Symbole przemiany. Analiza preludium do schizofrenii
Zaczyna się bardzo niemrawo. Przebijamy się przez setki przykładów z tekstów religijnych, wierszy, utworów, opisów rzeźb i obrazów, jak to u Junga, i dopiero w pobliżu połowy książki klaruje się sedno: libido jako energia psychiczna (życiowa), (a nie czysto seksualna) błąd Freuda, psychologiczna symbolika kazirodztwa, związek libido z wiarą, sztuką i wewnętrznym rozwojem, potrzeba odcięcia uczuciowej pępowiny od rodziców, początki schizofrenii.
Wolałbym przeczytać ten tom przed "Aionem".
I jak zwykle przypominam niezaznajomionym z twórczością Junga, aby zaczęli od "Człowiek i jego symbole", "O rozwoju osobowości" oraz "Typy psychologiczne".
---------------------------------------------------
„Mit jest bowiem tym, o czym jeden z Ojców Kościoła powiada: „W co wszędzie, zawsze i wszyscy wierzą” (Wincenty z Lerin), a zatem człowiek, który – jak mu się wydaje – żyje bez mitu lub poza mitem, jest wyjątkiem. Ba, jest to człowiek wręcz wykorzeniony, który nie ma prawdziwej więzi ani z przeszłością, z życiem przodków (które zawsze żyje w nim), ani z istniejącym w danym czasie społeczeństwem ludzkim”.
„W mgnieniu oka uprzytamniamy sobie, że tu, na tym miejscu, gdzie się teraz znajdujemy, gdzie jesteśmy czymś zajęci, gdzie dokądś pędzimy, już dwa tysiące lat temu kwitło życie, trwała podobna krzątanina, choć w nieco innej formie, że ludźmi targały podobne namiętności, mimo że i oni przekonani byli o wyjątkowości swego bytu”.
„(…) Wgląd tego rodzaju powiada nam bowiem, że podstawowe konflikty targające człowiekiem są zawsze takie same – niezależnie od miejsca i czasu. To, co przepełniało Greków dreszczem, jest ciągle jeszcze prawdziwe, ale my będziemy się mogli o tym przekonać dopiero wtedy, gdy wyrzekniemy się podłego złudzenia późniejszych czasów, które każą nam mniemać, że jesteśmy inni – na przykład bardziej moralni – niż Starożytni. Po prostu udało nam się zapomnieć, że z ludźmi Antyku wiąże nas nierozerwalna więź. W ten sposób staje przed nami otworem droga do zrozumienia ducha Starożytności – droga, której wcześniej nie znaliśmy – droga wewnętrznego współodczuwania z jednej strony, z drugiej zaś droga intelektualnego zrozumienia. Przedzierając się przez zawalone gruzem fundamenty własnej duszy, poznajemy żywy sens kultury antycznej i właśnie w ten sposób zdobywamy ów stały punkt znajdujący się poza właściwą nam sferą – punkt wyjścia, skąd możemy rozpocząć proces obiektywnego pojmowania prądów Starożytności”.
„Dla indywiduum zajmującego postawę typową dla współczesności jest nie do pomyślenia, by sen zsyłał jakiś istniejący niezależnie od nas bóg, czy też by sen proroczo przepowiadał przyszłość. Jeśli jednak owo starożytne ujęcie przełożymy na język psychologii, wówczas otrzyma ono bardziej zrozumiałą formę, to znaczy: marzenie senne powstaje z nieznanej nam części duszy i zajmuje się przygotowaniem nadchodzącego dnia i związanych z nim wydarzeń.
Dawna wiara powiada, że do śniącego przemawia językiem symbolicznym bóstwo lub demon, a wykładacz snów musi przetłumaczyć tę zagadkową mowę. Jeśli zechcemy ująć to bardziej współcześnie, powiemy, że marzenie senne jest serią obrazów z pozoru paradoksalnych i nonsensownych, zawiera ono jednak materiał myślowy, który – o ile tylko zostanie przetłumaczony – zdradzi jasny sens”.
„Język tworzony jest przez myślenie i [język] tworzy myślenie” Piotr Abelard
„W tym miejscu można wysunąć zarzut, że skłonności dzieci do mitologizowania zaszczepiło im wychowanie. Ale zarzut ten jest zbyteczny, bo czyż ludzie kiedykolwiek oderwali się od mitu? Każdy człowiek miał oczy i wszystkie zmysły, by spostrzec, że świat jest martwy, zimny i nieskończony, nigdy jeszcze nie widział Boga, nigdy też nie musiał wnioskować o jego istnieniu pod presją świadectwa własnych zmysłów. Wręcz przeciwnie, człowiek musiał odczuć nader silną potrzebę wewnętrzną, która można wyjaśnić jedynie na podstawie irracjonalnej siły instynktu, aby wydać z siebie owe religijne treści wiary, których absurdalność podkreślał już Tertulian. A zatem owszem, można ukrywać przed dzieckiem treści dawnych mitów, niepodobna jednak zabronić mu odczuwania potrzeby mitologii, nie mówiąc już o możliwości odebrania mu zdolności do tworzenia jej. Można powiedzieć, że gdyby się udało za jednym zamachem wyplenić ze świata wszystkie tradycje, to następne pokolenie na nowo zaczęłoby tworzyć całą mitologię i historię religii. Tylko niewielu indywiduom udaje się w epoce buty intelektualnej odrzucić bagaż mitologii; zbiorowość nigdy się jednak od niej nie uwolni. Całe Oświecenie na nic się tu nie zda – co najwyżej zniszczy formę przejawu, która i tak przemija, nigdy jednak nie wyrwie z korzeniami twórczego popędu”.
„Na podstawie różnorodnych doświadczeń wiemy, że jeśli ktoś chętnie opowiada swe fantazje lub marzenia senne, to bardzo często chodzi tu nie tylko o pilne, lecz również aktualne nader przykre problemy osobiste”.
„Chrześcijaństwo dzięki wiekowej pracy edukacyjnej do tego stopnia okiełznało zwierzęcą popędowość Starożytności i następujących po niej wieków barbarzyństwa, że można było uwolnić duży potencjał sił popędowych i wykorzystać go do wzniesienia zrębów cywilizacji. Skutki tego procesu wychowania ujawniły się zrazu w fundamentalnej zmianie postawy, czyli w ucieczce od świata i dążeniu do zaświatów – obie te cechy znamionują pierwsze wieki chrześcijaństwa. W epoce tej poszukiwano tego, co wewnętrzne, abstrakcji duchowej. Od natury stroniono. Przywołam w tym miejscu wspomniany przez Bruckhardta fragment z Wyznań św. Augustyna: „Oto ludzie wędrują, aby podziwiać szczyty gór, wysoko wzniesione morza, szeroko rozlane rzeki. Ocean otaczający ziemie, obroty gwiazd. A obok siebie samych obojętnie przechodzą””.
„Za sprawą przemieszczenia centrum uwagi ze świata wewnętrznego na świat zewnętrzny poznanie natury nieskończenie się pogłębiło w porównaniu z dawniejszym stanem wiedzy, lecz wprost proporcjonalnie do tego obniżył się poziom poznania i znajomości świata wewnętrznego. Zainteresowanie religijne, które w normalnym stanie rzeczy powinno być czynnikiem najsilniejszym, przeto i decydującym, odwróciło się od świata wewnętrznego, a formy dogmatyczne istnieją w naszym dzisiejszym świecie jedynie na zasadzie dziwacznych, niezrozumiałych przeżytków, i są łatwym łupem dla krytykanctwa wszelkiej maści. Nawet psychologia współczesna tylko z największym wysiłkiem może dopominać się o prawo duszy do istnienia, tylko z największym mozołem może przedstawiać wiarygodne dowody na potwierdzenie tego, że dusza jest formą bytu, że posiada dające się zbadać właściwości, a zatem może być przedmiotem nauki empirycznej; psychologia współczesna dwoi się i troi, by wykazać, że dusza nie wegetuje na garnuszku świata zewnętrznego, lecz że również posiada autonomiczne wnętrze, że nie przedstawia li tylko świadomości „ja”, lecz zasadniczo jest bytem, co do którego istnienia można wnosić nie wprost. Nastawieniu takiemu mit, to znaczy dogmat kościelny, jawi się jako zbiór wypowiedzi absurdalnych, ponieważ nieprawdopodobnych. Racjonalizm współczesny ma żyłkę oświeceniową, zachowuje się zatem tak, jak gdyby jego tendencje obrazoburcze przyczyniły się wręcz do poprawienia stanu moralności. Ludzie zadowalają się dziś powszechnie niezbyt inteligentnym ujęciem, które każe im wierzyć, iż wypowiedź dogmatyczna oznacza konkretną niemożliwość, ale prawie nikomu nie przyjdzie do głowy, że może ona stanowić symboliczny wyraz pewnej treści ideowej. Bo przecież nie podobna tak od razu powiedzieć, na czym polega ta idea, to zaś, czego „ja” nie wie, po prostu nie istnieje. Dlatego ta oświecona głupota nie uznaje nieświadomego bytu psychicznego”.
„Już teraz możemy powiedzieć na podstawie materiału, jaki mamy tu do dyspozycji, że naszym zdaniem w wypadku tej ofiary niewątpliwie chodzi o zerwanie więzi z matką, czyli o wyrzeczenie się wszystkich więzi i ograniczeń, jakie dusza z okresu dzieciństwa przeniosła w wiek dorosły”.
„Wybornie i zbawiennie dla siebie postępujesz, jeśli… w dalszym ciągu zdążasz ku doskonałości ducha, której nierozsądnie jest tylko życzyć sobie, skoro od ciebie zależy jej osiągnięcie. Nie trzeb wznosić rąk ku niebu ani błagać stróża świątyni, by pozwolił nam zbliżyć się do samego ucha posągu – jak gdybyśmy mogli być wtedy łatwiej wysłuchani przez bóstwo: Bóg jest w pobliżu ciebie, jest On z tobą, jest w tobie samym. Powiadam ci, Lucyliuszu: przebywa w nas święty duch, który widzi i pilnuje wszystkich naszych złych i dobrych uczynków. Nikt zaiste nie może być mężem prawym bez Boga. A czyż zdoła ktoś wznieść się bez pomocy Boga ponad przypadek? On ci to daje wzniosłe i szlachetne rady. W każdym prawym człowieku «Bóg jakiś mieszka, choć wcale nie mamy pewności, jaki»” Seneka
„Nasze rozumowanie pokazuje, że wprowadzonemu przez Freuda terminowi „libido” bynajmniej nie brak konotacji seksualnych, ale że wyłącznie i jednostronnie seksualną definicję tego pojęcia należy odrzucić. Appetitus i compulsio to cechy wszystkich popędów i automatyzmów. Tak jak nie można dosłownie traktować metafor seksualnych na poziomie językowym, tak też nie należy w ten sposób traktować odpowiednich analogii w procesach popędowych, symptomach i marzeniach sennych. Seksualna teoria automatyzmów psychicznych to przesąd, którego nie sposób utrzymać. Już sam prosty fakt, że ogółu zjawisk psychicznych nie podobna wywodzić z j e d n e g o popędu, zabrania nam definiowania libido w sposób jednostronny”.
„Refleksja ta prowadzi nas do pojęcia libido, które rozszerza się, przechodząc w pojęcie z a m i e r z e n i a w ogóle. Jak pokazuje przytoczony wcześniej cytat z pracy Freuda, tak naprawdę zbyt mało wiemy o naturze instynktów ludzkich i ich dynamice psychicznej. Byśmy mogli zaryzykować i przyznać pierwszeństwo jakiemuś jednemu popędowi. Zachowalibyśmy się zatem ostrożniej, gdybyśmy mówiąc o libido, rozumieli przez to pewną wartość energetyczną, która może się przejawiać w dowolnej dziedzinie – na przykład władzy, głodu, nienawiści, seksualności, religii itd. – a mimo to nie musi ono być jakimś specyficznym popędem, jak trafnie mówi Schopenhauer: „Wola jako rzecz sama w sobie różni się całkowicie od swego przejawu i jest zupełnie wolna od wszystkich jego form, w które wchodzi dopiero, kiedy się pojawia, które dotyczą więc tylko jej przedmiotowości, a jej samej są zaś obce””.
Opinia
„Kiedy intelekt nie służy życiu symbolicznemu, staje się diaboliczny – sprawia, że człowiek zapada na nerwicę”. CGJ
Bardzo przystępne dla laików zapisy z wykładów, jakich Jung udzielił lekarzom. Ogólny zarys jego metod i praktyki, plus sporo ciekawostek i odpowiedzi na różnego rodzaju pytania, które równie dobrze mogliby chcieć zadać czytelnicy jego twórczości.
Wspomnienia pracy z Freudem oraz spotkań z Einsteinem; o niemyślących ludziach; o problemach spowodowanych ślepą wiarą w naukę (scjentyzm); o otrzymaniu błogosławieństwa od papieża; dlaczego potrzebujemy religii i dlaczego najrzadziej psychologa odwiedzają katolicy, a najczęściej żydzi i protestanci – i wiele innych ciekawych zagadnień.
Nie do końca można potraktować ten tom jako wstęp do myśli jungowskich, ale ze względu na prostotę dobrze jest zaliczyć go gdzieś na początku (po „O rozwoju osobowości”, „Człowiek i jego symbole” i „Typach psychologicznych”). Ostatnie sto stron to zbiór nieciekawych wstępów do prac innych badaczy.
------------------------------------------------
„Następna dająca się wyodrębnić funkcja to myślenie. Jeśli spytacie filozofa, czym jest myślenie, to uzna on je za coś bardzo skomplikowanego – dlatego nigdy nie pytajcie o to filozofa; on jeden nie wie, czym jest myślenie, wszyscy inni wiedzą. Kiedy powiecie do kogoś „No, proszę tylko pomyśleć”, to człowiek ów dokładnie wie, o co chodzi, filozof – nigdy. Ujmując sprawę najprościej, myślenie mówi mi, czym coś jest. Myślenie nadaje nazwę rzeczy, dodaje do tego jeszcze jakieś pojęcie, ponieważ myślenie to postrzeganie plus osąd. (Psychologia niemiecka mówi tu o apercepcji)”.
„Kto żyje głównie z myślenia – nie jest skory do zmian”.
„Dr Howe: Jak wielka jest kula czterowymiarowej jaźni? Nie mogłem się powstrzymać, by samemu udzielić odpowiedzi; powiedziałem, że kula jest wielka jak wrzechświat.
CGJ: To kwestia filozoficzna; aby móc udzielić odpowiedzi na to pytanie, musimy obficie czerpać z teorii poznania. Świat to stworzony przez nas obraz. Tylko ludzie naiwni roją sobie, że świat jest taki, jak im się wydaje. Obraz świata to dokonywana przez Jaźń projekcja, tak jak sama Jaźń jest introjekcją świata. Ale tylko bardzo specyficzny umysł filozofa wzbija się ponad zwykły obraz świata, w którym istnieją rzeczy statyczne i izolowane. Gdybyśmy sami chcieli się wzbić ponad ten obraz, musielibyśmy wywołać coś na kształt trzęsienia ziemi w umyśle przeciętnego człowieka, cały kosmos zostałby poruszony, najświętsze przekonania i nadzieje zostałyby wyrzucone z posad, ja zaś nie rozumiem, dlaczego mielibyśmy dążyć do takiego chaosu. Nie byłoby to dobre ani dla pacjentów, ani dla lekarzy; być może dobrze to robi filozofom”.
„Wkrótce opublikuję książeczkę poświęconą tylko jednemu motywowi symbolicznemu – powiadam wam, włosy wam staną dęba na głowie, kiedy to przeczytacie. Musiałem studiować nie tylko literaturę chińską i hinduistyczną, lecz również sanskrycką, a także średniowieczne rękopisy łacińskie, nie znane nawet specjalistom – żeby do nich zajrzeć, trzeba by się udać do British Museum. Dopiero kiedy zdobędzie się aparat w postaci tylu paralelizmów, można zacząć stawiać diagnozy i wyrokować, który sen jest organiczny, a który nie. Dopóki ludzie nie posiadają tej wiedzy, dopóty będę dla nich po prostu magikiem. Powiada się, że chodzi o un tour de passe-passe. To samo mówiło się w Średniowieczu. Zadawano wtedy pytanie: „Jak możesz widzieć, że Jowisz ma satelity?”. Gdyby zaś odpowiedziano, że przecież jest teleskop – hm, czymże jest teleskop dla średniowiecznej publiczności?
Bynajmniej nie chcę się tu popisywać. Zawsze czuję się niezręcznie, kiedy koledzy pytają mnie: „Jak pan dochodzi do takiej diagnozy czy do takich wniosków”, a ja im odpowiadam: „Wyjaśnię to, jeśli mi pozwolicie powiedzieć, co musielibyście wiedzieć, by to zrozumieć”. Sam się o tym przekonałem, kiedy gościliśmy w Zurychu sławnego profesora Einsteina. W owym czasie, kiedy pracował on nad teorią względności, często go widywałem. Wielokrotnie bywał u mnie w domu, a wtedy zawsze próbowałem wycisnąć z niego wszystko na temat teorii względności. Nie jestem wielkim talentem matematycznym; szkoda, żeście nie widzieli, jak się biedaczek pocił, aby mi wyjaśnić, czym jest względność. Po prostu nie miał pojęcia, jak to ugryźć, ja zaś widząc, jak się stara, miałem wrażenie, że zapadam się na kilka sążni pod ziemię i czułem, że jestem o, taki mały. Ale następnego dnia Einstein wypytywał mnie o psychologię. To była moja godzina zemsty.
Specyficzna wiedza to wielki ciężar dla tego, kto ją posiadł. W pewnym sensie wiedzie ona człowieka za daleko, tak że już nic nie potrafi wyjaśnić”.
„Wyobrażamy sobie że dawne ludy były ograniczone, lecz one były równie inteligentne, jak my”.
„Rysunek 10 przedstawia przypadek pewnego małżeństwa. Do mych pesymistycznych wywodów diagram ów wnosi powiew optymizmu. Tutaj panuje doskonała harmonia; ale popełnicie błąd, przyjmując, że ta harmonia to raj. Ci ludzie po jakimś czasie zaczną się kłócić, ponieważ są po prostu zbyt harmonijni. Doskonała harmonia rodzinna, opierająca się na partycypacji, doprowadzi niebawem do nader gwałtownych prób jej rozerwania – tylko po to, by czuć, że jedno nie rozumie drugiego. Jeśli zbadacie psychologię przeciętnego małżeństwa, przekonacie się, że większość problemów polega na zręcznym wymyślaniu prowokujących tematów rozmów, do czego nie ma najmniejszych powodów”.
„Kiedyś rozmawiałem z dyrektorem dużego amerykańskiego zakładu poprawczego dla dzieci; powiedział mi coś bardzo interesującego. Mają tam dwie kategorie dzieci. Większość z nich po przyjęciu do zakładu czuje się znacznie lepiej niż przedtem – te dzieci rozwijają się naprawdę dobrze i normalnie, z czasem przezwyciężają złe skłonności. Druga grupa dzieci – mniejszość – dostaje histerii, gdy tylko próbuje zachowywać się uprzejmie i normalnie. To urodzeni przestępcy, nie można ich zmienić. Takie dzieci są normalne wtedy, gdy czynią zło”.
„Stara chińska księga mądrości powiada: „Mistrz mówi jeden raz”. Mistrz nie wybiega naprzeciw ludzi, to na nic się nie zda. Ci, którzy zechcą słuchać, zrozumieją, ci zaś, co nie chcą zrozumieć, nie posłuchają”.
„Czyż świat nie składa się przede wszystkim z rodziców i dziadków? Problemy mają dorośli, dajmy spokój biednym dzieciom. Jeśli u dziecka pojawi się nerwica, odpowiadają za nią rodzice”.
„Jeśli zaś chodzi o kwestię doskonałości: dążenie do niej to wzniosły ideał. Dlatego mówię: „Dążcie raczej do tego, co możecie urzeczywistnić, zamiast gonić za czymś, czego nigdy nie osiągniecie. Pamiętajcie o powiedzeniu: «Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg»”. Nikt nie może być dobry. To złudzenie. Jedyne, co możemy czynić, to w pokorze dążyć do tego, by osiągnąć samospełnienie i być możliwie pełnymi ludźmi – a i to jest wystarczająco trudne”.
„Dlatego sam Bóg jest Zbawcą i Lekarzem; to lekarz, który wybawia od chorób, który zajmuje się zaburzeniami duszy; jest to dokładnie to, co określamy mianem „psychoterapii”. Jeśli nazywam religię systemem psychoterapeutycznym, to nie chodzi tu o zabawę w słówka. Ba, religia jest najbardziej precyzyjnie funkcjonującym systemem psychoterapeutycznym – kryje się za tym prawda o wielkim znaczeniu praktycznym”.
„Czwarty etap terapii przeniesienia określam mianem obiektywizacji obrazów nieosobniczych – stanowi on ważną część procesu indywiduacji. Ma on na celu uwolnienie świadomości od obiektu, tak aby człowiek nie szukał gwarancji swego szczęścia czy wręcz życia w czynnikach leżących poza nim – nieważne, czy chodzi tu o osoby, idee czy okoliczności – lecz by zrozumiał, że wszystko zależy od tego, czy posiadł swój skarb, czy nie. Jeśli posiadł podziemne złoto, wtedy środek ciężkości znajdzie się w człowieku, a nie w jakimś obiekcie, od którego jest zależny. Do celu, którym jest osiągnięcie stanu uwolnienia, prowadzą wschodnie praktyki medytacji – służą temu również nauki Kościoła. W różnych religiach skarb ów projektuje się na postacie świętych, jeśli jednak chodzi o współczesnego, oświeconego człowieka, to takie hipnotyzowanie wydaje się nie do utrzymania na dłuższą metę. Bardzo wielu ludzi nie umie dziś wyrażać wartości nieosobniczych w symbolach historycznych”.
„Pewnego razu prowadziłem terapię młodego artysty, który miał poważne problemy ze zrozumieniem tego, co oznacza aktywna imaginacja. Imał się on wszystkich środków – daremnie. Jego problem polegał na tym, że nie umiał myśleć. Muzycy, malarze czy inni artyści to często ludzie, którzy w ogóle nie umieją myśleć, ponieważ nie potrafią świadomie ruszyć głową. Mózg tego pacjenta też pracował wyłącznie na własny użytek; człowiek ów miał swe idee artystyczne, ale nie potrafił ich zastosować na płaszczyźnie psychologicznej, toteż nie miał zdolności rozumienia”.
„Zawsze byłem pod wrażeniem, że istnieje zaskakująco wiele indywiduów, które – jeśli nie staną w obliczu bezwzględnej konieczności – nie robią użytku z własnego rozumu, a mimo to nie są to ludzie głupi; podobnie zdumiewał mnie fakt, że istnieje równie wielu osobników, którzy wprawdzie posługują się własnym rozumem, lecz czynią to w sposób doprawdy idiotyczny. Z równie wielkim zaskoczeniem odkryłem, że wielu inteligentnych, prężnych umysłowo ludzi – o ile można to stwierdzić – żyje tak, jak gdyby nigdy nie nauczyli się korzystać z własnych narządów zmysłowych, nie widzieli tego, co mieli przed nosem, nie słyszeli słów krzyczanych im prosto do uszu, nie postrzegali rzeczy dotykanych czy smakowanych, żyli bez świadomości własnego ciała. Inni znowu robili wrażenie, że żyją w tak osobliwym stanie świadomości, jakby stadium, w którym właśnie się znajdują, było ostateczne, i miały pozostać takie na zawsze. Ludzie ci, wydawało się, nie mają fantazji, uzależnieni są wyłącznie od swych postrzeżeń zmysłowych. Nie istniały dla nich szanse ani możliwości, w ich dniu dzisiejszym nie było obietnicy jutra. Przyszłość była dla nich zaledwie powtórką przeszłości”.
„Środkami pomocniczymi, za sprawą których świadomość orientuje się w rzeczywistości, są zatem cztery funkcje. Doznawanie (czyli postrzeganie zmysłowe) powiada, że coś istnieje; myślenie stwierdza, czym to coś jest; czucie mówi, czy to jest przyjemne, czy nie; intuicja podaje, skąd to przychodzi i dokąd zmierza.
Oczywiście te cztery cechy charakterystyczne zachowania ludzkiego to jedynie cztery możliwości spośród wielu innych (jak choćby siła woli, temperament, wyobraźnia, pamięć itd.). W żadnym wypadku nie należy ich absolutyzować, ponieważ są one jednak proste, doskonale nadają się do klasyfikacji. Uważam je za szczególnie pomocne w sytuacji, gdy dzieciom mam tłumaczyć zachowanie rodziców czy żonom zachowanie ich mężów i na odwrót – są one przydatne także gwoli zrozumienia własnych przesądów”.
„Zazwyczaj wysuwa się przypuszczenie, iż jakiś bystry filozof czy prorok w prehistorycznych czasach „wynalazł” podstawowe idee mitologiczne, w które później „uwierzył” łatwowierny i bezkrytyczny lud. Można też usłyszeć, iż propagowane przez żądny władzy stan kapłański opowieści nie są „prawdziwe”, lecz stanowią wyraz „myślenia życzeniowego”. Ale słowo „wynaleźć” oznacza także „znaleźć”, a zatem tkwi w nim sens dotarcia do czegoś, czego się poszukuje, zakłada się zatem, iż ten, kto szukał, miął niejakie poczucie tego, co stanowiło przedmiot jego poszukiwań”.
„Podkreślam to, ponieważ w naszej epoce miliony ludzi straciły zaufanie do wszelkiego rodzaju religii, której już nie rozumieją. Gdyż życie bez religii płynie sobie dalej bez jakichkolwiek zaburzeń, nikt właściwie nie zauważa tej straty, jeśli jednak człowiek cierpi z tego powodu, zaczyna poszukiwać jakiejś drogi wyjścia, zaczyna się zastanawiać nad sensem życia, nad jego przyprawiającymi o zawrót głowy bolesnymi doświadczeniami. To znamienne, że (jak podpowiada mi doświadczenie) z porad psychologa częściej korzystają Żydzi i protestanci niż katolicy. Nic w tym dziwnego, ponieważ Kościół katolicki zawsze czuł się odpowiedzialny za cura animarum (troskę o zbawienie duszy). Ale w naszym scjentystycznym stuleciu pytania, z jakimi ongiś udawano się do duszpasterzy, zadaje się psychiatrom. Ludzie czują jednak, że byłoby im łatwiej, gdyby tylko potrafili uwierzyć w sens życia, w Boga i nieśmiertelność – upiór nadchodzącej śmierci często ponagla do takich refleksji. Ponieważ nie możemy dojrzeć Boga na niebieskim tronie przez radioteleskop, ponieważ nie jesteśmy już pewni, czy nasi umiłowani rodzice unoszą się gdzieś w pobliżu nas w formie mniej lub bardziej cielesnej, ludziom wydaje się, iż takie wyobrażenia są absurdalne. Ale przecież koncepcje tego rodzaju już od prehistorycznych czasów towarzyszą życiu człowieka, a i dzisiaj przy wielu okazjach pojawiają się na powierzchni świadomości”.
„Człowiek współczesny zacznie zapewne tłumaczyć, że to wszystko dzieje się bez naszego udziału, być może będzie się też upierał, że są to sprawy nie dowiedzione przez naukę, ba, być może wyrazi ubolewanie, że zagubił gdzieś owe przekonania. Ale mamy tu przecież do czynienia ze sprawami niewidzianymi i niepoznawalnymi; Bóg to coś, co przerasta świadomość ludzką, nieśmiertelności też niepodobna udowodnić, dlaczego mielibyśmy się jednak pozbawiać takich poglądów, które okazały się pomocne akurat w czasie kryzysów, nadając sens naszemu życiu? Wielu zgodziłoby się ze mną, gdybym po prostu stwierdził, iż wyobrażenia takowe to całkiem prawdopodobne złudzenia, lecz ludzie ci nie zdają sobie sprawy, że ich negatywna postawa jest równie trudna do udowodnienia co prawdziwość twierdzeń religijnych. Znamy jednak celny argument empiryczny przemawiający za kultywowaniem idei, których dowieść nie podobna – okazało się bowiem, że są one zbawienne. Człowiek koniecznie potrzebuje wyobrażeń i przekonań, które nadadzą sens jego życiu, a jemu samemu pomogą znaleźć sobie miejsce we wszechświecie. Człowiek może znosić najgorsze męczarnie, jeśli tylko będzie przekonany, że mają one sens”.
„Chrześcijanie często zadają pytanie, dlaczego Bóg nie przemawia do nich tak, jak mówił kiedyś. Kiedy słyszę takie pytania, zawsze przypominam sobie rabbiego, którego spytano, jak to się dzieje, że Bóg, który ongiś tak często pokazywał się ludziom, dzisiaj się już nie pojawia. A na to odparł rabbi: „Dzisiaj nikt już nie umie pochylić się tak nisko”.
„Próbowano zatem zbadać, na jak wiele kompleksów czy oznak kompleksów cierpią ludzie. Najmniej kompleksów można było spotkać w wypadku praktykujących katolików, znacznie więcej kompleksów odkryto u protestantów, najwięcej – u Żydów”.
„Na tym polega tajemnica Kościoła katolickiego: sprawia on, że człowiek może prowadzić w jakiś sposób sensowne życie. Jeśli, na przykład, można codziennie uczestniczyć w ofierze, jeśli można mieć udział w substancji bóstwa, jeśli dzień w dzień powtarza się ofiarę Chrystusa. To, co tu mówię, to rzecz jasna tylko słowa, ale dla człowieka, który naprawdę żyje, jest to cały świat. To nawet więcej niż świat, ponieważ nadaje on sens życiu, ponieważ wyraża to pragnienie duszy, wyraża podstawowe fakty naszego życia nieświadomego. Gdy mędrzec powiada: „Jesteś naturze winny śmierć”, to właśnie to ma on na myśli”.
„Kiedy intelekt nie służy życiu symbolicznemu, staje się diaboliczny – sprawia, że człowiek zapada na nerwicę”. CGJ
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBardzo przystępne dla laików zapisy z wykładów, jakich Jung udzielił lekarzom. Ogólny zarys jego metod i praktyki, plus sporo ciekawostek i odpowiedzi na różnego rodzaju pytania, które równie dobrze mogliby chcieć zadać czytelnicy jego...