
Maria Rodziewiczówna
Polska pisarka, członkini Warszawskiego Towarzystwa Teozoficznego i Warszawskiego Stowarzyszenia Ziemianek. Pochodziła z rodziny ziemiańskiej. Była córką Henryka Rodziewicza herbu Łuk i Amelii z Kurzenieckich. Rodzice Marii za pomoc udzieloną powstańcom styczniowym (przechowywanie broni) zostali skazani na konfiskatę rodzinnego majątku Pieniuha w Wołkowyskiem i zesłanie na Syberię. Matce będącej wówczas w ciąży z Marią, zezwolono na urodzenie dziecka i późniejszy o kilka miesięcy wyjazd opłaconym przez nią powozem. Dzieci Rodziewiczów podczas pobytu rodziców na zesłaniu zostały oddane pod opiekę różnym krewnym. Marią zaopiekowali się początkowo dziadkowie Kurzenieccy w majątku Zamosze koło Janowa, a po ich niedługiej śmierci zajęła się nią przyjaciółka i daleka krewna matki – Maria Skirmunttowa (w Korzeniowie na Pińszczyźnie).
W 1871 w wyniku amnestii wrócili z zesłania rodzice Marii. Mogli wówczas osiąść tylko poza obrębem ziem zwanych przez Rosjan „zabranymi”, czyli nie na terenie Grodzieńszczyzny, gdzie Rodziewiczowie mieli krewnych. Osiedlili się w Warszawie, gdzie znajdowali się w bardzo ciężkiej sytuacji materialnej (ojciec pracował jako rządca kamienicy, matka przez pewien czas w fabryce papierosów). Sytuacja rodziny poprawiła się nieco, kiedy daleki krewny Ksawery Pusłowski uczynił ojca Marii administratorem swoich nieruchomości. Prawdziwa poprawa nastąpiła jednak w 1875, gdy Henryk Rodziewicz odziedziczył po swym bezdzietnym bracie Teodorze majątek Hruszowa na Polesiu (1533 ha). Nie był to majątek należący od dawna do rodziny (pradziadek Rodziewiczówny kupił go od Suworowa).
Już w czasie pobytu w Warszawie Rodziewiczówna zaczęła uczęszczać na pensję pani Kuczyńskiej. W końcu 1876 w związku z poprawą sytuacji materialnej rodziny została umieszczona na pensji w Jazłowcu u sióstr niepokalanek, gdzie przełożoną była Marcelina Darowska (beatyfikowana przez Jana Pawła II),zwana przez Marię „Mateczką”. Tam przebywała do ferii 1879, kiedy z powodu choroby ojca i braku pieniędzy na dalsze kształcenie musiała wrócić do rodziny (ukończyła naukę na piątej lub szóstej klasie). Pobyt na pensji w Jazłowcu, gdzie dziewczęta w religijnej, ale i patriotycznej atmosferze przygotowywano przede wszystkim do przyszłej roli żony i matki, wywarł duży wpływ na Rodziewiczównę. Tutaj miały także powstać jej pierwsze utwory (najprawdopodobniej Kwiat lotosu).
W 1881 umarł ojciec Rodziewiczówny. Po jego śmierci zaczęła stopniowo przejmować kontrolę nad majątkiem aż do 1887, gdy przejęła go formalnie (wraz z obciążeniem w postaci długów ojca i stryja, a także koniecznością spłaty rodzeństwa). Obcięła krótko włosy (za zezwoleniem matki) i w krótkiej spódnicy i „męskim” żakiecie zajęła się zarządzaniem Hruszową, która nie przynosiła jednak większych dochodów (przy dużym areale na ziemię uprawną przypadała najwyżej jedna trzecia).
W 1882 r. Maria Rodziewiczówna zadebiutowała drukując pod pseudonimem Mario w 3 i 4 numerze „Dziennika Anonsowego” dwie nowelki – Gamę uczuć i Z dzienniczka reportera. Pod tym samym pseudonimem opublikowała w 1884 w redagowanym przez Marię Konopnicką „Świcie” nieco obszerniejsze opowiadanie Jazon Bobrowski, a w 1885 humoreskę Farsa panny Heni. Debiutem powieściowym Rodziewiczówny był Straszny dziadunio, którym zwyciężyła w 1886 w konkursie ogłoszony przez „Świt”, gdzie powieść tę opublikowano w odcinkach.
Stosunki dworu z miejscowymi prawosławnymi chłopami białoruskimi układały się różnie. W 1890 za „czynne zelżenie” (pobicie) pastucha z Antopola groziły pisarce nawet dwa tygodnie aresztu (sprawę ostatecznie załatwiono polubownie wypłaceniem powodowi nawiązki w wysokości pięciu rubli). W grudniu 1900 podpalono jej zabudowania jednego z folwarków (spalenie stodoły, młocarni i obory z pięćdziesięcioma sztukami bydła). Dwór w Hruszowej promieniował jednak na okolicę ogólnym szerzeniem kultury, a okoliczni chłopi znajdowali tutaj pomoc medyczną. W 1937 z okazji 50-lecia władania Hruszową (i 50-lecia pracy literackiej) miejscowi chłopi podarowali Rodziewiczównie album z dedykacją: Sprawiedliwej Pani i Matce za 50 lat wspólnej pracy, kupili dzwony do jej kaplicy i za darmo zwieźli cegłę na budowany przez Rodziewiczównę w Antopolu kościół katolicki.
Po śmierci babki, marki i siostry w połowie lat 90. pisarka przez jakiś czas mieszkała w Hruszowej sama. Trudno określić, kiedy w majątku zamieszkała Helena Weychert jako (poznana w Stowarzyszeniu Ziemianek) partnerka życiowa Rodziewiczówny. Weychert wprowadziła zmiany w prowadzeniu gospodarstwa (takie jak wprowadzenie płodozmianu czy uruchomienie gorzelni),które poprawiły przychody. Po kilku latach przeprowadziła się do Warszawy, kupując razem z Rodziewiczówną mieszkanie na Brackiej i posiadłość koło Falenicy.
W 1919 jej miejsce zajęła w Hruszowej nowa, przedstawiana jako daleka krewna, partnerka pisarki – Jadwiga Skirmunttówna. Jadwiga zajmowała się "domem i gospodarstwem kobiecym", a Maria "sobie zostawiła interesy i męską część gospodarstwa". Relacja ta była określana przez Skirmunttównę we wspomnieniach niemieckim słowem Wahlverwandtschaft, oznaczającym "powinowactwo duchowe"/"powinowactwo z wyboru".
Czas do I wojny światowej pisarka spędzała zasadniczo w swym majątku w towarzystwie Jadwigi Skirmunttówny bądź Heleny Weychert. Jedynie zimą wyjeżdżała na 2–3 miesiące do Warszawy. Odbyła też kilka podróży zagranicznych: do Rzymu (za 500 rubli uzyskanych jako nagrodę za Dewajtis),2–3-krotnie do południowej Francji (Riwiera),przynajmniej raz do Monachium, do Szwecji i Norwegii.
W 1905 rozpoczęła aktywną działalność społeczną (napięcia społeczne, obraz robotniczej nędzy miał wywrzeć na niej ogromne wrażenie). W 1906 założyła tajne stowarzyszenie kobiece Unia. Przyczyniła się też do założenia w Warszawie sklepu spożywczego i sklepu zajmującego się sprzedażą wyrobów ludowych, a także świetlicy na terenie powiatu kobryńskiego.
Wybuch I wojny światowej zastał Rodziewiczównę w Warszawie. Wzięła udział w organizacji szpitala wojskowego, pomagała także w organizowaniu tanich kuchni dla inteligencji i bratniej pomocy akademickiej. W 1915 wróciła na pewien czas do Hruszowej, podejmując tam opiekę nad uciekinierami, których usiłowała zatrzymać.
W latach 1919–1920 inicjowała szereg poczynań społecznych w okolicy Hruszowej założenie kółka rolniczego, budowę łaźni parowej, odbudowę chederu w Antopolu. W okresie wojny polsko-bolszewickiej znalazła się w Warszawie, gdzie pełniła obowiązki sekretarki w Komitecie Głównym PCK oraz została mianowana komendantką Kobiecego Komitetu Ochotniczej Odsieczy Lwowa na miasto Warszawa Za działalność na tym polu została odznaczona Odznaką Honorową „Orlęta“, do której dołączony był dyplom podpisany przez gen. Tadeusza Rozwadowskiego. Po zakończeniu działań wojennych wróciła do Hruszowej. Po latach dyplom ten Rodziewiczówna uważała za najważniejszą pamiątkę swej działalności.
W okresie międzywojennym próbowała nadal prowadzić działalność oświatową i społeczną (m.in. zorganizowała Dom Polski w Antopolu, sfinansowała również budowę piętra w kobryńskim Gimnazjum Państwowym własnego imienia). Polityka rządowa na Kresach budziła jednak jej dezaprobatę. Utrzymanie polskości na tych ziemiach wiązała ideowo z rolą wielkiej własności ziemskiej i Kościoła. Władze zażądały od niej tymczasem oddania części majątku (150 ha) na potrzeby osadnictwa, do czego doszły jeszcze osobiste zatargi ze starostą z Kobrynia. Stała się protektorką i współzałożycielką Związku Szlachty Zagrodowej.
Rodziewiczówna miała wytworzony z doświadczeń własnych i z obserwacji otoczenia, krytyczny stosunek do Żydów, których uważała za wyzyskiwaczy (lichwa),w znacznym stopniu przyczyniających się do nędzy poleskiej wsi i kłopotów finansowych kresowych ziemian. Znalazło to niejednokrotnie odbicie w jej utworach, gdzie występuje postać złego Żyda, w niektórych daje jednak przykłady postaci pozytywnych, życzliwych i w kłopotach pomocnych Polakom (np. Jaskółczym szlakiem).
W 1937 roku została zaproszona do władz Obozu Zjednoczenia Narodowego. Zaproszenie przyjęła, ale w 1938, protestując przeciw poczynaniom rady naczelnej OZN, z organizacji tej wystąpiła.
Wybuch II wojny światowej zastał ją w Hruszowej. Została z niej wysiedlona w październiku 1939 (majątek, po zajęciu tych terenów przez Armię Czerwoną, przejął komitet miejscowej ludności). Na podstawie fałszywych dokumentów przekroczyła granicę z terenami okupowanymi przez III Rzeszę i wraz ze Skirmunttówną dostała się do obozu przejściowego w Łodzi przy ul. Łąkowej 4. Stamtąd wydostała je w marcu 1940 r. rodzina Mazarakich, właścicieli majątku pod Tuszynem.
Tu rozpoznana przez współosadzonych spotkała się z ich dużą pomocą i okazywanymi wyrazami szacunku; "I oto pewnego marcowego dnia [1940 r.], kiedy słońce złotymi promieniami świeciło nad miastem, a przez okna sal obozu ogrzewało zziębniętych wysiedleńców, Maria Rodziewiczówna usadowiona pod ścianą fabryki na krzesełku, czekała od kilku godzin na dorożkę, które miała ją wywieźć do przyjaciół w mieście. (...) Wieść o tym rozleciała się po obozie lotem błyskawicy. Jakiś ogromny odruch umiłowania dla tej wybitnej literatki poruszył ludzkie serca. By nie zwrócić uwagi wachmanów, podchodziły pojedyncze matki, dziewczęta i chłopcy, i całowali ręce i kolana p. Marii, dając tym wyraz głębokiej czci i umiłowania za zasługi dla Narodu Polskiego w okresie zaboru i niewoli naszej ziemi Ojczystej. Na podwórko wjechała nareszcie długo oczekiwana dorożka. Panią Marię ulokowano w tej skromnej bryczce. Otwarła się żelazna brama obozu i dorożka odjechała do miasta. Stojący na warcie wachmani, zahipnotyzowani okazywanym głębokim szacunkiem wysiedlonych dla opuszczającej obóz staruszki, stanęli na baczność. (...)".
Niedługo potem wyjechała do Warszawy, czyli na teren Generalnej Guberni, gdzie wspierana przez przyjaciół, spędziła ostatnie lata życia w bardzo ciężkich warunkach materialnych. W czasie powstania warszawskiego sędziwa już pisarka przechodziła bądź była przenoszona do kilku różnych domów, otaczana opieką przez przyjaciół, PCK i powstańców. Została uwieczniona w filmie Powstanie Warszawskie.
Wyszła z Warszawy po kapitulacji, kilka tygodni spędzając w Milanówku, a następnie udając się do Żelaznej – majątku Aleksandra Mazarakiego jun. w powiecie skierniewickim. Umieszczona w pobliskiej leśniczówce w Leonowie. Zmarła w wyniku zapalenia płuc w listopadzie 1944. Pochowano ją w Żelaznej.
11 listopada 1948 zwłoki Marii Rodziewiczówny przeniesiono do Alei Zasłużonych (grób 50/51) na cmentarzu Powązkowskim.
Zobacz stronę autora
OPINIE i DYSKUSJE o książce Barbara Tryźnianka
Już kolejna powieść Rodziewiczówny za mną i szczerze mówiąc najbardziej mnie ona zaskoczyła.
Spodziewałam się romansu, a otrzymałam życiorys utracjusza. Tomek Gozdawa, gdyż on jest tutaj głównym bohaterem, jest dla mnie do samego końca zagadką - nie ma wątpliwości, przeszedł swojego rodzaju przemianę, ale czy poprzez bardzo silny charakter można go jeszcze bardziej ukształtować?
Żałuję, że niektóre wątki nie były bardziej rozbudowane, gdyż jestem ciekawa co się stało z rodziną Remiszów, co dalej z panią Małecką, co z rodziną Gozdawów?
Już kolejna powieść Rodziewiczówny za mną i szczerze mówiąc najbardziej mnie ona zaskoczyła.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSpodziewałam się romansu, a otrzymałam życiorys utracjusza. Tomek Gozdawa, gdyż on jest tutaj głównym bohaterem, jest dla mnie do samego końca zagadką - nie ma wątpliwości, przeszedł swojego rodzaju przemianę, ale czy poprzez bardzo silny charakter można go jeszcze bardziej...
Dopiero po przeczytaniu książki można w pełni zdać sobie sprawę jak intrygujący jest jej tytuł. Czytałam szybko, bo po pierwsze dobrze się czyta, a po drugie byłam ciekawa zakonczenia. I chyba się rozczarowałam, ale jednocześnie dało mi ono do myślenia. Polecam :)
Dopiero po przeczytaniu książki można w pełni zdać sobie sprawę jak intrygujący jest jej tytuł. Czytałam szybko, bo po pierwsze dobrze się czyta, a po drugie byłam ciekawa zakonczenia. I chyba się rozczarowałam, ale jednocześnie dało mi ono do myślenia. Polecam :)
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to"Młody lekkoduch, przywykły do próżniaczego życia, otrzymuje obietnicę pokaźnego spadku pod warunkiem, że w ciągu dziesięciu lat stanie się człowiekiem". Ocenić to ma w swoim czasie tajemnicza, poszukiwana kobieta. To tytułowa Barbara Tryźnianka. Pierwsze zdanie opinii pochodzi z okładki jednego z wydań tej powieści. Powieści obyczajowej, która dostarcza wielu wrażeń. Chwile miłe przeplatają się tu z wydarzeniami bardzo dramatycznymi, smutnymi i poruszającymi, które nawet w wielu partiach powieści dominują. To między innymi dzięki temu ta książka jest bardzo zajmująca oraz udana. Przyciąga jak magnes i czasem trudno się od niej oderwać.
Na wspomnianej wyżej okładce umieszczono też inne zdanie. "Cudowna przemiana utracjusza". Czy taka znów cudowna? Główny bohater przejdzie w ciągu krótkiego czasu bardzo wiele. Od próby samobójczej po wielką miłość. Wszystkie trudne i doniosłe, brzemienne w skutki doświadczenia złożą się na to, że ów utracjusz i hulaka postanowi wreszcie zmienić swe życie. Zmienić je na lepsze. Czy mu się uda? Czy wytrwa w swoich postanowieniach, które zadeklarował pod koniec powieści? Z tymi pytaniami autorka nas zostawia. Czytelnik kibicuje Tomaszowi Gozdawie przez całą lekturę i po jej zakończeniu ma nadzieje, że wytrwa i jego zmiana będzie pełna, że ten skomplikowany, nietuzinkowy człowiek wszedł na zawsze na dobre tory.
"Długie, kręte i dziwne są szlaki losu!" Ten cytat pochodzący z końcowego fragmentu książki świetnie pasuje do wielu powieści znakomitej pisarki Marii Rodziewiczówny. W swoich powieściach wikłała bardzo losy bohaterów i w tej książce także większość z nich ma życie zagmatwane lub niełatwe. Łatwo mi za to wstawić ocenę końcową dla tegoż dzieła. Książka więcej niż bardzo dobra, ale nie jest wybitna. Idealnie pasuje 8/10.
"Młody lekkoduch, przywykły do próżniaczego życia, otrzymuje obietnicę pokaźnego spadku pod warunkiem, że w ciągu dziesięciu lat stanie się człowiekiem". Ocenić to ma w swoim czasie tajemnicza, poszukiwana kobieta. To tytułowa Barbara Tryźnianka. Pierwsze zdanie opinii pochodzi z okładki jednego z wydań tej powieści. Powieści obyczajowej, która dostarcza wielu wrażeń....
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPo niezbyt udanej książce "Spadek Barbary Tryźnianki" inspirowanej tą powieścią Marii Rodziewiczówny postanowiłam sięgnąć po oryginał. Bez wątpienia "Barbara Tryźnianka" jest lepszą powieścią niż dzieło Andrzeja F. Paczkowskiego.
Ta historia jest lepiej skonstruowana (choć też daleko jej do ideału – niektóre wątki autorka kończy albo zbyt szybko, albo bez wyraźnej przyczyny, niektórzy bohaterowie wydają się istotni, by ni stąd ni zowąd zniknąć jak kamfora),widać w opowiadanej historii ciągłość, początek, zawiązanie akcji i jej płynne rozwinięcie, które jest równoległe z rozwojem głównego bohatera.
Powieść Marii Rodziewiczówny wyróżnia się przede wszystkim dzięki postaci Tomka Gozdawy, który jest centralnym punktem książki i wokół którego budowana jest cała opowieść. Takiego bohatera zabrakło w utworze Andrzeja F. Paczkowskiego.
Tomasz Gozdawa niekoniecznie da się lubić, ale psychologicznie jest interesujący. Obserwujemy go jako młodego próżniaka, który korzystając z pieniędzy ojca hula za granicą udając studenta, widmo bankructwa rodzinnego majątku sprowadza go do domu, gdzie nadal nie kwapi się do pracy, uwodzi chłopskie dziewczęta, jako syn ziemianina, może grać zblazowanego paniczyka, okraszając każdą swoją wypowiedź odpowiednią dawką cynizmu. Dopiero całkowity brak gotówki i licytacja przez komornika rodzinnego majątku zmuszają go do jakiegoś działania – innymi słowy Tomasz musi zakasać rękawy i pójść do pracy, inaczej będzie bezdomnym nędzarzem, dodatkowo spadek, na który liczył tak on, jak i cała rodzina, przeszedł wszystkim koło nosa. Nasz bohater, nie porzucając kostiumu cynika znajduje zatrudnienie, zdobywa nowych przyjaciół, nawet ratuje ubogą wdowę przed całkowitą nędzą. Niestety nie potrafi wyrugować ze swojego charakteru poczucia wyższości, ma się za lepszego, bo w końcu jest ze szlachty, zwyczajni kupcy, mieszczanie wydają mu się gorsi od niego, głupsi, bez manier. Te typowe "szlacheckie" przywary szybko sprowadzają go na złą drogę i Tomasz namiesza sobie i wielu innym ludziom w życiu. Załamany postanawia odkupić krzywdy i wspomóc pewną rodzinę, niestety zapał trwa krótko , Tomasz się nudzi odgrywaniem dobrego Samarytanina i ucieka do wielkiego świata. Podróżuje jako szofer hrabiego i szuka celu i miejsca w życiu i oto los stawia na jego drodze piękną i oczywiście nieszczęśliwą kobietę. Bohater wciela się gładko w rolę rycerza na białym koniu, ratuje damę z opresji i zakochuje się bez pamięci. Jako że mamy do czynienia z powieścią obyczajową, która mocno skręca w stronę romansu, miłość odmienia Tomasza, staje się odpowiedzialny, planuje mieć dom i rodzinę z ukochaną kobietą.
Choć zakończenie jest ckliwe i mało przekonujące, to Marii Rodziewiczównie udało się stworzyć bohatera na tyle interesującego, że udźwignął fabułę ze wszystkimi jej niedociągnięciami. Autorka przedstawiła również dosyć ciekawą galerię postaci drugo- i trzecioplanowych. Tym, co mi przeszkadzało najbardziej to bardzo widoczny antysemityzm, wszyscy Żydzi w książce to bezduszni lichwiarze, którzy z zimną krwią doprowadzają tych biednych Polaków do bankructwa. No chyba nie, bo Polscy gospodarze to w większości nieudacznicy i hulaj dusze, na których dochód pracowała gromada chłopów i służących. I jeszcze te ciągłe nawiązania do ojczyzny i Boga, za dużo tego było, ale powieść powstała w innych czasach. Mniej mi to zgrzyta u Rodziewiczówny niż u Andrzeja F. Paczkowskiego.
Nie jest to porywające dzieło, ale czyta się szybko i w miarę przyjemnie, czuć już w języku upływ czasu, więc można czytanie utworu potraktować jako sentymentalną podróż w przeszłość, do epoki, która miała swój urok, ale też i brzydkie strony.
Po niezbyt udanej książce "Spadek Barbary Tryźnianki" inspirowanej tą powieścią Marii Rodziewiczówny postanowiłam sięgnąć po oryginał. Bez wątpienia "Barbara Tryźnianka" jest lepszą powieścią niż dzieło Andrzeja F. Paczkowskiego.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTa historia jest lepiej skonstruowana (choć też daleko jej do ideału – niektóre wątki autorka kończy albo zbyt szybko, albo bez wyraźnej...
Mamy rok 1914, wybucha I wojna światowa, po 123 latach niewoli i zniknięciu z mapy świata Polska ma szanse wrócić do gry.
Marię Rodziewiczównę I wojna światowa zastała w Warszawie. Wzięła udział w organizacji szpitala wojskowego, pomagała także w organizowaniu tanich kuchni dla inteligencji i bratniej pomocy akademickiej i zdążyła wydać książkę "Barbara Tryźnianka". W 1915 wróciła na pewien czas do Hruszowej, podejmując tam opiekę nad uciekinierami, których usiłowała zatrzymać.
Pomysł wcale, wcale szykowny z testamentem, nieboszczyk wuj daje swemu bratankowi 10 lat na poprawienie się i zmianę życia o 180 stopni. Sportretowany przekrój społeczny od plebsu po szlachtę, im niższy status społeczny , tym godniejsi i honorowi ludzie, im wyższy status tym mniej szlachetności i wartości. Niestety gdzieś po drodze zabrakło pomysłu na poprowadzenie fabuły i samego zakończenia.
"...Kiedyś, przed laty, przypadkiem urodziliśmy się w jednym domu i z jednych rodziców. Na tem się kończy nasz związek. Rozdzieliło nas następnie wszystko: charakter, wychowanie, zasady, pojęcia — i życie. Moje — jest ci nieznane — twoje jest mi wstrętne. Pracowałem ciężko — sam, bez żadnej od was pomocy, by się kształcić — nie miałem z domu nigdy zasiłku — na studyach w Paryżu, by z głodu nie umrzeć, najmowałem się do posług najmarniejszych. Po śmierci ojca, obiecanych przez ciebie, jako moją część ojcowizny, dziesięciu tysięcy rubli nie otrzymałem i na przypomnienie dwukrotne nie miałem nawet odpowiedzi — gdyż pokwitowanie urzędowe wydałem z góry, przeto nie byłem już potrzebny.
»Zrozumiawszy to — przestałem się odzywać i liczyć na coś innego — jak tylko na siebie. Postanowiłem być tylko człowiekiem — i zdobyć sobie nanowo — wszystko: imię, sławę i fundusz. Ten bój stał się mego życia celem, i zdobywałem, walcząc każdą myślą, każdym czynem — dzień po dniu przez lat długich piętnaście. Doszedłem — jestem u celu, i kocham wszystko, com zdobył — i kocham życie, którem sobie stworzył. Kocham swą naukę — i ludzi, którym mogłem przez nią ulżyć — kocham mój fundusz, bom go zebrał uczciwą, ciężką pracą — kocham me imię, bom je często słyszał na ustach ludzi — błogosławione; kocham moją sławę — bo moja własna — zdobyta myślą ciągłą o pomocy cierpiącym. Jestem szczęśliwy, spokojny i silny.
Te lat piętnaście tyś spędził bez pracy, bez myśli, bez celu. Wszystko miałeś dane, odziedziczone, gotowe. Com musiał zdobyć, ty miałeś tylko utrzymać. Ojcowiznę całą, imię znane i stanowisko uprzywilejowane, sławę tradycyi rodu, pracę przy gotowym warsztacie na własnej ziemi.
»I oto dziś przychodzimy do obrachunku, i oto ja cię pytam — coś ty uczynił przez życie? Gdzie twe imię zapisane i kto je zna, kto je wspomina? Gdzie twój fundusz, ojcowizna, którą ci całą zostawiłem, i jaka twa sława — w kraju rodzinnym?
»Imię stoi w szeregu najgorszych wrogów kraju, bo pasożytów, i wspomina każdy, co myśli i rozumie — jako gangrenę społeczeństwa. Fundusz pożarł zbytek bezmyślny, próżność głupia, próżniactwo i lenistwo, niezaradność i niepraktyczność. Przemarnowałeś tak ojcowiznę, przemarnowałeś posag żony — jesteś bankrutem, oszustem i nędzarzem.
»I jesteś jednym z wielu, klasy całej, która jest skazaną na zagładę przez nieubłagane prawo życia, które wyrok ten wydaje na wszystko — co nie myśli, nie pracuje, nie postępuje, nie kształci się i nie przystosowuje do coraz nowych potrzeb, warunków — do życia!
»Musicie zginąć, bo dla takich, jak wy, niema — miejsca, boście trupem i zgnilizną. Im prędzej zginiecie — tem lepiej — i oby pamięć o was zginęła — jak o wstydzie.
»Od lat piętnastu istniejesz i utrzymujesz się — rachując i oszukując swych wierzycieli dziedzictwem po mnie. Liczyć na kogoś, a nie na siebie, jest tak samo właściwością tobie podobnych — jak obwinianie zawsze innych, a nie siebie, w razie klęski. Był czas, gdyś mnie nazywał wyrodnym bratem, gdym odmówił tak zwanej pożyczki, potem stałem się bogatym bratem, mającym umrzeć — byś ty mógł zmarnować i jego jeszcze fundusz. To było wedle ciebie prawne, sprawiedliwe i słuszne, i tak niezawodne, że na to conto odłużyłeś do ostateczności Zagaje.
»A teraz przyszedł dzień dla ciebie radosny — nie żyję już — i przychodzisz po spadek. Bierz go — zapisuję i oddaję bez żadnych klauzul i zawarowań te dziesięć tysięcy, któreś mi z ojcowizny przeznaczył i nigdy nie oddał — to twoje — bo to nasze.
»Reszta jest moją — i twoją nie będzie nigdy. Skończyliśmy rachunki, i zostawiam cię losowi — na któryś pracował — przez całe swe istnienie.
»A teraz mam jeszcze sprawę o twe dzieci. Jeden z twych synów — starszy — nie potrafi być ani złym ani dobrym — jest niczem. Córka twa jest wychowaną na lalkę i bezużyteczny sprzęt domowy — nawet nie rozumie, co to jest być człowiekiem. Oboje są na to za głupi.
»Drugi twój syn — jest złym i krnąbrnym, zuchwałym i zdolnym. Dotąd potrafił tylko hulać i próżniaczyć, tracić i używać.
»Jest cynikiem, nic i nikogo nie szanującym, zarozumiałym i pysznym, egoistą i upartym w swych fantazyach. Ma wolę w złem — ma charakter zły — ale go ma — i ten może jeszcze być uratowanym.
»Zostawiam mu termin dziesięcioletni — aby został człowiekiem. Po upływie tego czasu osądzi go — i wyda nań swój wyrok wykonawczyni mej myśli i woli — Barbara Tryźnianka, w której pieczy i rozporządzeniu zostawiam mój — własny — pracą zdobyty — fundusz.
»I oto wszystko — co ci miałem do powiedzenia. Znajdziecie po mnie trochę gratów i książek i moją starą, głuchoniemą gospodynię.
»To cały spadek. Dodaję wam na pożegnanie radę: rachujcie tylko na siebie«..."
Mamy rok 1914, wybucha I wojna światowa, po 123 latach niewoli i zniknięciu z mapy świata Polska ma szanse wrócić do gry.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMarię Rodziewiczównę I wojna światowa zastała w Warszawie. Wzięła udział w organizacji szpitala wojskowego, pomagała także w organizowaniu tanich kuchni dla inteligencji i bratniej pomocy akademickiej i zdążyła wydać książkę "Barbara Tryźnianka"....
Uwielbiam powieści Pani Marii Rodziewiczównej. Są pełne lekkości, polotu, cudownie się czyta. Ma aurę takiego "starego życia", które bardzo mi się podoba. Tak i tu się nie rozczarowałam. Tomasz Gozdawa od razu podbił moje serce, czytanie o jego - początkowo - zgryźliwym języku, hulankach, zabawach, a później o jego zmianie było dla mnie czystą przyjemnością. Trzymałam za niego kciuki do samego końca. Na pewno będę mile wspominać tę powieść.
Uwielbiam powieści Pani Marii Rodziewiczównej. Są pełne lekkości, polotu, cudownie się czyta. Ma aurę takiego "starego życia", które bardzo mi się podoba. Tak i tu się nie rozczarowałam. Tomasz Gozdawa od razu podbił moje serce, czytanie o jego - początkowo - zgryźliwym języku, hulankach, zabawach, a później o jego zmianie było dla mnie czystą przyjemnością. Trzymałam za...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNie powiem, do połowy autorka mnie nawet rozgrzała, wzbudziła ciekawość. I ten język sprzed wieku, istny cud! Niestety autorka w pewnym momencie stwierdziła, że już niczego logicznego nie zmyśli i przywołała do pomocy to, co przywoływali starożytni Grecy. Przypadek, deux ex machina, cudowny zbieg okoliczności. Czemu nie? Przecież tylko w Biblii nic nie odbywa się przez przypadek.
Lecz tutaj tych zaskakujących zbiegów okoliczności robi się takie zatrzęsienie, że tylko podziwiać głównego bohatera, że się nie zagubił. A Tomek Gozdawa, cynik i hulaka, jak i inne osoby może przerysowane, ale traktujmy książkę z przymrużeniem oka, i okaże się że lektura jest świetna na burzowe lato. Przemija tak szybko, jak burza.
Nie powiem, do połowy autorka mnie nawet rozgrzała, wzbudziła ciekawość. I ten język sprzed wieku, istny cud! Niestety autorka w pewnym momencie stwierdziła, że już niczego logicznego nie zmyśli i przywołała do pomocy to, co przywoływali starożytni Grecy. Przypadek, deux ex machina, cudowny zbieg okoliczności. Czemu nie? Przecież tylko w Biblii nic nie odbywa się przez...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toRzeczywiście patrząc na rolę wyznaczoną tytułowej bohaterce można się zastanawiać czy rzeczywiście istniała, czy pojawiła się jako wykonawczyni testamentu jedynie w celu zmotywowania Tomasza do zmiany. A sam Tomasz? No cóż, jak to często bywa w literaturze obyczajowej i filmach chce uchodzić za "czarny charakter", cynika, a w rzeczywistości poszukuje... Czego? Warto przeczytać tę powieść i samemu znaleźć odpowiedź.
Rzeczywiście patrząc na rolę wyznaczoną tytułowej bohaterce można się zastanawiać czy rzeczywiście istniała, czy pojawiła się jako wykonawczyni testamentu jedynie w celu zmotywowania Tomasza do zmiany. A sam Tomasz? No cóż, jak to często bywa w literaturze obyczajowej i filmach chce uchodzić za "czarny charakter", cynika, a w rzeczywistości poszukuje... Czego? Warto...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to:)
:)
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPo przeczytaniu kilkunastu pierwszych stron chciałam ocenić książkę bardzo wysoko ale cóż...tempo akcji jest tak zaskakująco szybkie, że ciężko momentami połapać się co się działo...Główny bohater faktycznie w niezawrotnym tempie zmienił się nie do poznania.
Rodziewiczówna świetnie ukazała polską rodzinę odbiegającą od norm przyjętych w społeczeństwie. Jednak szybkość zmieniających się miejsc oraz postaci była dla mnie za przytłaczająca. Również sam Tomasz Gozdawa nagle okazał się wszechstronnym i szlachetnym.
Tajemnicą owiany jest tytuł książki, gdyż owa Barbara Tryźnianka okazuje się nie być główną bohaterką, mało tego- wspomniana jest tylko jako "mityczna" kobieta. I sądzę, że doktor Gozdawa tą postać sam sobie wymyślił. Ale to tylko przypuszczenia.
Książkę czyta się dość lekko, aczkolwiek momentami gubiłam się gdzieś w fabule.
Po przeczytaniu kilkunastu pierwszych stron chciałam ocenić książkę bardzo wysoko ale cóż...tempo akcji jest tak zaskakująco szybkie, że ciężko momentami połapać się co się działo...Główny bohater faktycznie w niezawrotnym tempie zmienił się nie do poznania.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toRodziewiczówna świetnie ukazała polską rodzinę odbiegającą od norm przyjętych w społeczeństwie. Jednak szybkość...