"Ofiarą" Bellowa byłam zachwycona. Porażona delikatnością i grozą budowaną w jednym momencie. Dlatego miałam bardzo wysokie oczekiwania wobec "Planety Pana Sammlera". Brakuje mi jednak oceny niezła. Bo to ksiażka niezła, ze wspaniałymi momentami i takimi które aż głupio czytać. Niezmiennie jednak jest Bellow dla mnie wielkim myślicielem. Książka ta zostawiła we mnie kilka pytań na które ktoś może kiedyś odpowie dla mnie.
O jakich warunkach umowy mówi Sammler na samym końcu książki?
Jakie znaczenie dla książki ma Rumkowski, który pojawia się w najważniejszym momencie, najważniejszej przemowie, który staje się osią opowieści Sammlera? Historia Rumkowskiego w ogóle jest kluczowa dla tej historii, w swojej klauniastej niemożliwości. To mi się bardzo podobało.
Bellow podkreśla, że w wojnie jest pewna sztuczność, teatralność, często to w teatrze powojennym Brechta czy Kantora było przywoływane, mundury, melodie, gesty.
Czy deklasacja była dla Sammlera w jakiś sposób znacząca, czy jego wspominanie młodości sprzed doświadczenia wojny i Holocaustu coś dla niego znaczyło?
Dużo miejsca poświęca doświadczeniom wojennym, atmosferze szaleństwa po wojnie, rozpadowi więzi, psychicznej niestabilności tych którzy przetrwali (i jak przetrwali) oraz ich dzieci, pokolenie następne być może bardziej było tym skażone w sposób bardziej brutalny, przez to są pozbawieni moralności, zasad, stabilności.
Książka pisana w przededniu podboju kosmosu, jak się wtedy wydawało, taka książka nie mogłaby już dziś powstać z uwagi na to że człowiek był na Księżycu i niczego tam dla siebie nie znalazł.
Jakie znaczenie dla tej książki ma zagadnienie seksu? Rewolucji seksualnej, która tak naprawdę była brudna. O tym w krwi utajonej.
Co to znaczy, że dla Sammlera honor był ulokowany na zewnątrz?
Świetne były dwie sceny z czarnym kieszonkowcem. Klasa.
I kilka cytatów:
„Nie zgadzał się ze swoimi przyjaciółmi-uchodźcami, że zguba jest nieunikniona, lecz wydawało się, że przekonania liberalne nie są zdolne do samoobrony i w powietrzu czuć było rozkład. Widać było, że instynkty samobójcze napierają coraz mocniej. Człowiek zadawał sobie pytanie, czy zachodnia kultura zdoła przetrwać ogólnoświatowe upowszechnienie – zy tylko jej nauka i technologia, albo praktyki administracyjne będą wędrować będą przejmowane przez inne społeczeństwa. Albo czy najgorszymi wrogami cywilizacji nie okażą się jej wypieszczeni intelektualiści, którzy ją traktują w imię rewolucji proletariackiej, w imię rozumu i w imię irracjonalności w imię zwierzęcych prawd, w imię seksu, w imię całkowitej, natychmiastowej wolności. Gdyż oznaczało to nieograniczone żądanie – nienasycenie, odmowę skazanej na zagładę istoty (bo śmierć jest pewna i ostateczna) odejścia z tego świata w niezaspokojeniu. Każdy z osobna przedstawiał więc cała listę skarg i żądań. I wszystkie były poza dyskusją. Nie przyjmowano do wiadomości niedostatków w jakiekolwiek ludzkiej sferze. Oświecenie? Wspaniale. Ale czy ktoś jeszcze nad tym panował?”- s. 45-46
„Doktor Gruner był widziany tak, jak chciał być widziany. Każda sytuacja miała swoją propagandę. Demokracja była propagandą. Biorąc początek we władzy, propaganda wkraczała w każdy przejaw życia. Człowiek miał pragnienie, pogląd, przewodnią ideę i rozpowszechniał je. I przyjmowały się one, wszyscy mówili o wydarzeniach we właściwy sposób, pod jego wpływem.” – s. 116
Książka jest aktualna w momentach kiedy mówi o globalizacji, indywidualizmie i budowaniu (propagandzie) własnego ja.
„I jestem przekonany, że znajomość nazw rzeczy dodaje ludziom pewności siebie. OD lat chodzę do psychoanalityków i czy z czegoś mnie oni wyleczyli? Z niczego. Zaopatrzyli jedynie moje problemy w naukowo brzmiące etykiety. To wielka ulga i warto za to zapłacić. Człowiek mówi: „jestem typem maniakalnym”. Albo mówi: „Jestem reaktywno-depresyjny”. O problemie społecznym mówi się: „To kolonializm”. Wtedy nawet najtęższy umysł doświadcza wewnętrznych fajerwerków i iskry rozsadzają człowiekowi głowę. To boskie uczucie. Człowiek czuje się jak nowo narodzony.” – s. 147
„Lepiej, pomyślał Sammler, uznać nieuchronność imitacji, a następnie imitować dobre rzeczy. Starożytni mieli w tym względzie słuszność. Wielkość bez wzorów? Nie do pomyślenia. Nie można być samą rzeczą – rzeczywistością. Trzeba się zadowolić symbolami” – s. 197.
„Ale przypuścimy że ktoś nie lubi całego tego teatru duszy? Ja również uważam za męczące, że muszę go napotykać tak często i w tak dobrze znajomych formach. Czytałem wiele nieprzyjemnych relacji o nim. Spotykałem się z określeniami go jako rumowisko wieków, historyczny szmelc martwe brzemię, jako burżuazyjną własność, jako dziedziczną deformację. „JA” może myśleć, że nosi na szyi wesołą, nową ozdobę, ślicznie pomalowaną, ale od zewnątrz widzimy że to kamień młyński. Albo znowu ta osobowość, z której właściciel jest tak dumny, pochodzi ze sklepu Woolwortha, to tandetna blacha, albo plastyk z gorszego stoiska z duszami. Patrząc na to w ten sposób, człowiek może pomyśleć, że człowieczeństwo jest niezbyt warte zachodu. Gdzie jest to godne pożądania „ja” którym mogłoby się być. Dove sia, jak to pytanie jest śpiewane w operze. To zależy. Zależy po części od woli dostrzeżenia dobrych stron przez pytającego. Zależy do talentu i bezinteresowności. To słuszne, że nie lubimy wymyślonej indywidualności, złego pastiszu, banalności i całej reszty. To jest odpychające. Ale indywidualizm w ogóle nie jest interesujący, jeśli nie powiększa obszaru prawdy […] gdyby Księżyc miał nam przynieść korzyści metafizyczne, byłbym całkowicie za tym. Jako przedsięwzięcie inżynieryjne kolonizacja przestrzeni kosmicznej niezbyt mnie interesuje, jeśli pominąć zajmujący charakter i pomysłowość operacji. Oczywiście pragnienie, wola zorganizowania tej naukowej wyprawy musi być jedną z owych irracjonalnych konieczności, które tworzą Zycie – to życie o którym myślimy że możemy je zrozumieć. Przypuszczam więc, że musimy wykonać ten skok, ponieważ taki jest nasz ludzki los. Gdyby to był problem racjonalny, wówczas racjonalne byłoby zaprowadzenie najpierw sprawiedliwości a tej planecie. Potem kiedy mielibyśmy już Ziemię pełną świętych, a nasze serca wyrywałyby się ku Księżycowi moglibyśmy wsiąść do swoich maszyn i unieść się”. – s. 311-313
Opinia
Ostatecznie musiałem trafić na słabszą pozycję Petera Careya. Co jednak nie oznacza, że jest to kompletnie nieudana powieść. Motyw braterskiej, trudnej przyjaźni pomiędzy dwójką głównych bohaterów i jednocześnie narratorów opowiadanej historii, przypomina mi tytuł "Myszy i ludzie" Steinbecka, wcale nie na wyrost. Na pewno autor czerpał również z Wściekłości i wrzasku - Faulknera, gdzie również pojawia się upośledzona postać. Świetne nawiązania.
Za plus tej książki uznałbym również mnogość trafnych porównań i bogactwo językowe, mimo że jest uboższe niż w innych książkach autora.
Fabuła trochę wymyka się spod kontroli. Historia miłosna, świat malarstwa, oszustwa - miałem poczucie powierzchowności, braku zgłębienia tematu, wyszła tania sensacja, dlatego nie dziwię się niskim ocenom. Niekiedy miałem uczucie jakby korektor zapominał zdjąć palca z Backspace, w wyniku czego na stronach władzę obejmował rozgardiasz.
Nie przeczytałbym już drugi raz tej historii, aczkolwiek nie uważam, że jest to słaba książka.
Ostatecznie musiałem trafić na słabszą pozycję Petera Careya. Co jednak nie oznacza, że jest to kompletnie nieudana powieść. Motyw braterskiej, trudnej przyjaźni pomiędzy dwójką głównych bohaterów i jednocześnie narratorów opowiadanej historii, przypomina mi tytuł "Myszy i ludzie" Steinbecka, wcale nie na wyrost. Na pewno autor czerpał również z Wściekłości i wrzasku -...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to