W którejś z wczesnych ,,Literatur na świecie" drukowano Onettiego ,,Sen urzeczywistniony".
Jako, że miałem ten numer Literatury, to przeczytałem. Kiedyś, dawno temu... To jest jednak taka pisanina, że jak raz przeczytasz, to będziesz już to nazwisko pamiętał...albo rzucisz to w diabły, zanim dobrniesz do końca.
No to tak sobie ,,Sen.." czytałem, coraz bardziej będąc pochłoniętym i uśmiechniętym na to jak Blanes gada wciąż i wciąż do narratora, że się ten zrujnował dla Hamleta i czegoż to on tam dla tego Hamleta jeszcze nie uczynił (czego oczywiście nigdy nie uczynił )...
A jakie wyborne to, jak ten pijak, zatrator i ekscentryk- Blanes, który mając za chwilę otrzymać od narratora nowinę o intratnej realizacji scenki teatralnej, zamówionej przez nieznajomą- reaguje na to, że narrator właśnie przyszedł do niego z arcyważną wiadomością- jak łazi, goli się i myje, pali, leży by w końcu (rewelacyjne) wskazać paluchem na sufit i na to co tam zwisa z tego sufitu i dopiero po tym wszystkim, wygłosić to swoje ,, dobra. Mów pan." Ooo..to są moje klimaty, cmokałem, przyglądając się osobie Blanesa poprzez to co gada- a gada niewiele... i temu jak oszczędnie a jednocześnie dobitnie autor kreśli swych bohaterów...i jak Blanes, ten wiecznie pijany cynik, w końcowej scenie krzycząc do narratora to co krzyczy, po tym co się stało- ujawnia nam swą prawdziwą twarz, co zresztą wcześniej było już wyczuwalne...Noo, to dobra robota jest-cmokałem, widząc jak genialnie, za pomocą krótkich epizodów, autor buduje w wyobrazni czytelnika obraz bohaterów, nie opisując ich specjalnie. Mimo, że nie doszedłem w końcu do tego , dlaczego w tej historii stało się to co się stało- nie złorzeczyłem w duchu na stracony czas tylko zakupiłem na starociach ,,Historię Kawalera.."
Tam patrzę, a na starcie właśnie ,,Sen urzeczywistniony"... No to ponownie z ochotą przeczytałem, bo to są takie rzeczy, że się je po kilka razy czyta, a podczas każdego czytania jeszcze się ponownie wraca do niejednego zdania , które dopiero co przeczytaliśmy (on specjalnie to w taki sposób robi...)
Jak ten ,,Sen.." ponownie przeczytałem (no i jak on to specjalnie w taki sposób robi...) to liczyłem na to, że może cały tomik opowiadań Onettiego będzie w tym stylu i, że się dobrze ubawię i ze smakiem...tak ten ,,Sen.." jest mistrzowsko napisany, mimo dziwnego dla mnie wtedy jeszcze i nieoczekiwanego zakończenia.
No to dawajże poznać resztę... Okazało się oczywiście, że jest inaczej niż to sobie wyobrażałem, bo opowiadania zamieszczone tam, pisane były na przestrzeni wielu lat, i w związku z tym nie otrzymałem tego , na co liczyłem, chcąc się rozerwać przy dobrej pisarskiej robocie. Nie otrzymałem więc klonów ,,Snu..", licząc na dużą ilość pozornie absurdalnego humoru również. Dostałem w tym tomie coś czego się nie spodziewałem zupełnie...
Jakie mam subiektywne wrażenia, które być może popchną kogoś z Państwa, kto tego nie czytał, do lektury książki...?
Przeczytajcie pierwszą historię i połknijcie haczyk.
Z dużym prawdopodobieństwem zostaniecie do końca seansu- przeglądu bajań pana Onettiego. I to mimo tego, że dalej śmiesznie nie będzie i, że akcja będzie ,,zwalniać" i, że ,,marnawa" czasem i, że prawie jej nie ma miejscami, a jednocześnie ,,dzieje się tam"....
Bo z kolejnymi opowiadaniami, w kategorii ,,sensacji" dzieje się coraz mniej, a jednocześnie jest wciąż ,,doniośle" I ta doniosłość chwil i sytuacji zostaje z czytelnikiem. Jednocześnie po drugim, trzecim opowiadaniu będziecie już tak otuleni mgłą, opadającą na was stopniowo, mgłą w której będziecie sobie niespiesznie spacerować dla samej przyjemności spacerowania, że ciekawie będzie- i na bezdrożach, które miejscami Onetti stwarza swym pisaniem, czy w jakichś dziurach, wykrotach czy innych krzakach sytuacyjnych... Czasem ścieżka historii po której kroczymy jest widoczna, czasem zdaje się nam, że jest widoczna ale coś jakby nie bardzo... Czasem nie będzie miało znaczenia, w jakim kierunku idziecie i jak bardzo namacalny będzie obiekt w kierunku którego wraz z autorem zmierzacie. Raz dojdziecie do czegoś realnego a innym razem będzie to jakiś fantom raczej...
Jak już się załapiecie na tę zabawę- do głowy wam nawet nie przyjdzie coś w stylu- ,,bez sensu to łażenie tutaj...przed chwilą, to nawet już nie wiem, czy się w ogóle poruszałem...dość."
To pisanie Onettiego nie jest do czytania w sposób w jaki czyta się część literatury, gdzie mamy zajmujące, miłe lub nie, wartościowe bardziej lub mniej, lecz- relacje.
Ktoś kto chce to- zacząć i skończyć, wychodząc z tego z konkretami- może być tutaj nieco zawiedziony. Nie ma jednak przy tym ta twórczość charakteru typu ,, strasznie chciał coś napisać, ale ni diabła nie wiedział o czym pisać, to napisał tak, że nie wiadomo o co chodzi"
Spokojnie można siadać do tej książki, bo autor będzie nas w trakcie lektury każdego z opowiadań, przy współudziale Stachury i Kalickiego, którzy to tłumaczyli, skutecznie uwodzić nadzieją, że w końcu dowiemy się- po co ? dlaczego? czy wręcz- co ?
Musi przecież czytającego jakoś osaczyć...Nie tylko narzędziami literackiego zniewolenia czytelnika, takimi jak zdania wielokrotnie złożone, jak zapętlenia jakieś, rozczłonkowywanie wątków czy akcji, lub różne inne ekwilibrystyki warsztatowe, jak choćby to, że poustawia Wam przed samymi oczyma ,, rzeczy" tak blisko, że nawet ich nie zauważycie, a potem gdy na końcu okaże się, że były istotne- będziecie wracać do tekstu, szukając, gdzie to on to tam poupychał i w jaki sposób...- Dlaczego on to wszystko specjalnie nam robi? Dlaczego nas na nasze własne życzenie w ten sposób osacza?
Dlatego by nas spowolnić i zmusić do koncentracji i zanurzenia się w tym całkowicie.
Po co ?
Po to, byśmy pozwolili Onettiemu bawić się z nami w jego grę, w której przestaje mieć dla nas znaczenie, dlaczego i po co ,,go tam gonią"- dajmy na ten przykład.
Są tam utwory gdzie bez znaczenia już dla nas jest ,,czy go w końcu złapią"?
Są i takie opowieści, w których przestanie nas interesować ,,kogo tam w ogóle gonią" a znaczenie będzie miało tylko to ,,w jaki sposób biegną".
Od połowy tomiku, od opowiadania ,,Maskarada" to już będzie tak głęboko, że jak w końcu wychyniemy na powierzchnię by zaczerpnąć tchu, to jeszcze tylko westchniemy ,,mamo! gdzie ja byłem i co on ze mną robił !?, i zaraz zanurkujemy ponownie by pływać przy samym dnie.
Z uśmiechem na ustach przychodzi mi do głowy teraz, że część osób, które nie przepadają za tego typu pisaniem, po lekturze dwóch czy trzech opowiadań stwierdzi- taa, ta pisanina to rzeczywiście dno...
A to są opowiadania nie o tym, jaki jest finał poszczególnych historii.
To są opowiadania nie o tym, jak są przedstawione tam historie takie lub inne...trochę tak, ale nie o to tam chodzi.
To są opowiadania o tym jak Onetti opowiada i jakich sztuczek używa, byśmy dostatecznie odczuli stan psychiczny bohaterów.
To są opowiadania o Twojej wewnętrznej przestrzeni- czytelniku.
Bo to z Tobą będzie się tutaj działo a nie z bohaterami historyjek...
W to się tutaj gra. Tak mi się wydaje.
Onetti pisze w taki sposób, że- by miało sens czytanie tego- człowiek musi cały w to wejść, oddać się temu niespiesznie całą swą uwagą i umysłem.
Przy tym czytanie tego to nie jest jakaś siermiężna czytelnicza robota, przy której to ON NAM DOPIERO POKAŻE CO TO ZNACZY LITERATURA...!!! - ponieważ, jak już wspomniałem- skutecznie uwodzi nas przez cały czas wrażeniem, że w końcu, każdorazowo dowiemy się - kogo, komu, po co i w ogóle co...
I jak już cali w to wejdziemy, oddamy się temu niespiesznie cała swą uwagą i umysłem...
Wtedy dzieje się to- czym są te opowiadania...
On nas hipnotyzuje.
W to się tutaj bawimy.
Więc jeśli chcecie pobyć trochę w hipnotycznym trwaniu, gdzie często niedookreślenia są materią z której, w jakiejś części zbudowane są urzekające niejednokrotnie, światy autora - to tu się właśnie w takie rzeczy zabawiamy. O to chodzi w jego twórczości.
Do takich wniosków dochodzę po tym, co się ze mną działo gdy to czytałem.
Onetti - który podobno nie wychodził z łóżka, nie będąc zainteresowany tym co dzieje się za jakimikolwiek oknami na zewnątrz, a w ludzi, którzy przychodzili z nim porozmawiać- mierzył z, chyba niedziałającego rewolweru, i wyobrażam sobie tutaj- mówiąc : przyszli porozmawiać? Ma kula z nimi pomówi ! - on przy użyciu znakomitego warsztatu tworzy niecodzienne i dogłębne doświadczenie stanów, których czytelnik, jako swoje, sam w sobie doświadcza.
Dla kogo to pisane?
Dla tych, dla których ich wewnętrzna, mentalna, psychiczna jakość, wewnętrzny świat- są ,,sensorycznie" odczuwalne.
Dla tych, którzy mają jakieś bieżące, namacalne doświadczenie tego co akurat w duszy czy psychice im się dzieje w danym momencie, nie ograniczając się jedynie do jakichś osobistych koncepcji i teorii na temat- co akurat im się dzieje.
Autor nie robi tego wszystkiego co tam robi w tych opowiadaniach, swym literackim bohaterom- tylko nam. Mam wrażenie, że głównie temu służy ta literatura. A może się mylę? Robi to jednak wrażenie...
Opowiadania w tym tomie tak wybrano i ułożono, że na początku, mimo tragedii, jest zabawnie. Potem wesoło już nie jest, choć zajmująco, i prawie na końcu, w trakcie przedostatniego opowiadania robi się znowu zabawnie, by czytelnika jednak przywrócić do normalności świata żywych.
Co tu więcej gadać...zostałem fanem twórczości tego pisarza a ,,Historię kawalera..." polecam tym, którzy się nie śpieszą.
Tego się nie da czytać szybko i dużo.
Są to, poza tym co mówiłem o tych tam ,,hipnozach" - historie, które muszą urosnąć w człowieku, wybrzmieć po czasie. Jedna opowieść jednego dnia to i tak może być za dużo, za to czyta się to czy też fragmenty tego, po dwa, trzy razy.
Takie to są sprawy...
OPINIE i DYSKUSJE o książce Ulica Gołębia
Historia grupy studentów w przededniu wybuchu wojny. Bardzo dobrze oddaje nastroje społeczne jakie panowały w Polsce w ostatnich latach przed wojną. Filipowicz zgrabnie wplótł je w codzienne losy bohaterów. Wiele się można dowiedzieć o życiu w tamtym okresie. Nie jest to może jakieś wybitne dzieło, ale jak najbardziej warte zapoznania.
Historia grupy studentów w przededniu wybuchu wojny. Bardzo dobrze oddaje nastroje społeczne jakie panowały w Polsce w ostatnich latach przed wojną. Filipowicz zgrabnie wplótł je w codzienne losy bohaterów. Wiele się można dowiedzieć o życiu w tamtym okresie. Nie jest to może jakieś wybitne dzieło, ale jak najbardziej warte zapoznania.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toRok 1933, Kornel Filipowicz zabiera nas w świat studentów, pokolenia urodzonego na początku I wojny światowej. Pokolenia, którego umysły trawi niepokój i niepewność czasów, w których przyszło im żyć. Bieda, kombinowanie jak związać koniec z końcem, jak przeżyć gdy jedyne czym możemy wypełnić żołądek to ciepła herbata. Ale przede wszystkim: co myśleć, jak się zachować? Długie, czasami nocne rozmowy, pierwsze gorące uczucia, ale także śmierć bliskiej osoby.
Klimat krakowskich ulic: Gołębiej, Grodzkiej czy Dolnych Młynów z "cygarfabryką", ale także ziemi cieszyńskiej i domu rodzinnego, "wychowania leśnego", wiejskich problemów, wsi zależnej od "swoich ludzi" przysyłanych z góry do pilnowania porządku.
Powieść nostalgiczna, pełna smutku. Wspaniały obraz czasu międzywojnia.
Rok 1933, Kornel Filipowicz zabiera nas w świat studentów, pokolenia urodzonego na początku I wojny światowej. Pokolenia, którego umysły trawi niepokój i niepewność czasów, w których przyszło im żyć. Bieda, kombinowanie jak związać koniec z końcem, jak przeżyć gdy jedyne czym możemy wypełnić żołądek to ciepła herbata. Ale przede wszystkim: co myśleć, jak się zachować?...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„...Okolica była też przyjemna, ruchliwa: pobliska wytwórnia papierosów, zwana przez krakowian "cygarfabryką", rozsiewała wokół duszny aromat tytoniu i co tydzień, w sobotę, ożywiała okoliczne szynki i sklepiki. W dzień wypłaty, na długo przed otwarciem szerokiej, warownej, podobnej do wrót więzienia bramy fabryki, wystawały już na chodnikach matki z dziećmi, prostytutki, wierzyciele i handlarze sznurowadeł, lusterek i prezerwatyw, sklepikarze i dziewczęta pragnące pójść do kina, a potem na spacer – wszyscy czekali, aż syrena oznajmi koniec pracy, a z bramy zaczną wychodzić ludzie z pieniędzmi w kieszeniach...”
"...Przedstawicielstwo "Fotoemalii" na teren mało eksploatowany(...)zaopatrując nowożeńców w "trwałe pomniki tego wielkiego dnia", jak reklamował zdjęcia ślubne, wykonywane na lekko wypukłej płytce emalioanej blachy, na których para małżeńska, o różowych wyrazistych twarzach i czarnych ondulowanych włosach, uśmiechała się do siebie w aureoli uformowanej z czegoś puszystego, waty czy obłoków. Artykuł ten nie był tani, ale znajdował odbiorców; biedni, zaharowani ludzie czuli nieodpartą potrzebę przekazania dzieciom swojej utraconej młodości, pokazania im gładkiej, uśmiechniętej twarzy, jaką mieli lat temu dwadzieścia, zanim poryły ją głębokie bruzdy, a miał węglowy wżarł się głęboko w pory skóry..."
Filip Kornelowicz przenosi nas w lata 1933 - 1939 do Krakowa ulicy Dolnych Młynów, która była enklawą tytoniową...dzisiejsza enklawa restauracji, pubów i barów. Przed wojną mieściła się tam Państwowa Fabryka Cygar i Wyrobów Tytoniowych będąca jednym z filarów polskiej gospodarki okresu II RP.
Początkiem działalności polskiego przemysłu tytoniowego była fabryka wyrobów tytoniowych w Krakowie, która mieściła się przy ul. Dolnych Młynów.
Należała do Austriaków (C.K. Fabryka Tytoniu, Kaiserliche Koenigliche Tabakfabrik)i powstała w 1876 r. w celu zaopatrzenia w tytoń żołnierzy licznie obsadzających fortyfikacje Twierdzy Kraków.
Ogromne zainteresowanie i zapotrzebowanie na tytoń poza Krakowem powstają kolejne fabryki: tytoniu w Winnikach pod Lwowem i warszawskiej Ochocie oraz cygar w Zabłotowie w Małopolsce Wschodniej.
Spożycie wyrobów tytoniowych wzrosło i przekładało się na zwiększenie wpływów budżetowych. W 1925 r. na głowę przypadało średnio 598 gramów tytoniu, a pięć lat później już 692 gram.
Uruchomiono kolejne fabryki w Białymstoku, Bydgoszczy, Gronie, Kościanie, Kowlu, Łodzi, Monasterzyskach, Poznaniu, Radomiu, Starogardzie, Wilnie i Wodzisławiu. W 1928 r. Polski Monopol Tytoniowy stanowi produkcję wynoszącą rocznie ponad 10 milionów sztuk papierosów.
Tytułowa ulica Gołębia zachęca do poznania żródeł historycznych.
Ulica Gołębia jest jedną z najstarszych ulic Krakowa. Została wytyczona już w czasie wielkiej lokacji miasta w roku 1257. Obecnie biegnie jednym traktem od ulicy Brackiej do Krakowskich Plant - długość 265 metrów. Odchylenie i krzywizna jest znakiem historii, gdyż były to dwa samodzielne organizmy komunikacyjne. Odcinek od ulicy Wiślnej do murów miejskich był określany jako ulica Ostatnia, zaś fragment od Brackiej do Wiślnej jako bezimienny zaułek.
Kiedy po 1400 roku, z funduszy Jadwigi, król Jagiełło zaczął od nowa organizować instytucje akademickie, ulica Ostatnia weszła w skład tak zwanego kwartału uniwersyteckiego (ostatnia stała się Gołębią niższą, a ta bezimienna- Gołębią Wyższą. Scalone dwie Gołębie dopiero w 1881 roku, a historia pozostawiła swój ślad w postaci krzywizny oraz charakteru zabudowy. Na części skierowanej ku plantom dominuje zabudowa uniwersytecka, zaś od ulicy Brackiej kamienice czynszowe o mniejszej wartości estetycznej. W roku 1830, na Gołębiej zapłonęły, pierwsze na ziemiach polskich lampy gazowe. Karol Mohr prowadził eksperyment z użyciem gazu koksowniczego. Pomysł bardzo nowatorski i realizacją trzeba było czekać aż do roku 1857, kiedy to na stałe pojawiło się oświetlenie miejskie.
Spacerując dzisiejszą ulicą warto przyjrzeć się kamienicom, architekturze i detalom, i ich historii sięgającej XIX wieku i otwiera ją ówczesna własność hrabiostwa Ankwiczów, ich córki Henrietty, wieszcza Adama Mickiewicza i ich nieszczęśliwej miłości, która stała się przyczyną powstania dwóch wierszy: „Do mojego Cicerone” i „Do Henrietty” oraz widzenia Ewy w IV scenie, III części „Dziadów”.
Kolejni właściciele to Florian Straszewski, który był pomysłodawcą Plant...ale i sławnym organizatorem "obiadów" z partyjką kart, które przyprawiały biedną małżonkę o paplitacje serca, gdy zastanawiała się, ileż to osób może wpaść tym razem.
Następnym właścicielem był Karol Klonass Zręcki, współwłaściciela pierwszej na świecie kopalni ropy naftowej.
Dom nr 3 związany jest z kombatantem powstania listopadowego dr Józefem Placerem (1803- 1871). Całe życie spędził w Krakowie, gdzie ukończył medycynę i pracował jako chirurg i położnik w szpitalu świętego Łazarza.
Dom nr 4 zagościł rzemieślnika Roberta Jahoda - introligatora, który w sposób artystyczny nadał różnorakim drukom formę artystyczną.
Dom nr 7 to dawna bursa Ubogich.
Dom nr 11. Collegium Minus.
Dom nr 13. Collegium Physicum, zwane też Witkowskiego.
Dom nr 18 Na początku XVI wieku powstały tutaj dwie budowle: jedna drewniana, a druga murowana. Połączenie obu nastąpiło dopiero na początku XIX wieku, kiedy to wspominany Franciszek Bogucki, zakupił działki w drodze licytacji, tworząc przejazd do stajni i wozowni zajazdu znajdującego się obok. Zabudowa spłonęła w 1950 roku. Po tym zdarzeniu kamienicę wyremontowano, zachowując barokowy, XVII- wieczny, boniowany portal. W latach 20-tych XX wieku mieściła się tutaj ambasada Czechosłowacji.
Kończymy spacer przy numerach 22-24 Collegium Novum i Dąb Wolności. Drzewo zostało posadzone w 1919 roku w celu upamiętnienia odzyskania niepodległości.
Dwudziestolecie międzywojenne to szczególny czas dla Polski i Europy, nasz kraj po 123 latach wraca na mapę świata i Europy, ale to czas wielkich zmian. Rozwój i zmiany społeczno - ekonomiczno - polityczne, alter ego Filipowicza - Jan Borecki i Michał Jaroń zaczynają studia na UJ, okres studencki to czas organoleptyki i marzeń, i złudzeń, które pozostają gorzkim niesmakiem kontra 1933 rok, gdy Adolf Hitler zostaje kanclerzem Niemiec. Faszyzm i socjalizm rosną w siłę po przeciwnych stronach barykady. III Rzesza pod wodzą Hitlera zajęła w 1938 roku terytorium Czechosłowacji i Austrii. Był to jednak tylko początek brutalnych działań wojennych. W 1939 roku Hitler podpisał z Józefem Stalinem pakt...a dalej już wiemy, że 21 lat względnego pokoju skończyło się...
Warto sięgnąć po tę książkę, która była wydana w 1955 roku, to początek twórczości prozaika, który stał się mistrzem małych form, piękna polszczyzna i opisy, oddanie klimatu i perfekcyjna drobiazgowość, zwyczajna niezwyczajność, autobiograficzne wątki i namacalność autora, nieporadność i toporność w dialogach zatrzymana w czasoprzestrzeni ulicy Gołębiej, uchwycenie i zaobserwowanie zmian społeczno - polityczno - ekonomiczno - obyczajowych, zapachu tytoniu, monidła i zbliżającego się końca pewnego świata...porządek społeczny zachwieje się i nie wróci do poprzedniego stanu.
„...Okolica była też przyjemna, ruchliwa: pobliska wytwórnia papierosów, zwana przez krakowian "cygarfabryką", rozsiewała wokół duszny aromat tytoniu i co tydzień, w sobotę, ożywiała okoliczne szynki i sklepiki. W dzień wypłaty, na długo przed otwarciem szerokiej, warownej, podobnej do wrót więzienia bramy fabryki, wystawały już na chodnikach matki z dziećmi, prostytutki,...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPowieść o młodych ludziach (studentach) w czasach II Rzeczypospolitej.
Powieść o młodych ludziach (studentach) w czasach II Rzeczypospolitej.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to