Bezdzień

- Kategoria:
- literatura piękna
- Format:
- papier
- Seria:
- Seria Kwadrat
- Data wydania:
- 2024-01-01
- Data 1. wyd. pol.:
- 2024-01-01
- Liczba stron:
- 116
- Czas czytania
- 1 godz. 56 min.
- Język:
- polski
- ISBN:
- 9788368215120
Bezdzień to poetycka powieść opisująca podróż przez miasto, przestrzeń, pamięć, czas (i bezczas). Głównych bohaterów jest co najmniej troje: on, ona i miasto. Cała trójka jest bezimienna, chociaż miasto nosi wszelkie topograficzne znamiona Szczecina, a trasę wędrówki da się prześledzić na mapie. Wiedzie przez ulice, nabrzeża, podwórza i chaszcze, w głąb literatury i mitu, zatacza kręgi, zahacza o piekła i nieba. Na bliższym i dalszym planie bohaterom towarzyszą rozmaite artefakty, a pomiędzy nimi błąkają się istoty zwyczajne i niezwyczajne: mitologiczne bestie, siostra kalkutka, tysiącletnie drzewo, Alfred Döblin, zmarli... Ponieważ autor i narrator są architektami, Bezdzień jest też budowlą o prostej konstrukcji, ale finezyjnej, spiralnej formie. Okna rozmieszczono tak, by widoki na długo pozostały w pamięci.
Kup Bezdzień w ulubionej księgarni
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Oceny książki Bezdzień
Poznaj innych czytelników
7 użytkowników ma tytuł Bezdzień na półkach głównych- Przeczytane 5
- Chcę przeczytać 2





































OPINIE i DYSKUSJE o książce Bezdzień
Powtarzalność i wędrówka po zakamarkach miejskiego labiryntu to motywy znane zarówno z klasyki literatury jak i filmu. Zapętlenie czasu i przestrzeni oraz ludzkich problemów. Na myśl przychodzą mi takie pozycje jak "Dzień świstaka" obok "Ulissesa" Joyce'a, "Twierdzy" Exupery'ego, "Obcego" Camusa, "Sklepów cynamonowych" Schulza, "Procesu" Kafki i wielu innych dzieł, w których bohater zanurza się w labirynty przestrzeni wędrując po znanym sobie świecie i uwięziony w pętli absurdów codzienności na nowo go odkrywa. I tak jest też w książce Marka Warchoła "Bezdzień". Opowieść otwiera poranny pośpiech, spóźnienie z powodu codziennych rytuałów, tkwienie w korku i potrzeba fizjologiczna wybijająca z tkwienia w samochodzie. Wypita przed wyjściem do pracy szklanka ciepłej wody z miodem przyczynia się do narastającego ciśnienia w pęcherzu. Potrzeba opróżnienia go wiąże się z poszukiwaniem drzewa w okolicy. I oto okazuje się, że ono tam jest. Mające dziewięćset lat drzewo uniknęło wycinki nawet w czasie przebudowy dróg, która powaliła poniemieckie zabytki. Niezwykła trwałość ma w sobie coś z mityczności i piękna, które każdego dnia ludzie mijający je w samochodach ignorują.
"Piękno nie potrzebuje ludzkiego oka ani ludzkiego zachwytu, jest samowystarczalne. Obawiam się nawet, że pełne podziwu spojrzenie nierzadko odziera piękno z czegoś najcenniejszego, lub też co najmniej naznacza je jakąś skazą".
Majestatyczna roślina staje się bramą do innego świata: wyzwolenie z tkwienia w korku, miejscem spotkania, schadzki, bo właśnie tam spotyka dziewczynę będącą kimś na wzór przewodniczki czy towarzyszki wędrówki po mieście, patrzenia na niego nieco innym wzrokiem i z innej perspektywy. Uwolniony z samochodu i tkwienia w korku przemierza ulicami i zakamarkami, w których to nie architektura jest ważna tylko napotkani ludzie wkomponowani w nią. Otoczenie jest tłem spotkania. Z miejskiej przestrzeni ludzie wyłaniają się jak duchy, snują jak zjawy, przepadają w swoich czynnościach nie dostrzegając innych.
"Cała ziemia to jeden nieoznakowany grób. Chodzimy pośród grobów, śpimy na nich, kochamy, nienawidzimy na grobach. Miasta wznieśliśmy na trupach, drzewa rosną na trupach, i nie ma w tym żadnej ckliwości. Chodzi mi o ten moment graniczny, kiedy grób przestaje być potrzebny żyjącym. Kiedy człowiek umiera naprawdę i jest już tylko ściółką, niczym więcej. Jak rodzice Karlheiza i sam Karlheiz, bo nikt się nad nim nie roztkliwia. Chyba wtedy, gdy po raz ostatni ktoś przychodzi, roni ostatnia łzę, poświęca ostatnia myśl. To jest granica. Dzieci dorastają i wyjeżdżają, wnuki zapominają, a prawnuki nawet nie wiedzą, że w ogóle istniałeś. Abonament się kończy i nie ma komu go przedłużyć, przychodzi cmentarny służbista, ściera twoje nazwisko z kamienia i lądujesz pod płotem, na wysypisku".
Pierwszoosobowy bohater to pracujący na kierowniczym stanowisku na budowie mężczyzna w średnim wieku. To jego okiem widzimy miasto i dzięki temu mamy tu sporo opisów pozwalających na lepsze poznanie architektury otoczenia. Pojawiają się różnorodne konstrukcje, detale, przejścia, zaułki z poetycką i obrazową opowieścią o materiałach i sposobie ich wykonania. Szczecin jawi się tu jako jeden wielki labirynt, w którym z jednego kręgu przechodzi się do kolejnego, złożony z nakładających się na siebie brył. Zróżnicowane światy są tuż obok. Dwójka bohaterów ma okazję przyjrzeć się różnorodnym aspektom minionego i współczesnego życia ludzi opisanego z jednej strony dosadnie, a z drugiej alegorycznie. W wykreowanym świecie czas jest pojęciem względnym i ulega zakrzywieniu. To pozwala przedwojennemu pisarzowi ukrywać się na barce, gdzie za uratowanie życia musi zapłacić wysoką cenę: tkwi tam samotny ze swoimi myślami, a przecież ludzie potrzebują innych nadających sens ich istnieniu. Pojawię się przerażeni wizją wojny dawni mieszkańcy tych ziem i problem propagandy politycznej, kreowania historii, tworzenia autorytetów. Spotyka też osoby pochłaniane przez lekturę, konsumpcjonizm, wiarę. Wszystko, co robi człowiek zbyt mocno angażujący się w określoną powtarzalną czynność jest niebezpieczne.
"Po raz pierwszy tego dnia w moim mózgu zakwitła myśl z gatunku opresyjnych, tych szczególnie znienawidzonych, pojawiających się zawsze w sytuacjach zawieszenia i bezczynności, których mój umysł panicznie się boi. Są to myśli-polecenia, myśli-rozkazy nakazujące podjęcie działania. Bywa, że niektóre dni w całości wypełnione są takimi myślami. Nie dzielą się na godziny, minuty i sekundy, ale na zadania do wykonania. Jest to ogromnie frustrujące i męczące zarówno dla ciała, jak i dla psychiki, ponieważ zadania nigdy się nie kończą. Gdy mozolę się z jednym, moje myśli już fruną do następnych. Ten ciąg można przerwać, jedynie padając bez czucia na łóżko i ucinając tym samym rozwijającą się w nieskończoność spirale myśli".
"Bezdzień" to książka, w której forma uzupełnia treść i sprawia, że płynie z nich ważne przesłanie, w którym ważne jest wychodzenie poza swoją codzienną rutynę, przyzwyczajenia, poglądy. Akcja jest prosta: bohater ze spotkaną pod drzewem dziewczyną wędruje odwiedzając ważne miejsca. Pojawia się znany niemiecki pisarz, świątynia, targowisko, galeria, zaułek z czytelnikami, ludzie oddani różnorodnym zajęciom, podążanie za kapryśnym kotem, ale wcześniej jest znaczący opis miejskiego korka i osób tkwiących w pojazdach jak drób w klatkach. Codzienność staje się pretekstem do refleksji nad tendencjami, zachowaniami, inżynierami społecznymi.
Powtarzalność i wędrówka po zakamarkach miejskiego labiryntu to motywy znane zarówno z klasyki literatury jak i filmu. Zapętlenie czasu i przestrzeni oraz ludzkich problemów. Na myśl przychodzą mi takie pozycje jak "Dzień świstaka" obok "Ulissesa" Joyce'a, "Twierdzy" Exupery'ego, "Obcego" Camusa, "Sklepów cynamonowych" Schulza, "Procesu" Kafki i wielu innych dzieł, w...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„Droga zatacza koło, lecz koniec nigdy nie jest tożsamy z początkiem”.
„Bezdzień” Marka Warchoła to króciutka opowieść, chociaż przy tym niezwykle pojemna, mieści bowiem w sobie całe miasto. To ono jest jej głównym bohaterem, w swojej łaskawości pozwala od czasu do czasu wtrącić trzy grosze narratorowi i towarzyszącej mu tajemniczej dziewczynie, muzie, może odbiciu własnych myśli mężczyzny, dziewczynie, która pojawiła się nagle, znikąd, sprawiając przy tym wrażenie, jakby od zawsze czekała na ten moment spotkania. Jednak bez wątpienia miasto zawłaszcza niemal całą przestrzeń, rozrasta się w niej i usadza wygodnie, snując swoją niesamowitą historię.
Miastem jest Szczecin, z jego poniemieckością, pisaną szwabichą historią, nagle przerwaną i skierowaną w inne koryto, by tam płynęła, zastygając w osobne już obrazy. Nowe nakłada się tutaj na stare, spod świeżej farby wyłażą niczym liszaje fragmenty przeszłości. To, co było, teraz jest fundamentem świeżych konstrukcji. Mamy do czynienia z pewną opozycją, która jednak ani trochę nie razi, pozostaje w zgodzie z księgą chińskich mądrości, jaką ściska pod pachą dziewczyna, by co i rusz do niej zaglądać i konfrontować roztropne aforyzmy z rzeczywistością. Czerń i biel, piękno i brzydota, smród zwałów śmieci i zapach świeżo ściętej trawy, imponujące wysokościowce i rozlatujące się rudery. To normalne w miejskiej przestrzeni, gdzie spotkać można „Miejsce takie jak wszystkie obok miejsca nie przypominającego niczym żadnych innych miejsc”. Podobnie można by postrzegać Warszawę, Lublin czy moją Łódź. Aby jednak było to możliwe, trzeba przystanąć, wyłączyć licznik mierzący cenne minuty przeznaczone na kolejne, zaplanowane i nie cierpiące zwłoki czynności.
Taka podróż przez miasto jest zarazem zagłębieniem się w samego siebie, uruchomieniem wszystkich zmysłów, wewnętrznego radaru, intuicji i wyobraźni. Tak też zrobił mężczyzna, którego imię pozostaje dla nas niewiadomą, bowiem mógłby być każdym z nas. Wówczas nagle, jak zauważa: „Dźwięki i przedmioty pozwalały się wyodrębniać ze swoich kontekstów. Niczemu nie groziło niedostrzeżenie – jeżeli tylko miało się wolę patrzenia”. Otoczenie odwdzięcza się za uważność i zainteresowanie odsłaniając przed nami swe tajemnice, całą skrywaną intymność.
Gdy tak przemierza się uliczki, przeciska przez chaszcze, potyka o zbrojenia na placach budowy, przydarzyć się mogą sytuacje niezwyczajne, niczym z sennego widzenia, na styku grozy z fantastyką. Bo czy naprawdę mogło dojść do spotkania i rozmowy z Alfredem Doblinem, czy też był to powidok z przeszłości zawieszony w przestrzeni miejskiej i wydobyty z niej grą wyobraźni rozbudzonej onirycznym klimatem opuszczonego nabrzeża. Miasto zanurzone we mgle, nagle wyciszone, zadumane, zagubione między czasami, sprzyja takim doznaniom. Być może zadziałały też moce tajemne pogańskiego Trzygłowa, którego wszystkie trzy posrebrzone oblicza, zwrócone teraz na dwoje cichych podróżnych, zaklęły rzeczywistość.
Jakież to dziwaczne, surrealistyczne w swojej oryginalności zakątki skrywa miasto, odsłaniając je jedynie przez wybrańcami idącymi śladem kociego ogona. Wchodzi się w te miejsca zupełnie jak w kadr któregoś z filmów francuskiego duetu: Marc Caro i Jean Pierre Jeunet, czy w feeryczne obrazy mistrza Felliniego. Dajcie się im porwać, poluzujcie hamulce zdrowego rozsądku i przyduszającego do ziemi sceptycyzmu. To przygoda, do której zaprasza was miasto, nie znoszące samotności, domagające się uwagi, przytulające każdego bezdomnego, bez rodziny, bez ojczyzny, bez pieniędzy i bez nadziei. A także wszystkich dziwaków, w tym nałogowo piszących i czytających, uzależnionych od słowa, zupełnie na nie nieodpornych. Zwariowany surrealizm podkręcony zostaje klimatem noir, domieszką niepokoju, półcienia i wyczekiwania…
To, co autor wyczynia z tekstem, jak podlewa go emocją, by za chwilę wyciszyć, a nawet na moment zatrzymać w napięciu, jakie impresje buduje z drobin wrażeń i spostrzeżeń, jak nimi gra, modulując rytm i amplitudę wzruszeń – przy czym łączy słowa w sposób zaskakujący i nieoczywisty, tworząc zupełnie odkrywcze sensy i metafory – zasługuje na podziw. Pozwala nam sycić się atmosferą, wnikać pod powierzchnię rzeczy, wywracać je na nice i chłonąć świat, jakiego byśmy się w miejskiej przestrzeni nie spodziewali.
W opowieści Marka Warchoła miasto żyje, oddycha, podgląda nas ukradkiem, usiłuje nami kierować i wchodzi z bohaterami w ważną interakcję, jest samoistnym, bogatym i różnorodnym bytem, stwarza sytuacje i je moderuje, przyglądając się reakcjom poddawanych próbom ludzi.
Fragment poświęcony czytaniu – na wskroś prawdziwy. Czyż bowiem nie czujemy się czasami jak narrator wchłonięty przez prozę Kafki, poddany działaniu „potężnej siły, która wciągała mnie do wnętrza czarnej dziury wzdłuż spiralnej, galaktycznej trajektorii” ? Cóż byłoby z kontynuacją tak pięknie rozpoczętego bezdnia, gdyby nie zdołał się on z tej pułapki wydostać, kto dokończyłby oprowadzać nas po mieście chimerze?
Opowieść jest przepiękna, na wskroś poetycka, utkana z obrazów i słów, dla których autor odnajduje nowe, intrygujące zastosowania. Jest architektem z wykształcenia, ale też architektem opowiadania. Konstruuje wielopłaszczyznową budowlę, w której nie ma zbędnych elementów. Jeśli któregokolwiek by zabrakło, cała konstrukcja może runąć. To precyzyjna i zarazem wizjonerska kompozycja materii i ducha, która długo z nami pozostanie i zapewne wpłynie na nasze postrzeganie otoczenia. Dostaliśmy bowiem narzędzie, które aż się prosi, by zostało wykorzystane podczas spacerów po naszych Krakowach, Gdyniach czy Skierniewicach. One również żyją i czekają, by wpuścić nas do środka i wejść z nami w dialog.
Za egzemplarz dziękuję: https://sztukater.pl/
„Droga zatacza koło, lecz koniec nigdy nie jest tożsamy z początkiem”.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„Bezdzień” Marka Warchoła to króciutka opowieść, chociaż przy tym niezwykle pojemna, mieści bowiem w sobie całe miasto. To ono jest jej głównym bohaterem, w swojej łaskawości pozwala od czasu do czasu wtrącić trzy grosze narratorowi i towarzyszącej mu tajemniczej dziewczynie, muzie, może odbiciu...
Trent Reznor rozpoczyna jedną ze swoich piosenek stwierdzeniem, że wierzy w to, że widzi przyszłość, gdyż każdy dzień polega na powtarzaniu tego samego. W podobny sposób zdaje się funkcjonować główny bohater powieści Marka Warchoła.
Jest poranek, bezimienny główny bohater szykuje się do wyjścia z pracy. Jak każdego innego dnia, powtarzalnym elementem jest wypicie kilku szklanek ciepłej wody z miodem. Dla zdrowotności. Pewnego razu [w końcu każda tego typu historia wymaga, by stało się coś, co wyrwie postać z utartych szlaków], nasz protagonista [prawdopodobnie] przeliczył się z ilością spożytego specyfiku. Podczas drogi do pracy, utknął w ogromnym korku. Nie ma co liczyć, by zdążył na czas na ważne spotkanie. Jednak nie to jest najgorsze – pęcherz coraz mocniej upomina się o to, by go wreszcie opróżnić.
Niewiele myśląc i jeszcze mniej mogąc [a to akurat fragment z utworu Łony], bohater wysiada z auta i udaje się pod znajdujące się nieopodal drzewo, by zaspokoić swoją biologiczną potrzebę. Przy okazji oddawania moczu, spotyka siedzącą obok dziewczynę. I razem, nie dbając o rzeczywistość i codzienność, udają się w podróż po mieście…
Napisany przez Marka Warchoła „Bezdzień” stoi architekturą. Tego typu opisów jest mnóstwo i są one najmocniejszą stroną książki. W to wszystko wplata się szeroko rozumiana poetyckość, która z jednej strony podbija klimat, z drugiej – ukrywa dość prosty przekaz.
On i Ona – pierwszoplanowe, bezimienne postaci, są nijakie. Papierowe. Byli mi całkowicie obojętni, a ich rozmowy od czasu do czasu sprawiały, że zgrzytałem zębami. Za to Miasto – właściwie trzeci główny bohater powieści, było bardzo intrygujące. Ludzie w „Bezdniu” zdawali mi się być makietą, tłem dla tętniącego architektonicznym życiem Miasta.
Mam mieszane uczucia. Podobały mi się architektoniczne opisy, klimat powieści i warstwa językowa. Ale mam wrażenie, że to przerost formy nad dość prostą treścią, która nie była w stanie zmusić mnie do refleksji.
Będę jednak obserwować twórczość Marka Warchoła, bo widzę w Autorze ogromny potencjał.
Książkę do recenzji otrzymałem od Wydawcy w ramach współpracy barterowej.
Dłuższa recenzja na moim blogu - link: https://karols.pl/bezdzien-marek-warchol-recenzja/
Trent Reznor rozpoczyna jedną ze swoich piosenek stwierdzeniem, że wierzy w to, że widzi przyszłość, gdyż każdy dzień polega na powtarzaniu tego samego. W podobny sposób zdaje się funkcjonować główny bohater powieści Marka Warchoła.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJest poranek, bezimienny główny bohater szykuje się do wyjścia z pracy. Jak każdego innego dnia, powtarzalnym elementem jest wypicie kilku...
Czasami chciałabym się znaleźć tam gdzie bohaterowie książki. On i ona. Mieć swój Bezdzień. Albo Bezczas, bo tym w pewien sposób jest Bezdzień. Obudzić się, zrobić wszystko to co każdego dnia rano człowiek zwykle robi, a potem być właśnie tam. A może tu - ale bardziej?
Książa to sprawiła. Zabrała mnie na długi spacer – niby w moim mieście – Szczecinie – a jednak w innej Czasoprzestrzeni.
Ostatnio gdzieś usłyszałam zdanie, że dobry związek jest jak dobra, niekończąca się rozmowa. Ta książka jest w takim razie jak dobry związek. W rozmowach i w pauzach bohaterów można się zatracić. Czasami poważnie, z zadumą, z zamyśleniem. Często z ironią, humorem i błyskiem w oku. Są też dreszcze i inne emocje. Nie zdradzę jakie.
Trzecim bohaterem jest miasto. On i ona odkrywają nie tylko bezczas, ale również przestrzenie miasta. Patrzą na nie i widzą je inaczej niż każdego dnia. Targ, centrum handlowe, kościół, cmentarz.
Jest jeszcze coś wspaniałego w tej książce – mimo że wydarzenia dzieją się w ciągu jednego Bezdnia – to każdy rozdział jest jakby kolejnym czasem/dniem/momentem życia. Czyta się tak, jakby przy otwarciu oczu rano doznawać radości tego, że te oczy otwieramy i ciekawości tego – co przyniesie kolejny dzień. Może brzmi to banalnie – ale Autor umiał opisać to tak, że banalne nie jest.
Są jeszcze teksty bohaterów - ich dialogi - przewspaniałe!
Książka zdecydowanie na 10 gwiazdek. Literacko – mam nadzieję, że dostanie liczne nagrody. Bardzo bardzo warto przeczytać – a potem wracać do losowanych fragmentów (niczym bohaterka, która też losuje fragmenty książki do czytania).
Czasami chciałabym się znaleźć tam gdzie bohaterowie książki. On i ona. Mieć swój Bezdzień. Albo Bezczas, bo tym w pewien sposób jest Bezdzień. Obudzić się, zrobić wszystko to co każdego dnia rano człowiek zwykle robi, a potem być właśnie tam. A może tu - ale bardziej?
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiąża to sprawiła. Zabrała mnie na długi spacer – niby w moim mieście – Szczecinie – a jednak w innej...
Tak, jest to powieść poetycka.
Autor bawi się słowem. Słowem maluje obrazy. Niektóre wyrażenia czytałam kilka razy ciesząc się ich trafnością, smakując określenia. Czasem zamyślałam się nad jakimś porównaniem, a czasem podziwiałam pomysł ujęcia jakiegoś zjawiska.
Podróż bohaterów w różnych wymiarach powodowała zadumę.
Dodatkowym plusem było to, że będąc Szczecinianką czytając czuję moje miasto. Wędruję z bohaterami bardzo konkretnymi ulicami, widzę je.
Tak, jest to powieść poetycka.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAutor bawi się słowem. Słowem maluje obrazy. Niektóre wyrażenia czytałam kilka razy ciesząc się ich trafnością, smakując określenia. Czasem zamyślałam się nad jakimś porównaniem, a czasem podziwiałam pomysł ujęcia jakiegoś zjawiska.
Podróż bohaterów w różnych wymiarach powodowała zadumę.
Dodatkowym plusem było to, że będąc Szczecinianką...