
Czarne słońce

- Kategoria:
- fantasy, science fiction
- Format:
- papier
- Cykl:
- Between Earth and Sky (tom 1)
- Tytuł oryginału:
- Black Sun
- Data wydania:
- 2022-09-28
- Data 1. wyd. pol.:
- 2022-09-28
- Data 1. wydania:
- 2020-10-13
- Liczba stron:
- 368
- Czas czytania
- 6 godz. 8 min.
- Język:
- polski
- ISBN:
- 9788367023399
- Tłumacz:
- Anna Dobrzańska
Bóg powróci
Gdy ziemia i niebo spotkają się
Pod czarnym słońcem
W świętym mieście Tova zimowe przesilenie jest zwykle czasem świętowania i odnowy, lecz w tym roku zbiega się ono z zaćmieniem słońca, rzadkim zjawiskiem, które zdaniem Kapłanki Słońca zaburza równowagę świata.
Tymczasem z odległego miasta wypływa statek, który ma zawinąć do Tovy w przeddzień zaćmienia. Jego kapitan, Xiala, jest zhańbioną Teekijką, której pieśń ma moc uspokajania morza i wypaczania ludzkich umysłów. Ma ona dostarczyć do Tovy pasażera. Jest nim niegroźny, młody mężczyzna imieniem Serapio, z opaską na oczach, ciałem poznaczonym bliznami i przeznaczeniem, które musi wypełnić. Xiala wie jednak, że ludzie, o których mówi się, że są „niegroźni”, zwykle okazują się potworami.
W swej powieści pełnej niezapomnianych postaci Rebecca Roanhorse stworzyła „doskonały świat, który otwiera przed czytelnikiem cały wachlarz ludzkich cnót i występków” (Ken Liu, autor nagradzanego cyklu Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu).
Ta epicka przygoda to opowieść o upadku władzy i walce jednostek z własną, bolesną przeszłością. To „absolutnie fantastyczny” (S.A. Chakraborty, autorka bestsellera Miasto mosiądzu) początek jednego z najbardziej oryginalnych cyklów dekady.
Kup Czarne słońce w ulubionej księgarni
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Oceny książki Czarne słońce
Poznaj innych czytelników
880 użytkowników ma tytuł Czarne słońce na półkach głównych- Chcę przeczytać 629
- Przeczytane 240
- Teraz czytam 11
- Posiadam 139
- Fantastyka 19
- 2023 15
- Fantasy 13
- Legimi 11
- 2024 8
- Chcę w prezencie 6





































OPINIE i DYSKUSJE o książce Czarne słońce
Zacznijmy o tego, że nie powiedziałabym, że to epicka historia, ale niewątpliwie bardzo przyjemne światotwórstwo, które dla mnie ma taki klimat mezoamerykański. To jest najmocniejszy punkt tego storytellingu i postawienie w nim na motywy religijne, ale to nie musi trafić do każdego. Dla mnie oba te akcenty to wystarczająco, aby zachęcić mnie do sięgnięcia po kolejny tom, ponieważ jestem ciekawa, co wydarzy się tutaj dalej. Spośród wszystkich postaci najmniej sympatyzuję z Xialą, której tok myślenia jest dla mnie co najmniej niezrozumiały, a co dopiero jakieś oczekiwania wobec innego bohatera (jak dla mnie są one z czapy).
Zacznijmy o tego, że nie powiedziałabym, że to epicka historia, ale niewątpliwie bardzo przyjemne światotwórstwo, które dla mnie ma taki klimat mezoamerykański. To jest najmocniejszy punkt tego storytellingu i postawienie w nim na motywy religijne, ale to nie musi trafić do każdego. Dla mnie oba te akcenty to wystarczająco, aby zachęcić mnie do sięgnięcia po kolejny tom,...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJestem totalnie kupiona. Bohaterowie są barwni, a historia jest interesująca.
Z wielką chęcią przeczytam kontynuację.
Jestem totalnie kupiona. Bohaterowie są barwni, a historia jest interesująca.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZ wielką chęcią przeczytam kontynuację.
Jak dla mnie esencja dobrego przygodowego fantasy! Worldbuilding przemyślany, ale bez pretensji; historia prosta, ale angażująca; bohaterowie, którzy łapią za gardło i trzymają do samego końca; subtelne, nadające głębi nawiązania do dobrze znanych kultur czy w końcu niezły balans między humorem a „stylowym” klimatem. Chcę więcej!
Może i fabularnie Roanhorse nie zaskakuje, może i niepotrzebnie przyspiesza w końcówce… Niemniej – jak na początek trylogii – zaskakująco udany tom!
Jak dla mnie esencja dobrego przygodowego fantasy! Worldbuilding przemyślany, ale bez pretensji; historia prosta, ale angażująca; bohaterowie, którzy łapią za gardło i trzymają do samego końca; subtelne, nadające głębi nawiązania do dobrze znanych kultur czy w końcu niezły balans między humorem a „stylowym” klimatem. Chcę więcej!
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMoże i fabularnie Roanhorse nie zaskakuje,...
Pierwsza odsłona trylogii. Akcja kumuluje się dopiero pod koniec opowieści, przedtem poznajemy bohaterów (rozwój ich umiejętności; tzw. magię),relacje między nimi, konflikty społeczne czy polityczne.
Wydaje się, że główni antagoniści (a raczej ich ucieleśnienia) to reprezentanci światła (nauki) i mroku (wiary). O dziwo - naukę reprezentuje kobieta, a wiarę mężczyzna :)
Ciekawie przedstawia się opisywany świat, jak pisze autorka, inspiracją były kraje i kultury Mezoameryki.
Pierwsza odsłona trylogii. Akcja kumuluje się dopiero pod koniec opowieści, przedtem poznajemy bohaterów (rozwój ich umiejętności; tzw. magię),relacje między nimi, konflikty społeczne czy polityczne.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWydaje się, że główni antagoniści (a raczej ich ucieleśnienia) to reprezentanci światła (nauki) i mroku (wiary). O dziwo - naukę reprezentuje kobieta, a wiarę mężczyzna...
"Czarne słońce" R. Roanhorse było przede wszystkim w mojej opinii wręcz doskonałą książką pod względem budowy. Była ona schematyczna i prosta, ale oparta na swoich własnych, oryginalnych pomysłach, z których wyciągała wszystko, co mogła. Każdy element fabularny był zrozumiały dla czytelnika, każda tajemnica faktycznie nią była, to co miało szokować, szokowało (i to nawet od pierwszych stron),a plot twist obecny na końcu wręcz wyrywał z butów. To samo tyczy się światotwórstwa. Było ono sporządzone niezwykle, że tak to ujmę, malowniczo, i kiedy też być może nie było odkrywcze, tak zdecydowanie przyjemne do odbioru. Ta książka po prostu była tak poprawna, że nie ma się o co przyczepić w kontekście jej kreacji. Razem z tym nie było tutaj też żadnych eksperymentów narracyjnych, ale to pod żadnym pozorem nie jest wada. Po prostu, tradycyjnie sporządzona książka, z niezwykle przyjemną i całkiem intrygującą fabułą.
Podobne rzeczy mogę powiedzieć o bohaterach, a nawet może i więcej, bo byli oni ewidentnie motywem przewodnim tej powieści. Była to książka, w której emocje, relacje i osobowości postaci grały główną rolę. Ciekawością jest jednak, że nie było tu perspektywy jednej postaci głównej ani dwóch, a kilku. Było to ciekawe zagranie, bo właśnie dzięki temu, my, czytelnicy, osoby wszechwiedzące, wiedzieliśmy to, co wszyscy inny obecni w książce się dopiero domyślali, bądź nawet nie mieli o tym pojęcia. Przez to, sama złapałam się na tym, że zgadzałam się z opinią niektórych postaci, niektórych chciałam usprawiedliwiać, a co do niektórych chciałam, żeby zmienili własne przekonania.
I na sam koniec moja opinia, która będzie... Dość dziwna, patrząc na odbiór przeze mnie tej lektury. Książka była niezwykle przyjemnym dla mnie doświadczeniem, ale też żadnym głębszym przeżyciem. Tak, kibicowałam bohaterom, ale po zakończeniu książki, nie czułam większej potrzeby już o nich myśleć. Ot, książka została się ze mną jako bardzo dobra historia i tyle, co dowodzi, że przynajmniej dla mnie, nie wszystko, co dobre, musi też być głębokie i wciągające. Powieść oczywiście polecam, ale bardziej jako dobry relaks po pracy lub szkole, który rozluźni wam myśli, ale nie dostarczy wam uniwersum, który będziecie chcieli śledzić przez lata.
"Czarne słońce" R. Roanhorse było przede wszystkim w mojej opinii wręcz doskonałą książką pod względem budowy. Była ona schematyczna i prosta, ale oparta na swoich własnych, oryginalnych pomysłach, z których wyciągała wszystko, co mogła. Każdy element fabularny był zrozumiały dla czytelnika, każda tajemnica faktycznie nią była, to co miało szokować, szokowało (i to nawet od...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toŚwiat stworzony w powieści wzorowany jest prekolumbijskimi kulturami obu Ameryk, i bardzo mi się podoba, jest bardzo odmienny od większości światów stworzonych przez autorów fantasy.
Powieść zaczyna się niespiesznie, kolejne rozdziały rzucają czytelnika na przemian w różne miejsca, oraz cofają do wydarzeń wcześniejszych, mających w późniejszym czasie wielkie znaczenie. Czym bliżej końca, ciężko się oderwać, a zakończenie, krwawe i zwiastujące ciekawe wydarzenia w drugim tomie.
Mamy w książce przygody, Xiali: kapitan, żeglarkę pochodzącą z tajemniczego ludu, tajemniczego młodzieńca Serapia, Kapłankę Słońca, różne zakony, rywalizujące ze sobą klany. Morskie przygody, miasto Tova, położone w górach, z dzielnicą usytuowaną w ścianach wąwozu, oraz olbrzymie wrony będące wierzchowcami dla ludzi.
Świat stworzony w powieści wzorowany jest prekolumbijskimi kulturami obu Ameryk, i bardzo mi się podoba, jest bardzo odmienny od większości światów stworzonych przez autorów fantasy.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPowieść zaczyna się niespiesznie, kolejne rozdziały rzucają czytelnika na przemian w różne miejsca, oraz cofają do wydarzeń wcześniejszych, mających w późniejszym czasie wielkie znaczenie....
Bardzo dobra. Wciągnęła mnie już od początku. Chętnie sięgnę po drugi tom, żeby dowiedzieć się co będzie dalej.
Kiedy kupowałam książkę, to okładka trochę mnie zwiodla i myślałam, że to będzie jakieś science fiction 😉 ale nie żałuję zakupu, bo dostałam bardzo dobre fantasy inspirowane historią i cywilizacjami obu Ameryk.
Bardzo dobra. Wciągnęła mnie już od początku. Chętnie sięgnę po drugi tom, żeby dowiedzieć się co będzie dalej.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKiedy kupowałam książkę, to okładka trochę mnie zwiodla i myślałam, że to będzie jakieś science fiction 😉 ale nie żałuję zakupu, bo dostałam bardzo dobre fantasy inspirowane historią i cywilizacjami obu Ameryk.
Fantasy z nutką egzotyki. Świat ciekawy, ale nie powala na kolana. Rozmaite intrygi ładnie się splatają w punkcie kulminacyjnym. Ale dlaczego ludzie nie wynaleźli żagli, a przemierzają morza, to nie rozumiem.
Fantasy z nutką egzotyki. Świat ciekawy, ale nie powala na kolana. Rozmaite intrygi ładnie się splatają w punkcie kulminacyjnym. Ale dlaczego ludzie nie wynaleźli żagli, a przemierzają morza, to nie rozumiem.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCóż za rozczarowanie biorąc pod uwagę, jak lekko i przyjemnie się tę książkę czytało. Jednak im głębiej wchodziłem w fabułę, tym pojawiało się w mojej głowie więcej zgrzytów, coś co rozpoczęło się jak solidne 7/10 zaczęło mi pachnieć szóstką, aż dotarłem do zakończenia, spojrzałem holistycznie na tę pozycję i zacząłem w niej zauważać masę niewykorzystanego potencjału oraz nie do końca przemyślaną konstrukcję fabularną, która pewne wątki lub bohaterów porzuca jako nieistotne. Będzie tez kilka uwag dotyczących prostych środków opisu stosowanych przez autorkę i jaki ostatecznie zawód dla wyobraźni poczułem, gdy już odłożyłem książkę na bok. Będę dobierał słowa naokoło na tyle, aby nie zdradzić nic z fabuły, a jednocześnie postaram się przybliżyć elementy, po których niezdecydowany czytelnik będzie mógł ocenić, czy jest to książka dla niego. Uwaga: Tekst jest bardzo długi.
1. FABUŁA – WPROWADZENIE.
Krótki rys fabularny, ponieważ uważam, że od tego jest zajawka na okładce, a nie ja. Mamy 3 głównych bohaterów. Naranpę, Kapłankę Słońca, która mieszka w niebiańskiej wieży w mieście Tova (można rzecz stolicy regionu, Meridianu). Pochodzi z lokalnej biedoty, ale udało się jej dostać w szeregi Strażników i pełni teoretycznie najważniejszą funkcję w mieście, bo cztery zakony zamieszkujące wieżę decydują o losach czterech Klanów Niebouczynionych, głównie za sprawą wróżb/przepowiedni ustalanych dzięki zgłębianiu tajemnic mechaniki nieba. Strażnicy są zatem pewnego rodzaju duchowieństwem, którego nauki opierają się na astrologii, natomiast matrony Klanów reprezentują władzę świecką. Wpływy kapłanów w mieście jednak bardzo podupadły w ostatnich latach, Naranpa chciałaby to zmienić, próbuje zbliżyć do siebie Strażników i szarych obywateli miasta, jednak nie wszystkim na tym zależy i powoli zawiązuje się spisek na najwyższych szczeblach władzy.
Losy pozostałych postaci są ze sobą powiązane. Serapio został rytualnie okaleczony przez swoją własną matkę w wieku 12 lat. Jego rolą jest bycie naczyniem dla Wroniego Boga, jednego ze starszych bogów, których się już nie wyznaje w cywilizowanym świecie, ale nadal w mieście Tova w ukryciu działa jego kult. Mija 10 lat i Serapio musi wybrać się z miasta portowego Cuecola do Tovy, aby wypełnić swoje przeznaczenie (nie zdradzam, aby nie spoilerować). Przez morze półksiężycowe pomoże mu się przeprawić Xiala, Teekijska żeglarka o magicznych zdolnościach.
2. WADY.
Przejdźmy już zatem do przelewania mojej frustracji na papier (o zaletach książki będzie na samym końcu, bo skoro udało mi się ją przeczytać do ostatniej strony to musiałem dostrzec w niej coś pozytywnego). Musicie mi wybaczyć, będzie trochę nieskładnie, ale po prostu nie ma jakieś żelaznej chronologii, według której te rzeczy się nawarstwiały.
Przede wszystkim przeszkadzały mi te naleciałości YA w kontekście pre-kolumbijskiego settingu, który tak bardzo był podkreślany w reklamie tej książki. Głównie uwidacznia się to w monologach wewnętrznych bohaterów. Zacznę od tego, że tam każdy z tych bohaterów jest napalony. Jest tyle odcieni miłości jednak w książce dominujący element każdej relacji to potrzeba fizycznego kontaktu. I można to jeszcze zrozumieć w przypadku wątku Serapia i Xiali, bo mają po 22-25 lat i w tym wieku każdy przejaw głębszego uczucia ma u swoich podstaw erotyzm, tak już wątek romantyczny Kapłanki (w pewnym momencie się dowiadujemy, że ma 33 lata, co ZUPEŁNIE nie koresponduje ze sposobem jej myślenia o uczuciach, przynajmniej modlę się o to, aby dojrzałe kobiety w ten sposób nie odczuwały) jest raz, że mało istotny, to dwa jeszcze zupełnie płaski i znowu – te nieustanne napalenie, nawet w sytuacjach stresowych. Drogie czytelniczki, czy aby współczesna książka fantasy przykuła waszą uwagę, naprawdę WSZYSTKIE postacie muszą być tak horny?! Akurat czytam w tej chwili Le Guin i cóż za różnica w sposobie, w jaki przedstawiana jest miłość. A przykłady można mnożyć. Ja nie chcę, aby pierwotne instynkty odrywały mnie od fabuły, nie chcę niepotrzebnego szumu w postaci ciągłego myślenia o chęci bzykania. Fantastyka sobie powinna radzić bez tego, a relacje bohaterów budować można subtelniej i bardziej intrygująco (co w sumie i w tej książce ma w pewnym momencie miejsce – rozdział 17 to bardzo dobre tworzenie więzi międzyludzkich, ale jest to zaledwie rozdział w oceanie nieustającego pożądania).
Jeśli już tworzymy świat na bazie jakiegoś wyobrażenia historycznego, wiadomo, że nie tworzymy historii alternatywnej tylko lekko się inspirujemy ciekawymi elementami, to język nadal musi odzwierciedlać te realia, inaczej iluzja zamieszkiwania egzotycznego świata zamiast współczesnego szybko pryśnie. I nie mówię tu o jednostkach miary, ponieważ dla mnie jest to wygodne i zasadne uproszczenie. Natomiast jeszcze nigdy nie denerwowało mnie tak bardzo słowo „pieprzenie” jak w tej książce. Szczególnie, gdy występuje ono w tandemie ze słowami, które w widoczny sposób starają się być jakaś charakteryzacją światotwórczą i przynależą (w naszej historii) do czasów minionych. To słowo tak wyrywało mnie z immersji miejsca jak żadne inne. Wyobraźnie sobie to słowo we Władcy Pierścieni Tolkiena albo jakiejkolwiek powieści Le Guin – wydawałoby się nie miejscu, nie ze względu na wulgarność, tylko po prostu nie pasowałoby do świata. I tutaj ono nie pasuje. Szczególnie, że autorka tworzy swoje różne powiedzonka dla tego świata (nieoryginalnie korzystając z istniejących współcześnie, ale już pal licho) i można byłoby skorzystać z jakiegoś interesującego zamiennika lub stworzyć własne niewspółczesne przekleństwo (które autorka również wymyśla!). Więc czego mi brakuje? Najzwyczajniej w świecie bycia konsekwentnym. I pewnego wyczucia, co wiąże nas ze współczesnym leksykonem, a co nie.
Są takie rzeczy, nad którymi zastanawiałem się w trakcie lektury i liczyłem, że znajdą uzasadnienie w treści, ale jestem przekonany, że już do tych aspektów autorka nie powróci w kolejnym tomie. Prosty przykład: Serapio ma zamiar pojawić się w Tova w dniu konwergencji (zaćmienia słońca). Ma na to 20 dni, co stanowi ekstremalnie mało czasu, bo w tej porze roku normalnie statki nie pływają przez morze półksiężycowe i jeśli zdążą na ostatnią chwilę to będzie znakomicie. Proste pytanie: dlaczego na ostatnia chwilę? Przez 10 lat różni ludzie przygotowywali Serapio na ten jeden moment w życiu, następne takie wydarzenie (zaćmienie słońca połączone z przesileniem zimowym) nie nastąpi przez najbliższe tysiąclecia, a on sobie na ostatnią chwilę tam płynie. Przez cała książkę myślałem, że w retrospekcjach będzie pokazane, jak coś zakłóciło te plany, sprawiło że Balam (taki gość co pomógł Serapio znaleźć statek) nie mógł skompletować załogi wcześniej bo miał związane ręce. Ale nie, nic takiego nie było. Można by pomyśleć, że zrobili to po to, aby przeciwnicy kultu Wrony nie znaleźli Serapio przed konwergencją, ale ja tego kompletnie nie kupuję – nikt z tym kultem nic nie robił, było w książce dosłownie powiedziane, że pozwolono im sobie istnieć, dwa: można go było ukryć w dzielnicy biedoty, gdzie nikt z Niebouczynionych się nie zapuszczał w sprawach innych niż hazard i przyjemność cielesna, albo w jeszcze innym miejscu niedaleko Tovy, o którym dowiadujemy się w ostatnich rozdziałach powieści. Byłoby to wręcz idealne miejsce, bo odosobnione, ludzie się tam nie zapuszczają, incognito 100%. I naturalnie chronione, w miarę blisko, dobry „transport”. Więc skąd ten pośpiech? A no stąd, że autorka chciała mieć odliczanie i dostała odliczanie. Chciała aby naszym bohaterom się śpieszyło, no to się śpieszyło (mimo, że nie czujemy pośpiechu ani przez chwilę, doskonale wiemy, że prędzej czy później dotrą na miejsce. Niebezpieczeństwa są dosyć standardowe i ulotne).
Nie mówiąc już o tym, że w pierwszym rozdziale chłopiec zostaje okaleczony i ojciec wylewa łzy rozpaczy pytając „ola boga, co ja mam teraz zrobić?”. No nie wiem, może zawołajcie lekarza i niech użyje niewielkich nożyczek/skalpela i odwróci ten efekt? I nie mówcie mi że się nie da, szczególnie jeśli przeczytaliście książkę do końca. Dlaczego nikt nie sugeruje takiego rozwiązania? A no bo fabuła tego zabrania. I w trakcie lektury napotykałem takich smaczków więcej, nie czepiałem się ich nawet na siłę, po prostu same przychodziły mi do głowy, czekałem na rozjaśnienie wątpliwości, lecz niestety się nie doczekałem.
Najgorsze jest zakończenie i to nawet nie dlatego, że nie jest satysfakcjonujące w żadnej mierze. Chodzi o sposób, w jaki autorka przydziela czas powieściowy bohaterom. Jedna ważna postać poboczna znika całkowicie. W sumie możemy się domyślać dlaczego, ale o niebo bardziej ekscytujące zakończenie dostalibyśmy, gdyby ujawniony nam został powód owego zniknięcia. Byłby to ten plot-twist gwarantujący chęć sięgnięcia po kolejny tom – odkrycie reperkusji tego „big reveal” w relacjach międzyludzkich. Niestety autorka przyjęła POV wyłącznie głównych postaci (+1, o której powiem za chwilę),a tak się składa, że nasza główna perspektywa na wydarzenia rozgrywające się w Tovie zostaje odsunięta od akcji głównej. Jako czytelnik doskonale zdawałem sobie sprawę, dlaczego zostaje ona odsunięta i jakie będą tego dalsze konsekwencje. Więc dochodzi do tego przewidywalność.
Skoro już przy tym jesteśmy dwa słówka o „intrydze na dworze”, że wyrażę się tak nieprecyzyjnie. Jest kiepska i już wam mówię dlaczego. Otóż spiskowcy nawet przez chwilę się z tym nie kryją, że planują obalić obecny porządek i przejąć władzę. Główna bohaterka doskonale identyfikuje oczywiste znaki i w jaki sposób reaguje? Nie robi absolutnie nic, aż jest za późno. Macha ręką, ignoruje oczywiste zagrożenie, troszkę się wkurwia w myślach na postać x i y, że jej robią na złość, po czym kontynuuje nieróbstwo jak gdyby nigdy nic. Masz na swoich usługach wyszkolonych asasynów/strażników/żołnierzy, nie musisz od razu nikogo zabijać, wystarczy schwytać spiskowców i wytoczyć im proces przed Radą. Spowolnić ich, zawrzeć sojusze, a nie dziewczyna idzie się poskarżyć rodzinie i oczekuje w zasadzie czego? Ostatecznie coś jej to daje ale znów za późno, gdy mleko się rozlało. Ta jej ignorancja, obojętność, brak decyzyjności to wszystko sprawia, że my tej postaci nie możemy dopingować, bo jest powieściową i fabularną ofiarą, która od samego początku bez żadnej walki idzie na dno. Dama w opałach w wersji light, podobno inteligentna lecz ja bym jej przypisał raczej dobroć serca i brak jakiegokolwiek pomyślunku. Gdy trafia w ręce silnego sojusznika nie wykorzystuje okazji, by wzmocnić swoją pozycję – jest w końcu zmęczona więc zamiast tego napije się herbatki.
Wracają do znikających postaci i niesatysfakcjonujących wątków – Okoa, syn matrony Czarnowronców, szkolony w szkole wojskowej Hokaia. Moja ulubiona postać, ponieważ 1) nie jest na nikogo napalony 2) ma ciekawy, konfliktowy charakter, czyste motywacje i próbuje coś zrobić z informacjami, które otrzymuje. W dodatku jeździ na wielkim kruku czy wronie. No więc otrzymuje istotną wiadomość od postaci x, ostrzeżenie: i co? I nic – trochę go to niepokoi, troszkę się poza fabuła rozpyta tu i ówdzie o bliżej nieskonkretyzowane rzeczy, ale tak to siedzi następne 4 dni na tyłki i czyta książki w bibliotece, mimo że nieszczęście zbliża się dużymi krokami. Przychodzi wielka konfrontacja i nasz bohater znika, pojawia się już po wszystkim. Brawo, świetne wykorzystanie postaci w kulminacyjnym momencie powieści. Jego siostra, również istotna postać z powodu przeze mnie utajonego ze względu na spoilery, jest już kompletnie bez znaczenia fabularnego do samego końca opowieści. Ale jak kupię kolejny tom to może coś dostanę, co? Świetnie…
Mój główny zarzut wobec tej książki – jest uboga w sposoby opisu świata przedstawionego. Dam wam przykład, troszkę zmyślony, troszkę oparty o elementy fabularne. Wyobraźcie sobie, że wpływacie rzeką do wysokiego kanionu, skały piętrzą się wzwyż tak wysoko, że ledwo widzicie niebo. Jak scenę wpłynięcia do czegoś takiego opisałby wyśmienity autor z bogatym zasobem słów? Pewnie porównałby masyw skalny do czegoś (gardła lewiatana, cokolwiek),opisałby cień, który rzuca (powiedzmy: urwisko było tak wysokie, że cień nakrywał swym ciężarem cały port z kotwiczącymi w nim statkami, albo że sięgał aż do latarni morskiej, albo jeszcze inaczej),opisałby ciemność wejścia do tego przesmyku, silny wiatr, stosowałby porównania i oddziaływał na wszystkie zmysły tak mocno, że czułbyś to miejsce na własnej skórze. A jak zrobiłby to zwykły człowiek – np. ja, który nie napisał żadnej książki – albo jak zrobiła to autorka? Po prostu napisze, że kanion jest wysoki, składa się z takich skał, ma czerwony kolor i przy brzegach rośnie zielsko. Tyle. I to jest jeden przykład, ale odnosi się 80% opisów natury w tej książce – są proste, są krótkie, brakuje im jakiejkolwiek literackiej oryginalności (bo sam setting jest ciekawy). Najlepiej autorce wychodzą opisy religijnych rytuałów, ale to również są krótkie – zbyt krótkie, abyśmy przesiąknęli zapachami, emocjami, wrażeniami. Mimo że autorka odwołuje się do innych zmysłów poza wzrokiem, to głównie są to mechaniczne opisy czynności (po pewnym czasie również wtórne - krew krew, a tu znowu krew!) Nijak się to ma do sposobu pisania obecnego w wysokiej jakości prozie fantasy. Nie musimy szukać w klasykach, weźmy nawet taką powieść jak „Cudzoziemiec w Olondrii” Sofii Samater, przeczytajcie pierwsze trzy rozdziały, jeśli nie dacie rady więcej (ba, przeczytajcie pierwsze trzy strony) i powiedzcie mi – czy nie czujecie otoczenia każdym skrawkiem waszej duszy? Nie w kwestii fabularnej ale w opisie tego, czego jesteście świadkami, gdzie przebywacie, co doświadczacie?
W punkcie kulminacyjnym powieści (to nie spoiler, odliczanie sprowadza się do tego momentu) mamy zaćmienie słońca. Nie wiem jak wy, ale ja uważam to zjawisko za niezwykle fascynujące i do dziś pamiętam, jak będąc małym chłopcem na bazarku z rodzicami obserwowaliśmy całkowicie zaćmienie. To uczucie, o którym można się rozpisywać na kilka stron, jest takie wyjątkowe i rzadkie. I teraz macie tak epickie wydarzenie na końcu swojej książki, chcielibyście je poczuć i nigdy nie zgadniecie jak autorka nam je przedstawiła. Otóż w kulminacyjnym momencie (który się rozgrywa na dobrych 25 stronach) zaćmienie wspominane jest 2 razy i opisane dosłownie jednym krótkim akapitem (pierwszy raz) i zdaniem pojedynczym (za drugim razem). Musiałem sobie co chwila samodzielnie przypominać, że właśnie jesteśmy w trakcie absolutnie zjawiskowego wydarzenia astronomicznego i to w tej scenerii rozgrywają się ostatnie sceny tego dramatu. W ogóle nie czułem tego w powieści, bo opisy autorki są czysto funkcjonalne, nie tworzą (przynajmniej w moim umyślne) atmosfery miejsca. Są zbyt pobieżne, ubogie, klasyczne, brakuje jakichkolwiek nietuzinkowych rozwiązań językowych. I nie mówię tu o nie wiadomo czym. Ja bym chciał po prostu od czasu do czasu pomyśleć „wow, ale to sprytnie autorka ujęła w słowa” albo „nie wpadłbym na takie porównanie, jest znakomite”. Nic z tych rzeczy.
Jeszcze inny przykład: bohaterka idzie na ściankę wspinaczkową, tylko że w prawdziwym życiu i bez zabezpieczeń. Ostatnio takie szaleństwa robiła ponad 20 lat temu. Dawno, jeśli mnie spytacie, można pozapominać. Wydawałoby się, że czeka ją trudna przeprawa, w której każde ułożenie stopy czy ręki może skończyć się tragicznie. Otóż nie. Jedna strona i jesteśmy już na dole. A dzięki komu? Dzięki braciszkowi, który gdy bohaterka była mała dziewczynką doradził jej, aby wspinając się po takich rzeczach zawsze miała „nogi ugięte, a ręce proste.” GENIALNE! Wyobraźcie sobie tego człowieka, którego naturalnym odruchem ciała podczas wspinaczki są wyprostowane nogi i skurczone ręce tak, aby nie móc dosięgnąć do wszystkich wystających miejsc i włożyć tam dłonie. Całe życie się dziwił, dlaczego nie potrafi utrzymać się długo na ścianie, dlaczego ręce tak szybko mu się męczą, skoro ma je „naturalnie” podkurczone. Na szczęście w takich chwilach są ludzie z doświadczeniem wspinaczkowym jak braciszek, który wpadł na to, że ugięte nogi i wyciągnięte ręce to dobry pomysł.
Ten brak ochoty pochwalenia się z nabycia głębszej wiedzy specjalistycznej widać też na statku. Autorka co prawda sprawdziła, jak nawigowali polinezyjczycy i wplotła te kilka skrawków w swoją opowieść, ale już samo żeglowanie to po prostu wiosłowanie. W spisie postaci (wersja oryginalna, by nie być wprowadzonym w błąd przez tłumacza) Xiala jest sailor – żeglarką. Musi zatem istnieć w tym świecie sail, czyli żagiel. Łódź, którą posługują się nasi bohaterowie żagla nie ma, ponieważ wszyscy, którzy lubią opowieści osadzone na statkach wiedzą, ile wiedzy jest potrzebne, aby ogarnąć te wszystkie bukszpryty, zęzy, kabestany etc. Dużo specyficznego słownictwa, szczególnie gdy trzeba opisać, co marynarze robią z linami w trakcie sztormu. Ja się na tym nie znam kompletnie, ale gdy autor w dorosłej fantastyce umieszcza swoich bohaterów na łodzi, zwykle biegle posługuje się odpowiednim nazewnictwem (a ja uczę się przy okazji, googlując),tutaj widać, że autorka nie chciała sobie zaprzątać tym głowy. W ogóle Rebecca Roanhorse zdaje się mało widzieć o czymkolwiek wymagającym specjalistycznej wiedzy za wyjątkiem elementów świata ameryki pre-kolumbijskiej, na resztę nie wystarczyło samozaparcia.
Kończę pastwić się nad „Czarnym Słońcem” stwierdzeniem, że zakończenie jest po prostu urwane i niesatysfakcjonujące, a bohaterowie nie przechodzą żadnej przemiany. Nie żeby to był warunek konieczny, ale chyba mocno się nasuwa, gdy mamy do czynienia z motywem drogi i cały świat ma się zmienić to wypadałoby, aby choć jedna postać zmieniła swój światopogląd pod wpływem tych rewelacji. Szczególnie gdy jest ku temu okazja!
3. ZALETY
Przechodzimy do plusów. Tą książkę dobrze się czyta. Jeśli nie przeszkadzają komuś naleciałości z YA i nieścisłości fabularne lub brak satysfakcjonującej konkluzji wątków poszczególnych postaci, to motywy tej książki są całkiem interesujące i angażujące uwagę. Autorka bardzo dobrze rozumie koncepcję fantasy i wprowadza tą mistyczną/mitologiczną podwalinę swojej opowieści, nie próbując naukowego wyjaśnienia poszczególnych zjawisk – błąd, który popełnia wielu współczesnych autorów za bardzo racjonalizując elementy nadprzyrodzone, odzierając je tym samym z magii przynależnej gatunkowi. Podobało mi się, że rozdziały nie kończą się cliffhangerami, dzięki czemu płynnie i z zaciekawieniem przenosimy się od jednej perspektywy do drugiej, bez towarzyszącej temu irytacji. Wątek Serapia jest zdecydowanie najciekawszy i sposób postrzegania świata przez zmysły tej postaci jest niebywale intrygujący i wciągający. Właściwie mógłbym całą książkę spędzić tylko z tą jedną postacią i wcale nie poczułbym się zawiedziony. Podobało mi się przedstawienie religii w oparciu o mechanikę sfer niebieskich, pomysł na miasto Tova zbudowane na wysokich klifach, Klany, zwierzęta, wronie bóstwo, przepowiednie, krótkie fragmenty fikcyjnych utworów na początku każdego rozdziału. Światotwórstwo jest po prostu bardzo ciekawe, jednak gdyby to samo napisała np. Le Guin (której nawet jakoś specjalnie nie lubię, bo fabularnie się po prostu nudzę, ale jej język jest na topowym poziomie) to mielibyśmy książkę genialną.
Zaletą w moich oczach jest, że te elementy fantasy z początku były bardzo oszczędne, dzięki czemu ma się wrażenie, że magia w tym świecie jest czymś rzeczywiście wyjątkowym. I tak być powinno moim zdaniem – gdy magia jest powszechna to odbiera się jej ten unikalny charakter. A tutaj to było bardzo subtelne wprowadzenie – poprzez historie z jakiś innych czasów, przepowiednie, jakieś ludowe wierzenia odnośnie Teekijek, aluzje do mocy, która drzemie w naturze, którą można zamknąć w jakimś przedmiocie, która też drzemie w Serapio. O tym wszystkim się mówi, lecz nie uwidacznia się, dzięki temu gdy w końcu jesteśmy świadkami czegoś magicznego to czujemy, że wydarzyło się coś niezwykłego. Wbrew obiegowym opiniom nie nudziłem się ani przez chwilę, a każdy rozdział (do 2/3 powieści) posuwał fabułą naprzód, w przeciwieństwie do takich odcinków Rings of Power, które też mają ślamazarne tempo i też niewiele się dzieje, ale w Czarnym Słońcu każdy rozdział służy czemuś, bohaterowie coś dowiadują się o sobie nawzajem, albo czytelnik dowiaduje się czegoś nowego o świecie. Po stronie 200 zdaje się, że informacje trochę się powtarzają, a to co dowiadujemy się po drodze jest tym, co zdołaliśmy sami już się domyśleć, teraz tylko mamy więcej konkretów. Mapka jest prosta, ale ładna, spis postaci niepotrzebny – to nie Gra o Tron czy książki Petera Hamiltona, tu się nie da pogubić kto jest kim.
4. PODSUMOWANIE.
Suma summarum wychodzi książka poprawna, która miała zadatki na coś zupełnie fenomenalnego, ponieważ pomysły były świetne, ale brakuje ciekawego warsztatu i finału, w którym wątki bohaterów się nie urywają. Liczy się tylko jeden bohater, cała reszta znika z planu, aby przypadkiem nic im się nie stało, bo drugi tom musi się przecież opierać na tych samych ludziach, by pogłębić tę płytką sadzawkę charakterologiczną. Miejmy nadzieję, że pani Rebece to się uda. Nie jestem pewny, czy dowiem się o tym osobiście. Jest wiele lepiej napisanych współczesnych fantasy i skoro mówię to ja, który ma w niej skąpe doświadczenie (jestem bardziej typem SF-nerda),to ktoś znakomicie oblatany w gatunku poleciłby wam multum rzeczy lepszych.
Szkoda waszego czasu na rzeczy średnie. Jeśli macie sięgać po jakąś trylogię to „Pęknięta Ziemia” ma dużo dużo więcej do zaoferowania już od samego początku. Rebecca Roanhorse może pisać wyśmienite YA, jednak jeśli chcielibyście fantastykę pisaną dla dorosłych, to chyba powinniście poszukać w innym miejscu. Dobra książka na wakacje, na odprężenie, ale nie otrzymacie tu nowej jakości w fantastyce, a jedynie odrobinkę oryginalniejsze YA napisane w typowy dla YA, nieskomplikowany, poprawny sposób. Szkoda… Bo ten świat ma potencjał na to, by być czymś niezapomnianym i kultowym, a wychodzi na to, że czytelnicy szybko o nim zapominają, a to dlatego, że te cuda są opisane bez tego „czegoś”. Bez polotu, bez krzty literackiego geniuszu, którym moglibyśmy się trochę dłużej pozachwycać.
Cóż za rozczarowanie biorąc pod uwagę, jak lekko i przyjemnie się tę książkę czytało. Jednak im głębiej wchodziłem w fabułę, tym pojawiało się w mojej głowie więcej zgrzytów, coś co rozpoczęło się jak solidne 7/10 zaczęło mi pachnieć szóstką, aż dotarłem do zakończenia, spojrzałem holistycznie na tę pozycję i zacząłem w niej zauważać masę niewykorzystanego potencjału oraz...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNie doczytałam.
Po książkę sięgnęłam ze względu na dobre opinie i często podkreślane przez recenzentów zdanie cyt. "epicki/nietuzinkowy początek". Szczerze, to początek mnie nie porwał. Owszem coś mnie zaintrygowało, ale nie na tyle bym uznała "Wow, tak zaczyna się niezapomniana przygoda, która zostanie ze mną na zawsze". Może by i została, ale trafiłam na jedną, bardzo, ale to bardzo twardą ścianę.
>Uwaga! Nie obrażam nikogo, nie mam zamiaru nikogo urazić itd. To moja opinia<
Nie mogłam zdzierżyć wprowadzenia postaci pobocznej, która miała rodzajnik "to". Ogromnie wybijało mnie to z rytmu "trzymało, szło, stanęło". Tak wiele lat edukacji szkolnej wpoiło mi dwa rodzaje: albo poszedł albo poszła, a poszło (ono) mój mózg traktował jako błąd i kolejne zdania były katorgą. Co ciekawe, gdyby od początku było napisane w rodzaju "to", to myślę, że jeszcze bym się jakoś tego nauczyła i przyjęła, ok idziemy z fabułą dalej. Ale... Tłumacz pisał raz w męskim rodzaju i raz nijakim i się pogubiłam.
Jeżeli ktoś został urażony to przepraszam, ale niestety nie jestem wstanie przez to dalej iść z historią. Dla mnie jest to nienaturalne.
Jedna z bohaterek jest Bi i to mi nie przeszkadzało, aczkolwiek od razu jesteśmy atakowani, kto jakie ma preferencje albo jakiej jest płci. To nie jest zapewne ważne dla fabuły, ale no cóż takie rzeczy można wpleść w raczej subtelny sposób by uzupełnić pewne rzeczy o danym bohaterze. W tej książce odniosłam wrażenie, że ważne było od razu pokazanie, że świat jest różnorodny i tak istnieje tutaj również LGBT. Podkreślam: jeżeli to nie jest ważne dla fabuły to dać subtelna informacje, gdzie w trakcie historii w ramach uzupełniania a nie (dla mnie po chamsku) od razu kłaść na to nacisk, by podbić sobie popularność u nastolatków.
Nie doczytałam.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPo książkę sięgnęłam ze względu na dobre opinie i często podkreślane przez recenzentów zdanie cyt. "epicki/nietuzinkowy początek". Szczerze, to początek mnie nie porwał. Owszem coś mnie zaintrygowało, ale nie na tyle bym uznała "Wow, tak zaczyna się niezapomniana przygoda, która zostanie ze mną na zawsze". Może by i została, ale trafiłam na jedną, bardzo,...