Jak zdobyto Dziki Zachód. Prawdziwa historia amerykańskiego Pogranicza

Okładka książki Jak zdobyto Dziki Zachód. Prawdziwa historia amerykańskiego Pogranicza
Jarosław Wojtczak Wydawnictwo: Bellona historia
400 str. 6 godz. 40 min.
Kategoria:
historia
Format:
papier
Data wydania:
2016-03-10
Data 1. wyd. pol.:
2016-03-10
Liczba stron:
400
Czas czytania
6 godz. 40 min.
Język:
polski
ISBN:
9788311140790
Średnia ocen

                7,1 7,1 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Jak zdobyto Dziki Zachód. Prawdziwa historia amerykańskiego Pogranicza w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Jak zdobyto Dziki Zachód. Prawdziwa historia amerykańskiego Pogranicza

Średnia ocen
7,1 / 10
66 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
607
363

Na półkach:

Świetna opowieść jak wyglądały różne etapy odkrywania i zdobywania zachodniej strony Ameryki Północnej. Od pierwszych podróżników wytyczających szlaki, przez pionierów osiedlających się na dzikich terenach i gorączkę złota oraz gorączkę bydła, aż po mordowanie przeszkadzających Indian.

Świetna opowieść jak wyglądały różne etapy odkrywania i zdobywania zachodniej strony Ameryki Północnej. Od pierwszych podróżników wytyczających szlaki, przez pionierów osiedlających się na dzikich terenach i gorączkę złota oraz gorączkę bydła, aż po mordowanie przeszkadzających Indian.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

270 użytkowników ma tytuł Jak zdobyto Dziki Zachód. Prawdziwa historia amerykańskiego Pogranicza na półkach głównych
  • 181
  • 85
  • 4
74 użytkowników ma tytuł Jak zdobyto Dziki Zachód. Prawdziwa historia amerykańskiego Pogranicza na półkach dodatkowych
  • 51
  • 9
  • 4
  • 3
  • 3
  • 2
  • 2

Inne książki autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

1491. Ameryka przed Kolumbem Charles C. Mann
1491. Ameryka przed Kolumbem
Charles C. Mann
Po przeczytaniu tej pozycji naszła mnie pewna refleksja, zdałem sobie sprawę, jak skostniałe i wymagające progresu są nauki humanistyczne. A szczególnie historia. Taka analogia z naszego podwórka - od kilku lat widzimy progres na polu badań nad religią i mitologią Słowian. Pomijając antynaukowych szurów pokroju Kosińskiego czy Bieszka (dla których narzędzie krytyki źródeł nie istnieje, jeśli tylko pasuje im do tezy wyssanej z d***), udało się wyjść poza sztywny gorset sceptycyzmu narzuconego przed laty przez Łowmiańskiego, przede wszystkim dzięki językoznawcom i etnologom (Łuczyński) oraz archeologom (Szczepanik). Jest tych nazwisk oczywiście więcej, ale konkluzja też jest oczywista - historia MUSI opierać się na interdyscyplinarności! Wszystko co miało zostać poddane analizie, zostało już dawno zweryfikowane po tysiąckroć! Kupując kolejną biografię czy syntezę dziejową nie znajdziemy w niej nic, co nie zostało już wcześniej napisane. Ba! To wszystko bez problemu znajdziemy na Wikipedii lub dowolnej innej stronie internetowej! Postęp jest możliwy tylko dzięki bardziej holistycznemu podejściu do historii jako nauki. Dlatego już na studiach powinny być zajęcia z nauk pomocniczych, a studenci historii bardzo szybko powinni podejmować się konkretnych specjalizacji – historyk ekologii, etnolog-religioznawca itd. I w tej interdyscyplinarności leży siła tej książki. Z jednej strony uczciwie argumentuje źródłami (relacje odkrywców i misjonarzy, bardzo bogata bibliografia i polemika w przypisach), daje dojść do głosu różnym rozbieżnym opcjom naukowym no i posiłkuje się wynikami badań geologów, botaników, chemików, astronomów i jeszcze wielu innych specjalistów. Co z tego wychodzi? Bardzo odważny, bynajmniej nie foliarski, obraz prekolumbijskiej Ameryki. Mann doskonale punktuje, jak bardzo badania nad historią Ameryk „ewoluowały” na przestrzeni wieków. Zadufani konserwatyści swoich szkół musieli ustąpić przed nowoczesną nauką (jak datowanie radiowęglowe) i dziś już prawie nikt nie neguje starszej metryki pierwszych „Amerykanów”, czy osiągnięć agrotechnicznych cywilizacji Nowego Świata. A jednak nadal pozostaje tyle do zbadania! Wzgórza Beni, osady typu Cahokia i kultury Missisipi czy Hopewel, kultury andyjskie i amazońskie… Co jeszcze w tej książce jest fascynujące? Że rozwija horyzonty, że wskazuje nowe ścieżki warte podążenia, daje pole nowym zainteresowaniom i uzmysławia, że nawet przy czterdziestce można się sporo nowego dowiedzieć o świecie. Dowiedziałem się z niej np. że kukurydza to pierwsze GMO w historii i nie chodzi tutaj o jakiś dobór naturalny jak było w przypadku „naszych zbóż”, nie, kukurydza to twór sztuczny! Albo że „wynalazek” Indian jakim jest terra preta (amazoński czarnoziem) może być użyteczny do walki z jałowieniem gleb i zwiększeniem areałów rolniczych na terenach z ich deficytem! I to jest dopiero niezaprzeczalny argument na potrzebę większej interdyscyplinarności nauk historycznych! Na koniec kilka wad (w większości subiektywnych). Czuć amerykański rodowód autora. Przejawia się to w jego sposobie postrzegania świata (rewolucja amerykańska dała ŚWIATU demokrację. CO? XD), ale też w samej formie książki, która jest wzorowana na reportażu. Naprawdę nie interesują mnie anegdotki z podróży autora. Tym bardziej, że większość z nich nic nie wnosi do lektury. Druga wada, to zbytnia apoteoza rdzennych Amerykanów. Ja wiem, że należy rozwiewać mit „dzikusa”, ale żeby od razu popadać w drugą skrajność? Dwa przykłady – autor usprawiedliwia rytualne mordy Azteków tym, że w Europie równie wielu ludzi wieszano lub ścinano toporem za przestępstwa. Znowu – CO XD? Albo, w przypadku wspomnianej już „demokracji” – Mann oczywiście jako „indianofil” - szuka genezy tej demokracji użyczonej światu właśnie w ludach Pn. Ameryki, a dokładnie konfederacji Irokezów. Sek w tym, że podobne, „demokratyczne”, czy protoparlamentarne formy powstawały niezależnie w różnych miejscach świata. Sorry Charles, ale taka na przykład polska demokracja ma swoje korzenie w słowiańskich wiecach i szlacheckim sejmie, a dopiero później w republikańskiej Francji czy amerykańskiej rewolucji.
Radamajkis - awatar Radamajkis
ocenił na 9 3 miesiące temu
Powstanie i upadek starożytnego Egiptu Toby Wilkinson
Powstanie i upadek starożytnego Egiptu
Toby Wilkinson
Gdy człowiek sobie uzmysłowi, że w momencie upadku Troi cywilizacja egipska liczyła już przeszło 2 tysiące lat, a w momencie przybycia do Egiptu Cezara, 2 tysiące lat temu, kolejny tysiąc lat, gdy sobie to wszystko doda i jakoś spróbuje tę otchłań czasu przyłożyć do np. historii Polski, to aż go ciarki przechodzą :) Tym bardziej nie do końca fortunne wydaje mi się tłumaczenie oryginalnego "Rise..." jako "powstanie". Chyba więcej sensu miałby np. "rozkwit", mówimy przecież o czymś co trwało kilka tysięcy lat i raczej nie składało się tylko z "powstania i upadku". No ale to tak na marginesie, a propos polskiego tytułu. Poza tym trudno do czegoś się tutaj przyczepić - narracja jest potoczysta, wykład klarowny i przystępny a całość pozwala ogarnąć umysłem te tysiąclecia historii. Oczywiście nie dało się uniknąć pewnej powierzchowności i skrótowości ale raczej jest ona zaletą w tym przypadku. Książka będzie w sam raz na początek przygody z historią starożytnego Egiptu, jako baza do dalszych lektur, w czym na pewno pomoże bardzo rozbudowana sekcja przypisów i źródeł. Albo po prostu jako źródło do uzupełnienia wiedzy dla ludzi na co dzień interesujących się innymi okresami historii (tak było w moim przypadku). Tradycyjnie dla Rebisu wydanie jest bardzo solidne i cieszy oko. Gdyby wszyscy tak wydawali książki to nie istniałby dla mnie temat e-booków. A, tak zupełnie na zakończenie, to może autor a może tłumacz w jednym małym fragmencie wyłożyli się gdy przyszło do wspomnienia o egipskiej armii. Użycie dzisiejszej nomenklatury wojskowej (pluton, kompania, generał itp.) w książkach o tak zamierzchłej przeszłości zazwyczaj mnie drażni. Ale tu macham na to ręką, to nie jest przecież książka o historii wojskowości.
Killick - awatar Killick
ocenił na 7 4 miesiące temu
Lata wojen Peter Englund
Lata wojen
Peter Englund
Modelowa historyczna książka popularnonaukowa. Autor przedstawia kluczowy okres w historii Szwecji, czyli lata 1625 – 1656, wybierając sobie za bohatera Erika Jönssona Dahlberga, późniejszą ważną postać z historii tego kraju. Nie jest to przy tym biografia czy podręcznik historii politycznej, czy nawet esej bądź publicystyka historyczna. Najlepszą definicją byłoby określenie tej pozycji, jako popularnonaukowej monografii XVII-wiecznej wojny, sposobów jej prowadzenia i konsekwencji. Pokazując losy bohatera, Erika - na razie Jönssona, autor wyjaśniając tło wydarzeń omawia genezę i przyczyny wojny trzydziestoletniej, jej przebieg, główne bitwy, rokowania pokojowe, a przede wszystkim wojenne realia, z lubością pomijane przez historyków. Gdy Erik lub inne postacie bądź wydarzenia historyczne stykają się z jakimś problemem, autor opisuje jak sobie radzono z nim w XVII wieku (np. edukacja dzieci, ówczesne zwyczaje żywieniowe, stroje, działanie poczty, logistyka transportów wojskowych etc.). Zasadniczo kulisy treści ograniczają się do basenu Morza Śródziemnego oraz krajów zaangażowanych w wojnę trzydziestoletnią (i Rzeczpospolitej Obojga Narodów), ale są krótkie wypady do Nowego Świata, Stambułu czy wybrzeży Afryki. Książka rozpoczyna się odpisu bitwy pod Warszawą, niezbyt miłego oczom czytelników przyzwyczajonych do bogoojczyźnianego stylu pisania o wojnach naszych przodków (ani naszym wikipedystom, którzy nie chcą się przyznać do przegranej w tej batalii). Pokazuje archaiczność ówczesnego modelu polskiej wojskowości, w tym husarii, wielbionej przez fanów polityki historycznej. Autor trafnie zauważył, że zarówno ta formacja,jak i reszta polskiej kawalerii sprawdzała się w walkach z wrogami ze wschodu (Tatarzy, Turcy, Moskwa), ale już nie z zachodnimi (i istotnie, poza Kircholmem i małą bitwą pod Trzcianą nasza konnica nie radziła sobie ze Szwedami). Wbrew niektórym opiniom Englund nie oszczędza swoich rodaków. System polityczno-ekonomiczny Szwecji był delikatnie mówiąc daleki od ideału. Armia wcale tak dobrze nie wyekwipowana ani zorganizowana (aczkolwiek lepiej od naszej oraz habsburskiej), a jej dowódcy byli przede wszystkim pazerni na łupy. Opis wygranych bitew nie pokazuje „chwały szwedzkiego oręża”, tylko „krew pot i łzy” na polu walki oraz ogromną niekompetencję dowódców stron przeciwnych. Zamiast zalewu nazw i nazwisk mnóstwo łatwo przyswajanych informacji – np. o tym, że większość strat wśród żołnierzy była spowodowana chorobami i dezercjami, a nie śmiercią na polu bitwy, trupy były odzierane z odzieży i wszystkiego co wartościowe, w szwedzkiej armii tylko 1 na 12 żołnierzy pochodził z terenu tego kraju (w którym nota bene nie było pańszczyzny), a w riksdagu swoje przedstawicielstwo mieli nawet chłopi, królowa Krystyna nie była ani ładna ani romantyczna, ani cnotliwa, geneza szwedzkiego pieczywa chrupkiego miała bardzo przyziemny charakter, zdobyte armaty często były bezwartościowe z uwagi na inny kaliber kul, a Wiedeń był wówczas dużo mniejszy od Pragi. Natomiast, o czym autor nie pisze wprost, jednym w czym ówczesna Szwecja górowała nad resztą krajów europejskich był stosunkowo łatwy awans do elity. I dla ludzi wywodzących się z chłopstwa, jak bohater książki jak i dla obcych oficerów (głównie Niemców), kupców i przemysłowców (głównie Holendrów), później przeważnie uszlachcanych. I te różnice w kompetencjach m.in. dowódców czy organizatorów funkcjonowania armii były tak naprawdę siłą ówczesnego kraju Trzech Koron. To wszystko pokazuje bardzo dobre rozłożenie akcentów pomiędzy historię elit, a całej reszty ówczesnych społeczeństw. Ale w beczce miodu jest i łyżka dziegciu. Przekład tragiczny pod względem kulturowym i fatalna redakcja. Tłumacz nie wiedział, a wydawca nie sprawdził, że m.in. Brünn to nic innego jak morawskie Brno. Trier to Trewir, a Regensburg to Ratyzbona. Lewobrzeżna Praga to Mala Strana, a nie Małe Miejsce, a "Dyna" to po polsku Dźwina, uchodząca do Bałtyku w Rydze (i bitwa nad Dźwiną a nie pod Dyną). Źle wygląda nie stosowanie imion i nazwisk części panujących zgodnie z obowiązująca u nas tradycją. Czyli jest jeszcze cesarz Ferdynand II i III, ale zamiast Jerzego Rakoczego pojawia się … Georg (jeśli już to powinien występować jako György) Rakoczi, zamiast elektora saskiego Jana Jerzego – Johan Georg von Sachsen, a w miejsce elektora brandenburskiego Jerzego Wilhelma – Georg Wilhelm von Brandenburg. Książęta Kolonii i Moguncji byli arcybiskupami tych archidiecezji, a nie władcami. W husarii służyli husarze, a nie huzarzy, którzy posługiwali się nie lancami, a znacznie dłuższymi kopiami itd. Nie wystarczy znać język, trzeba bardzo dobrze rozumieć treść tłumaczonego dzieła. Brakuje też objaśnień wielu terminów czy wyjaśnień związanych z nazwami geograficznymi czy poszczególnymi postaciami historycznymi. To wszystko wpływa niestety na ocenę całości. Tym niemniej książkę, mimo jej solidnej objętości (800 storn) pochłania się szybko i z dużą satysfakcją. Tym bardziej, że odbrązawia dawne „sztuki” – zarówno wojenną, jak i dyplomatyczną.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na 8 3 lata temu
Złoty wiek piratów. Prawda i mity o piratach Benerson Little
Złoty wiek piratów. Prawda i mity o piratach
Benerson Little
„Dla większości z nas pirat to romantyczna figura: wolny duch, awanturnik w powiewnej koszuli, ukrywający złoto na bezludnej wyspie. Tymczasem prawdziwy pirat był kimś znacznie bardziej skomplikowanym – i o wiele bardziej niebezpiecznym”. Tymi słowami można by streścić esencję pracy Benersona Little’a. „Złoty wiek piratów. Prawda i mity o piratach” to książka, która uderza w naszą wyobraźnię niczym pełna salwa burtowa, rozbijając w pył popkulturowe wyobrażenia ukształtowane przez Hollywood. Little, będący nie tylko historykiem, ale i byłym operatorem Navy SEAL, podchodzi do tematu z pasją badacza i precyzją żołnierza, tworząc dzieło, które czyta się z zapartym tchem. Demitologizacja na pełnym morzu Głównym celem autora jest odarcie piractwa z taniego sentymentalizmu. Zapomnijcie o „spacerze po desce” – Little wyjaśnia, że piraci, jako ludzie praktyczni, nie marnowali czasu na tak widowiskowe egzekucje; jeśli ktoś miał zginąć, po prostu lądował za burtą lub kończył z kulą w potylicy. Autor rzuca światło na realia życia na pokładzie, które było dalekie od sielanki. To była egzystencja pełna gnilca, brudu i nieustannego hazardu ze śmiercią. Jednak to, co w książce najbardziej fascynuje, to nie opisy cierpienia, lecz ukazanie pirackich załóg jako precursorów demokracji. Little z entuzjazmem analizuje „piracki kodeks” – zestaw reguł, które gwarantowały każdemu członkowi załogi prawo głosu, sprawiedliwy podział łupów, a nawet prymitywny system ubezpieczeń społecznych (odszkodowania za utratę kończyny). W świecie absolutystycznych monarchii, statek piracki był paradoksalnie jednym z najbardziej wolnościowych miejsc na planecie. Taktyka walki oczami praktyka Unikalna perspektywa Little’a jako komandosa sprawia, że rozdziały poświęcone walce są absolutnym majstersztykiem. Autor analizuje potyczki nie jako chaotyczne bijatyki, ale jako starannie zaplanowane operacje psychologiczne. Dowiadujemy się, że piraci rzadko dążyli do zatopienia statku handlowego – ich celem było przejęcie nienaruszonego ładunku. Dlatego kluczowym narzędziem był terror. Czarna bandera z symbolem śmierci nie służyła do ozdoby; była komunikatem: „Poddajcie się, a przeżyjecie. Walczcie, a nie okażemy litości”. Precyzja, z jaką Little opisuje użycie kordelasów, pistoletów skałkowych czy granatów z epoki, pozwala niemal poczuć dym prochowy w nozdrzach. Jego analizy dotyczące zwrotności slupów i taktyki wykorzystywania mielizn karaibskich archipelagów dowodzą, że piraci byli genialnymi strategami, potrafiącymi wykorzystać każdą słabość potężnych, ale ociężałych okrętów królewskiej marynarki. Galeria łotrów i wizjonerów Little nie zapomina o ludziach. Portrety takich postaci jak Czarnobrody, „Czarny Bart” Roberts czy Anne Bonny są nakreślone z ogromną dbałością o detale. Autor unika czarno-białych ocen. Pokazuje piratów jako ludzi wyrzuconych poza nawias społeczeństwa, którzy w obliczu nędzy i brutalności ówczesnej marynarki handlowej wybrali „krótkie, ale wesołe życie”. To właśnie ta ludzka twarz piractwa, pełna sprzeczności, odwagi i okrucieństwa, sprawia, że książkę trudno odłożyć. Podsumowanie: Skarb wart odkrycia „Złoty wiek piratów” to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto chce wyjść poza ramy fikcji literackiej. Benerson Little wykonał tytaniczną pracę, przekopując się przez archiwa, by dostarczyć nam tekst rzetelny, a jednocześnie niesamowicie barwny. Choć autor nie szczędzi szczegółów technicznych dotyczących żeglugi, podaje je w sposób tak przystępny, że nawet szczur lądowy poczuje się pewnie na pokładzie. To książka entuzjastyczna, napisana ze swadą i ogromną wiedzą. Udowadnia, że prawda o piratach jest znacznie bardziej ekscytująca niż jakikolwiek scenariusz filmowy. Po jej lekturze Jolly Roger już nigdy nie będzie wyglądał tak samo – zamiast pirackiej romantyki, dostrzeżecie na nim symbol desperackiej walki o wolność w świecie, który nie znał litości.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 7 2 miesiące temu
Little Big Horn 1876 Grzegorz Swoboda
Little Big Horn 1876
Grzegorz Swoboda
Skończyłem lekturę! Więc zamieszczam całą ,,recenzję". *** Oto zapis subiektywnych odczuć w trakcie obiektywnego trawienia lektury. Tak, można to uznać za ekspresyjną recenzję wymagającego smakosza. Wstęp - niedojrzały (dyplomatycznie rzecz ujmując), infantylny (dosadnie rzecz ujmując). Bo dokopać konkurencji (przewodnik i gazetka, serio?) wyrywać dane z kontekstu i zawężać temat to my, a nie nam! Nawet w latach 90tych to było słabe. Rozdziały - to ilu wbili na pal rdzenni mieszkańcy Ameryki Północnej? Ilu heretyków spalili na stosie? Jak bardzo pomogli rabować polskie ziemie Szwedom, Moskalom, Prusakom, Saksończykom? Bo czasem się bywa poważnym Panie autor, a czasem nie. Jak autor czytelnikowi, tak czytelnik-recenzent autorowi. Trzeba pamiętać czyje były ziemie i kto dokonał inwazji. To, że Indianie (płci męskiej) świętymi nie byli; leniuchowali i łupili oraz gwałcili jak ,,nasi" lisowczycy to inna sprawa, ale rasowej eksterminacji na ludobójczą skalę dopuścili się biali i dlatego rdzennych Amerykanów dziś tylu co uchciwych polityków (proporcjonalnie do reszty społeczeństwa)! Uniosłem się. Oddech. Raz i dwa. Od 22 strony jest lepiej. No i 32 strona i Gwałcący Byk. Ta, źródło wiarygodne i bezstronne. I argument za - lubił kobiety. To w tajemnicy - ja też lubię. Czyli to Indianie wybili bizony? To może odstrzał tych zwierząt na masową skalę przez białych jest pomówieniem? Strona 48 - gierkowski żarcik doceniam. Strona 57 - ,,subkultura pasożytnictwo i chuligaństwa". Teraz pojąłem! Żyli sobie biali Amerykanie w Ameryce Północnej i nagle wpakowali im się im w sąsiedztwo Indianie z swoją subkulturą. Ta, podobny problem mieli min. Rosjanie z Polakami w XVIII, XIX i XX wieku. Jakieś powstania, zamachy... Póki co m, najbardziej irytujący HB (chyba nawet ,,Kongo" tak nie ukuło). Strona 66 - to ile tych krzyży było? Trzy? Trzydzieści? Trzysta? Się wie, albo nie wie. Jest Custer! Czytam! I jakoś się nie dziwię, że w historii jego dokonań z czasów wojny domowej nie ma nic o zarzutach w temacie zbrodni wojennych (bo te o nepotyzm, z tego co pamiętam, pojawiły się już po wojnie secesyjnej). Strona 88 - czyli zabite przez żołnierza dziecko / kobieta to nie to samo co zabite przez Indianina dziecko / kobieta? Panie autor, nie musisz Pan kochać Indian (ja ich nie kocham i nie kocham również samurajów - gdyby kogoś to ciekawiło), bądź Pan po prostu obiektywny. Strona 91 - czyli jak o męskości Custera w relacjach z płcią piękną to pomówienia, ale jak o indiańskich wodzach to bezsporny fakt. No, zupełnie jakby Winnetu w dzieciństwie zabrał lizaka autorowi i żal pozostał wciąż żywy. Strona 118 - to się nazywa nepotyzm. Nie trzeba się bać tego słowa. Strona 128 - no teraz będzie już chyba lepiej. Czytam z nadzieją. Strona 144 - a czy Custerowi podobało się bezczeszczenie zwłok przez jego ludzi? ,,Murzyn", a nie można było użyć ,,tłumacz" skoro był tłumaczem? Strona 157 - Niekerson dowcipnie to ujął. Rozdział szósty - czytam i nie marudzę. Rozdział siódmy - czytam i nie marudzę. Rozdział ósmy - czytam i nie marudzę. Rozdział dziewiąty - czytam i nie marudzę. Rozdział jedenasty - czytam i nie marudzę. Rozdział dwunasty - czytam i nie marudzę. Rozdział trzynasty - czytam i nie marudzę. Postscriptum - bynajmniej, bynajmniej, bynajmniej, chyba tylko w Kalifornii albo innym Kentucky. Bardzo nierówna pozycja. Zupełnie jakby dwóch autorów miała. Nie żałuję, że przeczytałem.
Ponoc_Emeryt - awatar Ponoc_Emeryt
ocenił na 6 9 miesięcy temu
Wojna trzydziestoletnia 1618-1648. Tragedia Europy Peter H. Wilson
Wojna trzydziestoletnia 1618-1648. Tragedia Europy
Peter H. Wilson
Po czterokrotnym przeczytaniu tej pozycji w ciągu ostatnich 5 lat, w końcu czuję się na siłach by wystawić jej ocenę. Obszerna tematycznie - dająca znakomite podstawy. Należy podkreślić, że mimo wszystko pozostaje to dziełem absolutnie bazowym i w p r o w a d z a j ą c y m do tematu wojny trzydziestoletniej. Brak rozwinięcia wielu tematów nadrabia naprawdę mistrzowskimi wskazówkami bibliograficznymi zamieszczonymi w przypisach. Podnoszono kilkukrotnie, że Wilson zdaje się faworyzować stronę habsburską i bawarską. W kilku miejscach jest to rzeczywiście widoczne, ale autor zdaje się raczej po prostu zlikwidować istniejące w historiografii mity stworzone przez hagiografów czy to Gustawa Adolfa (demitologizacja bitwy pod Lutzen jako wielkiej wygranej szwedzkiej) czy d'Enghiena (Rocroi w wydaniu Wilsona nie jest wcale jakieś bardzo zatrważające). Wykorzystuje też okazje by podnieść z błota zapomnienia kilku wybitnych dowódców wojny (e.g. Mercy czy Guebriant), dotychczas ocenianych jako średnich lub niewspominanych. Nie boi się krytykować spostrzeżeń wcześniejszych autorów (lady Wedgewood czy też samego wielkiego Parkera) - plus za odwagę. Wilson również bardzo bezkompromisowo rozlicza czarną legendę Wallensteina jako rzekomego zdrajcy. Pod względem sposobu napisania, rozmiaru i doboru treści - dzieło doskonałe. Ma oczywiście również (co prawda nieliczne) błędy merytoryczne - te drobne, niewielkie literówki (e.g. pomyłka przy dacie ordynacji Reichskammergericht wprowadzającej procedurę wizytacji), ale również nieco większe - co prawda obecne właściwie we wszystkich większych opracowaniach dotyczących omawianego tematu (S. Murdoch parę lat temu już wykazał, że opis bitwy pod Lemgo, który znajdujemy m.in. u Wilsona to absolutna bzdura, niemająca pokrycia w źródłach). Mimo wszystko jest to absolutnie najlepsza dostępna na rynku pozycja wprowadzająca do tematyki wojny trzydziestoletniej - przez wiele lat będzie najpewniej stanowić podstawową literaturę w temacie największego konfliktu nowożytnej Europy.
Meribbaal - awatar Meribbaal
ocenił na 9 1 rok temu
1453. Upadek Konstantynopola Roger Crowley
1453. Upadek Konstantynopola
Roger Crowley
Biegu dziejów nie da się oszukać. Trąci to trochę historycznym determinizmem, ale pewne rzeczy prędzej czy później muszą nadejść. Gdy naprzeciwko siebie staje połykająca kolejne terytoria wschodząca potęga i dogorywające państewko, ograniczone praktycznie do murów jednego miasta, wynik starcia może być tylko jeden. Jak w ewolucji – silniejszy byt wypiera słabszy. Cesarstwo Bizantyńskie znikło w mrokach dziejów, by zrobić miejsce dla nowego dominatora w tej części świata – Imperium Osmańskiego. Jak doszło do tego, że po jednym z najświetniejszych organizmów państwowych średniowiecza pozostały tylko mury wiekowych świątyń i mające wybitnie pejoratywne znaczenie określenia „bizantynizm” i „bizantyński”? Musimy się cofnąć w czasie o sześć wieków, a pomoże nam w tym lektura książki Rogera Crowleya „1453. Upadek Konstantynopola”. Roger Crowley to angielski pisarz (urodzony w 1951 roku), nie historyk, ale absolwent literatury angielskiej na uniwersytecie w Cambridge. Jego dorobek jest skromny, ale każda z trzech książek tego Autora spotykała się z uznaniem środowiska. Życie, praca i podróże po krajach śródziemnomorskich określiły teren jego zainteresowań. „1453. Upadek Konstantynopola” to jego druga po „Morskich imperiach”książka, która ukazuje się w naszym kraju. Na wydanie czeka jeszcze historia Wenecji „City of Fortune”. Polski czytelnik otrzymuje do ręki „Upadek…” osiem lat po premierze. Książka Crowleya to opowieść „o odwadze i okrucieństwie, technicznej przemyślności i szczęściu, tchórzostwie, uprzedzeniach i tajemnicach”, a przede wszystkim o mieście, które muzułmanie nazywali „Czerwonym Jabłkiem”, „kością w gardle Allacha”, „miastem, którego pożąda świat”. Już Mahomet przewidywał, że przyjdzie taki dzień, że wyznawcy wiary narodzonej na arabskiej pustyni zdobędą Konstantynopol. Próbowali kilkukrotnie. Zawsze bezskutecznie. Mieszkańcy Konstantynopola – Rzymianie, jak sami siebie nazywali – liczyli na to, że i wiosną 1453 roku obronią swoje miasto. Nie bez podstaw, bo jak dotąd tylko raz udało się je zająć wrogom, i to najmniej oczekiwanym, bo członkom IV krucjaty (w 1204 roku. Bizancjum było oblegane ponad dwadzieścia razy, ale murów cesarza Teodozjusza z V wieku od strony lądu nikomu nie udało się sforsować. Zdobycie miasta przez Turków osmańskich poprzedził wiek epidemii, katastrof naturalnych, postępującej biedy. Nic więc dziwnego, że morale ludności było niskie. Ale w rodzącym się Imperium Osmańskim też nie było idealnie. Państwem wstrząsały wewnętrzne konflikty, sporo energii pochłaniały też walki z Węgrami. W końcu sułtan Murad II doszedł do wniosku, że jego państwo nie będzie bezpieczne, dopóki Konstantynopol pozostanie enklawą chrześcijaństwa na jego terytorium. W testamencie dla syna, Mehmeda II, przekazał mu, aby w końcu zdobył to miasto. Oblężenie było też starciem wybitnych osobowości – Mehmeda i cesarza Konstantyna XI Paleologa. Przyszło im jednak działać w zupełnie innych okolicznościach. Jeden rządził państwem w przeddzień szczytu potęgi; drugi praktycznie już tylko odliczał czas do końca panowania. Obaj skończyli też zupełnie inaczej: Mehmed otrzymał tytuł Fatih (Zdobywca), z kolei wypchaną słomą głowę cesarza obwożono po państwie Turków na dowód zwycięstwa nad niewiernymi. Autorów należą się pochwały za plastyczne i drobiazgowe – ale nie nużące – przedstawienie opisu oblegania stolicy cesarstwa wschodniorzymskiego. Crowley przyznaje, że „raport z oblężonego miasta” może być niedokładny, a miejscami zawierać może i błędy. Autor korzystał z nielicznych źródeł z epoki, głównie powstałych w obozie chrześcijańskim. Musiał więc odrzucić skłonność do przesady średniowiecznych kronikarzy, oddzielić fakty od legend. Udało mu się to, choć przyznaje, że nie w pełni poradził sobie z rekonstrukcją wydarzeń. Jednak te niedociągnięcia – nawet jeśli komuś uda się je uchwycić – nie zabierają przyjemności płynącej z lektury. To też interesująca nauka technik oblężniczych późnego średniowiecza i zapowiedź nowej – masowego ostrzału artyleryjskiego. Przyznam, że podczas czytania książki migały mi przed oczami obrazki z trzeciej części „Władcy Pierścieni” – scen oblegania stolicy Gondoru, Minas Tirith… „Upadek…” ukazał się nakładem Domu Wydawniczego Rebis. To rękojmia, że otrzymujemy do rąk książkę wydaną na bardzo dobrym poziomie. W tym konkretnym przypadku – w twardej oprawie, z licznymi ilustracjami, po świetnej robocie edytorskiej i redakcyjnej.
mitobrave - awatar mitobrave
ocenił na 7 2 lata temu

Cytaty z książki Jak zdobyto Dziki Zachód. Prawdziwa historia amerykańskiego Pogranicza

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Jak zdobyto Dziki Zachód. Prawdziwa historia amerykańskiego Pogranicza


Ciekawostki historyczne