Ulica Gołębia

Okładka książki Ulica Gołębia autora Kornel Filipowicz,
Okładka książki Ulica Gołębia
Kornel Filipowicz Wydawnictwo: Czytelnik Seria: Głowy Wawelskie literatura piękna
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Głowy Wawelskie
Data wydania:
1966-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1966-01-01
Język:
polski
Średnia ocen

7,3 7,3 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Ulica Gołębia w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Ulica Gołębia

Średnia ocen
7,3 / 10
11 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Ulica Gołębia

avatar
1306
395

Na półkach: ,

Historia grupy studentów w przededniu wybuchu wojny. Bardzo dobrze oddaje nastroje społeczne jakie panowały w Polsce w ostatnich latach przed wojną. Filipowicz zgrabnie wplótł je w codzienne losy bohaterów. Wiele się można dowiedzieć o życiu w tamtym okresie. Nie jest to może jakieś wybitne dzieło, ale jak najbardziej warte zapoznania.

Historia grupy studentów w przededniu wybuchu wojny. Bardzo dobrze oddaje nastroje społeczne jakie panowały w Polsce w ostatnich latach przed wojną. Filipowicz zgrabnie wplótł je w codzienne losy bohaterów. Wiele się można dowiedzieć o życiu w tamtym okresie. Nie jest to może jakieś wybitne dzieło, ale jak najbardziej warte zapoznania.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1693
731

Na półkach: , , ,

Rok 1933, Kornel Filipowicz zabiera nas w świat studentów, pokolenia urodzonego na początku I wojny światowej. Pokolenia, którego umysły trawi niepokój i niepewność czasów, w których przyszło im żyć. Bieda, kombinowanie jak związać koniec z końcem, jak przeżyć gdy jedyne czym możemy wypełnić żołądek to ciepła herbata. Ale przede wszystkim: co myśleć, jak się zachować? Długie, czasami nocne rozmowy, pierwsze gorące uczucia, ale także śmierć bliskiej osoby.
Klimat krakowskich ulic: Gołębiej, Grodzkiej czy Dolnych Młynów z "cygarfabryką", ale także ziemi cieszyńskiej i domu rodzinnego, "wychowania leśnego", wiejskich problemów, wsi zależnej od "swoich ludzi" przysyłanych z góry do pilnowania porządku.
Powieść nostalgiczna, pełna smutku. Wspaniały obraz czasu międzywojnia.

Rok 1933, Kornel Filipowicz zabiera nas w świat studentów, pokolenia urodzonego na początku I wojny światowej. Pokolenia, którego umysły trawi niepokój i niepewność czasów, w których przyszło im żyć. Bieda, kombinowanie jak związać koniec z końcem, jak przeżyć gdy jedyne czym możemy wypełnić żołądek to ciepła herbata. Ale przede wszystkim: co myśleć, jak się zachować?...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
978
933

Na półkach: , , , , ,

„...Okolica była też przyjemna, ruchliwa: pobliska wytwórnia papierosów, zwana przez krakowian "cygarfabryką", rozsiewała wokół duszny aromat tytoniu i co tydzień, w sobotę, ożywiała okoliczne szynki i sklepiki. W dzień wypłaty, na długo przed otwarciem szerokiej, warownej, podobnej do wrót więzienia bramy fabryki, wystawały już na chodnikach matki z dziećmi, prostytutki, wierzyciele i handlarze sznurowadeł, lusterek i prezerwatyw, sklepikarze i dziewczęta pragnące pójść do kina, a potem na spacer – wszyscy czekali, aż syrena oznajmi koniec pracy, a z bramy zaczną wychodzić ludzie z pieniędzmi w kieszeniach...”

"...Przedstawicielstwo "Fotoemalii" na teren mało eksploatowany(...)zaopatrując nowożeńców w "trwałe pomniki tego wielkiego dnia", jak reklamował zdjęcia ślubne, wykonywane na lekko wypukłej płytce emalioanej blachy, na których para małżeńska, o różowych wyrazistych twarzach i czarnych ondulowanych włosach, uśmiechała się do siebie w aureoli uformowanej z czegoś puszystego, waty czy obłoków. Artykuł ten nie był tani, ale znajdował odbiorców; biedni, zaharowani ludzie czuli nieodpartą potrzebę przekazania dzieciom swojej utraconej młodości, pokazania im gładkiej, uśmiechniętej twarzy, jaką mieli lat temu dwadzieścia, zanim poryły ją głębokie bruzdy, a miał węglowy wżarł się głęboko w pory skóry..."

Filip Kornelowicz przenosi nas w lata 1933 - 1939 do Krakowa ulicy Dolnych Młynów, która była enklawą tytoniową...dzisiejsza enklawa restauracji, pubów i barów. Przed wojną mieściła się tam Państwowa Fabryka Cygar i Wyrobów Tytoniowych będąca jednym z filarów polskiej gospodarki okresu II RP.
Początkiem działalności polskiego przemysłu tytoniowego była fabryka wyrobów tytoniowych w Krakowie, która mieściła się przy ul. Dolnych Młynów.
Należała do Austriaków (C.K. Fabryka Tytoniu, Kaiserliche Koenigliche Tabakfabrik)i powstała w 1876 r. w celu zaopatrzenia w tytoń żołnierzy licznie obsadzających fortyfikacje Twierdzy Kraków.
Ogromne zainteresowanie i zapotrzebowanie na tytoń poza Krakowem powstają kolejne fabryki: tytoniu w Winnikach pod Lwowem i warszawskiej Ochocie oraz cygar w Zabłotowie w Małopolsce Wschodniej.
Spożycie wyrobów tytoniowych wzrosło i przekładało się na zwiększenie wpływów budżetowych. W 1925 r. na głowę przypadało średnio 598 gramów tytoniu, a pięć lat później już 692 gram.
Uruchomiono kolejne fabryki w Białymstoku, Bydgoszczy, Gronie, Kościanie, Kowlu, Łodzi, Monasterzyskach, Poznaniu, Radomiu, Starogardzie, Wilnie i Wodzisławiu. W 1928 r. Polski Monopol Tytoniowy stanowi produkcję wynoszącą rocznie ponad 10 milionów sztuk papierosów.

Tytułowa ulica Gołębia zachęca do poznania żródeł historycznych.
Ulica Gołębia jest jedną z najstarszych ulic Krakowa. Została wytyczona już w czasie wielkiej lokacji miasta w roku 1257. Obecnie biegnie jednym traktem od ulicy Brackiej do Krakowskich Plant - długość 265 metrów. Odchylenie i krzywizna jest znakiem historii, gdyż były to dwa samodzielne organizmy komunikacyjne. Odcinek od ulicy Wiślnej do murów miejskich był określany jako ulica Ostatnia, zaś fragment od Brackiej do Wiślnej jako bezimienny zaułek.
Kiedy po 1400 roku, z funduszy Jadwigi, król Jagiełło zaczął od nowa organizować instytucje akademickie, ulica Ostatnia weszła w skład tak zwanego kwartału uniwersyteckiego (ostatnia stała się Gołębią niższą, a ta bezimienna- Gołębią Wyższą. Scalone dwie Gołębie dopiero w 1881 roku, a historia pozostawiła swój ślad w postaci krzywizny oraz charakteru zabudowy. Na części skierowanej ku plantom dominuje zabudowa uniwersytecka, zaś od ulicy Brackiej kamienice czynszowe o mniejszej wartości estetycznej. W roku 1830, na Gołębiej zapłonęły, pierwsze na ziemiach polskich lampy gazowe. Karol Mohr prowadził eksperyment z użyciem gazu koksowniczego. Pomysł bardzo nowatorski i realizacją trzeba było czekać aż do roku 1857, kiedy to na stałe pojawiło się oświetlenie miejskie.
Spacerując dzisiejszą ulicą warto przyjrzeć się kamienicom, architekturze i detalom, i ich historii sięgającej XIX wieku i otwiera ją ówczesna własność hrabiostwa Ankwiczów, ich córki Henrietty, wieszcza Adama Mickiewicza i ich nieszczęśliwej miłości, która stała się przyczyną powstania dwóch wierszy: „Do mojego Cicerone” i „Do Henrietty” oraz widzenia Ewy w IV scenie, III części „Dziadów”.
Kolejni właściciele to Florian Straszewski, który był pomysłodawcą Plant...ale i sławnym organizatorem "obiadów" z partyjką kart, które przyprawiały biedną małżonkę o paplitacje serca, gdy zastanawiała się, ileż to osób może wpaść tym razem.
Następnym właścicielem był Karol Klonass Zręcki, współwłaściciela pierwszej na świecie kopalni ropy naftowej.
Dom nr 3 związany jest z kombatantem powstania listopadowego dr Józefem Placerem (1803- 1871). Całe życie spędził w Krakowie, gdzie ukończył medycynę i pracował jako chirurg i położnik w szpitalu świętego Łazarza.
Dom nr 4 zagościł rzemieślnika Roberta Jahoda - introligatora, który w sposób artystyczny nadał różnorakim drukom formę artystyczną.
Dom nr 7 to dawna bursa Ubogich.
Dom nr 11. Collegium Minus.
Dom nr 13. Collegium Physicum, zwane też Witkowskiego.
Dom nr 18 Na początku XVI wieku powstały tutaj dwie budowle: jedna drewniana, a druga murowana. Połączenie obu nastąpiło dopiero na początku XIX wieku, kiedy to wspominany Franciszek Bogucki, zakupił działki w drodze licytacji, tworząc przejazd do stajni i wozowni zajazdu znajdującego się obok. Zabudowa spłonęła w 1950 roku. Po tym zdarzeniu kamienicę wyremontowano, zachowując barokowy, XVII- wieczny, boniowany portal. W latach 20-tych XX wieku mieściła się tutaj ambasada Czechosłowacji.
Kończymy spacer przy numerach 22-24 Collegium Novum i Dąb Wolności. Drzewo zostało posadzone w 1919 roku w celu upamiętnienia odzyskania niepodległości.

Dwudziestolecie międzywojenne to szczególny czas dla Polski i Europy, nasz kraj po 123 latach wraca na mapę świata i Europy, ale to czas wielkich zmian. Rozwój i zmiany społeczno - ekonomiczno - polityczne, alter ego Filipowicza - Jan Borecki i Michał Jaroń zaczynają studia na UJ, okres studencki to czas organoleptyki i marzeń, i złudzeń, które pozostają gorzkim niesmakiem kontra 1933 rok, gdy Adolf Hitler zostaje kanclerzem Niemiec. Faszyzm i socjalizm rosną w siłę po przeciwnych stronach barykady. III Rzesza pod wodzą Hitlera zajęła w 1938 roku terytorium Czechosłowacji i Austrii. Był to jednak tylko początek brutalnych działań wojennych. W 1939 roku Hitler podpisał z Józefem Stalinem pakt...a dalej już wiemy, że 21 lat względnego pokoju skończyło się...

Warto sięgnąć po tę książkę, która była wydana w 1955 roku, to początek twórczości prozaika, który stał się mistrzem małych form, piękna polszczyzna i opisy, oddanie klimatu i perfekcyjna drobiazgowość, zwyczajna niezwyczajność, autobiograficzne wątki i namacalność autora, nieporadność i toporność w dialogach zatrzymana w czasoprzestrzeni ulicy Gołębiej, uchwycenie i zaobserwowanie zmian społeczno - polityczno - ekonomiczno - obyczajowych, zapachu tytoniu, monidła i zbliżającego się końca pewnego świata...porządek społeczny zachwieje się i nie wróci do poprzedniego stanu.

„...Okolica była też przyjemna, ruchliwa: pobliska wytwórnia papierosów, zwana przez krakowian "cygarfabryką", rozsiewała wokół duszny aromat tytoniu i co tydzień, w sobotę, ożywiała okoliczne szynki i sklepiki. W dzień wypłaty, na długo przed otwarciem szerokiej, warownej, podobnej do wrót więzienia bramy fabryki, wystawały już na chodnikach matki z dziećmi, prostytutki,...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

42 użytkowników ma tytuł Ulica Gołębia na półkach głównych
  • 28
  • 14
14 użytkowników ma tytuł Ulica Gołębia na półkach dodatkowych
  • 6
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Okładka książki Najlepiej w życiu ma Twój kot. Listy Kornel Filipowicz, Wisława Szymborska
Ocena 7,6
Najlepiej w życiu ma Twój kot. Listy Kornel Filipowicz, Wisława Szymborska
Okładka książki Projekt mężczyzna Janusz Anderman, Hanna Bakuła, Miron Białoszewski, Jacek Bierut, Anna Bolecka, Agnieszka Drotkiewicz, Błażej Dzikowski, Kornel Filipowicz, Natasza Goerke, Anna Janko, Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Miłka O. Malzahn, Łukasz Orbitowski, Jerzy Pilch, Grażyna Plebanek, Marta Podgórnik, Małgorzata Rejmer, Tadeusz Różewicz, Zyta Rudzka, Hanna Samson, Piotr Siemion, Justyna Sobolewska, Mariusz Szczygieł
Ocena 5,1
Projekt mężczyzna Janusz Anderman, Hanna Bakuła, Miron Białoszewski, Jacek Bierut, Anna Bolecka, Agnieszka Drotkiewicz, Błażej Dzikowski, Kornel Filipowicz, Natasza Goerke, Anna Janko, Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Miłka O. Malzahn, Łukasz Orbitowski, Jerzy Pilch, Grażyna Plebanek, Marta Podgórnik, Małgorzata Rejmer, Tadeusz Różewicz, Zyta Rudzka, Hanna Samson, Piotr Siemion, Justyna Sobolewska, Mariusz Szczygieł
Kornel Filipowicz
Kornel Filipowicz
Filipowicz Kornel (1913-1990),polski prozaik. Jako student biologii w Uniwersytecie Jagiellońskim był działaczem lewicowych organizacji ZMS i MOPR. Współredaktor miesięcznika Nasz Wyraz (1936-1939),sympatyzującego z lewicą i poetycką awangardą. W okresie okupacji, po ucieczce z niemieckiej niewoli pracował w kamieniołomach w Zagnańsku pod Kielcami 1940-1943. Współpracował z konspiracyjną grupą lewicową Polska Ludowa w Krakowie. Aresztowany w 1944, przeszedł przez obozy koncentracyjne Gross-Rosen i Oranienburg. Nawiązywał w swoich utworach do czasu II wojny światowej, np. w debiutanckim tomie opowiadań Krajobraz niewzruszony (1947),cyklu powieściowym Nauka o ziemi ojczystej (tom 1-2, 1950-1955),Niepokój młodego serca (tom 1-2, 1955-1958),Ogród pana Nietschke (1965). Mistrz krótkich form prozatorskich: mikropowieści i opowiadań, w których zastosował pogłębioną analizę psychologiczną, m.in. Profile moich przyjaciół (1954),Ciemność i światło (1959),Biały ptak (1960),Romans prowincjonalny (1960),Pamiętnik antybohatera (1961),Mój przyjaciel i ryby (1963),Mężczyzna jak dziecko (1967),Śmierć mojego antagonisty (1972). Współautor (wraz z T. Różewiczem) scenariuszy m.in. do filmów Miejsce na ziemi (1960),Głos z tamtego świata (1962).
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Koncert Wielkiej Niedźwiedzicy Jerzy Limon
Koncert Wielkiej Niedźwiedzicy
Jerzy Limon
Nieodżałowany prof. Jerzy Limon napisał znakomity niby pamiętnik. Niewątpliwe fakty z przeszłości Sopotu i jego samego w PRL (pasjonujące, śmieszne, przerażające) mieszają się ze zmyśleniem - choć nie jest łatwo odróżnić jedno od drugiego. To wspomnienia i prywatne, i zarazem odnoszące się do rzeczy jak najbardziej publicznych. Jesteśmy przecież w Trójmieście, gdzie komuna - na swoją ostateczną zgubę - wytworzyła zupełnie specyficzny typ człowieka. Mówiąc górnolotnie - czego Limon unika - człowieka z żelaza. Bo na wszystkim kładzie się swym ponurym cieniem właśnie tamta władza. Ktoś jej na początku ufa, potem z upływem czasu - jak pisze Autor - "powiększa się grono obojętnych, ale tych trudno było zauważyć, bo przecież z definicji nie mogą się zrzeszać". Znakomitym wątkiem przeplatającym i tak potoczystą narrację jest chutliwa żona lokalnego kacyka PZPR (prawda to, czy fałsz?). W tle tego wszystkiego zagubiony, nieco bezradny wobec ówczesnej rzeczywistości inteligent, marzący czasem o porzuceniu - choć na krótko - krępującego go czasem tego statusu, czego zarazem bardzo się obawia. Osobistym tonem książka wykazuje pewne podobieństwa ze słynną "Krótką historią pewnego żartu" - wspomnieniami z dojrzewania w Gdańsku niemal równolatka Limona prof. Stefana Chwina. Wiele straciliśmy z odejściem prof. Limona........ Wielki żal, że już niczego nie napisze
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na94 lata temu
Między snem a snem Kornel Filipowicz
Między snem a snem
Kornel Filipowicz
Książka wydana w 1980 roku z doskonałą ilustracją autorstwa Jacka Palucha, na białym tle (ząb czasu naznaczył okładkę odcieniami szarawo - żółtawymi)miedziana, posągowa głowa z typem urody androgynicznej, twarz przedzielona klamrą czasu rozdzielająca część twarzy, z mocnym akcentem prawostronnego cieniowania i wyżłobionymi rysami egzystencjalnych doświadczeń. Klasycyzm z surrealizmem mistrza zwięzłej formy nowelkami przenosi nas w XIX wieczną literaturę. Fabuła i oś narracji bardzo statyczna, zatrzymana w czasoprzestrzeni, nieśpiesznie, niemlże leniwie delektujemy się barwnością, bogactwem językowym. Tytuł staje się klamrą scalającą dziewięć opowiadań, które utrzymane w scenerii snu i jawy, odrealnienia, magicznego realizmu z kontrą brutalnej rzeczywistości. Zamknięte w formikarium (miniaturowe insektarium obrazuje przekrój społeczno-polityczno-ekonomiczno-socjologiczny-obyczajowy),które staje się podróżą do meandrów umysłu prozaika. W labiryncie wspomnień spotkamy się z dziecięcym / młodzieńczym czasem, zweryfikujemy obraz wyobrażeń z faktografią, zatrzymamy się i zatęsknimy za imaginacją, fantasmagorią, organoleptyką doznań odległego czasu i miejsca. Kornel Filipowicz im starszy tym lepszy, nie sposób nudzić się, wciąż można odkrywać świat na nowo i wciąż dostrzegać stare - nowe zjawiska zmieniającej się globalnej wioski. Uniwersalność, ponadczasowość i warszatowo - językowo doskonały.
Edyta Zawiła - awatar Edyta Zawiła
oceniła na74 lata temu
Noc, dzień i noc Andrzej Szczypiorski
Noc, dzień i noc
Andrzej Szczypiorski
Powieść „Noc, dzień i noc” uważana jest za kontynuację „Początku”. Nie jest nią w sensie dosłownym, pojawiają się inni bohaterowie, akcja toczy się po wojnie, choć ta powraca we wspomnieniach. Osią wydarzeń staje się ubecka prowokacja, w którą włączony zostanie były żołnierz AK. To Antoni po latach opowiada zagranicznej dziennikarce o tym, co się zdarzyło. Jednak rozdziały z bohaterem jako narratorem pojawiają się pomiędzy tymi, w których jest narracja w trzeciej osobie. Poznajemy ideowego komunistę Czarnockiego, nazistę Arensa, cynicznego ubeka Trojana, Żydów handlujących walutą, ludzi pracujących dla nowego systemu, wierzących w słuszność walki o nowy ustrój, niewahających się przed wsadzaniem do więzień ludzi niewinnych, tworzeniem kłamliwych oskarżeń. Główny bohater mówi: „Żadna siatka szpiegowska nie istniała, była wytworem fantazji kilku funkcjonariuszy śledczych, ale musiałem potwierdzić swój udział w tej siatce, i każda metoda była dobra, byle ten cel osiągnąć”. Poznajemy więc świat, do którego „nie można przykładać zwykłej, ludzkiej miary”. Niektórzy z bohaterów po latach zwątpią w słuszność swych decyzji, inni będą szukać usprawiedliwień dziejowych, postrzegając siebie jako „ofiarę mechanizmów historii”. Względność zasad staje się wygodna, Czarnocki słyszy od jednego z towarzyszy, że „moralność jest kwestią punktu widzenia (…) ona jest relatywna, (…) zmienna, w zależności od twojej socjalnej kondycji”. Warto czytać książki Andrzeja Szczypiorskiego, są piękne i mądre, i wciąż niezwykle aktualne.
wiesia - awatar wiesia
oceniła na85 lat temu
Kot w mokrej trawie Kornel Filipowicz
Kot w mokrej trawie
Kornel Filipowicz
„...Dokuczliwe dźwięki, które wydaje miasto, ucichły zupełnie, jakby zamknięto szczelnie wszystkie okna wychodzące na tamten obcy świat. Murder odczekał jeszcze chwilę, potem ruszył w głąb świata swojego. Idzie, porusza się bezszelestnie. Podnosi lewą łapę, aby przekroczyć gałązkę leżącą w poprzek jego drogi, gałązkę, która gdyby jej dotknął, wydałaby niepotrzebny głos. Potem przekracza lewą tylną łapą tę gałązkę, nie poruszywszy jej, nie oglądając się poza siebie, doprawdy, jakby miał oko w tej łapie. Oczywiście, łapą nie można widzieć, ale cóż z tego, że nie można wiedzieć? Kot Murder wykonuje tylną łapą taki właśnie ruch, jaki jest potrzebny, aby gałązki nie trącić – i basta. Bo kot Murder w każdym swoim ruchu – stąpnięciu, zatrzymaniu się, skręcie, skoku – musi być absolutnie doskonały. Świat Murdera w swojej stałości i niezmienności, którą Murder tak ceni, jest jednak bardzo różnorodny, tak różnorodny, że wydaje się ciągle zmieniać. Aby istnieć w tym świecie, Murder musi być miękki, giętki, jego ruchy muszą być płynne, nie mogą się nigdy powtarzać. Każdy ruch musi być inny, ale każdy precyzyjny. Ciało Murdera nie może być twarde i kanciaste jak krawędź betonowych schodów, jak futryna okna, jak żelazna poręcz. Murder nie został zrobiony przez człowieka, wystrugany z drzewa ani wykuty z kamienia. Na ziemi i pod niebem, wśród roślin i zwierząt Murder jest częścią całego świata (a może i wszechświata?),tylko bardziej zagęszczoną, samoistną i ogromnie samodzielną, i to jest właśnie egzystencja Murdera. Ale czy kocur Murder wie coś o tym? Murder nie musi nic wiedzieć, bo on jest właśnie tym życiem, tą egzystencją. Wystarczy jeśli, jak to już powiedziałem, zachowa poczucie, że nie jest nikim ani niczym, tylko sobą...” "Najlepiej w życiu ma Twój Kot, bo jest przy Tobie" – napisała z Zakopanego przyszła noblistka Wisława Szymborska do Kornela Filipowicza. Szymborska napisała całą serię absurdalnych dwuwierszy o kotach. "Przyszła Kizia zjadła śledzia/ i spytała się o Fredzia", "Przyszła Kizia zjadła klenia/ i w tygrysa się zamienia", "Przyszła Kizia zjadła szprota/ i udaje superkota". Ważne i istotne miejsce zajmował kot, koty w życiu prozaika, zwłaszcza kotki...a kobiety musiały mieć się na baczności, bo kotki chętnie drapały po nogach z pończochami...i mogły chodzić po biurku pomiędzy rękopisami, dokumentami... Mistrz zwięzłej formy porusza sprawy ważne dla prostego człowieka. Poruszające miniatury filozoficzno - autobiograficzne dotyczące prawdy i egzystencji, naznaczonej traumą wojny i okupacji, pięknem natury dokąd prowadzi oniryzm i surrealizm, jednostka ludzka w konflikcie z samym sobą i globalną wioską, niezrozumienie i poszukiwanie, moralne rozważania i wybory, przeciwwagą staje się poczucie humoru. Uniwersalizm, aktualność tekstów, piękna polszczyzna, warsztat i to, co tylko potrafi uchwycić Kornel Filipowicz, to pozornie chłodne bez emocji teksty, które pulsują i krążą podskórnie...
Edyta Zawiła - awatar Edyta Zawiła
oceniła na74 lata temu
Kronika Rodu Pasquier. Tom 1. Notariusz z Hawru; Ogród dzikich zwierząt Georges Duhamel
Kronika Rodu Pasquier. Tom 1. Notariusz z Hawru; Ogród dzikich zwierząt
Georges Duhamel
Historię rodziny Pasquier powinniśmy odczytywać w świetle epoki, która swym blaskiem utorowała drogę nauce ale sam autor tej powieści zmusza nas bardziej do skierowania wzroku na nędzę ludzkich namiętności. Wydawałoby się, że mająca zbawić ludzkość wiedza pozostanie głównym tematem wzdychań. Jednak ostatecznie to pochwała rodzinnych cnót a nawet ich poważne braki przykuwają uwagę zakochanych w klasycznej elegancji czytelników. Bo więcej tu będzie napisane o bezwarunkowym wybaczeniu i dokonanej ze swego życia ofierze. Bo słowne pasaże i wokalizy natury estetycznej nie przysłonią rodzinnej scenerii chociaż Georges Duhamel wiele uczyni dla ukrycia największego oszustwa. A to wszystko w imieniu familijnej spójności dla której umiejętność zapominania jest jak tlen. Pierwsza odsłona rodzinnej kroniki minęła mi na wyczekiwaniu listu z Hawru oraz podglądaniu ludzi znacznie groźniejszych niż niejedno dzikie zwierzę z tytułowego ogrodu zoologicznego. Wszystkie opisane tu moralne mieszczańskie skarby są niczym przy kulcie autorytetu, którego moje pierwsze wyobrażenie wydaje się zaledwie znośne. A dlaczego nie mocne a tylko letnie? Ponieważ dość szybko zauważyłem, że to właśnie autorytet będzie hamulcowym rodzinnych marzeń o szczęściu. W "Kronice Rodu Pasquier" troski natury estetycznej dość szybko ulegają minimalizacji na rzecz wielkich projektów, których symbolem w mojej pamięci pozostaną procenty i wierzyciele a ostatecznie komornik. Georges Duhamel wiele czasu poświęca arytmetyce a w zasadzie jej skrajnie ubogiej postaci jaką jest nauka wiązania końca z końcem. Oglądany przeze mnie mały świat wielkiego w przyszłości człowieka jest dopiero zaczątkiem rozmyślań o życiu w kłamstwie. Na przykładzie obowiązków względem paryskiej rodziny, Duhamel ukazuje na jak wiele spraw przymykało się oczy w imię fałszywie pojmowanej miłości. W gruncie rzeczy ta historia jest tak niesamowita jak całe fin de siècle, w którego granicach toczy się akcja powieści. Posiadając jednocześnie pewien odcień romantyczności, może się podobać również miłośnikom bardzo wzniosłych metamorfoz. Szczytnego celu i nieskazitelnie białego wizerunku z pewnością tu nie zabraknie. Tylko co pod nimi się kryje, dowiedzą się czytelnicy wspomnień młodego Laurenta. W jego opowieści jest coś na zmianę rozrzewniającego i groźnego. Mam przed sobą jeszcze cztery tomy, żeby wywnioskować na ile straszna jest powierzona mi przez niego tajemnica. Laurent Pasquier dopiero poznaje życie przez pryzmat prowadzonych przez swojego ojca wyjątkowych interesów i nie ma co ukrywać, że ta ojcowska inwestycja pozostaje szczytem nikczemności z moralnego punktu widzenia. Najpiękniejsze lata dzieciństwa mijają mu na rodzinnych próbach wyjścia poza swoją sferę. Podejrzewam też, że byłem świadkiem zdobywania przez niego umiejętności do których dopiero po latach podchodzi się z wielkim szacunkiem. Ten obdarzony krytycznym umysłem narrator wprowadził mnie w świat niebędący osobistym dziennikiem. To bardziej spektakl w którym niszczycielskie działanie czasu odsłania uczucia i bardziej przypomina bogate we wzruszenia żniwa. I chociaż sukcesywnie ukazywana przeszłość nie jest chwalebna, to jednak pozwala marzyć. Bo czym w świecie marnej jakości miłości byłaby rodzina Pasquier, gdyby nie ich miraże.
czytający - awatar czytający
ocenił na102 lata temu
Życie duże i małe Wilhelm Mach
Życie duże i małe
Wilhelm Mach
”Ja tylko chcę utrwalić, wydobyć spod roztargnienia lat tę chwilę zdumionego niepokoju, to niejasne pożegnanie z dziecinną jednością mojego świata i całego świata, z cudowną naturalną tożsamością swojej osoby i wszystkiego dookoła”. To pozbawione czułostkowości, autentyczne spojrzenie na to, co Minione. A chodzi, co ważne, o czasy, gdy mozaika narodowościowo–religijno-językowa południowo-wschodnich ziemi polskich stanowiła odwiecznie naturalny porządek. Wartością dodaną jest, że tamten nieistniejący już od kilku pokoleń bogaty różnorodnością świat jest przedstawiony z perspektywy dziecka, które wszak zna wyłącznie stan zastany. Stan niestety schyłkowy, tuz przed peerelowską „urawniłowką”. Autor tej zaskakująco dojrzałej, pięknej książki wspomina ów niełatwy do uwierzenia czas, gdy „cerkiew nazywano tu często kościołem, a do prawdziwego kościoła w Miasteczku mało kto chodził czy jeździł, bo było daleko, chyba tylko z dzieckiem do chrztu czy albo żeby wziąć ślub. Bo już co do pogrzebów, to różnie bywało i na cerkiewnym cmentarzu spoczywali zgodnie obok siebie ludzie dwóch obrządków, a jednej wiary”. „W owym czasie zgodny, choć z różnych obyczajów spleciony porządek rzeczy wydawał mi się czymś zupełnie oczywistym i naturalnym”. - Żyliśmy tu razem od niepamiętnych czasów. I było dobrze i nam, i wam. - To się zmieniło, to się kończy – powiedziała ze smutkiem Pani. - Myśmy tutaj niewinni, to prawda, spokojni i zgodni, ale gdzieś stąd dalej, koło granicy, palą się wasze wsie, i giną wasi ludzie, i to robią nasi, cerkiewni, i dlatego przyjdzie nam skutki odcierpieć razem ze wszystkimi. - Chcecie stąd iść, opuścić Wieś? - My nie chcemy. Ale jutro czy pojutrze i tak będziemy musieli. To już wszędzie mówią”. Dziecięcy bohater doznaje tu pierwszych wtajemniczeń w sens, ból, pustkę, a zarazem wspaniałość ludzkiej egzystencji. Jest skazany na szybkie dojrzewanie w nieprzyjaznym świecie, którego brutalne reguły na razie są mu nieznane. Swym wrażliwym umysłem przeczuwa je, w końcu zaś sam ich doświadcza, co wprowadza go w dojrzałość. Na koniec je wspomina. Słusznie ktoś tu wspominał o proustowskich klimatach. Choć realia całkowicie odmienne, to wrażliwość pamiętania nakazuje pominąć taki drobiazg… Szczególnie mocno przemawia gorzkie podsumowanie dojrzałego Autora, podsumowanie każdego z nas: „ Nie zapytałem cię, Ojcze, i już mi nie powiesz nigdy: więc które jest życie duże, a które małe? Gdzie miara? Czy małe jest życie dzieciństwa, skoro przypina skrzydła wszystkiemu jeszcze nie poznanemu – czy duże jest życie dojrzałe, moje życie teraz, gdy wiem o kruchości marzeń, o przemijaniu, gdy tak jestem bezradny wobec nieodwracalności twego odejścia? I w jakie życie, duże czy małe, wstępuje moje dziecko?”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na82 lata temu
Nowele wybrane Władysław Stanisław Reymont
Nowele wybrane
Władysław Stanisław Reymont
Niepozorna malutka książeczka, która skrywa ogrom cierpienia, niesprawiedliwości, bólu i generalnie no jeśli macie jakieś depresyjne nastroje, nie czytajcie, bo się załamiecie. Opublikowany na początku lat 70. zbiorek zawiera sześć krótkich form opowiadających o życiu polskiej wsi przełomu XIX i XX wieku. Większość nowel chronologicznie możemy umiejscowić jeszcze przed Chłopami, ale widać np. te same motywy, imiona czy sposób operowania gwarowym słownictwem co w najsłynniejszej powieści autora. Nie wiem, czy celowo wybrano takie nowele przez wzgląd na epokę, w której zbiorek wydano, ale życie bohaterów opisanych w tej antologii jest po prostu straszne - z każdego kąta wyskakuje bieda, głód, ludzie nie mają co jeść, mieszkają w chałupinach, w których nie można się ogrzać itp. Dzieci chorują i umierają, szerzą się choroby zakaźne, brakuje pomocy medycznej, system prawny rządzi się osobistymi niesnaskami i mściwością. Panowie są przedstawieni albo jako bardzo okrutni i pozbawieni empatii (jak w Suce),albo jako totalnie odklejeni od rzeczywistości (Sprawiedliwie),można odnieść wrażenie, że mówią całkowicie odmiennym językiem niż chłopi i nie chodzi wyłącznie o gwarę, lecz o brak zrozumienia dla wzajemnego spojrzenia na świat (np. chłop żebrze o pracę a panowie nie wiedzą czego chce, bo akurat rozważają o politycznej sytuacji we Francji; biedna kobieta przyszła po prośbie a pani wzrusza się i robi jej zdjęcie, bo chłopka przypomina jej Niobe). Mimo wszystko jednak zdarza im się okazywać litość, natomiast o wiele gorzej w ocenie etycznej wypadają osoby gdzieś "pomiędzy" - rządca, który gwałci chłopkę i w ramach zemsty wysyła jej narzeczonego do więzienia, przełożony na kolei zwalniający biedaka z pracy z wilczym biletem za to, że nie przynosił mu łapówek. To właśnie tę grupę, która jest jakby łącznikiem między światem wsi a światem wyższych sfer autor ukazuje w najgorszym świetle jako skorumpowaną, wykorzystującą prawo do własnych porachunków. Obrywa się nawet księdzu, który owszem, pomaga, ale nieskutecznie, bo jest oderwany od rzeczywistości wsi i nie ma pojęcia o życiu swoich biednych parafian. Najcieplejsze uczucia żywi autor do chłopów i widać tu troszkę tej "chłopomanii" z epoki - biedakowi, którego dzieci głodują, to właśnie sąsiedzi przynoszą wsparcie i jedzenie, mimo że sami nie mają dużo; podobnie człowiek z "wyższej" sfery, który nie widzi sensu życia, odnajduje swoje miejsce w wiejskiej chacie i żeni się z chłopką. Reymontowi chłopi inaczej patrzą na świat, niż mieszczuchy, widzą sercem, nawet ich religijność jest szczera i przeciwstawiona religijności "oficjalnej", mniej czułej i empatycznej. Z drugiej strony to przecież sąsiedzi ze wsi wydają zbiega i dokonują linczu, trudno więc oskarżyć pisarza o idealizowanie. Bohaterami dwóch opowiadań są psy, które służą też autorowi jako symbole - może nieco przerysowane, ale wybaczamy to przez wzgląd na epokę. Pojawia się również wątek emigracji do Brazylii. Sporo jest znienawidzonych przez uczniów opisów przyrody, nie wadziły mi jednak ani trochę. Reymont pisze tak przepięknym, poetyckim językiem, że widziałam przed oczyma obrazy Józefa Chełmońskiego - karczmę, chłopskie chałupki, pole, las, wszystkie cztery pory roku (zwłaszcza opis zimy podbił moje serce zważywszy, że w tym roku zimy w moim mieście nie było i własnie zaczęła pylić olsza, która powinna kwitnąć w marcu 😛).
Renegi Grene - awatar Renegi Grene
ocenił na81 rok temu
Spowiedź Józef Morton
Spowiedź
Józef Morton
Spowiedź Stefana Okoły, syna chłopa spod Pińczowa, w latach 30 usiłującego wyrwać się z ubóstwa, zdobyć wykształcenie i pracować umysłowo, dokonana przed samym sobą, przed Bogiem, a przede wszystkim przed czytelnikami. Cała jego próba zmiany swojego statusu społecznego skończyła się konaniem w rodzinnej chałupinie na oczach ojca i sióstr, a bohater snując swoją opowieść zastanawia się jednocześnie czy zmarnował życie starając się osiągnąć coś nieosiągalnego dla jakiegokolwiek chłopa, czy przeciwnie, to konanie przyniesie korzyść następnym jemu podobnym. Jego umieranie to wynik skrajnej nędzy, wieloletniego niedożywienia, czy wręcz głodu oraz braku lekarstw i opieki zdrowotnej. Konanie, przedstawione nie tyleż przejmująco czy łapiące się tanich efektów, co wymowne. Tak nie nawiązując bezpośrednio do tego opowiadania, moim zdaniem powinno znieść się naukę historii w szkołach, bo to jest raczej nauka przekłamania, ponieważ historia zawsze była zestrajana z propagandą, tak było za Franciszka Józefa, tak było za socjalizmu i nic się w dobie obecnej nie zmieniło. Historia Polski zawiera wiele pięknych kart, ale też wypełniona była rzeczami hańbiącymi, które usiłuje się przemilczeć czy ukryć. Obecnie II Rzeczpospolitą przedstawia się jako złoty okres w historii Polski, a tak nie było. Byliśmy wtedy jednym z najbardziej zacofanym i najbiedniejszych krajów Europy, czemu trudno się dziwić po tylu latach zaborów, śmierć z głodu, biedy i braku podstawowych środków do życia była codziennością, budowaliśmy tę swoją niepodległość ogromnym kosztem społecznym i to także należy dostrzegać na zbliżające się 100 lecie jej odzyskania, musimy widzieć i biel, i czerń, i szarość we wszystkich okresach naszych dziejów. Na przykład w moim Jaworznie obchodzi się rocznice związane z rozstrzelaniem przez hitlerowców członków Armii Krajowej, są warty harcerzy, przemówienia, znicze, kwiaty, artykuły w prasie. To wszystko jest oczywiste, musimy pamiętać o bohaterach i ich przelanej krwi. Natomiast natychmiast po 1990 roku zapomniano o masakrze robotników w 1931 roku dokonanej przez przedwojenną policję. Władze zniczy tym ofiarom nie palą, najlepiej zapomnieć, może sami sobie byli winni, że nie mieli co jeść w wolnej II RP. Skoro mamy być faktycznie niepodlegli nie tylko w znaczeniu wolnego terytorium, nie powinniśmy oceniać dawne spory według naszych reguł i dzielić naszych przodków, ale jeśli już to robimy i nie mamy szacunku wobec wszystkich zmarłych, to zachowajmy chociaż wobec nich przyzwoitość, choćby po to by tę przyzwoitość przekazać dalszym pokoleniom, bo też nie wiadomo jak będą nas oceniać. Wracając do Mortona, był pisarzem chłopskim, piszącym o biedzie i zacofaniu, więc nie wróżę mu by z tak niewygodnymi tematami wspomniano o nim w plebiscycie na 100-lecie, bardziej lubimy tych z pompą i wdziękiem, ale może warto zejść do tych nizin, niekoniecznie pisarskich.
Marek Krzystek - awatar Marek Krzystek
ocenił na77 lat temu
Krótki list na długie pożegnanie; Pełnia nieszczęścia Peter Handke
Krótki list na długie pożegnanie; Pełnia nieszczęścia
Peter Handke
Trzy opowieści austriackiego awangardzisty Petera Handke – każda bez upiększeń w akcie demonstracyjnej wrogości wobec fabuły. Trzeci tekst o matce sięga wyżyn empatii… Na szczęście fabuła sama w sobie nie jest dla mnie najważniejsza, to i narracja Noblisty do mnie przemawia. Tylko próg wejścia na tyle wysoki, że komuś bardzo się może obniżyć próg wyjścia. Już po paru stronach i nawet nie na drugi rzut oka oczywistą oczywistością jest, że Handke to ktoś, kto z natury lubi prowokować, epatować (czy tylko mieszczanina?),dystansować się od innych, być kompletnie osobnym. A to może prowadzić w różne miejsca. Czy może zatem dziwić, że po latach odnajdzie się on jako adwokat „pro bono” serbskiego zbrodniarza wojennego, ale i "pokojowego", Slobodana Miloševicia… Pierwsze dwie części tej książki z 1972 r. dotyczą pobytu Autora w USA. To umiarkowanie antyamerykańska treść w superamerykańskiej formie, czyli powieści drogi. Autor mieszka w typowych hotelach (z obowiązkową Biblią w szufladzie biurka) i niemalże cały czas jest w ruchu, taki ówczesny biegun. To głównie, jeśli nie przede wszystkim, relacja z banalnej codzienności w banalnym kraju, jak wynika z narracji. Zapis kolejnych dni może nużyć, co jest zamierzonym chwytem, skoro narrator czyli autor silnie odczuwa sztuczność, a nawet i fałszywość istnienia. Dlatego, a może mimo to, skupia się niemal wyłącznie na sobie. Jedną z jego cech są natręctwa… „Tak bardzo odzwyczaiłem się od samego siebie, że nie wiedziałem teraz, co z sobą zrobić”. „Będąc sam ze sobą, czułem się niepotrzebny”. „Najchętniej bym się zbił, tak byłem sobą znudzony”. „Zbliżałem się do wszystkiego, co tylko możliwe, i ledwie doszedłem, traciłem na to ochotę”. „Jak to się dzieje, że akurat mnie opowiadano zawsze różne historie? pomyślałem. Przecież chyba było widać po mnie, że z góry się na to nie zgadzam. A mimo to stale opowiadano mi najgłupsze różne historie z takim spokojem, jak gdyby nie sposób było sobie wyobrazić, że wysłucham ich inaczej niż jako zaufany wspólnik”. W tej realistycznej, ale tez i lekko odrealnionej części, występuje również wątek znienawidzonej i nienawidzącej byłej żony narratora czyli autora. Raz nasyła ona na niego zbirów, a kiedy indziej znów razem odwiedzają reżysera Johna Forda. Wiele tu odnalazłem wspólnego z moim ulubionym Thomasem Bernhardem, starszym od Handkego o 11 lat (wydaje się do niego nieco podobny, zwłaszcza w „szarganiu świętości”, choć jednak nie dorównuje mu w „ojkofobii” - czyje to ulubione słowo?). Wycofanie z życia i niechęć do niego niemal takie, jak u autora niezapomnianego „Wymazywania”: „Jak daleko sięgnę pamięcią, byłem jakby urodzony do lęków i przerażeń”. Albo taki cytat: „Jesteś obserwatorem doświadczeń, nie ich uczestnikiem. Zachowujesz się, jak gdyby świat stanowił przykrą niespodziankę, specjalnie dla ciebie. Więc przypatrujesz się tylko uprzejmie, jak stopniowo wszystko wychodzi na jaw; wmieszać się to byłaby przecież nieuprzejmość”. „Mówicie zawsze +ja+, a jednak czujecie się pochlebieni, gdy weźmie się was za kogoś innego”. Bardzo mi odpowiadają liczne tu imiesłowy uprzednie, tak rzadko już dziś używane w coraz bardziej ubożejącym języku polskim (bo mój ulubiony czas zaprzeszły dawno już przeszedł był do zamierzchłej historii). Amerykańską rzeczywistość Autor odbiera jednoznacznie negatywnie (co mnie nie dziwi: bylem tam, nie tęsknię - a już zwłaszcza teraz...). „- W Ameryce nie chodzi się na spacery – powiedziała Claire. – „Jeździ się samochodem albo siedzi przed domem w bujakach. Kto wałęsa się, ot tak sobie, bez celu, zwraca na siebie uwagę”. „Prawie już nie zauważała natury, lecz sztuczne znaki i przedmioty cywilizacji przyjmowała za naturę”. „Umysłowo chorzy w Europie przemawiają na ogół formułkami religijnymi, umysłowo chorzy tutaj, choćby mówili tylko o jedzeniu, zaczynają nagle deklamować jak katarynki nazwy bitew wygranych przez naród”. „Nie widziałem w Ameryce bodaj nikogo, kto byłby w czymś zatopiony”. W pełni podzielam autorską ocenę ulubionego napoju Amerykanów (a może nie tylko ich): „Spróbowałem czknąć; pomogła mi coca-cola”. I jeszcze reakcja Europejczyka na tamtejsze „jedzenie”: „Poczułem głód, ale gdy popatrzyłem potem na jadłospisy przed restauracjami, głód minął”. Trzecie opowiadanie „Pełnia nieszczęścia” to fascynujące wspomnienie o matce (rocznik 1920, z pochodzenia Słowence),która z choroby i biedy popełniła samobójstwo. Ten tekst „łatwiejszy” od tamtych dwóch – to wybitny rys psychologiczno-socjologiczny jej zwykłego, tak mało, za mało znaczącego życia. Emocje syn pozostawia raczej na boku. „Nigdy nie mówiła o sobie, a i mnie nigdy nie przyszło na myśl, że można coś o niej powiedzieć. Rozmawialiśmy więc o mnie albo o rzeczach za oknem, to była nasza jedyna możliwość okazywania sobie czułości”. Urodziła się na austriackiej wsi w czasach powszechnego ubóstwa. „Jedyne ich mienie, odświętne ubranie, składano wraz z nimi do grobu”. Życie mocno patriarchalne. „Wszelkie manifestowanie kobiecej odrębności uchodziło w tym wiejsko-katolickim otoczeniu za zuchwałość”. Poza Kościołem nie ma życia. „Chodzili do spowiedzi po to tylko, żeby temu, kto zostawał w domu, przypomnieć o jego grzechach”. Polityka? „Jako radny gminy reprezentuje małą podupadłą partię, która w oparciu o wielką przeszłość marzy o wielkiej przyszłości”. To wciąż czasy przednowoczesne, choć lata już 50., 60. „Wciąż jeszcze istniał dość śmieszny podział dóbr na to, co konieczne, pożyteczne i luksusowe. Konieczne było wówczas tylko jedzenie; pożyteczny – opał na zimę, cała reszta była luksusem”. Życie pozornie wyglądało na wspólnotowe, ale to oczywiście dyktat niewyróżniania się niczym. „Po jednostkowej indywidualności nie pozostawał żaden niemal ludzki ślad; +indywiduum+ zresztą to było słowo znane tylko jako wyzwisko”. Matka jednak odważnie łamie patriarchalne schematy – wyjeżdża do „miasta”, wychodzi za mąż za nazistę („Nie stali się sobie obcy; nigdy bowiem nie byli sobie naprawdę bliscy”),takie to ówczesne marne życie. „Stała się więc niczym, nie mogła tez stać się niczym więcej, tego nie trzeba było jej nawet przepowiadać”. Nie było w jej życiu wiele miejsca na uczucia. „Mąż, do którego nic już nie docierało, i dzieci, do których jeszcze mało co docierało”. „Zrobiła się drażliwa i ukrywała to z lękliwą, wymuszoną godnością, spoza której przy najmniejszej przykrości natychmiast wyzierała panicznie bezbronna twarz. Bardzo łatwo było ją poniżyć”. „Nie była samotna, co najwyżej odczuwała pewną połowiczność”. „Czytała książki tylko jako historie z przeszłości, nigdy jako marzenia o przyszłości”. „Chętnie by sobie umarła, ale bała się umierania”. „W liście, który poza tym zawierał tylko zarządzenia co do pogrzebu, napisała mi na końcu, że jest bardzo spokojna i szczęśliwa, iż wreszcie zaśnie w pokoju. Ale ja jestem pewien, że to nieprawda”. „To nieprawda, że pisanie mi pomogło”. Nielekka to literatura, ale kto powie, że daleka od życia...? Czuje się raczej zachęcony do kolejnych książek Autora.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na71 rok temu
Historia kawalera z różą i ciężarnej dziewicy z Liliputu Juan Carlos Onetti
Historia kawalera z różą i ciężarnej dziewicy z Liliputu
Juan Carlos Onetti
W którejś z wczesnych ,,Literatur na świecie" drukowano Onettiego ,,Sen urzeczywistniony". Jako, że miałem ten numer Literatury, to przeczytałem. Kiedyś, dawno temu... To jest jednak taka pisanina, że jak raz przeczytasz, to będziesz już to nazwisko pamiętał...albo rzucisz to w diabły, zanim dobrniesz do końca. No to tak sobie ,,Sen.." czytałem, coraz bardziej będąc pochłoniętym i uśmiechniętym na to jak Blanes gada wciąż i wciąż do narratora, że się ten zrujnował dla Hamleta i czegoż to on tam dla tego Hamleta jeszcze nie uczynił (czego oczywiście nigdy nie uczynił )... A jakie wyborne to, jak ten pijak, zatrator i ekscentryk- Blanes, który mając za chwilę otrzymać od narratora nowinę o intratnej realizacji scenki teatralnej, zamówionej przez nieznajomą- reaguje na to, że narrator właśnie przyszedł do niego z arcyważną wiadomością- jak łazi, goli się i myje, pali, leży by w końcu (rewelacyjne) wskazać paluchem na sufit i na to co tam zwisa z tego sufitu i dopiero po tym wszystkim, wygłosić to swoje ,, dobra. Mów pan." Ooo..to są moje klimaty, cmokałem, przyglądając się osobie Blanesa poprzez to co gada- a gada niewiele... i temu jak oszczędnie a jednocześnie dobitnie autor kreśli swych bohaterów...i jak Blanes, ten wiecznie pijany cynik, w końcowej scenie krzycząc do narratora to co krzyczy, po tym co się stało- ujawnia nam swą prawdziwą twarz, co zresztą wcześniej było już wyczuwalne...Noo, to dobra robota jest-cmokałem, widząc jak genialnie, za pomocą krótkich epizodów, autor buduje w wyobrazni czytelnika obraz bohaterów, nie opisując ich specjalnie. Mimo, że nie doszedłem w końcu do tego , dlaczego w tej historii stało się to co się stało- nie złorzeczyłem w duchu na stracony czas tylko zakupiłem na starociach ,,Historię Kawalera.." Tam patrzę, a na starcie właśnie ,,Sen urzeczywistniony"... No to ponownie z ochotą przeczytałem, bo to są takie rzeczy, że się je po kilka razy czyta, a podczas każdego czytania jeszcze się ponownie wraca do niejednego zdania , które dopiero co przeczytaliśmy (on specjalnie to w taki sposób robi...) Jak ten ,,Sen.." ponownie przeczytałem (no i jak on to specjalnie w taki sposób robi...) to liczyłem na to, że może cały tomik opowiadań Onettiego będzie w tym stylu i, że się dobrze ubawię i ze smakiem...tak ten ,,Sen.." jest mistrzowsko napisany, mimo dziwnego dla mnie wtedy jeszcze i nieoczekiwanego zakończenia. No to dawajże poznać resztę... Okazało się oczywiście, że jest inaczej niż to sobie wyobrażałem, bo opowiadania zamieszczone tam, pisane były na przestrzeni wielu lat, i w związku z tym nie otrzymałem tego , na co liczyłem, chcąc się rozerwać przy dobrej pisarskiej robocie. Nie otrzymałem więc klonów ,,Snu..", licząc na dużą ilość pozornie absurdalnego humoru również. Dostałem w tym tomie coś czego się nie spodziewałem zupełnie... Jakie mam subiektywne wrażenia, które być może popchną kogoś z Państwa, kto tego nie czytał, do lektury książki...? Przeczytajcie pierwszą historię i połknijcie haczyk. Z dużym prawdopodobieństwem zostaniecie do końca seansu- przeglądu bajań pana Onettiego. I to mimo tego, że dalej śmiesznie nie będzie i, że akcja będzie ,,zwalniać" i, że ,,marnawa" czasem i, że prawie jej nie ma miejscami, a jednocześnie ,,dzieje się tam".... Bo z kolejnymi opowiadaniami, w kategorii ,,sensacji" dzieje się coraz mniej, a jednocześnie jest wciąż ,,doniośle" I ta doniosłość chwil i sytuacji zostaje z czytelnikiem. Jednocześnie po drugim, trzecim opowiadaniu będziecie już tak otuleni mgłą, opadającą na was stopniowo, mgłą w której będziecie sobie niespiesznie spacerować dla samej przyjemności spacerowania, że ciekawie będzie- i na bezdrożach, które miejscami Onetti stwarza swym pisaniem, czy w jakichś dziurach, wykrotach czy innych krzakach sytuacyjnych... Czasem ścieżka historii po której kroczymy jest widoczna, czasem zdaje się nam, że jest widoczna ale coś jakby nie bardzo... Czasem nie będzie miało znaczenia, w jakim kierunku idziecie i jak bardzo namacalny będzie obiekt w kierunku którego wraz z autorem zmierzacie. Raz dojdziecie do czegoś realnego a innym razem będzie to jakiś fantom raczej... Jak już się załapiecie na tę zabawę- do głowy wam nawet nie przyjdzie coś w stylu- ,,bez sensu to łażenie tutaj...przed chwilą, to nawet już nie wiem, czy się w ogóle poruszałem...dość." To pisanie Onettiego nie jest do czytania w sposób w jaki czyta się część literatury, gdzie mamy zajmujące, miłe lub nie, wartościowe bardziej lub mniej, lecz- relacje. Ktoś kto chce to- zacząć i skończyć, wychodząc z tego z konkretami- może być tutaj nieco zawiedziony. Nie ma jednak przy tym ta twórczość charakteru typu ,, strasznie chciał coś napisać, ale ni diabła nie wiedział o czym pisać, to napisał tak, że nie wiadomo o co chodzi" Spokojnie można siadać do tej książki, bo autor będzie nas w trakcie lektury każdego z opowiadań, przy współudziale Stachury i Kalickiego, którzy to tłumaczyli, skutecznie uwodzić nadzieją, że w końcu dowiemy się- po co ? dlaczego? czy wręcz- co ? Musi przecież czytającego jakoś osaczyć...Nie tylko narzędziami literackiego zniewolenia czytelnika, takimi jak zdania wielokrotnie złożone, jak zapętlenia jakieś, rozczłonkowywanie wątków czy akcji, lub różne inne ekwilibrystyki warsztatowe, jak choćby to, że poustawia Wam przed samymi oczyma ,, rzeczy" tak blisko, że nawet ich nie zauważycie, a potem gdy na końcu okaże się, że były istotne- będziecie wracać do tekstu, szukając, gdzie to on to tam poupychał i w jaki sposób...- Dlaczego on to wszystko specjalnie nam robi? Dlaczego nas na nasze własne życzenie w ten sposób osacza? Dlatego by nas spowolnić i zmusić do koncentracji i zanurzenia się w tym całkowicie. Po co ? Po to, byśmy pozwolili Onettiemu bawić się z nami w jego grę, w której przestaje mieć dla nas znaczenie, dlaczego i po co ,,go tam gonią"- dajmy na ten przykład. Są tam utwory gdzie bez znaczenia już dla nas jest ,,czy go w końcu złapią"? Są i takie opowieści, w których przestanie nas interesować ,,kogo tam w ogóle gonią" a znaczenie będzie miało tylko to ,,w jaki sposób biegną". Od połowy tomiku, od opowiadania ,,Maskarada" to już będzie tak głęboko, że jak w końcu wychyniemy na powierzchnię by zaczerpnąć tchu, to jeszcze tylko westchniemy ,,mamo! gdzie ja byłem i co on ze mną robił !?, i zaraz zanurkujemy ponownie by pływać przy samym dnie. Z uśmiechem na ustach przychodzi mi do głowy teraz, że część osób, które nie przepadają za tego typu pisaniem, po lekturze dwóch czy trzech opowiadań stwierdzi- taa, ta pisanina to rzeczywiście dno... A to są opowiadania nie o tym, jaki jest finał poszczególnych historii. To są opowiadania nie o tym, jak są przedstawione tam historie takie lub inne...trochę tak, ale nie o to tam chodzi. To są opowiadania o tym jak Onetti opowiada i jakich sztuczek używa, byśmy dostatecznie odczuli stan psychiczny bohaterów. To są opowiadania o Twojej wewnętrznej przestrzeni- czytelniku. Bo to z Tobą będzie się tutaj działo a nie z bohaterami historyjek... W to się tutaj gra. Tak mi się wydaje. Onetti pisze w taki sposób, że- by miało sens czytanie tego- człowiek musi cały w to wejść, oddać się temu niespiesznie całą swą uwagą i umysłem. Przy tym czytanie tego to nie jest jakaś siermiężna czytelnicza robota, przy której to ON NAM DOPIERO POKAŻE CO TO ZNACZY LITERATURA...!!! - ponieważ, jak już wspomniałem- skutecznie uwodzi nas przez cały czas wrażeniem, że w końcu, każdorazowo dowiemy się - kogo, komu, po co i w ogóle co... I jak już cali w to wejdziemy, oddamy się temu niespiesznie cała swą uwagą i umysłem... Wtedy dzieje się to- czym są te opowiadania... On nas hipnotyzuje. W to się tutaj bawimy. Więc jeśli chcecie pobyć trochę w hipnotycznym trwaniu, gdzie często niedookreślenia są materią z której, w jakiejś części zbudowane są urzekające niejednokrotnie, światy autora - to tu się właśnie w takie rzeczy zabawiamy. O to chodzi w jego twórczości. Do takich wniosków dochodzę po tym, co się ze mną działo gdy to czytałem. Onetti - który podobno nie wychodził z łóżka, nie będąc zainteresowany tym co dzieje się za jakimikolwiek oknami na zewnątrz, a w ludzi, którzy przychodzili z nim porozmawiać- mierzył z, chyba niedziałającego rewolweru, i wyobrażam sobie tutaj- mówiąc : przyszli porozmawiać? Ma kula z nimi pomówi ! - on przy użyciu znakomitego warsztatu tworzy niecodzienne i dogłębne doświadczenie stanów, których czytelnik, jako swoje, sam w sobie doświadcza. Dla kogo to pisane? Dla tych, dla których ich wewnętrzna, mentalna, psychiczna jakość, wewnętrzny świat- są ,,sensorycznie" odczuwalne. Dla tych, którzy mają jakieś bieżące, namacalne doświadczenie tego co akurat w duszy czy psychice im się dzieje w danym momencie, nie ograniczając się jedynie do jakichś osobistych koncepcji i teorii na temat- co akurat im się dzieje. Autor nie robi tego wszystkiego co tam robi w tych opowiadaniach, swym literackim bohaterom- tylko nam. Mam wrażenie, że głównie temu służy ta literatura. A może się mylę? Robi to jednak wrażenie... Opowiadania w tym tomie tak wybrano i ułożono, że na początku, mimo tragedii, jest zabawnie. Potem wesoło już nie jest, choć zajmująco, i prawie na końcu, w trakcie przedostatniego opowiadania robi się znowu zabawnie, by czytelnika jednak przywrócić do normalności świata żywych. Co tu więcej gadać...zostałem fanem twórczości tego pisarza a ,,Historię kawalera..." polecam tym, którzy się nie śpieszą. Tego się nie da czytać szybko i dużo. Są to, poza tym co mówiłem o tych tam ,,hipnozach" - historie, które muszą urosnąć w człowieku, wybrzmieć po czasie. Jedna opowieść jednego dnia to i tak może być za dużo, za to czyta się to czy też fragmenty tego, po dwa, trzy razy. Takie to są sprawy...
olo olowy - awatar olo olowy
ocenił na92 dni temu
Samotność Ewa Szelburg-Zarembina
Samotność
Ewa Szelburg-Zarembina
Kojarzona z wierszami dla dzieci ("Idzie niebo ciemną nocą...") Ewa Szelburg-Zarembina pisała również dla doroslych. I to jak! Kiedy po powstaniu warszawskim trafiła do obozu w Pruszkowie, rozpoznał ją wierny czytelnik, Niemiec, i uratował jej życie. Prawdopodobnie zaczytywał się w jej wydanej w połowie lat 30. "Wędrówce Joanny", uwielbianej przez krytyków i czytelników, tłumaczonej na inne języki. Po wojnie skupiła się na tworczości dla najmłodszych (liczne wiersze, "Chłopiec z perły urodzony", "Przez różową szybkę"). Dziś pisarka ta jest niemal zapomniana, chyba nawet jej utworów dla dzieci nie ma już na liście lektur. Pod koniec lat 80. nakręcono popularny serial oparty na pisanym przez 30 lat cyklu "Rzeka kłamstwa" (w skład ktorego weszła wspomnina "Wędrówka Joanny"),ale renesans Szelburg-Zarembiny nie nastąpił. "Samotność" to kilkanaście opowiadań wydanych na początku lat 60. Akcja toczy się we Włoszech, gdzie autorka przez kilka lat towarzyszyła mężowi, attaché kulturalnemu. Te historie są wstrząsająco smutne, świetnie napisane. Króciutkie, lapidarne, bez jednego zbędnego słowa. O tytułowej samotności i o starszych kobietach, które się z nią mierzą, nawet jeśli mają rodzinę. Są niepotrzebne, odsunięte na margines, traktowane obojętnie. Nawet przez własne dzieci, które żyjąc w pędzie nie zwracają uwagi na swoje coraz bardziej kruche, zagubione, wyobcowane matki. Opiekują sie nimi, owszem. Nawet ściągają z szarej powojennej Polski do swoich bogatych krajów. Ale nie mają dla nich czasu. Z bardzo pesymistycznym klimatem opowiadań współgrają genialne rysunki Olgi Siemaszko, wielka szkoda, że nie mogę ich tu dołączyć. Bardzo mnie poruszyły te historie. Będę szukała innych książek Szelburg-Zarembiny. Świetna proza! 8/10
Agata - awatar Agata
oceniła na81 rok temu

Cytaty z książki Ulica Gołębia

Więcej
Kornel Filipowicz Ulica Gołębia Zobacz więcej
Kornel Filipowicz Ulica Gołębia Zobacz więcej
Kornel Filipowicz Ulica Gołębia Zobacz więcej
Więcej