-
Artykuły
Czytamy w święta. 3 kwietnia 2026
LubimyCzytać322 -
Artykuły
Weź udział w konkursie i wygraj pakiet książek Callie Hart!
LubimyCzytać24 -
Artykuły
„Odpowiedź kryje się w tobie” – Katarzyna Wolwowicz zdradza, jak ją odnaleźć
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Nowa karkonoska powieść Sławka Gortycha! „ŚWIĘTO KARKONOSZY”- już wkrótce! KONKURS
LubimyCzytać131
2026-04-03
2026-03-29
„Jak mówi stare przysłowie, książka jest »drzwiami do innego, nieznanego świata»”.
Pierwsze drzwi otworzyłam osobiście, odchylając okładki tej powieści. Drugie otworzyła dziewczyna w księgarni „Sakura”, w której aromat kawy, cicha muzyka i imponująca kolekcja książek, przyciągała czytelników.
Wybranych.
Tylko tych, którym księgarnia się ukazywała. Jej pojawienie się w polu widzenia natychmiast przyciągało wzrok. „Stary drewniany budynek był przykryty zielonym, spadzistym dachem, na którego szczycie pysznił się brązowy wiatrowskaz w formie kogucika z dumnie wypiętą piersią”. Przed nim rosła płacząca wiśnia sakura, stąd nazwa księgarni, obsypana kwieciem we wszystkich możliwych odcieniach różu i bieli. Z jej płatków wiatr tworzył „wir zapierających dech w piersi kolorów”.
Spotkanie właścicielki księgarni z czytelnikiem inicjowała właśnie czytana książka.
To jedność tytułu i czasu czytania okazywała się kluczem do spotkania w „Sakurze”. Po kolei generowanych przez cztery powieści z klasyki literatury. Nie zdradzę ich autorów, aby kolejni czytelnicy również mieli przyjemność ich odkrywania. Nawet jeśli już przeczytanych, to na nowo odebranych. Ze świeżym albo odmiennym spojrzeniem na ten element ich przekazu, który autorka wykorzystywała jako główny wątek trudnych doświadczeń w przeszłości swoich bohaterów.
To od ich historii życia zaczynał się magiczny proces zdrowienia.
Autorka wyłoniła z wielu funkcji książki i czytania jedną z najważniejszych w kształtowaniu osobowości i psychiki człowieka – kompensacyjną. Poprzez trudne losy bohaterów przekraczających próg tajemniczej księgarni, zwizualizowała moc uzdrawiania psychiki poprzez wyobraźnię pisarzy i moc słów. Tę profilaktyczną i leczniczą funkcję książki i czytania wskazała również w wybranych tytułach, które z powodzeniem można wykorzystywać w biblioterapii. Dziedziny wspomagającej zdrowie psychiczne człowieka, a jednak mało docenianej w społeczeństwie. Autorka, obudowując taki leczniczy wątek w fabułę, wprowadzając konkretnych bohaterów z problemem destrukcyjnej tęsknoty, żalu, żałoby czy smutku odbierających im radość pełni życia, odtwarzając metaforycznie mechanizm oddziaływania przesłań niesionych przez treść wybranych powieści, umożliwiła prześledzenie naprawczych procesów zachodzących w człowieczej psychice. Unaoczniła trudny i powolny proces rekonwalescencji, łącząc teraźniejszość i realność z tym, co niedotykalne, ulotne, przeszłe i nieuchwytne.
Zdawałoby się – nie do naprawienia.
Realizm magiczny, do którego odwoływała się autorka, pomagał osiągnąć pozornie niemożliwy do zrealizowania cel, jaki sobie wyznaczyła. Pokazać determinującą i sprawczą rolę literatury w rozwoju człowieka poprzez intencjonalne oddziaływanie na jego rozwój czytelniczy. Ujęła ją w klamrze powieści otwieranej i zamykanej sceną z właścicielką księgarni. Na początku z bezimienną dziewczyną w bordowym fartuchu, by w zakończeniu nie tylko poznać jej imię, ale również historię jej życia oraz sens istnienia takiej księgarni jak „Sakura”.
Metafory i artefaktu literatury w tej opowieści.
To w tym wątku filozoficznym autorka umieściła klucz do świata literatury. Do „księgarni ludzkości” dostępnej każdemu. Wystarczy zacząć czytać, bo „książka jest bramą do nieznanego – wita ciepło tych, którzy do niej wkraczają, i przenosi ich do różnych czasów i miejsc”. Daje możliwość odnalezienie tego, czego szuka. Umożliwia konfrontację z tym, z czym sobie nie radzi. Stwarza warunki do zmierzenia się z tym, czego się boi lub lęka. Oferuje lek na ból duszy.
Słowa mają siłę uzdrawiania.
naostrzuksiazki.pl
„Jak mówi stare przysłowie, książka jest »drzwiami do innego, nieznanego świata»”.
Pierwsze drzwi otworzyłam osobiście, odchylając okładki tej powieści. Drugie otworzyła dziewczyna w księgarni „Sakura”, w której aromat kawy, cicha muzyka i imponująca kolekcja książek, przyciągała czytelników.
Wybranych.
Tylko tych, którym księgarnia się ukazywała. Jej pojawienie...
2026-03-22
„To jesteśmy umówieni. Na śmierć i życie”.
Na poparcie obietnicy, złożonej w traumatycznych okolicznościach, każdy z czterech chłopców otrzymał jedną czwartą stuzłotówki z Waryńskim. To było dekady temu podczas szkolnego wyjazdu w góry. Wojtek, Stefan, Jurek i Krzysiek teraz byli dojrzałymi mężczyznami i pracowali odpowiednio jako policjant, dziennikarz, prorektor wyższej uczelni i sędzia. Dotychczas nie kontaktowali się ze sobą, bo rozdzieliła ich proza życia.
Łączyło tylko jedno – fragment banknotu.
Niby kawałek bezwartościowego papieru, a jednak każdy z nich „w najtrudniejszych chwilach, smutku, w nerwach, w chwilach zwątpienia sięgał po ten kawałek papieru i wszystko wracało do normy”.
Symbol umowy, którego moc rzeczywistość postanowiła przetestować.
W życiu każdego z nich pojawiła się nagła, skrajna sytuacja, która połączyła ich ponownie. Tym razem byli dorośli, mieli kontakty, znajomości, władzę i pieniądze, aby wzajemnie sobie pomóc. Jednak los skumulował te potrzeby w jednym czasie, tworząc coraz bardziej zacieśniający się węzeł gordyjski.
Złośliwość losu, przypadek, zbieg okoliczności czy pokłosie zasianego ziarna zła w przeszłości?
Autor początkowo powoli budował fabułę pełną przypadków przydarzających się mężczyznom. Dramatycznych, skrajnych, więc wymagających pomocy aktywującej umowę z przeszłości. Szybko wyjaśnił retrospektywnie, skąd u każdego z nich pojawił się fragment banknotu i jakie były okoliczności jego podziału. Na tym etapie wątek przypominał bardzo motyw rewelacyjnego filmu „Uśpieni” w reżyserii Barry’ego Levinsona. Autor uczynił z niego tytułowe ziarno zła powieści, obudowując je w thriller. Naprzemiennie opowiadane losy czterech bohaterów, którzy wyruszyli w dorosłość obciążeni traumą, tworzyło misternie skonstruowaną zagadkę, meandrycznie prowadzącą do odpowiedzi na wcześniej postawione pytanie.
Trudną do rozwiązania.
Autor inteligentnie gubił tropy, naprowadzając na nowe. Płynnie przechodził z jednego wydarzenia w drugie, wykorzystując ostatnie zdanie jako początek nowej sceny. Wprowadzał poboczne wątki, które pozornie niezwiązane z głównym nurtem historii, okazywały się istotne w ostatecznym rozrachunku. Ukazywał zdarzenia od ich najbardziej bezwzględnej i brutalnej strony, gdzie krew, łzy, sadyzm, ból i cierpienie osiągały wysoki pułap wytrzymałości na nieszczęścia, skumulowane w życiu jednej osoby i pomnożone przez czterech mężczyzn i ich bliskich. Powoli ujawniał sekrety i tajemnice bohaterów, które nie tylko zmieniały kierunek i dynamikę akcji, ale również postawy, zachowania postaci, a przede wszystkim ich profil charakteru.
Nie tylko dobry lub tylko zły.
Autor wyposażył człowieka w tej opowieści w szerokie spektrum wad i zalet. Mieszankę cech, które kierowały chłopcami w okresie nastoletnim, a potem mężczyznami w dorosłości. Determinującymi i definiującymi zachowania i wybory w życiu, tak dobrze rozumianymi, a może nawet tłumaczącymi traumatyczną przeszłością. Tym samym autor umożliwił w jakiejś części utożsamienie się z bohaterami, by uniknąć ich oceny i zmusić czytelnika do zastanowienia się nad istotą zła.
Dla mnie niekoniecznie złem zasianym, jak sugeruje tył.
Raczej nad jego ciągłością i niemożnością określenie momentu siewu. Nad jego nieustannym dziedzictwem w sensie ontologicznym. Bez początku i końca, jak sugerowały rozpoczęcie i zakończenie powieści. Niemożliwe do całkowitego zlikwidowania, ale możliwe do przeanalizowania niszczącego mechanizmu działania przez niego napędzanego. Dokładnie takie przesłanie umieścił autor, ukazując z mistrzowską precyzją dynamiczne i zaraźliwe działanie zła.
Wniosek pozostawiając czytelnikowi.
naostrzuksiazki.pl
„To jesteśmy umówieni. Na śmierć i życie”.
Na poparcie obietnicy, złożonej w traumatycznych okolicznościach, każdy z czterech chłopców otrzymał jedną czwartą stuzłotówki z Waryńskim. To było dekady temu podczas szkolnego wyjazdu w góry. Wojtek, Stefan, Jurek i Krzysiek teraz byli dojrzałymi mężczyznami i pracowali odpowiednio jako policjant, dziennikarz, prorektor...
2026-03-15
Osiem spojrzeń na Polskę i Polaków.
Spoza granic naszego kraju. Oczami sąsiadów mieszkających za miedzą – Litwinów, Białorusinów, Ukraińców, Słowaków, Czechów, Rosjan, Niemców, ale również Polonii. Opinia przedostatnich była mi najbliższa. Mieszkam przy zachodniej granicy, wiec Niemcy byli w moim życiu od zawsze. Najpierw jako podzieleni na „złych” okupantów i na „braci” w komunie, a potem jako cel emigracji politycznej lub ekonomicznej dla moich rodaków. Może dlatego niczego nowego nie dowiedziałam się o niemieckim spojrzeniu na Polaków.
Natomiast coś mnie zaskoczyło.
Problem narkomanii, o którym czytałam jako nastolatka w niemieckim reportażu „My, dzieci z dworca ZOO”, na który zresztą powoływała się autorka „Bezdomnego Berlina” Alicja Staszak. Okazało się, że uzależnienia nadal mają się dobrze, a nawet ewoluowały w bezdomność, której udziałem jest obecnie 100 tysięcy... Polaków. Drugim zaskoczeniem było moje uczucie zażenowania wywołane opowieściami Polaków okradających Niemców.
I w tym zakresie już nie dziwi mnie powszechna opinia równająca Polaka ze złodziejem.
Boli? Ma boleć. Najciekawsze w tym reportażu było oddanie przez autorkę głosu... Polakom mieszkającym w Niemczech na... ulicy. To pozwoliło na samodzielność wnioskowania z faktów i uniknięcia polemiki z Niemcami często odwołującej się do win wojennych. To świetny zabieg zmuszający do autorefleksji zapobiegającej ucieczce przed rachunkiem sumienia, bo jak polemizować z faktem, że bezdomny Berlin Polakami stoi?
Reportaż Diany Wawrzusiszyn skonfrontował mnie literacko.
Jakżeż ja dobrze rozumiałam mieszkańców Wilna stojących w rozkroku między Polską a Litwą i decydujących się na tożsamość wypośrodkowaną. Ta postawa mieszkańców Wilna nie była dla mnie współczesna, a odziedziczona, ponieważ sięga ona ponad wiek wstecz. Problem tożsamościowy ludzi tych ziem podnosił niezrównany erudyta Michała Römer w swoich sześciotomowych „Dziennikach” obejmujących lata 1911-1945, już wówczas postulujący pojęcie „mieszkańca Wileńszczyzny”. Współcześni mieszkańcy tylko kontynuują ten pogląd, mówiąc autorce – „W Polsce nie czuję się jak w domu. Teraz moją ojczyzną jest Litwa. Ale nie czuję się Litwinem”. Wybierają trzecią drogę tożsamości – Wilniuka mówiącego socjolektem wileńskim.
Rodzinnie najbliższy sercu były mi dwa reportaże z Ukrainy.
Emocjonalne, bo poruszające zagadnienia z historii współistnienia zawarte miedzy II wojną światową a obecną wojną w Ukrainie. Poznawane problemy i tematy autorki Magadalena Rigamonti i Katarzyna Barczyk-Sikora badały z niezwykłą delikatnością, a w przypadku tej ostatniej z pobudek rodzinnymi. Trochę po to, aby poznać przeszłość własnych bliskich w rodzinie, a trochę, by zrozumieć genezę skomplikowanych i bolesnych relacji obu narodów.
Chociaż każdy z tych reportaży był inny, to łączyło je jedno.
Trudne pytania.
Nie tylko o to, co łączy, ale przede wszystkim o to, co dzieli. Zadawane delikatnie, z wyczuciem, czasami z zaskoczenia, ale z uważnością. Reporterzy portalu Onet.pl podjęli się bardzo wrażliwego i złożonego zadania, ponieważ musieli dotknąć czasami jeszcze niezabliźnionych ran po obu stronach. Poruszyć tematy z konkretnymi osobami, za którymi stały indywidualne historie. Często makabryczne. Wejść „tak naprawdę w głąb ludzkich wspomnień, tęsknot i marzeń”. Mieli jednak świadomość, że tylko takie subiektywne odpowiedzi umożliwią pozyskanie obiektywnego spojrzenia, które może zostać skonfrontowane z polskim.
Może zmusić do refleksji.
Ten cel został osiągnięty. Wszystkie opowieści dostarczyły bogatego materiału do rozważań, korekty posiadanych informacji, a przez to zmiany uprzedzeń, uzupełnienia luk w wiedzy, uświadomienia pomijanych lub wypieranych faktów i ich zestawienia ze sobą. Do aktualizacji współczesnego obrazu Polaków i Polski oraz wzajemnych relacji z sąsiadami. Do zrozumienia, że w wirze historii ludzie byli pyłem uniesionym ponad geograficznymi i politycznymi granicami, których płynność na przestrzeni dziejów sprowadza się do jednego – człowieka.
Zobaczyć go w drugiej osobie ponad podziałami to efekt i największy sukces tych reportaży.
Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
naostrzuksiazki.pl
Osiem spojrzeń na Polskę i Polaków.
Spoza granic naszego kraju. Oczami sąsiadów mieszkających za miedzą – Litwinów, Białorusinów, Ukraińców, Słowaków, Czechów, Rosjan, Niemców, ale również Polonii. Opinia przedostatnich była mi najbliższa. Mieszkam przy zachodniej granicy, wiec Niemcy byli w moim życiu od zawsze. Najpierw jako podzieleni na „złych” okupantów i na „braci”...
2026-03-09
„Z jego troski zrobiła coś toksycznego. Z nadziei – obsesję. Z potrzeby kontaktu – stalking. Z bezradności – agresję”.
Kto?
Tutaj należałoby zapytać – co? Otóż... książka! Lucas trafił na jej promocję, lecąc w samolocie. Reklama ciekawie brzmiącego tytułu obiecywała – „Dzięki tej książce poznasz sekrety, o których nie mówi nikt. Prawdziwe życie. Prawdziwe ryzyko i duże pieniądze”.
Dokładnie tego ostatniego szukał Lucas.
Był zdesperowany. Właśnie zamknął swój rozczarowujący etap życia w Chicago z zamiarem rozpoczęcia nowego w Las Vegas. Miał dosyć dotychczasowej bierności, powtarzalności, rutyny, czekania na nienadchodzące, bezsensu, bezradności i własnego nieudacznictwa w pogoni za bogactwem. W Vegas chciał skorzystać z szansy na wielką wygraną, a tym samym zmianę statusu materialnego na lepszy. To dlatego bez wahania zdecydował się na pobranie aplikacji, by móc zacząć czytać „Ideę Cieni” – stąd tytuł powieści.
Szybko przekonał się, że otworzył puszkę Pandory.
To nie była zwykła książka. Odsłuchiwany audiobook mówił o nim. „Dokładnie to, co robił w tej sekundzie. Nie opis czyjegoś wspomnienia. Nie przyszłość, nie przeszłość. Tylko to, co działo się tu i teraz”. Nawet nie zorientował się, w którym momencie przestał czytać, a książka zaczęła czytać jego. I to w czasie rzeczywistym. Kiedy został wciągnięty w wir zmieszanych wydarzeń fikcji i realiów, w którym stawką stało się najpierw jego bezpieczeństwo, a potem życie. Zdecydowanie było już za późno, kiedy zrozumiał, że „wplątał się w coś, czego nie potrafił pojąć”. Fikcja „wymknęła się spomiędzy kartek i stała się rzeczywistością”. Przerażającą.
A może na odwrót?
Autor, wykorzystując typ powieści szkatułkowej, skonstruował fabułę, którą można byłoby scharakteryzować jednym zdaniem – książka o książce, a w tej książce jeszcze jedna książka w moich dłoniach. Opowieść rozpoczął od mocnego, ale zagadkowego prologu opisującego opresyjną czynność czytania, sugerującego, że nie będzie to tylko thriller psychologiczny, jak przeczytałam na okładce książki, ale również technologiczny. Nie zaskoczyło mnie to, ponieważ doświadczyłam tego w autorskim debiucie „Kod Pixeli”. Taki dobór formy przekazu okazał się bardzo przemyślaną koncepcją w budowaniu konstrukcji opowieści mającej unieść mocny przekaz filozoficzny.
Do jego zrozumienia trzeba było jednak podążyć za głównym bohaterem Lucasem. Chociaż bardziej pasowałoby tu określenie – pobiec, by nadążyć za dynamiką akcji. Jej szybkie tempo wyznaczały główne wątki o charakterze śledczym i sensacyjnym, w których bohaterowie próbowali w tajemnicy przed innymi osiągnąć własne cele. Niekoniecznie tożsame z innymi. Tajemnice, sekrety, niedopowiedzenia, kłamstwa ujawniane w miarę poznawania bohaterów, nagle zmieniały kierunek akcji, wytyczając jednocześnie nowe. Ciekawym zabiegiem nie było ich wyjaśnianie na końcu historii, ale kończenie w trakcie opowieści, by rozpocząć zupełnie nowe. Zawsze w biegu, w poczuciu niebezpieczeństwa i ogromnej niepewności w permanentnej pogoni albo ucieczce. Przypominało to osiąganie minicelów w grze komputerowej lub baśni z zadaniami do wykonania, by przejść na wyższy poziom i otrzymać nagrodę. To właśnie ona, wielka niewiadoma, a jednocześnie przyczyna całego zawirowania, trzymała uwagę w niezmiennym napięciu. Jej odkrycie, rozpakowanie i poznanie okazało się równie ważne, jak sam bohater.
Artefakt współczesnego człowieka.
To jego postępowanie, światopogląd, osobowość, charakter, wartości, wybory, których dokonywał i czyny za nimi idące oraz powolny proces jego przemiany, a tym samym priorytetów życiowych, były tak naprawdę najważniejsze w tej historii. Wnikliwa opowieść, niczym dobry film prosto z Hollywood, o człowieku, z którym można było się łatwo utożsamić. Z całym dobrodziejstwem wad i zalet. Dotyczyło to również pozostałych bohaterów. Złożonych tak psychicznie, jak tylko potrafi być człowiek i jego umysł. Spektrum różnorodności typów ludzkich z pogłębioną psychiką i historią za nimi stojącą okazało się bardzo dobrym i niezbędnym materiałem poglądowym do zrozumienia przesłania tej powieści.
Wybrzmiewającej na końcu niczym filozoficzny miniwykład na temat... człowieczeństwa.
To dlatego autor umieścił powieść w klamrze dwóch podobnych scen, z których ostatnia tłumaczyła niepokojący prolog. Również to, co wydarzyło się w fabule umieszczonej między nimi. Ułatwiała zrozumienie istoty problemów współczesnego społeczeństwa w dobie rozwijającej się technologii ukrytych za kotarą świetnej rozrywki. Z jednym wnioskiem – człowieczeństwa nie da się zamknąć w definicji, można je tylko poczuć.
Powieść daje tę szansę.
naostrzuksiazki.pl
„Z jego troski zrobiła coś toksycznego. Z nadziei – obsesję. Z potrzeby kontaktu – stalking. Z bezradności – agresję”.
Kto?
Tutaj należałoby zapytać – co? Otóż... książka! Lucas trafił na jej promocję, lecąc w samolocie. Reklama ciekawie brzmiącego tytułu obiecywała – „Dzięki tej książce poznasz sekrety, o których nie mówi nikt. Prawdziwe życie. Prawdziwe ryzyko i...
2026-03-01
„Ta książka powstała właśnie po to, byśmy w labiryncie pytań i emocji wspólnie poszukali drogowskazów”.
By zobaczyć, co kryje się za krzyczącymi nagłówkami w mass mediach: „Epidemia singlozy się nasila! Do 2030 roku co trzeci Polak będzie singlem”, „Liczba małżeństw w Polsce drastycznie spada, a cierpi na tym dzietność”, „Singloza w natarciu. Dlaczego coraz więcej Polek i Polaków wybiera życie solo?” Stworzyły ją dwie osoby – terapeutka i redaktorka portalu randkowego Sympatia.pl. Publicystki, które kilka lat temu napisały wspólnie „Miłość na celowniku”. Wtedy wierzyły, że „wystarczy dać ludziom dobre rady i trochę wsparcia, by poczuli się pewniej w świecie randkowania. Że jeśli zrozumieją siebie i nauczą się świadomie budować relacje, to udany związek będzie kwestią czasu”.
Nie wzięły pod uwagę jednego czynnika.
Bardzo ważnego, bo zmieniającego proces tworzenia relacji i jakość randkowania – świat wirtualny. A tym samym zjawisk mu przynależnych. Chcąc dookreślić charakter współczesnych relacji, status singla, pojęcie kryzysu miłości i odpowiedzieć na pytanie – „dlaczego tak wielu ludzi błądzi w labiryncie pragnień i leków”, poprosiły o wsparcie ekspertów.
Wywiady z nimi tworzyły pierwszą część publikacji.
Socjolożka, psycholożka, seksuolog kliniczny, psychiatrka, psychotraumatolożka i psychoterapeuta w swoich odpowiedziach na pytania stawiane przez autorki, zawarli najnowszą wiedzę na temat relacji, miłości, samotności, seksualności i przemian społecznych mających na nie różnorodny wpływ. Podzielili się informacjami zmieniającymi dotychczasowe spojrzenie na osoby żyjące samotnie z własnego wyboru lub szukające partnera. Na problemy, z którymi borykają się z różnych powodów, od traumy począwszy na wyglądzie i samoakceptacji skończywszy. Również o emocjonalnych konsekwencjach życia w świecie wirtualnym i odwadze pozostania w nim sobą. Także o potrzebach obu stron w budowaniu relacji oraz o lękach i obawach, ale i nadziei w kreowaniu przyszłości.
Nierzadko obalając mity dotyczące poruszanych tematów.
Szczególnie miłości, ale też powszechnie powielanych sloganów określanych pojęciem „sinlgozy”. Dla łatwiejszego przyswajania tej konkretnej wiedzy, autorki każdy wywiad kończyły podsumowaniem w formie wniosków. Najważniejszych myśli wartych szczególnego zapamiętania.
Dopiero z tą wiedzą można było przejść do części drugiej.
Autorki określiły ją jako poradnik umożliwiający przyjrzenie się sobie. Przyłożenie jego wskazówek, zaproponowanych ćwiczeń i inspiracji do własnych doświadczeń i przeżyć, pomagających „lepiej rozumieć siebie, ale też odważniej budować więź z drugim człowiekiem”.
Bazą wyjścia do rozważań w formie wspólnej dyskusji stały się wyniki własnych badań socjologicznych.
Autorki przeprowadziły je pod nazwą „Wartości i wybory singli w 2025 roku” z udziałem 505 osób w wieku 18-66 lat. Jego wyniki pozwoliły na rozpoznanie potrzeb, poglądów i oczekiwań singli oraz omówienie ich tematycznie. Powołując się na zebrane dane statystyczne, autorki przeanalizowały zagadnienie autoprezentacji, flirtu, oczekiwań, miłości, gotowości na zmiany, nieśmiałości, lęku, rozczarowania, randkowania online i sztuki pierwszych kroków w związku. Każdy z rozdziałów zaopatrzyły w testy, wskazówki i rady, które, dostosowane do indywidualnych potrzeb, mogły ułatwić wyjście ze statusu singla.
Trochę uspokoiło mnie to opracowanie.
Głównie dlatego, że autorki analitycznie, wykorzystując najnowszą wiedzę specjalistów, doświadczenia singli cytowane z otrzymanych mejli i własne badania, przyjrzały się polskim singlom oraz sformułowały wnioski dalekie od powszechnych opinii budowanych tylko na nie zawsze wiarygodnych informacjach medialnych. Warto się im przyjrzeć, by dojść do jednego wniosku.
Dla mnie najważniejszego.
Miłość ma się dobrze. Na pewno nie umarła, tylko uległa ewolucji. Jej obecny charakter autorki ujęły we wniosku – „Nie chodzi więc o wybór między związkiem a samotnością, ale o umiejętność budowania satysfakcjonującego życia – takiego, które jest pełne niezależnie od statusu związku. Bo tylko wtedy możemy autentycznie wybrać: czy chcemy to życie z kimś, czy cieszyć się nim w pojedynkę”. Z jednej strony myśl niby rewolucyjna, a z drugiej brzmi, jak tylko przypomnienie tego, co psychologia powtarza od zawsze – aby zbudować stabilny związek, potrzeba dwóch osób z dobrą relacją z samym sobą.
I tu pojawia się inne pytanie.
Co dzieje się z naszym społeczeństwem, że tak wiele osób, stawiając na jakość relacji, ma problem z odnalezieniem „zdrowej” osoby z umiejętnością jej budowania i podtrzymywania?
Jednak to już temat na zupełnie inną książkę.
naostrzuksiazki.pl
„Ta książka powstała właśnie po to, byśmy w labiryncie pytań i emocji wspólnie poszukali drogowskazów”.
By zobaczyć, co kryje się za krzyczącymi nagłówkami w mass mediach: „Epidemia singlozy się nasila! Do 2030 roku co trzeci Polak będzie singlem”, „Liczba małżeństw w Polsce drastycznie spada, a cierpi na tym dzietność”, „Singloza w natarciu. Dlaczego coraz więcej Polek...
2026-02-26
„Za jakie grzechy mnie to wszystko spotkało? No za jakie?”
Te pełne goryczy i żalu pytania jednej z bohaterek trzech opowieści najczęściej mają charakter retoryczny. Otoczenie wtedy automatycznie rozumie, że takich przewinień absolutnie nie było.
Jednak, czy aby na pewno?
Autor stworzył trzy nowele, w których, niczym w lustrach, można było się jakby w fokusie sumienia, wyraźnie i dokładnie przyjrzeć. Wśród wielu bohaterek, wciągniętych na własne życzenie lub wbrew sobie w spiralę wydarzeń, zobaczyć siebie.
To mogła być Anna, która swoim darem przewidywania zburzyła życie innej kobiety. Iwona, która, kierowana silną potrzebą poznania nigdy niewidzianego syna, naraziła na niebezpieczeństwo siebie i innych, ignorując ostrzeżenia. Renata odkrywająca w nowym miejscu drugą, dotychczas niewidzialną siebie. Beata szukająca miłości potępianej i piętnowanej przez sąsiadów. Magdalena realizująca cele „po trupach”. Monika zaczynająca wierzyć w siebie i w miłość kiedyś nie dla niej.
Łączyło je jedno.
Wszystkie chciały być szczęśliwe. Każda z nich realizowała obrany cel na swój sposób i swoje możliwości, kierując się życiowymi wartościami. Przynajmniej tak im się wydawało. Silna potrzeba wypełnienie poczucia pustki w życiu oślepiała je, uniemożliwiając zobaczenie skutków własnego postępowania. Kusiła, by zboczyć z drogi lub pójść na skróty. Zniekształcała pojmowanie uznawane wartości, zostawiając za sobą ofiary.
W każdym przypadku autor postawił pytanie – czy cel uświęca środki?
Pomaga odpowiedzieć na nie jednoznacznie. Skonstruował ku temu trzy proste, dydaktyczne nowele z wyrazistymi bohaterkami, ale ze skomplikowanymi osobowościami ukształtowanymi przez trudną, a nawet traumatyczną przeszłość. Fabułę zbudował ze scen następujących po sobie jak odrębne stop-klatki. To powodowało skupienie uwagi na głównych wątkach trzech historii niosących konkretne przesłania i zmuszające do sformułowania jednoznacznych wniosków. Pozostałe elementy fabuły, jak sprawozdawcza narracja czy oszczędność środków wyrazu, służyły tylko do podkreślenia tego, akcentując wybrzmienie końcowego morału domyślnego. Również zarysowane tło społeczne z aktualnymi zagadnieniami, jak: alkoholizm, dewocja czy ostracyzm na tle orientacji seksualnej.
Całość przypominała szerzej rozbudowane historie publikowane w popularnych kobiecych czasopismach.
Wszystkie trzy pozostawiały czytelnika z wyraźną wskazówką – nie tylko dokąd zmierzać w życiu, ale i jak to robić, by nie zostawić po sobie spalonej ziemi i zerwanych mostów. Z odpowiedziami, w postaci listy krzywd uczynionych innym, na pytania postawione na początku wpisu – za jakie grzechy?
Warto zajrzeć do tego lustra-książki i poddać się testowi rachunku sumienia.
naostrzuksiazki.pl
„Za jakie grzechy mnie to wszystko spotkało? No za jakie?”
Te pełne goryczy i żalu pytania jednej z bohaterek trzech opowieści najczęściej mają charakter retoryczny. Otoczenie wtedy automatycznie rozumie, że takich przewinień absolutnie nie było.
Jednak, czy aby na pewno?
Autor stworzył trzy nowele, w których, niczym w lustrach, można było się jakby w fokusie...
2026-02-22
Historia zatoczyła krąg, kreśląc Uroborosa losu z wyraźnie zaznaczonym połączeniem, czyli tytułową spoiną.
Losu Apejrona, który z dumą mógł wrócić do imienia Andrzej, chociaż w zakładzie psychiatrycznym nazywano go Nietzsche. Profesor i wykładowca akademicki znalazł się w gnieźnieńskim szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych zwanym potocznie „Dziekanką” po nagłym ataku nerwowym. To tam pod okiem doktora Widzego miał na nowo przepracować wypartą przeszłość i zamrożone wspomnienia, by zrobić pierwszy krok w proces zdrowienia. Powrócić do domu, czyli... siebie.
Jednak tym razem nie on miał grać pierwszoplanową rolę.
Dramatyczne dzieje mężczyzny znałam już z dwóch poprzednich części tryptyku „Złuda” i „Krótka historia nikczemności”. W jego ostatniej odsłonie miałam z kolei dowiedzieć się, ku czemu one prowadziły i dlaczego skupienie się na tragedii Apejrona doprowadzające mężczyznę do załamania psychicznego, zajęło aż dwie odsłony tego tryptyku.
Autorka miała w tym dobrze przemyślany cel.
Pokazać zagubionego (według psychiatrii zaburzonego) człowieka od strony ludzkiej i filozoficznej, bo być może tacy, jako on „potrafią dotknąć absolutu, do którego my, »normalni«, nigdy nie dostaniemy klucza”. To dlatego akcję ostatniej części umieściła w zakładzie psychiatrycznym, wprowadzając czytelnika w wymiar odmiennej, a przez to mało dostępnej dla większości, rzeczywistości widzianej oczami pacjenta. To pozwoliło na odnalezienie zagubionego albo wyprostowanie wypaczonego spojrzenia na osobę psychicznie chorą jako człowieka tonącego w bezmiarze tragizmu świata roztrzaskanego na drobne kawałki.
Na emocjonalne dotknięcie rany, by „uwierzyć”, czyli poczuć.
Ten uniwersalny język emocji zrozumiały dla wszystkich czujących istot przekładający chaos świata uprzedzonego na opowieść, pozwolił na zrozumienie stanu nie tylko Apejrona, ale i jego współpacjentów z nieformalnymi „imionami” silnie sugerującymi historie stojące za każdym z nich – Hioba, Diogenesa, Gandalfa, Parakleta, Chopina czy Prometeusza. Odkrywającymi ich człowieczeństwo, którego odmawiało im społeczeństwo włącznie z psychiatrami. Śmiem twierdzić, że nadal odmawia.
Autorka w tym odzieraniu z uprzedzeń poszła dalej.
Spojrzała szerzej na dotknięte „szaleństwem” osoby, bo z punktu widzenia historii, w której tacy ludzie ponosili najwyższe konsekwencje wymierzone przez decydentów stojących na czele narodów, wprowadzając światopogląd eugeniki w czyn. Nie tylko Niemców, ale również narodów europejskich. W tym Polski. To dlatego autorka wykorzystała w fabule nazistowską historię gnieźnieńskiego szpitala psychiatrycznego, czyli „Dziekanki”, gdzie w okalających go lasach badacze nadal odkrywają kolejne „doły śmierci”. Miejsca pochówku ponad 3500 osób „uznanych za »życia niewarte życia«”.
To w tym celu wymieszała fikcję z prawdą.
Zakotwiczyła wszystkie fikcyjne wątki w realiach II wojny światowej i nazizmu, by ukazać ogrom tragedii ludzi nieumiejących bronić swojego człowieczeństwa, a przez to skazanych na „kulturę szlachetnej amnezji”.
Oddać głos współczesnym Apejronom, Hiobom, Diogenesom, Gandalfom, Parakletom, Chopinom, Prometeuszom oraz pacjentom z „dołów śmierci”.
Jednocześnie przynajmniej zachwiać nastawieniem czytelnika, którego uosabiał doktor Widze zmieniający swoje nastawienie do pacjentów w miarę ich poznawania na pełne empatii. Lekarza uświadamiającego sobie z czasem, że lekarstwem na chorobę jego pacjentów od zarania dziejów zawsze był drugi człowiek.
Autorka odkrywała bolesną ranę każdego z bohaterów subtelnie, uważnie, delikatnie, z ogromnym szacunkiem i czułością uwidocznianą w dialogach, przemyślanej w swojej niejednorodności konstrukcji powieści z trzema liniami czasowymi oraz w różnorodności form jej narracji. Wiedza filozoficzna z naciskiem na ontologię i aksjologię oraz psychologiczna, w jaką wyposażyła swoich bohaterów podczas rozmów, umożliwiała dyskusje na tematy egzystencjalne oparte na światopoglądach znanych filozofów i psychoanalityków (w tym myśli psychiatry Viktora Frankla, który zdał egzamin z teorii w obozie koncentracyjnym jako jego więzień, opisanym we wspomnieniach „Człowiek w poszukiwaniu sensu”), próbując odpowiedzieć na odwieczne pytanie o sens życia jako szeroko pojętego bytu.
Ciężar i powagę zagadnień pomagał unieść wysublimowany humor.
To on pozwalał dystansować się od emocji, ponieważ wynikał z niezwykle inteligentnego połączenia erudycji autorki z umiejętnością dostrzegania absurdu, ironii, ciętej riposty precyzyjnie wplecionych w wymianę myśli między bohaterami.
To umyślny zabieg autorski ukazujący ukrytą głębię i zagadkę umysłu człowieka z etykietą „wariat”.
Ludzi, którzy nie tyle utracili zmysły, ile „gubią siebie w tysiącach odłamków” chaosu świata napędzanego wirami wydarzeń na poziomie jednostkowym, jak i historycznymi na poziomie społecznym. Z ostrzeżeniem, że załamanie nerwowe nie wybiera. Może dotknąć profesora i rolnika. Łączy ich jedno – są ludźmi. W pełnym wymiarze człowieczeństwa, a choroba psychiczna im w tym nie umniejsza. Umniejszają tylko inni. Tacy jak Wiktor Ratka. Lekarz-morderca i „biegły” eksterminacyjnej akcji „T4”. Obłąkany? Kto nim naprawdę jest? Gdzie zaczyna się i kończy szaleństwo? – odpowiedź na te pytania czytelnik musi znaleźć sam. Jak i na każde z wielu innych, bo jest w tej opowieści ich bardzo dużo. Autorka dostarczyła wystarczająco materiału, by móc na nie odpowiedzieć, a przynajmniej spróbować.
W tym kontekście tryptyk należy czytać koniecznie w całości.
naostrzuksiazki.pl
Historia zatoczyła krąg, kreśląc Uroborosa losu z wyraźnie zaznaczonym połączeniem, czyli tytułową spoiną.
Losu Apejrona, który z dumą mógł wrócić do imienia Andrzej, chociaż w zakładzie psychiatrycznym nazywano go Nietzsche. Profesor i wykładowca akademicki znalazł się w gnieźnieńskim szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych zwanym potocznie „Dziekanką” po nagłym ataku...
2026-02-15
„Co się stało? Spodziewam się dziecka”.
Ta krótka wymiana zdań między kobietą a mężczyzną, stawiającą głównego bohatera przed dylematem – być ojcem czy nie – stała się zapalnikiem wywołującym kolejną scenę, a właściwie traumatyczną życiowo sytuację. Mężczyzna pod wpływem emocji opuścił wagon metra i wszedł w korytarze podziemi, by jak najszybciej wyjść z nich i udać się do szpitala, skąd dzwoniła jego partnerka. W rytm Boléra Maurice’a Ravela przemierzane metro powoli zamieniało się w labirynt podobny do zapętlenia linii melodycznej utworu. W miejsce horroru psychicznego z jasnymi zasadami, które mężczyzna przeczytał na tablicy informacyjnej:
„Znaleźć coś nieprawidłowego.
Jeśli znajdę coś nieprawidłowego, mam zawrócić.
Jeśli nie, mam iść dalej.
Gdy będę tak postępował, cyfry zaczną stopniowo rosnąć, z 1 na 2, z 2 na 3 i tak dalej, aż dotrę do wyjścia nr 8”.
Wydawałoby się, że z bardzo prostymi. Ich logika gwarantowała zagubionemu poradzenie sobie z ich zastosowaniem. Wszak pracował jako programista.
A jednak się zgubił!
Powieść, bazując na prostej historii zagubienia się człowieka w korytarzach metra, a ta z kolei na grze komputerowej pod tym samym tytułem, tworzyła niezwykle rozbudowaną i misternie skonstruowaną nadbudowę filozoficzną o życiu i poczuciu człowieczego szczęścia w nim. Metro, zgubienie się, zasady, pojawiające się kolejne postacie drugoplanowe były artefaktami lub symbolami życia, losu, poszukiwania sensu, przyszłości, wartości, celu i szczęścia. Każda scena, pełna dygresji retrospekcyjnych oraz wybiegających w przyszłość, analiz zachowań i dokonanych wyborów czy decyzji, prowadziła do ukazania konsekwencji odzwierciedlających człowiecze zachowania i ich skutki w rzeczywistości realnej. Poczucie wrażenia zapętlonej pułapki, niczym w filmie „Dzień świstaka”, potęgowane przez plakat z pracą Mauritsa Cornelisa Eschera interpretujący Wstęgę Möbiusa, Boléro Maurice’a Ravela, labirynt podziemi, powielanie scen, nawiązania do „Boskiej komedii” Dantego Alighieri, oddawało poczucie piekła życia człowieka, który „dzień w dzień bezrefleksyjnie powtarza ten sam zapętlony schemat zachowania, odwracając wzrok od wszystkiego, co niewygodne”.
Konformizm mężczyzny „zesłał” go do „piekła”.
Do miejsca igrającego z ludzkim umysłem, które „wykorzystuje nasze słabości, zmusza do wyznania win, do analizowania ich wciąż od nowa i do wzbudzania w sobie skruchy”, by ostatecznie uświadomić sobie ten stan – stąd zejście w podświadomość symbolizowane przez powieściowe podziemia metra. Chłopiec, którego dorosły spotyka w trakcie poszukiwania wyjścia nr 8, było jego wewnętrznym „ja”. Wewnętrznym dzieckiem, które jeszcze nie utraciło pierwotnego, czystego, uważnego spojrzenia na rzecz obojętności.
To ono było nadzieją na wyjście z piekła pułapki labiryntu.
Na uwolnienie się z okowów zobojętnienia na otaczający go świat. Na wyjście ze strefy komfortu skazującej go tylko na śnienie o szczęściu. Nie bez powodu autor ujął duszną, przytłaczającą i klaustrofobiczną emocjonalnie historię w klamrę dwóch podobnych scen rozegranych w wagonie metra. To, co wydarzyło się czasowo między nimi w trakcie błądzenia, stworzyło wartość dodaną – znaczącą różnicę. Jednocześnie odpowiedź na pytanie – jak wyjść?
Jak żyć?
Każdy z nas może znaleźć w tym labiryncie inną odpowiedź. Ważne, żeby doprowadziła do wyjścia, czyli zmusiła do wyjścia ze strefy komfortu. Do wyrwania się z poczucia kręcenia się w kołowrotku chomika, by wreszcie zrobić krok w przyszłość, bo „wymarzone życie jest jedynie rezultatem trudnych wyborów, czy iść dalej naprzód, czy zawrócić”.
Piekielnie trudnych wyborów, mimo że zasady są jasne i logiczne.
naostrzuksiazki.pl
„Co się stało? Spodziewam się dziecka”.
Ta krótka wymiana zdań między kobietą a mężczyzną, stawiającą głównego bohatera przed dylematem – być ojcem czy nie – stała się zapalnikiem wywołującym kolejną scenę, a właściwie traumatyczną życiowo sytuację. Mężczyzna pod wpływem emocji opuścił wagon metra i wszedł w korytarze podziemi, by jak najszybciej wyjść z nich i udać się...
2026-02-13
„To o wiele więcej niż książka. To mapa powrotu do siebie”.
Powyższa rekomendacja Mel Robbins, amerykańskiej prawniczki, autorki podcastów i poradników motywacyjnych, umieszczona na okładce tego poradnika psychologiczno-motywacyjnego to nie slogan.
To realna propozycja i koło ratunkowe uznanej „psychiatrki, naukowczyni i liderki zdrowia psychicznego”. Autorki przedstawionej na okładkowym skrzydełku w bardzo skondensowanym skrócie, bo lista jej działań, osiągnięć i nagród w dziedzinie psychiatrii i psychologii człowieka obejmowała dwie strony biogramu zamieszczonego w książce.
To bardzo ważna informacja dla czytelnika.
Dawała pewność, że wiedza, z którą się podzieliła, pochodzi z profesjonalnych badań własnych stosowanych w praktyce zawodowej. Podjęła się tego pionierskiego kroku naukowego z dwóch powodów – sama doświadczyła depresji wysokofunkcjonującej (w Polsce nazywana również maskowaną lub uśmiechniętą) oraz braku jakichkolwiek badań nad tą chorobą. Szukając ratunku dla siebie, napisała – „Ciągle trafiałam na opinie ekspertów, którzy twierdzili, że depresja wysokofunkcjonująca nie istnieje”. Po odkryciu tej białej plamy w nauce zdecydowała się na poprowadzenie badań w nowojorskim ośrodku Manhattan Behavioral Medicine.
Poradnik stał się ich pokłosiem i zwieńczeniem.
Całą zdobytą wiedzę sprawdzoną praktycznie podzieliła na dwa główne rozdziały – teoretyczny i praktyczny. W pierwszym, niezbędnym do zrozumienia dalszych treści, wyjaśniła, na czym polega depresja wysokofunkcjonująca i czym różni się od depresji zwykłej, formułując jej definicję, podając źródła przyczyn oraz objawy. Pozwoliło jej to na opracowanie trzech kwestionariuszy, pomagających zdiagnozować chorobę oraz jej stopień zaawansowania.
W drugim rozdziale rozwinęła zagadnienia praktyczne.
Zawarła w nim i omówiła terapię, którą nazwała Pięć W. Przybliżyła jej etapy oraz stosowane w niej narzędzia i metody pozwalające pacjentom wrócić do zdrowia. Jak sama napisała – „Pięć W to metoda oparta na dowodach i moim doświadczeniu w pracy z różnymi grupami wiekowymi, a także rezultat finansowanych ze środków publicznych badań, które zaprowadziły mnie do ponad trzydziestu krajów”.
A wszystko to w przyjaznej atmosferze narracji.
Wspierającej i motywującej do działania dla własnego dobra. Autorka budowała ją poprzez nawiązania do osobistych przeżyć, działań i zachowań, a także do historii chorób swoich pacjentów. Dawała do natychmiastowego wykorzystania kwestionariusze, narzędzia oraz ćwiczenia do określenia swojego stanu psychicznego i monitorowania postępów. Faktycznie stworzyła mapę prowadzącą krok po kroku w „powrocie do siebie”, pełniąc funkcję jej życzliwej przewodniczki z ogromną wiedzą.
Mnie zaciekawiły w tej publikacji dwa bardzo aktualne zagadnienia.
Pierwsze – profilaktyka zdrowia psychicznego w zakresie nie tyle zachorowania na depresję wysokofunkcjonującą, ile w ogóle na depresję (w tym sensie polecam opracowanie każdemu), poprzez monitorowanie sześciu kluczowych wskaźników życiowych czyniących życie zrównoważonym w ich holistycznym podejściu do człowieka. Wśród sześciu wymienionych zauważyłam drugi bardzo ciekawy i ważny temat – relacje z mediami społecznościowymi. To dlatego w dodatku dołączonym do książki autorka podała opracowaną przez siebie metodę zdrowego korzystania z technologii informacyjnej i komunikacyjnej, pozwalającej na wypracowanie zwyczajów i nawyków chroniących przed jej negatywnym wpływem.
Nazwała ją R.E.S.E.T.
Autorka z powodzeniem stosuje ją w pracy z dorosłymi oraz młodymi pacjentami i chociażby dla tej metody warto sięgnąć po ten bardzo praktyczny i profilaktyczny poradnik.
naostrzuksiazki.pl
„To o wiele więcej niż książka. To mapa powrotu do siebie”.
Powyższa rekomendacja Mel Robbins, amerykańskiej prawniczki, autorki podcastów i poradników motywacyjnych, umieszczona na okładce tego poradnika psychologiczno-motywacyjnego to nie slogan.
To realna propozycja i koło ratunkowe uznanej „psychiatrki, naukowczyni i liderki zdrowia psychicznego”. Autorki ...
2026-02-08
Reportaż historyczny „zawiera wyraziste opisy skutków skrajnego niedożywienia dla ciała i psychiki człowieka, łącznie ze śmiercią”.
Nie zostały one zmyślone, ale oparte o źródła uczestników i świadków blokady Leningradu w latach 1941-1944 przez niemieckie wojska. Obecnie Sankt Petersburga. Trwała 872 dni, będąc najdłuższą blokadą „jakiegokolwiek miasta w udokumentowanej historii ludzkości”.
A wśród tych głodujących ludzi posuwających się do kanibalizmu – instytut roślin.
Sezam ćwierci miliona odmian nasion, pestek, orzechów, bulw i innych roślin, które mogłyby uratować od 250 tysięcy - według autora do nawet miliona zmarłych z głodu Leningradczyków - według pozostałych źródeł. W tym pracowników instytutu, którzy niczym cerberzy strzegli życiodajnego skarbu.
Do ukazania tego kontrastu potrzebne było przytoczenie wcześniej wspomnianych drastycznych opisów.
Aby zrozumieć tę kuriozalną sytuację z punktu widzenia współczesnego człowieka, autor rozpoczął reportaż od przedstawienia pomysłodawcy i twórcy instytutu roślin – Nikołaja Wawiłowa. Od kierowanej nim idei, motywacji założenia banku roślin, celu jego istnienia oraz roli, jaką miał odegrać w przyszłości ludzkości - „doprowadzić do powstania nadzwyczajnych roślin uprawnych, które pozwolą wyeliminować głód na świecie”. Instytut miał stać się „jedyną w swoim rodzaju biblioteką ziemskiej flory, zawierającą taką ilość potencjalnego życia, że po zasianiu wszystkiego, uprawieniu i zebraniu wystarczyłoby to do wyżywienia populacji Leningradu, całego Związku Radzieckiego i wszystkich innych części świata”. Natomiast „budynek był arką Noego roślin, katalogiem przeszłości i nadzieją na przyszłość, polisą ubezpieczeniową od ludzkiej obojętności i niedbalstwa”. Nikołaj Wawiłow tę wiarę w ideę wyprzedzającą swoje czasy przekazał swoim pracownikom. Dla światowego środowiska naukowego był wysokiej klasy badaczem i specjalistą oraz „człowiekiem dającym życie, budującym życie i kochającym życie bardziej niż ktokolwiek”.
To pozwoliło uchronić przyszłość ludzkości podczas straszliwego egzaminu w wojennej rzeczywistości.
Opisy walki naukowców instytutu o każde ziarno przed moskiewską biurokracją, wilgocią, mrozem, bombami, ogniem, ignorancją państwa, zwierzętami, ludźmi, a także przed zjadliwymi atakami ze strony rodzimych naukowców określających instytut roślin jako ośrodek zgniłej i fałszywej zachodniej biologii o działalności „rasistowskiej” jego założyciela, kosztem własnego zdrowia, a ostatecznie nawet życia, budziło we mnie podziw i zrozumienie przesłanek tak granicznej postawy.
Wiedziałam, skąd się brała.
Rozumiałam uzasadniające ją słowa badacza Wadima Lechnowicza, który przeżył oblężenie – „Powstrzymanie się od jedzenia kolekcji nie było trudne (...). To było po prostu niemożliwe, nie można jeść pracy swojego życia, pracy życia kolegów”. To dlatego umierali wśród worków ryżu albo z woreczkiem migdałów w ręku podczas pracy... Nie uchroniło to jednak tych heroicznych strażników przed pytaniami, które podsuwało sumienie albo system wartości. „Jeść czy nie jeść? Prosty wybór, za którym kryło się wiele złożonych pytań, a nawet kwestii tabu: czy postęp naukowy lub potrzeba prowadzenia badań może być usprawiedliwieniem dla jakiegokolwiek poświęcenia? Czy botanicy są odpowiedzialni za przetrwanie przyszłych pokoleń? Jak postępować właściwie, jeśli ta odpowiedzialność wyraźnie koliduje z obowiązkami wobec żyjących?” Niemniej to ich wybory i nieustępliwa walka również ze sobą doprowadziły do powstania banków żywności na świecie, a wśród nich Milenijnego Banku Nasion w Anglii, któremu autor poświęcił ostatnie strony.
To spuścizna również jednego, cichego bohatera tego reportażu – Nikołaja Wawiłowa.
Nie było go w obleganym Leningradzie. Aresztowany jeszcze przed blokadą miasta przebywał w więzieniu, a potem w gułagu na rozkaz szefa NKWD Ławrientija Berii i za wiedzą Stalina. Ofiary nie tyle władz sowieckich, ile zawiści jednego człowieka – Trofima Łysenki. Antagonisty w poglądach naukowych niepodzielanych przez Nikołaja Wawiłowa, który sprowadził je do egoistycznych pobudek – „niepozorny chłop z prowincji, wykorzystując pełnię straszliwej siły państwa, był współwinny morderstw tych, których uważał za snobistycznych arystokratów”. Waga emocji towarzyszących miażdżącemu procesowi niszczenia światowej sławy uczonego i człowieka była tak samo ciężka, jak trudna była walka z głodem, ochroną roślin i państwem, które wzgardziło kolekcją i zamordowało jego twórcę.
Autor wprowadził jeszcze jeden bardzo ważny, bo kontrastowy do postawy sowietów wątek.
Kuriozalny, bo doceniający osiągnięcia Nikołaja Wawiłowa przez wroga. Wręcz na tyle ceniący kolekcję, że czynił wszystko, by ją przejąć, czyli ukraść. Był nim nazistowski botanik, który wierzył, że „gdyby zdołał przejąć próbki nasion, które ze swoim zespołem zebrał Wawiłow, potrafiłby przyspieszyć nazistowskie plany ulepszenia niemieckich upraw”. Po latach określono jego działalność jako pierwsze w historii zjawisko biopiractwa.
Te trzy wyraziste naprzemiennie relacjonowane wątki budowały dynamikę reportażu.
Pełną skrajnych i zmiennych uczuć oraz sprzecznych myśli nieustannie podsuwających ponadczasowe pytania bez odpowiedzi. Bo jak odpowiedzieć jednoznacznie – „jakie poświęcenia są dopuszczalne w pogoni za postępem naukowym? W którym momencie człowiek powinien wybrać nieposłuszeństwo wobec rozkazów? Jaką odpowiedzialność ponosi każdy z nas za przetrwanie z naszymi obowiązkami wobec żyjących?” Nie mnie oceniać ich wybory, bo dopiero w obliczu głodu człowiek zdaje egzamin z życia.
Nie tylko te zagadnienia były dla mnie nowatorskie w tym reportażu.
Również holistyczne spojrzenie na oblężenie i głód, których przyczyny autor próbował wskazać, oskarżając o to przede wszystkim Stalina, a po jego śmierci radzieckich decydentów. Tym samym autor podkreślił, że dotychczasowe publikacje o blokadzie Leningradu miały charakter monotematyczny i hagiograficzny, skupiając się tylko na głodzie i bohaterskim jego przetrwaniu przez mieszkańców. Reportaż autora położenie instytutu i ludzi w nim pracujących potraktował jako punkt wyjścia do nakreślenia również polityki Stalina wobec miasta, ujmując ją w jednym, makabrycznym zdaniu – „śmierć rozwiązuje wszystkie problemy: nie ma człowieka, nie ma problemu”. Polityki stosowanej również wobec jednostki z rozkazem – „Bić, bić i jeszcze raz bić”, przy użyciu „śmiercionośnego połączenia oszczerstwa, niedbalstwa i wyzysku”. Także późniejszej polityki radzieckiego rządu zrzucającej „z państwa odpowiedzialność za śmierć ludności Leningradu”.
To emocjonujący reportaż pomimo upływu lat, bo ponadczasowy w swoim przekazie poprzez stawianie pytań, na które można odpowiedzieć jednoznacznie tylko wtedy, gdy okoliczności historii postawią człowieka w konkretnych sytuacjach, by odpowiedzieć sobie – „Czy to poświęcenie warte było swojej ceny? Czy wybór, jakiego dokonali ci mężczyźni i te kobiety, decydując się poświęcić życie prawdziwych ludzi dla dobra wielu wyobrażonych, był słuszny moralnie?”
W tym również dla mnie i każdego po mnie.
I pytanie ostatnie, może najważniejsze – co robią z tym krwawym darem współczesne pokolenia?
naostrzuksiazki.pl
Reportaż historyczny „zawiera wyraziste opisy skutków skrajnego niedożywienia dla ciała i psychiki człowieka, łącznie ze śmiercią”.
Nie zostały one zmyślone, ale oparte o źródła uczestników i świadków blokady Leningradu w latach 1941-1944 przez niemieckie wojska. Obecnie Sankt Petersburga. Trwała 872 dni, będąc najdłuższą blokadą „jakiegokolwiek miasta w udokumentowanej...
2026-02-06
„Moja rana miała na imię Nura; moja choroba nazywała się nieufność”.
Tak myślał Noam, który poczuł się głęboko zraniony, kiedy jego ponadczasowa ukochana zamknęła ich w hermetycznej piramidzie właśnie pochowanego faraona. Świadome skazała oboje na pewną śmierć w tym specyficznym grobie. Po lekturze pierwszej części „Raje utracone” i drugiej „Brama do nieba” cyklu „Podróż przez czas”, wiedziałam, że wieczni kochankowie dosłownie podróżujący przez kolejne wieki, ożyją dzięki darowi nieśmiertelności otrzymanym po porażeniu piorunem.
Jednak kolejnemu zmartwychwstaniu nie nie towarzyszyło już zaufanie Noama.
Mężczyzna schronił się w leśnym azylu na górze Parnas powyżej Delf. Żył zraniony samotnie, stroniąc od ludzi, a zwłaszcza od kobiet. Postanowił „zmusić się do odosobnienia, choćby za cenę nudy. Nikogo ani nie kochać, ani nie nienawidzić. Po prostu być”.
Do czasu aż poznał Dafne...
Razem zamieszkali w Atenach, które ówcześnie „czyniły resztę świata barbarzyńską”. To z pomocą tej fikcyjnej postaci z darem nieśmiertelności o statusie metojka, ale za to szwagra Sokratesa, autor wprowadził mnie w rzeczywistość starożytnych Grecji i Aten. Tak, tego znanego filozofa od cykuty i powszechnej myśli – wiem, że nic nie wiem. Wplątał Noama w konieczne działania i piekielnie trudne wybory, by stać się pełnoprawnym obywatelem Aten. Argosem ukrywającym swoją tożsamość, „przypadłość”, przeszłość i prawdziwe imię.
To pozwoliło autorowi na przyjrzenie się ateńskiemu społeczeństwu od wewnątrz.
Podążanie za Argosem zaprowadziło mnie do gimnazjonu, by wziąć udział w pentatlonie prowadzącym na igrzyska olimpijskie w 416 roku p.n.e. i poznać wysiłek fizyczny jego atletycznych zawodników. Na równi ważny z wysiłkiem umysłowym kształtowanym pod opieką filozofów spotykanych na agorze. Zmierzyć się z mitami i wierzeniami, by niektóre z nich obalić lub obnażyć, ale też pokazać, że „Grecy żyli w bliskości z bogami, w sposób, który łączył aspekty społeczne i religijne”. Ukazać postawę obywatelską wobec wojen, w których główny bohater brał udział.
To dzięki tej warstwie fabuły poznawałam system wartości Ateńczyków.
A na nim zbudowaną sieć powiązań rodzinnych, politycznych, urzędowych, przyjacielskich z przypisanymi jej pozycjami poszczególnych bohaterów na szczeblach drabiny społecznej. Śledzeniu tych zależności sprzyjało wprowadzenie postaci historycznych głoszących ówczesną myśl filozoficzną, polityczną i medyczną reprezentowaną przez Sokratesa, Hipokratesa, Peryklesa, Arystotelesa i wielu, wielu innych. Uczestnictwo Argosa w życiu kulturalnym Ateńczyków pozwalało na zrozumienie rewolucyjnych zmian, jakie niósł rozwój poezji, dramatu i teatru Sofoklesa, Eurypidesa czy Ajschylosa.
A wszystko to po to, by przyjrzeć się zjawiskom demokracji i władzy.
Autor te zagadnienia wbudował w fabułę, pozwalając poznać pierwotne znaczenie tych pojęć oraz ewolucji ich rozumienia na przestrzeni wieków, konfrontując je ostatecznie z pojmowaniem współczesnym.
Doszedł w tych analizach do jednego wniosku.
Świat wokół człowieka, społeczności, narodu czy ludzkości buduje sam człowiek kierowany osobistymi celami, potrzebami i emocjami. Bez względu na czas, położenie geograficzne czy pochodzenie. Zbudowana rzeczywistość, w tym ustrój społeczny, będzie zawsze efektem wielu czynników oraz ścierających się różnych światopoglądów. Złych, dobrych albo czynów dobrych w imię zła i na odwrót. A wszystko w imię wolności, prowadzącej zawsze do despotyzmu. To dlatego losy bohaterów powieści były tak skomplikowane, jak zagmatwane bywa życie, którego personifikacją był sam Argos/Noam. Dodatkowo jego dzieje autor wzbogacał cytatami, scenami, myślami osób historycznych, by znaleźć wspólną płaszczyznę przekazu dla czytelnika współczesnego. Ułatwiał także odczucie wspólnoty, używając ponadczasowego języka emocji, który do przekazania istoty miłości, przyjaźni, zdrady, zaufania czy zazdrości nie potrzebował tłumacza.
Języka zrozumiałego przez każdego, również czytelnika współczesnego.
Dodatkowo poczucie to potęgowała narracja Noama wspominającego przeszłość z punktu człowieka współczesnego i perspektywy dwu i pół tysiąca lat. Ten drugi wątek czasowy nadawał opowieści charakteru przygodowego, w którym sekrety rodzinne tworzyły aurę tajemniczości, a dochodzenie w nich do prawdy nutę sensacji.
To czyniło opowieść, pomimo ogromnego ładunku informacji, dynamiczną, żywą i ciekawą.
O ogromnej wiedzy autora w jej przemyślanej budowie świadczyły rozbudowane przypisy, zajmujące niekiedy całą stronę kartki, by objaśnić to, co kryło się za jednym niepozornym zdaniem lub wyrażeniem.
Powieść dla tych, którzy ukochali sobie mitologię i historię starożytnej Grecji i chcą ją poznać na nowo, by „zagłębić się w Historii przez historie”, dzieje i losy bohaterów fikcyjnych i rzeczywistych.
Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
naostrzuksiazki.pl
„Moja rana miała na imię Nura; moja choroba nazywała się nieufność”.
Tak myślał Noam, który poczuł się głęboko zraniony, kiedy jego ponadczasowa ukochana zamknęła ich w hermetycznej piramidzie właśnie pochowanego faraona. Świadome skazała oboje na pewną śmierć w tym specyficznym grobie. Po lekturze pierwszej części „Raje utracone” i drugiej „Brama do nieba” cyklu...
2026-02-02
„Chcemy całego życia!”
Te wykrzyczane słowa przez Zofię Nałkowską na wiecu przypomniały Irenie, dlaczego postanowiła uwolnić się od atrybutów kobiecości. Jako pierwsze poszły włosy. Potem ubiór. Miała wtedy dwadzieścia lat. Teraz dużo więcej, ale poglądów nie zmieniła, pozostając wierną feministycznym ideom Narcyzy Żmichowskiej. Mogła sobie na to pozwolić, będąc zamożną damą mieszkającą w warszawskim pałacu Teppera.
To pod jej opiekę trafiła siostrzenica Stasia.
Dziewczyna wychowana na idealną żonę i przykładną gospodynię wyposażoną we wszystkie pożądane społecznie cnoty niewieście w latach 20. XIX wieku. W Irenie wzbudzała początkowo politowanie, dopóki Stasia nie znalazła swojego powołania na drodze filantropii. Obie, trzecią główną bohaterkę tej powieści historycznej poznały przypadkowo. Dziewczynę całkowicie oddaną działalności politycznej na rzecz polskiego ruchu niepodległościowego.
Wiele je dzieliło, zwłaszcza pochodzenie i status materialny, ale łączyło jedno – chęć zmian.
Nie tylko na rzecz niepodległości kraju, ale przede wszystkim na rzecz kobiet. W powieści stały się przedstawicielkami polskiego ruchu sufrażystek i środowiska emancypacyjnego. Fikcyjnymi, ale ich losy pełne trudnych wyborów, bitew o siebie, jako kobietę i człowieka, o prawo do „całego życia”, o spełnienie potrzeb, pragnień, marzeń i samostanowienia, ale też godzenia roli kobiety z rolą matki czy żony, ukazywały jak najbardziej bliski prawdy obraz wielu im podobnym. Kobiet rzeczywistych z przeszłości. Tych, „które kołyszą się bezgłośnie za nami, dusze zmarłych bliskich, którym zawdzięczamy istnienie” – jak powiedziała w motcie do książki zacytowana przez autorkę brytyjska pisarka Bernardine Evaristo.
Fikcyjne postacie kobiece miały też drugie zadanie.
Ukazać człowieczeństwo kobiet ze spiżowych piedestałów historii. Autorka wszystkie bohaterki powieści wtopiła w tłum znanych nazwisk z dziejów walki o prawa kobiet. Feministek i sufrażystek przewijających się na drugim planie, które budowały tło historyczne, osadzając mocno akcję w realiach Warszawy i Wilna lat 1917 i 1918. Autorka ożywiła poglądy, postawy i działalność nie tylko wspomnianych wcześniej Zofii Nałkowskiej i Narcyzy Żmichowskiej, ale i innych działaczek społecznych - Kazimiery Bujwidowej, Marii Dulębianki, Izy Moszczeńskiej, Elizy Orzeszkowej, Józefy Bojanowskiej czy Anny Tomaszewicz-Dobrskiej, o której pionierskich, a przez to przełomowych dokonaniach na rzecz kobiet w dziedzinie medycyny czytałam w powieści „Doktor Anna” Ałbeny Grabowskiej.
Razem budowały energetyczny obraz pionierek środowiska ruchu kobiecego ówczesnych lat.
To niezwykle dynamiczna opowieść, w której oddane zostały: ryzykowna odwaga, chęć zmian, moc pasji, siła idei czy niezłomność przekonań, za którymi szły konkretne czyny. Dodatkowo alinearność opowieści z naprzemiennie przeplatanymi wątkami losów trzech bohaterek, z gęstymi retrospekcyjnymi dygresjami, podtrzymywała nieustanną burzę zdarzeń dotrzymującą tempa wirowi historii w tle.
Temperatura emocji rosła wraz z rozwojem akcji.
Na to wrzenie u progu odzyskania niepodległości autorka nałożyła jeszcze gorączkową i nerwową walkę o równouprawnienie kobiet i ich głos w wyborach nie tylko z przeciwnikami z zewnątrz, ale również wewnątrz podzielonego środowiska feministycznego. Jednym słowem – chaos. Ten pożądany, bo zwiastujący nadzieję, korzystne zmiany, dobrą nowinę i jedyną szansę do wykorzystania.
Dla mnie to powieść-pomnik postawiony walczącym kobietom o kobiety przez autorkę.
Przypomnienie ich nazwisk. Wyłonienie z niepamięci. Zwłaszcza tych mniej znanych, a przez to prawie zapomnianych. Zbudowanie pomostu między przeszłością a teraźniejszością, w której kobiety nadal walczą o swoje prawa w Polsce XXI wieku. To dlatego sporo w tej powieści nawiązań do współczesnych wydarzeń czy wypowiedzi polityków kryjących się w wyrażeniach – cnoty niewieście, bezpiecznie urodzić dziecko czy protesty uliczne. Kiedyś pod znakiem parasolek, a obecnie pod znakiem błyskawicy czy wieszaka. Symboli w łańcuchu narracji na przestrzeni wieków, które były i mam nadzieję, że będą, zachowując ciągłość w walce o prawa kobiet nieskładających symbolu oręża – tytułowych parasolek naszych babć i prababć. Stąd autorskie ujęcie fabuły w klamrę scen z bohaterkami współczesnymi, wśród których możesz być i Ty.
Tak, Ty czytająca tę powieść.
naostrzuksiazki.pl
„Chcemy całego życia!”
Te wykrzyczane słowa przez Zofię Nałkowską na wiecu przypomniały Irenie, dlaczego postanowiła uwolnić się od atrybutów kobiecości. Jako pierwsze poszły włosy. Potem ubiór. Miała wtedy dwadzieścia lat. Teraz dużo więcej, ale poglądów nie zmieniła, pozostając wierną feministycznym ideom Narcyzy Żmichowskiej. Mogła sobie na to pozwolić, będąc zamożną...
2026-01-24
„A kiedy usłyszysz tykanie Geigera [...] uciekaj jak najdalej... Zamknij wszystkie grodzie... I uciekaj...”
Tak radziła mu umierająca matka. Tadeusz został sam. Tak dobrze znany mu świat przestał istnieć. Ten „pełen ludzi, ogromnych budynków, komputerów i wreszcie zabójczej broni”. To ona zniszczyła to, co ludzie zbudowali, zmuszając ich do zejścia pod ziemię. To tam, w bunkrze, przebywał chłopiec.
Samotny dziesięciolatek wśród reszty ocalonych.
Rewelacyjne intro, z duszną atmosferą niepewności i zagubienia dziecka, wprowadzało w rzeczywistość, która otwierała opowieść o nowym świecie po apokalipsie przyniesionej przez falę uderzeniową nuklearnej eksplozji. Jego przebogate spektrum w dalszej części powieści pokazywał najemnik Amarth wędrujący po ziemiach Pogranicza, w którego sercu leżała mroczna kraina Stormgranu. Towarzyszyła mu wojowniczka Sheeana. W połowie ludzka, w połowie elficka, a przez to odrzucona przez obie rasy.
Samotność splotła ich losy.
Oboje mieli do wypełnienia misję przekazaną im przez maga, która prowadziła prosto do kolebki bestii – Stormgranu. Ich pełna niebezpiecznych zaskoczeń i zasadzek wędrówka pozwalała na poznanie ziem zamieszkałych przez różne nacje – ogry, cyborgi, elfy, ludzi, krasnoludy, nieumarłych i wiele, wiele innych, które pojawiły się po katastrofie nuklearnej. Nie tylko istot biologicznych, ale również mechanicznych i demonicznych. Każda z nich starała się przeżyć, broniąc swojego terytorium. Oprócz jednej osoby. Człowieka, który pożądał władzy absolutnej nad wszystkimi. Kwintesencji zła uosabianej przez nazistę i wroga Amartha – Heinza von Sterbberga.
Członka dyktatorskiej partii Hitlera.
Główny wątek przygodowy w fabule prowadził Amarth wraz z przyjaciółką, dążący do objawionego mu celu. Aby go osiągnąć, musiał pokonać po kolei wszystkie poziomy prowadzące do krainy, w której mrok przypominał kolor zakrzepłej krwi. Na każdym z nich stoczyć nierówną walkę z zamieszkałymi go istotami. Stwarzało to również okazję do poznania życia konkretnej nacji, ich zwyczajów, systemu wartości i priorytetów, a przede wszystkim słabych punktów do pokonania ich przedstawicieli. Każdy z tych poziomów budował odmienne realia, wymagające od pary bohaterów szybkiego rozpoznania, przystosowania się, znalezienia metody lub sposobu skutecznej walki, by przeżyć, wydostać się z pułapki i przejść do kolejnego etapu burzliwej i karkołomnej wędrówki. Na każdym z nich narrator ujawniał kolejne dawki informacji z przeszłości pary, łącząc retrospektywne dygresje w spójny obraz losu przede wszystkim Amartha.
Mężczyzny, który pozornie pojawił się znikąd na początku opowieści.
Człowieka, który musiał nauczyć się żyć na nowo w zmienionym świecie, poznając jego kolejne wymiary, ale i niespodziewane możliwości magiczne, by stawić czoła złu.
To bardzo prosta opowieść, ale z przebogatym uniwersum kreślonego świata.
Prosta, bo opowiedziana niczym gra komputerowa, skupiona na przyczynach upadku wartości ludzkiego świata. W tym sensie pełniła funkcję ostrzegawczą, wskazując jednoznacznie na konieczność podjęcia walki ze złem w ratowaniu świata. Trochę podobnej do baśni dopasowanej formą do reguł gry komputerowej, w której uwidoczniała się autorska fascynacja wieloma gatunkami prozatorskich i filmowych opowieści z fantastyki, horroru, tech-noir i postapo. To dlatego walki bohaterów były najsilniejszą stroną tej powieści. Precyzyjne i emocjonujące, budowały dynamiczny wątek, a złożone spektrum wokół tworzyło ciekawe miejsca akcji.
Jednak skromnej w charakterystyki psychologiczne postaci.
Wątek romantyczny snuty między Amarthem a Sheeną pośpiesznie zarysowany, za to grubą i krótką kreską słów. Miałam wrażenie, że narrator relacjonuje zachowania bohaterów głównie z zewnątrz na podstawie ich zachowań, wyglądu i postępowania, nie wnikając głębiej w ich umysł, dusze czy emocje. Chociaż wiedziałam, że autor umiałby to zrobić, sądząc po wprowadzającym prologu do podziemnego bunkra.
Niestety bardzo krótkiego.
Tworzone światy i zamieszkałe przez nie istoty budziły ciekawość nie w pełni zaspokojoną w treści tej zaledwie dwustustronicowej powieści. A szkoda. Nie wynikało to z braku pomysłów autora, ale z umieszczenia przebogatego materiału w słowniku dołączonym do książki, a który powinien znaleźć się w fabule. To stracony potencjał na rozbudowanie opowieści nomen omen epickiej, której charakter nie do końca oddał rozmach, jaki zapowiadał w sobie tytuł i filmy tworzone na stronie autorskiej mskrzypczak.com.pl i w mediach społecznościowych.
Pocieszającym była zapowiedź autora na kontynuację historii w kolejnych częściach.
naostrzuksiazki.pl
„A kiedy usłyszysz tykanie Geigera [...] uciekaj jak najdalej... Zamknij wszystkie grodzie... I uciekaj...”
Tak radziła mu umierająca matka. Tadeusz został sam. Tak dobrze znany mu świat przestał istnieć. Ten „pełen ludzi, ogromnych budynków, komputerów i wreszcie zabójczej broni”. To ona zniszczyła to, co ludzie zbudowali, zmuszając ich do zejścia pod ziemię. To tam, w...
2026-01-17
„Czytamy, żeby zrozumieć albo zacząć pojmować. Czytanie, tak jak oddychanie, to nasza podstawowa funkcja”.
Nie zawsze tak było.
Sokrates uznawał książki za przeszkodę w uczeniu się, a niemiecki poeta i pisarz Hans Magnus Enzensberger jeszcze na początku XX wieku „wychwalał analfabetyzm i postulował powrót do literatury ustnej”. Dzisiaj uznaje się, „że może być równie skomplikowane, jak myślenie”.
Jedno jest pewne - nie jest prostym procesem psychologicznym.
Autor – bibliofil, erudyta, powieściopisarz, eseista, antologista, tłumacz, redaktor i lektor Jorge Luisa Borgesa – spróbował przyjrzeć się temu zagadnieniu bliżej. Stworzył cykl esejów poświęconych czytaniu, ale z różnych punktów widzenia, otwierając je... minigalerią obrazów z książką w roli głównej. Już na początkowym etapie rozważań zwrócił uwagę, że czytanie to nie tylko składanie liter, ale jedna z wielu jego postaci. Należą do nich czytanie z gwiazd, terenu, gestów, ruchu, wzoru, nut, twarzy, ciała, snów czy chociażby prądów morskich, bo, jak napisał cytowany hiszpański mistyk z XVI wieku Luis de Granada – „świat jest książką, rzeczy tego świata literami alfabetu, którymi została napisana”. Podkreślenie uniwersalności czytania, jako umiejętności odszyfrowywania i tłumaczenia znaków, służyło poszerzeniu pojęcia „czytanie”, choć autor skupił się w dalszych esejach tylko na procesie przemieniania liter w dynamiczną rzeczywistość. Czynności wymagającej skoordynowania bardzo wielu umiejętności i zjawisk psychologicznych warunkowanych miejscem, formą książki lub czasem. Zjawisku, które nadal nie do końca zostało zbadane, bo „pełne przeanalizowanie tego, co się dzieje, kiedy czytamy, byłoby szczytem osiągnięć psychologii, oznaczałoby bowiem opisanie bardzo wielu najbardziej złożonych funkcji ludzkiego umysłu” – jak przyznał cytowany amerykański badacz Edmund B. Huey.
O tym wszystkim traktowało te ponad dwadzieścia esejów.
Bardzo osobistych. Nawiązujących do doświadczeń i przemyśleń autora związanych z czytaniem. Z licznymi nawiązaniami do znanych i mniej znanych pisarzy, filozofów, literaturoznawców, badaczy czy historyków, których poglądy przytaczał, a czasami zestawiał ze sobą, by samemu z nimi polemizować, ubarwiając je osobistymi anegdotami. Tworzył w ten sposób przestrzeń również dla czytelnika na własne skojarzenia, porównania, analizę i wnioski. Ta otwartość na inność interpretacyjną budowała również wątek historyczny ukazujący rozwój czytania, jako bardzo ważny czynnik rozwoju człowieka, a tym samym społeczeństw. Pełnię „niebezpieczeństw” wolności i niezależności umiejętności czytania ukazał w esejach „Zakazane lektury” i „Tłumacz jako czytelnik”. Cenzura, palenie tekstów czy zakaz cichego czytania jako „niebezpieczeństwo acedii, grzechu lenistwa, »moru co niszczy w południe«” przewijały się przez wszystkie rozdziały, pokazując moc siły umiejętności czytania w przekształcaniu słów w część własnej osobowości.
To bardzo gęste w wiedzę teksty.
Systematyzujące ją, poszerzające, a przede wszystkim odkrywcze i zmieniające spojrzenie. Pełne gotowych sentencji do zapisania oraz powiedzeń, metafor, wniosków i myśli do cytowania. Wśród nich najpopularniejszym skojarzeniem okazało się nawiązanie kulinarne, jako najbliższe mu do czerpania zmysłowej przyjemności podczas czytania.
Autor przemyślenia zakończył... marzeniem.
Wyobrażoną „Historią czytania”, która zawierałaby wszystkie zagadnienia nieujęte w swojej historii – o zwykłych odbiorcach czytających pod prąd ogólnie przyjętych „norm czytelniczych”, o kopistach, indywidualnych i zbiorowych gustach czytelniczych, roli czytelnika-antologisty, tonie głosu lektora wpływającym na odbiór i interpretację tekstu, książkach pożyczonych, bo o kradzieży już napisał sam, współczesnych i dawnych ceremoniach czytania, książkach nienapisanych i nieprzeczytanych, uznaniu władzy odbiorcy przez pisarza i wiele, wiele innych, bo „»Historia czytania« na szczęście nie ma końca”. Uzasadnienie powyższego wniosku ujął w dwóch początkowych esejach – „Ostatnia strona” i „Brakująca pierwsza strona”.
Dla autora dzieje czytania nie mają ani początku, ani końca.
Dzieją się permanentnie, a sama czynność ma charakter niedokonany i jest nagrodą samą w sobie. Dla autora to myśl pocieszająca, zawarta w poglądzie Gustave’a Flauberta, dlatego umieszczona jako motto do esejów – „Czytać, aby żyć”. A kiedy, my czytelnicy, staniemy w Dniu Sądu u bram św. Piotra po nagrodę, usłyszymy głos Wszechmocnego – „Tym nie potrzeba już żadnej nagrody. My nie możemy im dać niczego więcej. To są ci, którzy kochali czytanie”. Przynajmniej tak fantazjowała Virginia Woolf i angielski bibliofil Richard de Bury.
Do tego namawiał również autor.
naostrzuksiazki.pl
„Czytamy, żeby zrozumieć albo zacząć pojmować. Czytanie, tak jak oddychanie, to nasza podstawowa funkcja”.
Nie zawsze tak było.
Sokrates uznawał książki za przeszkodę w uczeniu się, a niemiecki poeta i pisarz Hans Magnus Enzensberger jeszcze na początku XX wieku „wychwalał analfabetyzm i postulował powrót do literatury ustnej”. Dzisiaj uznaje się, „że może być równie...
2026-01-10
„Docierające do Krakowa nieliczne egzemplarze wzbudzają »nietłumiony podziw recenzentów«”, a Ryszard Löw napisał – „Polszczyzna Baua „okazała się wspaniale zdramatyzowanym językiem własnym, o którego adekwatność wykazał wielką dbałość – z charakterystycznymi zaleciałościami krakowskimi”.
Takie opinie o wspomnieniach z czasów wojennej okupacji Polski Józefa Baua przeczytałam w reportażu „Będziesz moim słońcem” Renaty Baume. Jej bohater był tak przeciekawy, niezwykły i wymykający się wszelkim klasyfikacjom, że te dodatkowe komentarze jego osoby i napisanej książki, bardzo zachęciły mnie do sięgnięcia po źródło, z którego również czerpała autorka reportażu. Do oryginalnych myśli człowieka, który pod spisem treści powrotu do makabrycznej przeszłości dopisał odręcznie – „Nie jestem odpowiedzialny za treść, podyktowało je życie”. Swoją młodość określił jako okup, który zapłacił za bycie „naocznym świadkiem najbardziej okrutnej epoki w dziejach narodu żydowskiego”, a od siebie dodam – również uczestnikiem fabryki śmierci w roli jej ofiary. Tak barbarzyńskiej, że nie rościł sobie prawa do zmuszania kogokolwiek do uwierzenia w ekstremizm hitlerowski, skoro on sam nie dawał mu wiary.
Przemawiały za nim niepodważalne fakty.
Ku lepszemu wyobrażeniu sobie opisywanego miejsca piekła, autor załączył mapę obozu koncentracyjnego w Płaszowie, którą jako grafik wykonał na zlecenie nazistów, z zaznaczoną trasą „wycieczki”.
Czekało mnie swoiste zstąpienie do piekieł niczym w „Boskiej komedii” Dantego i zwiedzanie kolejnych jego kręgów. Zaczęło się od Placu Zgody 1 w krakowskim getcie, w którym mieszkał z rodziną „w ciasnym, ciemnym i wilgotnym pokoju, bez światła, bez wody, bez klozetu, w rozpadającej się chałupce”. Na tym samym placu, przy którym mieściła się legendarna apteka „Pod Orłem” prowadzona przez jedynego Polaka Tadeusza Pankiewicza z prawem stałego pobytu na terenie getta, a której okupacyjne dzieje poznałam w spisanych później wspomnieniach „Apteka w getcie krakowskim”. W miejscu, które okazało się przedsionkiem piekła, gdzie „każda minuta była tragiczna i każda chwila mogła być ostatnią chwilą życia”.
To stąd autor trafił do obozu koncentracyjnego w Płaszowie.
Od jego bramy głównej przy rampie szłam z autorem wytyczoną kropkami trasą. Dla mnie kropkami, a dla niego mrocznymi obrazami wyławianymi z przeszłości. Każdy z nich od momentu przyjazdu do opuszczenia był cząstką budującą obraz „precyzyjnego aparatu do zagłady narodów, którego znakiem firmowym była swastyka”. Próbą rekonstrukcji modelu „piekła, któremu na imię Płaszów”.
Zatem pierwsza kropka i pierwszy krok – „stoimy przed główną bramą, zamkniętą, opuszczoną rampą”.
A potem budynek i biuro komendanta obozu Amona Götha określanego przez więźniów demonem, hala pogrzebowa, koszary i baraki dla ukraińskich żołnierzy, karcer, wille niemieckich oficerów, kamieniołom, burdel dla esesmanów, apelplac, dwie sadzawki, baraki męskie, obóz kobiecy, latryna, łaźnia, magazyn ubrań zamordowanych, odwszalnia, barak policji żydowskiej, pralnia, kuchnia, szpital, krematorium i warsztaty obozowe.
Między nimi oraz w nich zdarzenia i dychotomiczne emocje.
Skrajne. Ponad siły. I przerażeni, zaszczuci ludzie – ofiary znęcania się „różnego rodzaju zboczonych żołdaków o zwierzęcych skłonnościach i zatwardziałym sercu, spragnionych krwi i żądnych widoków makabrycznych”. Wydawało mi się, że zobaczyła wszystko, ale – jak zapewnił autor – „widzieliście niewiele, tylko jedną łzę z morza łez”. Nie sposób przekazać skali destrukcji i makabry odtwarzanych obrazów, skoro sam autor napisał – „Opowiadać o płaszowskim obozie koncentracyjnym to jak gdyby podjąć się niewykonalnego zadania: podnieść własnoręcznie drapacz chmur, w którym znajduje się archiwum okropności wyrządzonych narodowi żydowskiemu”.
Autor swoje wspomnienia ilustrował własnymi rysunkami oraz wierszami.
To w nich oraz w dalszej części wspomnień ujął skutki traumy, gdzie „wystarczył zapach wykipiałego mleka na kuchennym piecu, / aby ujrzeć niemieckie krematoria, / pożerające hurtownie miliony Żydów”. Powrót do przeszłości był dla autora bardzo bolesny, ale miał świadomość, że tą formą przekazu może „uratować przed zapomnieniem tego makabrycznego potwora, którego pamięć wnet może zniknąć razem z nami”.
Nie przypuszczał, że z czasem znajdą się i tacy, którzy będą negować jego doświadczenia i fakt istnienia obozów koncentracyjnych.
naostrzuksiazki.pl
„Docierające do Krakowa nieliczne egzemplarze wzbudzają »nietłumiony podziw recenzentów«”, a Ryszard Löw napisał – „Polszczyzna Baua „okazała się wspaniale zdramatyzowanym językiem własnym, o którego adekwatność wykazał wielką dbałość – z charakterystycznymi zaleciałościami krakowskimi”.
Takie opinie o wspomnieniach z czasów wojennej okupacji Polski Józefa Baua...
2026-01-05
Metafizyka zatopiona w oniryzmie analizująca realizm.
Ileż w tym podsumowującym wniosku, który nasunął mi się po przeczytaniu tej opowieści, esencjonalnej zachęty, by dowiedzieć się więcej. By wejść na szlak człowieczej wrażliwości ukrytej głęboko w każdej osobie.
To tam znalazła się główna bohaterka Zuzanna.
Jednak zanim tam dotarła, odtworzyła dramat widziany oczami dziecka niczym w greckim teatrze z trzema głównymi postaciami: Mężczyzny, Kobiety i owocu ich miłości - małej Zuzi. Jego reżyserem był Los, który połączył Rodziców dziewczynki miłością gorączkową, mającą „w sobie dzikość tańca podczas burzy i blask fajerwerków w środku nocy”.
A potem... było tylko gorzej.
Dramat przeszedł w tragedię. Chorowite dziecko ich miłości niczym nadgniły owoc stał się „utrapieniem, a raczej lustrem, w którym odbijał się ich wzajemny żal, frustracja i bezradność”. Było tak źle, że Zuzia wzięła dosłownie do serca radę Babci, którą wypowiedziała niczym zaklęcie – „Zaśnij skarbie. Sen to najlepsze lekarstwo”. Tym jednym zdaniem, odzwierciedlającym naturalny proces psychologiczny cofania się do ostatniego szczęśliwego okresu w sytuacji zagrożenia zdrowia lub życia, autor przeniósł główną bohaterkę w podświadomość. Stała się ona przestrzenią wewnętrznej terapii dla wycofanej Zuzanny, która umiała tylko „chodzić cicho, oddychać powoli i marzyć tak, by marzenia nie miały prawa głosu”. Autor wypełnił to miejsce metafizyką pełną symboli i artefaktów odnoszących się do psychiki człowieczej, gdzie Żółw uosabiał pamięć, a Hibernatorium miejsce pełne zamrożonych emocji w podświadomości. Poznawanie wszystkich jej sfer, przypominające podróż po krainach fantazji, pomagało poznać, oswoić i zrozumieć mechanizmy oraz procesy psychiczne zachodzące w psychice ludzkiej, a także czynniki je wypaczające. Przyczyny problemów z samoakceptacją i tworzenia błędnych wyobrażeń o sobie zbudowanych na podszeptach wewnętrznego krytyka stworzonego i wzmacnianego przez warunki środowiskowe – wychowanie, normy społeczne czy narzucone role w społeczeństwie.
Jednocześnie autor podsuwał rozwiązania.
Na dodatek w opowieści napisanej językiem baśni wykorzystującym przenośnie i porównania, silnie oddziaływającym na emocje. Z narracją czułą i uważnie prowadzącą przez bolesne tematy i zagadnienia, pozwalającą budować odwagę w ich powolnym poznawaniu, a potem w stawianiu im czoła.
Historia Zuzanny to losy jej wewnętrznego dziecka Zuzi.
Głęboko ukrytego Ja w sobie, które żyje w każdym z nas, determinując nasze dorosłe zachowania, postawy i wybory. Zuzia dorosła uosabiała ten stan, a śledzenie jej wewnętrznej wędrówki pozwalało zmierzyć się z nim, ale i utożsamić się z jej losem.
To bardzo silnie terapeutyczna opowieść.
Przeznaczona przede wszystkim dla osób myślących o sobie negatywnie – jestem niewystarczająca, niepełnowartościowa czy niedokończona, a przez to zatopiona w permanentnym smutku. Noszących w sobie ciężar nieustannego cierpienia lub żałoby. Jednak polecam ją wszystkim ku przypomnieniu gradacji priorytetów w życiu dających odwagę stawiania czoła przeciwnościom w ich realizacji.
Koneserów języka przekazu zachwyci piękno narracji, która wymuszała spowolnienie czytania, by eksplorować tekst, analizować skojarzenia, przykładać do serca emocje, smakować obrazy malowane słowem, docierać do ukrytych znaczeń, dekodować symbolikę i poczuć ciepło empatii niesione immersją słów i obrazów.
Grecki dramat zapisany prozą językiem poetyckim.
naostrzuksiazki.pl
Metafizyka zatopiona w oniryzmie analizująca realizm.
Ileż w tym podsumowującym wniosku, który nasunął mi się po przeczytaniu tej opowieści, esencjonalnej zachęty, by dowiedzieć się więcej. By wejść na szlak człowieczej wrażliwości ukrytej głęboko w każdej osobie.
To tam znalazła się główna bohaterka Zuzanna.
Jednak zanim tam dotarła, odtworzyła dramat widziany...
2026-01-02
„W dwutysięcznym roku ktoś nadal ma odwagę grozić innym z powodu rzeczy, które działy się w czasie wojny?”
Weronika, jedna z bohaterek powieści, nie mogła uwierzyć w ten absurd. A jednak! Historia Mariusza, głównego bohatera, wraz z nowo poznaną Kamilą, była tego bardzo dobrym przykładem.
A zaczęło się od rodzinnych tajemnic młodego mężczyzny.
„W dziejach jego własnej rodziny kryły się niewyjaśnione zaginięcia, ucieczki i śmierć najbliższych”. Mariusz był ich ciekaw. Chciał je odkryć. Jego dziadek Sylwek, mimo że stracił w czasie wojny matkę, ojca i braci, nigdy nie podjął się poszukiwań jedynej ocalałej, ale zaginionej najmłodszej siostry Anieli. „Tobie ta historia może się wydawać fascynująca, pełna zagadek, warta zbadania. Dla mnie natomiast... to przede wszystkim ból i strach, które towarzyszyły mi przez wiele lat. To, czego doświadczyłem na wojnie, to, jakie zadania wykonywałem na rozkaz moich przełożonych, wszystko to przyniosło mi lata koszmarów, pretensji i żalu do siebie i całego świata”. – tłumaczył wnuczkowi.
Jednak Mariusz był zdecydowany na podjęcie ryzyka.
Na rozpoczęcie historyczno-rodzinnej przygody. Szybko okazało się, że podejmowane kroki nie przynosiły zamierzonego rezultatu. Ba! Okazało się, że „w rodzinnych tajemnicach i wojennych sekretach nadal tkwiły elementy, które mogły wywołać poruszenie wśród tych, którzy woleliby, by fakty na zawsze pozostały w zapomnieniu”. Dużo racji miał dziadek Sylwek, który powtarzał mu – „Czasem ludzie w białych kołnierzykach są bardziej niebezpieczni niż uzbrojeni w broń”.
Jego słowa okazały się prorocze.
Autor stworzył historię, dla której impulsem do powstania było życie jego dziadka i towarzysząca mu tajemnica. Wyczuwalna, choć nigdy nieujawniona. Zabrana wraz z jego odejściem. Autor postanowił ją zrekonstruować, wykorzystując w głównej mierze własną wyobraźnię, chociaż z mocno zakotwiczonymi faktami w historii II wojny światowej i latach 60. XX wieku. To jej cezury wyznaczały trzy linie czasowe opowiadane naprzemiennie przez najważniejszych narratorów wewnętrznych lub zewnętrznych – dziadka Sylwka, Kazika – jego brata, Anielę – ich siostrę oraz Mariusza łączącego wątki w spójną i logiczną opowieść.
Ich losy, splatające się pod koniec powieści, pokazywały przerażające skutki wiru wojny niszczące wiele rodzin polskich, a w przypadku bohaterów powieści – rodzin mieszanych narodowościowo. Ludzi, dla których wojna nie kończyła się wraz z wyzwoleniem. Anna Janko w swojej powieści „Mała Zagłada” pokazała skutki psychologiczne dziedzictwa traumy wojennej w drugim pokoleniu. Autor z kolei skutki sięgające pokolenia trzeciego, w których tajemnice i sekrety niszczyły więzi rodzinne, wymuszając na członkach zdradę, a nawet bratobójstwo. Autor bardzo dobrze ukazał mechanizm rozbijania więzi między bliskimi i roztrzaskiwania wartości rodzinnych oraz czynniki wpływające na wybory, decyzje i postawy w sytuacjach skrajnych. Subtelnie wplótł w fabułę również psychologiczny proces zamiany „zagubionego chłopaka w cynicznego, zdeterminowanego mężczyznę, gotowego na wszystko, by wyrwać się z nędzy i stać się kimś w tym szalonym, ogarniętym wojną świecie”.
Nowej rzeczywistości o przenicowanych wartościach i normach etycznych.
A wszystko to w konwencji opowieści historycznej z elementami sensacji, ale przede wszystkim przygody. Niebezpiecznie igrającej z przeszłością, w której drzemały cienie mogące w każdej chwili odrodzić się na nowo. Powieść miała pokazać, że dla niektórych wojna trwa nadal. Wniosek ten, w kontekście tej historii, nie jest nadużyciem, a zwróceniem uwagi na sekrety rodzinne, z którymi wielu świadków wojny nigdy się nie podzieliło. Prawdopodobieństwo fabuły, która mogła wydarzyć się, stworzyła okazję do zajrzenia za kulisy rodzinnych tajemnic, by zrozumieć, dlaczego tak wielu ocalałych z zawieruchy wojennej wybierało milczenie.
Czasami ono było jedynym wyjściem, by nadal żyć.
naostrzuksiazki.pl
„W dwutysięcznym roku ktoś nadal ma odwagę grozić innym z powodu rzeczy, które działy się w czasie wojny?”
Weronika, jedna z bohaterek powieści, nie mogła uwierzyć w ten absurd. A jednak! Historia Mariusza, głównego bohatera, wraz z nowo poznaną Kamilą, była tego bardzo dobrym przykładem.
A zaczęło się od rodzinnych tajemnic młodego mężczyzny.
„W dziejach jego...
2025-12-21
„Musisz wykorzystać urodę”.
Tak nieustannie powtarzała Agnieszce Kotlarskiej matka. To ona od lat nastoletnich popychała córkę nieustannie w tym kierunku. W efekcie „Agnieszka chodziła po wybiegach już jako szesnastolatka. Matka zobaczyła ogłoszenie w gazecie, poszły na spotkanie do agencji KonArt, spodobała się”.
Tak zaczęła się jej praca w modelingu.
W zawodzie, który przyniósł nie tylko sławę, rozpoznawalność, ale i duże pieniądze. W Polsce zdobyła tytuł Miss Polski 1991, a potem Miss International. Otworzyło jej to drogę do światowych agencji i marek modowych. Na tej karierze zawodowej skupiła się w głównej mierze autorka. Nierozerwalnie splecione życie osobiste dziewczyny ze ścieżką kariery w modelingu stanowiły główny wątek z rozbudowanymi dygresjami na temat otaczających ją osób, zdarzeń, a także tła ekonomiczno-politycznego lat 90. XX wieku. Początkowo z rzadka przerywany wstawkami o stalkerze, a przyszłym zabójcy miss – stąd podtytuł reportażu, a także tytuł serialu dokumentalnego „Zabić Miss” w reżyserii Macieja Bielińskiego.
Te proporcje zmieniła scena zabójstwa.
Dalsza część reportażu śledczego true crime skupiła się na fanie ofiary. Dopiero na końcu autorka obszerniej przybliżyła osobę zabójcy i jego rys psychologiczny. Przy okazji przedstawiła stan ówcześnie obowiązującego prawa wymiaru sprawiedliwości, w którym stalking nie był zjawiskiem znanym, a tym samym uprawomocnionym. „W kodeksie karnym paragrafy dotyczące stalkingu pojawiły się dopiero w 2011 roku”.
Reportaż kończyły rozdziały poświęcone córce modelki.
A wszystko to ukazane na tle realiów epoki transformacji ustrojowej, „w której konkursy piękności rozpalały wyobraźnię całego kraju – epoce wielkich marzeń, olśnień i cieni” – jak wspominała Ewa Wachowicz Miss Polonia 1992. Całość tak obszernie potraktowanego tematu opartego na faktach, które autorka zebrała z informacji wyniesionych z rozmów z jej licznymi bohaterami, a także zdjęć ilustrujących tekst, listów, dokumentów, filmów, dzienników Agnieszki, akt sprawy, archiwalnych materiałów prasowych i telewizyjnych, programów radiowo-telewizyjnych oraz stron internetowych poświęconych wyborom miss, pozwoliły mi na zbudowanie własnego przesłania.
Bardzo aktualnego pomimo upływu czasu.
Jego początkiem było słowo „musisz” wypowiedziane przez matkę, a przytoczone na początku wpisu. Główna bohaterka przedstawiona przez autorkę w reportażu nie spełniała własnych marzeń, potrzeb i pragnień. Jeśli nawet marzyła o podróżach, to nie poprzez modeling. „To zajęcie nie pasowało do jej charakteru, nie było też w niej widać pasji do tej pracy”. – tak wspominali jej znajomi. Agnieszka Kotlarczyk była dla mnie dziewczyną realizującą cele innych. Sama nie była do końca szczęśliwa, mimo że „miała wszystko, bo oprócz zawodowego sukcesu i pieniędzy konkurs miss przyniósł jej także prawdziwą miłość. Życie jak w bajce”.
I jak w każdej bajce zakończonej morałem.
Bez szukania winnego, „jedyną winą Agnieszki Kotlarskiej było bowiem to, że była piękna, budziła ogólny podziw, a oskarżony wybrał ją jako obiekt swojej admiracji” – jak uzasadniał podczas procesu sędzia Jerzy Tarczewski. Zabójca został uznany za niepoczytalnego. Matka chciała dla córki najlepszej przyszłości. Mąż spełniał jej życzenia. Pojawiło się więc pytanie, czy w ogóle w tym gąszczu czynników, należy szukać winnego?
Kierunek myślenia wyznaczyła mi redaktorka Justyna Mazur-Kudelska.
Jej opinia o książce umieszczona na okładce zawierała ukierunkowujące pytanie – „Czy można było wyłapać niepokojące sygnały i uniknąć tragedii?” By zaraz na nie odpowiedzieć – „Niestety, tak. I właśnie dlatego tę książkę trzeba przeczytać”.
Szczególnie w naszych czasach.
W dobie influencerów i stalkerów. W czasie łatwo dostępnych mass mediów i osiąganej popularności, ale i kryjących się za nimi w cieniu: obsesji, fanatyzmu i dramatów.
Piękno przyciąga niewyobrażalne zło – jak powiedziała Bogna Sworowska II wicemiss Miss Polonia 1987 w filmie „Zabić Miss”.
Ten reportaż to przestroga.
naostrzuksiazki.pl
„Musisz wykorzystać urodę”.
Tak nieustannie powtarzała Agnieszce Kotlarskiej matka. To ona od lat nastoletnich popychała córkę nieustannie w tym kierunku. W efekcie „Agnieszka chodziła po wybiegach już jako szesnastolatka. Matka zobaczyła ogłoszenie w gazecie, poszły na spotkanie do agencji KonArt, spodobała się”.
Tak zaczęła się jej praca w modelingu.
W zawodzie,...
2025-12-14
„Czy polscy chłopi pańszczyźniani byli niewolnikami?”
Pytanie, jak tezę postawił autor w pierwszym zdaniu prologu w swoim opracowaniu historycznym tytułowego pojęcia „pańszczyzna”.
Po niej nastąpiła gradacja emocji w dół.
Na początku doświadczałam ich spokojnych, bo zaczynających się od przedstawienia ogólnohistorycznego tła zagadnienia. Koniecznego do naszkicowania źródeł powstania, a potem umacniania się systemu pańszczyźnianego, umiejscowionych zarówno w Europie, jak i w Polsce od czasów średniowiecznych do momentu zniesienia pańszczyzny.
By zakończyć wiedzę wstępną jednoznacznym wnioskiem – Polacy to potomkowie niewolników.
W zdecydowanej ich większości. Schodzenie w dół po drabinie upodleniu chłopów do ich ekstremalnej degradacji do poziomu bydła, psów, a nawet chodzących rzeczy na dnie nędzy, autor zaczął od wyjaśnienia, w jaki sposób polscy chłopi stracili swoje prawa. Każdy kolejny rozdział rozpoczynał mocnym słowem – zezwierzęcenie, wyzysk, rozbój, prawo bata, nadzór absolutny, cena człowieka czy apogeum nędzy. Wyjaśniał w nich, co kryło się pod tymi określeniami pozycji chłopa w społeczeństwie, jakie mechanizmy służyły ich bezwzględnemu stosowaniu, jakie brutalne procedery temu towarzyszyły, jakie opresyjne metody i sposoby ich eksploatowania były stosowane, by chłop został niewolnikiem, trwał w niewolnictwie i się nie buntował. Bezwzględnie poddaną i posłuszną warstwą społeczną, z której żyła arystokracja, szlachta, Kościół i państwo, nic nie otrzymując w zamian. „Chłopi, jako jedyny stan społeczny nad Wisłą, nie wyciągali żadnych, najdrobniejszych korzyści z funkcjonowania państwa i władzy zwierzchniej. Zarazem jednak to oni płacili przytłaczającą większość podatków w kraju”.
Ogrom faktów jednogłośnie i jednoznacznie przemawiał za niewolnictwem.
Ostatnie rozdziały czytałam z ogromnymi emocjami współczucia, przerażenia, bezsilności i wściekłości. To ostatnie z powodu „podziwu” dla historyków i autorów szkolnych podręczników do historii z powodu ich wysokich umiejętności spłycenia tematu i mówienia półprawd. Wręcz systemowego kamuflażu prawdy.
Prawdy zaczerpniętej i popartej przez autora bardzo licznymi źródłami.
Często cytowanymi i przytaczanymi w obszernych fragmentach. Czasami zestawiając je ze sobą jako przeciwstawne w intertekstualnej dyskusji, a czasami samemu z nimi polemizując. Pozostał przy tym konsekwentny w rzeczowości i merytoryczności przekazu oraz w jego logicznym prezentowaniu. Wykaz przestudiowanych dokumentów umieścił w aparacie informacyjnym na końcu książki liczącym prawie osiemdziesiąt stron.
Autor spojrzał na historię ludową również z punktu widzenia socjologii.
Jak na traumę przodków mającą wpływ na kolejne pokolenia, przejawianą współcześnie we wstydzie ukrywanym za powszechnym zjawiskiem poszukiwania korzeni wśród szlachty i arystokracji. Przemyconą w nieuświadomionych zwyczajach i obyczajach, której echa widać w nawykach związanych z kulturą spożywania alkoholu. Autor wymienił również „wstręt do pracy, nieufność wobec wszelkiej władzy, podejrzliwość względem sąsiadów, skłonność do donosicielstwa, kombinatorstwo, bezradne rozkładanie rąk i »biadolenie«, pogarda szefów względem podwładnych, przekonanie, że drobna kradzież z firmy albo urzędu jest w pełni uzasadniona, przyzwyczajenie do łapownictwa”. Od siebie dodam – i narzekanie jako „sport narodowy”.
Autor nazwał to zjawisko „okowami folwarcznej mentalności”.
To kolejna pozycja, obok „Chłopek” Joanny Kuciel-Frydryszak, odważnie opisująca przeszłość, którą trzeba poznać, by zrozumieć historię Polski, ale i mentalność współczesnych Polaków. By pod humorystycznym obrazem chłopa pokazanym w bijącym rekordy popularności satyrycznym serialu „1670” w reżyserii Macieja Buchwalda i Kordiana Kądzieli, zobaczyć rzeczywistą grozę 400 lat niewoli zdecydowanie większej części narodu.
To też nasze dziedzictwo.
naostrzuksiazki.pl
„Czy polscy chłopi pańszczyźniani byli niewolnikami?”
Pytanie, jak tezę postawił autor w pierwszym zdaniu prologu w swoim opracowaniu historycznym tytułowego pojęcia „pańszczyzna”.
Po niej nastąpiła gradacja emocji w dół.
Na początku doświadczałam ich spokojnych, bo zaczynających się od przedstawienia ogólnohistorycznego tła zagadnienia. Koniecznego do...
„Niemal co druga osoba na świecie mówi jakimś językiem indoeuropejskim”.
Przez większość wieków naszej ery pochodzenie różnorodności językowej tłumaczono opowieścią o wieży Babel i Bogu, który pomieszał języki, zaczerpniętą z Biblii. Pomysł, że istnieje więź między sanskrytem a łaciną i greką, nie wspominając o innych językach europejskich, graniczył z szaleństwem.
Ten stan wiedzy utrzymywał się do XVIII wieku.
Jednak znalazło się kilku poliglotów, którzy odważyli się mówić i szukać przodka łączącego Europę i Azję – języka indoeuropejskiego. Jednego z pięciu współczesnych rodzin językowych. To z niego autorka uczyniła bohatera swojego uważnego śledztwa, bo to on dał początek powstaniu największej rodziny językowej w dziejach świata. Do niej należy również język polski w podrodzinie bałto-słowiańskiej i dalej słowiańskiej i zachodniosłowiańskiej razem z czeskim i słowackim.
W analizie swojej autorka czerpała wiedzę z powstałej do tego celu nauki – językoznawstwa historycznego.
To według jego wyznaczników podrodzin językowych podzieliła zgromadzoną wiedzę na sześć rozdziałów poświęconych językom: anatolijskim, tocharskim, celtyckim, germańskim i italskim, indoirańskim, bałtyckim i słowiańskim (dla mnie najciekawszym) oraz albańskim, greckim i ormiańskim. Poprzedziła je dwoma rozdziałami wprowadzającymi, omawiając genezę lingua obscura, czyli protoplastę języków oraz historię praindoeuropejskiego, który jeszcze dwieście lat wcześniej był Świętym Graalem wielu badaczy i intelektualistów. Autorka wskazała w nich metody badawcze, umożliwiające poznanie losów języka już wymarłego od tysięcy lat, wskazując trochę przekornie na najważniejszą – pokorę. Wymieniła techniki językoznawcze, archeologiczne i genetyczne umożliwiające przeanalizowanie dziejów języka, rozwoju idei i wiedzy w nim zawartej, a tworzącej kulturę, oraz ruchów demograficznych.
To dzięki nim autorka zabrała mnie do... Narnii.
Krainy kultury andronowskiej, ceramiki sznurkowej, Sintasza, grobów zrębowych i jamowych, Indusu, ożywionej językiem, kulturą i wędrówkami przez lingwistów, archeologów i genetyków, które umożliwiły prześledzenie rozprzestrzeniania się języka indoeuropejskiego na Azję i Europę, dającemu początek powstaniu nowych języków, ale i wymieraniu innych.
Śledzenie tej wędrówki ułatwiały mapki umieszczone w tekście oraz schemat podziału omawianych języków.
Autorka swoją wiedzę oparła nie tylko na literaturze podmiotu i przedmiotu, umieszczając ją w obszernej bibliografii załącznikowej, ale również z własnych doświadczeń towarzyszenia archeologom podczas badań na rosyjskich stepach, ukraińskich porohach na Dnieprze, w węgierskiej puszcie, tureckich ruinach czy z poszukiwań muzealnych.
To dzięki takiemu podejściu reportaż naukowy okazał się pasjonującą wędrówką w czasie i przestrzeni po dawnych szlakach naszych przodków.
Ich efektem były porównania słowne i pojęciowe, przemawiające wspólnymi dźwiękami, pisownią i znaczeniami. Dopiero po tak przedstawionej historii języka można było zrozumieć dziedzictwo najpierw przekazów ustnych utrwalonych następnie w piśmie, a potem w szeroko pojętej kulturze aż do dzisiaj. Fascynującym było uświadomienie sobie wspólnej idei wielu przekazów wykorzystywanych w literaturze przez pisarzy, która pochodziła z prahistorii, łącząc hinduskie święte teksty w sanskrycie, greckie eposy Homera, epicki poemat heroikoniczny w staroangielskim ”Beowulf” czy współczesnego „Władcę Pierścieni” J. R. R. Tolkiena. Pisarza i poliglotę o polskich korzeniach według badań Ryszarda Derdzińskiego.
Usłyszałam głos moich praprzodków.
To niesamowite wrażenie połączenia z przeszłością za pomocą języka, którego metaforą była szafa do Narnii, budowało największe i najciekawsze przeżycia podczas wędrówki przez stepy, puszczę, góry, rzeki i czasy. Jednak autorka chciała zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt swoich rozważań – na motor przemian językowych. Swoje wnioski umieściła na końcu opracowania, skupiając się na migracji ludzi. Opisując efekty pracy archeologów i genetyków, podkreśliła determinujące zmiany, jakie niosły odkrycia, w postrzeganiu rozwoju i ewolucji języka. To one umożliwiły wysnucie jednej z najważniejszych myśli z tej wędrówki – „Migracja jest czymś stałym, »rdzenność« – względnym”.
To pozwoliło jej na sformułowanie wniosków proroczych.
Uważała, że „język stanie się nowym polem bitwy w wojnach tożsamościowych, a zachowanie jego »czystości« wciągną na sztandary ci, którzy chcą stawiać mury”. Niestety, historia dowodzi, „że najwiekszy sukces ze wszystkich języków w historii planety odniósł ten, który powstał jako hybryda i został rozniesiony przez imigrantów”.
Tylko ewolucja i rozwój paradoksalnie są w tym procesie niezmienne.
To dlatego w podziękowaniach autorka umieściła bardzo ważne zdanie – „Czytelnicy powinni mieć też świadomość, że omawiana dziedzina rozwija się szybko, więc część zawartych w nich treści może być już nieaktualna”.
Podobnie jak słowniki języka polskiego, ortograficzne i poprawnej polszczyzny wydane do 2025 roku.
naostrzuksiazki.pl
„Niemal co druga osoba na świecie mówi jakimś językiem indoeuropejskim”.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPrzez większość wieków naszej ery pochodzenie różnorodności językowej tłumaczono opowieścią o wieży Babel i Bogu, który pomieszał języki, zaczerpniętą z Biblii. Pomysł, że istnieje więź między sanskrytem a łaciną i greką, nie wspominając o innych językach europejskich, graniczył z szaleństwem.
...