Star Wars: Darth Vader. Tom 3: Wojna łowców nagród
Życie dzisiaj stało się tak samo łatwe... jak i trudne. Szczególnie dla młodych: kolejnych pokoleń, X, Y, Z... całej tej generacji ,,nowych przedstawicieli Cywilizacji". Przedstawicieli, którzy stali się jednym z docelowych ,,targetów”, jeśli chodzi o to komu przeznacza się całe zastępy ,,wypluwanych” przez potentatów globalnej rozrywki tworów popkultury. Teoretycznie ,,młodzi gniewni” w kwestii możliwości rozwijania swoich zainteresowań w kulturze masowej, wszystko, absolutnie wszystko, mają dostępne pod ręką. Czy to Marvel, czy DC, czy jakiś zwykły film, czy kolejna poczytna książka niezwykle popularnego pisarza sci-fi czy fantasy i horroru. Jest w czym wybierać, jednak ,,niby-łatwość” mieszająca się z faktyczną lekko sprzeczną trudnością życia nastolatków i młodych dorosłych egzystujących w pędzącym na złamaniu karku Świecie po 2020 roku, sprawiają, że mimo iż w popkulturze mamy wszystko ,,niby” pod ręką, to lekko zmieszani swoją niepewnością ,,teraz” i niepewnością w ,,przyszłości” ci właśnie ludzie, mogą ,,nabyć" swego rodzaju kulturowo-rozrywkowe rozdarcie, co do wyboru kolejnego i kolejnego filmu, książki, czy komiksu do doświadczenia, czy – co w tym przypadku może się robić nieco gorzej – zapoznania na zasadzie ,,tak, to będzie dla mnie pasją, zaczyna to coś po prostu znaczyć”.
I tak, w ten sposób właśnie narodziło się rozbrajające nas fanów ostatnimi laty rozdarcie i ambiwalencja w środowisku gromadzonego wokół marki ,,Star Wars”; w ten sposób najbardziej poczytna Galaktyka w popkulturze stała się obiektem znienawidzenia jak i paradoksalnie jeszcze większego ku niej ,,hype’u”. Fandom na tym cierpi, a twórcy również jak i odbiorcy stawiani są coraz częściej w niezręcznej sytuacji, która skutkuje tylko, sądzę osobiście, tworzeniem ,,szybko, dużo i kolorowo”. To odbija się na jakości dzieł stanowiących o calutkich treściach i powodzeniu Nowego Kanonu Gwiezdnych Wojen. Cóż, my sami, nikt inny, my geecy!, my wszyscy jesteśmy po trochu sobie w tej starwarsowej kwestii winni: treści łatwo jest dostać, a do kina nikt ,,chodzi nie musi!”, skoro jest streaming i ,,Internety”. Rośnie zakup rzeczy używanych, gdzie nerd od Świata papy Lucasa może sobie z całości Uniwersum kupić cokolwiek za nieduże pieniądze… i to przez Internet. I co zaskakujące na swój ,,profetyczny, lekko anty-utopijny wydźwięk tej opinii: uważam, że sporo do sytuacji ,,rozdarcia” fandomu Star Wars i ambiwalencji i niezdecydowania się realizacyjno-twórczego w sercu funkcjonowania Disney’a i Lucasfilm Ltd., przyczynia się ,,mocno szeroko dostępna” wymiana danych, w której pierwsze skrzypce odgrywa Internet, Media Społecznościowe, telefonia komórkowa, gdzie wszystko dzięki tego rodzaju ,,łatwościom” wymienia się między sobą, i tak staje się dostępne, w niewyobrażalnie szybkim tempie: dzielimy się opiniami, tworzymy podcasty i filmiki na wszelakiej maści ,,youtubeopodobnych” stronach i serwerach. A to prowadzi do jednego: wystarczy moment i dane popkulturowe Uniwersum może ,,tak z miejsca, ze startu!” zostać znienawidzone lub pokochane, a jeden klik i lajknięcie więcej... spowodować zwolnienie danego artysty pracującego – w tym przypadku – przy Gwiezdnych Wojnach całym sobą, całą swoją pasją i zaangażowaniem.
Z powyższych fanowsko-futurologiczno-informatycznych rozkmin, wynika jedno: żadne ,,Starwarsy” czy ,,Marvele” nie są bezpiecznie, nie mają obecnie żadnej konkretnej gwarancji uzyskiwania ciągłej i ciągłej popularności i nabycia wzrastającej pod względem przychodu dość stabilnej sytuacji finansowej – jest to troszku dziwne, ale właśnie ten aspekt ,,egzystencji" tychże marek przekłada się na zainteresowania danym Światem w ,,masówce”, a co za tym idzie: jakością i ilością tworzonego ,,contentu”. I jak tu fan ma wybrać z galaktycznego wora multum treści coś naprawdę konkretnego, fajnego, inspirującego do rozszerzania swojej wiedzy w zakresie tego Świata, czyli ukochanych Star Wars? Skoro z miesiąca na miesiąc przetwarzamy i wymieniamy między sobą ogromne ilości informacji, a sam Internet zamknął nas wszystkich, szczególnie młodych odbiorców w szczelnie zapieczętowanej puszcze; to samo można powiedzieć o technologiach SI, czego, mówiąc dość krótko, pokłosie widać w wielu seriach i filmach SW, gdzie efekty specjalne praktycznie i VFX wyglądają miejscami jakby były niedopracowane, generyczne, non-stop wypluwane przez modelowe, genialne algorytmy w stylu ,,Chatu GPT”. I dlatego, po raz kolejny, w tego rodzaju filozofizmach miłośnika tak szanowanej (niegdyś) marki ,,ex-właściciela” Papy Lucasa, pojawia się trudność w wybraniu czegokolwiek dla siebie odpowiedniego – można się temu dziwić jak i nie; wszystko zależy od gustów i silnej woli w nastawieniu się na zmiany w prądach twórczych i technologicznych stosowanych w pracy nad danym filmem, książką, serialem, animacją. I chyba najlepiej w takiej ,,gmatwaninie” decyzyjnej będzie gdy sięgnie się po coś w miarę ogólnie stabilnego, w Świecie SW związanego bardziej z klasyką ,,Legend” niż ,,Kanonem”, jednak opartego w Osi Czasu aktualnie rozbudowywanego Nowego Kanonu.
Dobry komiks w gwiezdnowojennych rewelacjach twórczych… nigdy nie jest zły – to takie przedłużone w swym skutecznym działaniu remedium na ,,współczesny bul dópy” fana marki, i to młodego fana, niezdecydowanego z różnych powodów co do tego… ,,a no, co tu takiego teraz w tych starwarsach do lektury wybrać?”. Jest taki jeden komiks, tak właściwie to cała jego seria, którą reprezentuje: tom 3 cyklu ,,Star Wars – Darth Vader” kreowanego w działającym od 2014 roku Kanonie. Owe rozdanie z serii, którego to autorami są między innymi Raffaele Ienco, Greg Pak oraz Guiu Vilanova zatytułowane: ,,Wojna łowców nagród” wraz z siłą wydźwięku cyklu o owym Lordzie Sithów i pupilku Palpatine’a, sprawia i zarazem oferuje swego rodzaju okazję czy dwustronną umowę między fanem a całym środowiskiem Gwiezdnych Wojen, jedno: chyba to się nigdy, ale to nigdy nie wydarzy, nigdy nie nastąpi ten dzień, aby galaktyczne wojaże tam gdzie króluje Moc i walka na miecze świetlne, nagle przestały dla nas, choć to brzydko zabrzmi ‘się produkować’”. Takie właśnie zaskoczenie, ten pozytywny ,,szok neuronalny" potwierdza komiks ,,Wojna łowców nagród” – świetny, z pasją artystów pióra i myśli scenariuszowej, stworzony, gdzie zaskakuje wszystko: od pomysłów na fabułę owiniętą wokół Vadera i tytułowych ,,Łowców”, aż po (po raz kolejny zresztą) genialnie dostosowaną do intensywności i rodzaju narracji/fabuły ,,kreskę”. I szczerze: jest to kolejne (na tym samym poziomie, co dwa ostatnie historie z cyklu) owe komiksowe rozdanie serii ,,Star Wars – Darth Vader”, które nie spuszcza ani kropli pary z wysokiego poziomu twórczo-realizacyjnego, który wystartował z tomem 1-szym. Pozytywnie zaskakuje niniejszym fakt, że tom 3 dodał nam do oceanu starwarsowych możliwości kolejne cegiełki informacji, wiedzy, relacji, które okażą się po prostu mega ,,mięsiste” i niesłychanie intrygująco rozciągające jeszcze dalej i dalej Galaktykę GW o kolejne i kolejne dane. Mówiąc jeszcze inaczej: dostaliśmy w tej publikacji... coś od Gwiezdnych Wojen dla Gwiezdnych Wojen – coś, co sprawia że samo Uniwersum staje się po prostu lepsze, mniej zachwiane, zachęcające fanów do sięgania po jego ,,content”. A na deser, i czapki z głów za to dla rysowników i artystów myśli scenopisarskiej: Dartha Vadera i niektóre postacie poboczne w genialnej, ponad miarę wysokiej dyspozycji, co w obecnym rozstrojonym Świecie SW widujemy naprawdę rzadko.
Ogólnie rzecz ujmując, choć to i tak troszku za skromnie, aby określić jaką ,,dobroć” zesłał na nas omawiany i recenzowany tom 3 ,,darthvaderowskiej” serii NK Galaktyki: graficznie oraz konsekwentnie co do logiki narracji i jej tempa, jak na około 140 stron przystało dzieje się w tym komiksie naprawdę turbo-dobrze. To tak skonstruowany byt, gdzie jednocześnie można go albo czytać szybko i zachwycać się linią grafiki, kadrowaniem, planszami etc., albo chłonąć do woli i odtwarzać każdą sekwencję w myślach, jakby to był ,,zaklęty w pułapce czasu”, żywy (dzięki takiemu obrazowi i rysunkowi) film. ,,Mrocznego serce Sithów” i tom 2 w kwestii sytuacji Vadera i jego decyzji, w których nawarstwiają się emocje Lorda, zżera konkurencję na śniadanko. Od początku nasz upadły Anakin znajduje się w cholernie dziwnej sytuacji. Jednak to w końcu potężny Sith, no i w połowie jeszcze Anakin – kto czytał tomy 1 i 2 serii wie, że w tym rozdaniu radzi sobie tak konsekwentnie jak poprzednio. Nie umyka mu nic, a zawierane sojusze cały czas kontroluje, chłodno kalkulując to kogo i dlaczego akurat napotyka na swojej drodze i ,,krucjacie przeciwko Imperatorowi”, którą mimo specyficznych wydarzeń z finału tomu 2, ciągle stara się kontynuować, tonując ,,tymczasowo” gniew, który w nim wre, aby nie dać wykryć się Imperatorowi ze swoimi zamiarami. Bywało i trochę zamieszania, zwłaszcza, gdy ma się w pamięci tą mocno refleksyjną część 2, ,,Prosto w Ogień” – w idącą od A do Z, prosto jak po sznurku fabułę ,,no.3" wtłacza się seria atakujących zamglony rozdarciem w Ciemnej Stronie kontrolowany, ale i próbujący się z tej kontroli ostatecznie wyrwać umysł Vadera, wspomnień, które to można nazwać danymi tylko jemu samemu refleksjami: czy aby na pewno dobrze zrobił odtrącając od siebie Luke’a? Takowe refleksje destabilizują dynamiczną fabułę, to fakt, ale bez nich nie odkrylibyśmy tego, czego nie znaliśmy dotychczas o upadłym Anakinie, jego emocjonalności po Ciemnej Stronie, także o Imperatorze i relacji między tą dwójką, bo wciąż w tym tomie ,,rzeźbi” ona główną część fabuły. A ta jak zwykle w tej serii: zaskakuje! Vader ściga nawet samego Solo i Hana aż po Korelię, broni się przed spiskowcami od Strony Imperatora i atakiem dobrze zaopatrzonych Łowców, takich jak IG-88. W końcu jego ,,związek” z ,,Mistrzem Sidiousem” kończy się dość patowo, choć nieźle dynamicznie: bez spoilerów można to określić, jako idealne zakończenie pod kontynuację w postaci… Epizodu VI Star Wars: ,,Powrotu Jedi”.
Wszystko to co przedstawił gawiedzi spragnionej starwarsowej treści z serii ,,Darth Vader” jej tom 3, sprowadza (być może każdego z) czytających tytuł do jednego specyficznego wniosku: zaskakująca mimo strony refleksyjnej dynamika tomu, czasami wręcz porażająca tym, jak aż zieje ledwo co kontrolowanym gniewem (choć i tak częściowo się powstrzymuje) Vader, potrafi wprawić w stan pozytywnej błogości, optymizmu wobec tego, jak jeszcze mogła by potoczyć się przyszłość Vadera, gdyby ten zyskał całkowitą kontrolę nad swoją wolą i przeznaczeniem. Oby więcej takich historii, oby serię tą przeciągnięto w niedalekiej przyszłości do 7-8 tomów.
OPINIE i DYSKUSJE o książce Star Trek. Rok piąty. Tom 2: Nic słabszego od człowieka
Cudowna i porywająca powieść graficzna, przepełniona nutką nostalgii i słodko-gorzkiej refleksji nad zmianami.
Cudowna i porywająca powieść graficzna, przepełniona nutką nostalgii i słodko-gorzkiej refleksji nad zmianami.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toFajne ale nieporywające. Dopiero dwa ostatnie rozdziały były nieco ciekawsze a tak Star Trekowy standard. Lustrzany wszechświat ciągle najlepszym komiksowym Trekiem.
Fajne ale nieporywające. Dopiero dwa ostatnie rozdziały były nieco ciekawsze a tak Star Trekowy standard. Lustrzany wszechświat ciągle najlepszym komiksowym Trekiem.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMimo mojego początkowego zachwytu, jakoś ciężko szło mi zakończenie tego tomu. Że tak to ujmę: Za dużo klasycznego Star Treka w jednej dawce. Zdaję sobie sprawę, ze dla wielu może to brzmieć niczym herezja, ale wolę nowsze odsłony tej franczyzy, gdzie jest więcej dynamiki. Tutaj również sporo się dzieje, jednak pod kątem widowiska daleko temu do starć z takiego Star Trek Discovery, który bardzo lubię. Niemniej doczytałem do końca Rok Piąty i uświadomiłem sobie, jak bardzo niewiele pamiętam z pierwszego serialu o kapitanie Jamesie Kirku.
Niby można się bez tej wiedzy obejść, ale jak w pierwszym tomie jeszcze jakoś dawałem radę wszystko połączyć, tak tutaj w kilku miejscach odpadłem. Brak znajomości serialu zabijał bowiem element zaskoczenia, a zamiast tego wkradały się pytania: Kim on/ona do cholery jest?. Co prawda wiele postaci zostaje nam na nowo przedstawionych, głównie pobieżnie, ale i tak czuć z czasem, że braki serialowe znacząco utrudniają lekturę. Szczególnie, że to finał całej przygody zwieńczony naprawdę ciekawym epilogiem.
Jeśli już przy czepialstwie jestem to odniosę się do jeszcze dwóch rzeczy. Po pierwsze czasem opowieść mi się dłużyła. Głównie przez efekt, który na początku tego materiału wspomniałem, czyli przyzwyczajenie się do bardziej dynamicznych odsłon Star Treka. Tutaj mamy hołd dla oryginału, utrzymując jego nieśpieszne tempo, ogromną liczbę monologów oraz wpisów kapitańskich do dziennika pokładowego. Ma to swój klimat, urok i świetnie oddaje dawne dzieje, ale nie każdemu one podejdą. Mi czasem ciążyły. Może gdyby było to rozbite na dwa albumy, to aż tak bym tego nie zauważył, ale czytając tak ogromny komiks w ciągu jednego dnia, siłą rzeczy miejscami wkradała się monotonia.
Drugą rzeczą jest rysunek, który czasami zdaje się być bardzo sztywny oraz sterylny. No nie wiem, ale przy Konflikcie Q albo Picardzie takich odczuć nie miałem, a tutaj potrafiły pojawić się gorzej zilustrowane sekwencje. Chyba najlepiej był narysowany rozdział, gdzie otrzymujemy retrospekcję z przeszłości głównego antagonisty, aby lepiej zrozumieć jego poczynania. Cudo. Natomiast większość komiksu jest narysowana po prostu dobrze, bez szczególnych fajerwerków, choć stroje czy okręty Klingonów robiły na mnie wrażenie.
Tak narzekam i narzekam, ale nie uważam tego komiksu za zły. Wręcz powiem, ze jest bardzo dobry, jednak skierowany głównie do fanów serialu. Tego starego, oryginalnego serialu. Wielu aktorów biorących udział w jego produkcji dziś już nie żyje. Dlatego cieszę się, ze zostali oni upamiętnieni, jeszcze za swego życia, w tak piękny sposób. O samej fabule tego tomu wolę nic nie pisać, bowiem za dużo byłoby tu spoilerów, jeśli ktoś nie czytał tomu pierwszego. Tak naprawdę stanowi to jedną spójną całość, coś na kształt finalnego sezonu pierwszego Star Trek. I jeśli jesteście jego fanami oraz kapitana Kirka, to musicie przeczytać cały Rok Piąty.
Mimo mojego początkowego zachwytu, jakoś ciężko szło mi zakończenie tego tomu. Że tak to ujmę: Za dużo klasycznego Star Treka w jednej dawce. Zdaję sobie sprawę, ze dla wielu może to brzmieć niczym herezja, ale wolę nowsze odsłony tej franczyzy, gdzie jest więcej dynamiki. Tutaj również sporo się dzieje, jednak pod kątem widowiska daleko temu do starć z takiego Star Trek...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toChoć nigdy nie byłem zapalonym fanem „Star Treka”, nie jestem też kompletnym laikiem w temacie tej franczyzy. Co prawda lepiej znam nowsze produkcje (zwłaszcza znakomite „The Next Generation”),a klasycznych bohaterów kojarzę przede wszystkim z kinowych rebootów, ale zdarzyło mi się swego czasu zobaczyć kilka odcinków „The Original Series”. Dzisiaj ten serial dość mocno trąci już myszką, ale jego rola w rozwoju globalnego science fiction jest nie do przecenienia. Tym bardziej cieszy, że od jakiegoś czasu w Polsce ukazują się komiksy poszerzające uniwersum. Jednym z nich jest właśnie „Rok piąty”.
Załoga statku kosmicznego USS Enterprise wraca w końcu na tereny należące do Federacji Planet. Szybko okazuje się jednak, że zastana rzeczywistość jest nieco inna niż wtedy, kiedy jednostka wyruszała w swoją misję. Do głosu doszli przedstawiciele nowego ruchu politycznego, tak zwani Oryginaliści, których niepokoi wzrost znaczenia nowych członków Federacji i obawiają się w związku z tym o własną pozycję w organizacji. To nie jedyny problem, z jakim przyjdzie mierzyć się załodze dowodzonej przez kapitana Kirka.
Komiksowe i literackie rozszerzenia znanych uniwersów dają wielkie możliwości. To znakomita okazja do pokazania szerszego obrazu świata przedstawionego, zaprezentowania odcieni szarości i lepszego nakreślenia tła wydarzeń. Nie zawsze twórcy potrafią dobrze wykorzystać taką okazję, ale też trudno, żeby było inaczej – samych powieści ze świata „Star Treka” jest grubo ponad sto, a do tego dochodzą komiksy – w tym morzu opowieści można znaleźć masę historii niewyszukanych, czasami wręcz żerujących na popularności całego uniwersum. Na szczęście franczyza jest także miejscem dla tytułów godnych uwagi. „Rok piąty” należy do tej drugiej grupy.
Dużą zaletą omawianego albumu jest dość poważne podejście twórców do tematu polityki. Co prawda nie udało się uniknąć pokazania niektórych wątków z pewną dozą naiwności, ale obraz całości i tak jest w tym aspekcie naprawdę imponujący. Może się podobać zwłaszcza zaprezentowanie stosunku założycieli Federacji do kwestii dołączania nowych światów. Niektórzy członkowie zrzeszającej je organizacji mają spore obawy przed koniecznością coraz większego dzielenia się profitami, boją się rozmycia pierwotnych idei, a co za tym idzie, utraty własnej tożsamości na rzecz coraz większego rozmycia kulturowego. Postawa typu „Make Federation great again” jasno nawiązuje do ery rządów Donalda Trumpa w USA, jest też ukazana jako nie do końca właściwe. Warto jednak pamiętać, że tego typu niepokoje nie biorą się nigdy znikąd, a obawy lekceważonych ludzi, niespokojnych o swoje dziedzictwo, nigdy nie powinny być powodem do szyderstw i oskarżeń o zaściankowość, bo takie podejście tylko pogłębia konflikty. Rozumieją to załoganci USS Enterprise, których misje oparte są przede wszystkim na dialogu i poszukiwaniu kompromisu.
Podczas lektury zwracają uwagę świetne zarysowane charaktery postaci. Kirk i jego załoganci owszem, są bohaterami pozytywnymi i to nie ulega wątpliwości, nie oznacza to jednak, że mają być przedstawiani jak kosmiczni harcerze. Występujące między nimi tarcia to codzienność i cieszy, że twórcy nie potraktowali tego elementu po macoszemu. Bardzo ciekawie prezentują się też moralne dylematy, przed jakimi stawiana jest załoga USS Enterprise. To na przykład kwestia, czy w obliczu potencjalnej zagłady całej planety możemy być rozgrzeszeni z korzystania z wyników nieludzkich eksperymentów medycznych. Gdzie kończy się moralność, a zaczyna pragmatyzm? Między innymi tak interesujące pytania stawiają przed nami autorzy albumu „Nic słabszego od człowieka”.
Nad omawianym komiksem pracowało kilkoro rysowników, trzeba jednak przyznać, że ilustracje zachowują zauważalną ciągłość. Nie ma tu irytującego skakania między różnymi stylami artystycznymi. Zauważalnie inny (bardzo realistyczny) jest jedynie zeszyt poświęcony Gary’emu Seven. Co do pozostałych – początkowo nie zorientowałem się nawet, że są dziełem różnych osób. To dla mnie spora zaleta.
Zakończenie fabuły „Roku piątego” to dowód na to, że w ramach franczyzy „Star Trek” można umieścić opowieść niebanalną, która z jednej strony porusza trudną tematykę, wpasowując się tym samym w dzisiejsze standardy prowadzenia fabuły, zaś z drugiej odnosi się do klasycznych bohaterów z dużym szacunkiem i nie wywraca do góry nogami ich charakterystyki. To ważne, pozwala to bowiem na zachowanie przez „Star Treka” swojego unikatowego, łatwo rozpoznawalnego charakteru, który sprawia, że to uniwersum zostało pokochane przez miliony fanów na całym świecie.
Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2022/08/star-trek-rok-piaty-nic-sabszego-od.html
oraz na łamach serwisu Szortal - https://www.facebook.com/Szortal/posts/pfbid02MhDymLy3GmHaCdQsC5RAdMBLsLV8wanoQSJ2iZQzHXmmQR2gcZMAMUgohcREHaWKl
Choć nigdy nie byłem zapalonym fanem „Star Treka”, nie jestem też kompletnym laikiem w temacie tej franczyzy. Co prawda lepiej znam nowsze produkcje (zwłaszcza znakomite „The Next Generation”),a klasycznych bohaterów kojarzę przede wszystkim z kinowych rebootów, ale zdarzyło mi się swego czasu zobaczyć kilka odcinków „The Original Series”. Dzisiaj ten serial dość mocno...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toStar Trek to franczyza obejmująca nie tylko kilka seriali, ale i filmy, książki, albumy, komiksy, figurki i co tylko przyjdzie wam do głowy. A wszystko zaczęło się w latach 60 ubiegłego wieku, kiedy to Gene Roddenberry wpadł na pomysł serialu, w którym ludzkość porzuciła wojny, zlikwidowała głód i zajmuje się prawie tylko podbojem kosmosu. Oczywiście to bardzo skrótowy opis serialu, który ma nieco więcej do powiedzenia. Pierwsza seria nie spotkała się z entuzjazmem widzów, dopiero powtórki odcinków odniosły sukces. I ruszyła lawina. Oczywiście jestem fanem tego wszechświata, jednak daleko mi do osób, które uczą się klingońskiego, albo zmieniają swój pokój w replikę mostka dowodzącego, a tacy maniacy tego uniwersum też są.
Egmont wydaje od jakiegoś czasu opowieści w formie komiksu, z tego bogatego universum. Całkiem niedawno zaznajomiłem się z tytułem „Star Trek. Rok Piąty: Nic słabszego od człowieka”.
O tym komiksie możemy przeczytać, że:
Album, będący kontynuacją tomu „Star Trek – Rok Piąty” przedstawia finał ostatniej, pięcioletniej misji załogi statku kosmicznego U.S.S. Enterprise. Po odwiedzeniu obcych planet i rozwiązaniu niezwykłych, kosmicznych problemów załoga kapitana Jamesa T. Kirka wreszcie powróciła na terytorium Federacji. Jednak nie jest to już ta Federacja, którą opuścili przed pięcioma laty. Kirk, Spock, Bones, Uhura, Sulu, Scotty i Chekov ujawnią straszliwe tajemnice i zmierzą się z wyzwaniem zagrażającym powodzeniu ich całej pięcioletniej misji!
Podsumowując. Przeglądając ten komiks, miałem wrażenie uczestnictwa w wydarzeniach, a spotkanie starych znajomych, było naprawdę dużą frajdą. Sama opowieść także została nieźle poprowadzona, jednak trochę za bardzo, wszystko zmierza do szczęśliwego zakończenia. Jesteśmy prawie pewni tego, a to trochę psuje odbiór całości. Jednak zaznajomiłem się z całością, z ciekawością i całkiem mnie wciągnęła ta opowieść. Tak więc polecam cały cykl nie tylko komiksów.
Star Trek to franczyza obejmująca nie tylko kilka seriali, ale i filmy, książki, albumy, komiksy, figurki i co tylko przyjdzie wam do głowy. A wszystko zaczęło się w latach 60 ubiegłego wieku, kiedy to Gene Roddenberry wpadł na pomysł serialu, w którym ludzkość porzuciła wojny, zlikwidowała głód i zajmuje się prawie tylko podbojem kosmosu. Oczywiście to bardzo skrótowy opis...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to