rozwiń zwiń

Misterium coniunctionis. Studium dzielenia i łączenia przeciwieństw psychicznych w alchemii

Okładka książki Misterium coniunctionis. Studium dzielenia i łączenia przeciwieństw psychicznych w alchemii
Carl Gustav Jung Wydawnictwo: Wydawnictwo KR Seria: Dzieła nauki społeczne (psychologia, socjologia, itd.)
736 str. 12 godz. 16 min.
Kategoria:
nauki społeczne (psychologia, socjologia, itd.)
Format:
papier
Seria:
Dzieła
Tytuł oryginału:
Mysterium Coniunctionis. Untersuchungen über die Trennung und Zusammensetzung der seelischen Gegensätze in der Alchemie
Data wydania:
2017-05-11
Data 1. wyd. pol.:
2002-01-01
Liczba stron:
736
Czas czytania
12 godz. 16 min.
Język:
polski
ISBN:
9788394350468
Średnia ocen

                8,7 8,7 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Misterium coniunctionis. Studium dzielenia i łączenia przeciwieństw psychicznych w alchemii w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Misterium coniunctionis. Studium dzielenia i łączenia przeciwieństw psychicznych w alchemii

Średnia ocen
8,7 / 10
23 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
926
831

Na półkach:

Niech was nie zwiodą wysokie oceny tego arcydzieła. To nie jest lektura dla każdego. Zacznijmy od tego, iż jest to jakby druga część "Psychologia a alchemia" - a skończmy na tym, że warto byłoby zacząć od łatwiejszych tytułów Junga, np "O rozwoju osobowości" oraz "Typy psychologiczne".

Głównie dla wielbicieli Junga.

----------------------------------------------------

„W tej samej mierze, w jakiej blask księżycowy tchnie magią pojednania, ciemny Sol jest pozbawiony blasku i jakichkolwiek uroków. Sol niger [czarne słońce / kobieca nieświadomość] w długim wywodzie obiecuje, że będzie światłem, dlatego że jest ciemnością, że będzie wielką prawdą, ile że nigdy nie trafia do celu, i że będzie wielkim autorytetem, który nigdy nie ma racji, a w każdym razie mam jej najwyżej tyle, ile miał ów ślepy kocur, który za dnia próbował złowić urojoną mysz i – skoro przez przypadek udało mu się schwytać prawdziwą – stał się z tego względu zupełnie nieedukowalny. No, ale nie chciałbym być tu niesprawiedliwy – jak na przykład kobiecy Sol, który staje się zbyt jasny (a przecież musi się stać, jeśli ma go zrozumieć mężczyzna!).
Jak mężczyzna normalną koleją rzeczy poznaje swą animę jedynie na drodze projekcji, tak też kobieta poznaje swój Sol niger. Jeśli jej eros jest prawidłowy, wówczas Sol nie będzie zbyt ciemny, a odpowiedni nosiciel projekcji będzie być może korzystnym czynnikiem kompensacyjnym. Jeśli natomiast eros kobiecy jest nieprawidłowy (zdradził samą miłość!), wówczas odpowiednikiem ciemności Sol niger tej kobiety będzie mężczyzna opętany przez animę, umysł zaszpuntowany przez podrzędnego ducha, który – jak wiadomo – upaja niczym mocny trunek.
Sol niger psychologii kobiecej wiąże się z imago ojcowską, bo przecież ojciec jest pierwszym nosicielem obrazu animusa. Ojciec nadaje temu wirtualnemu wizerunkowi formę i treść, albowiem – jako że posiada logosa – jest on dla swej córki źródłem „ducha”. Niestety, źródło to często toczy mętne wody, i to wtedy, gdy należałoby się spodziewać kryształowo czystych. Duch, który wywarłby korzystny wpływ na kobietę, nie jest zwykłym intelektem, jest on czymś więcej: to postawa, czyli d u c h, w k t ó r y m c z ł o w i e k ż y j e . Nawet tak zwany „idealny duch” nie zawsze jest optymalny, jeśli równocześnie nie rozumie, w jaki sposób należałoby adekwatnie postępować z naturą czy człowiekiem zwierzęcym – to dopiero byłoby naprawdę idealne. A zatem ojciec ma pod każdym względem niemało okazji po temu, by zepsuć w córce to, co później będzie musiał naprawić wychowawca, mąż czy – w wypadku nerwicy – lekarz. Albowiem „przez ojca zepsute” może naprawić tylko ojciec, a „przez matkę zepsute” może naprawić tylko matka. To, co obserwujemy w tej dziedzinie, można by określić mianem psychologicznego grzechu pierworodnego czy trwającej przez pokolenia klątwy Atrydów. Oceniając sprawy tego rodzaju, nie jesteśmy już pewni ani dobra, ani zła – jedno i drugie waha się bowiem niczym szale wagi. Osobom nastawionym optymistycznie co do rozwoju kultury powinna jednak w naszej epoce zaświtać myśl, że siły dobra nie wystarczą, by utrzymać racjonalny porządek świata czy zadbać o etyczne prawidłowe zachowanie indywiduum, i że siły zła są tak potężne, iż mogą w ogóle zakwestionować ten porządek, wikłając jednostkę w diabelską sieć najpotworniejszych zbrodni, przy czym nawet człowiek obdarzony dyspozycją etyczną w końcu będzie musiał zapomnieć o odpowiedzialności moralnej, jeśli tylko będzie chciał się utrzymać na powierzchni. Malignitas (złośliwość) człowieka zbiorowego ujawniła się w naszych czasach w bardziej przerażającej formie niż kiedykolwiek w dziejach i tą obiektywną miarą powinniśmy mierzyć mniejsze i większe grzechy. Nie wdawajmy się przy tym w kazuistyczne subtelności, albowiem już od dawna chodzi tu nie o wytępienie zła z korzeniami, lecz o trudną sztukę zastępowania w i ę k s z e g o z ł a m n i e j s z y m . Minęły już czasy tak hołubionych przez wędrujących moralistów „sweeping statesments”, które w najprzyjemniejszy sposób ułatwiały im ich zadanie. Nie ominiemy konfliktu także w ten sposób, że zanegujemy wartości moralne. Już sama myśl o tym jest sprzeczna z instynktem i przeciwna naturze. Każda grupa ludzka, która nie została zamknięta w więzieniu, odpowiednio do miary przysługującej jej wolności zwyczajowo podąży od dawna wytyczoną drogą. Niezależnie od tego, jaką intelektualną definicję dobra i zła przyjmiemy, w jaki sposób będziemy je wartościować, opozycja ta i tak nigdy nie zniknie z powierzchni ziemi, albowiem nikt nie będzie mógł o niej zapomnieć. Także chrześcijanin, który ma poczucie zbawienia od zła, gdy tylko minie wywołane tym upojenie, przypomni sobie, że nawet Paweł nie mógł się uwolnić od „ościenia tkwiącego w ciele”.
Niechże te wzmianki wystarczą, by choć w jakiejś mierze zwrócić uwagę na specyfikę owego ducha, którego potrzeba córce: są to prawdy przemawiające do duszy; są to prawdy, które nigdy nie przemawiają głosem donośnym, które nigdy się nikomu nie narzucają – docierają one do indywiduum w ciszy, docierają do każdej jednostki stanowiącej o sensie świata. Taka wiedza potrzebna jest córce, aby mogła ją później przekazać swym synom”.

„Akt poznania samego siebie nie jest jakimś odosobnionym procesem – jest on możliwy tylko wtedy, gdy jednocześnie dochodzi do poznania rzeczywistości otaczającego nas świata zewnętrznego. Nikt nie może poznać samego siebie i odróżnić się od swego bliźniego, jeśli hołubi zniekształcony obraz drugiego człowieka, podobnie nikt nie może poznać bliźniego, jeśli nie nawiąże żadnego związku z samym sobą. Jedno jest tu warunkiem drugiego – oba te procesy przebiegają zatem równolegle”.

Niech was nie zwiodą wysokie oceny tego arcydzieła. To nie jest lektura dla każdego. Zacznijmy od tego, iż jest to jakby druga część "Psychologia a alchemia" - a skończmy na tym, że warto byłoby zacząć od łatwiejszych tytułów Junga, np "O rozwoju osobowości" oraz "Typy psychologiczne".

Głównie dla wielbicieli Junga.

----------------------------------------------------

„W...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

275 użytkowników ma tytuł Misterium coniunctionis. Studium dzielenia i łączenia przeciwieństw psychicznych w alchemii na półkach głównych
  • 228
  • 42
  • 5
29 użytkowników ma tytuł Misterium coniunctionis. Studium dzielenia i łączenia przeciwieństw psychicznych w alchemii na półkach dodatkowych
  • 15
  • 5
  • 3
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Misterium coniunctionis. Studium dzielenia i łączenia przeciwieństw psychicznych w alchemii

Inne książki autora

Carl Gustav Jung
Carl Gustav Jung
Carl Gustav Jung (ur. 26 lipca 1875 w Kesswil w Szwajcarii, zm. 6 czerwca 1961 w Zurychu) – szwajcarski psychiatra i psycholog. Był twórcą psychologii głębi, na bazie której stworzył własną koncepcję nazywaną psychologią analityczną (stanowiącą częściową krytykę psychoanalizy). Wprowadził pojęcia nieświadomości zbiorowej, synchroniczności oraz archetypu, które odegrały także wielką rolę w naukach o kulturze.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Zapomniany język. Wstęp do rozumienia snów, baśni i mitów Erich Fromm
Zapomniany język. Wstęp do rozumienia snów, baśni i mitów
Erich Fromm
„Jeżeli prawdą jest, że zdolność do dziwienia się jest początkiem mądrości, to prawda ta stanowi smutny komentarz do mądrości współczesnego człowieka. Mimo wszystkich zalet wynikających z osiągnięcia wysokiego stopnia literackiej i powszechnej edukacji – utraciliśmy ów dar dziwienia się czemukolwiek”.( s.9) Erich Fromm, zapomniany język, wstęp do rozumienia snów, baśni i mitów. Przekł. J. Marzecki. Biblioteka Myśli Współczesnej. PIW. Warszawa 1994. Erich Fromm w Zapomnianym języku: • wprowadza Czytelnika w świat języka symbolicznego; • konfrontuje Freuda z Jungiem; • pisze o historii interpretacji snów; • odwołuje się do mitów, baśni, rytuałów i powieści; • wybiera: mit o Edypie, o stworzeniu świata, bajkę o Czerwonym Kapturku, • skupia się na rytuale szabatu i Procesie Kafki. Nieprzypadkowo Fromm - to moralista, filozof, psycholog, twórca psychoanalizy humanistycznej, intelektualista o wybitnych zdolnościach i wyjątkowym autorytecie moralnym. Jak napisze: „Kiedy śpimy, budzimy się do innej formy istnienia. Śnimy.” I doda, że we śnie jesteśmy autorami fabuły, nie stosujemy się do żadnych praw logiki, pomijamy takie kategorie, jak: czas i przestrzeń, nic nas nie ogranicza. Miałem sen …- może powiedzieć Każdy. Język symboliczny, a w głównej mierze język snów pozostaje w kręgu zainteresowań Fromma. Najprostsza definicja symbolu to: „coś, co oznacza coś innego”.Fromm nie byłby sobą, gdyby myśli nie rozwinął. [zobacz: s. 17] Interpretacja baśni o Czerwonym Kapturku zamyka się zdaniem: „Bajka ta, w której głównymi postaciami są trzy pokolenia kobiet (myśliwy w końcu – to konwencjonalna postać ojca, bez większego znaczenia)…”s. 208 Czytasz „zapomniany język” Fromma i marzenia senne nie mają żadnych tajemnic, łącznie z interpretacją baśni i mitów. 10/10
zoe - awatar zoe
ocenił na 10 1 miesiąc temu
Typy psychologiczne Carl Gustav Jung
Typy psychologiczne
Carl Gustav Jung
TYPY PSYCHOLOGICZNE EKSTRAWERSJA – „(…) typowa postawa wyrażająca się w skupieniu zainteresowania na obiekcie zewnętrznym.” INTROWERSJA – „(…) jest przeciwieństwem ekstrawersji, oznacza ruch libido do wewnątrz.” DOZNAWANIE – „jest czymś w rodzaju postrzegania, które wie, że coś jest.” MYŚLENIE – „mówi nam czym to coś jest.’ CZUCIE – „stwierdza jaką to ma dla nas wartość, określając czy to przyjmiemy, czy odrzucimy.” INTUICJA – „mówi nam w jaki sposób to coś mogłoby się rozwinąć, jakie tkwią w tym możliwości.” 8 typów (opisałem po krótce słowami Junga): 1. Ekstrawertyczny typ myślowy – „(…) dążenie do tego by ogół swej ekspresji życiowej uzależnić od wniosków natury intelektualnej (…) Typ ten użycza decydującej siły nie tylko samemu sobie, lecz także swemu otoczeniu postawionemu w obliczu obiektywnej faktyczności, czy też (…) ujmującej ją formuły intelektualnej. To właśnie podług tej formuły mierzy dobro, zło, piękno i brzydotę. Słuszne jest wszystko co odpowiada formule, niesłuszne wszystko to co jej oponuje”. 2. Ekstrawertyczny typ czuciowy – „(…) najsilniej tłumi swe myślenie, ponieważ to właśnie myślenie najlepiej nadaje się do zaburzania czucia (…) myślenie ekstrawertycznego typu czuciowego, o ile tylko jest funkcją samodzielną zostaje wyparte (…) nie jest ono wyparte w całości, lecz tylko o tyle, o ile jego niezłomna logika zmusza do wysnuwania wniosków, które nie odpowiadają uczuciu”. 3. Ekstrawertyczny typ doznaniowy – „Żaden inny typ nie dorównuje mu pod względem realizmu (…) Zbiera on w swym życiu realne doświadczenia (…0 To czego doznaje (…) służy jako drogowskaz wskazujący nowe doznania, wszystkie zaś nowości pojawiające się w kręgu jego zainteresowań zdobywa w drodze doznania – ma to służyć celowi, jakim jest właśnie owo doznanie (…) Na niższym szczeblu rozwoju (…) człowiek hołdujący namacalnej rzeczywistości, nie przejawiający skłonności do refleksji i dominacji (…) radosny towarzysz zabaw, niekiedy wyrafinowany esteta”. 4. Ekstrawertyczny typ intuicyjny – „(…) zawsze przebywa tam, gdzie dane są możliwości. Jest on wyczulony na to co dojrzewa zarodku i niesie obietnice w przyszłości. Nie umie się odnaleźć w stosunkach stabilnych, istniejących już od dawna, dobrze ugruntowanych, powszechnie uznawanych za to ograniczonych pod względem wartości (…) Przedstawicielami tego typu jest wielu kupców, przedsiębiorców, agentów, polityków i tak dalej (…) Nikt poza nim tak dobrze nie umie dodawać ducha bliźnim, nikt jak on nie umie napawać innych entuzjazmem (…) Gdyby mógł się skupić na jednej sprawie, zebrałby owoce swej wytrwałości, on jednak zbyt szybko jest zmuszony porzucić świeżo zasiane pola i ruszyć w pogoń za nowymi możliwościami – plon bez trudu zbierać mogą inni (…) Pożąda wolności i swobody”. 5. Introwertyczny typ myślowy – „(…) powołuje się na czynnik subiektywny (…) zastrzega sobie prawo do krytyki poznania w ogóle (…) W decydującej mierze poddany wpływowi idei, które jednak nie wynikają z tego co obiektywnie dane, lecz z subiektywnego podłoża. Człowiek taki (…) będzie podążał za swymi ideami, lecz do wewnątrz (…) Im bardziej wyrazisty jest ów typ, tym bardziej skostniałe są jego przekonania, w tym mniejszym stopniu jest podatny na argumenty innych”. 6. Introwertyczny typ doznaniowy – „Z pryzmatem introwertycznego czucia spotkałem się głównie u kobiet. Przysłowie – cicha woda brzegi rwie – przede wszystkim odnosi się do niewiast tego rodzaju (…) Przedstawiciele tego typu najczęściej wydają się osobami chłodnymi i wskazującymi rezerwę, powierzchowny osąd odmawia im wszelkiego uczucia. Jest to jednak z gruntu fałszywe, uczucia nie są tu bowiem co prawda ekstensywne, są za to intensywne. Rozwijają się one sięgając w głąb”. 7. Introwertyczny typ doznaniowy – „(…) typ irracjonalny, albowiem w swym osądzie tego co się stało, nie orientuje się podług sadów rozumu, lecz raczej podług tego co właściwie się dzieje (…) orientuje się podług intensywności subiektywnego komponentu doznania wyzwolonego obiektywnym bodźcem (…) typ ten z oporami poddaje się rozumieniu obiektywnemu – tak jak zresztą najczęściej nie jest w stanie pojąć samego siebie (…) Z reguły zadowala się własnym wnętrzem i banalnością rzeczywistości, które jednak nie zdając sobie sprawy, traktuje w sposób archaiczny”. 8. Introwertyczny typ intuicyjny – „(…) mistyczny marzyciel i wizjoner z jednej strony, z drugiej zaś fantasta i artysta (…) Człowiek intuicyjny z reguły poprzestaje na postrzeganiu, postrzeganie i kształtowanie postrzegania stanowi dlań problem najważniejszy, jeśli jest twórczym artystą. Fantasta zaś zadowala się oglądem, któremu daje się kształtować to znaczy determinować (…) Jeśli człowiek ów nie jest artystą to często wiedzie żywot zapoznanego geniusza, zmarnowanej wielkości, kogoś w rodzaju na poły szaleńca, postaci jako żywo nadającej się na karty powieści psychologicznych (…) w znacznej mierze opiera się na samej wizji (…) człowiek ten sprawia, że on sam i jego życie stają się symboliczne, a chociaż są przystosowane do wewnętrznego, wiecznego sensu zdarzeń, nie są przystosowane do aktualnej faktycznej rzeczywistości. w ten sposób pozbawia się on możliwości wywierania wpływu na rzeczywistość, ponieważ staje się niezrozumiały i taki też pozostaje”. Dalej Carl G. Jung pisze tak: „Zamieszczając tu niniejsze opisy, nie chciałbym jednak żadną miarą, robić wrażenia, że typy te występują w tak czystej postaci stosunkowo często.” Otwierając podręcznik do psychologii np. Zimbardo „Kluczowe koncepcje – psychologia osobowości”, możemy przeczytać: „Minęły już czasy (…), gdy budowano szeroko zakrojone teorie osobowości, które usiłowały wyjaśniać wszystko co ludzie robią". Oprócz typów psychologicznych Junga, w przestrzeni funkcjonują jeszcze inne podziały na typy jako klucze czytania osobowości, najstarszy i chyba najbardziej popularny to ten Hipokratesa (ok. 400 lat p.n.e): 1. przewaga krwi - typ sangwiniczny (sanguis - krew), 2. przewaga żółci - typ choleryczny (chole - żółć), 3. przewaga śluzu - typ flegmatyczny (phlegma - flegma), 4. przewaga czarnej żółci - typ melancholiczny (melas chole - czarna żółć). Inny choć mało popularny, a równie interesujący jest podział zaproponowany przez Marlene Miller na style myślenia: 1. Konceptualista 2. Rozjemca 3. Myśliciel 4. Znawca I tak dalej … I jeszcze słówko o samej książce Junga - jest rozwlekła.
tomollot - awatar tomollot
ocenił na 7 2 lata temu
Psychologia a alchemia Carl Gustav Jung
Psychologia a alchemia
Carl Gustav Jung
Spodziewałem się dużo więcej psychologii. Najważniejsze informacje znajdują się na samym początku. Po pierwszej ćwiartce powoli zaczęło ogarniać mnie znużenie. Jung, podobnie jak w Aion, zasypuje nas drobnymi, powtarzającymi się szczegółami ze starych pism, traktatów i ksiąg. Oczywiście ma to ogromną wartość naukową, ale odbija się to negatywnie na odbiorze dzieła. Pochwalić należy ogromną, OGROMNĄ liczbę ciekawych ilustracji. "Psychologia a alchemia" tylko dla najwierniejszych fanów. "Starania lekarza i poszukiwania pacjenta zmierzają do odnalezienia owego utajonego, jeszcze nie objawionego "całego" człowieka - człowieka zarazem większego i przyszłego. Słuszna droga ku Całkowitości polega jednak - niestety - na zesłanym przez los błądzeniu wokół celu i szukaniu na bezdrożach. Jest to longissima via [najdłuższa droga], jest to bynajmniej nieprosta, lecz łącząca przeciwieństwa droga węża przypominająca wskazujący kierunek kaduceusz - jest to ścieżka niewolna bynajmniej od trwogi, jaką czuje człowiek zagrożony pochłonięciem przez otchłań labiryntu. Na owej drodze udziałem wędrowca stają się doświadczenia z predylekcją określane mianem "trudno dostępnych". Ich niedostępność polega na tym, że wymagają poniesienia kosztów: wymagają one bowiem tego, czego człowiek najbardziej się obawia, czyli C a ł k o w i t o ś c i - słowo to stale mamy na końcu języka, bez końca o tym teoretyzujemy, lecz tak naprawdę w życiu omijamy to wielkim łukiem. Nieskończenie chętniej uprawiamy za to "psychologię szufladkową", polegającą na tym, że jedna szufladka nie wie, co znajduje się w drugiej. Obawiam się, że odpowiedzialnością za ten stan rzeczy należy obciążyć nie tylko nieświadomość i niemoc indywiduum, lecz także ogólną edukację psychiczną Europejczyka. Wychowanie to należy nie tylko do kompetencji, lecz wręcz do istoty religii panujących; albowiem jedynie owe religie, i to przed wielkimi systemami racjonalistycznymi, odnoszą się jednako do człowieka zewnętrznego i wewnętrznego. Jeśli ktoś chce usprawiedliwiać własne niedostatki, może zarzucić chrześcijaństwu regresywność, jeśli jednak o mnie chodzi, nie chciałbym popełnić błędu polegającego na tym, że obciążę je winą za to, za co przede wszystkim odpowiedzialna jest ludzka nieudolność. Nie mówię zatem o najbardziej wewnętrznym, najlepszym rozumieniu chrześcijaństwa, lecz o oczywistej dla wszystkich powierzchowności i fatalnym nieporozumieniu. Wzywanie do imitatio Christi, czyli do naśladowania wzoru i upodobniania się do niego, powinno było doprowadzić do rozwoju i wywyższenia człowieka wewnętrznego, ale wierni, znajdujący upodobanie w powierzchownych i mechanicznych formułkach, przerobili przedmiot imitatio na jakiś zewnętrzny obiekt kultu - oddawanie mu czci, odwrotnie, uniemożliwia zatem wniknięcie w głębię własnej duszy i przekształcenie jej w odpowiadającą owemu wzorowi Całkowitości. W ten sposób boski Pośrednik znajduje się na zewnątrz jako obraz, człowiek pozostaje fragmentem, a jego najwewnętrzniejsza natura nie przechodzi żadnej przemiany". "W tragicznym wręcz zaślepieniu teologowie nie pojmują, że nie chodzi tu o przeprowadzenie dowodu na istnienie światła, lecz o to, że istnieją niejacy ślepcy, którzy nie rozumieją, iż oczy ich mogłyby przejrzeć. Trzeba by wreszcie kiedyś zauważyć, że na nic się nie zda sławienie światła i prawienie kazań o nim, jeśli nie ma nikogo, kto umiałby je dostrzec. Należałoby raczej wpoić człowiekowi sztukę widzenia, bo przecież widać jak na dłoni, że aż nazbyt wielu nie jest w stanie dostrzec związku miedzy świętymi figurami a własną duszą; oznacza to, że ludzie ci nie potrafią dostrzec, iż odpowiadające owym figurom obrazy drzemią w ich nieświadomości, nie widzą też, jak daleko idąca jest to odpowiedzialność. Gwoli umożliwienia im tego oglądu wewnętrznego należałoby otworzyć przed nimi drogę wiodącą do uzyskania zdolności widzenia. Prawdę mówiąc, nie potrafię zgłębić, w jaki sposób miałoby to być możliwe bez psychologii, czyli bez poruszenia kwestii duszy. Następne, równie brzemienne w skutki nieporozumienie polega na tym, że przypisuje się psychologii, iż pragnie ona być jakowąś nową - najpewniej heretycką - doktryną. Cóż, skoro próbuje się z wolna wpoić ślepcowi sztukę widzenia, nie należy się spodziewać, że natychmiast sokolim wzrokiem dostrzeże on nowe prawdy. Powinniśmy się cieszyć, że choć trochę przejrzy na oczy i choć w pewnej mierze zrozumie, co zobaczy. Psychologia nie zajmuje się tworzeniem nowych prawd religijnych, lecz aktem widzenia - czyni to w sytuacji, w której już istniejące doktryny docierają do świadomości i nie spotykają się ze zrozumieniem. Jak wiadomo, w kwestiach religijnych niepodobna pojąć niczego, czego wcześniej nie przeżyło się wewnętrznie. To właśnie dopiero w doświadczeniu wewnętrznym objawia się związek duszy z tym, co przedstawiane i głoszone na zewnątrz jako relacja pokrewieństwa czy odpowiedniości - relacja podobna do związku sponsus-sponsa [oblubieniec-oblubienica]. Jeśli zatem jako psycholog powiadam, iż Bóg jest archetypem, to mam na myśli dany duszy typ - jak wiadomo, słowo to pochodzi od "typos" = "odcisk", "piętno". Już samo słowo "archetyp" zakłada coś, co odciska piętno. Psychologia jako nauka o duszy musi się ograniczyć do swego przedmiotu i strzec się przed przekraczaniem wyznaczonych sobie granic - może do tego dojść w ten sposób, że psychologia zacznie wysnuwać twierdzenia metafizyczne czy składać jakieś wyznania wiary. Jeśli psychologia uzna Boga za choćby tylko hipotetyczną przyczynę, to implicite zacznie sprzyjać możliwości przeprowadzenia dowodu na istnienie Boga i tym samym w absolutnie niedopuszczalny sposób przekroczy swe kompetencje. Nauka może być tylko nauką; nie ma żadnych "naukowych" wyznań wiary i im podobnych contradictiones in adiecto. Po prostu nie wiemy, skąd koniec końców wywodzić archetyp, tak samo jak w równie niewielkim stopniu znamy pochodzenie duszy. Kompetencje psychologii jako nauki doświadczalnej sięgają jedynie możliwości stwierdzenia, czy na podstawie badań porównawczych można na przykład odkryty w duszy typ określić mianem "obrazu Boga" czy nie. Jeśli chodzi o hipotezę istnienia Boga, psychologia nie wygłasza żadnych stwierdzeń - ani pozytywnych, ani negatywnych - podobnie jak występowanie archetypu "herosa" nie oznacza, że istnieje jakiś konkretny bohater". "Faktem jest, że poznanie tych obrazów wewnętrznych i doświadczenie ich występowania otwierają rozumowi i uczuciu dostęp do owych innych obrazów, których istnienie zakłada doktryna religijna. A zatem psychologia czyni coś dokładnie odwrotnego do tego, co się jej zarzuca: psychologia stwarza możliwości lepszego zrozumienia występujących faktów, otwiera oczy na sensowność dogmatów; psychologia niczego nie niszczy, lecz wprowadza nowych mieszkańców pustego domu. Mogę to potwierdzić na podstawie bogatego doświadczenia: odstępcy od najróżniejszych wyznań czy ludzie z małą wiarą znaleźli nową drogę do swych dawnych prawd - niemało wśród nich było katolików. Nawet pewien pars znalazł drogę do swej zaratustrańskiej świątyni - z faktu tego można wysnuć wniosek co do obiektywizmu mego punktu widzenia. Ale z tego właśnie obiektywizmu czyni się najcięższy zarzuc wobec mojej psychologii: oskarża się ją o to, że nie decyduje się na tę czy inną konkretną doktrynę religijną. Nie przesądzając kwestii mego subiektywnego przekonania, chciałbym tu jednak zadać pytanie: czyż nie jest możliwe, że pewną formą decyzji wyraża taka postawa, która nie czyni z człowieka arbiter mundi, która powoduje, że człowiek wyraźnie ogranicza się do własnego subiektywizmu i na przykład wyznaje wiarę, że Bóg objawił się w wielu językach, w wielu formach wyrazu, i że wszystkie one są p r a w d z i w e ? W kwestii wysnuwanego przede wszystkim przez chrześcijan zarzutu, że przecież wszystkie te wzajemnie sprzeczne wypowiedzi nie mogą być jednocześnie prawdziwe, trzeba zamiast odpowiedzi zadowolić się uprzejmym pytaniem: czyż doprawdy wierzą oni, że 1 = 3? W jaki sposób jeden może być równy trzem? Czy matka może być dziewicą? Itd. Czyż jeszcze nikt nie zauważył, że we wszystkich wypowiedziach religijnych roi się od sprzeczności logicznych i zasadniczo niemożebnych twierdzeń, ba - że to właśnie stanowi o istocie twierdzenia religijnego? Na dowód możemy przytoczyć wyznanie Tertuliana: "Syn Boży umarł; trzeba w to wierzyć, ponieważ jest to niedorzeczne. I został pogrzebany, ale zmartwychwstał; jest to pewne, ponieważ jest niemożliwe". Jeśli chrześcijaństwo wzywa do wiary w takie paradoksy, to przecież nie powinno się boczyć na kogoś, kto podaje do wierzenia kilka paradoksów więcej. Osobliwe, ale paradoksalność należy do największych dóbr duchowych - jednoznaczność jest oznaką słabości. Dlatego religia, która traci czy łagodzi swoje paradoksy, wewnętrznie ubożeje; mnożenie paradoksów ubogaca, albowiem tylko to, co paradoksalne, może choć w przybliżeniu objąć pełnię życia, jednoznaczność zaś i niesprzeczność są jednostronne, nie nadają się przeto do wyrażania tego, co niepojęte. Nie każdy ma siłę ducha Tertuliana, który najwyraźniej był w stanie nie tylko znieść tę paradoksalność, lecz również uznać ją za dowód najwyższej pewności religijnej. Zbyt wielka liczba ludzi małego ducha sprawia, że paradoksalność staje się narzędziem niebezpiecznym, dopóki jednak traktowana jest ona jako nie zmuszająca do refleksji oczywistość, dopóki jest zwyczajowym aspektem życia, dopóty też pozostaje niegroźna. Jeśli jednak człowiekowi o niedorozwiniętym umyśle (który, już wiadomo, ma o sobie jak najlepsze mniemanie) przyjdzie do głowy koncept, by paradoksalność jakiegoś świadectwa wiary uczynić przedmiotem swej tyleż poważnej, ile bezpłodnej refleksji, wówczas nie będzie trzeba długo czekać, aż poczciwiec ów zacznie sączyć jady obrazoburczego szyderstwa i wytykać palcem oczywiste dla wszystkich ineptia [absurdy] misterium. Od czasów francuskiego Oświecenia proces ten potoczył się jak z górki; albowiem gdy tylko obudzi się tuzinkowy umysł indywiduum nie cierpiącego paradoksów, żadne kazanie nie zdoła już go uśpić. W ten sposób stajemy przed nowym zadaniem: musimy z wolna podnieść na wyższy poziom ów niedorozwinięty umysł i powiększyć liczbę tych, którzy będą w stanie przynajmniej intuicyjnie przeczuć nośność prawdy paradoksalnej. Jeśli okaże się, że nie jest to możliwe, wówczas możemy uznać, iż droga duchowa wiodąca do chrześcijaństwa została po prostu odcięta. W sytuacji takiej człowiek już nie pojmuje, o co właściwie chodzi z paradoksami dogmatu, a im bardziej powierzchowne jest jakieś ujęcie, tym większe trudności sprawia irracjonalna forma tych paradoksów, aż w końcu całkiem wychodzą one z użycia, traktowane jako dziwaczne relikty przeszłości. Człowiek uczestniczący w tym procesie nie jest w stanie pojąć, jak wielką stratę duchową to dlań oznacza, albowiem nigdy przecież nie przeżywał świętych obrazów jako swej własności wewnętrznej, nigdy nie zdawał sobie sprawy z ich pokrewieństwa z własną strukturą psychiczną. Ale właśnie owo nieodzowne poznanie może stać się jego udziałem za sprawą psychologii nieświadomości, przy czym największą wartość miałby wówczas jej obiektywizm naukowy. Gdyby psychologia była związana z jakimś wyznaniem, wówczas nie mogłaby, nie wolno by jej było zapewnić nieświadomości indywiduum owej swobody w grze, która jest niezbywalnym warunkiem wstępnym do pobudzenia archetypowego procesu twórczego. Tym, co przekonuje, jest bowiem właśnie spontaniczność treści archetypowych, wynikająca zaś z przesądu ingerencja w ten proces uniemożliwia bezstronne przeżywanie ich. Jeśli teolog naprawdę wierzy z jednej strony we wszechmoc Boga, z drugiej zaś w dogmaty, to dlaczego nie polega na twierdzeniu, że i dusza wyraża Boga? Skąd ten lęk przed psychologią? A może dusza (w całkiem niedogmatyczny sposób) ma uchodzić za piekło, z którego dobiega jedynie skowyt demonów? Gdyby istotnie tak było, wówczas fakt ów byłby z pewnością nie mniej przekonujący; albowiem, jak wiadomo, postrzeganie ze zgrozą realności zła sprawiło, że nawróciło się przynajmniej tyle samo ludzi, ilu nawróciło się za sprawą doświadczenia dobra". "W ten sposób świadomość może zostać wystawiona na niesamowite oddziaływanie; albowiem ożywienie archetypów jest czymś niemiłym nawet dla najchłodniejszego racjonalisty (a zwłaszcza dla niego). Człowiek taki obawia się bowiem bardziej podrzędnej formy przekonania, czyli przesądu, który - jak mniema - właśnie chce mu się narzucić. Ale w przypadku takich ludzi przesąd wtedy właśnie przybiera najwłaściwszą sobie formę, kiedy są oni patologiczni, a nie wtedy, gdy potrafią pozostać przy swej postawie. W tym ostatnim wypadku przesąd może pojawić się na przykład w formie lęku przed "zwariowaniem", albowiem wszystko, czego współczesna świadomość nie może zdefiniować, uchodzi za chorobę umysłową". "Cóż, jeśli chodzi o sprawy tego rodzaju, nigdy dość ostrożności, albowiem pęd do naśladownictwa z jednej strony, z drugiej zaś chorobliwa wręcz żądza strojenia się w cudze piórka i pokazywanie się światu w roli osobowości oryginalnej zbyt wielu ludzi skusiły do zajmowania się tego rodzaju motywami "magicznymi" i do posługiwania się nimi jako czymś w rodzaju świętych olejów. Wiadomo - człowiek zrobi wszystko, posunie się nawet do największego absurdu, byleby tylko ujść własnej duszy. A zatem ludzie praktykują wszelkiego rodzaju jogę indyjską, przestrzegają różnych przepisów dietetycznych, uczą się na pamięć teozofii, czytają teksty mistyczne pozbierane z całego świata - czynią wszystko tylko dlatego, że nie umieją dać sobie rady z samymi sobą, że nie wierzą, iż to, czego im potrzeba, mogliby znaleźć we własnej duszy. A więc w ten sposób dusza z wolna stała się owym Nazaret, z którego nic dobrego wyjść nie może - to właśnie dlatego ludzie próbują złapać cokolwiek z tego, co niosą ze sobą wszystkie cztery wiatry: im bardziej odległe, im bardziej cudaczne, tym lepiej. Cóż, broń Boże, nie chciałbym przeszkadzać tym ludziom w oddawaniu się ulubionym zajęciom, ale jeśli ktoś, kto pragnie, by traktowano go poważnie, jest do tego stopnia zaślepiony i mniema, iż stosuję metody i teorie jogi, a nawet zachęcam pacjentów do malowania mandali, aby sprowadzić ich na "właściwą drogę", wówczas muszę głośno zaprotestować i zarzucić tym ludziom, iż czytają me prace z karygodnym wręcz brakiem uwagi. Indywidua tego rodzaju muszą być do szpiku kości zepsute nauką, że wszystkie złe myśli lgną się w sercu i że dusza ludzka stanowi naczynie wszelkiej nieprawości. Gdyby naprawdę tak było, wówczas Bóg byłby doprawdy żałosnym stwórcą, wówczas w rzeczy samej nadeszłaby już ostatnia chwila, by wziąć stronę gnostyka Marcjona, a nieporadnemu demiurgowi dać odprawę. Cóż, skoro z etycznego punktu widzenia jest niezwykle wygodnie obarczyć Boga wyłączną troską o taki dom dziecka dla idiotów, gdzie nie znajdzie się ani jeden, kto byłby w stanie samodzielnie włożyć sobie łyżkę ze strawą do ust. Ale przecież człowiek jest wart tego, by złożyć obowiązek dbania o niego w jego ręce - ma on w swej duszy wszystko to, czego potrzeba, by mógł się stać sobą". "Nie wolno ze swoimi "duchowymi" intuicjami wzlatywać nad "ziemię", czyli wzbijać się ponad twardą rzeczywistość i w ten sposób uciekać od realności, jak to się często dzieje wtedy, gdy ktoś ma olśniewające intuicje. Bo przecież nigdy nie możemy się wzbić na wyżyny swego przeczucia, a zatem nigdy nie powinniśmy się z nimi utożsamiać. Po tęczowym łuku przechodzą tylko bogowie - śmiertelnicy stąpają po ziemi i poddani są prawom ziemskim. Owszem, ziemski wymiar człowieka w porównaniu z możliwościami jego intuicji oznacza jedynie żałosną niedoskonałość, ale też właśnie ona jest komponentem jego przyrodzonej natury, jego rzeczywistości. O człowieku stanowią przecież nie tylko jego najlepsze przeczucia, najwyższe idee i starania, lecz również to, co mu niemiłe, jak na przykład dziedziczenie i te wszystkie niezatarte wspomnienia, które wołają do niego: "Skoro to uczyniłeś, to tym jesteś!". "Tu właśnie utknął cały problem, który - jak wiadomo - ponownie podjął Friedrich Nietzsche w Tako rzecze Zaratustra: problem przemiany w nadczłowieka, w istotę, która jednak w nader niebezpieczny sposób zbliżyła się do formy istnienia człowieka doczesnego. W ten sposób Nietzsche siłą rzeczy wywołał na scenę resentyment antychrześcijański; albowiem nietzscheański nadczłowiek to hybris świadomości osobniczej, która musi się bezpośrednio zderzyć z siłą chrześcijańskiej zbiorowości, a tym samym doprowadzić do katastrofalnego zniszczenia indywiduum. Wiadomo, w jaki sposób i w jakiej nader charakterystycznej formie doszło do urzeczywistnienia przez Nietzschego dewizy "tam ethice quam pshysice". Jakiej odpowiedzi udzieliły późniejsze epoki na indywidualizm nietzscheańskiego nadczłowieka? Cóż, odpowiedziały kolektywizmem, organizacją zbiorową i takim przyrostem masowości "tam ethice quam pshysice", że wszystko, co osiągnęły pod tym względem minione czasy, sprawia wrażenie dziecinnej igraszki. Dławienie osobowości z jednej strony, bezsilne, by może nawet śmiertelnie ranne chrześcijaństwo z drugiej: oto nagi bilans naszej epoki. Grzech Fausta polegał na utożsamieniu się z tym, co miało być przemienione, i z tym, co miało być narzędziem przemiany. Nadużycie Nietzschego polegało na utożsamieniu się z nadczłowiekiem Zaratustrą, z tą częścią osobowości, która trafiła do świadomości. Czy można jednak zwracać się do Zaratustry jako do części osobowości? Czyż nie jest on tym, co nadludzkie, tym, w czym człowiek co prawda ma udział, ale czym ostatecznie nie jest? Czyż Bóg naprawdę umarł w chwili, gdy Nietzsche uznał go za przebrzmiałą wielkość? A może Bóg powrócił, tyle że w przebraniu "nadludzkiego"?
Graven - awatar Graven
ocenił na 7 4 lata temu
Poza mózg. Narodziny, śmierć i transcendencja w psychoterapii Stanislav Grof
Poza mózg. Narodziny, śmierć i transcendencja w psychoterapii
Stanislav Grof
Od zawsze interesowałem się zjawiskami paranormalnymi, nie tylko dlatego,że tematyka sama w sobie jest zajmująca, ale także dlatego, że w moim życiu spotkało mnie kilka rzeczy, które do tej dziedziny można zaliczyć. Postanowiłem sięgnąć po pozycję Stanislava Grofa, gdyż poleciła mi ją koleżanką, również fascynatka nieznanego i nieodkrytego. Czy książka spełniła moje oczekiwania i czy przede wszystkim mi się podobała? No cóż, mój stosunek do niej jest ambiwalentny, gdyż zdecydowanie nie jest to książka dla każdego. Jeśli ktoś miał ochotę poczytać sobie o świadomym śnieniu, eksterioryzacji, astralu, jasnowidzeniu, telepatii,UFO, itp. to może o tej pozycji zapomnieć. Ona nie jest o tym. Po drugie jest to lektura stricte naukowa, napisana bardzo akademickim językiem, więc przeciętny czytelnik po jej ukończeniu będzie wyczerpany materiałem przez jaki musiał przebrnąć. Paradygmat newtonowsko-kartezjański, okołoporodowe matryce perinatalne, filogenetyczny, holistyczny, synestezja, itp. Z taką naukową nomenklaturą będzie się stykał czytelnik przez 600 stron tej pozycji, a będzie miał wrażenie, że stron było co najmniej dwa razy tyle. Wydaje mi się, że zagadnienia, którym poświęcona została książka, dałoby się opisać znacznie zwięźlej, ale autor podszedł do tematu bardzo poważnie. W skrócie całość można podsumować tak: - nauka jest skostniała i szowinistyczna; nie dopuszcza do siebie innych teorii i zjawisk, które nie zgadzają się z jej ustalonym przez lata paradygmatem. Tym sposobem ludzkość stoi w miejscu, gdyż zagadnienia natury duchowej i umysłowej, które mogłyby przyczynić się do rozwoju cywilizacji, nie dochodzą "do głosu", tłamszone i całkowicie odrzucane przez świat nauki materialistycznej - większość urazów psychicznych i cech naszych charakterów jest rezultatem sposobu w jaki przeszliśmy poród. Wszelkiego rodzaju odchyły, zboczenia, przyczyny samobójstw, orientacje seksualne, kompleksy, perwersje czy innego rodzaju problemy leżą w traumie wywołanej trudnymi warunkami porodu, których "wspomnienia" są zakodowane w naszej podświadomości - wyżej wspomniane problemy można pokonać za pomocą terapii niekonwencjonalnej, zakładającej ozdrowienie przez kontakt z pierwiastkiem duchowym i mistycznym, a także przez ponowne przeżycie traumy porodu i jej przepracowanie. Rozwoju na płaszczyźnie duchowej można dokonać poprzez relaksację, ćwiczenia oddechowe, medytację, udział w obrzędach religijnych czy terapię wspieraną psychodelikami (w kontrolowanym środowisku przez facylitatora). Te wszystkie zagadnienia mniej lub więcej składają się na pojęcie psychologii transosobowej, której propagatorem jest autor książki. I to w zasadzie tyle. Książka sama w sobie jest bardzo ciekawa, jeśli interesuje kogoś podobna tematyka. Skomplikowane założenia, definicje i twierdzenia są takie tylko na początku. Każdy, kto uważa się za inteligentnego człowieka na pewno da sobie radę z tym tekstem, ale trzeba się przygotować na to, że nie jest to lektura lekka i napisana przystępnym językiem.
Spiderdog86 - awatar Spiderdog86
ocenił na 7 4 lata temu
Kultura jako źródło cierpień Sigmund Freud
Kultura jako źródło cierpień
Sigmund Freud
Dwa eseje, pierwszy -Dyskomfort w kulturze. Hasło przewodnie eseju można ująć tak: Kultura (w szerszym pojęciu również cywilizacja) musi próbować wszystkiego, aby powstrzymać agresywne popędy człowieka. A ewolucję kultury Freud określa mianem „walki rodzaju ludzkiego o życie” Znalazłem tutaj zdanie, które dało mi naprawdę mocno do myślenia: Rzecz jest o metodach odpierania cierpienia spowodowanego niemożliwością zaspokojenia naszych popędów, potrzeb: W ekstremalnej formie człowiek zabija popędy – jak naucza wschodnia mądrość życiowa i jak praktykuje joga. Jeśli się to jednak powiedzie to dochodzi do rezygnacji z wszelkiej innej aktywności (złożenia życia w ofierze) i do odzyskania tyle, że w inny sposób jedynie szczęścia spokoju. Przyznaję, że rzuciło mi to zupełnie nowe światło na drogę medytacji i skupienia. Dalej też jest ciekawie, choć już nie aż tak: Inna technika odpierania cierpienia posługuje się przesunięciami libido (…) Najwięcej osiąga się wtedy, gdy umie się dostatecznie podwyższać zysk przyjemności czerpany z pracy psychicznej i intelektualnej. Taki rodzaj zaspokojenia staje się udziałem artysty w trakcie pracy twórczej, przy ucieleśnianiu tworu jego fantazji, czy analogiczny rodzaj zaspokojenia jakiego doznaje badacz rozwiązując problemy i poznając prawdę (…) Słabość tej metody polega na tym, że nie nadaje się do powszechnego użytku i jest dostępna tylko nielicznym, pisał Freud Wiele lat później Mihaly Csikszentmihaly ściśle określił ten stan pomiędzy satysfakcją a euforią wywołanym całkowitym oddaniem się jakieś czynności i nazwał go PRZEPŁYW (FLOW). Inną wielką ciekawostką tego eseju jest określenie przez Freuda – DOBRA I ZŁA – jako pojęć abstrakcyjnych narzuconych kulturowo, wow! Naprawdę warto! Drugi esej -Przyszłość pewnego złudzenia. Jego ozdobą jest rozkmina Mona Lizy. LEONARDO DA VINCI jak wiadomo, żył w epoce, w której autorytet kościoła zaczął ustępować miejsca autorytetowi starożytności. W epoce, która była świadkiem walki między nieokiełznaną zmysłowością a ponura ascezą. Leonarda fantazja o sępie (która według Freuda jest kluczem do jego wszystkich osiągnięć oraz niepowodzeń): „i otworzył mi usta ogonem, i kilkakroć uderzył nim w wargi”) Uśmiech Giocondy (model Mona Lizy – żona kupca) wzbudził w Leonardo wspomnienie o prawdziwej matce (tej z pierwszych lat dzieciństwa)) W uśmiechu Mona Lizy – Freud widzi najdoskonalsze przedstawienie przeciwieństw, które rządzą erotycznym życiem kobiety: rezerwy i kuszenia, pełnej oddania czułości, a także bezwzględnej i wyniszczającej mężczyznę jak kogoś obcego zmysłowości. Dalej kontynuuje Freud: Żadnemu artyście nie udało się wyrazić w ten sposób samej istoty kobiecości: połączenia tkliwości i zalotności, wstydliwości i skrytej namiętności, emanacji wewnętrznej – jedynie tę bowiem ujawnia z całej swej powściągliwej osobowości. Wola uwodzenia i omamiania, wdzięk podstępny i dobro. Leonardo udało się w uśmiechu Mony Lizy ukazać jego podwójny sens – zarówno obietnicę bezgranicznej czułości jak i złowieszczą groźbę. W początku swych lat pięćdziesiątych w okresie, gdy u mężczyzny libido nierzadko jeszcze, zdobywa się na energiczny skok w Leonardzie dokonała się nowa przemiana. Spotyka on kobietę, która budzi w nim wspomnienie szczęśliwego i zmysłowo ekstatycznego uśmiechu matki, a dzięki temu wspomnieniu odzyskuje on podnietę, która kierowała nim w początkach jego artystycznych prób, kiedy tworzył uśmiechające się kobiety. Teraz maluje Mona Lizę, Świętą Annę Samotrzeć i szereg tajemniczych obrazów, których postaci obdarza zagadkowym uśmiechem. Dzięki pomocy swych najstarszych popędów erotycznych Leonardo święci teraz triumf, raz jeszcze zwycięża zahamowanie w sztuce. Pozostawmy jednak filozoficzną zagadkę Mony Lizy nierozwiązaną. Te dwa eseje napisane w latach 1927 i 1930, a więc kawał czasu od powstania „Wstępu do psychoanalizy”.
tomollot - awatar tomollot
ocenił na 9 3 lata temu
Ucieczka od wolności Erich Fromm
Ucieczka od wolności
Erich Fromm
"W każdej spontanicznej aktywności jednostka ogarnia cały świat. Jej indywidualne „ja" nie tylko pozostaje nienaruszone, ale staje się silniejsze i mocniej skonsolidowane. Bowiem „ja" jest na tyle silne, na ile jest aktywne. Prawdziwa siła nie polega na samym posiadaniu ani własności materialnej, ani właściwości duchowych, takich jak uczucia czy myśli. Nie polega też na używaniu i manipulowaniu przedmiotami; to czego używamy, nie jest nasze tylko dlatego, że tego używamy. Nasze jest tylko to, z czym jesteśmy autentycznie powiązani przez naszą twórczą aktywność — obojętne, czy będzie to osoba, czy przedmiot nieożywiony. Jedynie wartości zrodzone z naszej aktywności spontanicznej przydają sił naszemu „ja" i tym samym tworzą podstawę jego integralności. Niezdolność działania spontanicznego, wyrażania tego, co się naprawdę czuje i myśli, i wynikająca stąd konieczność ukazywania innym i sobie swego fałszywego „ja" — oto źródło poczucia niższości i słabości. Czy jesteśmy tego świadomi, czy nie, niczego się bardziej nie wstydzimy aniżeli tego, że nie jesteśmy sobą; nic natomiast nie daje nam większego szczęścia i większego powodu do dumy niż myśleć, czuć i mówić to, co od nas samych pochodzi." *** "Jakie zatem jest znaczenie wolności dla człowieka współczesnego? Uwolnił się od zewnętrznych więzów, które mogłyby go krępować w działaniu i myśleniu według własnych upodobań. Miałby swobodę postępowania wedle własnej woli, gdyby wiedział, czego chce, co myśli i co czuje. Lecz on nie wie. Nagina się do bezimiennych autorytetów i przyswaja sobie jakieś „ja", które nie jest jego. Im usilniej to czyni, tym bardziej czuje się bezsilny i tym bardziej musi się naginać do oczekiwań innych. Mimo pozorów optymizmu i inicjatywy, człowiek współczesny przepojony jest głębokim uczuciem niemocy, która sprawia, że martwym wzrokiem wpatruje się w zbliżającą się katastrofę, jak gdyby był tknięty paraliżem." *** "Spełniając oczekiwania innych, nie wyróżniając się, człowiek tłumi wątpliwości co do swej tożsamości i osiąga pewien stopień bezpieczeństwa. Ale drogo to okupuje. Rezygnacja ze spontaniczności i indywidualności prowadzi do zablokowania życia. Choć żywy biologicznie, człowiek staje się emocjonalnie i umysłowo martwym automatem. Wykonuje czynności życiowe — ale życie przesypuje mu się przez palce niczym piasek. Za fasadą optymizmu i zadowolenia współczesny człowiek jest głęboko nieszczęśliwy; w istocie znajduje się na granicy rozpaczy. Desperacko lgnie do idei indywidualizmu; chce być „inny" i nie ma dla niego lepszej rekomendacji niż ta, że „coś jest inne". Kupując bilet kolejowy, dowiadujemy się, jak się nazywa kasjer, który nas obsługuje; torebki ręczne, karty do gry i przenośne radia mają charakter „osobisty" dzięki umieszczeniu na nich inicjałów właściciela. Wszystko to wskazuje na głód „odmienności", są to jednak już tylko szczątki indywidualizmu. Człowiek nowoczesny jest żądny życia. Nie mogąc jednak jako automat doświadczać życia rozumianego jako spontaniczna aktywność, chwyta się zastępczo każdego rodzaju podniety i dreszczyku; emocji picia, sportów, przeżywania zastępczo wzruszeń fikcyjnych postaci na ekranie." *** "Szczególna trudność w rozeznaniu, do jakiego stopnia nasze pragnienia — podobnie jak myśli i uczucia — są nam w rzeczywistości narzucone z zewnątrz, wiąże się ściśle z problemem władzy i wolności. W dziejach nowożytnych autorytet Kościoła przejęło państwo, autorytet państwa zastąpiło sumienie, a w naszej epoce rolę tę objęła z kolei bezimienna władza zdrowego rozsądku i opinii publicznej jako narzędzi konformizacji. A że wyzwoliliśmy się spod dawnych jawnych autorytetów władzy, nie dostrzegamy, że staliśmy się ofiarą nowych autorytetów. Staliśmy się automatami żyjącymi w złudzeniu, że są istotami rozporządzającymi własną wolą. Dzięki temu złudzeniu jednostka nie uświadamia sobie niebezpieczeństwa, ale na tym kończy się cała pomoc, jaką daje złudzenie. W istocie rzeczy „ja" jednostki ulega osłabieniu, na skutek czego czuje się ona bezsilna i nad wyraz niepewna. Żyje w świecie, z którym straciła prawdziwą łączność, gdzie każdy i wszystko zostało zinstrumentalizowane, gdzie jednostka stała się częścią zbudowanej własnymi rękami maszyny. Człowiek myśli, czuje i chce tak, jak mu się wydaje, że powinien myśleć, czuć i chcieć; w toku tego procesu zatraca swoje „ja", bez którego nie ma prawdziwego bezpieczeństwa wolnej jednostki." *** "Inny sposób paraliżowania krytycznego myślenia polega na niszczeniu wszelkich ustrukturalizowanych obrazów świata. Fakty zatracają jakość, którą mogą posiadać tylko jako części ustrukturalizowanej całości, a zachowują jedynie znaczenie abstrakcyjne, ilościowe; każdy fakt — to po prostu jeszcze jeden fakt, a liczy się tylko to, czy wiemy więcej, czy też mniej. Radio, filmy i gazety sieją pod tym względem spustoszenie. W środku komunikatu o zbombardowaniu miasta i śmierci setek ludzi — albo tuż po nim — pojawia się reklama mydła czy wina. Ten sam spiker tym samym sugestywnym, przymilnym i autorytatywnym głosem, którym przekonywał słuchaczy o powadze sytuacji politycznej, poleca im szczególny gatunek mydła produkowanego przez fabrykę opłacającą utrzymanie radiostacji. Kroniki filmowe pokazują sceny torpedowania okrętów, a zaraz po nich pokazy mody. Dzienniki przytaczają wyświechtane myśli jakiejś wschodzącej „gwiazdki" albo opisują jej śniadania, poświęcając temu tyleż miejsca i uwagi co relacjom o wybitnych wydarzeniach naukowych czy artystycznych."
MrOrinow - awatar MrOrinow
ocenił na 9 2 miesiące temu
Zdrowie psychiczne Kazimierz Dąbrowski
Zdrowie psychiczne
Kazimierz Dąbrowski
Szereg artykułów krążących wokół zdrowia psychicznego pod redakcją Kazimierza Dąbrowskiego, który na wstępie ostrzega nas, że nie ze wszystkimi musimy się zgadzać, ale z pewnością pobudzą one własne przemyślenia. I rzeczywiście, z jednej strony artykuły są ciekawe, ale ich mankamentem jest osadzenie mentalności części autorów w socjalizmie i fałszywej antropologii wierzącej w przyrodzoną dobrą naturę człowieka. Biorąc na to poprawkę, nadal można skorzystać z zaprezentowanej tu wiedzy. Właściwie w wielu miejscach naukowcy PRL-u okazują się dużo rozsądniejsi niż współcześni „naukowcy” forsujący „wychowanie” bezstresowe, dżendery i inne idiotyzmy. Przykładowy babol: „Jednakże troska o wzrost poziomu wykształcenia bez równolegle prowadzonej pracy nad sobą, troska najczęściej motywowana względami utylitarnymi, nie prowadzi do wzrostu liczby osób o wysokim poziomie rozwoju kultury i osobowości. Błąd Sokratesa ciąży zapewne w dalszym ciągu i rodzi złudzenie, że kształcenie rozumu jest jednoczesnym kształtowaniem w sobie człowieczeństwa” Maria Szyszkowska. Przecież właśnie Sokrates zwracał uwagę, że nie należy dawać ludziom wykształcenia, zanim nie staną się dzielni etycznie! Dlatego walczył z sofistami, bo dając wiedzę ludziom nikczemnym potęgujemy negatywne skutki ich działalności! Pozycja ta jednak nie ma startu do „Higiena psychiczna”, „Trud istnienia” i „Dezintegracja pozytywna” Kazimierza Dąbrowskiego. ------------------------------------------ „Należałoby podkreślić dość charakterystyczny stosunek grup społecznych do tzw. dojrzałości i niedojrzałości psychicznej. Wyraża się w nim znacznie pozytywniejsze nastawienie do bardziej zintegrowanej fazy rozwoju, niż do mniej zintegrowanej. Dojrzały psychicznie to ten, kto nabywa właściwości przystosowawczych do wymagań i warunków otoczenia i jest podobny w głównych przejawach zachowania do innych, wie, czego chce, jest samodzielny, kieruje się głównie popędami i rozsądkiem, jest zrozumiały dla innych. Nie osiąga on wyższego rozwoju, lecz jego wyższą fazę. Przeciwnie, niedojrzały to ten, kto zachowuje wiele właściwości dziecięcych, kto jest romantyczny, a więc naiwny, zbyt otwarty, szczery, często twórczy, inny, trochę dziwaczny. Uważa się go najczęściej za nieprzystosowanego. Moim zdaniem, należałoby zrewidować te opinie, ponieważ większość osobników odznaczających się infantylizmem psychicznym bez podłoża somatycznego wykazuje pozytywne właściwości, jak subtelność, brak skostnienia oraz elementy twórcze i stałą zdolność do rozwoju. Wielu wybitnych twórców – szczególnie w dziedzinie poezji, dramatu, muzyki, malarstwa – cechował infantylizm psychiczny. Do tego typu psychicznie infantylnego należeli, między innymi, Shelley, Chopin, Słowacki, Gerard de Nerval, Musset, van Gogh”. Kazimierz Dąbrowski „Przytoczę wypowiedź jednego z moich klientów, który przez dłuższy czas na podstawie stereotypowej klasyfikacji psychopatologicznej uważał swoje postawy za patologiczne: „[…] dopiero teraz zaczynam rozumieć, że dualistyczna postawa w sobie samym, że to, co niektóre teorie psychologiczne nazywają przeżyciem przedmiot-podmiot w sobie – są koniecznymi warunkami rozwoju. Dopiero po latach stwierdziłem, że niepokoje w sobie samym, że widzenie siebie «gorszego» i siebie «lepszego», że zatrzymywanie się w myśleniu i działaniu z powodu dostrzeżenia w nich czegoś niewłaściwego – są zasadniczymi składnikami «przeżycia obiektywizmu», a więc wsparcia go subiektywizmem, bez czego nie ma rozwoju właściwego ujęcia rzeczywistości […]”. Kazimierz Dąbrowski „Formułując końcowy wniosek z rozważań nad ujęciem zdrowia psychicznego przez P. Janeta, stwierdzimy co następuje: zdrową psychicznie może być ta jednostka, która rozwija się w kierunku coraz wyższej rzeczywistości, a więc hierarchicznie. I odwrotnie, jednostka która dostosowuje się tylko do zmieniających się warunków życia, działa na niekorzyść rozwoju psychicznego, gdyż zmienia swoją funkcję rzeczywistości tylko na podstawie nieautentycznego przystosowania się, kierując się instynktem samozachowawczym. Taka jednostka nie tylko nie jest zdrowa psychicznie w znaczeniu zdolności do rozwoju, ale wyraża też niedorozwój w sferze uczuć i popędów”. Kazimierz Dąbrowski „Już wielokrotnie to zaznaczałem, że nie może być rozwoju – a szczególnie rozwoju twórczego i przyspieszonego – bez przeżyć, wstrząsów psychicznych, konfliktów wewnętrznych i zewnętrznych, bez stanów nierównowagi psychicznej, a więc bez depresji, niepokojów, lęków, obsesji, zahamowań, dążności do przezwyciężenia siebie, do przekroczenia własnego typu psychologicznego itd. Na podstawie codziennych obserwacji i badań klinicznych można chyba powiedzieć, że każdy autentyczny proces rozwoju polega na rozluźnianiu, a nawet rozbijaniu już zintegrowanego stosunku do rzeczywistości wewnętrznej i zewnętrznej. Konflikt wewnętrzny, który jest najczęściej twórczy, łączy się z niepokojem i bólem; każdy krok ku autentyzmowi okupiony jest wstrząsem, smutkiem, cierpieniem”. Kazimierz Dąbrowski „Jednostka, która ocenia rzeczywistość z pozycji przekroczenia cyklu biologicznego, nie będzie wyrażała opinii, że dla kogoś przyszedł czas zamążpójścia, bo jest odpowiednio rozwinięty fizycznie i przejawia pewne zainteresowania seksualne; nie będzie aprobowała i popierała opinii, że świat jest dla młodych, a w określonym wieku należy przejść na emeryturę itd. Przekraczanie cyklu biologicznego i przejście na wyższy poziom rozwoju daje dużo więcej autentyzmu, dużo więcej empatii i demokratyzmu dla innych, przynosi poczucie potrzeby uczestniczenia w pomocy innym i rozumienia problemów rozwojowych. Jeżeli chodzi o zagadnienia przekroczenia własnego typu psychologicznego, to jest to w pewnej mierze zagadnienia łączące się z zagadnieniem przekroczenia cyklu biologicznego. Wszelka świadoma przeróbka wewnątrzpsychiczna, chęć stałego, wszechstronnego doskonalenia siebie, wszelkie wszechstronne metody samowychowania i autopsychoterapii łączą się z tym przekroczeniem. Tego rodzaju transformacje są jakby buntem jednostki przeciw automatyzmowi, przeciw bezwzględnemu przystosowaniu się. Wyrażają one to, co nazywamy nieprzystosowaniem pozytywnym i przystosowaniem pozytywnym, a więc to, co jednostka przyjmuje jako własny program przemian wewnętrznych o charakterze wielopoziomowym, o wyraźnie zarysowującej się hierarchii potrzeb, wartości i celów. Samo stwierdzenie, że jest się jednostronnym pod względem struktury psychicznej, że to utrudnia rozwój indywidualny i społeczny, ogranicza możliwości poznawania, odkrywania i tworzenia wyższych poziomów rzeczywistości itp. – staje się podstawą pracy nad przekroczeniem własnego typu psychologicznego”. Kazimierz Dąbrowski „Gdzie leży granica? Dokąd podróżujemy w tych snach o zaspokojonej potrzebie piękna, pełnych znaczenia, lecz pozbawionych zrozumiałego sensu? Wżartych w umysł o wiele głębiej niż to, co widziały oczy. W których wszystko jest w porządku, gdzie nie ma strachu i pragnień. Gdzie znikają nasze wspomnienia fizycznej rzeczywistości? Podczas gdy obrazy ze świata snów nigdy się nie starzeją. Trwają – jak wspomnienie o wspomnieniu”. „Teraz wiecie. Kiedy opadną troski związane z pracą, odczuwa się jasność, ciepło i siłę. Z zewnątrz – element podtrzymujący, jak powietrze dla szybowca, jak woda dla pływaka. Wahanie intelektualne, które domaga się dowodów i logicznych wywodów nie pozwala mi «wierzyć» również i w to. Nie pozwala mi wyrażać i interpretować tej rzeczywistości w kategoriach intelektualnych. Jednak przelatuje przeze mnie, jak błyskawica, ta wizja pola magnetycznego duszy, stworzonego w bezczasowej teraźniejszości przez nieznane, trwającego w świętym posłuszeństwie, a którego słowa i czyny są bezczasową modlitwą. – «Wspólnota świętych» – i – w ramach niej – życie wieczne”. Hammarskjöld „Nie należy jednak dążyć do całkowitego unikania stresów. Są one niezbędne dla prawidłowego życia. Człowiek pragnący żyć jak najwygodniej i najbezpieczniej nie ma możliwości dania wystarczającego upustu życiowej energii adaptacyjnej, co jest zjawiskiem zdecydowanie niekorzystnym dla jego własnego zdrowia i zdrowia innych ludzi znajdujących się w jego kręgu”. Julian Aleksandrowicz „Dziś dostrzega się istnienie – mamy nadzieję, że przejściowy – konfliktu między techniką a człowiekiem. Powoduje on wypaczenie sposobu myślenia i działania jednostek i tym samym zakłócenie międzyludzkich stosunków. Technika, choć niejednokrotnie ułatwia człowiekowi życie, wnosi z sobą wiele czynników niekorzystnych dla zdrowia. Jej nadmierna ekspansja niszczy zarówno zdrowie somatyczne ludzi, jak i przytłacza wartości moralne, a więc też i zdrowie psychiczne. Normy dawnych tradycji zostają przewartościowane. Zasady kultury współżycia, na których opiera się zachowanie ogółu, zmienia się niezmiernie szybko wraz z przeobrażeniami wielu innych dziedzin życia. Również i historia ludzka biegnie coraz szybciej. Jej wychowawcze walory zostają przez to wydatnie obniżone. Tracimy niejednokrotnie możliwość przewidywania przyszłości pojętej jako funkcji przeszłości, a więc zdolność wysnuwania praktycznych wniosków z doświadczeń ubiegłych pokoleń. Wywołuje to często, zwłaszcza u młodzieży, postawy rozczarowania i negatywnych reakcji społecznych”. Julian Aleksandrowicz „Aktualny klimat psychiczny, uwarunkowany przez współczesną cywilizację techniczną, jest niepokojący. Jest on nawet groźniejszy niż wspomniane wyżej somatyczne choroby współczesnej cywilizacji. Wypaczony (i nadal wypaczany przez aktualne pokolenie), samolubny sposób myślenia ludzi jest tym niebezpieczniejszy, że zmienia na gorsze formy ludzkiego współżycia. Obserwuje się, że nerwicowe reakcje przybierają niejednokrotnie charakter masowy. Jakżeż często jesteśmy świadkami stylu życia określonych grup społecznych nacechowanego obojętnością albo lekceważącym stosunkiem do innych, brakiem szacunku i tolerancji. Krańcowe formy tej choroby – nerwicowej formy bycia – przejawiają się w zawiści i nienawiści, nawet tej „bezinteresownej”, bo nie mającej konkretnych przyczyn, a tak dziś rozpowszechnionej. Współczesny człowiek jest często nieszczęśliwy. Nie dowierza nikomu, nie może sobie poradzić z dniem dzisiejszym, z trwogą myśli o jutrze. Niejednokrotnie staje się zły i zawistny, cieszy się z niepowodzeń innych. Często ulega załamaniom, czuje się osaczony, bezsilny, skłócony zarówno z sobą, jak i ze środowiskiem. Nie ma jednak nauczycieli, którzy by mu wskazali, jak bronić się przed zagrażającym mu złem płynącym często z odhumanizowanego świata techniki. Nie ma przyjaciół, którzy by mu wskazali kulturowe dobro ludzkości, tj. sztukę i nauczyli korzystania z tego niewyczerpanego źródła radości życia. Nie umie czasu wolnego od zajęć wypełnić estetycznym przeżyciem, dobrą książką lub sztuką teatralną; nie ma nawet chęci sięgnięcia po nie, bo często nie wie, gdzie szukać estetycznych doznań, a szczególnie wzorów właściwej ludzkiej postawy, należytych form współżycia, wiedzy o zdrowiu fizycznym i psychicznym. O ileż prostszą, łatwiejszą drogą wydaje im się szukanie zapomnienia w alkoholu, narkotykach lub w wybrykach chuligańskich. Nic dziwnego, że tak wielu współczesnych ludzi żyje w ciągłym napięciu nerwowym, które w każdej chwili może przekształcić się w psychonerwicę, nerwicę narządową, których epilogiem bywa łóżko kliniczne lub ława oskarżonych. Zmarły w 1955 r. hiszpański filozof Orega y Gasset, znany ze swych postępowych idei, w swej pracy pt. Bunt mas pisze, że „Europa nie wierzy już w żadne moralne normy. Współczesny człowiek przyswaja sobie dopiero co kształtującą się moralność, której istotą jest pragnienie życia bez skrępowania jakimikolwiek więzami. Wszyscy chcą mieć wszelkie prawa bez żadnego obowiązku”. Jedną z przyczyn tego zła upatruje on w tworzeniu się coraz węższych specjalności naukowych, w których nauka zatraca swój uniwersalny sens. Powstał dziś – jak mówi – typ człowieka bez precedensu w dziejach, typ „specjalisty-barbarzyńcy”. „Jest to człowiek wykształcony, ale dziś orientuje się on dobrze tylko w swoim maleńkim zakresie wiedzy i dochodzi niekiedy do sukcesów, stosując mechanicznie pewne elementy swej specjalistycznej dyscypliny. Nie troszczy się jednak o nic, co nie wiąże się bezpośrednio z jego specjalnością”. Taki typ uczonego ignoranta jest dla rozwoju kultury szczególnie niebezpieczny, a to przez brak umiejętności uniwersalistycznego i syntetycznego spojrzenia na problemy człowieka. Równocześnie zdajemy sobie sprawę z tego, że taki typ człowieka jest coraz częstszym w całym cywilizowanym świecie, a sami też daleko od tego typu nie odbiegamy. Specjalista ekonomii przeważnie nie dostrzega np. problemu zdrowia człowieka, a z kolei specjalista lekarz problemu ekonomisty. Życie nas uczy, że jedynie interdyscyplinarna współpraca oraz wzajemne zrozumienie ludzi różnych dyscyplin umożliwiają świadome tworzenie takiego środowiska, w jakim będzie się pomyślnie rozwijać zdrowy człowiek. Albert Schweitzer pisze w swej pracy pt. Z mojego życia i moich rozmyślań, że: „kultura upada, jeśli postęp umysłowy i techniczny nie idzie w parze z rozwojem etycznym jednostek i społeczeństwa”. Julian Aleksandrowicz „Mózg ludzki nie może sobie przyswoić ogromu narastającej wiedzy. Gubi się przeto w coraz bardziej zawężających się specjalnościach naukowych. Nauka, jakkolwiek stanowi produkt racjonalnego myślenia, nie potrafi, jak widzimy, stać się nieomylnym doradcą człowieka, skoro jej osiągnięcia, są nierzadko jej klęskami. Mamy wręcz prawo oskarżać naukę, że jej sukcesy coraz częściej zagrażając istnieniu człowieka, gdyż pomijają rozwój wiedzy o nim samym, a raczej koncentrują uwagę na maszynie”. Julian Aleksandrowicz „Jednym z błędów nauki, która w zadufaniu wąskospecjalistycznym nie dostrzega mądrości pokoleń i nie wykorzystuje ich, jest ignorowanie sytuacji podobnej do tej, jaka zaistniała już w epoce biblijnej. Określano ją mianem „przekleństwa Złotego Cielca”, gdyż pozwalał on rozstrzygać każdą nikczemność złotem. Nasuwa się pytanie: gdzie „zgubiła się” moc nauki, która powinna wypracować metody ochrony ludzkości przed konsekwencjami, jakie niesie z sobą kult złota”. Julian Aleksandrowicz „Kobiety bez kobiecości, agresywne, zimne i złośliwe, żądne władzy lub mężczyźni niezaradni, lekkomyślni, nierozsądni i egoiści nie stanowią materiału na rodziców. A jednak bywa, że rozhisteryzowana kobieta lub rozpieszczony hulaka zmieniają się pod wpływem godności rodzicielskiej we wzorowych wychowawców”. Kazimierz Zieliński
Graven - awatar Graven
ocenił na 6 3 lata temu
Struktura rewolucji naukowych Thomas Kuhn
Struktura rewolucji naukowych
Thomas Kuhn
Wciąż ważna i aktualna, szczególnie przyglądając się ciągłemu rozprzestrzenianiu fanatyzmu naukowego (scjentyzm). Wbrew krytykom, Thomas Kuhn nie jest relatywistą i nie jest jego zamiarem uderzanie w samą naukę, a tym bardziej w samą prawdę. Gardził osobami piszącymi prawdę wyłącznie w cudzysłowiu i stanowczo odcinał się od lewicowych intelektualistów pierniczących o "konstruktach społecznych", albo postulujących całkowitą dowolność w umownym wybieraniu paradygmatów. Kiedy pisze, że dwie sprzeczne ze sobą teorie mogą być w pewnym stopniu prawdziwe, nie jest to wyrazem relatywizmu, a trywialnym stwierdzeniem faktu ograniczonej perspektywy człowieka, który nie jest Stwórcą, wobec czego nie możne znać całej prawdy o rzeczywistości. Teoria czy model nie jest rzeczywistością samą, a tylko opisem jej niewielkiego wycinka. Koniecznie trzeba wspomnieć o genialnej książce naszego rodaka, Mikołaja Brykczyńskiego - "Mit nauki. Paradygmaty i dogmaty", która czerpie ze Struktury Kuhna, ale idzie dużo dalej, a przy tym jest bardziej aktualna. Sięgnij po nią koniecznie - a jeśli musisz wybrać tylko jedną, to polecam sięgnąć po "Mit nauki". --------------------------------------- „Niestety koncepcje te wypaczyła rzesza sceptycznych intelektualistów, którzy widzieli w nich narzędzie podważenia samej idei prawdy. Kuhn nie żywił tego rodzaju zamysłu. Był zaiste miłośnikiem faktów i poszukiwaczem prawdy”. Ian Hacking „To prawda, że Struktura dała potężny impuls badaniom socjologicznym nad nauką. Niektóre z nich, akcentujące, że fakty to „konstrukcje społeczne”, i jawnie uczestniczące w negowaniu „prawdy”, budzą protest konserwatywnych naukowców. Kuhn pisał wprost, że nie cierpi tego rodzaju rozwinięć jego pracy”. Ian Hacking „Element dowolności nie oznacza jednak, że jakakolwiek grupa naukowa prowadzić może badania, nie przejmując pewnego zespołu przeświadczeń od swoich poprzedników”. „Większość uczonych poświęca się w swojej działalności zawodowej pracom porządkowym. One właśnie składają się na to, co nazywam nauką normalną. Jeśli poddać je dokładniejszej analizie, czy to w aspekcie historycznym, czy w ich współczesnej postaci, odnosi się wrażenie, że polegają one na próbie wtłoczenia przyrody do gotowych już i względnie sztywnych szufladek, których dostarcza paradygmat. Celem nauki normalnej nie jest bynajmniej szukanie nowych rodzajów zjawisk; raczej nie dostrzega ona tych, które nie mieszczą się w jej gotowych szufladkach. Również uczeni nie starają się zazwyczaj wynajdywać nowych teorii i są często nietolerancyjni wobec tych, które sformułowali inni. Badania w ramach nauki normalnej dążą do uszczegółowienia tych zjawisk i teorii, których dostarcza paradygmat”. „Na przykład maksima na obrazie dyfrakcyjnego rozproszenia elektronów, które później uznano za wskaźnik długości fali elektronu, były czymś niezrozumiałym, gdy je po raz pierwszy wykryto i opisano. Aby stały się miarą czegoś, należało powiązać je z teorią, która przewidywała falowe własności poruszających się cząstek. Ale nawet wtedy, gdy związek ten już uchwycono, trzeba było przebudować przyrząd tak, aby doświadczalne wyniki dawały się jednoznacznie przyporządkować teorii. Póki nie spełniono tych warunków, póty żaden problem nie mógł zostać rozwiązany”. „Przyjmijmy więc, że kryzysy są koniecznym warunkiem wstępnym pojawienia się nowych teorii, i zapytajmy, w jaki sposób uczeni reagują na nie. Część odpowiedzi – równie ważną jak oczywistą – można odnaleźć, wskazując ogólnie na to, czego uczeni nigdy nie robią, gdy mają do czynienia nawet z ostrymi i długotrwałymi anomaliami. Chociaż mogą tracić zaufanie do paradygmatu i poszukiwać alternatywnych wobec niego rozwiązań, nie odrzucają paradygmatu, który doprowadził do kryzysu. To znaczy nie traktują anomalii jako świadectw obalających teorię, jak by się tego domagała filozofia nauki. Uogólnienie to jest częściowo po prostu konstatacją historycznych faktów opartą na przykładach, jak te, które omówiliśmy poprzednio, i inne, o których jeszcze będzie mowa. Pokazują one – co jeszcze uwydatni dalsza analiza sposobu odrzucania paradygmatów – że teorię naukową, która uzyskała już status paradygmatu, uznaje się dopóty, dopóki nie pojawi się inna, zdolna pełnić tę funkcję. Historyczne badania rozwoju nauki w żadnym razie nie potwierdzają owego metodologicznego stereotypu falsyfikacji, jakoby miała ona polegać na bezpośrednim konfrontowaniu teorii z przyrodą. Uwaga ta nie głosi, że uczeni nie odrzucają teorii naukowych albo że obserwacja i eksperyment nie odgrywają w tym istotnej roli. Powiada natomiast – co okaże się sprawą zasadniczą – że akt oceny, który prowadzi uczonych do odrzucenia poprzednio akceptowanych teorii, oparty jest zawsze na czymś więcej niż tylko na konfrontacji teorii z doświadczeniem. Decyzja porzucenia jednego paradygmatu jest zawsze zarazem decyzją przyjęcia innego, a ocena prowadząca do niej wymaga porównania obu paradygmatów zarówno z przyrodą, jak i między sobą”.
Graven - awatar Graven
ocenił na 8 3 lata temu
Bohater o tysiącu twarzy Joseph Campbell
Bohater o tysiącu twarzy
Joseph Campbell
„Sen jest spersonalizowanym mitem, mit zdepersonalizowanym snem”. „Bohater o tysiącu twarzy” to niezwykła literacka przygoda, awanturnicza wręcz, która prowadzi do samego serca mitów świata, tam, gdzie one się rodzą i dojrzewają. Autor jest szczodry, obdarowuje nas nie tylko całkiem sporą dawką rzetelnej wiedzy, ale do tego pozwala wniknąć w mechanizmy ludzkiego myślenia, w podstawy naszego pragnienia wiary w cuda, spostrzec i rozważyć uniwersalność pewnych schematów, przewijających się zarówno w dawnych wierzeniach, jak i w nowożytnych religiach. Porównując je, dostrzegając szereg podobieństw i zbieżności, Joseph Campbell opracowuje model, archetyp mitycznego bohatera, podróżnika, niespokojnego poszukiwacza, łącząc najważniejsze elementy rozmaitych religii, co mogłoby, choć nie mam w to wielkiej wiary, wygasić antagonizmy między nimi. Praca jest naukowa, z pogranicza religioznawstwa, historii, antropologii kultury, psychologii, a nawet literaturoznawstwa i filmu. To bardzo szerokie opracowanie, perfekcyjnie zredagowane, podzielone na czytelne rozdziały, okraszone fotografiami i mnóstwem przypisów, cytatów, odniesień. Zajmuje całą naszą uwagę, wymaga pełnego zaangażowania i skupienia, dając w zamian wiele satysfakcji i olśnień. Wciąga i zachęca do spaceru ścieżką znanych już lektur, ale też do uzupełnienia wiedzy o te, których przy okazji tego tematu po prostu nie można pominąć. Wchodzimy więc do świata fantazji, które wszakże nie biorą się znikąd, a z naszej podświadomości, to „Królestwo człowieka pod podłogą względnie przytulnego pomieszczenia, które zwiemy naszą świadomością, kryje niewyobrażalne jaskinie Aladyna. W jaskiniach tych znajdują się klejnoty, ale zamieszkują je też niebezpieczne dżinny – niewygodne albo wyparte tam siły psychiczne, którym nie śmielibyśmy pozwolić ingerować w nasze życie”. Przyczajone, czekają więc na dogodny moment, by móc się wtrącić, wpłynąć na nasze decyzje, chyłkiem, jednak całkiem skutecznie. Książka oferuje nam zgrabne i jak najbardziej uprawnione połączenie mitologii i klasycznej psychoanalizy, zaś wyciągane z tego mariażu wnioski niejeden raz zaskakują. Operujemy symbolami powszechnie znanymi, które są pewnymi archetypami, rozumieć je musimy za to bardzo indywidualnie, przepuszczając przez osobistą historię. Poznajemy najważniejsze cechy wspólne mitologii i religii i poddajemy je skrupulatnej analizie/psychoanalizie. Podstawą jest przemiana, a u jej zarania zawsze stoi podróż, porzucenie znanej już rzeczywistości, w drodze zaś mierzenie się z trudnościami, walka z nadnaturalnymi istotami, przekraczanie swoich możliwości, znajdowanie niespodziewanych zasobów mocy i zdolności – czyli proces inicjacji, by móc powrócić tak zmienionym do dawnego świata, silniejsi, rozumniejsi, świadomi celów, wytyczanych dla dobra wszystkich współmieszkańców, świadomi, że jesteśmy w stanie je osiągnąć. Monomit ma bohatera, którego zwycięski powrót staje się wielką szansą dla lokalnej, a nawet szerszej społeczności, jak na przykład w przypadku Mojżesza czy Buddy. W pierwszej części opracowania zajmujemy się rozmaitymi wariantami przemiany bohatera, drugi natomiast nosi znamienny tytuł” „Cykl kosmogoniczny”, i bierze pod lupę zagadnienia ogólniejsze, dotyczące porządku świata, jego formowania się i powolnego zmierzania ku zagładzie, by w końcu rozpadł się całkiem, co może stanowić szansę na odrodzenie. Teoria teorią, jednak wyprawa w mityczne krainy, które dotąd nie budziły w nas głębszych, ontologicznych i egzystencjalnych skojarzeń, odnajdywanie w nich zupełnie nowych ścieżek interpretacji, które, chcąc nie chcąc, odnosimy także do siebie, jest niesamowitą przygodą, wzbogacającą i zadziwiającą. Pomaga nam lepiej zrozumieć osobiste motywacje, wywlec na światło dnia tłumione lęki, zracjonalizować je, oswoić. Śledzimy jak powstają wierzenia, jak ważną spełniają rolę, zarazem robimy też sobie coś w rodzaju autopsychoanalizy, odrzucając precz kolejne zasłony. Wspinamy się na świetlistą górę, albo po pniu drzewa życia, wyciągającego konary ku niebu – to środek Wszechświata, przez który przepływa życiodajna energia, jego symbole bywają rozmaite, za to jej odczytanie zawsze jedno. Mit musi być brutalny, ścierają się w nim siły dobra i zła, ich pierwotne esencje. Autor przytacza opowieści dobrze nam znane, z mitologii greckiej i, wtórnej wobec niej, rzymskiej, ale także motywy biblijne i te dla nas nowe, obce – afrykańskie, arabskie, z Indii i Chin. Nie waha się wspomagać fragmentami literatury czy nawiązywać do sztuki filmowej albo filozofii. Wszystko po to, by jak najpełniej zobrazować w złożoności, różnorodności pejzażu, obyczaju, kultury, wspólne jądro, myśl przewodnią, która wszystkie owe opowieści ze świata łączy. Niewątpliwie mamy do czynienia z pracą naukową, jednak napisaną z pasją, z wyobraźnią, z narracyjną wprawą i dużą umiejętnością objaśniania w przystępny sposób niełatwych treści. Zagłębiamy się więc w krainę baśni, królów, mędrców, gadających żab i minotaurów skrytych w krętych labiryntach, jednak widzimy w nich coś dużo, dużo więcej – odniesienie zarówno do świata jako całości w czasie i przestrzeni, i do tego naszego maleńkiego świata, skrytego w podświadomości, z której czasami się wychyla. To schronienie niepozorne i niepoznane, o którym łatwo zapominamy, ono zaś przypomina o sobie w snach, kiedy przestajemy być czujnymi strażnikami własnych myśli, i okazuje się wówczas, że ma do powiedzenia całkiem sporo. Dlaczego człowiekowi nawet teraz, w dobie technologicznego rozwoju i racjonalnego myślenia, wciąż potrzebne są mity, wiara… To autor także stara się wyjaśnić, kładąc nacisk na fakt, że dzisiaj potrzebujemy ich nawet bardziej niż kiedykolwiek, by mieć się czego uchwycić, by poczuć jedność z innymi, my, ludzie samotni w tej naszej chłodnej racjonalności, pozbawieni głębszych duchowych przeżyć, stęsknieni za wspólnotą idei, za więzią, nadzieją… Campbell pisał to z górką pół wieku temu, co powiedziałby dzisiaj, w XXI wieku, czasie depresji i spektrum autyzmu, wirtualnej rzeczywistości, narastającej wrogości i coraz większego wyobcowania? Za egzemplarz książki dziękuję: https://sztukater.pl/
jazzwoman - awatar jazzwoman
ocenił na 9 1 miesiąc temu
Alchemia. Wprowadzenie do symboliki i psychologii Marie-Louise von Franz
Alchemia. Wprowadzenie do symboliki i psychologii
Marie-Louise von Franz
Ciekawa i jednocześnie inspirująca lektura, z której można wynieść wiele dobrego. Jeśli ktoś lubi symbolikę, meandry umysłu, religijne abstrakcje i inne cuda nieświadomości to książka na pewno się mu spodoba. Jest to zbiór wykładów, gdzie omawiane są wybrane teksty alchemiczne - od starożytnego Egiptu, przez Grecję, Arabię czy średniowieczną Europę. Książka zawiera także dużo obrazów alchemicznych, które ciekawie ilustrują opisywane działania. Nie jest to łatwa lektura. Jeśli jednak alchemia rzeczywiście tak poprawnie została rozszyfrowana i jest wprost odniesieniem do psychologii na zasadzie opisu zjawisk innym językiem i formą niż znaną nam obecnie to w końcu można coś z niej zrozumieć. Wszystko ma tutaj na pewno ręce i nogi. A część zjawisk psychologicznych w odniesieniu do bioenergii człowieka pokrywa się z tym, co piszą inni (nawet obecnie) i jest prawdą. Tym bardziej książka wydaje się przedstawiać cenną wiedzę, w której można momentami się odnaleźć wprost bezpośrednio. Warto też nadmienić, że autorka na początku wyjaśnia czym różni się alchemia od religii i dlaczego ją uzupełnia. Dlaczego alchemia jest niejako pełniejsza niż jakakolwiek religia, tradycja czy inne, uporządkowane motywy i dlaczego mogła być tak w ostateczności odepchnięta na dalszy tor. Bardzo fajnie to wszystko składa się w jedną całość.
Michał - awatar Michał
ocenił na 7 6 lat temu

Cytaty z książki Misterium coniunctionis. Studium dzielenia i łączenia przeciwieństw psychicznych w alchemii