Sakrament obłudy. Wspomnienia z seminarium Robert Samborski 6,5

ocenił(a) na 69 tyg. temu Na początku zaznaczę, że opisywana sceneria: diecezja legnicka czy świdnicka, leżące na przeciwległym końcu Polski, są mi kompletnie nieznane, podobnie jak opisywane osoby, nie mam więc możliwości konfrontacji doświadczeń Autora z doświadczeniami znajomych byłych kleryków czy wiernych, z którymi wspomniani kapłani też mają kontakt, ani tym bardziej z własnymi.
Okładka pozwala się domyślić, czego możemy się spodziewać: sensacyjny, antyreligijny tytuł, "Wydawnictwo Krytyki Politycznej", "PATRONAT / MATRONAT"[SIC!]: Fundacja Wolność od Religii, Polska Laicka.
Na wstępie otrzymujemy przedmowę autorstwa Adama Nowaka (kim on jest - nie podano),napisaną językiem rodem ze stalinowskich materiałów antyklerykalnych. Na szczęście potem jest już znacznie strawniej.
Najlepiej się tę książkę czyta gdy autor po prostu relacjonuje swoje doświadczenia w seminarium duchownym wraz z jego specyficznymi zwyczajami, wadami wykładowców, dziwactwami i prozą życia w środowisku mocno koszarowym. Część uwag dotyczących braku przygotowania do pracy na parafii z wiernymi czy do towarzyszenia im w trudnych chwilach jest bardzo trafnych. Dobrze, że opisuje dalekie od ideału postawy, przytaczając konkretne sytuacje, konkretne zachowania przełożonych czy wykładowców (czasem również samych kleryków - vide smutny przykład ich śladowego zaangażowania w tak potrzebny pensjonariuszom wolontariat w Domu Pomocy Społecznej mimo początkowych szumnych deklaracji). Wydaje się, że wielu z opisywanych duchownych nie powinno nawet ukończyć seminarium, a co dopiero brać udział w przygotowaniu kleryków do kapłaństwa. Te relacje odbieram jako rzetelne i obiektywne - osoby decyzyjne powinny z takich doniesień wyciągnąć wnioski, a winnych na ciepłych posadkach powinny spotkać zasłużone konsekwencje.
Reakcją na niektóre rewelacje może być tylko klasyczny facepalm: "Już w trakcie rekolekcji[przed święceniami diakonatu] stwierdziliśmy, że oto za niecały tydzień będziemy diakonami, a... nie mamy bladego pojęcia o tym, co diakon robi podczas mszy!" - no litości, nawet co bardziej ogarnięci ministranci takie rzeczy wiedzą.
Część uwag negatywnych Autora uważam za zwyczajne czepianie się - jakby nie wiedział, dokąd trafił. Za dużo dla niego tomizmu - panie Robercie, to teologia katolicka, nie świeckie studia na kierunku "filozofia"! Że o innych religiach tylko krytycznie i apologetycznie - Autorze, to seminarium katolickie a nie studia religioznawcze! Ze typowo naukowe tematy potraktowane po macoszemu - przecież nie po to idzie się do seminarium!
Samborski krytykuje nawet nazwę przedmiotu "Wprowadzenie do Pisma Świętego", "argumentując", że jakoś na akademii medycznej nie ma "Wprowadzenia do anatomii" a na chemii "Wprowadzenia do pierwiastków". A przecież wielu obszernych dziedzin nie da się przerobić na jednym kursie, stąd obecność nazw przedmiotów typu "Podstawy....", "Wprowadzenie do..." czy "Encyklopedia...." na wielu kierunkach studiów - to przedmioty, w ramach których studenci z założenia mają poznać tylko podstawy.
Razi mnie to, że Autor jest bardzo mocno przekonany, że intelektualnie góruje nad innymi. Ba, on został ateistą, bo uważał na wykładach, a inni "ani nie potrafią, ani nie chce im się tego wszystkiego rozumieć". Nie wykluczam, że na jego roku mogły trafić się jednostki niezbyt lotne, ale odnieść można wrażenie, że wszyscy wierzący są głupi, tylko Robert Samborski jaśnie oświecony. No i dla niego liczy się tylko fizyka, biologia i chemia. Że całkiem wielu wiernych czy nawet duchownych dokonywało ważnych odkryć właśnie w tych dziedzinach jakoś Autor zapomina, przypisując chrześcijanom w ogólności, a katolikom szczególne intelektualne braki.
Najgorzej dzieje się, gdy autor porzuca rolę osoby relacjonującej i zaczyna teoretyzować i filozofować. Bez tego książka byłaby znacznie lepsza.
Pod koniec pojawia się więcej nacechowanych bardzo negatywnymi emocjami wynurzeń Autora, który ujawnia: jest homoseksualistą, homoseksualizm jest naturalny, a Kościół zbrodniczy bo go nie akceptuje. Choć historia wyrzucenia już diakona a prawie prezbitera Roberta z seminarium przedstawiona jest rzeczowo i bez niepotrzebnego emocjonowania się (w sumie mógł się spodziewać...),ostatni rozdział to znów wielkie negatywne emocje. W sumie to stanowisko dość częste u osób, które odeszły od dotychczas praktykowanej wiary czy to na rzecz innego wyznania, czy to ateizmu. Jestem świeżo po lekturze książki Tulii Topy, która odeszła od Świadków Jehowy i teraz tym bardziej doceniam podejście Autorki, która potrafiła pokazać negatywne strony swojej dawnej wspólnoty wyznaniowej i uzasadnić swoją decyzję bez popadania w niezdrowe emocje czy epatowania obraźliwymi epitetami.
Podsumowując tę przydługawą opinię: książka jest bardzo ciekawa, ale ma słabsze fragmenty - te zbyt nacechowane emocjonalnie, no i patrzymy na Kościół oczami apostaty, co dla jednych będzie wadą, a dla innych zaletą.