Mazel tow. Jak zostałam korepetytorką w domu ortodoksyjnych Żydów J.S. Margot 6,8

ocenił(a) na 52 lata temu Podtytuł brzmi "Jak zostałam korepetytorką w domu ortodoksyjnych Żydów" i w sumie można w tym streścić fabułę - choć nie nazwałabym rodziny opisaną w książce jako mega ortodoksyjną, raczej sami nawet uważali się za dość nowoczesnych. Przeczytałam opinie i w sumie z wieloma rzeczami się zgadzam - jak na osobę, która żyła blisko z rodziną Żydów, pani Margot nie opisała jakoś specjalnie szczegółowo kultury żydowskiej. Większość z rzeczy, które przedstawia w książce, to obyczaje raczej znane ogólnie, choć może faktycznie w latach 80. były czymś niezwykłym dla przeciętnego goja. Autorka żywi do rodziny S. uczucia bardzo sprzeczne - z jednej strony przywiązuje się do nich i widać, że ich lubi, zwłaszcza dzieci i babcię, z drugiej jednak wciąż miałam wrażenie promieniującego od niej poczucia wyższości jako osoby bardziej wyemancypowanej, cywilizowanej, nie "stłamszonej" religią. Trochę niby chce ich zrozumieć, ale jednocześnie bardzo łatwo się "najeża", gdy coś jest dla niej niewystarczająco nowoczesne i postępowe. Potrafi np. powiedzieć dziewczynce, że zasady koszerności są dla niej "absurdalne", albo prowokować nastoletniego chłopca stwierdzeniem, że sypia ze swoim partnerem, by się "odpłacić za wymądrzanie". Jej metody "wychowawcze" również pozostawiają wiele do życzenia. W jednej ze scen pozostawia swoją podopieczną samą po dość przykrej sytuacji, bo "z doświadczenia wie, że należy pozwolić uciec rozzłoszczonym nastolatkom", a zaraz potem wpada w panikę, że dziewczynka nie da rady trafić z powrotem do domu.
Odniosłam wrażenie, że Margot cały czas jest przekonana o swojej wyższości i ma jakiś syndrom zbawiciela, który nakazuje jej ratować ludzi mających inny światopogląd i spojrzenie na świat. Bez wahania wkracza z dziećmi na tematy seksualne ucząc ich co to seks albo kto to gej i lesbijka, chociaż doskonale wie, że jest to niezgodne z zasadami ich rodziców - po prostu uważa, że jako "oświecona" ma prawo a nawet obowiązek ich uświadamiać. Nie rozumie, czemu ludzie się pobierają, mówi że ktoś jest "za młody i za piękny, żeby wychodzić za mąż" - czyżby za mąż mieli wychodzić wyłącznie ludzie brzydcy lub starzy? Rzucenie się na obcą kobietę w autobusie i porównanie religii do przymusowego tuczenia gęsi było już szczytem histeryczności, który mnie rozwalił na łopatki. Generalnie sporo jest w autorce sprzeczności. Ma pretensje do Żydów, że ubierają sie po swojemu i przez to się wyróżniają, a sama celowo zakłada najbardziej rockowe wdzianka gdy do nich przychodzi, żeby ich szokować. Z jednej strony broni islamu i stara się być adwokatką muzułmanów w rozmowach z Żydami, z drugiej niespecjalnie nawet ogarnia tradycje, o których opowiada jej irański chłopak. Tak samo ze Schneiderami, po wielu wielu latach wciąż nie ogarniała ich świąt, obyczajów. Czasami miałam wrażenie, że autorka traktuje Schneiderów jak ciekawy temat do napisania książki, jakieś zjawisko do oglądania pod szkiełkiem.
Z kolei sama rodzina Schneiderów też zdaje się mieć nieco podobne poczucie wyższości względem Margot. Niby są mili, ale czują się lepsi i też patrzą na nią z góry. Zastanowiło mnie, czemu Schneiderowie nie mogą wejść do kościoła, choć chrześcijanie nie mają problemu z wejściem do synagogi czy meczetu, czemu nie dzieci nie mogą się bawić z innymi dziećmi, czemu grupa dziewczynek zaatakowała kobietę z psem w parku. Generalnie dziwne były te ich wzajemne relacje.
Margot chce walczyć ze stereotypami, ale sama sporo z nich powiela. Najbardziej rozbroiło mnie, gdy autorka napisała, że nie wie nic o Filistynach i Sarze, bo "wychowała się w katolicyzmie" - przecież to część Starego Testamentu, regularnie znajdująca się w czytaniach podczas Mszy świętej. Dla Margot "katolickie wychowanie" to raczej po prostu bycie białą belgijką, nie mające nic wspólnego z wiarą w Boga. Zresztą, jak sama twierdzi, jest "katoliczką socjologiczną", w odróżnieniu od religijnej (cokolwiek to znaczy). Ma ona także pretensje do filmu "Tylko razem z córką", że jest oparty na stereotypach, podczas gdy to po prostu ekranizacja wspomnień Betty Mahmoody, a nie fikcja. No i nie wiem skąd pomysł, że noszenie fartucha w kuchni to "burżuazyjny zwyczaj". Nie wydaje mi się też, żeby w salonach fryzjerskich nie istniała w ogóle możliwość zakażenia wirusem HIV, zwłaszcza, że mówimy o latach 80. i braku sterylizacji takiej jak obecnie.
Na pewno książka jest na swój sposób interesująca, choć ani autorka, ani bohaterowie (poza Elzirą) nie wydali mi się specjalnie sympatyczni. Sytuacja Żydów w Belgii lat 80. raczej nie jest taka jak obecnie w Polsce. Na pewno nie ma u nas opisanego przez Margot konfliktu na tle żydowsko-muzułmańskim, i islamskich gangów szukających zaczepki widząc ludzi w jarmułkach, nie wspominając już o zamachach na synagogi. Sporo jest tam o historii Żydów w krajach Beneluksu, o samej Belgii, znanych Belgach, kuchni, tradycjach.