rozwińzwiń

Ostatni strażnik z Ellis Island

Okładka książki Ostatni strażnik z Ellis Island autora Gaëlle Josse, 9788366789135
Okładka książki Ostatni strażnik z Ellis Island
Gaëlle Josse Wydawnictwo: Format literatura piękna
168 str. 2 godz. 48 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Tytuł oryginału:
The last days of Ellis Island
Data wydania:
2021-11-09
Data 1. wyd. pol.:
2021-11-09
Liczba stron:
168
Czas czytania
2 godz. 48 min.
Język:
polski
ISBN:
9788366789135
Tłumacz:
Dorota Hartwich
Średnia ocen

7,3 7,3 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Ostatni strażnik z Ellis Island w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Ostatni strażnik z Ellis Island



książek na półce przeczytane 701 napisanych opinii 136

Oceny książki Ostatni strażnik z Ellis Island

Średnia ocen
7,3 / 10
18 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Ostatni strażnik z Ellis Island

avatar
640
549

Na półkach:

Rok 1954, tytułowa wyspa Ellis, wentyl amerykańskiej polityki imigracyjnej. Na styku starej, naznaczonej wojnami Europy, a zwiastującej dostatnie życie Ameryki, toczy się walka milionów przybyszów z bezwzględnym systemem osiedleńczym. W sercu opisanego cyklonu znajduje się John Mitchell, wieloletni pracownik tamtejszego centrum imigracyjnego, który wobec rychłego zamknięcia państwowej instytucji, postanawia przybliżyć czytelnikom historię swojego dotychczasowego zatrudnienia. Stylizowaną na pamiętnik opowieść o pracy w cieniu wielkiego kryzysu, czarnego czwartku i wzmożonej polityki izolacjonizmu Stanów Zjednoczonych Ameryki przysłaniają ludzkie dramaty. Służba państwowa jest niczym innym jak postępującą żałością, zwątpieniem w poczucie sprawiedliwości oraz solidarności ze słabszymi. Praca w ośrodku imigracyjnym urasta do rangi osobistej walki narratora z jego wewnętrznymi demonami i odwiecznie tłamszonym lękiem przed ewentualnym odwetem ze strony każdego, komu odmówił szansy na nowe, lepsze życie. John Mitchell balansuje na granicy różnych rzeczywistości, spogląda na świat przez pryzmat skomplikowanego procesu imigracyjnego, który skrywa więcej wad niż zalet. Bohater doświadcza wszelkich konsekwencji niedociągnięć amerykańskiego ustawodawstwa osiedleńczego, co objawia się nieustanną analizą słuszności powziętych przez niego decyzji. Jego portret nakreślono za pomocą ludzi pochodzących z różnych państw, z czego szczególną rolę przypisano włoskiemu rodzeństwu o niezwykle przygnębiającej przeszłości. Jakkolwiek narrator wzbudza w odbiorcy współczucie, tak nie sposób ukryć niechęci wobec bezdusznej machiny imigracyjnego systemu Stanów Zjednoczonych Ameryki, której Gaëlle Josse nie stara się usprawiedliwić. „Ostatni strażnik z Ellis Island” to historia w służbie społeczności międzynarodowej, ukazująca dramat jednostki obciążonej niewyobrażalną odpowiedzialnością za cudze życie oraz skutkami wieloletniej presji ze strony surowego ustawodawstwa osiedleńczego, pomijającego w swych postulatach ludzką dobroć, jaką od zawsze skrywało serce Johna Mitchella.

Rok 1954, tytułowa wyspa Ellis, wentyl amerykańskiej polityki imigracyjnej. Na styku starej, naznaczonej wojnami Europy, a zwiastującej dostatnie życie Ameryki, toczy się walka milionów przybyszów z bezwzględnym systemem osiedleńczym. W sercu opisanego cyklonu znajduje się John Mitchell, wieloletni pracownik tamtejszego centrum imigracyjnego, który wobec rychłego zamknięcia...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
163
91

Na półkach:

Smutna, prawdziwa, ludzka,

Smutna, prawdziwa, ludzka,

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
830
162

Na półkach:

W obecnych czasach czytanie książki o ludziach wierzących w american dream nabiera zupełnie innego wymiaru. Ich emigracja miała wprawdzie przeważnie charakter ekonomiczny, ale myślę, że zmagali się z podobnymi emocjami - strachem, wyobcowaniem, nadzieją, jak dzisiejsi uchodźcy. Może dlatego ta książka poruszyła mnie tak bardzo.

Tytułowy strażnik był zarządcą Ellis Island - bramy do wolności. Miejsca w Ameryce, do którego dobijały statki z ponad 12 milionami europejskich emigrantów. Już dawno nie miałam takiego problemu z oceną jakiegoś bohatera. Pełen jest moralnych dylematów, z jednej strony służbista, troskliwy mąż, z drugiej…człowiek który dopuszcza się czynu zasługującego na potępienie.
Czasem budził moje współczucie, czasem sympatię, innym razem wręcz odrazę.
Lubię takie nieoczywiste połączenia, bo zawsze zmuszają do myślenia, do spojrzenia na wiele spraw z różnej perspektywy.

Cieszę się, że sięgnęłam po ten tytuł, a dzięki zakończeniu przez długi czas miałam ją w swojej głowie… daje do myślenia.

W obecnych czasach czytanie książki o ludziach wierzących w american dream nabiera zupełnie innego wymiaru. Ich emigracja miała wprawdzie przeważnie charakter ekonomiczny, ale myślę, że zmagali się z podobnymi emocjami - strachem, wyobcowaniem, nadzieją, jak dzisiejsi uchodźcy. Może dlatego ta książka poruszyła mnie tak bardzo.

Tytułowy strażnik był zarządcą Ellis Island...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

48 użytkowników ma tytuł Ostatni strażnik z Ellis Island na półkach głównych
  • 27
  • 21
14 użytkowników ma tytuł Ostatni strażnik z Ellis Island na półkach dodatkowych
  • 5
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Mistrzyni Manuela Gretkowska
Mistrzyni
Manuela Gretkowska
Manuela Gretkowska od lat przyzwyczaja czytelników do prozy bezkompromisowej, ubranej w erudycyjny kostium i nasączonej feministycznym pazurem. W swojej powieści „Mistrzyni” autorka bierze na warsztat postać niezwykłą – Lucynę Ćwierczakiewiczową, ikonę XIX-wiecznej Warszawy, kobietę, która z przepisów na konfitury uczyniła narzędzie emancypacji. To historia gęsta od emocji, aromatów i intelektualnych prowokacji, którą oceniam na mocne 7/10. Główna bohaterka nie jest postacią łatwą do polubienia, i to właśnie stanowi o sile tej książki. Gretkowska kreśli portret kobiety apodyktycznej, genialnej w swej pragmatyczności, a jednocześnie boleśnie uwięzionej w epoce, która nie przewidywała dla kobiet roli równej mężczyznom. „Mistrzyni” to nie tylko opowieść o kuchni i salonach, to przede wszystkim studium władzy – tej domowej, społecznej i tej nad własnym losem. Autorka z ogromną swadą oddaje klimat ówczesnej Warszawy, budując scenografię z detali, które niemal można poczuć: od zapachu drogich perfum po odór błota na ulicach. Styl Gretkowskiej jest, jak zawsze, błyskotliwy i drapieżny. Autorka potrafi w jednym zdaniu połączyć fizjologię z filozofią, co nadaje powieści specyficznego, nieco cynicznego posmaku. Dialogi iskrzą od ironii, a refleksje nad rolą kobiety w świecie zdominowanym przez patriarchat są uderzająco aktualne. Gretkowska nie byłaby sobą, gdyby nie przemyciła w tekście licznych dygresji i ostrych komentarzy do współczesności, co dla wiernych fanów będzie atutem, choć dla purystów gatunkowych może być momentami rozpraszające. Momentami powieść wpada w nieco zbyt publicystyczne tony. Autorka chwilami tak bardzo chce podkreślić nowoczesność poglądów swojej bohaterki, że traci z oczu subtelność narracyjną, czyniąc z Ćwierczakiewiczowej bardziej tubę dla własnych przekonań niż postać z krwi i kości. Także tempo książki bywa nierówne – genialne, dynamiczne sceny salonowe przeplatają się z fragmentami, które sprawiają wrażenie przeładowanych nadmiarem faktografii czy zbyt gęstą metaforą. Mimo to, „Mistrzyni” to pozycja, obok której trudno przejść obojętnie. Manuela Gretkowska udowadnia, że biografia fabularyzowana może być literackim majstersztykiem, jeśli tylko autor ma odwagę patrzeć na historię bez zbędnego pietyzmu. To książka o kobiecie, która nie prosiła o miejsce przy stole, lecz sama je sobie zbudowała. Lektura obowiązkowa dla tych, którzy cenią inteligentną prozę z silnym przesłaniem społecznym i odważnym podejściem do historii. To rzetelny kawałek literatury, który potrafi zarówno zirytować, jak i zachwycić – a to zawsze cecha książek ważnych.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na719 dni temu
Ewangelia dzieciństwa Lydia Millet
Ewangelia dzieciństwa
Lydia Millet
Ewangelia dzieciństwa Lydii Millet to proza, która drażni, niepokoi i fascynuje jednocześnie. Przyznając jej ocenę 7/10, doceniam przede wszystkim bezlitosną precyzję, z jaką autorka punktuje hipokryzję dorosłych, choć momentami narracja bywa zbyt dosłowna w swojej symbolice. Toposy: Biblia na nowo napisana Siła tej powieści tkwi w inteligentnej grze z toposami biblijnymi. Millet nie przepisuje Pisma Świętego jeden do jednego, lecz dekonstruuje znane motywy, osadzając je w realiach katastrofy klimatycznej. Mamy tu arkę (letni dom),plagę, wielki potop oraz ucieczkę do „ziemi obiecanej”. Centralnym toposem jest jednak dziecko jako mesjasz i sędzia. W świecie Millet to nie dorośli niosą kaganek oświaty; to pokolenie Z i Alfa przejmuje odpowiedzialność za świat, który starsi dosłownie przepili i zignorowali. Biblia staje się tu nie tyle księgą wiary, co podręcznikiem przetrwania i ironicznym komentarzem do upadku cywilizacji. Atmosfera: Od dekadencji do survivalu Atmosfera książki ewoluuje w sposób mistrzowski. Zaczynamy od dusznego, letniego nastroju dekadenckich wakacji. Millet świetnie oddaje marazm bogatych rodziców, spędzających czas na piciu i romansach. Panuje tu klimat niemal filmowy, przypominający Funny Games skrzyżowane z Władcą much. Gdy jednak uderza nawałnica, atmosfera gęstnieje, stając się klaustrofobicznym zapisem walki o byt. Chłód, wilgoć i narastający strach przed „innymi” (maruderami, naturą) sprawiają, że lektura staje się fizycznie odczuwalna. Realia: Lustro współczesności Millet z chirurgiczną precyzją oddaje realia współczesnego rozwarstwienia. Opisuje świat, w którym technologia zawodzi w starciu z potęgą przyrody, a jedyną twardą walutą staje się umiejętność rozpalenia ognia czy rozpoznania jadalnych roślin. Autorka uderza w czuły punkt zachodniego społeczeństwa: całkowitą nieporadność wobec kryzysu, który sami wywołaliśmy. Realizm psychologiczny relacji między nastolatkami a rodzicami jest bolesny – to obraz całkowitego zerwania więzi i braku zaufania. Postacie kobiece: Siła w cieniu kryzysu Warto zwrócić uwagę na postacie kobiece, a szczególnie na narratorkę, Eve. To postać ulepiona z pragmatyzmu i tłumionego gniewu. Kobiety w tej powieści – te młodsze – nie szukają ratunku u mężczyzn. Są sprawcze, logiczne i pozbawione sentymentów, którymi wciąż karmią się ich matki. Eve reprezentuje nowy typ kobiecości: opiekuńczej, ale bezbronnej wobec sentymentalizmu; silnej, bo zmuszonej do dorosłości przed czasem. Podsumowując, Ewangelia dzieciństwa to lektura obowiązkowa dla fanów klimatycznych dystopii. Choć finałowe sceny mogą wydawać się niektórym zbyt groteskowe, Millet udaje się stworzyć przerażający, a zarazem fascynujący portret pokolenia, które musi posprzątać po „końcu świata”.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na71 miesiąc temu
Niech żyje śmierć! Hubert Klimko-Dobrzaniecki
Niech żyje śmierć!
Hubert Klimko-Dobrzaniecki
Tak napisać o Słowianach okiem mieszkańca Wiednia i Austriakach tak jak ich widzą Słowianie, a do tego o śmierci w sposób hmmm inny, mógł tylko Hubert Klimko-Dobrzaniecki. Książka jest mi wyjątkowo bliska. Jestem Słowianką, Polką i od 9,5 roku mieszkam w Wiedniu, mieście, które kocham nad życie. Byłam ciekawa, jak autorowi uda się wszystko połączyć, przepleść, ukazać. A udało się to wyśmienicie. Mistrzowsko naszkicowana, fascynująca podróż w czasie, po miejscach, krajach, obyczajach i wśród ludzi, konkretnych, szczegółowo wybranych, a jednak jakby przypadkowych. Niech żyje śmierć! jest idealnym przykładem tego, iż nie ilość stron, a jakość zamieszczonego na nich tekstu ma znaczenie. Niech żyje śmierć! liczy zaledwie 178 stron. Powiecie, że to mało...niby tak, ale jaka jest na nich treść zawarta, jaka ich wymowa, jakie przesłanie. Przede wszystkim niewiarygodna wprost erudycja autora i wielka fantazja, zabawa słowami. Treści książki nie da się opisać, streścić (nomen omen) w kilku słowach. Trzeba tę treść po prostu poznać. Wiedeń, ludzie w nim żyjący, bywający, różnorodni, jak i to miasto. Do tego trzy z pozoru całkowicie odrębne historie, których zdaje się nic nie łączyć, a jak się okaże łączy śmierć i nie tylko. Zderzenie ze śmiercią, życiem, tym co ludzie, dane miejsce, obyczaje sobą reprezentują. Niby nic, a jak się przeczyta i przemyśli...bardzo wiele. Wielką sztuką jest na zaledwie 178 stronach zawrzeć tak wiele i do tego zmusić czytelnika do tylu przemyśleń. Celne oko, wieloletnie obserwacje (autor mieszka w Wiedniu),cięty, odrobinę czarny humor, ostry język i niebywale mądre, zabawne, ostre niczym brzytwa riposty. Do tego opowieść o przemijaniu, które jest nieuchronne i prowadzi do końca, który prędzej czy póżniej czeka wszystkich. Dodatkowo spora porcja refleksji o samotności i o tym co tak naprawdę się liczy. Polecam każdemu, kto kocha Wiedeń, jest go ciekaw, lubi doskonałą prozę i miejską opowieść z pogranicza parodii, a dodatkowo lubi i ceni życie, ot tak, po prostu. Warto, ze wszech miar warto.
anetapzn - awatar anetapzn
ocenił na94 lata temu
Wodny tancerz Ta-Nehisi Coates
Wodny tancerz
Ta-Nehisi Coates
„Przez całe życie pragnąłem się wyzwolić. Nie było w tym nic nadzwyczajnego - marzyli o tym wszyscy Utrudzeni.” Niewola ciemnoskórych w XIX wieku w Stanach Zjednoczonych, oczami chłopca, który ma ponad przeciętną fotograficzną pamięć i tajemniczą moc zwaną Kondukcją. Urodzony w niewoli i marzący o tym, by przypomnieć sobie mamę, bo w tej jednej kwestii jego pamięć zawodzi. Niewolnictwo i tajemnicze moce? Jak do tak poważnego tematu można dodać realizm magiczny? Ta-nehisi Coates zrobił to brawurowo i stworzył historię, która dzięki temu zabiegowi jest jeszcze bardziej otwierająca. Czułam w niej jednocześnie moc tragedii niewolnictwa i sporej ilości nadziei w związku z tym co potrafi Hiram. Ciężko ująć mi w słowa ten stan, bo jest przez to lżejsza, a jednak po chwili uderza mocno. Może ma na to wpływ Kondukcja, która dzieje się przy wodzie i stąd takie przypływowe odczucia, bo akcja tej książki faluje i dojrzewa wraz z bohaterem. Fabuła ma spore podłoże historyczne i skupia się na działalności Podziemia, które pomagało w ucieczce niewolników. Wcześniej zdarzyło mi się o tym czytać w książce Colsona Whiteheada „Kolej Podziemna”. Przeczytałam ostatnio w poście @cynamonowa_bibliotekara, że są książki, które czyta rozumem i są takie, które czyta wrażeniem; bardzo mi się to spodobało, bo oddaje właśnie moje emocje co do tej książki z czytania ją wrażeniem. Wrażeniem jak można tak pisarsko zadebiutować i jak doskonale oddać to co autor chciał przekazać przez tłumacza Dariusza Żukowskiego. Wrażeniem użycia środków stylistycznych i elementów gatunkowych, które świetnie ze sobą koegzystują. Wrażeniem mocy niewoli, rozdzielenia, podłości, miłości, wiary i człowieczeństwa. Siłą jaka drzemie w opowiadaniu historii i szukaniu dobrych dróg dla siebie i innych, na zewnątrz, ale też w środku siebie.
LiniaDruku - awatar LiniaDruku
ocenił na91 rok temu
Stół Marta Horbal
Stół
Marta Horbal
RODZINA, z definicji to grupa społeczna, charakteryzująca się silnymi więzami emocjonalnymi i formalnymi istniejącymi pomiędzy jej członkami. W RODZINIE człowiek poszukuje miłości i akceptacji. Oczekuje spokoju, życzliwości, bezpieczeństwa i ciepła. Liczy na szczery i rzeczowy dialog, rozmowy. Dyskusje takie mogą toczyć się przy STOLE. Marta Horbal przy tytułowym stole sadza cztery osoby. Matka, Ojciec, dorosłe dzieci, syn – Wojtek i córka - Zuza. Szybko daje się wyczuć iż relacje między nimi nie są idealne. W irytujący sposób trzymają się swoich ról, wypracowanych schematów które przez lata powtarzają podczas spotkań. Intencje ich postępowania nie są znane pozostałym. Zachowania są wzajemnie niezrozumiałe. Matka ostentacyjnie pokazuje swoje poświęcenie, hołubi syna, wobec córki jest surowa. Ojciec zamknięty, milczący. Wojtek przeżył w dzieciństwie traumę. Nie ma porozumienia z siostrą. Przytłaczające go emocje próbuje zatopić w alkoholu. Zuza w wyniku decyzji rodziców żyje nieświadoma spraw które częściowo wyparła z pamięci. Ma poczucie żalu. Niedopowiedzenia, niewyjaśnione wydarzenia z dzieciństwa Wojtka i Zuzy, to iskra która roznieca ogień niezadowolenia, niesprawiedliwości i w końcu pragnienia wyrwania się ze stworzonego szablonu. Rodzinny dom pęka od duszonych emocji i uczuć. Nagromadzone szukają ujścia, a brak komunikacji w tym nie pomaga. Ominięcie tak istotnego elementu jakim jest autentyczna i swobodna rozmowa, doprowadza do podejmowania przez naszych bohaterów zaskakujących decyzji i nieoczekiwanego finału. Bo może czasem trzeba wszystko zburzyć, by kiedyś spróbować podjąć próbę odbudowy. By porozmawiać przy stole. „To wydaje się bardzo przyjemne (…) mieć miejsce do takich spotkań” Marta Horbal maluje interesujący obraz rodziny, w której przez lata nie wyjaśniono ważnych spraw, a mijający czas coraz bardziej to utrudnia. Skłania to do refleksji, uzmysławia, jak ważna jest rozmowa, tworzenie więzi opartej na szczerości i budowanie bezpieczeństwa w rodzinie. Zasiądźcie za stołem. Dosłownie lub metaforycznie. Przeczytajcie powieść. I zacznijcie rozmawiać.
Ewa - awatar Ewa
oceniła na76 miesięcy temu
Tu nie ma nic Krystian Janik
Tu nie ma nic
Krystian Janik
https://wypozyczone.blogspot.com/2024/04/na-kacu.html Dawno, dawno temu, jakoś tak tuż po maturze, przeczytałam „Łuk triumfalny” Remarque’a. Po tej lekturze zostało we mnie pewne dziwne zafascynowanie calvadosem, który w książce namiętnie popijają bohaterowie, którego nazwa w dodatku brzmi według mnie niezwykle światowo i wyrafinowanie, którego też nigdy w ustach nie miałam, nie mogłam się więc rozczarować zderzeniem moich wyobrażeń z rzeczywistością. Po prostu „Łuk triumfalny” przez te wszystkie lata równa się dla mnie calvados. Niestety, to skojarzenie powieści (wielkiej niewątpliwie) z gatunkiem alkoholu nie powtórzy się w przypadku książki „Tu nie ma nic” Krystiana Janika. Bo po pierwsze - nie ma jak porównywać Janika z Remarquem, nie ta klasa, choć powieść Janika nie jest zła. Po drugie - gdybym jednak miała porównywać to musiałabym zamiast calvadosem zacząć się fascynować żołądkową gorzką… Powieść Janika spodobała mi się od pierwszej strony i czytało się ją w miarę płynnie (oprócz kilku słabszych momentów, o których za chwilę). Wydawało mi się, że oto mam przed oczyma wgląd w życie ludzi z wioski pod Tarnowem, których najłatwiej byłoby mi określić mianem „prostych” - takich, którzy nie spędzają całych dni nad zastanawianiem się kim jesteśmy i dokąd zmierzamy, ale którzy żyją chwilą a ucieczki od rzeczywistości szukają w prostych rozrywkach - tu akurat w meczach piłki nożnej, grillowaniu i piciu alkoholi, z wyraźnym wskazaniem na wspomnianą już żołądkową gorzką. Z założenia to koncept ciekawy i wcale nie aż tak mocno wyeksploatowany literacko. Mogło więc być świetnie… Czas akcji: 2018 rok, mundial w Rosji. Główni bohaterowie: Jadzia, ponad pięćdziesięcioletnia żona i matka, która po swojemu zmaga się z życiem - pijącym mężem Wieśkiem, który od czasu do czasu lubi jej przywalić i dorosłymi już prawie dziećmi - Wiolą, Dorotką i Dominikiem (synem, który dzielnie kroczy śladami ojca i też czasem rękę na mamusię podniesie). Jadzia nie rozkminia za bardzo filozoficznych pytań o sens istnienia. Jadzia skupia się na tym, żeby nie zdenerwować Wieśka, żeby na czas podać zakąski do wódki, żeby pokierować dziećmi tak, żeby wyszły na ludzi (uwaga, mamusia należy do tych mamuś, które uważają, że studia wyższe są absolutną stratą czasu i nic dobrego nie przynoszą, dlatego naukowe ambicje Dorotki traktuje z dużą niechęcią i stara się wybić dziewczynie z głowy polonistykę na ujocie). Przy czym jest osobą która nie widzi, że żyje w jakimś absolutnie niedopuszczalnym systemie, w którym szczytem kobiecych ambicji jest posiadanie męża, a mąż ten ma wszelkie prawa do zalewania się w trupa i lania kogo popadnie. Tak po prostu jest według Jadzi urządzony świat. I tyle. I wszyscy, którzy z politowaniem patrzą na jej sińce i podbite oczy, zwłaszcza zaś sąsiadki albo panie ekspedientki w spożywczym, są paskudnymi plotkarami i wścibskimi, zawistnymi babami, które na pewno skrycie zazdroszczą jej Wieśka. Bo przecież Wiesiek, jak i zresztą cała rodzina Gorzałków, to porządny człowiek, który ma własną firmę budowlaną i citroena c4, a że go czasem poniesie, to już niczyja sprawa tylko jej, Jadzi. Więc niech się zainteresują swoimi chłopami! Cudna to bohaterka. Zgrzytnęło mi w niej po raz pierwszy, gdy zaczęła wyjaśniać, jak to się zna na piłce nożnej. No sorry, że tak po angielsku się wypowiem. Ale ta znajomość piłki zupełnie mi do niej nie pasowała. Jeszcze bym zrozumiała, że kobieta wie, co to jest spalony. To akurat da się jakoś wytłumaczyć. Ale że pamięta kto z kim grał i wygrał w rozgrywkach grupowych Euro2012? Naprawdę? Wtedy po raz pierwszy przemknęło mi przez myśl, że Krystian Janik w swojej powieści chce się pochwalić własną znajomością historii rozgrywek futbolowych. A że nie bardzo ma pomysł, kto by mógł jakoś w swoich wypowiedziach nawiązywać do występów naszej kadry narodowej - to wziął pierwszego z brzegu bohatera, tak się złożyło, że naszą Jadzię, i bach! kazał jej wypowiadać teksty, o których przeciętna kobieta lat pięćdziesiąt parę z podtarnowskiej wsi nie ma raczej pojęcia. Mógłby to już raczej robić Jacek, nasz drugi wiodący bohater (wiodący dlatego, że on również staje się - obok Jadwigi - narratorem powieści). Jacek jest bowiem licealistą, który w zasadzie nawet jeśli nie szczerze, to ze względów związanych z problemami akceptacji w grupie rówieśniczej mógłby się orientować w terminarzu i wynikach rozgrywek. A on nie właśnie (może dlatego, że już Jadzia wzięła na siebie ten ciężar - ona przecież pojawiła się w powieści jako pierwsza). Jacek za to wnikliwemu czytelnikowi da wgląd w to, kto jest kim na polskiej scenie muzyki rozrywkowej, ze szczególnym uwzględnieniem metalu: Nergala z Behemothem i innych, których jednak nie zapamiętałam… Czy muszę dodawać, że te przywoływane tytuły utworów i nazwy zespołów nic do akcji nie wnoszą? Chyba nie… No dobrze, ale czy jest tu w ogóle jakaś akcja? Znowu - wydawało mi się, że tak. Jacek jest kolegą Tomka. Tomek zakochuje się w Dorotce Gorzałkównie i zakłada, że najszybciej do serca dziewczyny dotrze, zyskując akceptację tatusia Wieśka. A akceptację Wieśka, jak już pewnie się zorientowaliście, zyskać można głównie pijąc z nim alkohol. Żołądkową gorzką na przykład, albo co tam jest pod ręką. Tomek więc pije z teściem in spe, czym zamiast akceptacji Dorotki załatwia sobie dozgonną wręcz niechęć Jadzi. Już, już przed oczami rysuje nam się tragedia antyczna… I zostaje jakoś zgubiona na wybojach fabularnych, w których co najmniej dwa razy już prawie nam się wydaje, że jesteśmy świadkami nieoczekiwanego zgonu (może więc będzie wątek kryminalny?),jeden z bohaterów zaczyna widzieć ducha kolegi od picia (czyżby proza psychologiczna z rozbudowanym studium popadania w obłęd?),Dorota nie porzuca marzeń o wyrwaniu się z domu i wydaje się, że jest w stanie przekonać również Tomka do wyjazdu w wielki świat (love story?). Ale nie, proszę państwa. Każdy z tych wątków, zawiązanych bardzo zgrabnie, zostaje urwany, a jeśli nawet jest jakoś zakończony, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że na szybko i jakoś bez głębszego przemyślenia. Co więc dostajemy? Nic. I teraz być może popełnię nadinterpretację, ale chyba to właśnie mieliśmy dostać. W końcu zapowiedział nam to już tytuł „Tu nie ma nic”. Może więc moje lekkie rozczarowanie powieścią Janika, która naprawdę miała potencjał na bardzo dobrą literaturę na wysokim poziomie, było przez autora zamierzone. Może chciał on właśnie opisać świat prowincjonalnych miejscowości i prowincjonalnych ludzi z wąskimi horyzontami, w którym urywają się wątki a historie, nawet jeśli zapowiadają się świetnie, nie znajdują swojego zakończenia. Może tak właśnie wygląda życie tysięcy Wieśków i Jadwig, Jacków, Tomków i niestety również Dorotek… To świat, w którym nie ma wspaniałego Paryża, gorącej miłości Ravika i Joanny i calvadosu. To Odchylice, z których nie da się uciec, a jeśli nawet, to niedaleko - do Tarnowa, do pracy w Azotach. Tutaj zamiast miłości jest lanie a zamiast calvadosu wszelkiego rodzaju alkohole po których się wymiotuje (choć w powieści jest to nazwane dosadniej oczywiście). Cóż, w „Tu nie ma nic” zobaczyłam potencjał, który jednak się nie spełnił. Przez Jadzię znającą się na piłce, przez Jacka, który opowiada o konkretnych ulicach w Tarnowie, jakbym co najmniej pytała go o drogę w obcym mieście, przez moje zastanawianie się, skąd ci licealiści mają pieniądze na kupowanie alkoholi (rodzice im dają?),dlaczego Jacek wie, ile lat ma ekspedientka w sklepie (przecież nie ma tego wypisanego na czole) i dlaczego na miłość boską nikt z tych młodych ludzi po zachlewaniu się w trupa nie ma na drugi dzień kaca? To ostatnie chyba najbardziej mnie frapuje. Może dlatego, że ja mam jakiegoś lekkiego czytelniczego kaca po lekturze powieści Janika. Jak czytałam - było dobrze, po przeczytaniu pozostał niedosyt, ból głowy, suchość w ustach, pragnienie innej literatury… Kac po prostu. Jeśli więc chcecie sami sprawdzić, jakie wrażenia na was wywrze „Tu nie ma nic”, to pamiętajcie, że pijecie… yyy… to znaczy czytacie na własną odpowiedzialność! Mg
Margot - awatar Margot
ocenił na61 rok temu
Widowland C.J. Carey
Widowland
C.J. Carey
Od czasu lektury „Opowieści podręcznej” Margaret Atwood i „Roku 1984” Georga Orwella, dawno żadna książka mnie tak nie zaniepokoiła jak „Widowland” C. J. Carey. Z resztą patrząc na aktualną sytuację geopolityczną, staje się ona tym bardziej niepokojąca i warta uwagi. Nie bez powodu przytoczyłam powyższe tytuły, gdyż w dużej mierze łączą one swe wizje w spójną całość w „Widowland”. Jeśli już choćby ta zapowiedź nie skłania Was do sięgnięcia po tę powieść postaram się znaleźć i dalsze powody, które pobudzą Waszą ciekawość. Niech jednym z nich będzie chociażby okładkowa zapowiedź zawartości: „Aby kontrolować przeszłość, zmienili historię, aby kontrolować przyszłość, zmienili literaturę”. Jeśli już ta zapowiedź nie wzbudza trwogi, to niech będzie nią również sam zarys fabuły, który odwraca historię do góry nogami. Jest rok 1953. Cały Londyn szykuje się do ceremonii koronacji. Jeśli jednak ktoś przypuszcza, że będziemy świadkami tego jak na królewskim tronie z berłem w ręku i inkrustowaną koroną zasiądzie młodziutka Elżbieta II grubo się pomyli, bowiem w świecie C. J. Carey tron ten przypadnie Edwardowi VIII i jego żonie królowej Wallis (aktorki i amerykańskiej rozwódki). To oni, po tym jak Jerzy VI i jego rodzina zostali brutalnie pobawieni życia, przejmą insygnia koronacyjne. Bynajmniej jednak nie Zjednoczone Królestwo Brytyjskie przyjdzie im objąć w panowanie. Na mocy Wielkiego Sojuszy między Wielką Brytania a Niemcami utworzony został wspólny byt państwowy, którym de facto kieruje protektor w osobie Alfreda Rosenberga, zwanego Naczelnym Wodzem. Choć tytularnie władza należy do korony, w praktyce całość decyzji i bieżące rządy leżą w ręku protektora. Gdyby tego jeszcze było mało to w Nowym Ładzie, zapanował również nowy porządek, w którym na zupełnie nowych zasadach, narzuconych przez protektora, ukształtowano rolę i status kobiet. Trudno tu mówić o równości płci, gdyż Rosenberg wprowadził system kastowy. Kobiety podzielono na kilka grup, w zależności od wieku, pochodzenia, statusu fizycznego, czy cech fizycznych. Są zatem kobiety należące do elitarnej klasy – Geli, o najwyższym statusie społecznym, nazwane tak na cześć ukochanej siostrzenicy Naczelnego Wodza i ich pozycja jest najbardziej uprzywilejowana. Dalej są Klary (na cześć matki),których rola sprowadza się do wykorzystywania ich płodności, zatem to one odpowiedzialne są za rodzenie przynajmniej kilkorga dzieci. Dalej są Leni (od imienia najważniejszej reżyserki filmowej reżimu – Leni Riefenstahl),które służyć mają Wielkiemu Sojuszowi jako klasa pracująca, co sprawia, że kastę tą zasilają kobiety pracujące zawodowo na rzecz Sojuszu (np. urzędniczki czy aktorki). Z kolei te kobiety, których praca sprowadza się do opieki np. nauczycielki czy pielęgniarki przynależą do Pauli (od imienia siostry Wodza). Odrębny status mają kobiety pracujące fizycznie np. w sklepach czy fabrykach. Te nazywane są Magdami, podczas gdy te, które pracują jako kucharki czy służące nazwano Gretl. Najniżej w hierarchii są jednak Fridy tzw. kobiety cmentarne, do których Wódz zaliczył wdowy oraz stare panny powyżej pięćdziesiątego roku życia, które nie miały dzieci i których wiek reprodukcyjny dawno już minął, a które nie służyły również żadnemu mężczyźnie, zamieszkujące Krainę Wdów (tytułowy Widowlad). Posługa ta niezależnie od klasy stanowi bowiem jedną z kluczowych ról narzucanych kobietom. To właśnie misję infiltracji Krainy Wdów powierzono młodej, należącej do elit Sojuszu, pracownicy Ministerstwa Kultury – Rose Ransom, która porzucić ma swe dotychczasowe obowiązki sprowadzające się do dostosowywania klasyków literatury dla potrzeb kanonów panujących w nowo obowiązujących realiach. Rose wniknąć ma zatem w środowisko wdów i sprawdzić na własne oczy, czy w istocie mieszkanki slumsów szykują się do powstania, a nadto czy to one odpowiedzialne są na wywrotowe hasła kreślone na murach, nawołujące za pośrednictwem cytatów z literatury, do buntu. Czasu nie ma dużo, bowiem ceremonia koronacji zbiec ma się w czasie z wizytą w stolicy Wielkiego Wodza. Czy Rose uda się zatem wykonać misję? Czy sprosta powierzonemu jej zadaniu? Czy wytrwa w nowo wykreowanych ideałach, a może sama przejdzie na stronę wroga? C.J. Carey w swojej książce stworzyła dystopię, która stanowi odważny głos we współczesnej literaturze. Podejmuje bowiem tematy nośne, nie obawiając się zabrać głos w kwestii walki kobiet o przysługujące im prawa. Mimo podobieństw, które narzucają się tu do wspomnianych już „Opowieści podręcznej” wartością dodaną u Carey jest zwrócenie uwagi na problemy społeczne, które sprawiają, że nie można przejść obojętnie obok jakiejkolwiek ludzkiej segregacji czy dyskryminacji. Nie brak tu również odniesień do autentycznych wydarzeń historycznych, jak i postaci znanych z kart historii. Oczywiście u C. J. Carey ta historia odwrócona jest do góry nogami, jednak poczynając od Edwarda VIII i jego małżonki, przez Alfreda Rosenberga – jednego z czołowych zbrodniarzy nazistowskich, przez przywoływanego niejednokrotnie Josefa Gebelsa i członków jego rodziny, po legendarną piewczyni nazistowskiej ideologii utrwalanej na taśmie filmowej – Leni Riefenstahl. Chociaż więc fabuła jest fikcją literacką, to potencjalny scenariusz w jakim mogła potoczyć się historia jest nad wyraz realny. Nie może ujść również uwadze szereg nawiązań do klasyków literatury, które na karatch „Widowland” pojawiają się. Przyznam szczerze, że tworzone na potrzeby Wielkiego Sojuszu wersje „Wichrowych wzgórz”, „Dumy i uprzedzenia”, czy „Przeminęło z wiatrem” odwracają do góry nogami znane nam treści kultowych powieści. Czego jednak nie robi się dla potrzeb rządzącego reżimu. I tu również indoktrynacja opisywana przez Autorkę oparta została na odesłaniu do krzewienia nowej wiary poprzez dostosowane do jej potrzeb treści, dziś ten sam efekt można osiągnąć przez odpowiednie modelowanie doniesień prasowych czy telewizyjnych, opartych na pożądanej propagandzie. Wreszcie „Widowland” stanowi perełkę literatury pięknej. Polecam tę pasjonującą lekturę. Świat widziany oczami C.J. Carey momentami przeraża, pokazując, że historia lubi się powtarzać, a momentami boleśnie odzwierciedla zakusy do ukształtowania nowego porządku świata pojawiające się nawet współcześnie. Uprzedmiotowienie kobiet, tworzenie państwa opresyjnego, postawy konformistyczne, którym przeciwstawiona jest wola walki najniższych warstw. Chęć ich przerwania za wszelką cenę i skutki obłędu jednostki u władzy. Brzmi momentami aż nadto współcześnie. Warto sięgnąć po tę książkę. Z pewnością na długo zapadnie ona w pamięć.
Pink Mag - awatar Pink Mag
ocenił na84 lata temu
Suka Pilar Quintana
Suka
Pilar Quintana
Pilar Quintana w swojej gęstej, oszczędnej w słowach powieści „Suka” zabiera nas do Kolumbii, jakiej nie znajdziemy w folderach turystycznych. To miejsce duszne, wilgotne, smagane ulewami i zdominowane przez nieokiełznaną naturę pacyficznego wybrzeża. Przyznając tej książce ocenę 7/10, doceniam jej brutalną szczerość i emocjonalny ciężar, choć jednocześnie dostrzegam pewien niedosyt wynikający z jej skrajnego minimalizmu. Macierzyństwo jako niespełniona obietnica Główną bohaterką jest Damaris, kobieta w dojrzałym wieku, która żyje w cieniu wielkiej pustki – niemożności zajścia w ciążę. Jej życie u boku Rogelia jest naznaczone monotonią i cichym żalem. Gdy Damaris adoptuje szczeniaka, przelewa na niego wszystkie stłumione instynkty macierzyńskie. To tutaj Quintana stawia najważniejsze pytania: czy miłość oparta na desperackiej potrzebie zapełnienia braku może być zdrowa? I gdzie przebiega granica między troską a obsesyjną chęcią posiadania kogoś na własność? Najmocniejszym punktem powieści jest jej klimat. Dżungla i ocean nie są tu tylko tłem, ale pełnoprawnymi bohaterami. Natura u Quintany jest wroga, brudna i niebezpieczna – zupełnie jak uczucia, które zaczynają kiełkować w Damaris, gdy pies (tytułowa suka) zaczyna przejawiać niezależność. Autorka genialnie portretuje narastającą frustrację bohaterki. Relacja z psem staje się brutalną metaforą niewdzięczności, buntu i rozczarowania, które często towarzyszą relacjom międzyludzkim, a o których rzadko mówi się tak wprost. Quintana pisze stylem surowym, niemal ascetycznym. Nie ma tu miejsca na kwieciste opisy czy sentymentalizm. To proza, która tnie jak brzytwa. Z jednej strony pozwala to czytelnikowi poczuć fizyczny ból i duszność świata przedstawionego, z drugiej jednak – przy tak krótkiej formie – pozostawia pewne wątki i motywacje postaci w sferze niedopowiedzeń, które nie zawsze działają na korzyść dynamiki tekstu. Ocena siedem odzwierciedla uznanie dla odwagi autorki w ukazywaniu „mrocznej strony” kobiecości i instynktów. To książka, która wywołuje dyskomfort i zostaje w głowie na długo po lekturze. Zabrakło mi jednak nieco głębszego nakreślenia relacji Damaris z mężem, co mogłoby jeszcze mocniej uwypuklić jej tragiczne osamotnienie. „Suka” to krótka, ale potężna lekcja o tym, że natura – zarówno ta wokół nas, jak i ta ludzka – jest nieprzewidywalna i często okrutna. To lektura dla czytelników o mocnych nerwach, którzy cenią prozę bezkompromisową, surową i boleśnie prawdziwą. To portret kobiety złamanej przez oczekiwania społeczne i własne ciało, wykonany z chirurgiczną precyzją.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na726 dni temu
Psie pazury Thomas Savage
Psie pazury
Thomas Savage
O tym, że tłumione emocje muszą gdzieś znaleźć ujście. Książka opowiada o dwóch braciach, którzy wiodą dość uporządkowane życie, prowadząc jedno z większych rancz w okolicy. Wszystko się zmienia, kiedy do domu wprowadza się świeżo poślubiona żona jednego z nich oraz jej nastoletni syn z poprzedniego małżeństwa. Obaj bracia są w jakimś stopniu despotami, narzucającymi swoje zdanie innym. W przypadku Phila jest to bardziej widoczne - to człowiek ceniący sobie utartą rutynę, nie cierpiący sprzeciwu i jakichkolwiek zmian (także tych cywilizacyjnych),zwłaszcza takich niekonsultowanych z nim. To również absolutny mistrz wszechświata i okolic w dziedzinie pasywnej agresji. W porównaniu z nim George wydaje się tym łagodnym i uległym, ale on również dąży za wszelką cenę do realizacji swojej wyidealizowanej wizji życia rodzinnego, nie biorąc pod uwagę niczyjego zdania na ten temat. Między bohaterami ma miejsce swego rodzaju wojna psychologiczna, a atmosferę można kroić nożem - co ciekawe, nie ma tu ani jednej sceny awantury, wszystko rozgrywa się w milczeniu, w dużej mierze w głowach stron konfliktu, sporo rzeczy pozostaje w sferze domysłów. Fabuła jest bardzo przemyślnie, przewrotnie skonstruowana, rozwija się dosyć niepozornie, prowadząc do zaskakującego, satysfakcjonującego finału - to jeden z tych przypadków, gdy zakończenie jest lepsze od całej reszty książki.
niedź - awatar niedź
ocenił na77 miesięcy temu
Gra o życie Syed M. Masood
Gra o życie
Syed M. Masood
O tym, ile kosztuje lepsze życie. Jest to historia o muzułmanach, którzy wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych w poszukiwaniu lepszego losu. Przeplatają się tutaj dwa wątki. Bohater pierwszego przyjechał do USA wraz z rodziną legalnie i dosyć szybko przystosował się do nowej kultury, co było dla niego łatwe o tyle, że nigdy nie był bardzo religijny i jeszcze w rodzinnym kraju miał dosyć zachodni sposób myślenia i postrzegania świata. Bohaterka drugiego wątku zaś jest ucieleśnieniem tego, co jako pierwsze przychodzi do głowy, gdy myślimy o kobiecie w islamskiej kulturze - jest ciemiężona przez mężczyzn, którzy uważają, że mają prawo o decydować o jej życiu, które i bez tego jest pasmem udręk. Mam nieco mieszane uczucia wobec tej książki. Nie mogę powiedzieć, żeby mi się nie podobała, choć mam też wrażenie, że był tutaj potencjał na coś znacznie lepszego i ciekawszego, ale w dużej mierze został zaprzepaszczony. Bardzo polubiłam głównego bohatera - mam wrażenie, że to taki typ postaci, który z łatwością wzbudzi sympatię u większości czytelników. Cechuje go bardzo błyskotliwe i przepełnione ironią poczucie humoru, które niestety jest zupełnie nie doceniane przez otoczenie - dialogi z jego udziałem są naprawdę świetne. Jest to też bohater zawieszony pomiędzy dwoma światami - jako niezbyt ortodoksyjny i swobodnie podchodzący do wiary (choć wciąż nie ateista),jest odrzucany przez własną społeczność, a jednak wciąż jest muzułmańskim emigrantem w Ameryce po 11 września. To była ciekawa perspektywa i trochę żałowałam, że książka tak szybko się nad tą kwestią prześlizguje. Tym, co mi się mniej podobało, było nadmierne skupienie na wątku romantycznym w drugiej połowie powieści, zwłaszcza, że jest to wątek, który budzi nieco telenowelowe skojarzenia. Przeszkadzało mi też to, że w książce właściwie w żaden sposób nie jest zaznaczany upływ czasu, w związku z czym nie da się stwierdzić ile lat w danym momencie mają bohaterowie (a w wielu sytuacjach jest to istotne),ani ile czasu mija pomiędzy poszczególnymi wydarzeniami. Nie bez znaczenia jest też fakt, że tłumaczka wydaje się nie do końca dobrze panować nad materią języka polskiego, stąd styl bywa nieco toporny. Mimo moich uwag z pewnością warto było tę książkę przeczytać, choćby tylko dla Anvara.
niedź - awatar niedź
ocenił na78 miesięcy temu
Pół roku na Saturnie Małgorzata Sidz
Pół roku na Saturnie
Małgorzata Sidz
"Pół roku na Saturnie" autorstwa Małgorzaty Sidz to powieść, która wciąga do niezwykle prawdziwego i autentycznego świata. Przeczytałam ją z ciekawością i bez dużych oczekiwań. Kupiłam ją przypadkiem w krakowskim kiosku na dworcu, czując potrzebę poczytania czegoś w trakcie długiej podróży pociągiem. "Pół roku na Saturnie" to literatura piękna polska, mimo że nie aspiruję do miana wysokiej literatury, porusza wnikliwie tematy Korei Południowej, granic ludzkiej ciekawości czy sensu życia. Akcja toczy się w Seulu, gdzie 26-letnia Polka, wyjechała z ojczyzny do Korei Południowej. Przez pół roku próbuje odnaleźć siebie w innym kraju, wśród innych ludzi, w innych standardach. Bezimienna główna bohaterka przedstawia ciekawą interpretację świata, który będzie postrzegany jako gra, symulacja sterowana przez innych. Bohaterka przedstawia wiedzę i opinie na różnorakie tematy, co poszerza wiedzę czytelnika na różnych płaszczyznach. Powieść jest utrzymana w lekkiej i przystępnej formie do czytania, jest pełna naturalnych obserwacji i ciekawostek. Bezimienna postać pomimo braku nazwy jest bardzo barwną i pełną niespodzianek personą, poczułam iż jest ona moim odzwierciedleniem. Choć dzieli nas dekada różnicy w wieku, była zagubiona w tym świecie, miała mnóstwo pytań dotyczących samej siebie i świata. Poruszył mnie jeden z wątków o śmierci, gdy starszy pan przedłuża pożegnanie ze swoją martwą małżonką, zatraca się w tym i zapomina o swoich potrzebach co okazuje się dla niego zgubne. Ten krótki wątek w książce poruszył we mnie wiele emocji. Byłam zdruzgotana jednocześnie natchniona jak wielką miłością można darzyć kogoś kogo już z nami nie ma. Ta jedna sytuacja w książce była niewinną zabawą głównej bohaterki, a sprawiła iż łzy same napłynęły mi do oczu podczas podróży pociągiem. "Pół roku na Saturnie" to idealna lektura na podróż - lekka, pełna humoru i wiedzy. Idealna dla miłośników krótszych powieści, niosących głębię i duszę.
Zgniochq - awatar Zgniochq
ocenił na78 miesięcy temu
Po końcu Clare Mackintosh
Po końcu
Clare Mackintosh
Pip i Matt stają przed rozrywają serce dycezyją, jakie dalsze kroki podjąć w leczeniu swojego syna Dylana, który w wieku niespełna trzech lat zachorował na góza mózgu, a jego operacyjne usunięcie spowodowało liczne uszkodzenia mózgu i zanik jego różnych funkcji. Szpital podejmując dezycje o opiece paliatywnej postawił rodziców w sytuacji walki o syna. Początkowo oboje chcą walczyć o dalsze życie Dylana próbując nowatorskie terapii protonowej - wymaga ona jednak podróży do Stanów Zjednoczonych i pokrycia szeregu kosztów. W kulminacyjnym momencie podjęcia decyzji Pip zmienia zdanie i chce, aby jej syn zaznał już spokoju. Decyzja matki powoduje nie tylko walkę ojca ze szpitalem, ale także powoduje rozpad małżeństwa. Finał tej walki jest w sądzie, który ma zdecydować za obojga rodziców. W tej chwili autorka decyduje się na rozszczepienie linii czasowej na dwie biegnące równolegle. W jednej linii to ojciec wygrywa a syn zyskuje kilka lat życia, w drugiej sąd przychyla się do zdania szpitala i Dylan umiera krótko po rozprawie. To co dzieje się przez kolejna część książki to walka z samym sobą obojga rodziców, podejmowanie próby życia dalej, momenty powrotu do siebie, nowe decyzje i w końcu zaznanie słodko-gorzkiego szczęścia. Ostatni rozdział znowu scala powieść i cofa się do chwili wydania wyroku przez sąd. Rozdział ten (jak i niektóre poprzednie) jest prowadzony z perspektywy lekarki, która opiekowała się przez ostatni czas Dylanem. Jej rozdarcie jest równie silne. Nie słyszy jednak wyroku sądu i umyka z sali rozpraw zostawiając nam furtkę na trzecie rozwiązanie. Książka trzyma w napięciu. Powoduje łzy, ale też i zadume nad tym, jak samemu zachowałoby się w obliczu takiego trudnego wyboru.
Iwona nieznośna_lekkość_książek - awatar Iwona nieznośna_lekkość_książek
ocenił na82 lata temu

Cytaty z książki Ostatni strażnik z Ellis Island

Więcej
Gaëlle Josse Ostatni strażnik z Ellis Island Zobacz więcej
Więcej