Noblista bez Nobla, czyli życzenia urodzinowe dla Gombrowicza
118 lat temu, 4 sierpnia 1904 roku, w Małoszycach pod Opatowem przyszedł na świat Witold Gombrowicz, prozaik, dramaturg, eseista. Przyszedł i – nie uniknę tu delikatnego patosu – odmienił literaturę. Po drodze, z powodu śmierci, rozminął się z Noblem.
Bohdan_Paczowski/Wikimedia Commons
Urodził się jako najmłodsze z czworga dzieci Jana Onufrego i Antoniny Marceliny w rodzinnym majątku we wsi Małoszyce. Gdy Witold miał siedem lat, Gombrowiczowie przenieśli się do Warszawy, gdzie przyszły pisarz ukończył gimnazjum, a następnie zaczął studia na Uniwersytecie Warszawskim. Tytuł magistra praw uzyskał w 1927 roku.
Po krótkim pobycie we Francji Gombrowicz wrócił do Polski, gdzie rozpoczął aplikację sędziowską. Wkrótce ją jednak porzucił. Lata 20. i 30. to czas literackich prób – w większości nieudanych. W roku 1933 wydał niezrozumiany przez krytykę zbiór opowiadań „Pamiętnik z okresu dojrzewania”. Cztery lata później Polska poznała „Ferdydurke”.
Nowa rewolucyjna forma
Tyle z koniecznej historii. Powieściowy debiut uczynił z Gombrowicza literacką gwiazdę. „Ferdydurke” – doceniona przez krytyków dyskusja o formowaniu się człowieka, rozprawa na temat opresyjności społeczeństwa i kultury oraz niedościgniona, zdaniem wielu, zabawa językiem i formą – przysporzyła mu nieomal wyznawców. Ale i zadeklarowanych wrogów. Z pewnością do tych drugich nie należał jednak choćby Bruno Schulz, który nazywał książkę zjawiskiem wstrząsającym, a nawet lepiej – wyładowaniem ideowym wielkiej miary.
Mamy tu do czynienia z niezwykłą manifestacją talentu pisarskiego, z nową rewolucyjną formą i metodą powieści i w końcu z fundamentalnym odkryciem, z aneksją nowej dziedziny zjawisk duchowych, dziedziny bezpańskiej i niczyjej, na której dotychczas hulał tylko nieodpowiedzialny żart, kalambur i nonsens.
W sierpniu 1939 roku, na miesiąc przed wybuchem wojny, Gombrowicz wsiadł na pokład liniowca płynącego do Argentyny. Do Buenos Aires miał trafić na chwilę, a spędził tam 24 lata, żyjąc na granicy ubóstwa i usiłując zdobyć pozycję w argentyńskich kręgach literackich. Nigdy nie powrócił do Polski.
„Dzika potęgo myśli wątłej!”
Międzynarodowa sława przyszła dopiero w latach sześćdziesiątych, wraz z paryskimi wydaniami „Pornografii”, „Kosmosu” i „Dzienników”. I od „Pornografii” właśnie rozpoczęła się moja miłość do Gombrowicza, by ostatecznie wybuchnąć przy „Kosmosie”, powieści, którą można czytać jako historię wróbla i patyka lub – podniesienie myśli Kanta i Husserla o możności (czy też niemożności) poznania bytu.
Czy więc nic nigdy nie może zostać naprawdę wyrażone, oddane w swoim stawaniu się anonimowym, nikt nigdy nie zdoła oddać bełkotu rodzącej się chwili, jak to jest, że, urodzeni z chaosu nie możemy nigdy z nim się zetknąć, zaledwie spojrzymy, a już pod naszym spojrzeniem rodzi się porządek… i kształt…
I jeszcze:
Lata rozpadają się na miesiące, miesiące na dni, dni na godziny, minuty na sekundy, a sekundy przeciekają. Czy jestem? Jestem pewną ilością sekund – które przeciekły. Rezultat: nic. Nic.
Same otwarcia obu powieści, by zakończyć już osobiste wywody, uwielbiam zresztą za – z braku lepszego słowa – ową niepodrabialną „gombrowiczowość”.
Opowiem wam inną przygodę moją, jedną chyba z najbardziej fatalnych.
Witold Gombrowicz, „Pornografia”
Opowiem inną przygodę dziwniejszą…
Witold Gombrowicz, „Kosmos”
„Dzienniki”, sprawozdanie z życia Witolda Gombrowicza, ale i filozoficzny esej i manifestacja poglądów na politykę, tradycję czy kulturę, uznawane są za jego szczytowe osiągnięcie literackie.
Dlaczego nie smakuje mi czysta poezja? Dlaczego? Czyż nie dla tych samych przyczyn, dla których nie smakuje mi cukier w stanie czystym? Cukier nadaje się do osładzania kawy ale nie do tego aby go jeść łyżką z talerza, jak kaszkę. W poezji czystej, wierszowanej, nadmiar męczy; nadmiar poezji, nadmiar poetycznych słów, nadmiar metafor, nadmiar sublimacji, nadmiar, wreszcie, kondensacji i oczyszczenia ze wszelkiego elementu antypoetyckiego, co upodabnia wiersze do chemicznego produktu.
Niedoszły noblista
Gombrowicz to w dziejach literatury postać wyjątkowa. W „Sztuce powieści”, zbiorze esejów, w których ceniony przeze mnie Milan Kundera przedstawia swoją koncepcję powieści europejskiej, nazwisko autora „Kosmosu” pada zresztą gdzieś między Joyce’em a Kafką.
Niestrudzenie zmagający się z polską tradycją i historią Gombrowicz mógłby przepaść, zastąpiony przez twórców „wygodniejszych” – sam autor „Trans-atlantyku” określał powieść jako polemikę z „Panem Tadeuszem” i tradycyjnie rozumianą polskością. Lub łatwiejszych – parodystyczna warstwa językowa wspomnianej książki, stylizowana na „Pamiętniki” Jana Chryzostoma Paska, to rzecz niełatwa w odbiorze.
Nie przepadł jednak. Szkoda tylko, że minął się z Noblem. Jak wynika z opublikowanych po 50 latach dokumentów z obrad Komisji Noblowskiej, Gombrowicz był jednym z głównych kandydatów do literackiego Nobla w 1969 roku. Zmarł jednak w lipcu tego samego roku i jego kandydaturę ostatecznie pominięto przy tworzeniu shortlisty, ponieważ statut wyklucza przyznawanie nagród pośmiertnie.
Pozostaje nam pamiętać. I czytać. Zwłaszcza dziś.
Ale, ale, byłbym zapomniał. Wszystkiego najlepszego, Mistrzu!
Tagi i tematy
komentarze [17]
Najlepszego Witoldo! 🎉😘
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam