Spodziewałem się dużo więcej psychologii. Najważniejsze informacje znajdują się na samym początku. Po pierwszej ćwiartce powoli zaczęło ogarniać mnie znużenie. Jung, podobnie jak w Aion, zasypuje nas drobnymi, powtarzającymi się szczegółami ze starych pism, traktatów i ksiąg. Oczywiście ma to ogromną wartość naukową, ale odbija się to negatywnie na odbiorze dzieła.
Pochwalić należy ogromną, OGROMNĄ liczbę ciekawych ilustracji.
"Psychologia a alchemia" tylko dla najwierniejszych fanów.
"Starania lekarza i poszukiwania pacjenta zmierzają do odnalezienia owego utajonego, jeszcze nie objawionego "całego" człowieka - człowieka zarazem większego i przyszłego. Słuszna droga ku Całkowitości polega jednak - niestety - na zesłanym przez los błądzeniu wokół celu i szukaniu na bezdrożach. Jest to longissima via [najdłuższa droga], jest to bynajmniej nieprosta, lecz łącząca przeciwieństwa droga węża przypominająca wskazujący kierunek kaduceusz - jest to ścieżka niewolna bynajmniej od trwogi, jaką czuje człowiek zagrożony pochłonięciem przez otchłań labiryntu. Na owej drodze udziałem wędrowca stają się doświadczenia z predylekcją określane mianem "trudno dostępnych". Ich niedostępność polega na tym, że wymagają poniesienia kosztów: wymagają one bowiem tego, czego człowiek najbardziej się obawia, czyli C a ł k o w i t o ś c i - słowo to stale mamy na końcu języka, bez końca o tym teoretyzujemy, lecz tak naprawdę w życiu omijamy to wielkim łukiem. Nieskończenie chętniej uprawiamy za to "psychologię szufladkową", polegającą na tym, że jedna szufladka nie wie, co znajduje się w drugiej.
Obawiam się, że odpowiedzialnością za ten stan rzeczy należy obciążyć nie tylko nieświadomość i niemoc indywiduum, lecz także ogólną edukację psychiczną Europejczyka. Wychowanie to należy nie tylko do kompetencji, lecz wręcz do istoty religii panujących; albowiem jedynie owe religie, i to przed wielkimi systemami racjonalistycznymi, odnoszą się jednako do człowieka zewnętrznego i wewnętrznego. Jeśli ktoś chce usprawiedliwiać własne niedostatki, może zarzucić chrześcijaństwu regresywność, jeśli jednak o mnie chodzi, nie chciałbym popełnić błędu polegającego na tym, że obciążę je winą za to, za co przede wszystkim odpowiedzialna jest ludzka nieudolność. Nie mówię zatem o najbardziej wewnętrznym, najlepszym rozumieniu chrześcijaństwa, lecz o oczywistej dla wszystkich powierzchowności i fatalnym nieporozumieniu. Wzywanie do imitatio Christi, czyli do naśladowania wzoru i upodobniania się do niego, powinno było doprowadzić do rozwoju i wywyższenia człowieka wewnętrznego, ale wierni, znajdujący upodobanie w powierzchownych i mechanicznych formułkach, przerobili przedmiot imitatio na jakiś zewnętrzny obiekt kultu - oddawanie mu czci, odwrotnie, uniemożliwia zatem wniknięcie w głębię własnej duszy i przekształcenie jej w odpowiadającą owemu wzorowi Całkowitości. W ten sposób boski Pośrednik znajduje się na zewnątrz jako obraz, człowiek pozostaje fragmentem, a jego najwewnętrzniejsza natura nie przechodzi żadnej przemiany".
"W tragicznym wręcz zaślepieniu teologowie nie pojmują, że nie chodzi tu o przeprowadzenie dowodu na istnienie światła, lecz o to, że istnieją niejacy ślepcy, którzy nie rozumieją, iż oczy ich mogłyby przejrzeć. Trzeba by wreszcie kiedyś zauważyć, że na nic się nie zda sławienie światła i prawienie kazań o nim, jeśli nie ma nikogo, kto umiałby je dostrzec. Należałoby raczej wpoić człowiekowi sztukę widzenia, bo przecież widać jak na dłoni, że aż nazbyt wielu nie jest w stanie dostrzec związku miedzy świętymi figurami a własną duszą; oznacza to, że ludzie ci nie potrafią dostrzec, iż odpowiadające owym figurom obrazy drzemią w ich nieświadomości, nie widzą też, jak daleko idąca jest to odpowiedzialność. Gwoli umożliwienia im tego oglądu wewnętrznego należałoby otworzyć przed nimi drogę wiodącą do uzyskania zdolności widzenia. Prawdę mówiąc, nie potrafię zgłębić, w jaki sposób miałoby to być możliwe bez psychologii, czyli bez poruszenia kwestii duszy.
Następne, równie brzemienne w skutki nieporozumienie polega na tym, że przypisuje się psychologii, iż pragnie ona być jakowąś nową - najpewniej heretycką - doktryną. Cóż, skoro próbuje się z wolna wpoić ślepcowi sztukę widzenia, nie należy się spodziewać, że natychmiast sokolim wzrokiem dostrzeże on nowe prawdy. Powinniśmy się cieszyć, że choć trochę przejrzy na oczy i choć w pewnej mierze zrozumie, co zobaczy. Psychologia nie zajmuje się tworzeniem nowych prawd religijnych, lecz aktem widzenia - czyni to w sytuacji, w której już istniejące doktryny docierają do świadomości i nie spotykają się ze zrozumieniem. Jak wiadomo, w kwestiach religijnych niepodobna pojąć niczego, czego wcześniej nie przeżyło się wewnętrznie. To właśnie dopiero w doświadczeniu wewnętrznym objawia się związek duszy z tym, co przedstawiane i głoszone na zewnątrz jako relacja pokrewieństwa czy odpowiedniości - relacja podobna do związku sponsus-sponsa [oblubieniec-oblubienica]. Jeśli zatem jako psycholog powiadam, iż Bóg jest archetypem, to mam na myśli dany duszy typ - jak wiadomo, słowo to pochodzi od "typos" = "odcisk", "piętno". Już samo słowo "archetyp" zakłada coś, co odciska piętno. Psychologia jako nauka o duszy musi się ograniczyć do swego przedmiotu i strzec się przed przekraczaniem wyznaczonych sobie granic - może do tego dojść w ten sposób, że psychologia zacznie wysnuwać twierdzenia metafizyczne czy składać jakieś wyznania wiary. Jeśli psychologia uzna Boga za choćby tylko hipotetyczną przyczynę, to implicite zacznie sprzyjać możliwości przeprowadzenia dowodu na istnienie Boga i tym samym w absolutnie niedopuszczalny sposób przekroczy swe kompetencje. Nauka może być tylko nauką; nie ma żadnych "naukowych" wyznań wiary i im podobnych contradictiones in adiecto. Po prostu nie wiemy, skąd koniec końców wywodzić archetyp, tak samo jak w równie niewielkim stopniu znamy pochodzenie duszy. Kompetencje psychologii jako nauki doświadczalnej sięgają jedynie możliwości stwierdzenia, czy na podstawie badań porównawczych można na przykład odkryty w duszy typ określić mianem "obrazu Boga" czy nie. Jeśli chodzi o hipotezę istnienia Boga, psychologia nie wygłasza żadnych stwierdzeń - ani pozytywnych, ani negatywnych - podobnie jak występowanie archetypu "herosa" nie oznacza, że istnieje jakiś konkretny bohater".
"Faktem jest, że poznanie tych obrazów wewnętrznych i doświadczenie ich występowania otwierają rozumowi i uczuciu dostęp do owych innych obrazów, których istnienie zakłada doktryna religijna. A zatem psychologia czyni coś dokładnie odwrotnego do tego, co się jej zarzuca: psychologia stwarza możliwości lepszego zrozumienia występujących faktów, otwiera oczy na sensowność dogmatów; psychologia niczego nie niszczy, lecz wprowadza nowych mieszkańców pustego domu. Mogę to potwierdzić na podstawie bogatego doświadczenia: odstępcy od najróżniejszych wyznań czy ludzie z małą wiarą znaleźli nową drogę do swych dawnych prawd - niemało wśród nich było katolików. Nawet pewien pars znalazł drogę do swej zaratustrańskiej świątyni - z faktu tego można wysnuć wniosek co do obiektywizmu mego punktu widzenia.
Ale z tego właśnie obiektywizmu czyni się najcięższy zarzuc wobec mojej psychologii: oskarża się ją o to, że nie decyduje się na tę czy inną konkretną doktrynę religijną. Nie przesądzając kwestii mego subiektywnego przekonania, chciałbym tu jednak zadać pytanie: czyż nie jest możliwe, że pewną formą decyzji wyraża taka postawa, która nie czyni z człowieka arbiter mundi, która powoduje, że człowiek wyraźnie ogranicza się do własnego subiektywizmu i na przykład wyznaje wiarę, że Bóg objawił się w wielu językach, w wielu formach wyrazu, i że wszystkie one są p r a w d z i w e ? W kwestii wysnuwanego przede wszystkim przez chrześcijan zarzutu, że przecież wszystkie te wzajemnie sprzeczne wypowiedzi nie mogą być jednocześnie prawdziwe, trzeba zamiast odpowiedzi zadowolić się uprzejmym pytaniem: czyż doprawdy wierzą oni, że 1 = 3? W jaki sposób jeden może być równy trzem? Czy matka może być dziewicą? Itd. Czyż jeszcze nikt nie zauważył, że we wszystkich wypowiedziach religijnych roi się od sprzeczności logicznych i zasadniczo niemożebnych twierdzeń, ba - że to właśnie stanowi o istocie twierdzenia religijnego? Na dowód możemy przytoczyć wyznanie Tertuliana: "Syn Boży umarł; trzeba w to wierzyć, ponieważ jest to niedorzeczne. I został pogrzebany, ale zmartwychwstał; jest to pewne, ponieważ jest niemożliwe". Jeśli chrześcijaństwo wzywa do wiary w takie paradoksy, to przecież nie powinno się boczyć na kogoś, kto podaje do wierzenia kilka paradoksów więcej. Osobliwe, ale paradoksalność należy do największych dóbr duchowych - jednoznaczność jest oznaką słabości. Dlatego religia, która traci czy łagodzi swoje paradoksy, wewnętrznie ubożeje; mnożenie paradoksów ubogaca, albowiem tylko to, co paradoksalne, może choć w przybliżeniu objąć pełnię życia, jednoznaczność zaś i niesprzeczność są jednostronne, nie nadają się przeto do wyrażania tego, co niepojęte.
Nie każdy ma siłę ducha Tertuliana, który najwyraźniej był w stanie nie tylko znieść tę paradoksalność, lecz również uznać ją za dowód najwyższej pewności religijnej. Zbyt wielka liczba ludzi małego ducha sprawia, że paradoksalność staje się narzędziem niebezpiecznym, dopóki jednak traktowana jest ona jako nie zmuszająca do refleksji oczywistość, dopóki jest zwyczajowym aspektem życia, dopóty też pozostaje niegroźna. Jeśli jednak człowiekowi o niedorozwiniętym umyśle (który, już wiadomo, ma o sobie jak najlepsze mniemanie) przyjdzie do głowy koncept, by paradoksalność jakiegoś świadectwa wiary uczynić przedmiotem swej tyleż poważnej, ile bezpłodnej refleksji, wówczas nie będzie trzeba długo czekać, aż poczciwiec ów zacznie sączyć jady obrazoburczego szyderstwa i wytykać palcem oczywiste dla wszystkich ineptia [absurdy] misterium. Od czasów francuskiego Oświecenia proces ten potoczył się jak z górki; albowiem gdy tylko obudzi się tuzinkowy umysł indywiduum nie cierpiącego paradoksów, żadne kazanie nie zdoła już go uśpić. W ten sposób stajemy przed nowym zadaniem: musimy z wolna podnieść na wyższy poziom ów niedorozwinięty umysł i powiększyć liczbę tych, którzy będą w stanie przynajmniej intuicyjnie przeczuć nośność prawdy paradoksalnej. Jeśli okaże się, że nie jest to możliwe, wówczas możemy uznać, iż droga duchowa wiodąca do chrześcijaństwa została po prostu odcięta. W sytuacji takiej człowiek już nie pojmuje, o co właściwie chodzi z paradoksami dogmatu, a im bardziej powierzchowne jest jakieś ujęcie, tym większe trudności sprawia irracjonalna forma tych paradoksów, aż w końcu całkiem wychodzą one z użycia, traktowane jako dziwaczne relikty przeszłości. Człowiek uczestniczący w tym procesie nie jest w stanie pojąć, jak wielką stratę duchową to dlań oznacza, albowiem nigdy przecież nie przeżywał świętych obrazów jako swej własności wewnętrznej, nigdy nie zdawał sobie sprawy z ich pokrewieństwa z własną strukturą psychiczną. Ale właśnie owo nieodzowne poznanie może stać się jego udziałem za sprawą psychologii nieświadomości, przy czym największą wartość miałby wówczas jej obiektywizm naukowy. Gdyby psychologia była związana z jakimś wyznaniem, wówczas nie mogłaby, nie wolno by jej było zapewnić nieświadomości indywiduum owej swobody w grze, która jest niezbywalnym warunkiem wstępnym do pobudzenia archetypowego procesu twórczego. Tym, co przekonuje, jest bowiem właśnie spontaniczność treści archetypowych, wynikająca zaś z przesądu ingerencja w ten proces uniemożliwia bezstronne przeżywanie ich. Jeśli teolog naprawdę wierzy z jednej strony we wszechmoc Boga, z drugiej zaś w dogmaty, to dlaczego nie polega na twierdzeniu, że i dusza wyraża Boga? Skąd ten lęk przed psychologią? A może dusza (w całkiem niedogmatyczny sposób) ma uchodzić za piekło, z którego dobiega jedynie skowyt demonów? Gdyby istotnie tak było, wówczas fakt ów byłby z pewnością nie mniej przekonujący; albowiem, jak wiadomo, postrzeganie ze zgrozą realności zła sprawiło, że nawróciło się przynajmniej tyle samo ludzi, ilu nawróciło się za sprawą doświadczenia dobra".
"W ten sposób świadomość może zostać wystawiona na niesamowite oddziaływanie; albowiem ożywienie archetypów jest czymś niemiłym nawet dla najchłodniejszego racjonalisty (a zwłaszcza dla niego). Człowiek taki obawia się bowiem bardziej podrzędnej formy przekonania, czyli przesądu, który - jak mniema - właśnie chce mu się narzucić. Ale w przypadku takich ludzi przesąd wtedy właśnie przybiera najwłaściwszą sobie formę, kiedy są oni patologiczni, a nie wtedy, gdy potrafią pozostać przy swej postawie. W tym ostatnim wypadku przesąd może pojawić się na przykład w formie lęku przed "zwariowaniem", albowiem wszystko, czego współczesna świadomość nie może zdefiniować, uchodzi za chorobę umysłową".
"Cóż, jeśli chodzi o sprawy tego rodzaju, nigdy dość ostrożności, albowiem pęd do naśladownictwa z jednej strony, z drugiej zaś chorobliwa wręcz żądza strojenia się w cudze piórka i pokazywanie się światu w roli osobowości oryginalnej zbyt wielu ludzi skusiły do zajmowania się tego rodzaju motywami "magicznymi" i do posługiwania się nimi jako czymś w rodzaju świętych olejów. Wiadomo - człowiek zrobi wszystko, posunie się nawet do największego absurdu, byleby tylko ujść własnej duszy. A zatem ludzie praktykują wszelkiego rodzaju jogę indyjską, przestrzegają różnych przepisów dietetycznych, uczą się na pamięć teozofii, czytają teksty mistyczne pozbierane z całego świata - czynią wszystko tylko dlatego, że nie umieją dać sobie rady z samymi sobą, że nie wierzą, iż to, czego im potrzeba, mogliby znaleźć we własnej duszy. A więc w ten sposób dusza z wolna stała się owym Nazaret, z którego nic dobrego wyjść nie może - to właśnie dlatego ludzie próbują złapać cokolwiek z tego, co niosą ze sobą wszystkie cztery wiatry: im bardziej odległe, im bardziej cudaczne, tym lepiej. Cóż, broń Boże, nie chciałbym przeszkadzać tym ludziom w oddawaniu się ulubionym zajęciom, ale jeśli ktoś, kto pragnie, by traktowano go poważnie, jest do tego stopnia zaślepiony i mniema, iż stosuję metody i teorie jogi, a nawet zachęcam pacjentów do malowania mandali, aby sprowadzić ich na "właściwą drogę", wówczas muszę głośno zaprotestować i zarzucić tym ludziom, iż czytają me prace z karygodnym wręcz brakiem uwagi. Indywidua tego rodzaju muszą być do szpiku kości zepsute nauką, że wszystkie złe myśli lgną się w sercu i że dusza ludzka stanowi naczynie wszelkiej nieprawości. Gdyby naprawdę tak było, wówczas Bóg byłby doprawdy żałosnym stwórcą, wówczas w rzeczy samej nadeszłaby już ostatnia chwila, by wziąć stronę gnostyka Marcjona, a nieporadnemu demiurgowi dać odprawę. Cóż, skoro z etycznego punktu widzenia jest niezwykle wygodnie obarczyć Boga wyłączną troską o taki dom dziecka dla idiotów, gdzie nie znajdzie się ani jeden, kto byłby w stanie samodzielnie włożyć sobie łyżkę ze strawą do ust. Ale przecież człowiek jest wart tego, by złożyć obowiązek dbania o niego w jego ręce - ma on w swej duszy wszystko to, czego potrzeba, by mógł się stać sobą".
"Nie wolno ze swoimi "duchowymi" intuicjami wzlatywać nad "ziemię", czyli wzbijać się ponad twardą rzeczywistość i w ten sposób uciekać od realności, jak to się często dzieje wtedy, gdy ktoś ma olśniewające intuicje. Bo przecież nigdy nie możemy się wzbić na wyżyny swego przeczucia, a zatem nigdy nie powinniśmy się z nimi utożsamiać. Po tęczowym łuku przechodzą tylko bogowie - śmiertelnicy stąpają po ziemi i poddani są prawom ziemskim. Owszem, ziemski wymiar człowieka w porównaniu z możliwościami jego intuicji oznacza jedynie żałosną niedoskonałość, ale też właśnie ona jest komponentem jego przyrodzonej natury, jego rzeczywistości. O człowieku stanowią przecież nie tylko jego najlepsze przeczucia, najwyższe idee i starania, lecz również to, co mu niemiłe, jak na przykład dziedziczenie i te wszystkie niezatarte wspomnienia, które wołają do niego: "Skoro to uczyniłeś, to tym jesteś!".
"Tu właśnie utknął cały problem, który - jak wiadomo - ponownie podjął Friedrich Nietzsche w Tako rzecze Zaratustra: problem przemiany w nadczłowieka, w istotę, która jednak w nader niebezpieczny sposób zbliżyła się do formy istnienia człowieka doczesnego. W ten sposób Nietzsche siłą rzeczy wywołał na scenę resentyment antychrześcijański; albowiem nietzscheański nadczłowiek to hybris świadomości osobniczej, która musi się bezpośrednio zderzyć z siłą chrześcijańskiej zbiorowości, a tym samym doprowadzić do katastrofalnego zniszczenia indywiduum. Wiadomo, w jaki sposób i w jakiej nader charakterystycznej formie doszło do urzeczywistnienia przez Nietzschego dewizy "tam ethice quam pshysice". Jakiej odpowiedzi udzieliły późniejsze epoki na indywidualizm nietzscheańskiego nadczłowieka? Cóż, odpowiedziały kolektywizmem, organizacją zbiorową i takim przyrostem masowości "tam ethice quam pshysice", że wszystko, co osiągnęły pod tym względem minione czasy, sprawia wrażenie dziecinnej igraszki. Dławienie osobowości z jednej strony, bezsilne, by może nawet śmiertelnie ranne chrześcijaństwo z drugiej: oto nagi bilans naszej epoki.
Grzech Fausta polegał na utożsamieniu się z tym, co miało być przemienione, i z tym, co miało być narzędziem przemiany. Nadużycie Nietzschego polegało na utożsamieniu się z nadczłowiekiem Zaratustrą, z tą częścią osobowości, która trafiła do świadomości. Czy można jednak zwracać się do Zaratustry jako do części osobowości? Czyż nie jest on tym, co nadludzkie, tym, w czym człowiek co prawda ma udział, ale czym ostatecznie nie jest? Czyż Bóg naprawdę umarł w chwili, gdy Nietzsche uznał go za przebrzmiałą wielkość? A może Bóg powrócił, tyle że w przebraniu "nadludzkiego"?
Opinia
Niech was nie zwiodą wysokie oceny tego arcydzieła. To nie jest lektura dla każdego. Zacznijmy od tego, iż jest to jakby druga część "Psychologia a alchemia" - a skończmy na tym, że warto byłoby zacząć od łatwiejszych tytułów Junga, np "O rozwoju osobowości" oraz "Typy psychologiczne".
Głównie dla wielbicieli Junga.
----------------------------------------------------
„W tej samej mierze, w jakiej blask księżycowy tchnie magią pojednania, ciemny Sol jest pozbawiony blasku i jakichkolwiek uroków. Sol niger [czarne słońce / kobieca nieświadomość] w długim wywodzie obiecuje, że będzie światłem, dlatego że jest ciemnością, że będzie wielką prawdą, ile że nigdy nie trafia do celu, i że będzie wielkim autorytetem, który nigdy nie ma racji, a w każdym razie mam jej najwyżej tyle, ile miał ów ślepy kocur, który za dnia próbował złowić urojoną mysz i – skoro przez przypadek udało mu się schwytać prawdziwą – stał się z tego względu zupełnie nieedukowalny. No, ale nie chciałbym być tu niesprawiedliwy – jak na przykład kobiecy Sol, który staje się zbyt jasny (a przecież musi się stać, jeśli ma go zrozumieć mężczyzna!).
Jak mężczyzna normalną koleją rzeczy poznaje swą animę jedynie na drodze projekcji, tak też kobieta poznaje swój Sol niger. Jeśli jej eros jest prawidłowy, wówczas Sol nie będzie zbyt ciemny, a odpowiedni nosiciel projekcji będzie być może korzystnym czynnikiem kompensacyjnym. Jeśli natomiast eros kobiecy jest nieprawidłowy (zdradził samą miłość!), wówczas odpowiednikiem ciemności Sol niger tej kobiety będzie mężczyzna opętany przez animę, umysł zaszpuntowany przez podrzędnego ducha, który – jak wiadomo – upaja niczym mocny trunek.
Sol niger psychologii kobiecej wiąże się z imago ojcowską, bo przecież ojciec jest pierwszym nosicielem obrazu animusa. Ojciec nadaje temu wirtualnemu wizerunkowi formę i treść, albowiem – jako że posiada logosa – jest on dla swej córki źródłem „ducha”. Niestety, źródło to często toczy mętne wody, i to wtedy, gdy należałoby się spodziewać kryształowo czystych. Duch, który wywarłby korzystny wpływ na kobietę, nie jest zwykłym intelektem, jest on czymś więcej: to postawa, czyli d u c h, w k t ó r y m c z ł o w i e k ż y j e . Nawet tak zwany „idealny duch” nie zawsze jest optymalny, jeśli równocześnie nie rozumie, w jaki sposób należałoby adekwatnie postępować z naturą czy człowiekiem zwierzęcym – to dopiero byłoby naprawdę idealne. A zatem ojciec ma pod każdym względem niemało okazji po temu, by zepsuć w córce to, co później będzie musiał naprawić wychowawca, mąż czy – w wypadku nerwicy – lekarz. Albowiem „przez ojca zepsute” może naprawić tylko ojciec, a „przez matkę zepsute” może naprawić tylko matka. To, co obserwujemy w tej dziedzinie, można by określić mianem psychologicznego grzechu pierworodnego czy trwającej przez pokolenia klątwy Atrydów. Oceniając sprawy tego rodzaju, nie jesteśmy już pewni ani dobra, ani zła – jedno i drugie waha się bowiem niczym szale wagi. Osobom nastawionym optymistycznie co do rozwoju kultury powinna jednak w naszej epoce zaświtać myśl, że siły dobra nie wystarczą, by utrzymać racjonalny porządek świata czy zadbać o etyczne prawidłowe zachowanie indywiduum, i że siły zła są tak potężne, iż mogą w ogóle zakwestionować ten porządek, wikłając jednostkę w diabelską sieć najpotworniejszych zbrodni, przy czym nawet człowiek obdarzony dyspozycją etyczną w końcu będzie musiał zapomnieć o odpowiedzialności moralnej, jeśli tylko będzie chciał się utrzymać na powierzchni. Malignitas (złośliwość) człowieka zbiorowego ujawniła się w naszych czasach w bardziej przerażającej formie niż kiedykolwiek w dziejach i tą obiektywną miarą powinniśmy mierzyć mniejsze i większe grzechy. Nie wdawajmy się przy tym w kazuistyczne subtelności, albowiem już od dawna chodzi tu nie o wytępienie zła z korzeniami, lecz o trudną sztukę zastępowania w i ę k s z e g o z ł a m n i e j s z y m . Minęły już czasy tak hołubionych przez wędrujących moralistów „sweeping statesments”, które w najprzyjemniejszy sposób ułatwiały im ich zadanie. Nie ominiemy konfliktu także w ten sposób, że zanegujemy wartości moralne. Już sama myśl o tym jest sprzeczna z instynktem i przeciwna naturze. Każda grupa ludzka, która nie została zamknięta w więzieniu, odpowiednio do miary przysługującej jej wolności zwyczajowo podąży od dawna wytyczoną drogą. Niezależnie od tego, jaką intelektualną definicję dobra i zła przyjmiemy, w jaki sposób będziemy je wartościować, opozycja ta i tak nigdy nie zniknie z powierzchni ziemi, albowiem nikt nie będzie mógł o niej zapomnieć. Także chrześcijanin, który ma poczucie zbawienia od zła, gdy tylko minie wywołane tym upojenie, przypomni sobie, że nawet Paweł nie mógł się uwolnić od „ościenia tkwiącego w ciele”.
Niechże te wzmianki wystarczą, by choć w jakiejś mierze zwrócić uwagę na specyfikę owego ducha, którego potrzeba córce: są to prawdy przemawiające do duszy; są to prawdy, które nigdy nie przemawiają głosem donośnym, które nigdy się nikomu nie narzucają – docierają one do indywiduum w ciszy, docierają do każdej jednostki stanowiącej o sensie świata. Taka wiedza potrzebna jest córce, aby mogła ją później przekazać swym synom”.
„Akt poznania samego siebie nie jest jakimś odosobnionym procesem – jest on możliwy tylko wtedy, gdy jednocześnie dochodzi do poznania rzeczywistości otaczającego nas świata zewnętrznego. Nikt nie może poznać samego siebie i odróżnić się od swego bliźniego, jeśli hołubi zniekształcony obraz drugiego człowieka, podobnie nikt nie może poznać bliźniego, jeśli nie nawiąże żadnego związku z samym sobą. Jedno jest tu warunkiem drugiego – oba te procesy przebiegają zatem równolegle”.
Niech was nie zwiodą wysokie oceny tego arcydzieła. To nie jest lektura dla każdego. Zacznijmy od tego, iż jest to jakby druga część "Psychologia a alchemia" - a skończmy na tym, że warto byłoby zacząć od łatwiejszych tytułów Junga, np "O rozwoju osobowości" oraz "Typy psychologiczne".
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toGłównie dla wielbicieli Junga.
----------------------------------------------------
„W...