Antoni Libera,
Najlepiej się nie urodzić
Spójrzmy na dwóch kronikarzy codzienności tworzących mniej więcej w tym samym czasie – w drugiej połowie XX wieku – na Jerzego Pilcha i Antoniego Liberę.
Jeden opisując szarą egzystencję daje odczuć czytelnikowi, że proza życia wyraźnie mu ciąży. Cierpi, kiedy pisze o everymanie i jego życie przedstawia zawsze jakby „na sterydach”: w szpitalu psychiatrycznym, podkręcone alkoholem, udziwnione przez cudowną zdolność słyszenia pinów do kart bankomatowych. Ucieka od niej, choćby w świat używek, tak, jakby historia, którą przedstawia narrator powieści była przez to, że szara, zwyczajna – niewarta opowiedzenia i – tym bardziej – niewarta lektury. Uciekający od nudy, eskapizujący podmiot jest wszystkim.
Drugi jest zachwycony codziennością, im zwyczajniejsza, im spokojniejsza jest historia, którą przedstawia, tym bardziej się nią delektuje. Paradoksalnie opowieść, która dzięki temu powstaje mieni się wszystkimi kolorami i daje się smakować pełnią smaków. Narrator nie oczekuje zabawiania, podkręcania, ubarwiania codzienności, nie szuka niczego, co mogłoby przełamać jej rutynę. Ze stoickim spokojem rozgaszcza się w swojej jedynej ojczyźnie – języku (wrócimy do tego!)– i snuje opowieść, która niesie pokój i ukojenie.
Dlaczego recenzję „Najlepiej się nie urodzić” Antoniego Libery zaczęłam od Jerzego Pilcha? Autora „Spisu cudzołożnic” do tego zbioru opowiadań zaprosił sam autor, włączając do niego pastisz Pilchowskiej prozy: złośliwe (wobec Pilcha),ironiczne i arcyzabawne opowiadanie „Liryki lozańskie”, które zawiera wszystkie elementy Pilchowskiego uniwersum: dopieszczone pierwsze zdanie, morze alkoholu, luterstwo, a także niemożność pisania cudownie ironicznie opisaną w poniższym fragmencie:
„Dlaczegóż by nie wyróżnić zagadkowego Gustawa? I cóż z tego, że nic nie napisał? Choć raz nagrodzić „Wielkie Niespełnienie?” Dać szansę Niespełnionemu, żeby się wreszcie spełnił! Zresztą – po cóż spełnił? By się dalej nie spełniał, bo czymże jest Skwarne Lato, a nawet Burzliwa Wiosna wobec nadziei, jakie każde z nich budzi?
Nagrodzić Gustawa – któż dziś jak on, ma odwagę nie pisać. Milczy nim zaczął mówić. Niech snuje swój wewnętrzny poemat, którego złote okruchy, niczym robaczki świętojańskie będą co jakiś czas błyskać w eterycznej przestrzeni.”
Zupełnie inną od „Liryk lozańskich” codzienność opiewa pierwsze i zarazem tytułowe opowiadanie zamieszczone w tym zbiorze, czyli „Najlepiej się nie urodzić”. Przenosi nas ono do warszawskiego getta, krótko przed jego likwidacją w 1942 roku. Uwięziona w nim matka narratora ze spokojem konstatuje, że jeśli chce ocaleć, musi się z niego wydostać. Dzwoni zatem poza jego mury, organizuje swoją ucieczkę, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Uciekając, nie wie gdzie się podzieje, powtarza w myślach sentencje Horacego, które zna sprzed wojny: „Stanie się to, co się stanie”, „Pamiętaj, by w trudnych chwilach zachować równowagę” i „Nie pytaj, co się stanie jutro”. Tytułowa teza Teognisa: „Najlepiej się nie urodzić” pojawia się, jako przedmiot spotkania naukowego w getcie, przy Żelaznej 70 w 1941 roku, w trakcie którego, uczestnicy – niezrażeni wojenną rzeczywistością – zajmowali się tym, co było ważne – myślą i prawdą. Analizowali wartość logiczną tego sądu, rozważali go w kontekście determinizmu, indeterminizmu, pojęcia przypadku, doszli do wniosku, że sąd Teognisa nie był incydentalny, a podobne zdania można znaleźć u Sofoklesa, Szekspira, Calderona, także w Starym i Nowym Testamencie, czy u Schopenhauera. Przy Żelaznej 70 nie znający się jeszcze rodzice narratora wymienili zaledwie spojrzenie. Ponownie spotkali się po 4 latach, w zupełnie innej rzeczywistości. Nastrój stoicyzmu dominuje w całym opowiadaniu, mimo dewastujących okoliczności – getta, wojny, głodu, brudu, donosicielstwa, rozpędzającego się stalinizmu. Matka narratora momentami przygląda się sobie konstatując, że – mimo dystansu, jaki odczuwa wobec „swoich” - ratunku w powojennej zawierusze szuka tylko u nich (m. in. u brata współpracującego z UB, którym gardzi). Nawet tak pobieżne streszczenie jednego z opowiadań udowadnia, że mimo, że od czasu publikacji „Madame” minęło wiele lat, Libera nadal żyje tym, co napędzało jego debiutancką powieść.
Mamy zatem w tym zbiorze opowiadań odwołanie do Samuela Becketta, więcej – dowiadujemy się, że nad „Madame” unosiło się „błogosławieństwo Becketta” (taki tytuł nosi opowiadanie zamykające ów zbiór),któremu – jak podejrzewa autor ta powieść zawdzięcza swój sukces. W 1986 roku – kilka lat przed jej publikacją Libera – tłumacz Becketta - odbył z nim rozmowę, w której Beckett wyjawił mu, że zawsze marzył, by napisać coś takiego, jak „Effi Briest” Theodora Fontainea, co okazało się to niemożliwe, bo – „teraz już się tak nie pisze, teraz pisze się znacznie gorzej”. Czyż tego rodzaju dylematy nie pojawiają się na początku i na końcu „Madame”? „Kiedyś to były czasy…”
Opowiadanie „Opowieść idioty” przynosi rozliczenie z – także obecnymi w najważniejszej powieści Libery – Witkacym i Gombrowiczem. Nabrawszy dystansu do Gombrowicza, po latach jakie minęły od zachłyśnięcia się jego buńczucznym, obrazoburczym i bezkompromisowym stylem stwierdza, że jedyne, co przynosi lektura Gombrowicza, to sceptycyzm – nauka wątpienia, przekora i negacja wiary w nadprzyrodzony sens, czy działania podejmowane w jego imię. Z kolei Witkacy - jak przystało na błazna, który na ogół bywa smutny – wypada przy Gombrowiczu nader poważnie. Przeczuwał nadciągającą katastrofę i zmierzch cywilizacji i – w odróżnieniu od Gombrowicza – przejął się tym. Zaszył się w innej epoce i – przez samobójstwo popełnione 18.09.1939 na zawsze w niej pozostał.
„1967” traktuje o wojnie sześciodniowej, w wyniku której Izrael zdobył półwysep Synaj, zachodni brzeg Jordanu ze wschodnią Jerozolimą i część Syrii. Jest ono dla nas zapisem poszukiwania tożsamości przez kogoś, kto – urodziwszy się w Polsce, w żydowskim, acz bezwyznaniowym domu, szuka swojej tożsamości. Ma świadomość, że XX wiek utracił wiarę, ale patrzy wystarczająco głęboko, by dostrzegać, że wraz z wiarą utracił także porządek. Zaczął szukać innej drogi, ale nigdy jej nie odnalazł. Może dlatego, że innej drogi nie ma. Ojciec – bezwyznaniowy Żyd, którego poznaliśmy w tytułowym opowiadaniu – tłumaczył nastoletniemu narratorowi opowiadania 1967, że to Kościół Katolicki był schronieniem przed prawosławną Rosją i państwem pruskim. Rodzina Libery w drugiej połowie XIX w opuściła gminę wyznaniową i od tego czasu nie przestaje mierzyć się z tym, co jest poza nią - z kulturą oświeconą i światem laickim. Od tego czasu wisi nad nimi pytanie o to, co jest kryterium tożsamości: co znaczy być Żydem poza religią, gminą, poza hebrajskim i poza jidysz. Co zostało? Dla narratora – i Madame, i „Najlepiej się nie urodzić” - jedyną ojczyzną stał się język polski. Znakomity punkt wyjścia dla pisarza, nieprawdaż?
„Wesele którego nie było” jest doskonałą ilustracją kroku, jakie młodziutki narrator uczynił uświadomiwszy sobie ów punt wyjścia. Przynależąc jedynie do języka, znalazł się w epicentrum najważniejszego wydarzenia literackiego połowy lat sześćdziesiątych – co sprawiło, że jednocześnie spełnił marzenia każdego miłośnika literatury, a zarazem został z nich odarty (i to nie przez fakt ich spełnienia). Fragmenty „Miazgi” Jerzego Andrzejewskiego – tego najważniejszego wydarzenia literackiego lat sześćdziesiątych – ukazały się w dziesiątym numerze „Twórczości” z kwietnia 1965 r. 18 miesięcy później (w październiku 1966) ukazały się kolejne fragmenty powieści. Jeszcze piętnaście lat później Tomasz Burek pisząc o tych wydarzeniach pisał jak o sensacji.
O czym jest „Miazga”? O ślubie, do którego nie doszło. Taka konwencja wymaga od pisarza niebywałej ekwilibrystyki, która umożliwia ukazanie czegoś, co ma się nie odbyć, opowiedzenia historii, do której ma nie dojść. Andrzejewski opisuje przyjęcie weselne, jak mogłoby ono przebiegać, gdyby przebiegło. Żongluje dwoma rodzajami fikcji: pierwszą – podniesioną do potęgi – fikcją warunkową i drugą – tradycyjną – fikcją konwencjonalną. W pierwszej części książki posługuje się fikcją warunkową – opisuje przygotowania do przyjęcia weselnego, które się nie odbędzie. W drugiej części (dla niepoznaki zatytułowanej „Prolog”) posługuje się fikcją konwencjonalną – opisuje świat przedstawiony konwencjonalnie. Puentą „Miazgi” ma stać się to, że świat przedstawiony warunkowo nie stanie się światem przedstawionym konwencjonalnie.
W 1965 roku narrator „Wesela, którego nie było” był licealistą, jednakowoż zamieszanie wokół „Miazgi” do niego dochodziło. Andrzejewski w 1968 - jako pierwszy polski pisarz – zaprotestował przeciwko wejściu wojsk UW na Czechosłowację. Został wyklęty przez władze PRL, a jego twórczość – łącznie z „Popiołem i diamentem”, który był wówczas lekturą – została zakazana.
Narrator opowiadania napisał do autora niewydanej „Miazgi” list wyrażający uznanie i – nieoczekiwanie – doczekał się odpowiedzi, a nawet propozycji spotkania, która nadeszła w 1969 roku, tuż przed jego 20 urodzinami (19 kwietnia). Do spotkania między studentem II roku polonistyki, a uznanym pisarzem doszło w hotelowym barku Bristolu, znanym studentowi jedynie z literatury. Rozmowa zeszła na „Miazgę”. Andrzejewski poinformował o kradzieży notatek, o magmowatym świecie, na który można opowiedzieć magmowatym utworem, którym miała być właśnie tworzona przez niego powieść. Student polonistyki napisał – w ramach pracy rocznej na polonistyce – elaborat na temat niedokończonej „Miazgi”. Przesłał go Andrzejewskiemu. Ten, w dowód wdzięczności przeniósł czas akcji na 19 kwietnia 1969 (w przyszłości ów dzień miał się okazać dniem jego śmierci!) i wprowadził postać będącą portretem naszego narratora, włączył do książki pierwszy list, który otrzymał od niego (jako list bohatera, który był jego ilustracją do Adama Nagórskiego, który był ilustracją samego Andrzejewskiego. Miał więc narrator wykonać coś, co za chwilę zaczął uprawiać Lem w „Próżni doskonałej”: napisać szkic na temat nieistniejącej książki, streścić ją, sproblematyzować, porównać z innymi dziełami nieistniejącego autora i zarysować jego sylwetkę. Tym samym narrator opowiadania zmienił się w latach 1969 – 70 z, trwającego w niewinnym zachwycie odbiorcy literatury, w jej animatora, współtwórcę i zarazem bohatera książki(!). Ta insiderska wiedza rozkochanemu w niej studentowi przyniosła jednak rozczarowanie.
Opowiadanie „Niech się panu darzy” wychowanemu poza religią narratorowi przynosi cud – o ironio – iście w stylu „Opowieści Wigilijnej”. Znacznie mniej optymizmu przynoszą „Toccata C – dur” i „Widok z góry i z dołu”. Wydźwięk „Toccaty…” jest dość podobny do „Wesela, którego nie było”. Przynosi rozliczenie ze sztuką, z obietnicami, które ona składa i których nie spełnia. Z tym, co sztuka daje, z tym, tym, co zabiera, z oszustwami, na które łapie kolejne pokolenia wrażliwców. To opowiadanie opisuje losy dwojga maturzystów przygotowujących występ dyplomowy w szkole muzycznej, na który wybierają Toccatę C-dur (tak, jak pisałam – ciągle jesteśmy bardzo blisko „Madame”). Jeden z nich oddał się muzyce bez reszty, drugiemu się to w pewnym sensie nie udało. Ukazanie ich losów kilkadziesiąt lat po maturze jest pretekstem do refleksji nad sensem sztuki, jej prawdą i wartością. Wydźwięk jest raczej pesymistyczny. „Widok z góry i z dołu” odpowiada na podobne pytania, a punktem wyjścia dla tego opowiadania jest wizyta w Warszawie kogoś kto wyemigrował z niej przed wielu laty.
„Kompot z wisień” – opowiadanie, które Antoni Libera zadedykował Pawłowi Huelle – narrator, którego znamy z „Madame” (łącznikiem między tym opowiadaniem a powieścią jest choćby „kolega Jarek”, którego filozofia życiowa sprowadza się do „nie ważne co, ważne żeby”) spędza lato w Orłowie, chadza z rodzicami na obiady „do plastyczek”, irytuje się na tatę, który zamiast prowadzić neutralny small talk ze ślicznymi studentkami, zaczyna konwersację od pytania: „Co pani ostatnio czytała?” (a przecież nie każdy czyta!!!). Przypada mu na tych wakacjach w udziale „niańczenie” syna lektorki francuskiego z UW - Simone Marcel dwudziestoletniego Yvesa. Jako tło wakacyjnych perypetii, niczym milczący bohater, pojawia się historia Polski, wojna domowa w Hiszpanii (1936 - 1939 – była też poruszona w „Madame”!),fala emigracji (wszak emigrowali nie tylko ci, którzy nie byli w stanie zaakceptować komunizmu w Polsce, ale także ci, którzy – jak matka Yvesa - uważali, że komunizmu w Polsce jest za mało i angażowali się od czasów przedwojennych w ruch komunistyczny. Pojawiają się domysły dotyczące jej współpracy z SB, wszak jej mąż należał do Kominternu, a ona sama po reaktywacji partii komunistycznej we Francji w 1945 roku stała się na nowo aktywnym jej członkiem. Francja „burżuazyjna” ją prześladowała, a Polska udzieliła jej wspaniałomyślnie wsparcia po tym wszystkim ona jeździła tam i z powrotem.
Dla Pilcha pojawienie się kogoś tak barwnego, jak pani Simone i jej syn Yves, zwłaszcza w trakcie nudnego lata, spędzanego tam gdzie zawsze i tak jak zawsze byłoby wybawieniem. Burzący rutynę i przełamujący monotonię na tle szarzyzny PRLu i programowych niedoborów stanowili dla niej barwną odskocznię – jednakowoż nie byli witani z otwartymi ramionami przez narratora „Najlepiej się nie urodzić”. Autor zdaje się zachowywać dystansu wobec tej barwnej parki, mimo mimochodem rzucanych deklaracji dotyczących znajomości z Picassem, Sartrem i Camusem, z Aragonem i Elzą Triolet.
Co dystansem zachowywanym wobec fajerwerków, jakie zafundować może odbiorcy barwna „pani Simone” chce nam powiedzieć Libera? Że wszystko co wartościowe i wszystko, co ma znaczenie, jest gdzie indziej: w monotonii, rutynie, nudzie i spokoju, w którym nie musimy udawać nikogo, ani nikogo uwodzić i z nikim się ścigać. W szarzyźnie i w niedoborze, które paradoksalnie mogą dawać wolność. Zamiast ognistej wody narrator u Libery sączy kompot z „wisień” i rozgaszcza się w języku który jest wszystkim co ma, a zarazem tym, co wyznacza mu jedyne uznawane przez niego granice.
OPINIE i DYSKUSJE o książce Widoki
Książka ta zawiera w sobie pewne wartościowe elementy, ale jako całość jest słaba. Zupełny brak realizmu w ukazaniu dzisiejszych zachowań społecznych i warunków życia, tak jakby autorka nie miała pojęcia o ludziach, których opisuje. Wiele rzeczy jest bardzo sztucznych i nienaturalnych np. podkreślenie rzekomego luksusu oliwy extra vergine, którą dziś można kupić w Żabce... Sylwetki bohaterów wydają się mało wiarygodne. Książka ma naśladować klasyczną powieść, która powinna być zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu... a u Kwaśnickiej zdolność tego zwierciadła do odbijania rzeczywistości jest wątpliwa.
Książka ta zawiera w sobie pewne wartościowe elementy, ale jako całość jest słaba. Zupełny brak realizmu w ukazaniu dzisiejszych zachowań społecznych i warunków życia, tak jakby autorka nie miała pojęcia o ludziach, których opisuje. Wiele rzeczy jest bardzo sztucznych i nienaturalnych np. podkreślenie rzekomego luksusu oliwy extra vergine, którą dziś można kupić w Żabce......
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWłaściwie mogę podsumować krótko: snobizm i sztuka. To znajdziecie w tej książce. Sztywną inteligencję krakowską, która nie uważa tej warszawskiej za równą sobie. Kolacje przy świecach ze znajomymi z wyższych sfer. Dokładnie prześwietlanie pochodzenia znajomych, z którymi można się pokazać lub nie. Nie wiem jaki zamiar przyświecał autorce. Czy chciała wywyższyć inteligencję, czy zmieszać jej zachowanie z błotem.
Bardzo sucha to książka, bardzo sztywna i wyważona. Bez dobrej puenty.
Przeczytałam, ale przejdzie bez większego echa.
Właściwie mogę podsumować krótko: snobizm i sztuka. To znajdziecie w tej książce. Sztywną inteligencję krakowską, która nie uważa tej warszawskiej za równą sobie. Kolacje przy świecach ze znajomymi z wyższych sfer. Dokładnie prześwietlanie pochodzenia znajomych, z którymi można się pokazać lub nie. Nie wiem jaki zamiar przyświecał autorce. Czy chciała wywyższyć...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to[współpraca barterowa] z @wydawnictwom
Pisanie recenzji o kryminałach czy romansach jest proste. Przynajmniej ja tak sądzę. Pisanie recenzji o takich książkach, jak Marty Kwaśnickiej, to już wyższa szkoła, bo sama książka, to ani przyjemny romans, ani kryminał, gdzie szukamy na kartach strony mordercy. Autorka zabrała nas do malowniczej willi, skąd roztacza się magiczny widok, abyśmy uczestniczyli w obiedzie, wydanym przez Annę. Anna i jej mąż Filip. Małżeństwo idealne. Idealnie dobrani, poglądowo i wizualnie. Ona poświęciła swoją karierę dla domu. On pnie się po szczeblach, choć sam ma świadomość, że mógłby więcej.
Anna postanowiła, iż tym razem wprowadzi na salony swoją przyjaciółkę Krystynę, która ma to coś i może towarzystwo to dostrzeże. A zadowolić TO towarzystwo, to nie jest prosta sprawa. Każda z przybyłych osób, została starannie dobrana, aby usiąść przy stole i móc uczestniczyć w rozmowie. Gospodyni ma wszystko zaplanowane w najdrobniejszym szczególe. Tu nie ma miejsca na spontaniczność i jakiekolwiek potknięcie. Tu są tematy odpowiednio dobrane, a jedzenie jest na najwyższym, światowym wręcz poziomie.
Poznajemy każdego z gości. Czy są szczęśliwi, że siedzą razem, zamiast spędzać czas z kimś innym w innym miejscu? Nie, ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że oni tu muszą być, gdyż są ze sobą powiązani łańcuchem wzajemnych współzależności. Każdy może od każdego coś załatwić lub dla kogoś coś załatwić. Tu nie ma przyjaźni. Tu są zobowiązania, a w nich na pewno nie ma miejsca na przyjemności.
Krystyna odstaje. Jest taką książkową "sierotką Marysią", która nie powinna się tam była znaleźć, którą przytłacza całe spotkanie, a wymuszone rozmowy przyprawiają ja o lęki.
Poznajemy przemyślenia każdej z person. Ich obawy, lęki. Widzimy, jak bardzo obawiają się tego, iż któregoś dnia mogliby przestać pasować. Ten dzień dla wielu z nich okazałby się katastrofą.
"Koledzy z mniej ważnych szkół, o ile nie byli wielkimi sławami i nie mieli znajomości w stołecznych redakcjach, budzili w profesorach głównych uniwersytetów szacunek zaledwie grzecznościowy. Było to być może poważnie podobne do tego, jakimi kiedyś magnateria obdarzała średnią szlachtę, niby równą stanem, a przecież należącą do innego świata i nieposiadającą ani odrobiny przywilejów, którymi cieszyli się magnaci. Względy okazywane hreczkosiejowi przez wielmożę były odruchem, konsekwencją prawa, ale nie stało za nimi przekonanie o rzeczywistej równości".
Książka jest ciężka w odbiorze, choć czyta się ją nad wyraz lekko. Wiele refleksji i wiele przemyśleń pojawia się tak i w trakcie, jak i po przeczytaniu całości. Nie ma tu czułości, uśmiechów, spontaniczności. Wszystko jest dobrze wystudiowaną pozą, jak figura na obrazie, na którą słońce pada zawsze pod odpowiednim kątem.
Tu jest szarość i smutek wynikający z ciasnoty, która pozornie otwiera im cały świat.
[współpraca barterowa] z @wydawnictwom
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPisanie recenzji o kryminałach czy romansach jest proste. Przynajmniej ja tak sądzę. Pisanie recenzji o takich książkach, jak Marty Kwaśnickiej, to już wyższa szkoła, bo sama książka, to ani przyjemny romans, ani kryminał, gdzie szukamy na kartach strony mordercy. Autorka zabrała nas do malowniczej willi, skąd roztacza się magiczny...
Wyśmienita książka. Czytałam ja z wielką przyjemnością. Historia jakże banalna ale ukazująca w bardzo lekki sposób ludzkie słabości, wątpliwości i karykaturę własnej postaci która sami tworzymy. Język jakim napisana jest ta ksiązka- dla mnie rewelacja
Wyśmienita książka. Czytałam ja z wielką przyjemnością. Historia jakże banalna ale ukazująca w bardzo lekki sposób ludzkie słabości, wątpliwości i karykaturę własnej postaci która sami tworzymy. Język jakim napisana jest ta ksiązka- dla mnie rewelacja
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to🥂🍽️🗣️ Często organizujecie spotkania ze znajomymi?
📖 Widoki
✒️ Marta Kwaśnicka
🏢 Wydawnictwo M
[współpraca reklamowa] z Wydawnictwo M
🥂🍽️🗣️ Anna i Filip postanawiają zorganizować kolację ze znajomymi. Co może pójść nie tak? Zaczyna się niewinnie, gdyż goście zaczynają konwersację od niewinnej wymiany plotek, wspomnień sukcesów i planów.
🥂🍽️🗣️ Podczas upływu czasu na wierzch wypływają coraz to poważniejsze pytania i odpowiedzi. Rozmowa przechodzi do tematów takich, jak kompleksy i uprzedzenia. Dochodzi nawet do pewnego rodzaju podsumowań pokoleniowych.
🥂🍽️🗣️ Nie jest to na pewno łatwa książka. Porusza ona wiele tych poważnych i też tych mniej poważnych tematów. Pomimo że główną osią fabularną jest rozmowa to w tej książce zbyt dużo typowych dialogów nie znajdziemy. Czy to dobrze, czy źle? Nie mnie oceniać, jest to na pewno ciekawe rozwiązanie. Każdy wątek jest szczegółowo opisany i rozwinięty, głęboko przemyślany.
🥂🍽️🗣️ W powieści zwrócona także uwaga na różnicę pomiędzy inteligencją, sztuką i jej pojmowaniem w Krakowie, a w Warszawie. Jeśli szukacie poważniejszej literatury to jest to pozycja dla was!
🥂🍽️🗣️ Często organizujecie spotkania ze znajomymi?
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to📖 Widoki
✒️ Marta Kwaśnicka
🏢 Wydawnictwo M
[współpraca reklamowa] z Wydawnictwo M
🥂🍽️🗣️ Anna i Filip postanawiają zorganizować kolację ze znajomymi. Co może pójść nie tak? Zaczyna się niewinnie, gdyż goście zaczynają konwersację od niewinnej wymiany plotek, wspomnień sukcesów i planów.
🥂🍽️🗣️ Podczas upływu czasu na...
Są w Polsce miasta, w których nawet jeśli się urodzisz i będziesz mieszkać całe swoje życie, nigdy nie będziesz "u siebie". Tylko dlatego, że Twoi przodkowie z niego nie pochodzą. Marta Kwaśnicka uważa, że są też ludzie, dla których nie będziesz partnerem do rozmowy, jeśli nie wywodzisz się z rodziny inteligenckiej albo przynajmniej nie piastujesz posady w ministerstwie, która ten brak odpowiedniego rodowodu przykryje. Jeśli masz „dobre" pochodzenie, właściwie nie potrzebujesz własnych osiągnięć. Możesz nie wyróżniać się niczym szczególnym, ale jeśli Twój ojciec lub matka choć otarli się o wyższe sfery, dostąpisz zaszczytu bycia gościem na kolacji u Anny i Filipa.
Po pierwszych, powiedzmy, 20 stronach odtrąbiłam, że „Widoki“ Marty Kwaśnickiej to jedna z najlepszych powieści tego roku. Wcale nie z powodu fabuły, bo to w sumie banalna obyczajówka, ale za sprawą tematu, konstrukcji i języka.
Swoją drogą absurdalne, że poprawność literacka jest dziś sporadycznie spotykanym atutem, a nie koniecznością. Ale to temat na inną okazję...
W „Widokach“ na pierwszy plan wysuwa się snobizm i sztuka. Ten pierwszy ma dwa oblicza — krakowski i warszawski, które na potrzeby książki spotykają się przy jednym stole, choć w głębi serca gardzą sobą nawzajem. Czym się różnią? Chyba każdy wie. W Warszawie miarą jest status materialny, w Krakowie dziedzictwo. Sztuka z kolei pełni rolę narratora. Nie pomijając, że życiorys i dorobek Meysztowicza zostały opisane w taki sposób, że można uwierzyc, że galicyjski malarz istniał na prawdę. Nie istniał.
W jeden z recenzji (przepraszam, nie pamiętam czyjej) znalazłam porównanie „Widoków" do filmu „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie“. Myślę, że bardzo trafione, chociaż książka moim zdaniem jest bardziej wysublimowana.
Polecam wszystkim, którzy lubią przytulne klimaty, sugestywne opisy małopolskich krajobrazow i wspomnianą już sztukę, nie tylko malarską.
Są w Polsce miasta, w których nawet jeśli się urodzisz i będziesz mieszkać całe swoje życie, nigdy nie będziesz "u siebie". Tylko dlatego, że Twoi przodkowie z niego nie pochodzą. Marta Kwaśnicka uważa, że są też ludzie, dla których nie będziesz partnerem do rozmowy, jeśli nie wywodzisz się z rodziny inteligenckiej albo przynajmniej nie piastujesz posady w ministerstwie,...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toO czym dyskutuje wyższa klasa średnia w Krakowie i w Warszawie? Czy potrafią się porozumieć? Co jedzą, czym się zachwycają? O czym marzą? Czy potrafią ze sobą wytrzymać? W książce podczas pewnej uroczystej kolacji obserwujemy różne archetypy postaci, rozmaite zachowania.
Z tego grona chyba pragmatyzm warszawiaków jest mniej odrzucający niż cechy tej drugiej strony. By obraz był pełny w tej książce brakowało mi błazna, który wykpi wszystko i handlarza oburzenia.
Po lekturze jednak zadawałem sobie pytanie, czy autorka czasem nie jest zbyt surowa dla Anny i Filipa? Dbałość o detale sprzyja porządkowi. Wiem czym jest, i jak wygląda przeciwieństwo. Myślę, że autorka również, więc jestem zaintrygowany.
"(...) to przedmioty, przeciwnie, są zwykle doskonale nieruchome, jakby odwieczne. Zwykle są to rzeczy bardzo kunsztowne, pewne swoich konturów - nie pozostawiają widzowi żadnych wątpliwości, one istnieją, natomiast ludzie są zamglenia, walczą o swój status, czasem wydają się rodzajem fatamorgany".
Ciągle jestem za ramenem ale lubię też rosół, uwielbiam żurek. Czytam Petersona, Zizka, Marksa, Rothbarda tylko że nie podróżuje, bo jestem hobbitem i mój synek jest niepełnosprawny, więc czy Biarritz czy Barbados ? Mam prostych, kochających rodziców. Kim ja jestem?
Nie mam już planów. Nie mam oferty spróbować zmierzyć się z habilitacją Nie mam mojej "geriatrii" tak jak jedna z bohaterek, francuskich papierosów. Mam parę wspomnień do których nie wracam. Myślę jednak, że wciąż potrafię pięknie spędzać czas, podkreślać ulotność wciąż nielicznych pięknych chwil - tak jak mieszkańcy Bołszowa. Przynajmniej chce spróbować? To chyba był mój ulubiony fragment książki.
Cały czas wierzę, że są spotkania towarzyskie w których nie ma gier o status albo jak są to w stopniu minimalnym. Mam nadzieję, że Pani Marta Kwaśnicka również.
O czym dyskutuje wyższa klasa średnia w Krakowie i w Warszawie? Czy potrafią się porozumieć? Co jedzą, czym się zachwycają? O czym marzą? Czy potrafią ze sobą wytrzymać? W książce podczas pewnej uroczystej kolacji obserwujemy różne archetypy postaci, rozmaite zachowania.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZ tego grona chyba pragmatyzm warszawiaków jest mniej odrzucający niż cechy tej drugiej strony. By...
Jednej rzeczy nie zapomnę po tej lekturze - autorce udało się skutecznie zniechęcić mnie do tzw elity inteligenckiej bo w książce jej przedstawiciele są wyjątkowo nijacy, sztuczni i nieciekawi. Już od początku trafiłam na manierę literacką, której bardzo nie lubię- gdy autorka przedstawiając postaci przede wszystkim skupia się na refleksjach , które sam chce podkreślić i przekazać czytelnikowi . Długo liczyłam na jakiś zwrot w fabule, na konflikt, na zmuszenie bohaterów do zdjęcia masek. Ale się nie doczekałam. Niestety ani postaci, ani narracja nie zaciekawiły mnie w żaden sposób a całość była dość schematyczna i jednostronna Nie pomogły tez fragmenty pracy o fikcyjnym malarzu polskim. . A może nadal chcę wierzyć, że wśród inteligencji są także prawdziwi ludzie żyjący własnym, twórczym życiem a nie tylko powielający schematy?
Jednej rzeczy nie zapomnę po tej lekturze - autorce udało się skutecznie zniechęcić mnie do tzw elity inteligenckiej bo w książce jej przedstawiciele są wyjątkowo nijacy, sztuczni i nieciekawi. Już od początku trafiłam na manierę literacką, której bardzo nie lubię- gdy autorka przedstawiając postaci przede wszystkim skupia się na refleksjach , które sam chce podkreślić i...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPrzeczytawszy opis książki "Widoki" Marty Kwaśnickiej, spodziewałam się literackiej wersji filmu "(Nie)znajomi" Tadeusza Śliwy - polskiej wersji słynnego włoskiego kinowego hitu „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” Paolo Genovese, gdzie grupa przyjaciół spotyka się na kolacji, podczas której na jaw wychodzą tajemnice, przewracające do góry nogami łączące ich relacje.
Akcja książki rozgrywa się w Beskidach. To tam, w eleganckim domu rodziców Anna i Filip urządzają kolację dla znajomych, wśród których są boomerzy i milenialsi - hrabianka, syn poety, asystent ministra kultury, akademicy. Gospodarze i goście wymieniają plotki, opowiadają o swoich planach i sukcesach. Spod niezobowiązującej konwersacji szybko zaczynają ujawniać się sprawy o wiele poważniejsze – problemy osobiste, kompleksy i uprzedzenia, niezrealizowane marzenia oraz strach przed utratą statusu społecznego. Dają o sobie znać odziedziczone nawyki i przywileje. Tło ich osobistych opowieści stanowią przebłyski przeszłych wydarzeń, niewłaściwie odczytane intencje oraz pokoleniowe schematy. Wszystkie postacie w książce są fikcyjne, w tym Meysztowicz - zapomniany modernistyczny malarz z Galicji, twórca malowidła wiszącego w domu Anny i Filipa, o którym zamieszczony przez autorkę kilkuczęściowy esej rozdziela poszczególne rozdziały, zawierające poza prowadzonym dialogiem, także osobiste historie bohaterów. Malarz to postać wzorowana na życiu Wojciecha Weissa i Vlastimila Hofmana, opisana w sposób tak realistyczny, że zaczęłam przeglądać internet w poszukiwaniu informacji na temat jego życia i owego dzieła. Poprzez pryzmat jego życia, autorka przedstawia stosunek artystów i krytyków do ówczesnej rzeczywistości. Ukazuje, jak kultura przenika się z pejzażem, ale też z ludzką egzystencją. Muszę przyznać, iż autorka z wielką wnikliwością i realizmem przedstawia też świat pozorów i wyidealizowanego życia współczesnej inteligencji krakowsko - warszawskiej.
Wielu z nas słyszało stwierdzenie, że "w życiu niczego nie osiągnie się bez znanego nazwiska, znajomości i pieniędzy". Czy to prawda? Czy tylko pokutujący wśród ludzi od lat, a nawet wieków mit? Czy w obliczu współczesnych wyzwań, pochodzenie oraz odziedziczone przywileje mają jeszcze jakikolwiek wpływ na życie młodych ludzi, ich ambicje i realia codzienności? Czy słusznie społeczeństwo postrzega elity, jako ludzi lepszych od innych, szczególnie w wymiarze moralnym i etycznym? Takie pytania przychodzą mi na myśl po tej lekturze, dlatego też "Widoki" okazały się w moim odczuciu dużo lepszym portretem współczesnej inteligencji, niż wspomniane wyżej produkcje filmowe, które szczerze mówiąc ledwo pamiętam. Skłania do refleksji nad doświadczeniem bliskim wielu z nas – momentach zwątpienia, gdy przystajemy, aby zastanowić się, dlaczego wybraliśmy właśnie tę, a nie inną ścieżkę, kwestionujemy nasze decyzje. Refleksji nad życiem, które stało się dla nas zbyt monotonne, przypominając, iż zawsze możemy odnaleźć nowe cele i marzenia – niezależnie od wieku czy etapu naszej drogi.
Być może zachęci któregoś z czytelników do głębszego przemyślenia życiowych wyborów. Zboczenia z utartej ścieżki, aby na nowo odkryć siebie. Odkrycia czegoś, co mogłoby znowu napędzić do działania, przywracając radość i pasję do życia. Pozwoli z uśmiechem wrócić do wspomnień, a nie z myślą o tym, ile marzeń i założonych celów nie udało nam się zrealizować.
Przeczytawszy opis książki "Widoki" Marty Kwaśnickiej, spodziewałam się literackiej wersji filmu "(Nie)znajomi" Tadeusza Śliwy - polskiej wersji słynnego włoskiego kinowego hitu „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” Paolo Genovese, gdzie grupa przyjaciół spotyka się na kolacji, podczas której na jaw wychodzą tajemnice, przewracające do góry nogami łączące ich relacje....
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to