Ekspedycja Ra Thor Heyerdahl 7,2

ocenił(a) na 627 tyg. temu (1970)
[Ra ekspedisjonen*]
„Nie mam żadnej teorii, jakoby Egipcjanie przenieśli swoją kulturę na dalekie wyspy czy kontynenty. Wielu było takich, którzy wierzyli, że Egipcjanie przenieśli tradycje kulturalne do Ameryki zwrotnikowej na długo przed Kolumbem. Ja nie głosiłem takiej teorii, nigdy nie znalazłem na nią żadnych dowodów, ale też i dowodów, które przemawiałby przeciw niej. Problem fascynował mnie, ale nie mogłem dostrzec żadnego dającego się obronić rozwiązania. W nauce brak było zbyt wielu cząstek łamigłówki. Istniały duże luki w chronologii, niewytłumaczalne rozbieżności, no i przestwór morski dziesięć tysięcy razy szerszy od Nilu” (str. 11).
A zatem: „Wchodzimy na pokład trzcinowej łodzi. Rosjanin, Murzyn, Meksykańczyk, Egipcjanin, Amerykanin, Włoch, no i ja, Norweg” (str. 7)**.
„Co chciałem udowodnić? Nic. Nie chciałem niczego udowadniać, Chciałem się po prostu dowiedzieć, czy taki statek mógł być używany na morzu. Chciałem się dowiedzieć, czy prawdą jest, jak sądzili eksperci, że Fenicjanie musieli przebywać nad Nil po papirus, gdyż Egipcjanie nie mogli żeglować poza ujściem Nilu na swych trzcinowych tratwach. Chciałem się dowiedzieć, czy najstarsi Egipcjanie sami nie byli żeglarzami, zanim nie osiedli w spokoju i nie stali się kamieniarzami, faraonami i mumiami. Chciałem się dowiedzieć, czy trzcinowy statek może się uporać z 400 kilometrami dzielącymi Egipt od Libanu. Chciałem zbadać, czy trzcinowy statek mógłby żeglować jeszcze dalej – czy potrafi odbyć podróż do Ameryki” (str. 15).
„[…] wyprawa miała stać się eksperymentem, podjętą dla studiów podróżą wstecz do zarania kultury” (str. 145).
„Papirusowy statek dryfujący po morzu w mocy żywiołów może stać się mikroświatem, praktyczną próbą udowodnienia, że ludzie potrafią współpracować pokojowo niezależnie od narodowości, religii, koloru skóry i poglądów politycznych […]” (str. 146).
Alternatywnej etnografii i archeologii doświadczalnej ciąg dalszy: jest rok ‘69***, Heyerdahl już po pięćdziesiątce, ale nadal pełen wigoru, po staremu robi sporo szumu, starając się zainteresować swoimi planami kogo się da**** – montuje ekipę i organizuje przygodę która podtrzyma jego popularność, a zarazem dobrze się sprzeda. Za pierwszym razem się nie udaje, ale niezłomny Norweg podejmuje kolejną próbę rok później*****.
Pisząc o swoim przedsięwzięciu, stara się wprowadzić odrobinę dramatyzmu, elementy przygodowe, humor i solidny ładunek historii alternatywnej, co ciekawe, to się u niego nie łączy: w jego opowieści możemy wyróżnić konkretne segmenty. Ogólnie jako pisarz radzi sobie dobrze, choć zalicza drobne wpadki warsztatowe i cięższe natury faktograficznej. Zamiast snuć przypuszczenia, karmić ciekawość i nęcić wyobraźnie, brawurowo oznajmia, że kontakty międzykontynentalne były, a stała za nimi tajemnicza, biała nacja.
Brakuje dialogów, ale ich brak jest świadectwem uczciwości Heyerdahla, który musiałby je kreatywnie odtwarzać. Szkoda, że nie przytacza nieco szerzej treści rozmów, pozwalając tym samym załodze lepiej się zaprezentować. Czasami wspomina o niektórych dyskusjach, ale sygnalizuje tylko tematy lub ogólnie nastroje. O ile członkowie pierwszego rejsu są lepiej lub gorzej zarysowani, to o Keiu i Madanim nie wiemy w zasadzie nic.
Polski przekład powstał na bazie szwedzkiego (można się domyślać, że zabrakło tłumacza operującego norweskim). Jest dziełem Zygmunta Łanowskiego (1911-1989),mężczyzny urodzonego w Tarnopolu, kształconego we Lwowie, człowieka z innej epoki, którą brutalnie przerwała nawała dwóch totalitarnych reżimów. Jego tłumaczenie nie jest w żadnym stopniu archaiczne, wyjąwszy kilka zdań wymagających poprawek, czyta się dobrze. Parę razy korzysta ze słów które wyszły z użycia (np. ochłodnieć zamiast ostygnąć) lub których zestawienie wydaje się niecodzienne, ale nie wymaga większej redakcji.
Przekład warto wznowić, ale tylko z obszernymi przypisami od konsultanta merytorycznego, najlepiej historyka (6/10).
__________________________
* Internet podpowiada, że tytuł oryginału to po prostu Ra, i tak też jest na norweskiej Wikipedii (na szwedzkiej: Ra ekspedisjonen); tytuł wydania szwedzkiego – podstawy przekładu – to Expedition Ra.
** Załoga Ra I (https://www.imdb.com/title/tt0069151/mediaviewer/rm2786266625/?ref_=tt_ph_2),od lewej: Jurij Sienkiewicz (tyłem, 1937-2003, ZSRR),Santiago Genovés (1923-2013, Hiszpania/Meksyk),Carlo Mauri (1930-1982, Włochy),Thor Heyerdahl (1914-2002, Norwegia),Norman Baker (1928-2017, USA),Abdullah Djibrine (Czad),Georges Sourial (1941, Egipt). Jak sam wyznaje, Włoch miał być dla kontrastu względem własnej osoby (jako południowiec),Amerykanin i Rosjanin z uwagi na przeciwstawne ideologie, jako reprezentanci zwaśnionych obozów, głównych supermocarstw (trwała zimna wojna),Egipcjanin i Meksykanin jako mieszkańcy dwóch światów i odwołanie do starożytnych kontaktów transoceanicznych, i – jak przyznaje beztrosko – wszyscy byli biali, więc potrzebowali jakiegoś kolorowego, a że najczarniejsi Murzyni jakich kiedykolwiek widział, byli w Czadzie (str. 145),wybór był prosty. Międzynarodowy skład miał być dobrym chwytem marketingowym, przyciągającym uwagę. W kolejnym roku (‘70) na Ra II (str. 379) płyną również Kei Ohara (Japonia),a za Abdullaha Berber Madani Ait Ouhanni (1939-2024, Maroko). W przypadku Berbera, przepustką na pokład jest wyjątkowo ciemna karnacja (płynie jako niezbędny komponent afrykański).
*** 22 rocznica ekspedycji Kon-Tiki (str. 190).
**** Heyerdahl urządza plac budowy pod piramidami, w Gizie – uprzednio trudząc się o pozwolenie. Miało być fotogenicznie zarazem i symbolicznie. Szybko okazało się, że nie jest to najlepszy wybór: brakowało wody – trzeba było wybudować basen – a tłumy ciekawskich utrudniały pracę (włącznie z groźbą pożaru). Ra II powstaje w zupełnie innych warunkach, za płotem, sekretnie, dzięki pracy Indian Ajmara. Od strony medialnej, całość była przemyślanym przedsięwzięciem. Tak jak podczas pierwszego, pacyficznego rejsu, powstał film dokumentujący wyprawę: The Ra Expeditions (1972).
***** Rejs Ra II – w przeciwieństwie do jedynki – relacjonowany jest w formie ekspresowej (str. 377-448).
•
„Celem naszym było ustalić, czy łódź papirusowa nadaj się do użytku na morzu, a nie, czy będziemy mogli jeść egipskie pożywienie” (str. 301) – mimo tej deklaracji, tym razem postawiono na prowiant, który przynajmniej częściowo mógł odpowiadać realiom starożytnej żeglugi. Umieszczono go w koszach, dzbanach i bukłakach, wykonanych w tradycyjnych formach i z naturalnych materiałów, co dodało przedsięwzięciu realizmu. (Nie jest to idealna symulacja: jaja w szklanej wodzie, pomidory, możliwość gotowania – ale i tak bardziej przekonująca niż plastikowe pojemniki i wojskowe racje żywieniowe na Kon-Tiki).
Autor o tym nie pisze, skupiając się na sukcesie, udanej przeprawie z punktu A do B, ale perypetie jakich doświadczali, fakt, że nie sposób wyeliminować problemu łamiącego się steru, że zależnie od techniki budowlanej, papirusowa łódka rozpada się lub tonie, sugeruje by budować z solidniejszego materiału. Pokonywanie kilku tysięcy kilometrów bez punktów pośrednich, przez kapryśny ocean, na łódce z trzciny o ograniczonej sterowności, to sport ekstremalny, a nie sposób na bezpieczną komunikację transatlantycką.
Chrzcząc dwa trzcinowe statki – Ra i Ra II – imieniem egipskiego boga słońca, Heyerdahl nawiązuje do poprzedniej konstrukcji, Kon-Tiki: „[…] praludność Wyspy Wielkanocnej nazywała słońce Ra. Ra stanowiło nazwę słońca na wszystkich wyspach Polinezji, nie było to więc żadnym przypadkiem. Ra było nazwą słońca również w starym Egipcie” (str. 24) a „[…] lud Viracocha, białych mężów z brodami, pod kierownictwem Con-Ticci-Viracocha*, reprezentanta słońca na ziemi” popłynął na zachód, ku Oceanii (str. 45).
__________________________
* Dalej w tekście stosuje inną transkrypcję: Kon-Tiki-Viracocha (str. 342, 344).
•
ZAGADKOWY FENOMEN
„Nastrój Sądu Ostatecznego. Nad horyzontem po lewej stronie, na północnym zachodzie, wschodziła jasnoczerwona tarcza, która rosła coraz bardziej niczym upiorny, olbrzymi księżyc aluminiowego koloru, do połowy ukryty za skrajem oceanu. Jak zwarta mgławica, jaśniejsza niż Droga Mleczna i zupełnie symetrycznie okrągła, rosła coraz bardziej, podobna do [kapelusza] grzyba bez korzonka [nóżki], zdawało się, że zwali się prosto na nas, a równocześnie w dalszym ciągu rozpościerała się na niebie. Księżyc był po przeciwnej stronie, niebo bezchmurne, pokryte gwiazdami. Moją pierwszą myślą było, że jest to odblask olbrzymiego reflektora na horyzoncie na wilgotnym nocnym niebie, moją następną myślą było, że jest to grzyb atomowy spowodowany jakąś ludzką pomyłką lub też fenomen zorzy północnej, ale zwyciężyło w końcu wrażenie, że jest to lśniący deszcz obcych ciał, które zbliżają się ze wszechświata. Świetlana tarcza pokrywała około trzydziestu procent nieboskłonu. Wtem przestała nagle rosnąć, rozwiała się niemal niedostrzegalnie i znikła. Zostaliśmy bez jakiegokolwiek wytłumaczenia tego zjawiska” (str. 432)*. Obserwacja miała miejsce latem ‘70, u kresu podróży Ra II, ale jeszcze przed dopłynięciem do Barbadosu. Heyerdahl zestawia do wydarzenie z dwoma innymi, jednym z nich było tajemnicze pomarańczowe światło na horyzoncie, drugim „podobny do spadającej kropli odblask”, który zniknął pod kątem w głębinach oceanu (str. 433).
__________________________
* W marcu tego roku [2025], po przebudzeniu, w środku nocy, podszedłem do okna, i zdziwił mnie widok czerwonej łuny nad Miasteczkiem Wilanów. Mogła mieć kilometr lub dwa, z mojej perspektywy wyglądała jak szeroka smuga, jakby część szarych, gęstych chmur została muśnięta na czerwono, w takim odcieniu i intensywności jak podczas „krwawego” zachodu słońca. To nie było w punkcie, w którym słońce wschodzi o tej porze roku, tylko na kierunku południowym, a noc była ciemna (ciągnęło się nieco na zachód od Świątyni Opatrzności Bożej, aż do okolic Morysina). Pogapiłem się minutę lub dwie, i położyłem się do łóżka. Mieszkam na dziewiątym piętrze, okna wychodzą na Wschód, pod kątem widać nową zabudowę Wilanowa. (Nie wyglądało to jak efekt pracy reflektorów z czerwoną nakładką, skojarzyło mi się natomiast z tajemniczą czerwoną chmurką z Pikniku pod Wiszącą Skałą).
•
STOSUNEK DO ZWIERZĄT
Autor zaniepokojony widokiem grzechotnika na pustyni Sonora, faktem, że ten miał czelność „uruchomić” grzechotkę w jego obecności – zatłukł węża, zużywając na to kilka kaktusów (!). Nie zadowoliło go ogłuszenie gada, uderzał dopóty, dopóki nie uznał węża za martwego. Okolica była bezludna, a on tylko przez nią przechodził, zaś grzechotniki polują na dużo mniejsze ofiary. Nie było zagrożenia życia, przestrzeni było dość, wystarczyło się oddalić (str. 48-49). Co ktokolwiek zyskał na śmierci tego węża, i co – poza wprowadzeniem elementu przygodowego – autor chciał osiągnąć?
Na pokład Ra trafia małpka Safi w roli maskotki, a ponadto kury – jako świeży zasób białka – i jedna kaczka (awansowawszy do roli maskotki numer dwa, zostaje ułaskawiona, ale łamie nogę i kolejnym rejsie zastępuję ją inna kaczka). Kury które brały udział w rejsie Ra II skończyły za burtą, jako zbędny balast…
Podczas holowania Ra I, na samym początku rejsu, załoganci zmuszeni są odciąć klatkę z homarami, zanurzoną przy burcie. Los uwięzionych, nie mogących się odżywiać skorupiaków raczej nie spędza im snu z powiek.
Branie na pokład żywego inwentarza, przy braku pewności co do tego, czy statek utrzyma się na wodzie, a jeśli tak, czy w jednym kawałku, w obliczu konieczności stałego konfrontowania ze sztormami i innymi przeciwnościami – niedogodności termiczne, wilgoć – jest skrajnie nieodpowiedzialne. Małpa i kaczki przeżyły na pokładzie piekło, a los kur lądujących za burtą to po prostu horror. Ptaki nie miały wielkiej wagi, a skoro zostawiono ich pokarm i klatkę, czemu je potopiono? Pod wpływem impulsu?
Choć dobrostan zwierząt hodowanych na masową skalę – z dala od wzroku beztroskich konsumentów – jest w dzisiejszych czasach tragiczny, to jednak od lat nie ma już społecznej zgody na przedmiotowe traktowanie zwierząt dzikich czy towarzyszących. Tego typu praktyki, byłby napiętnowane od razu po ich upublicznieniu. To, że Heyerdahl pisze o tym otwarcie, bez emocji, oznacza, że nie spodziewał się krytyki.
•
EGZOTYKA, czyli MURZYN musi być.
Czytając Ekspedycję Ra, od razu trafiamy na autorską fascynację odmiennością: „czarni jak węgiel Murzyni” (str. 8),stronę obok, po sąsiedzku mamy „czarnych jak smoła Murzynów” (str. 9),a potem dalej, niezmordowanie: „kruczoczarni Murzyni” (str. 70); „czarnym jak smoła” (str. 72); „Twarz miał czarniejszą niż noc” (str. 82); „czarnych jak smoła” (ponownie, str. 90-91, 181). Autor przedobrzył. Odwołanie do węgla czy smoły dodaje klimatu, ale w takiej ilości to jak uparte powtarzanie jakiegoś porzekadła (bez świadomości, że już się z niego skorzystało).
Dziś mówienie o „naszych/moich Murzynach” (str. 70/147/166-167) brzmi jak echo systemu niewolniczego i rasizmu, ale wówczas, chodziło o wróżenie z większej masy zapewne podobnych w oczach Europejczyków krajowców, najętych do określonych zadań. Autor wyraża się o czarnych bardzo pozytywnie, także wtedy kiedy fakty mówią coś zupełnie innego – przy takim podejściu, nie sposób zarzucić Heyerdahlowi dyskryminacji.
•
UWAGI MERYTORYCZNE (wyd. I z 1974, tłum. ze szwedzkiego Zygmunt Łanowski):
„Rosjanin, Murzyn, Meksykańczyk, Egipcjanin, Amerykanin, Włoch, no i ja, Norweg” (str. 7). Jeśli wszyscy wymienieni są z narodowości (czy przybranej, czy etnicznej),to czemu Abdullah Djibrine wymieniany jest jako Murzyn, a nie Czadyjczyk (lub członek konkretnego plemienia)? Takie wrzucanie wszystkich ludów Czarnej Afryki do jednego wora, to relikt starych czasów. (Forma „Meksykańczyk” jest poprawna, ale zwykle piszę się „Meksykanin”).
Str. 12 – „[…] wikingowie nie zbudowali nigdy czegoś piękniejszego i większego, gdy zaczęli pruć fale Morza Północnego, Atlantyku i Morza Śródziemnego kilka tysięcy lat temu” – kilkaset? Pragermanie rozpoczęli ekspansję w VI wieku p.n.e., jednak start działalności wikingów to dopiero wiek VIII (symbolicznie: 793 – złupienie klasztoru na Lindisfarne).
Str. 14 – „[…] port Byblos, najstarsze znane miasto świata” – tytuł najstarszego miasta świata przysługuje biblijnemu Jerychu (stale zamieszkane od 11 tys. lat),natomiast Byblos jest o 3 tys. lat młodsze.
Str. 16 – zamarznięta cieśnina Beringa jako pomost pomiędzy Syberią i Alaską, szlak komunikacyjny; de facto pas lądu łączący oba kontynenty, tzw. Beringia. „Beringia pokryta była roślinnością.
Najprawdopodobniej w okresie od 12 000 do 11 000 lat temu Beringia została zasiedlona przez Paleoindian, prehistoryczne ludy, które jako pierwsze dotarły na kontynent amerykański” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Beringia).
Str. 15-18 – dziwne, że snując różne domysły i zagłębiając się w przeszłość, jako prekolumbijskich odkrywców Ameryki nie wymienia Skandynawów. Nordycka kolonizacja Ameryki rozpoczyna się w X w., w 982 Eryk Rudy dociera na Grenlandię, gdzie powstaną stałe osady, a jego syn, Leif Eriksson, dwadzieścia lat późnij dopływa na kontynent. Odwołuje się do tych wydarzeń dopiero na str. 40-43.
Str. 22 – skąd pomysł, że z uwagi na fakt, iż rzekomo nie ma żadnych śladów ewolucji kultury, ta wzięła się znikąd, od razu w gotowym kształcie? Podobnie mówiono o Sumerach. Pewne artefakty, pozostałości, zachowują się dobrze, i w dużych ilościach, inne nie… Amerykańskie piramidy mają warstwy. Zamiast stawiać nową, lokalny capo di tutti cappi kazał obudowywać starą – tym samym zmieniał jej wygląd i zwiększał rozmiar, modyfikował też stylistykę. Czy to nie jest jeden z dowodów na zmiany?
Str. 25 – „Wtedy to [w 1492] Kolumb odkrył Amerykę. Wtedy to dopiero ziemia stałą się okrągła. Przedtem ziemia była płaska i morze było płaskie, tak że wszystko co szło z prądem i wiatrami, musiało w końcu spaść poza brzegi ziemi”.
- Kolumb zmarł przekonany, że dotarł do Indii (a że nigdy w Azji nie był, nic nie mąciło tego sądu) – stąd krajowcy otrzymali miano Indian, a Karaiby Indii Zachodnich (już po tym, kiedy uświadomiono sobie, że Indiami nie są); kontynent, do którego wysp przybił w 1492, nie nosi miana Kolumbii z uwagi na to, że dopiero inni doszli do wniosku, że to ewidentnie nie jest Azja (w tym żeglujący wzdłuż jego brzegów Amerigo Vespucci).
- Kolumb wiedział, że Ziemia jest kulą, wiedzieli też o tym inni; posługiwał się mapą Ptolemeusza (ok. 100-168),którego wyliczenia pomniejszyły faktyczne rozmiary planety (trafnie ustalone znacznie wcześniej, przez Eratostenesa z Cyreny [276-194 p.n.e.]),co ośmieliło żeglarza, liczącego na krótką podróż i bogactwa Azji. Starożytni Grecy snuli przypuszczenia nt. istnienia kontynentu oddzielającego Atlantyk i ogół mórz na wchodzie (tj. Indo-Pacyfik),ale nie zostało to przez nich potwierdzone. Geosferyzm (tj. pogląd, że Ziemia jest kulą, czyli ma kształt najdoskonalszy z możliwych) funkcjonował już w starożytnej Helladzie, potwierdzały go chociażby zaćmienia słońca, a Arystoteles (384-322 p.n.e.) dowodził go różną długością dnia, w różnych miejscach. „[Geosferyzm] Był też znany uczonym poza Europą i basenem Morza Środziemnego – przykładowo w V wieku wykładał go indyjski astronom Arjabhata, a w XI wieku Al-Biruni żyjący w Azji Środkowej” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Geosferyzm). Arystarch z Samos (ok. 310–230 p.n.e.),jako pierwszy, zaproponował model heliocentryczny, przypomniany dopiero znacznie później przez Kopernika. Z kolei Eudoksos z Kindos (408-355 p.n.e.) zaproponował geocentryczny model wszechświata, z Ziemią jako nieruchomą kulą: „W pierwszej połowie IV wieku pojęcie kulistej ziemi, przypisane Platonowi i Eudoksosowi z Kindos, zaczyna dominować w kulturze greckiej” (Lucio Russo, Świat przed Kolumbem. Kontakty między cywilizacjami, Warszawa 2019, str. 145).
Str. 28 – wedle Thora Heyerdahla łodzie z trzciny, spięte razem na coś w rodzaju katamarana „mogły dopomóc [prekolumbijskim] kolonizatorom w przewożeniu przez morze bydła i koni”. Tylko że prekolumbijscy mieszkańcy Ameryki nie hodowali ani bydła, ani koni (przywieźli je dopiero Europejczycy).
Str. 40 – „[…] norwescy wikingowie skolonizowali Islandię, a później całe południowo-zachodnie wybrzeże Grenlandii […]” – tak właściwie, osadnictwo skandynawskie ograniczało się do dwóch osiedli: Zachodniego [https://pl.wikipedia.org/wiki/Osiedle_Zachodnie] i Wschodniego (de facto południowego [https://pl.wikipedia.org/wiki/Osiedle_Wschodnie]). Ciężko mówić o zasiedlaniu CAŁEGO WYBRZEŻA…
Str. 157-156 – megacombo nt. Olmeków. Jeśli kogoś interesują rozważania w tym duchu, powinien zajrzeć do: Tajemnica Olmeków. Starożytni odkrywcy Ameryki [The Mystery of the Olmecs, 2007] (wydanej również jako: Olmekowie. Najstarsza tajemnica Meksyku i Tajemnice Olmeków, najstarszej cywilizacji Mezoameryki). David Hatcher Childress, wbrew oczywistym świadectwom antropologicznym, które zestawiają dzisiejszych Indian z wizerunkami Olmeków, odnajdując w nich te same rysy twarzy (https://www.facebook.com/groups/1438524067028265/posts/1627623658118304/, https://www.facebook.com/photo.php?fbid=168097336662256&id=165996360205687&set=a.168091849996138),idzie w zaparte, że są to rysy murzyńskie. Po pierwsze, jest to pewna wizja artystyczna, wyostrzająca to, co rzeźbiarz uznawał za atrakcyjne, oraz realizowana w ramach jego umiejętności, po drugie, są to rysy tubylcze, mające znamiona negroidalnych, jednak nie przedstawiające Afrykanów.
„[…] budowali w dżungli, ale znali się lepiej na kamieniu niż drewnie z dziewiczych lasów […]” – kamień, jako trwalszy, dotrwał do naszych czasów, drewno nie. Zapewne popsute przedmioty kończyły w ogniskach, inne butwiały i rozpadały się w proch, porzucane gdzie popadnie. Ta sama sytuacja miała miejsce na obszarze Amazonii, mocno przekształcanej przez człowieka, ale regularnie odbierającej co swoje, tak że przy rękodziele i budownictwie opartym na drewnie, nic nie dotrwało. Głównie śmiecie, kości, okruchy ceramiki.
Na str. 160-161 czytamy o brodatych Olmekach. Tak jak przy powyższym: 1) mamy tu wizję artystyczną, uwypuklającą określone cechy anatomiczne; 2) takie wizerunki są rzadkie, nie prezentując więc typowego wizerunku; 3) część Indian ma rachityczny zarost, to nie jest tak, że on w ogóle nie występuje, w populacji byli brodacze, co więcej, mogli zarost usuwać jeśli im nie odpowiadał (https://pl.wikipedia.org/wiki/Indianie#/media/Plik:Amerikanska_folk,_Nordisk_familjebok.jpg).
Str. 178 – „Wielbłądy miały wodę w garbach […]”. Tłuszcz. W wielbłądzich garbach magazynowany jest tłuszcz, nie woda.
Str. 259 – autor snuje refleksję nt. dobrodziejstw epoki kamiennej, jednak robi to w odniesienia do papirusowej łodzi, która jest repliką egipskich jednostek z epoki brązu…
Str. 276-278 – irytujący magnetofon, grający dzień i noc, ląduje za burtą. Psychologicznie jest to zrozumiałe, ale z punktu widzenia ekologii, to jak wywalanie zużytych baterii na trawnik przed własnym blokiem. Na str. 294 trafiają do oceanu zbędne plastikowe zbiorniki… Str. 358 – wyłowiona pokładowa gaśnica, uznana za zbędną, po namyśle ekipy wraca do wody. Na Ra II załoga pozbywa się masy zapasów, nie ma pewności czy wszystkie opakowania były naturalne, do wody lecą również książki, czasopisma i zbędny papier higieniczny, a co gorsza – również żywe kury (str. 396-397).
Podczas przeprawy przez Atlantyk, Ra I i II, co jakiś czas wpływają na olbrzymie plamy mazutu, których pokonanie trwa dzień lub dwa, co jest okazją by wygłosić niepokój o czystość oceanów, i zaapelować, by nie traktować bezmiaru wód jak śmietniska… a jednak, we własnym zakresie, na mniejszą skalę, załoga Ra robi to samo. (Traktowanie zwierząt również pozostawia wiele do życzenia).
Zatroskany Heyerdahl wymienia całą listę atlantyckiego śmiecia: „Nie było niemal dnia, żebyśmy nie widzieli różnych plastykowych pojemników, kanistrów na ropę, flaszek lub rozkładających się przedmiotów jak deski ze skrzyń, korki i inne odpadki dryfujące na wodzie obok Ra” (str. 410). A przecież w tej zbieraninie są i ich plastiki, ich odpadki. Na Pacyfiku wciąż wala się to, co wywalali z Kon-Tiki (!). Wtedy, w ‘47, pierwszym co przywitało ekipę Heyerdahla u celu podróży, nie były kwiaty i machający tubylcy, ale własne puszki po konserwach, które dopłynęły tam przed nimi (!).
„Jak długo będą tam hasać wieloryby i ryby? Czy człowiek nauczy się grzebać odpadki po sobie [sic!], swój wojenny topór przeciw naturze? Czy przyszłe pokolenia na niwo nauczą się cenić to morze […]?” (str. 441-442) – pisząc takie zdania, powinien się przy okazji pokajać, a tak, autor wychodzi na hipokrytę.
Str. 283/311 – „portugalska fregata”, osobiście, od lat dziecięcych, znam to dziwadło pod nazwą żeglarz portugalski (Physalia physalis). Nie jest to twór wielogatunkowy, jak można mylnie wnosić po opisie autora. Inne nazwy: bąbelnica bąbelcowa, żywłoga, aretuza (https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%BBeglarz_portugalski).
Str. 307 – „– Jurij, powiedz jako ateista, czy może istnieje jakiś system w tym, co iskrzy się i błyszczy na niebie, mimo że było tam jeszcze ludzi?”. Osobiście nie zrozumiałem pytania, a odpowiedź jaka pada, dementuje tylko przypisywany światopogląd (wcześniej autor wymienia zapatrywania religijne załogantów, i jest pośród nich jeden ateista… z tego by wychodziło, że to nie Rosjanin… choć znając Heyerdahla to po prostu przeoczenie).
Str. 323-324 – tutaj, w ramach poparcia dla myśli Thora Heyerdahla, można zaproponować książkę Lucio Russo z 2013, wydaną u nas jako Świat przed Kolumbem. Kontakty między cywilizacjami, a pierwotnie jako: L'America dimenticata. I rapporti tra le civilta e un errore di Tolomeo (Zapomniana Ameryka. Relacje między cywilizacjami i błąd Ptolemeusza). W dużym skrócie, autor zakłada, że Fenicjanie mogli docierać przez Atlantyk aż na Karaiby, a może i dalej, aż na kontynent. Na podstawie obliczeń i analizy tytułowej pomyłki Ptolemeusza, przedstawia wiarygodne przesłanki na rzecz kontaktów kulturowo-handlowych.
Str. 325 – „Rzymianie wierzyli w Herkulesa i Neptuna, ale nie w boga słońca […]” tj. ci lokalni, znad wybrzeży Atlantyku czy ogół? Niezależnie od intencji, tak nie było: „Kult Sola przeniknął do Rzymu dopiero pod koniec republiki i rozszerzał się powoli. W najstarszych czasach Rzymianie nie uważali słońca (ani księżyca) za odrębne bóstwo, większą uwagę zaczęli mu poświęcać dopiero pod wpływem Greków i kultów wschodnich, zwłaszcza perskiego boga światła Mitry. W III wieku n.e. Sol [Helios], jako uosobienie słońca, stał się oficjalnym bóstwem, z którym utożsamiani byli cesarze (pierwszym był jednak już w I wieku n.e. Neron). […]
W Rzymie Sol miał świątynię na Kwirynale, a jako »niebiański jeździec« także w Circus Maximus. W 270 roku n.e. cesarz Aurelian zbudował na Polu Marsowym świątynię »Niezwyciężonego Słońca« (Sol invictus). Jego olbrzymi posąg stał przy Koloseum [tj. Nerona jako boga słońca] […]” (Vojtech Zamarovský, Słownik mitologii greckiej i rzymskiej, Katowice 2006, str. 640).
Str. 328/334 – tu trzcinowe pasy ratunkowe są nadal w użyciu, choć miały być wykorzystane do łatania rufy (?).
Str. 328/383 – brodaci Olmekowie (patrz wyżej, uwaga do str. 160-161).
Str. 332 – „Sami Indianie nie mieli zarostu” . Charakterystyka Indian: „Posiadają proste, czarne bądź brązowe włosy, krótkie kości udowe, trójkątną głowę i skąpy zarost” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Indianie).
Głos rozsądku z forum historycznego: „Niektóre plemiona indiańskie faktycznie nie mają zarostu, ew. bardzo rzadki. Co do zasady natomiast w kulturze większości Indian zarost uważa się za nieestetyczny dlatego jest usuwany (wyrywany),co nie znaczy, że nie rośnie.
Można zresztą wygooglować całe mnóstwo wąsatych Indian” (http://www.historycy.org//index.php?showtopic=100308).
Str. 339 – „Jak mogli doścignąć ich wszystkich [tj. starożytnych astronomów z Bliskiego Wschodu] i zwyciężyć w tym wyścigu Indianie z dżungli [Jukatanu], skoro żyli pośród ociekających deszczem olbrzymich drzew, gdzie widoczność ograniczona była często do przesiek, które zdołali wyrąbać swoimi siekierami?”. Można odpowiedzieć na to dwojako, albo żartem (wdrapywali się na najwyższe drzewa),albo garścią truizmów: las nie pokrywa całej Mezoameryki, a przy karczowaniu i wypalaniu dużych połaci lądu pod pola i na potrzeby zabudowy tworzą się spore obszary otwartej przestrzeni, piramidy jakie stawiali same w sobie stanowiły dogodne punkty obserwacyjne i górowały nad drzewami, mieli też rzeki, góry i dwa oceany (do wyboru). Takie stawianie sprawy przez Heyerdahla jest nieco absurdalne.
Str. 340 – „Punktem zerowym chrześcijańskiej rachuby czasu jest 1 stycznia roku, w którym urodził się Chrystus”. Warto przypomnieć, że faktycznie Joszua Ben Josef alias Ἰησοῦς Χριστός/Iesus Christus urodził się ok. 8–4 p.n.e. (Dionizy Mniejszy, teolog odpowiedzialny za obliczenia, pomylił się, wyznaczając początek ery chrześcijańskiej na rok 754 ery rzymskiej, i tak już zostało). W Polsce korzystamy ze skrótu p.n.e. (przed naszą erą),ale w angielskim funkcjonuje akronim BC, tj. Before Christ (Przed Chrystusem),co prowadzi do zabawnego paradoksu, mianowicie, że Jezus urodził się przed Jezusem: „Jesus (c. 6 to 4 BC – AD 30 or 33) […]” (https://en.wikipedia.org/wiki/Jesus).
Str. 343-344 – „Ich [tj. Olmeków] podobizny są mistrzowsko realistyczne w każdym najmniejszym szczególe [sic!] i nie przedstawiają żadnych żyjących dziś typów Indian. Jeden z tych typów jest wybitnie negroidalny, o okrągłej twarzy, nabrzmiałych, grubych wargach i płaskim, szerokim i krótkim nosie. […] Drugi typ ma ostry profil z wystającym, krzywym nosem, małe usta o cienkich wargach i często także wąsy i spiczastą bródkę albo też bujną, długą brodę. […] Ze swoim wybitnie semickim wyglądem i – często – z laską wędrowca […]. […]
Negroidalny typ Olmeków wygląda natomiast wojowniczo i prymitywnie [sic!] […]” – patrz uwagi do str. 157-156, 160-161, 332.
Str. 345 – „Ich książki, nazywane przez Hiszpanów codex, […] były zwijane i całą książkę można było rozciągać [rozwinąć] w jeden szeroki pas tak jak egipskie zwoje papirusów”. Wspomniane kodeksy były też składane w harmonijkę, np. „Kodeks Grolier jest składaną w harmonijkę książką napisaną na papierze z kory amate, obustronnie pokrytym warstwą stiuku i malowanym z jednej strony. Z dwudziestostronicowej księgi do współczesności zachowało się dziesięć stron […]” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Kodeks_Grolier).
Str. 346 – „[…] protoplaści wysokich kultur północnoafrykańskich uprawiali dynie […]” – dynie, podobnie jak kukurydza, pomidory i ziemniaki to roślina przywieziona z Ameryki Północnej i Południowej…
Str. 381 – rzeka Lucus, tj. „O río Lucus, Loukkos ou Lucos (en grego: Λύκος, ‘lobo’) […]” (https://gl.wikipedia.org/wiki/R%C3%Ado_Lucus). Po polsku Google nie wyświetla żadnych wyników (stan na wrzesień 2025),dopiero kombinując z hiszpańskim „río” można coś znaleźć; więcej o rzece i leżącym nieopodal Lixus można znaleźć tutaj: https://en.wikipedia.org/wiki/Loukkos_River
Str. 387/384/379 – jesteśmy na Ra II, autor pisze, że minął niespełna rok, że to „drugi raz w ciągu jednego roku” ale potem dowiadujemy się, że mamy maj (str. 396),a statek jest na wodzie od dwóch tygodni, a zatem to nie ‘69 tylko ‘70 (!).
Str. 388-389 – Ra II, zbudowana inną technika niż Ra I – tym razem przez Indian Ajmara – jest sztywniejsza od poprzedniczki, ale szybko wchłania wilgoć. Owa zwartość, jest tutaj bardzo chwalona, natomiast wcześniej, odnośnie konstrukcji Murzynów z Czadu, właśnie falowanie statku, to że papirus pracował stawiając czoła falom i wiatrom, było ważnym atutem.
Str. 403 – „[…] żadna gejsza nie potrafiłaby przewyższyć Kei w sztuce gotowania” – bardzo możliwe, bo gejsze nie są od gotowania, tylko od dotrzymania towarzystwa, brzdąkania na instrumentach, poezji i inteligentnej rozmowy.
Str. 403 – siedmiu brodaczy cieszy się swoim towarzystwem, jedna osoba steruje na mostku –podchodząc do tego na logikę, można założyć, że musi to być Jurij, który jako jedyny regularnie goli zarost… ale tak de facto jest to napisane z pominięciem tego problematycznego narracyjnie faktu, który nie pozwala umieścić doktora pośród brodaczy… Chodzi o ogólna prawidłowość: siedmiu je, jeden tyra przy sterze.
Str. 407 – podobna nieporadność narracyjna jak wyżej. Już na początku Jurij zostaje zaklasyfikowany przez Heyerdahla jako ateista, na zasadzie jak komunista to i ateista, programowo. W toku dalszej narracji pojawia się mętne pytanie o światopogląd, Jurij się od ateizmu odżegnuje, mówiąc, że prawdziwym ateistą nie jest, a jednocześni sugerując antyklerykalizm. Tymczasem tutaj, podczas wyliczanki światopoglądowej, „ateista” pojawia się po raz kolejny.
Str. 446-447 – feniccy żeglarze opływają Afrykę (wówczas zwaną Libią). Teoretycznie jest to wykonalne z użyciem ówczesnej techniki, zwłaszcza na przestrzeni trzech lat. Szersze omówienie znajduje się w: Największe zagadki przeszłości, Peter Jamesa i Nicka Thorpe, rozdział Fenicjanie opływają Afrykę.
UWAGI JĘZYKOWE: str. 10 – z jeziora Czad (znad jeziora Czad); str. 11 – tradycje kulturalne (tradycje kulturowe); str. 17 – nie zorganizowanych (niezorganizowanych),nie spokrewnione (niespokrewnione); str. 19/399 – nie znanym (nieznanym); str. 20 – nie kończące; str. 21 – na północ (na południe?); str. 22 – nie znanych (nieznanych); str. 24 – oraz (raz); str. 27/44/45/342/385/449 – Tiahuanacu (Tiahuanaco); str. 37 – Fatuhivy (Fatu Hivy); str. 49 – „[…] posuwaliśmy się” (...się posuwaliśmy); str. 50 – nie tkniętym (nietkniętym); str. 50 – nie fałszowana (niefałszowana); str. 54 – nie zamieszkana (niezamieszkana); str. 60 – nie napisanej (nienapisanej); str. 69 – nie zamieszkane (niezamieszkane); str. 70 – nie oznaczonej (nieoznaczonej); str. 72 – nie dotknięty (niedotknięty); str. 80 – nie zmienionej (niezmienionej); str. 88 – nie kończącą (niekończącą); str. 89 – nie zmieniającym (niezmieniającym); str. 96 – zorgani zowane (zorganizowane, lub z myślnikiem – słowo podzielone przez zecera); 103 – nie tknięta (nietknięta); str. 105 – nie tknięci (nietknięci); str. 107/285/382 – nie znane (nieznane); str. 115/ 147 – nie kończące (niekończące); str. 122 – jek (jak, literówka); str. 124 – nie pozamykane (niepozamykane); str. 128 – nie zepsute (niezepsute); str. 131 – nie zamieszkana (niezamieszkana); str. 135 – nie znanego (nieznanego); str. 139/190 x2/338/451 – Gizeh (polska forma: Giza, co dziwne – raz się w tekście pojawia); str. 144 – Eryk (Erik); str. 148 – „Zostało trzy miesiące” (zostały?); str. 157 – „Kilka lat temu, w 1952 roku […]” (kilkanaście); str. 161 – nie rozwiązany (nierozwiązany); str. 163 – nie przewidzianej (nieprzewidzianej) + nabronił (nabroił); str. 165 – wwalił się (wdarł?); str. 183 – nie zakończonej (niezakończonej); str. 187 – nie wyblakłymi (niewyblakłymi); str. 190 – nie wykorzystanych (niewykorzystanych); str. 193 – Słupy Herkulesa (bardziej rozpowszechniony polski wariant to Słupy Heraklesa); str. 204/266 – play-boyem (playboyem) + węgorzy muren (po prostu: muren); str. 237 – o kay (okay/OK); str. 247 – nie zamieszkana (niezamieszkana); str. 251 – nie kończących (niekończących); str. 254 – nie używane (nieużywane); str. 255/313 – nie kontrolowany (niekontrolowany); str. 259 – nie zmieniony (niezmieniony); str. 278/434 – nie kończącym (niekończącym); str. 293 – nie spaloną (niespaloną); str. 296 – nie uszkodzonej (nieuszkodzonej); str. 302 – nie nakręcony (nienakręcony); str. 307 – wszyscy siedmiu (siedmioro?); str. 309 – „[…] poddawał się” (...się poddawał); str. 311/380 – nie uszkodzone (nieuszkodzone); str. 321 – „Widać na nich wiele ludzi […]” (wielu); str. 322 – nie zmienione (niezmienione); str. 335 – nie rozwiązanych (nierozwiązanych); str. 341 – króla słońca (króla-słońce, ziemskiej inkarnacji słońca?); str. 344 – zagubione szczepy Izraela (przyjęło się mówić o plemionach); str. 348 – nie znane (nieznane),nie spotykane (niespotykane); str. 348/350/383 – nie znana (nieznana); str. 351 – nie zmienioną (niezmienioną); str. 355 – nie używanym (nieużywanym); str. 357 – nie znaną (nieznaną); str. 361 – nie umocowaną (nieumocowaną); str. 366 – trzepocący (trzepoczący?); str. 369 – „[…] uspokoiła się” (...się uspokoiła); str. 371 – nie uszkodzoną (nieuszkodzoną); str. 378 – przedostać z życiem (ujść z życiem, wcześniej pada np. twardy dzień, zamiast ciężki); str. 379 – po „Śródziemnego” powinien być przecinek; str. 388/542 – nie uszkodzona (nieuszkodzona); str. 392 – nie podzielonej (niepodzielonej); str. 401 – strony-strony (brzydkie powtórzenie, zła stylistyka); str. 407 – nie cenzurowane (niecenzurowane); str. 409 – nie kończącą (niekończącą) + kompletnie zbędne „tym razem” (do skasowania); str. 412 – „[…] nie przekręciło się” (...się nie przekręciło); str. 414 – nie uszkodzonego (nieuszkodzonego); str. 424 – nie obalone (nieobalone); str. 430 – znikł w kierunku północnym (...na kierunku północnym?); str. 444 – nie zapisanych (niezapisanych).