Coda. Tom pierwszy

Okładka książki Coda. Tom pierwszy
Simon SpurrierMatias Bergara Wydawnictwo: Non Stop Comics Cykl: Coda (tom 1) komiksy
128 str. 2 godz. 8 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Cykl:
Coda (tom 1)
Tytuł oryginału:
Coda, vol. 1
Data wydania:
2020-01-27
Data 1. wyd. pol.:
2020-01-27
Liczba stron:
128
Czas czytania
2 godz. 8 min.
Język:
polski
ISBN:
9788381109338
Tłumacz:
Marceli Szpak
Średnia ocen

                6,8 6,8 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Coda. Tom pierwszy w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Coda. Tom pierwszy



książek na półce przeczytane 8807 napisanych opinii 7044

Oceny książki Coda. Tom pierwszy

Średnia ocen
6,8 / 10
54 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
1391
1341

Na półkach:

Lubię komiksy fantasy, dlatego ochoczo sięgnąłem po pierwszy tom Coda. Doszły mnie słuchy, ze pierwszy zeszyt z tego albumu jest słaby, ale potem akcja nabiera tempa i jest bardzo ciekawie. Rzeczywiście muszę się z tym zgodzić, bowiem początek czyta się straszliwie topornie. Warto jednak wytrwać swoje, bowiem później wydarzenia robią się bardziej klarowne, historia faktycznie ma sens i mimo jazdy na oklepanych schematach, potrafiła mnie czasem zaskoczyć. Zatem na wstępie mogę śmiało rzec, że Coda to naprawdę świetnie zapowiadająca się seria.

Na jaki zatem problem cierpi pierwszy rozdział, skoro potem wszystko gra. Cóż... wrzuca czytelnika od razu na głęboką wodę, przez co ten nie ma pojęcia gdzie jest, o co chodzi i w ogóle jak się tutaj znalazł. To bardzo przeszkadza w poznawaniu świata przedstawionego i polubienia głównego bohatera, barda imieniem Hum, który dosiada dość opryskliwego i krwiożerczego, czarnego jednorożca. A raczej pięciorożca. Tak czy inaczej na początku trudno połapać się w tym, o co właściwie chodzi w samej fabule i konstrukcji świata. Hum jest jednocześnie narratorem i prowadzi ten element po przez zapiski w dzienniku, skierowane do swej żony. Wszystko fajnie i w kolejnych rozdziałach nabiera to naprawdę wielkiego znaczenia, ale w pierwszym nie ułatwia to poznania świata. Jest to prowadzone w takiej formie, jakby czytelnik doskonale znał historię bardo, co jest nieprawdą.

Dopiero drugi rozdział wyjaśnia wszystkie nieścisłości i sprawia, że łatwo wgryźć się w ten świat, zaś rozdział trzeci nieźle zaskakuje czytelnika. Od razu też ubiegnę tych, co twierdzą, że nigdy nic ich nie zaskoczy. Konstrukcja scenariusza jest tak pomyślana, że za chińskiego pana nie przewidzimy jednego z kluczowych zwrotów akcji trzeciego rozdziału. A jest on obłędnie skonstruowany i bardzo podnosi jakość odbioru całej historii.

Zatem jeśli ktoś lubi trochę nietypowe fantasy, przypominające w wielu miejscach postapo, tyle że nie naszego świata, a świata gdzie kiedyś płynęła magia, to ta seria jest dla niego. Główni bohaterowie są świetnie napisani, w późniejszych rozdziałach akcja nabiera tempa i mimo ślimaczego oraz poplątanego startu, pierwszy album Coda czytało mi się bardzo dobrze. Już teraz chętnie sięgnąłbym po album drugi, a najchętniej po całą serię, aby wiedzieć jak potoczą się losy zgryźliwego barda i jego narwanego wierzchowca.

Lubię komiksy fantasy, dlatego ochoczo sięgnąłem po pierwszy tom Coda. Doszły mnie słuchy, ze pierwszy zeszyt z tego albumu jest słaby, ale potem akcja nabiera tempa i jest bardzo ciekawie. Rzeczywiście muszę się z tym zgodzić, bowiem początek czyta się straszliwie topornie. Warto jednak wytrwać swoje, bowiem później wydarzenia robią się bardziej klarowne, historia...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

92 użytkowników ma tytuł Coda. Tom pierwszy na półkach głównych
  • 59
  • 33
39 użytkowników ma tytuł Coda. Tom pierwszy na półkach dodatkowych
  • 12
  • 12
  • 6
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1

Tagi i tematy do książki Coda. Tom pierwszy

Inne książki autora

Okładka książki The Flash: Bad Moon Rising Daniel Bayliss, Vasco Georgiev, Matt Herms, Alex Paknadel, Simon Spurrier
Ocena 0,0
The Flash: Bad Moon Rising Daniel Bayliss, Vasco Georgiev, Matt Herms, Alex Paknadel, Simon Spurrier
Okładka książki Flash: Póki czas się nie zatrzyma Vasco Georgiev, Ramón Pérez, Simon Spurrier
Ocena 5,5
Flash: Póki czas się nie zatrzyma Vasco Georgiev, Ramón Pérez, Simon Spurrier
Okładka książki The Flash: As Above Vasco Georgiev, Matt Herms, Simon Spurrier
Ocena 0,0
The Flash: As Above Vasco Georgiev, Matt Herms, Simon Spurrier
Okładka książki Flash: Dziwny atraktor Mike Deodato Jr., Patricia Mulvihill, Simon Spurrier
Ocena 5,8
Flash: Dziwny atraktor Mike Deodato Jr., Patricia Mulvihill, Simon Spurrier
Okładka książki Batman - Detective Comics: Gothamski Nokturn: Akt II Brad Anderson, Lee Loughridge, Danny Miki, Stefano Raffaele, Simon Spurrier, Ram Venkatesan, Dan Watters, Caspar Wijngaard
Ocena 6,5
Batman - Detective Comics: Gothamski Nokturn: Akt II Brad Anderson, Lee Loughridge, Danny Miki, Stefano Raffaele, Simon Spurrier, Ram Venkatesan, Dan Watters, Caspar Wijngaard
Okładka książki Batman - Detective Comics: Gothamski Nokturn: Akt I Danny Miki, Christopher Mitten, Ivan Reis, Hayden Sherman, Simon Spurrier, Ram Venkatesan, Caspar Wijngaard
Ocena 6,5
Batman - Detective Comics: Gothamski Nokturn: Akt I Danny Miki, Christopher Mitten, Ivan Reis, Hayden Sherman, Simon Spurrier, Ram Venkatesan, Caspar Wijngaard

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Snow Blind Tyler Jenkins
Snow Blind
Tyler Jenkins Ollie Masters
Snow Blind. W małym miasteczku na Alasce dorasta zamknięty w sobie nastolatek Teddy. Chłopak od dawna czuje, że coś wokół niego nie gra – nawarstwiające się kłamstwa, półsłówka i napięta atmosfera w domu sprawiają, że coraz mocniej odczuwa izolację i niepokój. Kulminacją tego niepokoju staje się włamanie do rodzinnego domu, które zmusza go do działania. Wtedy właśnie Teddy zaczyna zadawać pytania, które mogą zmienić wszystko. Kim naprawdę są jego rodzice? Jaką przeszłość ukrywają? I czy prawda jest czymś, co naprawdę warto znać – zwłaszcza jeśli może zniszczyć rodzinne więzi? Snow Blind to solidny thriller kryminalny osadzony w niezwykle klimatycznym anturażu mroźnej Alaski. Historia może momentami sprawiać wrażenie szytej grubymi nićmi, ale intryga trzyma w napięciu do samego końca. Autorzy sprawnie balansują między tajemnicą a emocjonalnym dramatem, nie przeciążając jednak fabuły zbędnym ciężarem – to raczej opowieść na jeden wieczór niż wielowątkowy epos, ale z całą pewnością dobrze spędzony. Szczególne uznanie należy się warstwie graficznej – ilustracje są malarskie, nastrojowe i świetnie oddają chłodny, duszny klimat tej miejscowości. Styl rysunku przypomina prace Jeffa Lemire’a – surowy, ale bardzo ekspresyjny, dzięki czemu łatwo wczuć się w emocje bohaterów i lodowaty nastrój miejsca akcji. Jeśli lubisz opowieści o tajemnicach rodzinnych, podszyte niepokojem historie o dorastaniu i zderzeniu z niewygodną prawdą - będzie to komiks dla Ciebie. Nieprzekombinowany, ale wciągający kryminał z ciekawą atmosferą i ładnymi ilustracjami. Idealny na zimny wieczór – nawet latem. Komiks możesz zobaczyć na moim Instagramie: Lukkegeek https://www.instagram.com/p/DMzanjls3sG/?igsh=MWZyY2gxNTl4MzYzYw==
LukkeGeek - awatar LukkeGeek
ocenił na 7 8 miesięcy temu
Czarny Młot - Tom 4 - Era zagłady. Część 2 Jeff Lemire
Czarny Młot - Tom 4 - Era zagłady. Część 2
Jeff Lemire Dean Ormston Rich Tommaso
Czy stwierdzenie, że komiks superbohaterski od pewnego czasu zjada własny ogon, będzie jakimś wielkim nadużyciem? Cóż... Wydaje mi się, że poza paroma perełkami w stylu „Vision” czy „Mister Miracle” nurt trykociarski pogrążył się w lekkiej stagnacji. Rzecz tyczy się jednak przede wszystkim komiksów od dwóch głównych graczy na rynku, jeśli wyjdziemy poza schematy, zaczyna być ciekawiej. Jednym z najlepszych przykładów świeżego podejścia i potraktowania tematyki nieszablonowo jest z pewnością „Czarny Młot”. Czwarty tom głównej serii to (prawdopodobnie) zamknięcie tej opowieści, która poza podstawową serią rozrosła się na kilka mniej lub bardziej interesujących spin-offów. Sprawdźmy, jak prezentuje się to zakończenie. Mieszkańcy Spiral City toczą monotonne, szare życie. Nie zagrażają im żadne siły zła, niepotrzebni są więc superbohaterowie. Ci, którzy wcześniej należeli do drużyny zrzeszającej największych herosów, teraz wydają się w ogóle tego nie pamiętać. Czy tak powinno być, czy też może coś się stało z rzeczywistością? Pułkownik Weird wierzy w drugą z tych opcji, dlatego też zrobi wszystko, co może, by przywrócić pamięć tym, których uważa za swoich towarzyszy. Marzy mi się, żeby kiedyś fabuła komiksu rozrywkowego, opisującego perypetie jakiejś grupy superbohaterów, zakończyła się zupełnie nieszablonowo. Żeby w morzu kolejnych pytań, zagadek, pokazów heroizmu i sytuacji na pierwszy rzut oka nierozwiązywalnych bohaterowie faktycznie odpuścili, dali sobie spokój. Żeby zadowolili się półśrodkiem, szansą, którą otrzymali od losu. Żeby nie walczyli do samego końca, nie poczuwali się do obowiązku, kierując się jakąś wydumaną presją ze strony społeczeństwa lub sentymentem dla własnego dziedzictwa. I wcale nie musi to być zakończenie niekorzystne dla bohaterów, skądże! Ja lubię happy endy. Więc niech im się powiedzie, ale w inny sposób. Tymczasem w drugiej części „Ery zagłady” opowieść okazała się zbyt przewidywalna. Nie zrozummy się źle – zakończenie tego tomu całkiem mi się spodobało, ale raczej nie można powiedzieć, żeby było zaskakujące i niebanalne. Zważywszy na jakość innych dzieł Kanadyjczyka, jest to, małe bo małe, ale jednak rozczarowanie. Druga odsłona „Ery zagłady” wypada najlepiej w momentach, w których Jeff Lemire bawi się motywami fantastycznymi, dostosowując je do fabuły i nadając im taką formę, jakiej w danym momencie potrzebuje. Tak jest na przykład w przypadku otwierających album perypetii pułkownika Weirda, które momentami nieco przypominają Morrisonowy „Doom Patrol” – jak przystało na nazwisko bohatera, wylewa się z nich dziwność – na kolejnych kartach mamy okazję poznać plejadę postaci, które swoją niecodzienną charakterystyką potrafią przyciągnąć uwagę czytelnika. Gdy dodamy do tego wątek kontaktu z twórcami różnych fabuł, robi się jeszcze ciekawiej (tak na marginesie, tu pojawia się ciekawy potencjał na spin-off pełen metanawiązań), co na tym etapie daje odbiorcy prawdziwą frajdę z lektury. Problemem czwartego tomu „Czarnego Młota” jest jednak to, że cała seria ostatecznie okazała się nieco zbyt rozwodniona. Świetnego pomysłu zwyczajnie nie wystarczyło na tak wiele albumów. Pamiętam, jak wielki „efekt wow” towarzyszył mi podczas lektury dwóch pierwszych części głównego cyklu. To samo było przy „Doktorze Starze”. A pozostałe odsłony? Też były dobre, ale już nie olśniewające. Aż doszliśmy do zamknięcia całej opowieści. I tutaj widać, że to, co najlepsze, Lemire dał nam na początku. Fabuła nadal jest dynamiczna i efektowna, ale my już znamy metodę autora, która polega na negowaniu koncepcji rzeczywistości i mieszaniu się realnego świata z ułudą. Tym razem jest to zdecydowanie mniej zaskakujące i angażujące niż wcześniej, choć całość – to trzeba przyznać – nadal czyta się świetnie. Rysunki w tym tomie są dziełem Deana Ormstona (pięć zeszytów) i Richa Tomassa (dwa zeszyty). Obaj stanęli na wysokości zadania, dostarczając prace miłe dla oka i dobrze pasujące do charakteru opowieści. Pierwszy z artystów jest z serią od początku i ponownie udowadnia swoją klasę, rysuje klarownie i przejrzyście, udanie kontynuując tym samym styl zapoczątkowany w „Tajnej genezie”. Z kolei ilustracje Tomassa oddają hołd obrazkom spod znaku „pulp” – jeśli lubi się taki styl, przewracanie kolejnych kartek będzie nader miłe. Jeff Lemire rzadko schodzi poniżej pewnego, stosunkowo wysokiego, poziomu. Niestety, ale zdarzyło mu się to teraz, przy zakończeniu „Czarnego Młota”. Fabuła jest mniej angażująca niż wcześniej – autor chyba nie miał wystarczająco dobrego pomysłu na to, jak zamknąć całą opowieść. Jego propozycja okazała się zbyt przewidywalna, żeby fani, którzy pokochali tę serię za jej początkowe tomy, byli w pełni zadowoleni. Jest to mimo wszystko komiks, który nadal czyta się więcej niż dobrze – Lemire nic nie stracił ze swojego urokliwego gawędziarstwa, jednak patrząc całościowo, spadek jego formy twórczej okazał się widoczny. Recenzja do przeczytania także na moim blogu - http://zlapany.blogspot.com/2020/11/czarny-mot-era-zagady-czesc-2-recenzja.html oraz na facebookowym profilu serwisu Szortal. Wpis z 14. 08. 2020 - https://www.facebook.com/Szortal/posts/3546640795358622
Marek Adamkiewicz - awatar Marek Adamkiewicz
ocenił na 6 5 lat temu
Porcelana - 1. Dziewczynka Benjamin Read
Porcelana - 1. Dziewczynka
Benjamin Read Chris Wildgoose
Tym komiksem bardzo się zainteresowałem po przeczytaniu jego opisu. Oto mamy dziewczynkę, która należy do jednego z licznych gangów ulicznych i jako jedna włamuje się do domu pewnego bogatego jegomościa. O facecie krążą plotki, jakoby był czarnoksiężnikiem bo potrafi tchnąć życie w porcelanowe konstrukty. Dziecko zostaje jednak przyłapane i... tutaj akcja zaczyna się zmieniać, choć osoba oczytana w baśniach rejonów wschodnioeuropejskich raczej łatwo odgadnie, jak całość się potoczy. Czy to źle? Nie dla mnie, bowiem bawiłem się podczas lektury przednio. Nie jestem pewien, czy autorzy tego komiksu, czyli Benjamin Read (scenariusz) i Chris Wildgoose (rysunki), czerpali inspirację z baśni, ale czytając ich dzieło, jak żywe wyrosło mi przed oczami kilka baśni, które poznałem za szczeniaka. Co prawda tam nie było porcelany, a glina, ale i tak część wątków, czyli choćby sam proces ożywiania konstruktów, był bardzo, ale to bardzo podobny. No i akcja nie działa się w Anglii, tylko bodaj na Węgrzech albo w Rosji Carskiej, zaś głównymi bohaterami byli żydzi. Tak, między innymi chodzi o przypowieść o Golemie, ale to nie jedyna historia z konstruktem tego typu. Żałuję tylko, że moje książki leżą gdzieś w domku rodziców na wsi i nie mam teraz do nich dostępu, bo chętnie przytoczyłbym tutaj tytuły poszczególnych opowieści. Dla mnie to jednak ogromny atut, bowiem ułatwiło mi to wejście w świat tego komiksu. Komiks jest na tyle krótki, że wolałbym nie zdradzać za wiele elementów fabuły. Zresztą w pewnym momencie łatwo poskładać wszystkie podpowiedzi ukryte na poszczególnych kadrach i rozwiązać zagadkę "Porcelany". Część zresztą wskazówek mamy na okładce, zatem uważny czytelnik powinien mniej więcej w połowie posiadać niemal kompletne rozwiązanie. Czy to źle? Osobiście tego tak nie odebrałem, bo fabuła oraz rysunki wciągnęły mnie bez reszty. Do tego na końcu jest pięknie opracowany szkicownik, który bardzo dużo wnosi do wrażeń z lektury tego komiksu. Chętnie zatem poczekam na kolejny tom, bo jak wnioskuję taki powstał, gdyż komiks w oryginale wydano w 2013 roku. Jeśli kontynuacja przygód małej ulicznicy będzie na tym samym poziomie, to zapowiada się interesująca przygoda.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na 7 3 lata temu
Rycerz Janek i instrukcja prawidłowego składania ofiar zapomnianym bóstwom Robert Sienicki
Rycerz Janek i instrukcja prawidłowego składania ofiar zapomnianym bóstwom
Robert Sienicki Tomasz Spell Igor Wolski Jan Mazur
Rycerz Janek jest wielki zatem komiks o jego przygodach również musi taki być. Ogromny album, z wielkimi, kolorowymi planszami ukazującymi absurdalny świat fantasy, w którym autorzy kpią z wszystkich i wszystkiego, co tylko nawinie im się pod nóż. Mamy zatem tutaj do czynienia z porządną, a do tego krwawą (choć bez przesady), satyrą, gdzie tytułowy Rycerz Janek intelektem nie grzeszy, za to ma kupę mięśni, wielki miecz oraz nadzwyczaj szlachetne serce. Rzuć mu hasło "Krwiożercze demony przybyły" i wybiegnie z karczmy przez ścianę, aby ratować sytuację. Przy czym przytoczony przykład, autentycznie ma miejsce w tym komiksie. Przyznaję, że dawno nie miałem do czynienia z tak udaną satyrą klasycznego fantasy. Swego czasu liczył w duchu, że będzie tym seria "Rat Queens", od której jednak odbiłem się niczym piłeczka kauczukowa. "Rycerz Janek" zapowiada się o niebo lepiej, choć oczywiście też jest przedstawiony w zupełnie innej konwencji niż wspomniana wyżej seria. Tutaj od pierwszej strony czytelnik doskonale wie, że całość opiewa żartem, kpiną i nieraz sporą dawką brutalności, choć to nadal nie "Kran", gdzie zwłokami smarowano ściany. Swoją drogą, może ktoś w końcu wyda tą serię u nas na nowo, bo jest zacna. Wracając do naszego Rycerza Janka to pomaga on w tym albumie obalić pewnego złego i chciwego księcia. Tutaj autorzy ostro się pobawili koncepcją, odnośnie realiów podatkowych, jak wyglądają elity rządzące, podatki i tak dalej. Na deser mamy super broń i tajemniczy posąg, któremu oczywiście składa się krwawe ofiary. Czysty majstersztyk, przy którym nieraz wybuchałem gromkim śmiechem. Ciężko mi nawet wybrać ulubioną scenę, bo jest ich od groma i w ten sposób w zasadzie przedstawiłbym tutaj połowę komiksu. Warto też wspomnieć, ze sama konwencja mocno uległa zmianie, o czym możemy się dowiedzieć na końcu w materiałach dodatkowych. Obrazują one dobitnie ile pracy włożono w powstanie tego tomu i jaką drogę przeszedł Rycerz Janek nim zmierzył się (po raz kolejny) z biurokracją. Przynajmniej w jakimś stopniu. Czekam zatem na drugi tom i liczę, że Rycerz Janek znów uratuje sytuację w swoim iście heroicznym, wielki stylu.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na 7 3 lata temu
Sherlock Frankenstein i Legion Zła Jeff Lemire
Sherlock Frankenstein i Legion Zła
Jeff Lemire David Rubin
Pierwsze dwa uderzenia „Czarnego Młota” były prawdziwie miażdżące. Nowa seria Jeffa Lemire’a od samego początku zachwycała nieszablonowym podejściem do tematyki superbohaterskiej i nowym spojrzeniem na motywy ograne na setki różnych sposobów. W obliczu bardzo pozytywnej reakcji fanów i krytyków nijak nie dziwi, że autor dalej eksploruje to nietuzinkowe uniwersum. Tym razem jednak mamy okazję zapuścić się w nowe rejony świata przedstawionego – zostawiamy na boku Abrahama Slama i resztę uwięzionych w innej rzeczywistości herosów i stajemy się świadkami poszukiwań córki Czarnego Młota. Lucy Weber zrobi wszystko, by odnaleźć swojego ojca. Czarny Młot zaginął prawie dekadę temu w wyniku potyczki z Antybogiem. W walce z nim zniknęli również inni najwięksi bohaterowie Spiral City. Wówczas Lucy była dziewczynką, a teraz, już jako osoba dorosła, za cel obiera sobie wyjaśnienie tamtej sprawy. Jako dziennikarka ma większe pole manewru niż inni obywatele, co też próbuje wykorzystać – chce ustalić miejsce pobytu Sherlocka Frankensteina, dawnego superzłoczyńcy, który może posiadać ważne informacje dotyczące tragedii sprzed lat. Żeby do niego dotrzeć, musi się jednak sporo natrudzić. Cel jej poszukiwań wcale nie chce zostać znaleziony. Dekonstrukcja mitu superbohaterskiego nie jest w komiksie absolutnie niczym nowym. Wspomnę tylko o tak znakomitych (i różniących się od siebie) tytułach jak „Strażnicy” Moore’a, czy „Chłopaki” Ennisa. Lemire także bierze się za bary z tematyką trykotów, oferuje jednak przy okazji swoje własne, unikalne ujęcie tematu. „Sherlockowi Frankensteinowi” daleko do powagi czy patosu, ale nie jest to też album prześmiewczy i wulgarny. Autor doskonale wyważył wydźwięk tej historii, co osiągnął między innymi dzięki zadbaniu o odpowiednie nakreślenie psychiki bohaterów. Napędzające ich motywacje są wiarygodne, zrozumiałe i w pełni uzasadnione. Nawet jeśli działają szybko, pochopnie i sądzą po pozorach, to ich zachowanie sensownie wytłumaczono – Lemire nie zostawia niczego przypadkowi, a warstwa obyczajowa jego dzieła jest naprawdę satysfakcjonująca i robi duże wrażenie. Choć fabuła „Sherlocka Frankensteina” tworzy osobną miniserię, to na dobrą sprawę ten tom mógłby równie dobrze stanowić trzecią część „Czarnego Młota”. Zaprezentowane tu wydarzenia w bezpośredni sposób łączą się bowiem z tym, co Jeff Lemire pokazał wówczas i doskonale uzupełniają posiadane przez czytelnika informacje. Zamiast na uwięzionych poza czasem bohaterach uwaga autora skupia się na córce Czarnego Młota – to jedyna tak wyraźna różnica pomiędzy oboma tytułami, bo generalnie ich charakter, sposób prowadzenia narracji i ogólny wydźwięk są bardzo podobne. Podczas lektury „Sherlocka Frankensteina” uwagę zwracają przede wszystkim dobrze prowadzona akcja i charyzmatyczni bohaterowie (a przynajmniej ich część). Lemire nie rozpisuje się bardziej niż trzeba – całość jest wszak zamknięta w pięciu zeszytach (jeden z głównej i cztery z miniserii), a to nie tak znowu wiele. Doskonale wie, co chce pokazać i konsekwentnie trzyma się założeń, co w efekcie przynosi opowieść zwartą, ale umiejętnie rozwijającą poszczególne elementy świata przedstawionego i zauważalnie wzbogacającą go o nowe detale. Z kolei główna bohaterka nie jest tak charakterystyczna, jak postaci z „Tajnej genezy” i "Wydarzenia", ale sytuację ratują interesujący dawni złoczyńcy – widać, że zarówno scenarzysta, jak i rysownik mieli dużo zabawy przy ich tworzeniu. Nieco rozczarowuje tylko fakt, że jak na serię o nazwie „Sherlock Frankenstein” tak mało w niej tytułowego bohatera, a przecież jest to postać charakterystyczna, o bardzo dużym potencjale. Warstwę graficzną tego spin-offa „Czarnego Młota” można określić jednym słowem – spektakularna. Rysunki są efektowne i bardzo miłe dla oka. W wielu miejscach charakteryzuje je duża doza kreskówkowości, co jest widoczne zwłaszcza w momentach, gdy David Rubin prezentuje różnorakie potwory i złoczyńców. Wrażenie robią też projekty kolejnych postaci, które często stanowią uroczy wizerunkowy mix i świetnie podkreślają niezwykłość fabuły. Na końcu albumu znajdziemy też kilka sympatycznych dodatków, takich jak wzbogacony o przemyślenia Lemire’a szkicownik z projektami postaci czy kolejne etapy procesu twórczego wraz z komentarzami rysownika. „Sherlock Frankenstein”, choć całościowo prezentuje poziom ociupinkę niższy niż dwa tomy „Czarnego Młota”, i tak jest tytułem przynajmniej bardzo dobrym. Odzwierciedlenie tego faktu widać w tej recenzji – praktycznie cała dotyczy zalet, a o wadach napisałem bardzo mało. Te ostatnie są bowiem na tyle nieistotne, że prawie w ogóle nie rzucają się w oczy. Dzięki temu omawiana miniseria bardzo dobrze wpasowuje się w uniwersum „Czarnego Młota” i jest jego ważną składową, powodując, że z tym większą niecierpliwością będę oczekiwał na kolejne umiejscowione w nim komiksy. Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2018/09/sherlock-frankenstein-i-legion-za.html oraz na łamach serwisu Szortal - http://www.szortal.com/node/14824
Marek Adamkiewicz - awatar Marek Adamkiewicz
ocenił na 8 7 lat temu
Dziki ląd Sumit Kumar
Dziki ląd
Sumit Kumar Ram Venkatesan
"Dziki Ląd" to komiks wydany u nas, przez wydawnictwo Lost Time. Który w oryginale, składał się z pięciu osobnych zeszytów, a które my otrzymaliśmy zebrane w jeden zbiorczy tom. Który prezentuje się bardzo ładnie, twarda okładka ze złoceniami, dobrej jakości papier, oraz grafiki z zeszytowych wydań na ostatnich stronach, cieszą oczy. Cała historia jest osadzona w roku 1766, na terenie obecnych Indii. Które w tamtych czasach, były rozbite na kilkanaście mniejszych królestw. Z których jedne chyliły się ku upadkowi, a inne dopiero rozkwitały. A między tym wszystkim krążyła Kompania Wschodnio Indyjska, która dopiero rozciągała tam swoje wpływy. Tak jak już zdążyłam wspomnieć na początku, komiks ten jest zbiorem pięciu zeszytów. A każdy z nich, opowiada nam historię z perspektywy innego bohatera. Co jest całkiem ciekawym zabiegiem, ponieważ pozwala nam spojrzeć na wydarzenia pod różnym kątem. Osoby z zewnątrz nie mającej pojęcia o miejscu do którego przybyła. Oraz tubylców, obeznanych z realiami i tradycjami miejsca w którym żyją. Jeżeli chodzi o szatę graficzną, jest ona bardzo dobrze dopracowana i niezwykle klimatyczna. Czuć tu mrok i gotyckie zacięcie, kiedy poznajemy Londyńskie dzieci nocy. Oraz kontrastujące z tym pełne słońca i barw, krajobrazy Kalikatu, gdzie potwory kryją się za wonnymi kwiatami. Niestety tytuł ten, rozczarował mnie trochę pod względem fabularnym. Miałam nadzieję na trochę więcej inspiracji, mitologią indyjską. Autorzy mieli tu niezłe pole do popisu, jednak dostaliśmy tylko niezbędne minimum. Dodatkowo akcja dzieje się tu bardzo szybko, na czym trącą bohaterzy. Których sylwetki są nam przedstawione powierzchowne, przez co trudno ich polubić. Są nam raczej obojętni. Czy warto poznać "Dziki Ląd"?. Jeżeli szukacie komiksu na wieczór, z dreszczykiem emocji ale niewymagającego. To tak. Jednak jeżeli chcecie historii, która wyrzuci was z kapci. To niestety musicie szukać dalej.
ZaczytanyKruk - awatar ZaczytanyKruk
ocenił na 7 6 miesięcy temu

Cytaty z książki Coda. Tom pierwszy

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Coda. Tom pierwszy