich cudów, jakie umożliwiał Babel-17 jako magicznej teorii wszystkiego. To po prostu nie jest język w ludzkim rozumieniu tego słowa – padają nawet wskazówki, że bardziej przypomina język programowania, jest bardziej mechaniczny, maksymalnie funkcjonalny, doskonale analityczny, lecz mało poetycki. Jest tak zgrabny, że aż auto-wyjaśniający. Także ogólnie lektura dawała mi do myślenia, nie była może lekka językowo, ale mam nieodparte wrażenie, że wielki wpływ miał tu przekład. Wypadałoby ją wydać w nowym tłumaczeniu. Przygody raczej nie przystają do współczesnych standardów wielkich space oper (a to właśnie do tego subgatunku SF najbliżej jest Babel-17), ale stwarzają ciekawe poletko do zadawania sobie pytania „co jeśli moglibyśmy wytworzyć taki doskonały język?”. Być może nie uniwersalny, ale działających tylko w jakimś obrębie kulturowym. Do czego moglibyśmy go wykorzystać? Warto zapamiętać cytat, od jakiego rozpoczyna się cała powieść: „Nic tak idealnie nie odzwierciedla cywilizacji jak mowa. Jeśli nasza znajomość mowy, lub ona sama, nie jest jeszcze doskonała, to samo dotyczy cywilizacji” Mario Pei. (nie wiem czy ten cytat nie jest wymyślony, wypadałoby sprawdzić). Nie zgadzam się też, aby jakiekolwiek wątki nie zostały wyjaśnione, a czytałem uważnie. Owszem, książka ma odrobinę otwarte zakończenie, ale mając w pamięci wszystkie informacje, które uzyskaliśmy o „siatce” (że tak powiem enigmatycznie) i Babel-17 możemy z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć rezultat dalszych zmagań Sojuszu z Najeźdźcami. Wszystkie inne wątki poboczne uważam zostały domknięte. Muszę w tym miejscu jeszcze pochwalić Delany’ego za pomysł Kostnicy – absolutnie był to jeden z najciekawszych fragmentów powieści, zaraz obok sposobu myślenia za pomocą Babel-17. Także mimo swoich wad, mimo 60 lat na karku, książkę polecam osobom czytającym głównie starsze science fiction. Nie jest to bezpieczny strzał, bo w dużej mierze liczy się to, jak istotne są dla ciebie współczesne normy powieściopisarskie. Jednak jeśli masz je gdzieś i czytasz SF dla pomysłów, to sięgnij po tą książkę. Zgadzam się Markiem Oramusem, który tak pisze w posłowie: „To fantastyka ambitna (…), pełnowymiarowa literatura o niepokojącym kształcie przyszłości. O tym, jak dziwne czynniki będą grały w niej kluczową rolę, jakim skomplikowanym czy przerażającym fenomenom przyjdzie stawić czoła i jak z tej roli wywiąże się człowiek”.
Jacob94 - awatar Jacob94
ocenił na 7 2 lata temu
Odyseja kosmiczna 2001 Arthur C. Clarke
Odyseja kosmiczna 2001
Arthur C. Clarke
„Odyseja kosmiczna 2001” Arthura C. Clarke’a to książka, która dosłownie pochłania. Od pierwszych stron czuć jej rozmach i wizję, która nawet dziś, po tylu latach, robi ogromne wrażenie. Clarke łączy naukę z filozofią w sposób, który sprawia, że człowiek zaczyna się zastanawiać nad miejscem ludzkości we wszechświecie, nad sensem rozwoju, nad tym, dokąd właściwie zmierzamy. To już druga książka autora, którą czytałem w tym roku i ma on szanse stać się jednym z moich ulubionych autorów. I mimo, że już „Księżycowy pył" był świetną książką, to Odyseja zaskoczyła mnie jeszcze bardziej. Język Arthura jest prosty, ale pełen emocji. Czuje się tu zarówno zachwyt nad kosmosem, jak i niepokój przed tym, co nieznane. Pisze niesamowicie, musicie sprobować i gwarantuje, że nie pożałujecie. Jego powieści są też krótkie, nie przytłaczają i stanowią idelną lekturę na wieczór. Historia zaczyna się w prehistorii, kiedy tajemniczy monolit wpływa na rozwój człekokształtnych małp. Potem przenosimy się w przyszłość, do świata zaawansowanej technologii, podróży kosmicznych i wyprawy ku pierścieniom Saturna. To opowieść o odkrywaniu, o przekraczaniu granic, ale też o samotności i ciekawości, które napędzają człowieka od zarania dziejów. Sama powieść nie zaskakuje skomplikowaną projekcją świata, za to ja czułem zaangażowanie od pierwszych stron, a zakończenie było świetne. Na samym początku autor też informuje jak został poproszony o pomoc przy pisaniu scenariusza przy filmie science-fiction i jak to książka powstawała równolegle. „Odyseja kosmiczna 2001” to po prostu klasyka science fiction, cieszę się, że w końcu ją poznałem. Teraz nie mogę docekać się kolejnego tomu, czyli „Odysja kosmiczna 2010". To nie tylko historia wciągająca, ale też podróż w głąb ludzkiego umysłu. Genialna pozycja, która wciąga, zostaje w głowie i zostawia z mnóstwem pytań.
m_bookish_ - awatar m_bookish_
ocenił na 10 1 miesiąc temu
Fontanny raju Arthur C. Clarke
Fontanny raju
Arthur C. Clarke
Z jednej strony SF koncepcyjne o wynalezieniu kosmicznej windy oraz barierach technologicznych, bezpieczeństwa, logistycznych, ekonomicznych, politycznych, prawnych i psychologicznych związanych z jej konstrukcją. Z drugiej wstawki przypominające nam motywy z Randevouz with Rama (szkoda, że takie krótkie!) Z trzeciej odrobina buddyjskiego mistycyzmu i starcie religii z postępem technologicznym, parę historycznych (mniej lub bardziej) ciekawostek o losach dawnych królów Sri Lanki i sposobach unieśmiertelnienia swojej duszy za pomocą dzieł architektury i sztuki. Kończy się niczym czysty survival ala Marsjanin 2.0. Clarke przypomina nam, że przy bezprecedensowych projektach zawsze coś pójdzie nie tak, zawsze powstaną jakieś nieprzewidziane problemy i nie da się wszystkiego kontrolować i całkowicie wyeliminować ryzyka ze względu na nieprzewidywalność natury czy zwykły błąd ludzki. Piękne opisy zorzy polarnej i budzące zawroty głowy widoki Ziemi z kosmosu. Wiele ciekawych wstawek na temat możliwego rozwoju technologii w XXII wieku (tylko niewielka część się przestarzała, część jest nasza teraźniejszością a część niedaleką przyszłością - np. satelitarny system kontroli pogody). Mega interesujący epilog, który pozostawia nas z chęcią poznania dalszych losów wyprawy Gwiezdnego Szybowca... Niby nie jesteśmy związani z bohaterami, bo przecież ludzkość jest tu na pierwszym planie - nasze marzenie sięgnięcia gwiazd. Taki cud inżynierii kosmicznej mógłby znaczenie przyspieszyć naszą ekspansję w Układzie Słonecznym. Niestety koszta tej operacji mogą się okazać zaporowe. Miejmy nadzieję, że ludzki geniusz, determinacja i - ona również - pycha zwyciężą w tej pogoni za marzeniami, tak samo jak u Arthura C. Clarke'a w "Fontannach Raju". Nie czyta się z wypiekami na twarzy ale z całkiem przyjemnym zainteresowaniem faktem, że jest to powieść niezwykle science, pobudzająca wyobraźnie perspektywą tworzenia konstrukcji zdolnej wznieść nas na orbitę geostacjonarną (36.000km!). Coś wspaniałego. A pomysł windy kosmicznej sięga lat 60 XX wieku. Ciekawe ile jeszcze lat minie, zanim zbudujemy coś takiego.
Jacob94 - awatar Jacob94
ocenił na 7 3 lata temu
Blade Runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? Philip K. Dick
Blade Runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?
Philip K. Dick
Jeśli oczekujesz neonów i klimatów noirowego cyberpunka z filmu, to nie ten adres. To postapokaliptystyczny horror o lęku przed technologią zastępującą coraz to więcej gałęzi naszego życia, lęku przed utratą wszystkiego co daje nam poczucie bezpieczeństwa i stabilności, o lęku przed utratą człowieczeństwa. Klimat jest tu gorzki i mroczny, a po pięknych neonach Ridleya Scotta nie ma ani śladu. W tej książce androidy są absolutnie przerażające. Są wyrachowane, przebiegłe, całkowicie pozbawione empatii. Podoba mi się jak autor nawiązuje do trudności w testach Voighta-Kampa w odróżnieniu ludzkich psychopatów od androidów, podoba mi się jak ich instynkt przetrwania i krótki okres życia wpływa na to jak bardzo są niebezpieczne. Tu nie ma nudnego pytania czy android może być człowiekiem - tu autor pyta jak daleko może się posunąć postęp, aż okradnie nas z każdego powodu by wstać rano z łóżka, pokazuje jak rozwój technologii zmusza społeczeństwo do znajdywania sobie nowych, sztucznych celów. Satyra na konsumpcjonizm i religię mającą dać nam jakieś poczucie sensu jest tyleż zabawna, co dołująca. Czy wrogowie Dekarda wtapiali się w ziemskie otoczenie, by przetrwać? By utrudnić odróżnienie od ludzi jeszcze bardziej, ukryć się na zasadzie najciemniej pod latarnią? By ludzie zaakceptowali w przyszłości androidy, zwiększając korporacjom ich sprzedaż i dochody? A może by spełniać swoje marzenia? Niby są tu delikatne rozważania o antropomorfizacji technologii, ale w kontekście zagrożenia, a nie nadania technologii ludzkich praw. Spojrzenie jeszcze bardziej aktualne w XXI wieku niż za życia autora. Są tu elementy filmowe, pojawia sie parę znajomych czy podobnych scen (ale i sporo innych - książka ma dwóch głównych bohaterów), ale mają kompletnie inny wydźwięk, a postacie zupełnie inne charaktery. Film oglądany wielokrotnie nadal uwielbiam, ale kompletnie nie zastępuje pierwowzoru - to dwa stojące na własnych nogach, odmienne dzieła z odmiennym przesłaniem.
Skibidi_czytacz - awatar Skibidi_czytacz
ocenił na 9 2 miesiące temu
Pierścień Larry Niven
Pierścień
Larry Niven
Louis Wu w dniu swoich dwusetnych urodzin dostaje niezwykłą propozycję. Wraz z lalecznikiem, przedstawicielem niewidzianej od dawna rasy, ma wybrać się w odległą podróż, której cel jest nieznany. Wraz z nim ma podróżować również Mówiący-do-zwierząt, przedstawiciel agresywnej rasy kzinów oraz ludzka kobieta, Teela Brown. Gdy słyszę o fantastyce naukowej z lat 70. to zwykle mam chwilę wahania. Polskie dzieła z tamtego okresu często są po prostu przestarzałe i trudne w przyswojeniu. Jednocześnie zdaje sobie sprawę, że dobra powieść próbę czasu powinna bez problemu przetrwać, dlatego i tak, i tak zwykle te książki sprawdzam. Nie zmienia to faktu, że sięgając po „Pierścień” spodziewałam się raczej poważnej, nieco cięższej książki. Zwłaszcza że polska oprawa sugeruje intelektualną klasykę SF. I na Merlina, nie mogłam się bardziej mylić. „Pierścień” Larry’ego Nivena to rozrywkowa i niezbyt militarna space opera, będąca przy okazji powieścią drogi. Napisana w inteligentny i błyskotliwy sposób, ale w żadnym razie nie cieżki i męczący. Autor wyraźnie chciał napisać coś, co będzie po prostu bawić i mimo tego, że od premiery minęło 50 lat, ta książka dalej robi to całkiem nieźle. Grupa bohaterów jest ciekawa, wyrazista i sympatyczna zarazem. Początkowo miałam wrażenie, że znów weszłam do świata „Mass Effecta”, tylko w formie książki, a nie gry. Zbieranie drużyny nie trwa długo, ale już samo to było po prostu wciągające i zabawne, a to nie zdarza się często. Niven tworzy świetne dialogi i ma po prostu dobre pomysły, np. zastanawia się nad tym, czy… szczęście może być przekazywane genetycznie. Znam sporo powieści, i SF, i fantasy, i z czymś takim jeszcze się nie zetknęłam. Nie muszę chyba nawet wspominać, że tytułowy Pierścień wszedł do popkultury na stałe. Ba, ma nawet swoją stronę na Wikipedii w trzech językach. To ciekawy koncept, o którym słyszałam wielokrotnie, ale dopóki nie dostałam na skrzynkę e-mail wiadomości o wydaniu kolejnej części cyklu przez wydawnictwo Zysk, nie miałam pojęcia, że ten pomysł stworzył bądź rozpopularyzował właśnie Larry Niven. Ostatnio narzekałam często na powieści drogi, bo sporo się ich u mnie przewijało. Wydawało mi się, że nie, już nic dobrego w tej kategorii chyba nie znajdę… a tu proszę! Ta space opera dała sobie radę i w tym względzie. Przygody bohaterów wciągają, nie są przedłużane na siłę, a jednocześnie ich droga nie wydaje się być nienaturalnie skrócona. Czyli da się na 420 stronach stworzyć pełną opowieść. Och, współcześni autorzy, uczcie się od takich twórców. Naprawdę, zwykle 800-900 stron nie jest Wam potrzebne. Oczywiście mijające lata trochę wpłynęły na tę powieść. Na przykład, współcześnie Teela Brown niemal na pewno nie zostałaby skonstruowana w taki sposób, w jaki jest (nie chce zdradzać więcej przez wzgląd na spoilery), aczkolwiek jej kreacja pasuje mi do samego tonu książki. Ponadto autor sięga po nieaktualne dziś hipotezy naukowe, np. dotyczące tego, co znajduje się w centrum galaktyki. Ale to akurat naprawdę nie przeszkadza w czytaniu i w gruncie rzeczy nie ma większego wpływu na fabułę. Po prostu czytelnik musi zawiesić trochę niewiarę i uznać, że w galaktyce Nivena obowiązują takie, a nie inne prawa. Lata mijają, a „Pierścień” dalej bawi. Jeśli szukacie dobrej, rozrywkowej fantastyki to jest ta książka, po którą musicie sięgnąć. Nawet gdy nie przepadacie za SF to warto dać tej powieści szansę. Bo opisów technologii raczej zbyt wiele tu nie ma, a nawet jeśli są, to w tej książce chodzi o przygodę i drużynę, a nie o dokładne metody działania wynalazków.
Katrina - awatar Katrina
oceniła na 8 4 lata temu
Światło minionych dni Arthur C. Clarke
Światło minionych dni
Arthur C. Clarke Stephen Baxter
Parę lat temu na HBO pojawił się serial Devs - o superkomputerze mającym odtwarzać przeszłość. Dokładnie ten sam motyw porusza Światło, ale dwie dekady wcześniej. Pomysł jest prosty - wynaleziono podglądarke w czasie i przestrzeni, bez wdawania się w szczegóły oparte na tunelach podsprzestrzennych i jazda, lecimy z historią. Powieść zabiera nas w podróż do sprawdzenia jak wiedza całkowita - no, prawie całkowita, bo dotyczącą jedynie wydarzeń, a nie samej struktury rzeczywistości - wpłynie na ludzkość, nad którą jednocześnie wisi miecz Damoklesa. Obserwujemy zmiany w mentalności, zachowaniach, procedurach. Naszpikowana historia mniej lub bardziej wyeksponowanymi smaczkami. Jednocześnie, co bardzo mi się podobało, autorzy pokusili o uczynienie zadość naturalnie pojawiającej się ciekawości czytelników i zaprezentowali swoje wizje historii. W pewien sposób mogliśmy to przeżywać wraz z bohaterami. Jakieś rejony mózgu miłe mi to połechtało. Momentami autorzy idą na łatwiznę rzucając nas w jakieś miejsce lub czas tłumacząc wszystko co było po drodze akapitem lub dwoma, ale narracyjnie wyszło w porządku i wyszło to na dobre w kontekście całej historii. Ciekawe jest też, że mimo mocno lewicujących poglądów Clarke'a potrafi stworzyć spójną historię, bez uciekania się do prozelityzmu ani zaprzęgania twórczości do ideologicznej walki. Tak samo zdeklarowany komunista Pohl potrafił równoważyć swoje poglądy z dobrym pisarstwem. Oczywiście gdzieniegdzie pojawiają się prztyczki, ale uzasadnione fabularnie i ze smakiem, nawet jeśli się z nimi nie zgadzam. A dzisiaj wielu autorów czyni z twórczości młot na przeciwników politycznych, co nie tylko wychodzi sekciarsko, ale często też sprawia wrażenie tępego walenia młotem po głowach czytelników lub widzów, jak z kronik radzieckich albo szkolnych filmów VHS przestrzegających przed darmowymi narkotykami. Generalnie, kawał dobrej fantastyki.
Krzemien - awatar Krzemien
ocenił na 8 2 lata temu
2312 Kim Stanley Robinson
2312
Kim Stanley Robinson
„2312” to jeden wielki manifest ekologiczny z rozszerzeniem na cały Układ Słoneczny. Plus dylematy moralne i tęsknota za gwiazdami, do których mamy małe szanse dotrzeć (autor wylicza nam proporcje w odległościach, żebyśmy „zeszli na Ziemię” z oczekiwaniami). Do tego dochodzi jeszcze ewolucja człowieka – podział na tych z przestrzeni i na Ziemian (różnice są zarówno w budowie jak i sposobie myślenia). Natomiast dla wszystkich są możliwe terapie wydłużające życie (jednak warunkiem długowieczności dla przestrzennych są wizyty na Ziemi), a radykalne zmiany w sferze płci skutecznie usunęły wszelkie (przestarzałe) nieporozumienia w tej kwestii. Równie fascynująca jest strona technologiczna opisanej rzeczywistości. Życie w tak odmiennych warunkach - od rozpalonego Słońcem Merkurego, poprzez zasiedlenie meteorytów, po lodowe księżyce Saturna - wymusiło nowatorskie rozwiązania i zmieniło samych ludzi (najbardziej zdawkowo potraktowany jest Mars - zapewne autor doszedł do wniosku, że po szczegóły czytelnik może zajrzeć do jego marsjańskiej trylogii). Interesujące są również rozwiązania na podróże po Systemie Słonecznym . Nie będę psuć radości z odkrywania ciekawostek, ale jedno było wyjątkowo inspirujące – zazdroszczę surfowania po pierścieniach Saturna ewentualnym przyszłym przestrzeniowcom. Wśród tych wszystkich oryginalnych rozwiązań, pomiędzy wewnętrznymi i zewnętrznymi planetami, jest nasza biedna „Ziemia – planeta smutku”, jak głosi tytuł jednego z rozdziałów. To tutaj właśnie zostały nierozwiązane ekologiczne problemy, tutaj nękają ludzi odwieczne problemy społeczne. I na dodatek jeszcze SI, która chce być człowiekiem. Dużo wątków i zagadnień do ogarnięcia jak na jedną powieść. Lekturę „2312” najlepiej oddaje cytat z jednej ze stron: jest jak „Impreza w suchej przystani podczas wieczornego sztormu nad pustym morzem”... Wydarzenia przeplatane są wątkami, które nabiorą sensu dopiero w zakończeniu, bohaterów poznajemy stopniowo (ale dzięki temu lepiej możemy zrozumieć ich odmienność), na dodatek autor konsekwentnie przytacza esencję całego kulturalno-filozoficznego dorobku ludzkości wplatając ją w przyszłe osiągnięcia. Czyli nie za bardzo wiemy o co chodzi, ale zabawa i tak jest niezła. Co my, teraźniejsi Ziemianie, możemy rozumieć z problemów zasiedlania Układu Słonecznego? Pewnie niewiele, ale Kim Stanley Robinson cierpliwie nam pomaga w poznawaniu jeszcze niepoznanego. Jednocześnie przestrzega przed roznoszeniem naszych nierozwiązanych problemów w Kosmos - bo to nic dobrego nie przyniesie. Dla nikogo.
SumErgoCogito - awatar SumErgoCogito
ocenił na 8 2 lata temu
Brama do gwiazd Frederik Pohl
Brama do gwiazd
Frederik Pohl
Rosyjska ruletka. Zaskakujące jest ujęcie przez autora historii podboju kosmosy przez ludzi. Nie jest to powieść o dzielnych kosmonautach, którzy na swoich wspaniałych statkach podbijają Kosmos, ale o ludziach zdesperowanych, którzy za wszelką cenę pragną poprawić swój los. Ziemia jest przeludniona i kompletnie zdewastowana. Ludzie wydobywają minerały kopalne i przerabiają je na żywność. Oczywiście jest nieliczna grupa bogaczy, żyją pod kopułami zapewniającymi czyste środowisko i mogą sobie pozwolić na wszelkie luksusy. Większość ludzi żyje w skrajnej biedzie, w zatrutym środowisku, bez żadnych perspektyw, ciężko pracując na swoje utrzymanie. Po pracy spędzają czas w knajpach, pijąc i podrywając dziewczyny lub oglądają telewizje. Każdy z nich marzy o wygranej pieniędzy na Loterii i odmianie swojego losu. Jednym z nich jest Robinette Broadhead, Bob, który wygrywa na Loterii. Kupuje bilet na Getway, aby zostać poszukiwaczem. Ludzkość skolonizowała Wenus i odkryła pod jej powierzchnią kilometry wykutych korytarzy, w których zamieszkali. Korytarze pozostawione zostały przez zaginioną rasę Heechów. Nie wiadomo, kim byli, jak wyglądali i co się z nimi stało. Pozostawili różne artefakty i urządzenia, które nie wiadomo, czemu służyły. W jednym z korytarzy odkryto nawet statek kosmiczny, który okazał się sprawny. Statek doprowadził ludzi na planetoidę, krążącą na orbicie okołosłonecznej, która okazała się portem dla statków kosmicznych Heechów. Odkrytą planetoidę nazwano Gateway. Na planetoidzie znajdują się setki sprawnych statków Heecheów. Niestety nikt nie wie, w jaki sposób nimi kierować. Każdy z nich jest zaprogramowany do lotu z prędkością nadświetlną do jakiegoś punktu galaktyki. Tam jeżeli jest to możliwe, można za pomocą lądownika zbadać planetę i można znaleźć artefakty. Później statek jest zaprogramowany na powrót. Niestety można zginąć podczas badania obiektu lub załoga nie przeżyje, gdyż zabraknie wody i pożywienia lub statek nie wróci. Jednak, gdy się uda, można zarobić miliony i całkowicie odmienić swoje życie. Desperatów nie brakuj, aby wyruszyć w nieznane. Jednym z nich jest Bob. Poznajemy Boba, gdy jest już bardzo bogatym człowiekiem, mieszkającym na Ziemi. Nie jest jednak szczęśliwym człowiekiem i odwiedza psychoanalityk Sigfrida von Psycha, który jest sztuczną inteligencją. Narracja jest pierwszoosobowa, ale prowadzona dwutorowo. Jednym wątkiem są jego wspomnienia z pobytu Gateway, jako poszukiwacz. Kiedy przybył na miejsce i zobaczył pierwszy statek, który powrócił z martwymi ludźmi, przeraził się. Warunki życia są okropne, ale drogie i mało kto może przeżyć z pracy na planetoidzie. Większość z mieszkańców nie ma gdzie wrócić, a więc zostaje im pomimo przerażenia, wyruszenie w kosmos. Czas między lotami wypełniają imprezami, narkotykami i seksem, oraz dyskusjami, jaki lot i statek wybrać i z kim lecieć. Sam lot, takim statkiem jest też przerażający. Grupa ludzi stłoczona jest w ciasnej puszcze i czeka tygodniami, zanim statek zacznie hamować i mogą wtedy oszacować, czy starczy im wody i pożywienia na powrót. Później starają się coś znaleźć i przeżyć. Nawet, jak nic nie znaleźli, cieszą się, że wracają żywi, chociaż wiedzą, że znów będą musieli wyruszyć w kosmos. Pohl stworzył całą plejadę interesujących postaci. Poznajemy, co kieruje tymi ludźmi i jak próbują sobie radzić ze strachem, samotnością i warunkami życia na Geteway. Drugi wątek to sesje psychoterapeutyczne Boba, jego gierki z Si, ale z każdym spotkaniem dowiadujemy się coraz więcej, co sprowadziło go do tego gabinetu. Powoli poznajemy, w jaki sposób zdobył majątek i dlaczego pomimo tego jest nieszczęśliwy. Oprócz tego w powieści występują ramki, w których autor umieścił fragmenty naukowych wykładów, instrukcje, a czasami ogłoszenie. Ramki te bywają zabawne, a czasami wiele wyjaśniają. Powieść zaskoczyła mnie od samego początku swoją oryginalną wizją świata. Autor świetnie buduje napięcie, powoli odsłaniając kolejne elementy układanki. Do ostatniej strony, nie znamy odpowiedzi na nurtujące nas pytania. Fascynujące było, że to nie podróże kosmiczne i przygody, ale człowiek i to co przeżywa, jest głównym tematem tej powieści. Recenzja w serwisie "Na kanapie"
jatymyoni - awatar jatymyoni
ocenił na 10 1 rok temu
Epoka diamentu Neal Stephenson
Epoka diamentu
Neal Stephenson
Książka została napisana trzydzieści lat temu, dla fantastyki naukowej to szmat czasu. Jednak powieść nadal fascynuje, jest wręcz zaliczana do klasyki gatunku, powieści, dla których upływ czasu nie ma znaczenia. Mnie ucieszyło, że nie jest to następna powieść postapokaliptyczna. W historii ludzkości mieliśmy epokę kamienia, epokę żelaza, a teraz nastała epoka diamentu. Nastąpił olbrzymi rozwój technologii, szczególnie nanotechnologie. Powstają kompilatory materii, dzięki którym mogą powstawać przedmioty od najdrobniejszych, jak ubranie, po modyfikacje genetyczne, aż po całe miasta. Kompilatory materii mogą też tworzyć jedzenie, są one ogólnie dostępne i dzięki temu przestał istnieć głód, co nie oznacza dzielnic nędzy. Interesujące są między innymi reaktywy, nowy rodzaj filmów, w których widz może wziąć udział, jako aktor. Zdumiewające jest, jak na oczach widzów powstaje na oceanie wyspa, na której rosną rośliny i żyją zwierzęta. Po utworzeniu wyspy widzowie mogą ją zwiedzać. Przestały istnieć państwa, narody, świat podzielił się na fyle i klawy. Enklawy, w których żyją ludzie, plemiona o podobnej kulturze, wyznawanych wartościach, statusie społecznym. Obszary te są pod ścisłą ochroną, gdyż przy tak zaawansowanej nanotechnologii łatwo o bomby, które można wciągnąć do płuc razem z powietrzem. Ludzie niezaliczani do żadnych plemion zwą się Inturystami i zamieszkują dzielnice podobne do naszych slumsów. Akcja powieści głównie rozgrywa się wokół Szanghaju i poznajemy tamtejsze enklawy. Chociaż jeden z bohaterów odwiedza analogiczne enklawy w Ameryce Północnej. Najbardziej wpływowymi są Neowiktorianie. Grupa ta pomimo tak wielkiego postępu techniki przyjęła zasady życia epoki wiktoriańskiej, łącznie ze strojami i sposobem wychowania dziewczynek. Oprócz tego mamy Nipończyków i Chińczyków, gdzie obowiązują zasady konfucjanizmu. Istnieje też wiele pomniejszych grup. Jednak ilość Inturystów wokół Szanghaju, ale też na terenach Azji kontynentalnej jest tak duża, że i temu światu grozi zagłada. Lord Finkle-Mcgraw, jeden z najbardziej wpływowych Wiktorian zaniepokojony metodami wychowawczymi, jakie wobec jego wnuczki stosują jej rodzice, wpada na pomysł indywidualnego podręcznika dla niej. Zatrudnił Johna Hackworta, który stworzył „Ilustrowany lekcjonarz każdej młodej damy”, interaktywny podręcznik zupełnie w nowym sensie. Oczywiście Hackwort zapragnął takiej samej książki dla swojej córki, a więc sporządził jego nielegalną kopię, w ten sposób stał się przestępcą. Niestety jego egzemplarz w trakcie powrotu do domu zostaje skradziony i trafia do Nell, czteroletniej dziewczynki, zamieszkującej slumsy. Nell jest samotnym dzieckiem, którym matka się nie interesuje i stara się unikać kolejnych facetów, które ona sprowadza do domu. Jedyną ostoją jest starszy brat, od którego dostała Lekcjonarz, ale on rzadko bywa w domu. Nell zaczyna przygodę z Lekcjonarzem. Nell rozpoczyna przygody w świecie Lekcjonarzu, gdzie jej ulubione maskotki ożywają i stają się jej obrońcami. W ten sposób powstała książka w książce. Świat fantastyki naukowej miesza się ze światem fantasy i te oba światy przenikają nawzajem. Dzięki Lekcjonarzowi Nell ucieka ze slumsów i podróżuje po innych enklawach. Bohaterem staje się Lekcjonarz. Drugim bohaterem jest Hackweort, dzięki niemu poznajemy różne enklawy z innej perspektywy. Nie są to jedyni ważni bohaterowie, gdyż jest to powieść wielowątkowa i jej akcja rozciągnięta jest na kilkanaście lat. Nie zabraknie w niej wątków szpiegowskich i wręcz przestępczych. Stephenson w swej powieści stworzył fascynująca wizję przyszłości. Świat, w którym nie ma państw, a opiera się na wspólnotach ideologicznych, kulturowych czy religijnych. Niestety dużo ludzi jest wykluczonych w takich wspólnot i powoduje jeszcze większe rozwarstwienie społeczeństw. Natomiast część fantasy wpleciona w tę opowieść z wielkim rozmachem mówi o tęsknotach i pragnieniach ludzi. Mnie zafascynowała z jednej strony rozmach tej powieści, a z drugiej dbałość o szczegóły. W tej wizji przyszłości pomimo rozwoju techniki, cały czas jest dbałość o dziedzictwo kulturowe. Mnie jak zwykle w powieściach autora zaciekawiły wątki socjologiczne i filozoficzne. Bierzemy udział w rozprawie sądowej, gdzie sądownictwo parte jest o nauki Konfucjusza. Zderzenia świata zachodu ze wschodem w rozmowach Sędziego Kiu z doktorem X są interesujące..Książka była dla mnie fascynującą przygodą literacką.
jatymyoni - awatar jatymyoni
ocenił na 10 5 miesięcy temu

Cytaty z książki Odyseja kosmiczna

Więcej
Arthur C. Clarke Odyseja kosmiczna Zobacz więcej
Arthur C. Clarke Odyseja kosmiczna Zobacz więcej
Arthur C. Clarke Odyseja kosmiczna Zobacz więcej
Więcej