„Myślałam, że pora umierać”, ale „jeszcze mogę porządzić”. Olga Tokarczuk w Polsce
To miało być zwykłe spotkanie autorskie, jednak po 10 października i wiadomości, która nadeszła ze Szwecji, trzeba było je przenieść do jednej z największych sal we Wrocławiu. Przywitana owacjami na stojąco, Olga Tokarczuk wzięła udział w pierwszym spotkaniu z polskimi czytelnikami po tym, jak została laureatką Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.
Spotkanie z noblistką pod hasłem „Zmyślenia i prawda” odbyło się w ramach Festiwalu Bruno Schulza. Prowadziła je Katarzyna Kantner, autorka pierwszej monografii pisarki, zatytułowanej „Jak działać za pomocą słów? Proza Olgi Tokarczuk jako dyskurs krytyczny”. Wcześniej dwa symboliczne klucze do miasta wręczył Oldze Tokarczuk prezydent Wrocławia Jacek Sutryk.
Olgo, witaj w domu – powitał noblistkę. – Oto klucze, które zapewnią bezpieczeństwo ideałom, o których piszesz. Otworzą również bramy dialogu i współpracy europejskiej w dziedzinie literatury.

Kot od Wisławy Szymborskiej
Następnie na scenę zaproszono Michała Rusinka. Ten rozpoczął od żartu:
Jadąc tu, zastanawiałem się, czy nie przywieźć podania o pracę. Mam 15-letnie doświadczenie w pracy dla noblistki… i zaledwie 7-letnią przerwę!
Michał Rusinek w imieniu Fundacji im. Wisławy Szymborskiej podarował Oldze Tokarczuk prezent – figurkę kota. „Chcielibyśmy, by ten kot z pustego mieszkania przeniósł się do pełnego mieszkania”, rzekł nawiązując do słynnego wiersza Szymborskiej. Olga Tokarczuk w tym momencie podzieliła się z tłumnie zgromadzoną publicznością anegdotą związaną ze słynną poetką.

To było w Krakowie, gdy spotkałam się z przyjaciółką w kawiarni. Wszyscy klienci tam obecni, a także obsługa, byli poruszeni, ale bardzo starali się to poruszenie ukryć. Rozejrzałam się po sali i dostrzegłam, że źródłem tego poruszenia była Wisława Szymborska, która siedziała przy jednym ze stolików w głębi. Zamówiłam kawę i również starałam się – tak jak wszyscy – taktownie udawać, że Pani Wisławy wcale w kawiarni nie ma, by sprawić jej komfort. Po chwili czuję lekkie puknięcie w ramię. Odwracam się, a to słynna noblistka! Nachylając się do mnie, mówi: „Pani Olgo, przepraszam bardzo, nazywam się Wisława Szymborska. Nie chcę przeszkadzać, pragnę tylko powiedzieć, że uwielbiam pani »Prawiek«!”. Pani Wisława była niezwykle skromna, kochana. Mam nadzieję, że ta nagroda, którą dostałam – aż boję się wypowiedzieć jej nazwę – sprawi, że nie stracę gruntu pod nogami.
Gdzieś, nigdzie, na autostradzie
Olga Tokarczuk podzieliła się również z publicznością opowieścią o chwili, w której dowiedziała się, że została laureatką Nagrody Nobla.
Teraz, już chyba po 10 dniach od tego wydarzenia, wszystko to przybiera wymiar anegdotyczny… Jechaliśmy wtedy z moim mężem, Grzegorzem, autostradą w Niemczech, zdążając na spotkanie autorskie w Bielefeld. Grzegorz prowadził, ja rozmawiałam przez telefon, załatwiając różne sprawy. Około godziny 12.45 na wyświetlaczu telefonu zobaczyłam połączenie przychodzące, rozpoczynające się od kierunkowego 00 46. Skojarzyłam, że to Szwecja; przez myśl przeszło mi pytanie, czemu dzwoni do mnie ktoś ze Szwecji, a jednocześnie poczułam niezwykłe zdenerwowanie. W telefonie usłyszałam miły męski głos, który jednak wydawał mi się cokolwiek zmartwiony. Właściciel tego głosu powiedział, że ma dla mnie ważną informację: otóż zostałam wybrana laureatką Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za rok 2018. Zaczęłam powtarzać: „nie, nie, nie…!”. A ów głos uparcie: „tak, ależ tak!”. Oczywiście musieliśmy się zatrzymać, skakaliśmy z radości. W końcu dojechaliśmy do Bielefeld, a tam, przed biblioteką miejską, naszym oczom ukazało się zgromadzenie czekających na nas ludzi: czytelników, dziennikarzy, a także burmistrza, uroczyście ubranego w złoty łańcuch. Wszyscy się nami cudownie zajęli – nakarmili, napoili, pozwolili się odświeżyć, a później sprawnie zorganizowali niewielką konferencję prasową. Może to brzmi banalnie, ale ta chwila udowodniła, że literatura otwiera drzwi. Nagle wszyscy się rozumieją, a jeśli ktoś nie rozumie, to znajdzie się inny ktoś, kto przetłumaczy słowa. Literatura nie ma granic, otwiera świat. To było wspaniałe doświadczenie. Niech żyje Bielefeld!

Być jak Maria Curie-Skłodowska
Pisarka zwierzyła się również z początków swojej kariery pisarskiej. Przyznała, że nigdy nie sądziła, iż może dostać nagrodę tej rangi. Jak dzień wcześniej przypomniała jej w rozmowie matka, jej ojciec, choć już dziś nieżyjący, na pewno byłby dumny z córki, bo zawsze namawiał ją do rzeczy nieoczywistych. Stawiał jej za wzór Marię Curie-Skłodowską i zachęcał, by parła do przodu, wychodziła poza narzucony wzór. „Najpierw myślałam, że będę lekarzem misji kosmicznych kolonizujących Marsa. Później, że zostanę fizykiem jądrowym. Niestety, musiałam porzucić te plany, gdy okazało się, że jestem kiepska z matematyki” – żartowała noblistka. „Gdy miałam około 15 lat, ojciec przepisywał dla mnie na maszynie pierwsze, bardzo niewprawne próby prozatorskie. Robił przy tym dziwne miny, po czym wnoszę, że nie bardzo mu się podobały, ale dzielnie tłukł w klawisze”.
Sprint na obcasach
Prowadząca spotkanie Katarzyna Kantner nawiązała również do kontrowersyjnych słów Tokarczuk o Polakach właścicielach niewolników czy biorących udział w czystkach etnicznych. Na pytanie o to, czy nie obawia się zostać autorytetem, bo przecież często zabiera głos w ważnych sprawach, Tokarczuk odpowiedziała:
Nauczyłam się, że literatura używa innego sposobu komunikacji, dlatego zabieranie głosu wprost jest dla mnie często bolesne, przypomina mi sprint na wysokich obcasach. Wybrałam głęboki, skomplikowany sposób komunikacji, który trafia do umysłu, intelektu, a także do serc i intuicji. Siła rażenia w literaturze jest większa niż w prostym ogłaszaniu jakichś prawd, które i tak najczęściej są źle rozumiane. Mogę w tym miejscu przywołać słowa, które ktoś kiedyś powiedział do Miłosza: „Czesiu, ty nie mów. Ty pisz”.

O zakłamywaniu historii
Literatura jest dla mnie jedynym sposobem, by o historii nie mówić w sposób czarno-biały. Gdy miałam 15 lat, przeczytałam Freuda, który był dla mnie jak objawienie. Dzięki niemu uświadomiłam sobie, że rzeczywistość domaga się nieustannej interpretacji, bo choć żyjemy w tym samym świecie, jest mnóstwo punktów widzenia. Tylko literatura pozwala zachować wiele perspektyw. Własne widzenie historii powinno opisać każde pokolenie, bo dla każdego co innego będzie ważne. Dziś nie mogłabym ominąć kwestii braku kobiet w historii, bo ten problem jest mi szczególnie bliski. Za przykład może tu służyć choćby ominięcie roli kobiet w ruchu Solidarności. Jako pisarka historyczna korzystam z wiedzy, jaką mam dzisiaj. Wiedząc o postkolonializmie, dominacji i stosunkach władzy, inaczej odczytamy „W pustyni i w puszczy”. I to nie jest tak, że istnieli źli pisarze – to my się zmieniamy, czytelnik się zmienia, świat się zmienia.
„Po napisaniu »Ksiąg Jakubowych« myślałam, że pora umierać”
Olga Tokarczuk wróciła również myślą do czasu, gdy po kilkuletniej pracy skończyła pisać „Księgi Jakubowe”. „Byłam wtedy bardzo zmęczona, bo proces tworzenia zupełnie mnie wyczerpał. Trafiłam na wizytę do chińskiego lekarza-znachora, który spojrzawszy na mnie, siedzącą zupełnie bez sił na niewielkim stołku, ze zgrozą zapytał: »co takiego pani robiła przez kilka ostatnich lat?! Przecież pani wykorzystała prawie cały swój zasób energii życiowej!«. Faktycznie – uważam, że w tę książkę włożyłam mnóstwo swojej energii. Wtedy, po słowach tego lekarza, pomyślałam, że chyba w takim razie pora umierać”. Jak kontynuowała, pisząc „Annę In w grobowcach świata”, swą ulubioną książkę, nauczyła się korzystać z własnej energii, także siły kobiecej, „dającej życie, ale również gniew i bunt”.

„W przyszłości będziemy się wstydzić, że jedliśmy kiedyś mięso”
Jako wegetarianka i aktywistka walcząca o środowisko i prawa zwierząt Tokarczuk odniosła się również do kwestii duchowości.
Na naszych oczach kompromitują się dotychczasowe kontenery duchowości. Żyjemy w świecie zmiany paradygmatu. Brakuje nam słów. Będziemy musieli zbudować nowy rodzaj rozumienia świata. Tajemnica i metafizyka to nie kwestia Boga, ale poczucia, że istnieje coś więcej. Człowiek jest zwierzęciem, które nieustannie przekracza granice swojej rzeczywistości.
Tokarczuk odpowiedziała również na pytanie o swoją definicję bogów. „Bogowie to potencjały, które w sobie niesiemy” – powiedziała. „Odkrycie swojego potencjału to dla mnie jednocześnie odkrycie swojego boga czy bogini”.
Pisarka odniosła się przy tym do realizmu i dzieł literackich związanych z tym nurtem, przypominając, że w „Lalce” Prus zawarł scenę, w której Ochocki pokazuje Rzeckiemu „metal lżejszy od powietrza”, a Tomasz Mann w „Czarodziejskiej górze” zamieścił opis wywoływania duchów, gdy te duchy faktycznie się pojawiają. „Nie można zawrzeć pełnego opisu realizmu bez choćby krztyny metafizyki. Sama w swej twórczości zacieram granice między realizmem a fikcją. Z wykształcenia jestem psycholożką i uważam, że rzeczywiste jest to, co przeżywamy”.
Im jestem starsza, tym wyraźniej widzę, że granica między człowiekiem a zwierzęciem jest sztucznie postawiona. Z radością przyjęłam wiadomość, że w konstytucji Nowej Zelandii przyjęto zapis stwierdzający, iż wszystkie zwierzęta to istoty czujące. W przyszłości będziemy się wstydzili, że kiedyś jedliśmy mięso. Ono zostanie obłożone wysoką akcyzą, może powstaną meliny, gdzie będzie można je dostać nielegalnie. Jesteśmy częścią natury, tego skomplikowanego łańcucha życia. Dzisiejsza duchowość to inne spojrzenie na naturę, na zwierzęta i w końcu na drugiego człowieka – oraz świadomość, że jesteśmy wielką wspólnotą.

Literatura w erze fake newsów
Rozmowa dotyczyła również kwestii prawdy i fikcji zawartej w literaturze. „Najgorsze pytanie, jakie mogę otrzymać, to pytanie, czy to, co napisałam, to prawda” – mówiła Tokarczuk. „Moim zdaniem to taka warstwa rzeczywistości, która nie jest ani prawdą, ani fałszem. To rodzaj paktu, który zawieram z czytelnikiem. Prawdą jest mit, który się nigdy nie zdarza, ale zawsze się dzieje. Pracuję z nadzieją, że zostanie to zrozumiane przez czytelników. Jak pisał Arystoteles: fikcja jest rodzajem prawdy”. A co jeśli literatura zostanie uznana za fake newsy? – dopytywała prowadząca. „Wyobrażam sobie reżimy, w których fikcja może być zakazana, a literatura, choćby baśnie braci Grimm, ocenzurowana” – odpowiedziała Tokarczuk.
O tym, że literaturę można sprzedać
Noblistka odniosła się także do słów prowadzącej, że „Księgi Jakubowe” to książka wymagająca. „Trochę mnie zmartwiło, że tak mówisz” – odrzekła. „Ale faktycznie dochodzą do mnie informacje, że ludzie nie kończą moich książek” – na te słowa sala zareagowała śmiechem.
Lubię prowokować mojego czytelnika, bo sama cenię książki, które wytrącają mnie ze strefy komfortu. Natomiast nie lubię podziału literatury na gatunki – uważam, że to jej nie służy. Spadają kompetencje czytelnicze, ludzie traktują literaturę rozrywkowo, jak towar na sprzedaż. Mówią: „ja czytam tylko kryminały”, zamykają się na inne książki. Kiedy się prowokuje niedoświadczonego czytelnika, on nie czuje się zachęcony do namysłu, tylko może zareagować agresją.
„Moja poezja? To było strasznie złe”
Choć podczas samego spotkania nie można było zadawać pytań, istniała możliwość wcześniejszego ich przesłania. Katarzyna Kantner zadała kilka z nich. Jedno dotyczyło poezji, którą na początku kariery pisarskiej tworzyła Tokarczuk. „Wstydzę się tego tomiku, to było strasznie złe” – powiedziała szczerze noblistka o „Mieście w lustrach”. „Wykupiłam cały nakład i mam nadzieję, że te wiersze nie ujrzą światła dziennego. Nie mam temperamentu do pisania poezji. Gdy byłam młodsza, naiwnie myślałam, że poeci nie mają czasu pisać prozy. To była moja zemsta na Miłoszu, który napisał, że „więcej waży jedna dobra strofa, niż ciężar wielu pracowitych stronic”.
„A czy mogłaby pani stworzyć autorski rodzaj »bryku« dla czytelników, którzy nie są w stanie przeczytać pani książki do końca?” – zapytał ktoś inny. „Pierwsze pytanie, które mnie załamuje, dotyczy tego, czy moja książka to prawda czy fikcja. Drugie to prośba o to, bym krótko streściła, o czym ona jest” – zażartowała pisarka.

Na koniec prowadząca zapytała noblistkę, czy wyobraża sobie teraz swą podobiznę na popiersiach, monetach, w podręcznikach do historii. „Nie, nie wyobrażam sobie! – odparła Tokarczuk. – No bo jak to, taka w dredach?!”. Wspomniała też, że niebawem czeka ją miesiąc odpoczynku od spraw związanych z Noblem i wyjazd, który będzie okazją do pracy nad rozpoczętą książką. „Jestem jeszcze młoda i mam to szczęście, że dostałam tę nagrodę w wieku, kiedy mogę jeszcze porządzić” – zakończyła.
Spotkanie odbyło się w największej sali Narodowego Forum Muzyki, która może pomieścić 1800 osób. Wielu czytelników nie otrzymało jednak wejściówki uprawniającej do wejścia. Dla nich ustawiono telebim na placu Wolności. „To największe spotkanie autorskie na świecie” – żartował Irek Grin, szef Wrocławskiego Domu Literatury.

komentarze [53]
Renax
To normalka; jedna podgląda druą i małpuje. Podobnie jak z dziećmi; małe dziecko chce salcesonu (gomułkowskiego, czyli prawie niejadalnego) zamiast z wyrzeczeniem zdobytej szynki. Sam wolałem kawałek tłustej golonki z talerza ojca, od swojego mielonego
