rozwiń zwiń

Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach:

Książka trudna, wymagająca i piękna zarazem. Dotyka wielu aspektów fotografii. Przez pryzmat wybranych z kolekcji zdjęć omawiana jest historia fotografii. Forma eseju pozwala na dyskusję ze zdaniem autora. Polecam zwłaszcza dla amatorów fotografii, którzy szukają definicji dla siebie i swoich zdjęć.

Książka trudna, wymagająca i piękna zarazem. Dotyka wielu aspektów fotografii. Przez pryzmat wybranych z kolekcji zdjęć omawiana jest historia fotografii. Forma eseju pozwala na dyskusję ze zdaniem autora. Polecam zwłaszcza dla amatorów fotografii, którzy szukają definicji dla siebie i swoich zdjęć.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Flirtując z życiem Łukasz Maciejewski, Danuta Stenka
Ocena 6,9
Flirtując z życiem Łukasz Maciejewski, Danuta Stenka

Na półkach: ,

JAKA PIĘKNA KOBIETA!
Kiedy w 2013 roku ukazała się, długa na 257 stron, Łukasza Maciejewskiego rozmowa z Danutą Stenką, z radością oddałam się lekturze. Zachęcona ciepłem i serdecznością aktorki uśmiechającej się z ekranu i z okładki, dałam się zabrać w podróż przez życie, dzieciństwo, młodość i kolejne, lepsze lub gorsze role… Odkładając książkę na półkę czułam, że to jednak nie koniec, bo przecież „życie to jest teatr”, a najważniejsza sztuka wciąż trwa, bo pierwszoplanowa aktorka ma jeszcze dużo do powiedzenia. Tak dużo, że ów zgrany duet postanowił w tym roku powrócić do rozmowy i oto na półkach księgarń pojawia się edycja specjalna – II wydanie „Flirtując z życiem”.
Książka zachęca bajecznie kolorową okładką, z której hipnotyzuje uśmiechem coraz piękniejsza(!) [jak ona to robi?!!!] Danuta Stenka. Wzbogacona większą ilością zdjęć i aktualnym wykazem dokonań artystycznych - stanowi dla fanów swego rodzaju kompendium.
Niestety, z przykrością stwierdzam, że książka lekko rozczaruje, zwłaszcza tych, którzy czytali i mają na półce pierwsze wydanie. Osobiście, spodziewałam się, że kolejne będzie nie tylko wznowieniem nakładu, ale pogłębioną, uzupełnioną, po prostu nową rozmową. Autor i wydawca mieli inny pomysł na książkę i do pierwszego wydania zostało dopisane tylko kilka rozdziałów, i trzeba przyznać, że we wstępie potencjalny czytelnik uczciwie zostaje o tym uprzedzony, że nowe rozmowy należy traktować jako aneks, uzupełnienie poprzednich, ale wciąż aktualnych rozmów.
Fakt, pięć lat w życiu bardzo popularnej aktorki zaowocowało zaskakującymi wydarzeniami, nowymi propozycjami ról, coś skończyło się i odeszło bezpowrotnie, coś dopiero majaczy na horyzoncie, wiele wykorzystanych i mnóstwo niewykorzystanych szans... tak, to daje podstawę do tego, by znów usiąść przy kawie i porozmawiać. I trzeba przyznać, że jest to rozmowa trochę dojrzalsza, choć już poprzednim razem mieliśmy do czynienia z dojrzałym, doświadczonym spojrzeniem na świat, na życie "sceniczne", na codzienność, na religię, politykę, literaturę i przyrodę... Mam wrażenie, że Danuta Stenka nabrała pewnego rodzaju dystansu, ale wciąż pozostaje sobą. Wciąż postrzegamy ją jako ikonę polskiego kina i sceny, jako aktorkę wyśmienitą, która stworzyła tak wiele różnych kreacji, czy to na deskach teatru, czy na szklanym ekranie, czy choćby w słuchowiskach radiowych - za które ja szczególnie ją uwielbiam. "Stenka to światło" - tak o swojej interlokutorce pisze we wstępie Łukasz Maciejewski i bardzo dużo go wniknie w czytelnika podczas lektury wywiadu, ponieważ z jego treści emanuje światło, serdeczność, pokora i spokój.
Jest to dobra, wyciszająca lektura, dlatego polecam w tym całym codziennym naszym "zabieganiu" odrobinę wyciszenia, zwolnienia tempa, odsunięcia na bok tego, co niepokoi... Zachęcam do lektury, zwłaszcza ludzi zmęczonych życiem, którzy po całym dniu nie mają już ochoty nawet "gadać" - nie mówcie zatem nic, tylko "posłuchajcie" jak pyta On, dotykając różnych, często drażliwych zagadnień i jak odpowiada Ona.

Zachwycające było za pierwszym i także tym razem to, jak Danuta Stenka potrafi bez udawania, bardzo skromnie o sobie mówić, jak bardzo sama siebie nie docenia, mówiąc, że to nie o niej powinna być ta książka, wszak są obok wybitniejsi artyści, zasłużeni, doświadczeni, starsi... Zachwycająca jest jej pokora wobec losu, świata. Zachwycająca jest jej wiara w dobro człowieka. Podziwiać trzeba też to, że stroni od świata żyjącego plotkami i potrafi uszanować swoją, a przede wszystkim prywatność innych ludzi. Podobne uczucia miałam podczas lektury wywiadu z Anną Seniuk Nietypowa baba jestem!
Aktorów znamy z ekranu, oglądamy w zasadzie końcowy efekt wielotygodniowej pracy, ogromnego wysiłku, wielu prób, modyfikacji, szlifów, błędów, ale też potężnych dawek emocji, złości, niepewności, utraty nadziei, bezsilności, obaw, że coś się nie uda, nie przypadnie do gustu, nie spotka ze zrozumieniem. Świat wykreowany przez artystów i celebrytów, fanów, a zwłaszcza przez media zmusza do tego, że artysta, aktor musi żyć w pełnej gotowości, nie mogąc pozwolić sobie na chwilę słabości, na potknięcie, na gorszy dzień... Miarą wielkości Aktora jest nie poddać się tym "wymogom" i grać wyłącznie na scenie, a w życiu być po prostu sobą. Tak jak "Stenka jest Stenką".

JAKA PIĘKNA KOBIETA!
Kiedy w 2013 roku ukazała się, długa na 257 stron, Łukasza Maciejewskiego rozmowa z Danutą Stenką, z radością oddałam się lekturze. Zachęcona ciepłem i serdecznością aktorki uśmiechającej się z ekranu i z okładki, dałam się zabrać w podróż przez życie, dzieciństwo, młodość i kolejne, lepsze lub gorsze role… Odkładając książkę na półkę czułam, że to...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Już za kilka dni pojawi się w księgarniach książka Mateusza Janiszewskiego pt. Ortodroma, do lektury której zachęcam już dziś. Polecana przez Wydawnictwo Znak jako reportaż z podróży, w moim odczuciu jest to raczej zbiór dwudziestu jeden esejów, dla których podróż w najsroższe dla człowieka rejony świata stała się albo przyczynkiem, pierwszym punktem ortodromy, albo wspólnym mianownikiem, dla kolejnych, niezliczonych punktów na mapie. Książka zachwyca nie tylko estetyką - wysoko cenię książki, w których dostrzega się wartość przestrzeni, przejrzystość i światło. Chwilami miałam wrażenie, że książka jest czysta jak śnieg, przejrzysta jak drobinki lodu, biała jak mgła... Książka ujmuje także stylem, kunsztem pisarskim, znajdziecie tu wiele zdań, które z pewnością zapiszą się w pamięci lub wynotujecie je sobie, tak jak ja, w oddzielnym zeszycie z cytatami. Książka przepełniona jest mądrością i spokojem, wiedzą i doświadczeniem, dystansem i pokorą. Taką mądrością i pokorą, na którą stać tylko człowieka, który stanął oko w oko z żywiołem, który wyszedł cało ze starcia z naturą, gdzie stawką było ludzkie życie i który wreszcie czuje wobec sił przyrody głęboki respekt. Autor zabierze Was nie tylko w podróż na Antarktydę, ale w podróż przez historię Ameryki Południowej, epokę odkryć geograficznych, zuchwałe i tragiczne w skutkach wyprawy morskie, nieudane próby zdobycia bieguna... Pokaże nam piękno przyrody, jej siłę, zabójczą potęgę, nadzieję w oczach zdobywców, zwątpienie w oczach podróżników, furię i szaleństwo, niszczycielską i rabunkową gospodarkę człowieka, która na zawsze zakończyła epokę królowania wielorybów i fok w wodach oceanów. Opisze czym jest prawdziwa samotność, pustka, śmierć i pragnienie życia. Książka zaczyna się od pytania "Dlaczego ruszamy do miejsc, które mogą nas zabić?" i w miarę jak podążamy z autorem od punktu do punktu na jego mapie podroży, kiedy stajemy się częścią jego ortodromy, w miarę jak zbliżamy się z autorem do Antarktydy, czujemy, że zbliżamy się do odpowiedzi na to pytanie. Ale, ale, drogi czytelniku... "Poczekaj, każdy ma jakąś Antarktydę". Każdy musi znaleźć własną odpowiedź. cop. @tojacipoczytam.wordpress.com

Już za kilka dni pojawi się w księgarniach książka Mateusza Janiszewskiego pt. Ortodroma, do lektury której zachęcam już dziś. Polecana przez Wydawnictwo Znak jako reportaż z podróży, w moim odczuciu jest to raczej zbiór dwudziestu jeden esejów, dla których podróż w najsroższe dla człowieka rejony świata stała się albo przyczynkiem, pierwszym punktem ortodromy, albo...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

To chyba przychodzi z wiekiem. Jednak od pewnego czasu zauważam, że moje literackie gusta bardzo się zmieniają, jakby dorośleją. Coraz częściej sięgam po książki autobiograficzne, biograficzne i powieści, które na biografiach są osnute. I te ostatnie, najbardziej zapadają mi w pamięć, bo mimo że są fikcją literacką, to jednak przesiąknięte wątkami historycznymi sprawiają, że wielkie sławy tego świata, stają się po prostu zwyczajnie ludzkie i bardzo bliskie. Tak było z „Paryską żoną” Pauli McLaine – nie do końca prawdziwą opowieścią prawdziwej żony Ernesta Hemingwaya. Tak samo jest z „Kobietą, którą pokochał Marszałek. Opowieścią o Oli Piłsudskiej” Katarzyny Drogi.

Świeżo po lekturze mam mnóstwo refleksji, które trudno ubrać w słowa. Jedno jest pewne, tę powieść powinien przeczytać każdy Polak. Chociaż jest fikcyjną narracją, to przecież mocno opartą na wspomnieniach samej Oli Piłsudskiej i na wielu świadectwach historii, która działa się przez nią i dla niej. Kobieta, o której mało się mówi, kobieta, żyjąca w cieniu Marszałka, Wodza… człowieka, który sprawił, że Polacy sięgnęli po upragnioną niepodległość, to prawdziwy diament, którego wartość dostrzegł i docenił sam Józef Piłsudski, Ziuk. Nie była to miłość łatwa, ale trwali w niej, w nadziei na lepsze czasy. Dzielili też wspólnie inną nadzieję – nadzieję na wolność, niepodległość Polski.

Aleksandra. Ola. Niepozorna, skromna, pełna odwagi, uparta i dzielna, przeszła wiele, by od drobnych, niby nic nie znaczących czynów, przejść do wielkich, by stanąć u boku Józefa Piłsudskiego i trwać przy nim do końca. Do ostatniego oddechu… Jak kochać takiego człowieka? Jak nie przestać go kochać? Kiedy najpierw nie możesz nawet przyznać się do miłości. Kiedy, później, spośród rozlicznych spraw zaprzątających jego myśli, absorbujących jego uwagę i czas, ty, jego ukochana, żona, matka jego dzieci, jesteś na szarym końcu listy wszelkich spraw… Jak?
Mądrość i siła kobiety w tym właśnie tkwi. W cierpliwości. W uporze. W czekaniu. W pewności, że on jest tego wart. Która z nas umiałaby trwać przy człowieku takiej miary? Stać u boku wielkiego Marszałka Piłsudskiego, tęskniąc jednocześnie za zwyczajnym życiem z ukochanym Ziukiem w cichym dworku w Sulejówku lub Piekieliszkach. Która z nas miałaby w sobie tyle pokory i determinacji, by drżeć co noc o siebie, męża i dzieci, i o Polskę też, żyć w lęku, a jednocześnie dawać innym tyle wsparcia i odwagi. Która z nas dziś, tak cierpliwie, znosiłaby plotki o zdradach męża, albo oszczerstwa, oskarżenia o zdradę Polski, po tym, kiedy dla tej Polski, dla jej wolności poświęciło się wszystko – całe swoje życie, szczęście i spokój duszy? Co czuła naprawdę Aleksandra Piłsudska, kiedy wieczorami w zaciszu dworku w Sulejówku czekała na wieści od męża? Co czuć musiała w chwili, kiedy dumna stanęła na czele narodu wraz z nim? Co czuła, kiedy chłód i pustka Belwederu doskwierały coraz bardziej i mocniej pod nie do końca zrozumiałą nieobecność Ziuka? Tego możemy się tylko domyślać.

W tych domysłach powinna nam towarzyszyć opowieść Katarzyny Drogi. Napisana bez zbędnego pietyzmu powieść, bez gloryfikowania, bez prób wybielania, bez stronniczości, bez ogromnej atencji wobec osoby i roli samego Piłsudskiego. Choć mam wrażenie, o to było najtrudniej autorce zawalczyć. Bo zapewne zapałała sympatią do Oli Piłsudskiej od samego początku i tak prowadzi narrację, że się po prostu, wykreowaną ze wspomnień postać Oli lubi, podziwia i szanuje. Nie ma w powieści miejsca na „politykowanie”, ocenianie słuszności i to jest jej ogromny atut. Nie ma w niej miejsca na krytykę, nikt z nas nie ma do niej zresztą prawa. Krytykować mogą jedynie ci, którzy z Olą i Ziukiem, ramię w ramię, przeszli przez piekło… A i tych już wśród nas nie ma. Zostały tylko wspomnienia. O Oli i Ziuku. Piękne wspomnienia.

To chyba przychodzi z wiekiem. Jednak od pewnego czasu zauważam, że moje literackie gusta bardzo się zmieniają, jakby dorośleją. Coraz częściej sięgam po książki autobiograficzne, biograficzne i powieści, które na biografiach są osnute. I te ostatnie, najbardziej zapadają mi w pamięć, bo mimo że są fikcją literacką, to jednak przesiąknięte wątkami historycznymi sprawiają,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Dla miłośników prozy Érica-Emmanuela Schmitta ta książka, która lada moment pojawi się na półkach w polskich księgarniach, będzie pewnym zaskoczeniem. "Człowiek, który widział więcej" jest bowiem mieszanką literackich gatunków, moim zdaniem nie dość typową dla jego, zwykle na wskroś filozoficznej prozy, pełnej przypowieści i odwołań do boskiej siły. Jednak proszę nie sądzić, że w tej książce tego nie nie znajdziecie. Będzie dużo głębokich myśli, prostych pytań i wiele rozważań o Bogu, religiach, roli i wartości człowieka, a sposób narracji tylko zachęca, do sięgnięcia po tę lekturę.
Niestety, na początku powieje nudą, bo nie bardzo wiadomo z czym mamy do czynienia. Czy ze studium przypadku wyjątkowego pechowca Augustina Trollieta, żeby nie powiedzieć dobitniej - totalnej ofiary losu, który nie tylko jest sierotą, nieatrakcyjnym fizycznie mężczyzną, głodującym bezdomnym i na koniec wolontariuszem - popychadłem w redakcji brukowca "Demain", gazety wydawanej w miasteczku Charleroi. Augustine wydaje się być tak prostą postacią, tak nudną, że aż nudno się robi, gdy się o nim czyta... i trudno się wyzbyć przekonania, że jeśli w książce są przewidziane jakieś katastrofy, to wiadome jest, że najbardziej dotkną właśnie Augustina. I tak się w zasadzie dzieje, kiedy redaktor Pegard, właściciel gazety, przyłapuje go na spaniu w pracy i z miejsca wysyła na ulicę w poszukiwaniu news'ów. Splot tych nieszczęśliwych zdarzeń zaprowadzi go na plac Karola II, którym lada moment wstrząśnie wybuch bomby... Można pomyśleć też, że dano nam tym razem do poczytania pełną absurdalności, a przez to nawet zabawną, detektywistyczną powiastkę, która w miarę postępu lektury coraz bardziej przypomina komedię omyłek, podobną do fabuły filmu "Jeszcze dalej niż Północ" [reż. Danny Boon], a wszystko dzięki przedstawicielom wymiaru sprawiedliwości - sędzi śledczej Poitrenot i jej asystentowi Mechinowi - wyjątkowemu łamadze, choć wydawać by się mogło, że tytuł "chodzącego nieszczęścia" przypadł już przecież naszemu Augustinowi, albo dzięki komisarzowi Terlettiemu, nerwowemu policjantowi, który wciąż zdaje się być o dwa kroki za terrorystami, których próbuje wytropić.
Powieść nabiera większego rozmachu, kiedy na jej strony, jako bohater wkracza sam Éric-Emmanuel Schmitt, jako pisarz, z którym Augustin ma zamiar przeprowadzić rozmowę o ostatnich wydarzeniach w Charleroi, o terroryzmie i zagrożeniach płynących ze strony islamskich fundamentalistów. To spotkanie pisarza i Augustina jest dla powieści punktem kluczowym. Augustine, jest ważną postacią, dostrzeżemy to dość szybko, kiedy tylko zorientujemy się, że jest nie tylko "dziwadłem" a osobą, która ma wyjątkowy dar, osobą która widzi więcej - widzi towarzyszących nam zmarłych. I wbrew pozorom i mniemaniu o sobie samego bohatera, jest mądrzejszy i dużo bardziej przebiegły, niż się to może wydawać. Z ofiary zamachu, z ofiary losu przeistoczy się w kogoś, kto "pociąga za sznureczki" policyjnego śledztwa i w kogoś, kto zmieni los wielu ludzi, udaremniając kolejny zamach w miasteczku! Co więcej, Augustin będzie tym, który ma przeprowadzić ważniejsze śledztwo - dowieść, że winien jest Bóg. Jednak dopiero połączenie dwóch umysłów Schmitta i Augustina poprowadzi nas w meandry filozoficznych rozważań o religii, o Bogu, o miejscu człowieka we wszechświecie. Ich rozmowa, ich spotkanie, ich plan na rozmowę z Bogiem, to jest w tej powieści prawdziwa "bomba", jeśli wolno mi użyć kolokwialnego wyrażenia.
Zasadniczo ta powieść zaczyna się od wybuchu i wybuchem się kończy. Wokół zamachu terrorystycznego w miasteczku Charleroi i sporu na temat zagrożenia ze strony islamu Schmitt dość sprytnie osnuwa całą fabułę powieści, z której każdy może wyciągnąć własne wnioski - dla mnie jeden, zasadniczy jest wart uwagi - terroryzm nie ma źródła w Koranie, a w ludziach przepojonych nienawiścią do innych narodów, kultur i religii. Jeśli na atak odpowiemy atakiem, kim wobec tego będziemy jeśli nie takimi samymi terrorystami? Nie sposób się nie zgodzić, że to "przemoc ujawnia chorobę myśli. Uwaga, chorobę myśli, nie chorobę religijną. Morduje się z powodu innych ideologii niż religia, z powodu waśni dynastycznych, z powodu nacjonalizmu, z powodu rasizmu, z powodu antysemityzmu czy poczucia wyższości. (...) Wszystkie te przypadki nietolerancji są wyrazem identycznego strachu wynikającego z bezradności. Barbarzyńca eliminuje tego, kto nie myśli tak jak on."
W tej powieści znajdziecie inną wędrówkę do prawdy. Inne spotkanie z Bogiem, niż mieliście możliwość przeżyć dzięki wzruszającej powieści "Oskar i pani Róża" albo "Opowieść o niewidzialnym". Rozmowę z Bogiem, którą każdy chciałby przeprowadzić i chociaż raz w życiu mieć sposobność zadania tych najbardziej nurtujących człowieka pytań, zaczynających się od "Dlaczego?" - dlaczego człowiek musi cierpieć, dlaczego jest tyle nienawiści, dlaczego Bóg na to pozwala - na choroby, zabójstwa, głód, terroryzm... poprowadził nie kto inny, a nasz Augustin - niby wyrzutek społeczeństwa, redakcyjne pomiotło, nieszkodliwy wariat, półgłupek, a tak naprawdę wybraniec, kryształ, bohater (!). Rozmawia z Bogiem długo i nieszablonowo, a z rozmowy tej zapamiętałam właściwie jedno zdanie:"Człowiek sprawia mi ból"
Z powieści płynie jeszcze inna, piękna i mądra konkluzja dotycząca kwestii religii: "Żadna nie jest wolna od głupoty. Żadna nie jest wolna od mądrości. W każdej religii leń odnajdzie to, czego szuka, najgorsze. W każdej religii człowiek uważny odnajdzie to, czego nie szuka, najlepsze."
Cała powieść zdaje się być jednym wielkim chaosem różnych postaci, rozmaitych wątków, ale zapewniam, że wszystko ułoży Wam się w całość, kiedy doczytacie jej ostatnie zdania. Wszystko stanie się zrozumiałe, jasne, poznacie przyczynę i dostrzeżecie skutki. Dlatego, by zobaczyć więcej... Proszę otworzyć oczy!

Dla miłośników prozy Érica-Emmanuela Schmitta ta książka, która lada moment pojawi się na półkach w polskich księgarniach, będzie pewnym zaskoczeniem. "Człowiek, który widział więcej" jest bowiem mieszanką literackich gatunków, moim zdaniem nie dość typową dla jego, zwykle na wskroś filozoficznej prozy, pełnej przypowieści i odwołań do boskiej siły. Jednak proszę nie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Rzadko trafiam na książki, które trzymają w nieustającym napięciu, grają na skrajnie różnych emocjach od radości po nienawiść, od bezradności do chęci zemsty, przelania krwi, która nieuświadomiona, gdzieś jednak w człowieku drzemie, rosnące poczucie niesprawiedliwości i wiara w to, że los wymierzy najwyższą karę za wszystkie wojenne przewiny, jakie dotknęły  bohaterów powieści. I nie dziwcie się, jeśli podczas lektury będzie reagować tak jak ja, kiedy odkładałam powieść, bo zwyczajnie bałam się tego, co dalej nastąpi i za chwilę powracałam, bo nie mogłam w niepewności o dalsze losy bohaterów trwać. Pragnienie, by jednak dowiedzieć się, dokąd pogna ich zły los, zwyczajnie brało górę nad lękiem, dlatego warto sięgnąć po tę powieść, która lada dzień ukaże się w księgarniach.
Adrian Grzegorzewski już w pierwszej części powieści pt. „Czas tęsknoty” pokazał swój kunszt pisarski i zachwycił stylem bardzo dynamicznej, filmowej wręcz, narracji. „Czas burzy”, jego kolejna powieść, nie tyle czyta się, co ogląda, bo obrazy szalenie szybko przesuwają się w naszej wyobraźni. Tym bardziej jest to powieść godna uwagi, gdyż jest bardzo udaną próbą opisania ludzi i wydarzeń i czasu wojennej zawieruchy. Autor nie musi się obawiać, że spotka go zarzut, że przecież wszystko już zostało opowiedziane, napisane, nagrane…, bo powieść sama się broni i udowadnia, że istnieją jeszcze tysiące nieopowiedzianych historii naszych cichych, zapomnianych, młodych herosów, którzy ginęli za wcześnie, za młodo, w nierównej walce, po to, by dziś, każdy z nas mógł beztrosko trwonić i nie doceniać rangi wolności…
Autor zahacza o trudne i grząskie tematy, chociażby relacji polsko-ukraińskich, opisując tragiczne dla Wołynia czasy i wydarzenia, w centrum których posłał swoich bohaterów, związanych uczuciem, które ponad wszelkimi podziałami splotło serce Piotra, polskiego żołnierza i Swiety, ukraińskiej dziewczyny i rzucił ich w wir wojennej zawieruchy… w czas burzy.
Coś, co moim zdaniem, jest najważniejsze w tej powieści i stanowi jej ogromny walor, to właśnie jej realistyczni bohaterowie, z którymi zdążyłam się zżyć do tego stopnia, że trudno mi nawet uwierzyć, że zostali stworzeni, czy może raczej wskrzeszeni na potrzeby opowiedzenia tej trudnej, wojennej historii.
Stary Witalij, kościelny prawosławnego kościoła w Bedryczanach, emerytowany, zasłużony żołnierz, traci swą żonę – Polkę i dwóch synów w rzezi, jaka spadła na Kresy z rąk zbirów z formacji SS-Galizien. Niewyobrażalny i nie do opisania jest ból, kiedy patrzy się na śmierć najbliższych, zupełnie niewinnych osób. Niewyobrażalne i nie do opisania jest też i to, że z tym obrazem musiał dalej żyć, tak jak ze świadomością, że to jego rodacy – Ukraińcy, odebrali mu jego największe dobro – rodzinę i dumę. Patrzy na świat i swoją rodzinną miejscowość, którą dotknęła pożoga i śmierć i zachwyca mądrością, dystansem do zmieniających się jak w kalejdoskopie wydarzeń. A czytelnik po cichu liczy, że zemsta na oprawcach swej żony przyniesie mu ulgę. Towarzyszy mu Marta, Polka, dawniej „dziedziczka” w Bedryczanach,  waleczna i uparta, dzielna sanitariuszka w Armii Krajowej, tak bliska mojemu sercu silna kobieta, która łamała serca równie łatwo jak karki wrogom jej ukochanej Polski.
Piotr, główny bohater powieści, z pewnością urodzony pod szczęśliwą gwiazdą, wytrawny żołnierz Armii Krajowej, obrońca Wilna i Warszawy i jego ukochana Swieta, Ukrainka, twarda jak stal, dumna i wierna… swemu sercu, do końca. Czas burzy, w epicentrum której się znaleźli, razem pragnęli przetrwać, choć nierzadko stawali przed kwestią wyboru dobra ojczyzny, czy ukochanej osoby, podejmowania decyzji, czy jest się bardziej żołnierzem, czy obrońcą ukochanej, której też groziło przecież śmiertelne niebezpieczeństwo, bo widmo zawistnego i zaślepionego zazdrością i chęcią zemsty Jegora, Ukraińca i bezwzględnego mordercy, ciągle nad nimi wisiało…
Z nimi właśnie przemierzycie tysiące kilometrów od Bedryczan, przez Wilno i Warszawę, aż do Londynu, gdzie po wojnie nieliczni znaleźli swój azyl. Będziecie dotkliwie odbierać każdą leśną potyczkę z banderowcami czy beznadziejność walki z Niemcami w powstańczej Warszawie, rozczarowanie „sowieckim wsparciem” po Akcji Burza, każdą niedospaną noc, niepewność jutra, strach, głód, zgliszcza, rany i ból, i zimny dotyk śmierci…
Zakochacie się w tej powieści i w jej bohaterach, zmienią w was niezauważalnie różne dotychczasowe poglądy i opinie. Sam autor mówi, że… „Są do tego zdolni.”

Rzadko trafiam na książki, które trzymają w nieustającym napięciu, grają na skrajnie różnych emocjach od radości po nienawiść, od bezradności do chęci zemsty, przelania krwi, która nieuświadomiona, gdzieś jednak w człowieku drzemie, rosnące poczucie niesprawiedliwości i wiara w to, że los wymierzy najwyższą karę za wszystkie wojenne przewiny, jakie dotknęły  bohaterów...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Dziś chcę Wam polecić książkę, która ukradła mi wiele godzin z życia, a mimo to w ogóle tych godzin nie żałuję, co więcej z niecierpliwością czekam na kolejny sezon „Rodziny O.” Ewy Madeyskiej. Akcja powieści dzieje się w Bolegoszczy. Bolegoszcz to miasto „nigdzie” i zarazem miasto „wszędzie”, choć leży, ponoć, gdzieś między Białymstokiem a Lublinem… Bolegoszcz jest szara, nijaka, trochę zakłamana i grająca pozorami, zupełnie jak PRL-owska kronika filmowa. Bolegoszcz żyje swoim rytmem wybijanym przez pory roku, nurt rzeki Boli i tego, co przywieje wiatr historii – jest mimo to niezmiernie ciekawa. Do Bolegoszczy się ucieka przed niepewnym losem, w poszukiwaniu lepszego jutra, z Bolegoszczy się ucieka, zostawiając za sobą przeszłość, która niespieszna jest, bo pewna, że i tak dopędzi tego, który przed nią ucieka. Do Bolegoszczy się także po prostu wraca, kiedy życie „gdzie indziej” zwyczajnie się nie udaje. Bolegoszcz i jej mieszkańcy są w ciągłym ruchu. Jedni się rodzą, inni umierają, jedni uciekają inni trafiają tu za tymi, którzy uciekli tu skądinąd i tu znajdują swój azyl. Tutaj spotyka się przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Tu rodzą się i nikną bez spełnienia marzenia. Tu zderzają się niewykorzystane przed okupacją szanse, ocalone w czasie wojny istnienia i poczucie godności z brutalną rzeczywistością ubeckich metod inwigilacji i odbierania ludziom tego co najcenniejsze – prawa człowieka do wolności, do własnego ja.

Dajcie się zabrać zatem na wycieczkę po małym miasteczku, w którym żyje Rodzina O.

Ewa Madeyska pisze o losach rodziny Opolskich jakby ich doskonale znała. Opolscy to zarówno „żadna” rodzina i rodzina „każda”. Nie da się moich słów od razu zrozumieć, tak jak nie od razu udaje się zrozumieć, po co poznajemy oblicze zmyślonego miasta, zmyślonej rzeki i zmyślonej rodziny, dopóki nie dotrze do nas myśl, że tak naprawdę w miejsce nazwy Bolegoszcz możemy wstawić dowolną nazwę miasta, miasteczka i wsi, a w miejsce nazwiska nawet nasze rodowe, a analogie z życia naszych przodków, krewnych, przyjaciół, znajomych sąsiadów tylko potwierdzą moje wrażenia. Nagle wszystko samo zacznie się układać w logiczną całość.

Historia zaledwie pięciu dni z życia Opolskich (22 marca 1968, 6 kwietnia 1968, 14-15 lipca 1968, 8 października 1968, 1-2 stycznia 1969)urzeknie Was. Autorka tak zręcznie poprowadzi Was przez wszystkie niebezpieczne meandry, jak meandry przepływającej przez Bolegoszcz rzeki, nomen omen, Boli. Ból jest nieodłącznym elementem losów rodziny jak pech, niepowadzenie, strata, żałoba, samotność, pustka. Ból pod każdą postacią. Bola jest piękna, kusząca, kojąca ból wszystkich, którzy zapragną go ukoić w jej nurtach. Przyjmuje każdego. Nikogo nie oddaje.

Nie znajdziecie w tej powieści, na całe szczęście, dokumentu stricte historycznego, rejestru dnia obywatela Polski Ludowej ale żywą historię. Rodzina Opolskich jest przecież żywą tkanką w organizmie społeczeństwa. Historia zaś w zderzeniu z życiem codziennym Opolskich rozbija się o tę tkankę, coraz słabszą, coraz mniej odporną na wpływy historii, aż w końcu jej ulegającą. Historia ma tu jeszcze inny, głębszy, może nawet metafizyczny, wymiar. Wszystko, co było złe w przeszłości, wraca, rykoszetem uderza w poszczególnych członków rodziny, wymierza karę, czasem najwyższą, odbiera to, co należy się jej w myśl sprawiedliwości, czasem zupełnie niesprawiedliwie w nich trafia, bo ktoś sprytnie i z determinacją pociąga za sznurki marionetek…

Zapytacie pewnie jacy są zatem bohaterowie powieści Madeyskiej? W książce znajdziecie ich pełną gamę. Tadeusz Opolski, dziś lekarza psychiatra, ordynator, syna nestorki rodu – Heleny Opolskiej, mąż Barbary, ojciec Pawła i Andrzeja, który nie rozliczył się z przeszłością, kiedy była po temu okazja. Poznamy go lepiej, teraz, kiedy przeszłość upomina się o swoje. Barbara, żona Tadeusza, uratowana przez niego, kiedy zgwałconą odnajduje w ruinach bolegoszczańskiej kamienicy, przynosi półżywą do domu rodzinnego, w którym twardą ręką rządzi wdowa, niewidoma na jedno oko matka. Przedstawia jej Barbarę, jako swą narzeczoną i rzeczywiście poślubia ją, wkrótce przychodzi na świat Paweł Opolski – owoc gwałtu, nieprawdopodobnie podobny do Tadeusza. Nikt nie wątpi w jego ojcostwo… choć przekonani jesteśmy, że niemożliwe jest to, by mógł nim być. Do końca 1 sezonu będziecie myśleli, że to jakiś cud?

A Barbara? Jej życie to ciągła ucieczka, przed biedą rodzinnego domu na wsi i odpowiedzialnością za niepełnosprawną siostrę, przed gwałtami, przed nachalnością i obleśnością mężczyzn, przed wspomnieniami największego poniżenia. Trafia pod opiekuńcze skrzydła Tadeusza, który dba o nią przez długie lata ich małżeństwa. Atrakcyjna, zadbana, niezwykle pożądana przez mężczyzn z sąsiedztwa, wybiera najgorsze z możliwych rozwiązań. Romans z człowiekiem, którym kieruje tylko chęć zemsty. Mamy wrażenie, że Barbara jest marionetką, pustą wewnątrz kukiełką, wydawać by się mogło, że również zupełnie bezbronną i niezdolną zupełnie do zawalczenia o siebie kobietą. Przekona nas, jaka siła w niej drzemie. Możliwe, że to wpływ starszej pani Opolskiej, która do ostatnich godzin swego życia nie potrafiła zaakceptować pięknej znajdy, przybłędy i swojej synowej w jednej postaci.

Helena Opolska, wdowa po zasłużonym i znanym w Bolegoszczy prawniku, niewidoma na jedno oko – efekt fatalnej pomyłki myśliwego. Prawdziwa dama i lwica, walcząca o swoich bliskich. Szczera, bezbłędnie oceniająca ludzi i trafiająca w punkt, pomimo słabego wzroku.
Można śmiało powiedzieć, że jest lepszym psychologiem niż jej syn, Tadeusz.
Żyje w ciągłej nadziei, że odzyska drugiego syna – Jerzego, walczącego w strukturach AK, który uciekł z kraju(?) i słuch po nim zaginął (?). Jednak serce matki wie lepiej?

Paweł, niedoszły absolwent prawa, zakochany w studentce Hance, która bardziej niż miłością do Pawła targana jest rządzą buntu i udziału w studenckich protestach ’68 roku. Obrywa rykoszetem za udział w proteście, w którym udziału właściwie nie brał, a znalazł się w samym centrum wydarzeń w obawie i swoją ukochaną. Wilczy bilet przekreśla jego szansę kariery. Powrót do Bolegoszczy staje się tylko kwestią czasu… Tylko co począć z miłością do Hanki?
Andrzej Opolski, młodszy brat Pawła, niestabilny emocjonalnie, z ewidentnym kompleksem, gustuje w starszych, nienasyconych erotycznie kobietach. Łóżkowe podboje zaprzątają jego młodą, rozkojarzoną głowę, bardziej niż przygotowania do matury i egzaminów na studia. Andrzej ma na sumieniu dwa niewinne istnienia, a już wkrótce stanie się świadkiem, biernym uczestnikiem, niemym sprawcą trzeciej, niezawinionej śmierci…

" – Proszę mnie posłuchać. Przeszłość jest bez znaczenia. – Opolski podniósł się.
– Niech pani o niej nie myśli. Co było, minęło. Nie wróci. Rany się zabliźniły. Blizny zbladły. Nie warto."

Jak bardzo mylił się Tadeusz Opolski przekonacie się wiele razy, bo chichot losu będzie słychać aż nazbyt często i będzie niósł się echem po korytarzach starych bolegoszczańskich kamienic.

To tyle o Opolskich. Wokół nich toczą się historie innych Bolegoszczan, z których najbardziej dotkliwie splącze się los Ewy Mazurkównej, koleżanki z klasy Andrzeja, rozmodlonej dziewczyny, zawierzającej Bogu i Kościołowi wszystkie swoje i nie swoje grzechy, niedoszłej absolwentki i siostry zakonnej Zakonu Ubożanek, eterycznej istoty, która wypiera świadomość o tym, że jest w ciąży i próbuje zagłodzić siebie i owoc jej pierwszej i ostatniej uległości pokusie pożądania mężczyzny. Dość powiedzieć, że Ewa zostanie niebawem żoną Pawła ale sielanka nie będzie pisana, ani jej, ani jemu, ani ich bliskim.

W poszukiwaniu spokoju, ukojenia oraz ratunku uciekała na całe wieczory do parafialnego kościoła. Liczyła na pomoc Matki Boskiej. Na wsparcie całej armii Matek Boskich (Cierpliwie Słuchającej, Wniebowziętej, Niepokalanie Poczętej, Zwycięskiej, Anielskiej, Miłosiernej, Królującej, Tronującej, Koronowanej, już Ukoronowanej, Pocieszającej, z Dzieciątkiem, bez Dzieciątka, a także Matek Boskich: ze szczygłem, z goździkiem, z jaskółką, z kądzielą, z różą, z długą szyją, z różańcem, w żałobie, w grocie, pod jodłami i w różanej altanie).
Matki Boskie zajmowały się jednak innymi sprawami, ponieważ Ewa nie poczuła ani spokoju, ani ukojenia, ani ratunku. Została sama z palcami Pawła wygrywającymi na jej ciele rozgrzewające gamy, podniecające pasaże i zmysłowe koncerty.

Im bliżej końca książki tym bardziej widmo nienawiści Ryszarda Mielnickiego, dawniej biednego syna szewca i szwaczki, przyjaciela Tadeusza Opolskiego, niegdyś członka podziemia, antysemity, mentalnie komunisty, dziś bezwzględnego prokuratora SB. Jest mężem Alicji, którą zdradza przy każdej nadarzającej się okazji, zaślepiony chęcią zemsty na Opolskich, robi wszystko, by zniszczyć rodzinę Tadeusza, by odebrać mu wszystko. Wszystko! Zacznie od żony, pracy, a spocznie na spokoju ducha i poczuciu godności Tadeusza. Tylko skąd ta determinacja? Tylko skąd ta nienawiść? Zawodowo może i odniósł sukces, życiowo jest jednak przegranym człowiekiem, co próbuje kompensować sobie właśnie rozwiązłym życiem i poniżaniem żony i więźniów, na których zbiera „haki”. Impotencja, która mu coraz mocniej doskwiera jest ewidentnym przejawem jego psychicznej kondycji. Wypiera ze świadomości, że Alicja jest z pochodzenia Żydówką, jej ogromny majątek w szwajcarskim banku zdecydowanie mu to przesłania. Przeszkodą w jego zdobyciu jest tylko sama Alicja. Nie cofa się przed niczym, wsadzi Alicję do psychiatryka, szantażem zmusi Opolskiego do „zrobienia” z niej wariatki… Za dużo tego jak na jeden raz? Ale ja nie opowiedziałam wam jeszcze wszystkiego! To jest dopiero początek!

Książka napisana z rozmachem i polotem, który mi się podoba i którego zazdroszczę. Jest w niej i komizm, i dramatyzm, miłość, nienawiść, obojętność, spokój i lęk, walka i bezsilność, która popycha do samobójstwa… i znakomita żonglerka następującymi po sobie scenami, która przywodzi mi na myśl „Papugę” – technikę teatru improwizacji, którą autorka, nawet jeśli nieświadomie, stosuje perfekcyjnie.

„Moja matka na mnie czeka” pomyślała kobieta odziana w pomarańczowy sweter. „Nadeszła pora”.
I stanęła na ośnieżonej balustradzie mostu wschodniego."

Sezon 1 1968/1969 spełnił swoją rolę znakomicie. Zaszczepia w czytelniku ciekawość, co dalej nastąpi… A ciąg dalszy nastąpi. Na pewno. Niebawem. Pozostaje tylko czekać i wierzyć, że zły los się odwróci.

_____________
Wszystkie cytaty pochodzą z książki:
Ewa Madeyska, Rodzina O. Sezon I 1968/1969.Wydawnictwo Znak, Kraków 2017.
©tojacipoczytam.wordpress.com

Dziś chcę Wam polecić książkę, która ukradła mi wiele godzin z życia, a mimo to w ogóle tych godzin nie żałuję, co więcej z niecierpliwością czekam na kolejny sezon „Rodziny O.” Ewy Madeyskiej. Akcja powieści dzieje się w Bolegoszczy. Bolegoszcz to miasto „nigdzie” i zarazem miasto „wszędzie”, choć leży, ponoć, gdzieś między Białymstokiem a Lublinem… Bolegoszcz jest szara,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Królestwo za mgłą Zofia Posmysz, Michał Wójcik
Ocena 8,1
Królestwo za mgłą Zofia Posmysz, Michał Wójcik

Na półkach: ,

7566. Warum? Dlaczego?

7566 to nie jest numer PIN do karty debetowej, ani kod do domofonu na strzeżonym osiedlu… to jest numer, który wyryto, bez pytania o zgodę i bez przyzwolenia, na życiu młodziutkiej, dziewiętnastoletniej Zosi Posmysz. Numer, którego nie zapomni do końca życia, tego możemy być pewni. Tego numeru nie można zapomnieć także nam, jak i nie wolno nam zapomnieć o tym, co wydarzyło się w Auschwitz.

Dziś chcę wam polecić trochę inną książkę traktującą o czasach zagłady i tragedii II Wojny Światowej. Wywiad rzeka, do którego autor – Michał Wójcik, zaprasza nas jako świadków, świadków rozmowy i świadków tamtych wydarzeń, a Zofia Posmysz w bardzo szczerych odpowiedziach opowiada o całym swoim życiu w i poza Królestwem za mgłą. Książka o tyle istotna, że nie ma w niej oceny, nie szafuje wyrokami, nie domaga się sprawiedliwości na tych, którzy jakoś jej uniknęli w powojennych czasach. Jest to opowieść o codzienności, o życiu za drutami i bije z tej rozmowy jedna prawda, że z Auschwitz się nie wychodzi… w tym głębszym, metafizycznym sensie.

Zofia Posmysz mówi o Auschwitz jak o baśniowym Królestwie, bo tak jest prościej oswoić zło, które się wydarzyło przecież nie tylko w Auschwitz. Opowiada o obozie tak, jakby opowiadała baśń. Dawno, dawno temu… „Ten kto trafił do Królestwa, już w nim zostawał. (…) Za to ci, którzy tu trafili, dość szybko się zmieniali. Zaczynały działać czary”. I tak się to czyta, a czytając wciąż kręci się głową z ogromnym niedowierzaniem i nie takim, „że jak się to mogło stać?”, a raczej „jak można było coś takiego przetrwać???”, to niemożliwe… to niemożliwe…, niemożliwe…, niewyobrażalne!

Mówi o oprawcach z Auschwitz nie tylko źle, za co jest potępiana przez byłych więźniów obozu. Czyni tak, bo taka była prawda, i mówiąc tak jest bliższa prawdy o życiu codziennym w Oświęcimiu. Oddaje sprawiedliwość i nie generalizuje, że wszyscy Niemcy to naziści, oprawcy, kaci… Zgodnie z tym, czego doświadczyła, a doświadczyła wszystkiego – przetrwała nieludzkie warunki w barakach, zbyt ciężką pracę, jak na siły młodej dziewczyny, nie nawykłej do pracy, głód, odarcie z człowieczeństwa, bestialstwo wobec współwięźniów, przetrwała rewir, brak leków i wiele chorób, przetrwała karną kompanię i medyczne eksperymenty, które na zawsze naznaczyły jej ciało, a mimo to, potrafi mówić o dobrych chwilach w Auschwitz, o dobroci, której także doznała, o momentach radości… Potrafi też mówić z pewnym rodzajem sympatii o esesmance Annieliese Franz, jako o tej, której w jakiś sposób zawdzięcza to, że żyje.

Mówi o Auschwitz jak o czymś, co trzeba było przetrwać, przeczekać…, bo były wokół miejsca, gdzie było dużo gorzej. „Pamiętam, że panował tam potworny głód. Auschwitz w porównaniu do Ravensbrück to był piknik”. (…)

Mówi też o tym, że nie można porównywać cierpienia. „Prawda jest taka, że tak jak my nie wiedziałyśmy, czym tak naprawdę był Ravensbrück, tak one [więźniarki z Ravensbrück] nie wiedziały, czym był Auschwitz”.
Pisze i mówi szczerze o Auschwitz i to stało się jej przepustką do wolności, bo dzięki temu wyrzuciła traumatyczne doznania obozu ze wspomnień. Dzięki temu udało się jej wyjść poza bramy Królestwa… Wyrwała się ze szpon Imperium Rycerzy Trupiej Czaszki.

W kontekście tej książki zrodziło się pytanie, „Czy warto jeszcze mówić o Auschwitz?”. Są tysiące opowieści tych więźniów, którym udało się przetrwać, są tysiące dokumentów, zeznań i bolesnych wspomnień. Ale są miliony innych istnień, którym się nie udało, które takiej szansy nie miały, nie doczekały, nie znalazły w sobie dość determinacji by żyć, nie trafiły w tym nieludzkim czasie na ludzkie odruchy ze strony oprawców, którzy od razu trafili w tryby machiny śmierci.. Dla nich właśnie wciąż warto o tym mówić! Dla tych, po których nie został w pamięci chociażby… numer.

__________
Pełna recenzja na:
https://tojacipoczytam.wordpress.com/2017/01/29/7566-warum-dlaczego/

7566. Warum? Dlaczego?

7566 to nie jest numer PIN do karty debetowej, ani kod do domofonu na strzeżonym osiedlu… to jest numer, który wyryto, bez pytania o zgodę i bez przyzwolenia, na życiu młodziutkiej, dziewiętnastoletniej Zosi Posmysz. Numer, którego nie zapomni do końca życia, tego możemy być pewni. Tego numeru nie można zapomnieć także nam, jak i nie wolno nam...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Za kilka dni ukaże się kolejna, a zarazem ostania część cyklu "Dzienniki pisane w drodze" Richarda Paula Evansa - "Ścieżki nadziei". Książka, wydana w serii Między słowami, nakładem Wydawnictwa Znak, pozwoli nam towarzyszyć w ostatnich kilometrach wędrówki Alana Christoffersena przez Stany Zjednoczone.

Każdy, kto czytał poprzednie części, z niecierpliwością sięgnie po ostatni tom, żeby dowiedzieć się jakie będzie zakończenie podróży i to nie tylko z ciekawości, czy Alan dotrze do Key West na Florydzie, miejsca nieomal mistycznego dla jego rodziny, a raczej z ciekawości, czy jego podróż w głąb siebie przyniesie odpowiedzi na nurtujące go pytania. „Od zrozumienia, dlaczego żyłem, chyba ważniejsze było zrozumienie jak.”

Ostatnia część powieści jest niezwykle nostalgiczna, pełna bolesnych wspomnień, prób zrozumienia, dlaczego pewne wydarzenia w życiu tak bardzo rzutowały na to, kim teraz jest Alan, albo kim był jego ojciec i na dotychczasowe między nimi relacje. Próba zrozumienia i zaakceptowania śmierci miesza się z próbami odtworzenia historii rodziny, pierwszych pokoleń Christoffersenów, którzy jako imigranci przybyli do Stanów Zjednoczonych i tu próbowali zbudować rodzinne szczęście. Alan w tej podróży odkrywa w sobie upór i siłę swoich przodków, których życie nie było sielanką. Odkrywa też, że życie, jakie by ono nie było, jest darem, darem, z którego trzeba nauczyć się w pełni ale z rozwagą korzystać, nie raniąc bliskich sobie ludzi.Najlepiej towarzyszy się Alanowi w jego wędrówce, samemu będąc w podróży. Łatwiej jest go zrozumieć, kiedy pokonuje się setki kilometrów, nawet jeśli nie pieszo, tak jak główny bohater. Dlatego zdecydowanie polecam, by zabrać książkę w podróż, dokądkolwiek nie będziecie zmierzać. Uprzyjemni wam trudy podróży pociągiem, pozwoli zapomnieć o tłoku w autobusie, kiedy będziecie w drodze do pracy i z pewnością, pomimo lekkiej formuły i niezbyt skomplikowanej fabuły, zmusi was do wielu niezbyt skomplikowanej fabuły, zmusi was do wielu głębszych refleksji nad własnym życiem, nad celem, do którego zmierzacie i własną drogą do pełni siebie. Wspólnie z autorem będziecie szukać odpowiedzi na pytanie, które on sam sobie zadał "Jeśli człowiekowi odbierze się wszystko, dla czego żyje, to co go potem trzyma przy życiu?" Dzięki tej książce inaczej spojrzycie także na współtowarzyszy podróży. Odnajdziecie też odpowiedź na pytanie, co zmusza dorosłego mężczyznę do samotnej, długiej wyprawy i zrozumiecie, że w każdej takiej wyprawie, nie zawsze chodzi o ucieczkę od przeszłości... ale prawie zawsze kryje się za tym pytanie o sens życia i miłość.

Duży minus muszę dać za zbytnią drobiazgowość w opisywaniu posiłków Alana lub rozmowy, które niewiele wnoszą i są jakby sztucznym wypełnieniem pomiędzy ważniejszymi wątkami powieści. Wprawdzie to dziennik, wspomnienia spisane w drodze, jednak jest tego chwilami za dużo i spycha się na bok to, co dzieje się w głowie i w duszy naszego bohatera...
A może to jednak jest w jakiś sposób ważne, że Alan także prowadził rozmowy "bez sensu" lub, że tak bardzo lubił sałatkę Coleslaw? Spróbujcie ocenić to sami.

© tojacipoczytam.wordpress.com

Za kilka dni ukaże się kolejna, a zarazem ostania część cyklu "Dzienniki pisane w drodze" Richarda Paula Evansa - "Ścieżki nadziei". Książka, wydana w serii Między słowami, nakładem Wydawnictwa Znak, pozwoli nam towarzyszyć w ostatnich kilometrach wędrówki Alana Christoffersena przez Stany Zjednoczone.

Każdy, kto czytał poprzednie części, z niecierpliwością sięgnie po...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Dogłębnie wzruszająca historia. Prawdziwa. Terapeutyczna.

Tamtego dnia, w którym próbowała się zabić, zrozumiała, że znowu zbliża się zima... Są takie książki, które po dwóch pierwszych zdaniach odkładasz z myślą, "nie, to się nie nadaje do czytania!", odkładasz je na szafkę przy drzwiach z myślą "jutro oddam to do biblioteki", omijasz je przez wiele dni, przyrzucasz gazetami, notatkami i rachunkami wyjętymi ze skrzynki pocztowej, a później okazuje się, że na powrót po nie sięgasz, bo jednak te kilka początkowych, na pozór fatalnie napisanych zdań, nie daje ci spokoju.

Tak właśnie było w zetknięciu z książką Maggie O'Farrell Kiedy odszedłeś. Po przeczytaniu prologu i kilku akapitów części pierwszej, miałam nieodparte wrażenie, że mam do czynienia z nie do końca dobrze podaną historią jakiegoś romansu i właściwie nie mam ochoty zagłębiać się w szczegółowy, niezdrowo, nazbyt skrupulatnie rozpisany rozkład dnia głównej bohaterki, która już na 18-tej stronie popełnia samobójstwo! Niemniej jednak, książka upomniała się o uwagę. Nie dawała mi spokoju niewiedza, dlaczego główna bohaterka popełnia samobójstwo... Bo jeśli przez rozstanie z mężczyzną, co sugerowałby trochę banalny tytuł, to zdecydowanie szkoda mi czasu.

W tym momencie, kiedy jestem świeżo po lekturze, uważam, że dobrze się stało, że pozwoliłam sobie na to, by do niej wrócić, że nie oddałam książki do biblioteki, tak jak to planowałam, bo lektura warta jest uwagi i wielu łez, które wzbierały podczas lektury. Książka ma tę moc, że wzrusza, dotyka najwrażliwszych miejsc w duszy i sprawia, że cierpi się razem z bohaterką! Jeśli miałabym w kilku słowach określić charakter powieści, to według mnie jest to prawdziwa, terapeutyczna, głęboko wzruszająca historia o wielkiej miłości i stracie, której nie da się określić słowami, ani oszacować liczbami.

Nie ogarniałam ich rozumowo - tych pięćdziesięciu lat z okładem wlokących się przede mną, lat, które będę musiała przeżyć bez ciebie. Czym miałabym je wypełnić? To mi się wydawało takie okrutne, że jestem taka zdrowa, taka żywa, taka najwyraźniej niezniszczalna, gdy tymczasem twoje życie zostało z taką łatwością przerwane, i to za sprawą ślepego trafu.

Autorka, Maggie O'Farrell, piękny rudzielec o niebanalnym spojrzeniu, która spogląda na nas z okładki, w rzadko spotykany w tego typu powieściach sposób, opowiada nam historię głównej bohaterki - Alice Raikes. I robi to tak, jakby opowiadała jej życie, podnosząc jedno z tysiąca rozsypanych zdjęć, wokół którego osnuwa historie, z których dopiero na koniec powstanie prawdziwy obraz Alice, prawdziwy obraz miłości, prawdziwy obraz zrządzenia losu i dzieła przypadku, a także prawdziwy obraz bólu i straty tak wielkiej, że życie bez drugiej osoby, staje się nic nie warte, a jedyną myślą, jaka rodzi się w głowie bohaterki, to zabić tę pustkę i zakończyć swoje życie. To skakanie od teraźniejszości w przeszłość, od dorosłego życia Alice, od codzienności, do dzieciństwa lub czasu, kiedy była nieznośnie trudną nastolatką, najpierw irytuje i zniechęca, jednak z czasem staje się ogromną zaletą książki. Ten celowy, czy też zupełnie przypadkowy, zabieg trzyma nas ciągle w napięciu. Urwany nagle wątek zmusza nas do tego, by brnąć dalej w opowieść Alice o trudnej relacji z matką, o ciepłej relacji z ukochaną babcią, siostrami i ojcem, który od chwili narodzin Alice, wie, że jej biologicznym ojcem nie jest... W opowieść o ukochanym, Johnie Friedmannie, dziennikarzu, który dokonuje wyboru miedzy miłością do Alice, a religią, żydowskimi rodzinnymi tradycjami i ojcem, który tej miłości kategorycznie się sprzeciwia... Nic w tej historii nie jest ani proste, ani banalne, ale to okazuje się dopiero wtedy, kiedy skończy się czytać powieść.

Dzięki opowieści O'Farrell poznamy historię Alice i Johna, pełną namiętności ale i niesamowicie trudnej miłości, związku pełnego trudnych wyborów ze względu na różnice religijne i kulturowe. Dotkniemy bólu i pustki, jaka staje się w wyniku zupełnie przypadkowej śmierci Johna w bombowym zamachu w Londynie. Historia, w środku której się znajdziemy, sprawi, że w środku nocy zapragniecie odnaleźć ciepłą dłoń bliskiej osoby i z wdzięcznością się w nią wtulicie...

Dogłębnie wzruszająca historia. Prawdziwa. Terapeutyczna.

Tamtego dnia, w którym próbowała się zabić, zrozumiała, że znowu zbliża się zima... Są takie książki, które po dwóch pierwszych zdaniach odkładasz z myślą, "nie, to się nie nadaje do czytania!", odkładasz je na szafkę przy drzwiach z myślą "jutro oddam to do biblioteki", omijasz je przez wiele dni, przyrzucasz...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Anna Seniuk. Nietypowa baba jestem Magdalena Małecka-Wippich, Anna Seniuk
Ocena 6,5
Anna Seniuk. Nietypowa baba jestem Magdalena Małecka-Wippich, Anna Seniuk

Na półkach: ,

Nietypowa baba jestem!
Jeśli szukacie taniej sensacji, na wzór współczesnych opowiastek celebrytów, jeśli oczekujecie, że ta książka będzie szokować, wyciągnie na światło dzienne jakieś „obrzydliwostki” z życia aktorów, teatru i rodziny, to ta książka nie jest dla was!

Jeśli zaś szukacie ciepłej, spokojnej, serdecznej, pełnej refleksji i ułamków wspomnień, składanych w całość w dość przemyślnie poprowadzonej rozmowie córki i matki o dzieciństwie, młodości, pierwszej miłości, pierwszej roli aktorskiej, macierzyństwie i życiowych marzeniach, to ta książka jest zdecydowanie godna waszej uwagi!

„Anna Seniuk nie lubi opowiadać o sobie. Dzieje się tak dlatego, że mama nie potrafi poprzez mówienie wyrazić w pełni ani prawdziwej siebie, ani swojego stosunku do świata. Fenomen Anny Seniuk polega bowiem na tym, że prawdziwie i głęboko wyraża się ona poprzez działanie, teatr, poprzez tekst już napisany. Seniuk sceniczna potrafi być szczera aż do bólu, sygnały, które wysyła podczas spektaklu, są zrozumiałe, dopracowane, a sama treść przekazu jest głęboko przemyślana i autentyczna.”

Anna Seniuk, podpytywana przez swą córkę, zabiera czytelników w podróż od rodzinnego Stanisławowa, z którego całą rodziną wyjechali z dnia na dzień w bydlęcym wagonie, rzuceni przez wir historii w nieznane rejony, przez dwór w Zatorze, wplątuje w skomplikowane opowieści o dziadkach i pradziadkach, a potem gubi się sama w meandrach historii, potem ocknie się w ukochanym Krakowie, a później nagle znajdzie w Warszawie, by zatrzymać, na tę chwilę, swą podróż w zacisznej wiosce, gdzieś niedaleko Przemyśla, gdzie aktorka znalazła swój wymarzony kąt. Nietypowa baba wraz z córką zabiera was w podróż po krakowskich i warszawskich teatrach, pokazuje życie za kulisami, ale dyskretnie, aby nikogo nie spłoszyć… i wierzcie mi, przez cały czas podczas lektury, będziecie słyszeć jej przyjazny głos… Nie znajdziecie w tej książce gotowej, skończonej autobiografii znanej aktorki, a jeśli już sama poda czytelnikowi jakieś fakty z życia, nie będą osadzone co do dnia, godziny i minuty w minionym już czasie.

Książka zdaje się być, mimo to, na wskroś autentyczna, choć jest w niej wiele miejsc przemilczanych, niedopowiedzianych i nie dlatego, że aktorka ma coś przed nami do ukrycia. Wynika to raczej z ogromnego, wrodzonego wręcz, taktu wobec osób, o których opowiada. Jeżeli czegoś nie mówi, to przez szacunek, jaki się danej osobie należy, przez prawo każdego człowieka do odrobiny prywatności. I to się czuje podczas lektury i uważam, że jest to ogromną zaletą Anny Seniuk i ogromną zaletą tej książki. Jedyny „ekshibicjonizm” na jaki sobie w książce pozwala, to rozmowa o swoim rozstaniu z mężem i swojej poważnej chorobie, nie licząc wspomnień, że pokazując nagie piersi na scenie podczas sztuki teatralnej, przeszła do historii polskiego teatru jako… prawdziwa uwodzicielka i seksbomba. Choć i do tej sprawy Anna Seniuk ma ogromny dystans, kiedy nagabywana przez córkę podczas wywiadu odpowiada krótko: „Każdy ma jakieś aktorki, w których się kochał za młodu”, czym ucina wątek swej popularności.

Nie ma w tej rozmowie historii przerysowanych, podkoloryzowanych, na siłę tworzonych anegdot. Anna Seniuk ma do tego ciekawe podejście, które wyraża w słowach: „Jeśli będziemy tak wszystko preparować, to być może nie zostanie po nas żaden prawdziwy zapis, żadne prawdziwe świadectwo naszych czasów. Podrasowane zdjęcia, fałszujący wokaliści, którzy nagle śpiewają czysto, puszyste, które wyglądają na szczupłe, stare, które mają młode twarze.”
Rozmowa o rodzinnych dramatach jest także dość powściągliwa, co aktorka zdaje się tłumaczyć jednym stwierdzeniem, że gazety plotkarskie dość się już na ten temat rozpisywały i jeśli komuś zależy, to do „źródeł” dotrze bez trudu, jednakże prawda… Prawdę znać będą tylko ci, którzy to wszystko przeszli i sobie winni ją pozostawić.

Co mnie w tej książce zaskakuje, to poczucie, które i mnie samej nie jest obce, że jest się na świecie zbyt późno, że coś ważnego nas ominęło, bo wydarzyło się wiele lat wcześniej, nim pojawiliśmy się w danym miejscu i czasie. Takie uczucie, że nie zdążyło się na pociąg historii… Anna Seniuk mówi to w kontekście artystycznego Krakowa, do którego dotarła, kiedy krakowska bohema zaczęła powoli „wygasać”. Nie dostrzega chyba jednak tego, że sama uczestniczyła w kreowaniu innego świata artystycznego, chociażby na deskach Teatru Starego, w którym debiutowała zaraz po szkole teatralnej. Nie dostrzega, że szafowanie takimi nazwiskami osób, z którymi dane było jej pracować, znać się, przyjaźnić, dla późniejszych pokoleń młodych aktorów i widzów(!) to także historia, na którą ich pociąg nie zdążył. Jan Nowicki, Roman Wilhelmi, Zbigniew Cybulski, Jan Kobuszewski, Irena Kwiatkowska, Gustaw Holoubek, Maja Komorowska, Jan Englert, Janusz Gajos, etc., etc., to tylko wybrane nazwiska, które Anna Seniuk wylicza jednym tchem, wspomina mimochodem, mówi o najbardziej znanych personach polskiego teatru i filmu, jakby było to coś najbardziej oczywistego, naturalnego. Jest to jednak coś, co dla „zwykłego człowieka” zdaje się być czymś nieosiągalnym… Ta możliwość właśnie, która trafia się niewielu ludziom, którzy podczas codziennej pracy nad adaptacją i realizacją sztuki teatralnej, mogą dotknąć teatru, prawdziwego teatru i prawdziwego aktora, zanim jeszcze wcieli się w swą rolę, jest godna pozazdroszczenia.

Jeśli mam ocenić kunszt pisarski współautorek, to oceniam go dość wysoko. Pomimo obaw, które Magdalena Małecka-Wippich, żywiła przed przystąpieniem do przeprowadzenia rozmowy i spisania wszystkich wspomnień i którymi się otwarcie dzieli na każdym kolejnym etapie jej powstawania, ostateczny efekt rysuje się całkiem dobrze! I jeśli autorka martwi się, podobnie jak Sławomir Mrożek po premierze swej sztuki, „Myśli Pani, że będą dobre recenzje?” – myślę, że owszem, będą! Bo książkę niezwykle przyjemnie się czyta! To prawda, jest momentami albo „przegadana”, albo „niepowiedziana”, jednak jak tego uniknąć, kiedy rozmowie oddadzą się dwie kobiety, artystki, erudytki, smakoszki sztuki, matki i przyjaciółki???
Znajdziecie w tej rozmowie, podróży przez życie Anny Seniuk, wiele mądrych zdań, z których jedno, ja dla samej siebie, zapisałam w notatniku „Podróż ma wtedy sens, kiedy możesz komuś powiedzieć: zobacz, jak tu pięknie.”

Co ujmuje tej książce na wartości? Jak na mój gust jest w niej zbyt mało fotografii, albo przedruków afiszów teatralnych, itp. archiwaliów, które by wzbogaciły, uzupełniły treść rozmowy, bo tego, mimo wszystko, oczekuje się od książki biograficznej. Ogromny minus muszę dać za miękką oprawę… ale to już moje osobiste preferencje😉

Książkę gorąco polecam, bo to naprawdę miło spędzone godziny w rozmowie z nietypową babą! – Anną Seniuk. Pozwólmy sobie na to, by popatrzeć na nią inaczej, niż tylko jak na uwielbianą Madzię z „Czterdziestolatka”, oddaną rodzinie matkę-Polkę od ziemniaków w kosteczkę…
________________________
* Wszystkie cytaty pochodzą z książki Anna Seniuk, Magdalena Małecka-Wippich „Anna Seniuk. Nietypowa baba jestem!”, Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2016.

Nietypowa baba jestem!
Jeśli szukacie taniej sensacji, na wzór współczesnych opowiastek celebrytów, jeśli oczekujecie, że ta książka będzie szokować, wyciągnie na światło dzienne jakieś „obrzydliwostki” z życia aktorów, teatru i rodziny, to ta książka nie jest dla was!

Jeśli zaś szukacie ciepłej, spokojnej, serdecznej, pełnej refleksji i ułamków wspomnień, składanych w...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to