Head Lopper i Karmazynowa Wieża

Okładka książki Head Lopper i Karmazynowa Wieża autora Jordie Bellaire, Andrew MacLean, 9788381106238
Okładka książki Head Lopper i Karmazynowa Wieża
Andrew MacLeanJordie Bellaire Wydawnictwo: Non Stop Comics Cykl: Head Lopper (tom 2) komiksy
280 str. 4 godz. 40 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Cykl:
Head Lopper (tom 2)
Data wydania:
2018-09-19
Data 1. wyd. pol.:
2018-09-19
Liczba stron:
280
Czas czytania
4 godz. 40 min.
Język:
polski
ISBN:
9788381106238
Tłumacz:
Jacek Drewnowski
Średnia ocen

6,8 6,8 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Head Lopper i Karmazynowa Wieża w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Head Lopper i Karmazynowa Wieża



książek na półce przeczytane 8807 napisanych opinii 7044

Oceny książki Head Lopper i Karmazynowa Wieża

Średnia ocen
6,8 / 10
51 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Head Lopper i Karmazynowa Wieża

avatar
646
308

Na półkach: , , , , , ,

Head Lopper 2 trzyma poziom i wprowadza nas jeszcze głębiej w świat wykreowany przez autora.

W drugiej części przygód osławionego Dekapitatora odkrywamy tajemnice Karmazynowej Wieży - gdzie grupa śmiałków stoczy szereg pojedynków i będzie musiała uniknąć licznych pułapek, by na sam koniec stawić czoła z zarządcą i organizatorem tego krwiożerczego turnieju.

Jeśli komuś spodobała się część pierwsza, to druga będzie wyśmienitym deserem. Jeszcze więcej akcji, bohaterów i wątków. A w środku zadymy jak zwykle: Norgal i Głowa Błękitnej Wiedźmy Agaty.

Head Lopper 2 trzyma poziom i wprowadza nas jeszcze głębiej w świat wykreowany przez autora.

W drugiej części przygód osławionego Dekapitatora odkrywamy tajemnice Karmazynowej Wieży - gdzie grupa śmiałków stoczy szereg pojedynków i będzie musiała uniknąć licznych pułapek, by na sam koniec stawić czoła z zarządcą i organizatorem tego krwiożerczego turnieju.

Jeśli komuś...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
811
8

Na półkach:

Muszę przyznać, że drugi tom nie należał do wybitnych. Mnie nawet lekko zmęczył.

Muszę przyznać, że drugi tom nie należał do wybitnych. Mnie nawet lekko zmęczył.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
253
11

Na półkach:

Drugi tom Head Loopera to dla mnie lekkie rozczarowanie. Najsłabiej wypada tu historia, która jest mało porywająca; graficznie też jakby mniej kadrów, które by mnie szczególnie zachwyciły.

Drugi tom Head Loopera to dla mnie lekkie rozczarowanie. Najsłabiej wypada tu historia, która jest mało porywająca; graficznie też jakby mniej kadrów, które by mnie szczególnie zachwyciły.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

84 użytkowników ma tytuł Head Lopper i Karmazynowa Wieża na półkach głównych
  • 67
  • 17
53 użytkowników ma tytuł Head Lopper i Karmazynowa Wieża na półkach dodatkowych
  • 21
  • 11
  • 10
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2

Tagi i tematy do książki Head Lopper i Karmazynowa Wieża

Inne książki autora

Andrew MacLean
Andrew MacLean
Massachusetts based comic artist, Andrew R MacLean is the creator of the SNIP SNIP, Head Lopper, and Daruma. His work can also be found in Department O, Colonial Souls, Meatspace, Outlaw Territories, Bad Karma, and others.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Gnat #3: Przyjaciele i wrogowie, czyli żniwa Jeff Smith
Gnat #3: Przyjaciele i wrogowie, czyli żniwa
Jeff Smith
GNAT 1-3 Komiks "Gnat" znajdował się na mojej liście do przeczytania od kilku lat. Jednak za każdym razem powstrzymywała mnie okładka – spodziewałem się lektury przeznaczonej zdecydowanie dla młodszego czytelnika. Ku mojemu zaskoczeniu, komiks zawiera wiele mrocznych i poważniejszych elementów. Owszem, jest w nim sporo humoru, ale szczerze mówiąc, trochę bałbym się czytać go z małym dzieckiem. Całość jest urocza i momentami naprawdę zabawna. Najbardziej rozśmieszył mnie rozdział poświęcony wyścigowi krów. Bohaterowie są sympatyczni i łatwo ich polubić, choć muszę przyznać, że Kant strasznie mnie irytował. Jego postać przypominała mi Sknerusa McKwacza, co niekoniecznie działało na jego korzyść. Jeśli chodzi o strukturę historii, uważam, że całość jest trochę rozwleczona. Wydaje mi się, że gdyby komiks zamknął się w dwóch tomach zamiast trzech, wyszłoby to na dobre całej opowieści. Mimo to zakończenie jest całkiem satysfakcjonujące, choć niestety dość przewidywalne. Komiks "Gnat" to interesująca i zaskakująca opowieść, choć niepozbawiona pewnych wad. Często porównywany do twórczości Tolkiena – i słusznie. Znajdziemy tu magię, smoki, różnorodne rasy zamieszkujące bogato wykreowany świat, a także klasyczny motyw drogi. Główny bohater, Chwat, przypomina Froda Bagginsa – początkowo niepewny siebie i odrobinę tchórzliwy, z czasem przechodzi przemianę, stając się prawdziwym bohaterem. To komiks, który łączy humor, mrok i epickość, tworząc historię, która potrafi wciągnąć zarówno młodszych, jak i starszych czytelników.
alcybiades - awatar alcybiades
ocenił na77 miesięcy temu
The Goon. Kolekcja tom 1 Eric Powell
The Goon. Kolekcja tom 1
Eric Powell
Tytułowy Zbir i jego kumpel Frankie nie mają łatwego życia. Od samego początku zmagają się z hordami zdechlaków, Kapłanem Zombie, zwanym też jako Kaznodzieja (nie, nie ten Kaznodzieja),przerośniętymi szczurami i całym zastępem ryboludzi. Na naszym rynku komiksowym Zbir również nie miał dotąd szczęścia. W latach 2004-2006 wydawnictwo Taurus Media próbowało przedstawić go naszym czytelnikom, ale gdzieś coś poszło nie tak i po trzech albumach, seria znikła. Realizowany (podobno) od wielu lat film, który ostatecznie miał się pojawić w 2018, również nie ujrzał światła dziennego. Dostaliśmy jedynie zwiastun i tyle. Niemniej "The Goon" w końcu doczekał się u nas ogromnego wydania zbiorczego, którego pierwszy tom liczy sobie niemal 500 stron. Drugi, zapowiedziany na ten miesiąc, nieco ponad 400, a w albumach mieści się spora liczba dodatków w postaci szkiców, okładek i materiałów od autora oraz amerykańskich recenzentów. Komiks w USA obrósł zresztą nie małym kultem i pozwolił jego autorowi, wieść spokojny żywot. Czy jednak i mnie kupił? W pewnym sensie tak, bo na pewno chce przeczytać całą serię, ale z drugiej strony przygody Zbira i jego kurduplowatego kumpla Frankiego mocno zalatują paździerzem. Seria jest bardzo specyficzna, obfituje w niezbyt wyrafinowany humor, co zresztą było zamierzone, oraz dość brutalna. Sam autor naśmiewa się z niej, przyznaje wprost, że pierwsze opowieści od strony graficznej było słabe, ale i scenariusz nie powalał na kolana. "The Goon" od samego początku nie był robiony jako dzieło ambitne, tylko ostra, wulgarna i bezpruderyjna satyra. To się udało, choć faktycznie pierwsze zeszyty strasznie się zestarzały i mnie osobiście dość mocno wynudziły. Jest to w zasadzie kalejdoskop mordobicia bez większego polotu, z szczątkowym scenariuszem. Później, gdy rozwija się akcja i zostaje wyjaśnionych parę spraw, całość nabiera jako takiego sensu. Niemniej to nadal jest mordobicie z Fatality w roli głównej. I owszem, znajdzie się ogrom amatorów tego typu komiksu, ale również tyle samo przeciwników. Osobiście jestem gdzieś pośrodku, bo lubię takie historyjki. Cholera, jestem wielkim fanem filmu "Krwawa uczta" (tylko część pierwsza, pozostałe to rynsztok),który oglądałem bodaj 21 razy, w tym większość na trzeźwo. Niemniej w "The Goon" miejscami zwyczajnie się nudziłem. W mojej opinii historie są strasznie nierówne. Jedne czytałem zanosząc się przy tym śmiechem, inne katowałem z recenzenckiego obowiązku. Musze jednak przyznać, ze mniej więcej od połowy tego albumu, zdecydowanie dominowały historyjki udane. BA! jedna nawet była z gościnnym występem Hellboya. Na polu rysunku również widać w tym albumie ogromny rozwój autora. Pierwsze rysunki są miejscami naprawdę mało ciekawe. Nie powiedziałbym, że siermiężne albo brzydkie, tylko zwyczajnie mało interesujące. Z czasem widać jednak powolną zmianę stylu i swoisty rozwój postaci. Do mnie to trafiło, bo od mniej więcej drugiej połowy tego albumu, rysunek bardzo mi podszedł. Mimo wszystko uważam, ze warto było poświęcić czas na lekturę tej ogromnej cegły. Jest to ogromny kawał amerykańskiego komiksu, do tego wielokrotnie nagradzanego. Wydanie zbiorcze pozwala nam poznać jego ewolucję i tak naprawdę zrozumieć, czemu "The Goon" odniósł sukces. Jak pisałem wcześniej - jest to wyjątkowo specyficzna lektura, zatem lepiej podejść do niej z stosowną dozą dystansu. Wydaje mi się, że warto w nią zainwestować, o ile interesujemy się komiksem amerykańskim.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na73 lata temu
Sherlock Frankenstein i Legion Zła Jeff Lemire
Sherlock Frankenstein i Legion Zła
Jeff Lemire David Rubin
Pierwsze dwa uderzenia „Czarnego Młota” były prawdziwie miażdżące. Nowa seria Jeffa Lemire’a od samego początku zachwycała nieszablonowym podejściem do tematyki superbohaterskiej i nowym spojrzeniem na motywy ograne na setki różnych sposobów. W obliczu bardzo pozytywnej reakcji fanów i krytyków nijak nie dziwi, że autor dalej eksploruje to nietuzinkowe uniwersum. Tym razem jednak mamy okazję zapuścić się w nowe rejony świata przedstawionego – zostawiamy na boku Abrahama Slama i resztę uwięzionych w innej rzeczywistości herosów i stajemy się świadkami poszukiwań córki Czarnego Młota. Lucy Weber zrobi wszystko, by odnaleźć swojego ojca. Czarny Młot zaginął prawie dekadę temu w wyniku potyczki z Antybogiem. W walce z nim zniknęli również inni najwięksi bohaterowie Spiral City. Wówczas Lucy była dziewczynką, a teraz, już jako osoba dorosła, za cel obiera sobie wyjaśnienie tamtej sprawy. Jako dziennikarka ma większe pole manewru niż inni obywatele, co też próbuje wykorzystać – chce ustalić miejsce pobytu Sherlocka Frankensteina, dawnego superzłoczyńcy, który może posiadać ważne informacje dotyczące tragedii sprzed lat. Żeby do niego dotrzeć, musi się jednak sporo natrudzić. Cel jej poszukiwań wcale nie chce zostać znaleziony. Dekonstrukcja mitu superbohaterskiego nie jest w komiksie absolutnie niczym nowym. Wspomnę tylko o tak znakomitych (i różniących się od siebie) tytułach jak „Strażnicy” Moore’a, czy „Chłopaki” Ennisa. Lemire także bierze się za bary z tematyką trykotów, oferuje jednak przy okazji swoje własne, unikalne ujęcie tematu. „Sherlockowi Frankensteinowi” daleko do powagi czy patosu, ale nie jest to też album prześmiewczy i wulgarny. Autor doskonale wyważył wydźwięk tej historii, co osiągnął między innymi dzięki zadbaniu o odpowiednie nakreślenie psychiki bohaterów. Napędzające ich motywacje są wiarygodne, zrozumiałe i w pełni uzasadnione. Nawet jeśli działają szybko, pochopnie i sądzą po pozorach, to ich zachowanie sensownie wytłumaczono – Lemire nie zostawia niczego przypadkowi, a warstwa obyczajowa jego dzieła jest naprawdę satysfakcjonująca i robi duże wrażenie. Choć fabuła „Sherlocka Frankensteina” tworzy osobną miniserię, to na dobrą sprawę ten tom mógłby równie dobrze stanowić trzecią część „Czarnego Młota”. Zaprezentowane tu wydarzenia w bezpośredni sposób łączą się bowiem z tym, co Jeff Lemire pokazał wówczas i doskonale uzupełniają posiadane przez czytelnika informacje. Zamiast na uwięzionych poza czasem bohaterach uwaga autora skupia się na córce Czarnego Młota – to jedyna tak wyraźna różnica pomiędzy oboma tytułami, bo generalnie ich charakter, sposób prowadzenia narracji i ogólny wydźwięk są bardzo podobne. Podczas lektury „Sherlocka Frankensteina” uwagę zwracają przede wszystkim dobrze prowadzona akcja i charyzmatyczni bohaterowie (a przynajmniej ich część). Lemire nie rozpisuje się bardziej niż trzeba – całość jest wszak zamknięta w pięciu zeszytach (jeden z głównej i cztery z miniserii),a to nie tak znowu wiele. Doskonale wie, co chce pokazać i konsekwentnie trzyma się założeń, co w efekcie przynosi opowieść zwartą, ale umiejętnie rozwijającą poszczególne elementy świata przedstawionego i zauważalnie wzbogacającą go o nowe detale. Z kolei główna bohaterka nie jest tak charakterystyczna, jak postaci z „Tajnej genezy” i "Wydarzenia", ale sytuację ratują interesujący dawni złoczyńcy – widać, że zarówno scenarzysta, jak i rysownik mieli dużo zabawy przy ich tworzeniu. Nieco rozczarowuje tylko fakt, że jak na serię o nazwie „Sherlock Frankenstein” tak mało w niej tytułowego bohatera, a przecież jest to postać charakterystyczna, o bardzo dużym potencjale. Warstwę graficzną tego spin-offa „Czarnego Młota” można określić jednym słowem – spektakularna. Rysunki są efektowne i bardzo miłe dla oka. W wielu miejscach charakteryzuje je duża doza kreskówkowości, co jest widoczne zwłaszcza w momentach, gdy David Rubin prezentuje różnorakie potwory i złoczyńców. Wrażenie robią też projekty kolejnych postaci, które często stanowią uroczy wizerunkowy mix i świetnie podkreślają niezwykłość fabuły. Na końcu albumu znajdziemy też kilka sympatycznych dodatków, takich jak wzbogacony o przemyślenia Lemire’a szkicownik z projektami postaci czy kolejne etapy procesu twórczego wraz z komentarzami rysownika. „Sherlock Frankenstein”, choć całościowo prezentuje poziom ociupinkę niższy niż dwa tomy „Czarnego Młota”, i tak jest tytułem przynajmniej bardzo dobrym. Odzwierciedlenie tego faktu widać w tej recenzji – praktycznie cała dotyczy zalet, a o wadach napisałem bardzo mało. Te ostatnie są bowiem na tyle nieistotne, że prawie w ogóle nie rzucają się w oczy. Dzięki temu omawiana miniseria bardzo dobrze wpasowuje się w uniwersum „Czarnego Młota” i jest jego ważną składową, powodując, że z tym większą niecierpliwością będę oczekiwał na kolejne umiejscowione w nim komiksy. Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2018/09/sherlock-frankenstein-i-legion-za.html oraz na łamach serwisu Szortal - http://www.szortal.com/node/14824
Marek Adamkiewicz - awatar Marek Adamkiewicz
ocenił na87 lat temu
Miecz Ardeńczyka (Wydanie zbiorcze) Étienne Willem
Miecz Ardeńczyka (Wydanie zbiorcze)
Étienne Willem
Dobro zwyciężyło…, ale co dalej z tym zrobić? Po komiks Willema sięgnąłem z myślą, że oto przeczytam ciekawą historię przygodową osadzoną w epoce fantasy-średniowiecza… i częściowo tak było. W ręce wpadło mi najnowsze wydanie tego komiksu i należy podkreślić, że tradycyjnie Egmont wykonał świetną robotę. Komiks wydano w dużym formacie z grubymi i odpornymi okładkami, na kredowym papierze. Doskonale prezentują się na nim kadry i kolory. Strona wizualna jest wręcz najlepszym elementem tego pięknego komiksu. Autor zastosował w nim zabieg antropomorfizacji bohaterów, wcielających się w role społeczne doby średniowiecza. Stąd lew jest królem, szlachetne jelenie szlachtą, obrońca królestwa psem, sprytny zakonnik lisem, dwulicowa bohaterka łasicą a prosty, lecz potężny wojownik niedźwiedziem. Zło reprezentuje oczywiście kozioł (ofiarny),dzikich złoty bizon/żubr a główny bohater to zając/królik. Dalej lecimy pełnym schematem Campbella, kiedy to nasz bohater musi stawić czoła swemu przeznaczeniu, sprzęgniętemu, jak się później dowiadujemy, że swoim pochodzeniem i przepowiednią. Na swej drodze otrzyma on wsparcie dzielnej drużyny podstarzałych bohaterów, w tym dosłownie sowiej inkarnacji Gandalfa. Autor nie ukrywa swych inspiracji, wręcz wali nią nas po głowie żywcem przekopiowując kadry i zachowania sowy zwanej Magisem z filmowej ekranizacji Władcy Pierścieni. Pozostali bohaterowie stanowią zaś mieszankę pozostałych postaci z LOTRa. Symptomatyczny jest dla mnie sam początek „Miecza Ardeńczyka”. Jest to mój drugi frankofoński komiks jaki przeczytałem w ciągu ostatniego kwartału. Pierwszym było „Z bursztynu i ognia” i ku mojemu zdziwieniu oba zaczynają się w ten sam sposób: od ludobójstwa wsi głównego bohatera połączonego z jej spaleniem, co stanowi punkt przełomowy – bodziec startowy bohatera. Przyznam, że jest to dla mnie dosyć dziwne zrządzenie, choć kto wie. Może aktualnie taka moda na origin story bohatera panuje w świecie europejskiego komiksu? W sumie spalenie domu i śmierć sąsiadów są silnym motorem działań i dosłownie tak obecnie cenionym wyjściem poza strefę własnego komfortu. Tym razem dzielny królik Garen, przyuczony przez tytułowego pas – Ardeńczyka, otrzymuje questa od sowo-Gandalfa i rusza z zadaniem najpierw ostrzeżenia króla, a następnie pokonania zła. A taką przynajmniej rolę przygotowano mu w tej całej maskaradzie. Główny, finałowy plottwist zostaje zresztą zdradzony samym opisie z tylnej okładki. Dzielni bohaterowie poprzedniego wielkiego starcia ze złem, po odniesieniu sukcesu się zestarzeli, doszło do dekompozycji obozu władzy, a mimo pokonania ultymatywnego zła… problemy nie znikły. Wręcz odwrotnie, jest ich całe mnóstwo, władcy nie dają sobie rady, panuje kryzys gospodarczy, idzie zima, pieniędzy brak, nawet masowa propaganda jakiej poddano społeczeństwo trzech krain po zwycięskiej wojnie zawiodła. W dodatku wszyscy się postarzeli, czują presję czasu i trzeba coś uczynić zanim wszyscy zapomną o swoich bohaterach na tle ponurej rzeczywistości a kryzys gospodarczy doprowadzi do upadku systemu. W głowie monarchy i zakonu rodzi się więc nowy sprytny plan, godny Radowida Szalonego z Wiedźmina, jak to wszystko ogarnąć. By plan się powiódł trzeba wymyślić proroctwo i posłużyć się zdurniałym ze starości Magisem i pozbawionym pana głównym pomagierem złola. Obu po zużyciu w dogodnym momencie się zlikwiduje. By zwycięstwo nabrało mocy potrzebny jest już tylko bohater, młody, dzielny i niewinny Garen, upadek stolicy oraz wielka zwycięska bitwa. Przy okazji można upiec jeszcze kilka pieczeni jak np. pozbyć się bogatej kupieckiej opozycji, znienawidzonego kościelnego despoty oraz wrogów politycznych. A co na to bohater? Czy moralność jest coś warta wobec obiektywnego dobra? Wszystko to wydaje się niewielką ceną za chwałę, pokój, zjednoczenie i dobrobyt, nieprawdaż? I ostateczne zwycięstwo tych dobrych. A taki przynajmniej jest finał tego komiksu, zaczynającego się od pytania – Dobro zwyciężyło i co dalej z tym zrobić? Ogólna ocena 6.5 na 10.
Kurt13Cidaris - awatar Kurt13Cidaris
ocenił na66 miesięcy temu
Przeklęty - Tom 1 - Przed powodzią Jason Aaron
Przeklęty - Tom 1 - Przed powodzią
Jason Aaron R. M. Guéra
POPKulturowy Kociołek: https://popkulturowykociolek.pl/przeklety-tom-1-przed-powodzia-recenzja-komiksu/ Akcja albumu rozgrywa się w bezlitosnym świecie, 1600 lat po opuszczeniu Edenu przez Adama i Ewę. Świat jest bardzo niegościnnym miejscem, gdzie króluje przemoc, a ludzie uzewnętrzniają swoje najgorsze cechy nieuchronnie prowadzące ich w stronę biblijnej apokalipsy. W takich realiach poznajemy głównego bohatera serii Kaina. Człowieka przeklętego przez Boga, który nie może umrzeć i jedyne co mu pozostało to przemierzać świat, oglądać szerzące się zepsucie i marzyć o odkupieniu. Przeklęty tom 1 to nie tylko dość nietuzinkowe połączenie przemocy i tematyki biblijnej. Jason Aaron pod krwawą brutalnością stara się poruszyć również tematy przetrwania i wrodzonej ciemności ludzkości. To opowieść, która nie boi się brutalności swojego świata i bohaterów. Rodzi pytania o naturę człowieczeństwa, konsekwencje naszych działań i dążenie do odkupienia w świecie, który wydaje się nie do uratowania. Wyróżniającym się elementem komiksu są również mocno złożone postacie. Dotyczy to zwłaszcza głównego bohatera będącego zarówno ofiarą okoliczności, jak i sprawcą przemocy. Prześladuje go przeszłość, która z jednej strony napędza jego brutalność, z drugiej potęguje jego chęć wyrwania się z tej nieskończonej spirali krwi i śmierci. Aaron wnikliwie bada wewnętrzny konflikt Kaina, przedstawiając go jako udręczoną duszę pragnącą odkupienia i zmagającą się z poczuciem winy za swoje czyny. Nie wszystko jest tu jednak nadmiernie doskonałe. Historia momentami staje się przesadnie brutalna. Są momenty, w których można wręcz odnieść wrażenie, że autor bardziej chce zaszokować czytelnika niż wprowadzić coś interesującego do samej fabuły....
PopKulturowy - awatar PopKulturowy
ocenił na82 lata temu
Jezioro ognia Matt Smith
Jezioro ognia
Matt Smith Nathan Fairbairn
Jezioro Ognia to prosta i szybka opowieść z wartką akcją i fajnym twistem. Głównym motywem jest tutaj walka ze złem, której centrum stanowi Szatan i demony. Akcja dzieje się we Francji w czasach wojen albigeńskich (1209-1229). Kościół katolicki walczy z herezją katarską w Langwedocji. Jak nie wiadomo o co chodzi, to oczywiście chodzi o kasę i to, że część Francuzów nie chciała gadać z papieżem. Dominikanie, wraz z rycerzami polują więc na heretyków. Ale to tylko tło do głównej historii. Bo dominikanie oraz rycerze nie wiedzą, że na prowincji czai się dużo większe zło aniżeli zło herezji. To zło z kosmosu. Tak, dobrze czytacie. Walka z kosmitami. W XII wiecznej Francji dochodzi do katastrofy statku obcych – kto był na tym statku? Tego do końca nie wiadomo. Wiadomo jednak, że uwolniły się istoty przypominające Xenomorfy ze znanej serii filmów Obcy. Ich głównym celem – jedzenie. Ich głównym pożywienie - ludzie. Bardziej w sumie to przypomina Tyranidy z Warhammera 40k. Zasadniczo wszystko w tej historii jest takie jakie być powinno. To niezobowiązująca rozrywka z historią w tle w której dzielni rycerze zwalczają zarówno zło w postaci obcych, jak i zło tkwiące w kościele w postaci grubego zakonnika. Jednocześnie dochodzi do wybaczenia heretyczce i próba jej uratowania. Wszystko kończy się absolutną jatką w dobrym stylu lat 80. Czy polecam? Oczywiście, to naprawdę fajna rozrywka na jeden strzał i jeden wieczór. Pewnie, niektóre wątki mogłyby być bardziej rozwinięte ale nie ma co drzeć szat. Nawet jak te szaty są dominikańskie.
StrongSilentType__ - awatar StrongSilentType__
ocenił na718 dni temu
Ex Machina. Tom 1 Tony Harris
Ex Machina. Tom 1
Tony Harris Brian K. Vaughan
Co by się stało, gdyby na świecie pojawił się człowiek z nadnaturalnymi mocami? Na to pytanie, w sposób bardzo interesujący starają się odpowiedzieć Brian K. Vaughan (scenariusz) oraz Tony Harris (rysunek),przy współudziale JD Mettlera (kolor) i Toma Feistera (tusz). Oto przedstawiają wam Mitchella Hundreda, znanego też jako Potężna Machina. człowieka, który w wyniku wypadku, a jakżeby inaczej, zyskał zdolność komunikowania się z maszynami i narzucania im swej woli. Jest też osobą nie radzącą sobie zbyt dobrze w roli superbohatera, gdzie więcej z jego pracy jest szkody niż pożytku, a komisarz policji miasta Nowy Jork, najchętniej wpakowałaby "bohatera" za kratki. Dlatego Mitchell porzuca swój, wcale nie lateksowy, strój, ujawnia swą tożsamość i postanawia zostać... burmistrzem Nowego Jorku. Osiąga to, ale nie zdaje sobie sprawy, ze świat do którego wszedł jest znacznie groźniejszy niż bandyci na ulicy. Komiks jest w praktyce mieszaniną kilku gatunków, ale dominują dwa - thriller polityczny i science fiction nastawiony na superhero. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze lekka mydlana opera będąca wypełniaczem prowadzącym wątki romansowe. Wszystkie te elementy świetnie z sobą współgrają, dając czytelnikowi bardzo bogaty w treść i niezwykle realistyczny od strony fabularnej komiks, skierowany ewidentnie do dorosłego czytelnika, mającego choć blade pojęcie jak wygląda scena polityczna w USA. Większość fabuły tego tomu rozgrywa się w latach 1999-2002, zatem obejmuje swymi ramami tragedię z 11 września 2001 roku. Tutaj otrzymujemy jej alternatywny finał, choć nie tak radosny, jakby część czytelników mogła oczekiwać. Nie jest to jedyny element, który uległ zmianie, ale typowe problemy nękające Nowy Jork oraz USA i świat, pozostały. Niemniej cały komiks, mimo skakanki pomiędzy różnymi wydarzeniami w wyżej opisanym przedziale czasu, zaczyna się w 2005 roku. Burmistrz Hundred tak naprawdę opowiada historię swego urzędu, która doprowadziła go do jakiejś, bliżej nie określonej, dramatycznej chwili. W trakcie pierwszych dwóch rozdziałów tego albumu poznajemy trochę sekretów głównego bohatera, ale to wszystko wygląda bardzo mgliście. Kolejne dwa rozdziały rozwiewają kilka wątpliwości, jednak nadal daleko czytelnikowi do uzyskania pełnego obrazu przeszłości Hundreda. Osobiście poczytuję to za ogromny plus, bo fabuła jest tak poprowadzona, ze ciągle mi mało i chce wiedzieć więcej, a to jest najważniejsze. Spory kawałek fabuły poświęcono Potężnej Maszynie, czyli zamaskowanemu herosowi, w którego wcielał się Hundred, aby ratować ludzi. Pseudonim może wydawać się śmieszny, ale wcale taki nie jest i posiada bardzo mocne odniesienie do społeczeństwa Amerykanów. Tutaj na szczęście Vaughan wyjaśnia ustami głównego bohatera, dlaczego ten przydomek jest taki ważny. Niemniej nasz super bohater do najlepszych nie należy. Naraża miasto na szkody, choć nie robi tego celowo, większość jego akcji nie przynosi jakichś oszałamiających rezultatów, a komisarz policji Angotti potrafiła potraktować go pałką. Ich pierwsze spotkanie zdecydowanie nie należało do najprzyjemniejszych, choć po ujawnieniu swej tożsamości i zdobyciu fotela burmistrza Nowego Jorku, Hundred i Angotti stają się dobrymi przyjaciółmi, choć nadal tylko na stopie zawodowej. Nie jest to jedyna kobieta w życiu Hundreda, co jest oczywiście tematem mediów. Młody, posiadający nadludzkie moce i polityczną władzę, a do tego przystojny, jest najlepszą partią do wzięcia. Vaughan i Harris idealnie wykorzystali ten motyw, aby pokazać problemy społeczne na tle rasowym oraz obyczajowym. Wątki te potrafią wić się długo i mają całą masę odniesień do ówczesnej, ale też obecnej, sytuacji politycznej. Kontrowersyjna artystka, gejowski ślub, śnieżyca stulecia i tajemniczy morderca, powiązania z burmistrza z FBI i NSA. To są stałe elementy tego komiksu, które budują napięcie i dają czytelnikowi rasowy thriller polityczny z najwyższej półki. Nadal jest to jednak komiks superbohaterski, o czym autorzy nie pozwalają nam zapomnieć. Tajemnicze symbole, zdolności burmistrza oraz tajemnicza postać z jego przeszłości, określana wrogiem numer jeden. Na tym polu sporą rolę odgrywają przyjaciele burmistrza w osobach rosyjskiego żyda o ksywie Kreml i jego szefa ochrony Ricka Bradbury'ego. Obaj pomagali Hundredowi gdy ten był Potężną Maszyną, wyposażając go w gadżety, osłaniając i zajmując się wywiadem. Niestety po porzuceniu stroju i wejściu w świat polityki ich drogi nieco się rozeszły. Bradbury pozostał przy boku przyjaciela, jako szef jego ochrony, zaś Kreml wolał usunąć się w cień. Nie ufa politykom, woli swoje życie na Coney Island i marzy o powrocie Potężnej Machiny. Obie postacie są jednak o wiele bardziej rozwinięte fabularnie niż początkowo przypuszczałem. Pierwszy tom "Ex Machina" strasznie mi się spodobał. O wiele bardziej niż "Jessica Jones: Alias", która swego czasu zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Tutaj jednak czuję się o wiele, wiele lepiej. To naprawdę mocna rzecz, która ma szansę rozwinąć się niezwykle ciekawie, a znając inne prace Vaughana, na pewno nie zawiodę się na finale. Czekam zatem z niecierpliwością na kolejny album, zapowiedziany na październik tego roku. Na koniec dodam, że warto przeczytać zamieszczone w komiksie noty od autorów, które znajdują się na końcu albumu. Pozwolą one nam zrozumieć, ile pracy musieli włożyć w powstanie tego komiksu.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na83 lata temu
Vei, tom 1 Sara Elfgren
Vei, tom 1
Sara Elfgren Karl Johnsson
Bardzo lubię mitologię skandynawską. Swego czasu w ogóle mocno interesowałem się wszelkimi mitologiami ludów zamieszkujących Europę, a obecnie powoli powracam do tego zainteresowania. W dużej mierze dzięki komiksom, gdzie autorzy chętnie sięgają po tą tematykę. "Vei" jest jedną z tych serii, ale od nieco innej strony. W końcu na pierwszym planie nie mamy postaci z Midgard, czyli świata ludzi, a Jotunheim, mitycznego królestwa olbrzymów. Tytułową wojowniczką jest Vei, młoda kobieta mająca w sobie krew olbrzymów, będąca ran, czyli świętą wojowniczką, mająca walczyć w turnieju gdzie stawką jest panowanie nad Midgardem. Otóż dawno temu Asowie i Jotunowie się poróżnili, a gdy nastał kres wojny pozostał jeden spór - Kto ma władać światem ludzi. Rozwiązano go zatem w klasyczny sposób poprzez pojedynek, ale nie wszystko okazuje się być czarno-białe. Fabuła nie jest w żadnym stopniu skomplikowana, zaś jeśli ktoś siedzi w skandynawskich mitach, to szybko zacznie przewidywać fabułę. Tutaj pojawia się coś, czego troszeczkę brakowało mi w serii "Thorgal", mianowicie inne podejście wizualne do postaci Asów, czyli bóstw Asgardu, oraz olbrzymów. Tutaj miły akcent, że nie pomylono roli Frigg i Freji, co nieraz ma miejsce w popkulturze. Niemniej mimo kilku smaczków tego typu, komiks przedstawia raczej znane szerszej publice wątki z mitologii nordyckiej. Mamy zatem zmiennokształtnego Lokiego, który tutaj jest w pewnej części człowiekiem i bardzo przypomina swój odpowiednik z komiksów Marvel. Do tego klasyczny obraz Odyna, kilka powszechniej znanych stworzeń i walkirii. Niby nic szczególnego, ale i tak cieszy to oko, bo scenariusz jest po prostu napisany dobrze. Ciekawą postacią jest Dal, człowiek z Midgardu, który trafił do Jotunheim wraz z wyprawą, zainicjowaną przez swego pana. W zasadzie jako jedyny człowiek ma coś do powiedzenia w tej historii, bo reszta występuje epizodycznie i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Dal jest odważny, troszkę naiwny oraz nie zna niczego poza areną i walką o przetrwanie. Z jednej strony to bardzo klasyczna postać, z drugiej szybko wzbudziła moją sympatię. Zresztą podobnie działa on na Vei, z którą szybko zacieśnia znajomość. Jedyne co mi nieco przeszkadzało to rysunek. Nie jest on zły, ale nieraz postacie wyglądały zbyt słodko. Wręcz niczym wyjęte ze świata Barbie. Naprawdę lipnie się patrzy, jak rosły wiking, z masą blizn na ciele o twarzy wąsatego Kena i licu niczym porcelanowa laleczka, krwawo rozprawia się ze swoimi przeciwnikami. Jeszcze gorzej to wypadało w scenach gdzie twarz postaci wyginał grymas szaleństwa, śmiechu albo pogardy. Serio, aż mi się chciało śmiać, bo przywodziło to na myśl wszelkie parodie o wikingach. Gdy do tego dołoży się pojedyncze sceny negliżu (w pełnej krasie) i seksu, to efekt jest dość.... unikalny. Ostatecznie jednak jestem ciekaw jak potoczy się ta historia. Finał jest interesujący, scenariusz trzyma poziom, choć to nic odkrywczego, a rysunek da się przeżyć. Pierwszy tom "Vei" to dobry komiks. Może nie jakiś bardzo dobry, ale naprawdę niezły i miło spędziłem czas nad jego lekturą. Do tego naprawdę chcę wiedzieć, co będzie dalej i czy autor może choć troszkę mnie zaskoczy. Zatem jeśli ktoś lubi lekką, niewymagającą lekturę w klimatach mitologii nordyckiej, to wydaje mi się że ten tytuł będzie dobrą pozycją.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na63 lata temu
Łasuch. Tom pierwszy Jeff Lemire
Łasuch. Tom pierwszy
Jeff Lemire
Takiego postapo jak Łasuch to jeszcze nie czytałam, a trafiłam na ten komiks zupełnie przypadkiem. Zaczęłam tę historię poznawać od końca, od czwartego tomu, który dzieje się trzysta lat po wydarzeniach z pierwszej części i tak mnie zaciekawiła, że postanowiłam zacząć od początku. Na początku była choroba. Nikt nie wiedział, co się dzieje. Umierały miliony. Ale rodziły się także dzieci, tylko że nie zwykłe ludzkie, a zwierzęce hybrydy, takie jak Gus, dziecko z rogami jelonka. Gus żył ze swoim ojcem w odosobnieniu, w lesie. Ojciec chłopca przestrzegał go przed wychodzeniem zza ukrycia drzew, gdzie kryje się zło. Jednak gdy mężczyzna umiera, Gus nie ma wyjścia, musi uciekać, bo jego las przestał być bezpieczny. 🧬 Łasuch, ten Inny Ludzie nienawidzą inności, a hybrydy są zupełnie inne. Wzbudzają atawistyczny strach i złe emocje. Dlatego Gus musi porzucić swój dom. Szczęśliwie na drodze chłopca pojawił się Jepperd, który obiecuje, że zabierze go w bezpieczne miejsce. Gus zaczyna ufać swojemu obrońcy. Jednak bezpieczne miejsca już nie istnieją, szczególnie dla hybrydowych dzieci, a Jepperd ma swoje własne motywacje. Na dodatek, okazuje się, że Gus jest nieco inny niż reszta jego rodzaju i może być kluczem do rozwiązania zagadki zarazy. Trudno nie współczuć niewinnym, a takie przecież są dzieci. Nie ich wina, że urodziły się takie a nie inne. Za to dorośli mogą podejmować własne decyzje. Niestety w postapokaliptycznym świecie to mogą być tylko złe decyzje. Ten, kto jest miękki zginie szybko. 🧬 Bezlitosny świat Lemire serwuje nam świat, w którym trzeba grać twardo i bezlitośnie. Gus, niewinny chłopiec wychowywany z dala od innych ludzi dopiero przekonuje się, jak okrutne warunki panują poza jego lasem. Wgl postapokaliptyczne światy zawsze są trudne. Jeśli faktycznie kiedyś zdarzy się ludzkości jakiś permanentny kryzys, to też łatwo nie będzie. Jednak nie sądzę, żeby Lemire w tym tomie próbował umieścić jakieś głębsze rozważania na temat kondycji świata. Raczej chciał opowiedzieć historię pewnego chłopca, samotności, dorastania, tęsknoty za kimś bliskim… I ja tę historię kupuję w całości. Pierwszy tom kończy się niewielkim cliffhangerem, niestety bardzo smutnym. Biorąc pod uwagę ogólny klimat komiksu Łasuch, nie sądzę, żeby kolejne dwa tomy były weselsze. Generalnie ta świetna historia nie jest dla ludzi o słabych nerwach.
PrzeCzytana - awatar PrzeCzytana
oceniła na94 miesiące temu
Saga o Potworze z Bagien. Tom Drugi Alan Moore
Saga o Potworze z Bagien. Tom Drugi
Alan Moore John Totleben Stan Woch Stephen Bissette
Drugi Tom komiksu pt. Saga o Potworze z Bagien to kontynuacja historii Aleca Hollanda z tomu pierwszego i zaczyna się z grubej rury. Na pierwszy ogień idzie Nuklearny Pysk i wyrażone przez niego lęki przed zabiciem natury za pomocą radioaktywnych odpadów. Nawet potężny żywiołak im ulega. Jednak jego symboliczna śmierć, przynosi także wiedzę. Okazuje się, że ciało Potwora można zniszczyć, ale nie można zabić jego istoty. 🌳 Potwór i Constantine W tym tomie zaczyna się także znajomość Potwora z Jonem Constantinem (wgl ta postać po raz pierwszy pojawia się właśnie tu). Constantine zwodzi Aleca obietnicą wiedzy na temat jego istoty. To jest też początek głównego wątku będącego bazą dla wielu kolejnych epizodów. Skuszony obietnicą Potwór będzie walczył z podwodnymi wampirami, obserwował śmierć wilkołaka, czy też pomagał zdjąć klątwę z pewnego kolonialnego domu. Constantine pokaże Alecowi także Parlament Drzew, posiadający prawdę, której Potwór tak poszukuje. Niestety okazuje się, że żywiołak nie jest jeszcze na nią gotowy. W tym tomie zaczyna się także poszerzenie wątku psychodelicznych owoców, które Potwór potrafi na sobie wyhodować. Dla jednych są trutką, a dla innych karmą, jak śpiewa klasyk. Zresztą wgl motywy psychodeliczne przewijają się w komiksie Saga o Potworze z Bagien dość często. I są naprawdę dobrze przedstawione. To jest też tom, w którym Moore wprowadza Potwora z Bagien w uniwersum świata DC pełnego innych superbohaterów. 🌳 Wspaniała rozrywka O ile epizody w tomie pierwszym przedstawiają świat i postaci, o tyle w drugim tomie zaczyna się jatka. Momentami jest nawet strasznie. Wielka bitwa w ostatnim epizodzie tego tomu rozwiązuje wątek Constantine’a i prawdy poszukiwanej przez Potwora. Tutaj rozpoczyna się też wyraźniejszy wątek Abby i jej relacji zarówno ze swoim ukochanym żywiołakiem, jak i z otoczeniem, które tę miłość potępia. Holland może się nie interesować światem, ale świat zaczyna się interesować nim. Wszystkie historie dotykają różnych problemów społecznych, emancypacji kobiet, rasizmu, niewolnictwa, zanieczyszczenia środowiska, czy seksizmu. To naprawdę niezwykłe jak autorzy osadzili te nieoczywiste historie, na takich drażliwych wątkach i zdołali uniknąć przesady, patosu czy sztuczności. 🌳 Dobry a świetny komiks Zasadnicza różnica pomiędzy dobrymi komiksami a bardzo dobrymi jest taka, że w tych bardzo dobrych autorzy nie boją się nieco odejść od głównego bohatera. Moore się tego nie obawia. Często buduje fabułę wokół czegoś innego, np. historii o nawiedzonym domu, przypominającej nieco Lśnienie Kinga. Przypadkiem ten dom stoi niedaleko bagien Potwora i zielona istota, chcąc nie chcąc, angażuje się w oczyszczenie go ze złych duchów. Każdy epizod ma w sobie tyle treści, że trzeba sobie dawkować czytanie żeby na dłużej starczyło. Ale też żeby właściwie docenić każdy smaczek tych historii, a jest ich dużo. Z dwóch przedmów do każdej części, wynika, że Alan Moore czerpał z pojedynczych pomysłów współpracowników. Sklejał je w całość, dodawał coś od siebie i w ten sposób właśnie powstawała Saga o Potworze z Bagien. Niewątpliwie jest to dzieło wyjątkowe.
PrzeCzytana - awatar PrzeCzytana
oceniła na91 rok temu

Cytaty z książki Head Lopper i Karmazynowa Wieża

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Head Lopper i Karmazynowa Wieża