Złodziejstwo, czyli historia miłosna

Okładka książki Złodziejstwo, czyli historia miłosna
Peter Carey Wydawnictwo: Bellona literatura piękna
304 str. 5 godz. 4 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Theft: A Love Story
Data wydania:
2006-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2006-01-01
Liczba stron:
304
Czas czytania
5 godz. 4 min.
Język:
polski
ISBN:
83-11-10526-X
Tłumacz:
Maja Kittel
Średnia ocen

                5,5 5,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Złodziejstwo, czyli historia miłosna w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Złodziejstwo, czyli historia miłosna

Średnia ocen
5,5 / 10
17 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
873
194

Na półkach: ,

Ostatecznie musiałem trafić na słabszą pozycję Petera Careya. Co jednak nie oznacza, że jest to kompletnie nieudana powieść. Motyw braterskiej, trudnej przyjaźni pomiędzy dwójką głównych bohaterów i jednocześnie narratorów opowiadanej historii, przypomina mi tytuł "Myszy i ludzie" Steinbecka, wcale nie na wyrost. Na pewno autor czerpał również z Wściekłości i wrzasku - Faulknera, gdzie również pojawia się upośledzona postać. Świetne nawiązania.
Za plus tej książki uznałbym również mnogość trafnych porównań i bogactwo językowe, mimo że jest uboższe niż w innych książkach autora.
Fabuła trochę wymyka się spod kontroli. Historia miłosna, świat malarstwa, oszustwa - miałem poczucie powierzchowności, braku zgłębienia tematu, wyszła tania sensacja, dlatego nie dziwię się niskim ocenom. Niekiedy miałem uczucie jakby korektor zapominał zdjąć palca z Backspace, w wyniku czego na stronach władzę obejmował rozgardiasz.
Nie przeczytałbym już drugi raz tej historii, aczkolwiek nie uważam, że jest to słaba książka.

Ostatecznie musiałem trafić na słabszą pozycję Petera Careya. Co jednak nie oznacza, że jest to kompletnie nieudana powieść. Motyw braterskiej, trudnej przyjaźni pomiędzy dwójką głównych bohaterów i jednocześnie narratorów opowiadanej historii, przypomina mi tytuł "Myszy i ludzie" Steinbecka, wcale nie na wyrost. Na pewno autor czerpał również z Wściekłości i wrzasku -...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

44 użytkowników ma tytuł Złodziejstwo, czyli historia miłosna na półkach głównych
  • 24
  • 20
14 użytkowników ma tytuł Złodziejstwo, czyli historia miłosna na półkach dodatkowych
  • 7
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Złodziejstwo, czyli historia miłosna

Inne książki autora

Peter Carey
Peter Carey
Jest dwukrotnym laureatem nagrody Bookera, którą uhonorowano jego powieści „Oskar i Lucynda” oraz „Prawdziwa historia Neda Kelly’ego”. Jego ostatnia powieść, „Parrot i Olivier w Ameryce” znalazła się na krótkiej liście książek nominowanych do nagrody Man-Booker Prize for Fiction, dostała się również do finału nagrody National Book Award. Peter Carey został także uhonorowany nagrodami Commonwealth Prize oraz Miles Franklin Award. Pisarz urodził się w Australii, lecz od dwudziestu lat mieszka w Nowym Jorku.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Zaćmienie John Banville
Zaćmienie
John Banville
Akcja powieście toczy się w czasie, kiedy Słońce przesłonił księżyc, skutkiem czego Ziemię w niektórych rejonach w środku dnia zalała ciemność, noc za dnia. Główny bohater, aktor, po pięćdziesiątce (no i co? każdy w każdym wieku może przechodzić kryzys istnienia i poddaje w wątpliwość swoje osiągnięcia) przechodzi głęboki kryzys, czuje się zupełnie niezdolny kontynuować swoje dotychczasowe życie. Właściwie nie wiadomo dlaczego, on sam jakby też nie wiedział lub nie chciał wiedzieć. Wraca do swojego rodzinnego domu, dziś opuszczonego jak on, pozostawieni na łasce losu i wystawieni na działanie czynników zewnętrznych, gdzie główną rolę gra czas. Alex oddaje się rozmyślaniom i refleksjom, zagłębia w swoich myślach, wydaje się, że marnotrawi dni i tygodnie. Wspomina czasy dzieciństwa, rodziców, poddaje wszystko ostrożnej analizie. Dawne chwile i przeżycia wywoływane są pobytem w domu, który postanawia odzyskać, domu, w którym każdy zapach, przedmiot to erupcja przemyśleń związanych intensywnymi, dawno przeżytymi chwilami. Wszystko jest jednak bardzo wyważone, opanowane, dominuje wyciszenie i niemy spokój. Całość opanowana jest nastrojem głębokiej zadumy, refleksji, rozliczania się z przeszłością, mierzeniem się z nią. Pomimo tej nostalgii, głębokiego smutku, poczucia klęski i straty czytelnik daje się nieść narracji. Nieść się to mało, Banville swoim niezrównanym stylem uwodzi niepostrzeżenie już od pierwszej strony. Podążając za narratorem nie zważa na cel, zamiary, idzie ślepo zapatrzony w głównego bohatera poznaje go na nowo razem z nim przeżywając, podążając krok za nim jak niewidomy trzymający się ramienia osoby idącej o krok przed nią. Ślepo oddaje się w jego ręce by pozwolić odczuć niemal fizycznie ostateczne zamknięcie historii. Banville to utytułowały i zasłużony pisarz irlandzki, jego przystępny, a jednocześnie wyrafinowane styl urzeka i oczarowuje. Ma on niezwykłą umiejętność budowania nastroju, jakby otulania swoją opowieścią. Książka w materialnej formie papieru zadrukowanego farbą, ujętego w prostokątny mały przedmiot, raz otwarta jak dym, lekko, niespiesznie wyłania się, gromadzi, by pozostawić swój zapach na skórze, włosach, ubraniu. To słowa, zdania, związki frazeologiczne, porównania, finezyjnie ujmowane opisy, które można smakować i smakować i wciąż być ich głodnym. Zgrabnie ujęta całość, absolutnie nie przegadana (czego nie znoszę), dokładnie taka, jaka miała być. Polskie wydanie starannie wydane, żadnych literówek ani niedopatrzeń edycyjnych, bo i tłumaczenie nie byle kogo. Kawał dobrej literatury, której warto poświęcić czas.
czytulinka - awatar czytulinka
oceniła na 10 11 lat temu
Księga zeznań John Banville
Księga zeznań
John Banville
Spowiedź Freddiego nie porwała mnie. Koncept braku wolnej woli jest mi znany, podobnie jak psychopatyczne poczynania ludzi twierdzących, że jedyne istniejące ograniczenia to takie, które sami sobie stwarzają. Tutaj może nie o te ograniczenia chodzi, tylko bardziej o autentyczność Freddiego. Jest to człowiek nie będący w stanie uczynić niczego, co byłoby sprzeczne z jego naturą, nawet jeśli byłoby to niezgodne z ogólnie przyjętymi normami. Świat to ciąg zbiegów okoliczności, co dla niego jest wizją tragiczną bowiem wtedy wolna wola zanika, a wraz z nią etyka. Zbiegi okoliczności i zdarzenia nie mają dla niego żadnego znaczenia. Jest to świat absurdu, którego częścią Freddie nie chce być. Zwraca się ku sobie i nie dopuszcza żadnego autorytetu poza swoją osobą. Obsesja na własnym punkcie uniemożliwia mu kontakt ze światem zewnętrznym, a skoro wszystko istnieje wyłącznie przez odniesienie do czegoś innego on znika dla świata, a świat dla niego. Przestaje dostrzegać realność czego i kogokolwiek poza sobą. Między innymi to prowadzi go do morderstwa. "Zapomina", że kobieta, którą uderza kilkakrotnie młotkiem to nie tylko przeszkoda, ale żywa istota. Jak sam stwierdza była to niemożność wyobrażenia sobie jej jako realnego, odrębnego człowieka. Freddie jest świadomy, że brak ludzkiego czynnika obdziera rzeczywistość ze wszelkiego znaczenia, dlatego porównuje się do zwierzęcia w klatce. Jednak w tym samym czasie pożąda uwagi i tego, by być wysłuchanym. Pławi się w grozie swego uczynku, uważając je za dzieło sztuki, z tym że on grozy nie dostrzega. Brak w nim jakichkolwiek emocji, przez co brak ich również w książce. Opisy są szczegółowe, precyzyjne niemal jak matematyczne kalkulacje, jednak brakuje tego czynnika ludzkiego - empatii, poczucia winy, jakiegokolwiek "poczucia". Freddie zdaje sobie sprawę z własnej winy, tak jak zdaje sobie sprawę z tego, że czaszka jego ofiary była zdumiewająco miękka, a z młotkiem w ręce niewygodnie się prowadzi. Przyznaje się do winy bo tylko to jest zgodne z prawdą i nim samym. Nie rozumie czemu ludzie oczekują od niego skruchy, skoro działał w zgodzie z samym sobą. Morderstwo nie jest czymś wbrew jego naturze, jednak popełniając je dociera do niego, że chce być częścią świata, tylko że teraz jest już za późno i koło się zamyka. Dałam wysoką ocenę, bo wstyd byłoby nie dać jednak trochę męcząca była dla mnie ta spowiedź. Odrzuca mnie czysto racjonalne, obdarte z emocji podejście do rzeczywistości, dlatego też odrzuca mnie główny bohater. Nie sprawiało mi przyjemności "przebywanie" w jego świadomości przez tyle czasu, jednak muszę chyba przyznać, że czuję jakąś dozę ciekawości jeśli chodzi o analizę takich jednostek. Jest wiele intrygujących stwierdzeń do przemyśleń no i potężna dawka ironii oraz humoru. To wielki plus. No i źródeł do eseju sporo :D
crystal - awatar crystal
ocenił na 7 11 lat temu
Droga do Lichfield Penelope Lively
Droga do Lichfield
Penelope Lively
❝ Rzecz w tym, że mając osiemnaście czy dwadzieścia lat nie wiesz, że twój wybór zaciąży ci kamieniem u szyi na resztę twoich dni. A kiedy skończysz czterdzieści dwa lata wydaje ci się największą niesprawiedliwością, że decyzję trzeba było podjąć w tym akurat momencie życia, gdy większość z nas jest najmniej do tego przygotowana. Do tego, by wybrać nie mądrze, a dobrze. Do tego, by kierować się pobudkami innymi niż strachem, że kogoś zranisz, rozczarujesz lub że tego właśnie wszyscy od ciebie oczekują. ❝ Zmienne koleje losu przeobrażają wewnętrznie nas samych czasami tak głęboko, że nie ma już powrotu do dawnego ja. Niezwykle urzekło mnie, jak zwykli są bohaterowie tej powieści. Normalni, ze zwykłymi pracami, mieszkający w zwyczajnych domach i stawiani w przyziemnych, znanych sytuacjach. Główna bohaterka, Anne, regularnie pokonuje prawie dwustukilometrową trasę z Cuxing w Berkshire do Lichfield, gdzie w domu opieki przebywa jej ojciec. Jednocześnie zostawia w domu męża i dwójkę dzieci. Trasa, choć na początku przywołująca obojętność, zaczyna być nowym sensem życia. Anne poznaje skrywane sekrety rodzinne, traci pracę, angażuje się w akcję ratowania ważnego lokalnie budynku. Nagromadzenie elementów urbanistycznych i architektonicznych były dla mnie, urbanistki, wisienką na torcie – mogłam nie tylko wczuć się w historię, ale i znaleźć współczesne sposoby na poradzenie sobie z problemem. Penelope Lively wchodzi głęboko w psychikę człowieka, bierze pod uwagę wszystkie aspekty charakteru. Prowadzi rozmyślania o przeszłości, obojętności i trudności w podejmowaniu decyzji. Jej podróże do Lichfield to tak naprawdę podróże w głąb siebie i swojej pamięci. Choć została napisana prawie pół wieku temu, to zestarzała się jak wino. Niedopowiedzenia, sekrety, małżeństwa po terminie ważności, czy walka deweloperów z lokalną społecznością z góry przewidzianym zakończeniem to nadal aktualne problemy. Lively pisze subtelnie i kontemplacyjnie. Jestem absolutnie zachwycona jej piórem.
cosmicreads - awatar cosmicreads
ocenił na 9 1 rok temu
Nie mów noc Amos Oz
Nie mów noc
Amos Oz
„Nieważne, ile wysiłku włożysz w to, żeby kogoś poznać, poświęcisz na to sto lat, dzień i noc na okrągło, będziesz z nim spać w jednym łóżku, nic to nie da, i tak nie będziesz nic o nim wiedzieć”.W „Nie mów noc” Amos Oz snuje opowieść, która nie tylko relacjonuje historię, ale przede wszystkim odsłania emocjonalny krajobraz dwóch dusz, które pragną się do siebie zbliżyć, a jednocześnie nieustannie się rozmijają. To powieść o miłości, która nie wystarcza, o czułości, która nie koi, oraz o dwojgu ludziach dzielących przestrzeń, lecz nie potrafiących się naprawdę usłyszeć. Główni bohaterowie, Teo i Noa, żyją razem w pustynnym izraelskim miasteczku. Choć są w związku, ich relacja przypomina współdzielenie przestrzeni dwóch odrębnych planet.Teo pragnie spokoju, prostoty, ciszy i symbolicznego „niewywoływania nocy”. Noa natomiast chce działać, zmieniać świat i angażuje się w projekt ośrodka resocjalizacyjnego. Ich spojrzenia na życie są różne, ale w centrum pozostaje pytanie: czy miłość może wystarczyć, gdy wartości i potrzeby są tak odmienne?Oz znakomicie uchwycił paradoks relacji: można być blisko fizycznie, a jednocześnie głęboko i chronicznie samotnym. Noa i Teo często rozmawiają, ale niemal nigdy naprawdę się nie słuchają. Ich myśli krążą wokół siebie jak ćmy, ale na różnych orbitach. Każde z nich próbuje kochać na swój sposób, lecz miłość, która nie spotyka się z odbiciem, zaczyna ciążyć. Znamy to i z własnego jestestwa. Nie ma tu dramatycznych wybuchów ani ostrych konfliktów. To raczej powolne, ciche przesuwanie się dwóch serc na granicy znużenia, troski i niezrozumienia. Oz pokazuje relację, która nie umiera gwałtownie, lecz rozmywa się, zasypując piaskiem pustyni, w której toczy się ich życie. Świetnym zabiegiem literackim jest naprzemienna narracja: raz widzimy świat oczami Teo, raz przez pryzmat myśli Noa. Ta konstrukcja uwypukla, jak subiektywne, nieprzenikalne i czasem tragicznie rozbieżne są nasze interpretacje rzeczywistości oraz intencji drugiego człowieka. Co ważne: każde z nich nosi w sobie swoją wersję tej relacji. Każda jest prawdziwa, choć żadna niepełna. „Nie mów noc” to dla mnie przede wszystkim powieść o trudzie bycia razem. Nie chodzi tu o zdradę czy wielką tragedię, ale o coś znacznie trudniejszego: o codzienne poczucie, że kochamy kogoś, a mimo to nie umiemy dotrzeć do jego wnętrza. Każde „dobranoc” niesie w sobie cień pytania: czy na pewno się rozumiemy? Czy jeszcze jesteśmy razem, czy już obok siebie? To także historia o tym, jak miłość bez rozmowy zamienia się w milczenie, a troska w znużenie. Oz jak zwykle nie potępia swoich bohaterów; pokazuje ich z empatią i liryzmem jako ludzi, którzy próbują, choć nie zawsze potrafią. Autor stworzył intymny portret relacji, która rozgrywa się w ciszy, w gestach i w niedopowiedzeniach. Ta konstrukcja pozwala dojrzeć, jak subiektywne, nieprzenikalne i czasem tragicznie rozbieżne są nasze interpretacje rzeczywistości oraz intencji drugiego człowieka.Lektura głęboka, dojrzała, poruszająca, pozostająca na długo w pamięci, jak wszystkie tego autora.
Efemerycznoscchwil - awatar Efemerycznoscchwil
ocenił na 8 9 miesięcy temu
Klucz do ogrodu Jenny Erpenbeck
Klucz do ogrodu
Jenny Erpenbeck
Kiedy człowiek zamyka drzwi domu, zawsze zostaje coś po drugiej stronie. „Zamyka drzwi i mija ogromne rododendrony”, a z nimi całe życie, które już się wydarzyło. W tej książce nie ma fabuły, są tylko oddechy czasu - krótkie jak trzepot skrzydeł, wieczne jak echo. Erpenbeck wie, że każda przygoda „polega tylko na wystawieniu się na coś, co jest człowiekowi obce”. To dlatego wszyscy jej bohaterowie wychodzą z domów, żeby wrócić tam, skąd przyszli. Czasem wracają martwi, czasem w postaci wspomnienia. „Tam, gdzie ma się narodzić nowy człowiek, może on wyrastać tylko ze starego.” To zdanie brzmi jak zaklęcie, które można powtarzać nad każdym grobem i każdym nowym domem. Świat Erpenbeck jest utkany z drobiazgów: „kraju, który jest tak wielki jak powietrze”, „muzyki, która nic nie waży”, i ludzi, którzy - jak chwasty - trwają mimo wszystko. „Podnajemcy to brzmi trochę jak chwasty” - mówi żona architekta. A przecież właśnie w tym chwastowym życiu, w tym nieporządku, rodzi się szczęście: „tak jak nieskończoność rodzi się ze skończoności jeziora, które trzeba teraz zostawić.” To książka, która nie opowiada o przeszłości - ona nią oddycha. Każde zdanie jest jak klucz, którym można otworzyć drzwi wstecz. I kiedy już wszystkie drzwi zostaną zamknięte, zostaje tylko jedno: „A to przecież znaczy, że uciekając, można zabrać ze sobą coś, co nic nie waży - na przykład muzykę.”
Dawid Rastiani - awatar Dawid Rastiani
ocenił na 8 5 miesięcy temu
Planeta pana Sammlera Saul Bellow
Planeta pana Sammlera
Saul Bellow
"Ofiarą" Bellowa byłam zachwycona. Porażona delikatnością i grozą budowaną w jednym momencie. Dlatego miałam bardzo wysokie oczekiwania wobec "Planety Pana Sammlera". Brakuje mi jednak oceny niezła. Bo to ksiażka niezła, ze wspaniałymi momentami i takimi które aż głupio czytać. Niezmiennie jednak jest Bellow dla mnie wielkim myślicielem. Książka ta zostawiła we mnie kilka pytań na które ktoś może kiedyś odpowie dla mnie. O jakich warunkach umowy mówi Sammler na samym końcu książki? Jakie znaczenie dla książki ma Rumkowski, który pojawia się w najważniejszym momencie, najważniejszej przemowie, który staje się osią opowieści Sammlera? Historia Rumkowskiego w ogóle jest kluczowa dla tej historii, w swojej klauniastej niemożliwości. To mi się bardzo podobało. Bellow podkreśla, że w wojnie jest pewna sztuczność, teatralność, często to w teatrze powojennym Brechta czy Kantora było przywoływane, mundury, melodie, gesty. Czy deklasacja była dla Sammlera w jakiś sposób znacząca, czy jego wspominanie młodości sprzed doświadczenia wojny i Holocaustu coś dla niego znaczyło? Dużo miejsca poświęca doświadczeniom wojennym, atmosferze szaleństwa po wojnie, rozpadowi więzi, psychicznej niestabilności tych którzy przetrwali (i jak przetrwali) oraz ich dzieci, pokolenie następne być może bardziej było tym skażone w sposób bardziej brutalny, przez to są pozbawieni moralności, zasad, stabilności. Książka pisana w przededniu podboju kosmosu, jak się wtedy wydawało, taka książka nie mogłaby już dziś powstać z uwagi na to że człowiek był na Księżycu i niczego tam dla siebie nie znalazł. Jakie znaczenie dla tej książki ma zagadnienie seksu? Rewolucji seksualnej, która tak naprawdę była brudna. O tym w krwi utajonej. Co to znaczy, że dla Sammlera honor był ulokowany na zewnątrz? Świetne były dwie sceny z czarnym kieszonkowcem. Klasa. I kilka cytatów: „Nie zgadzał się ze swoimi przyjaciółmi-uchodźcami, że zguba jest nieunikniona, lecz wydawało się, że przekonania liberalne nie są zdolne do samoobrony i w powietrzu czuć było rozkład. Widać było, że instynkty samobójcze napierają coraz mocniej. Człowiek zadawał sobie pytanie, czy zachodnia kultura zdoła przetrwać ogólnoświatowe upowszechnienie – zy tylko jej nauka i technologia, albo praktyki administracyjne będą wędrować będą przejmowane przez inne społeczeństwa. Albo czy najgorszymi wrogami cywilizacji nie okażą się jej wypieszczeni intelektualiści, którzy ją traktują w imię rewolucji proletariackiej, w imię rozumu i w imię irracjonalności w imię zwierzęcych prawd, w imię seksu, w imię całkowitej, natychmiastowej wolności. Gdyż oznaczało to nieograniczone żądanie – nienasycenie, odmowę skazanej na zagładę istoty (bo śmierć jest pewna i ostateczna) odejścia z tego świata w niezaspokojeniu. Każdy z osobna przedstawiał więc cała listę skarg i żądań. I wszystkie były poza dyskusją. Nie przyjmowano do wiadomości niedostatków w jakiekolwiek ludzkiej sferze. Oświecenie? Wspaniale. Ale czy ktoś jeszcze nad tym panował?”- s. 45-46 „Doktor Gruner był widziany tak, jak chciał być widziany. Każda sytuacja miała swoją propagandę. Demokracja była propagandą. Biorąc początek we władzy, propaganda wkraczała w każdy przejaw życia. Człowiek miał pragnienie, pogląd, przewodnią ideę i rozpowszechniał je. I przyjmowały się one, wszyscy mówili o wydarzeniach we właściwy sposób, pod jego wpływem.” – s. 116 Książka jest aktualna w momentach kiedy mówi o globalizacji, indywidualizmie i budowaniu (propagandzie) własnego ja. „I jestem przekonany, że znajomość nazw rzeczy dodaje ludziom pewności siebie. OD lat chodzę do psychoanalityków i czy z czegoś mnie oni wyleczyli? Z niczego. Zaopatrzyli jedynie moje problemy w naukowo brzmiące etykiety. To wielka ulga i warto za to zapłacić. Człowiek mówi: „jestem typem maniakalnym”. Albo mówi: „Jestem reaktywno-depresyjny”. O problemie społecznym mówi się: „To kolonializm”. Wtedy nawet najtęższy umysł doświadcza wewnętrznych fajerwerków i iskry rozsadzają człowiekowi głowę. To boskie uczucie. Człowiek czuje się jak nowo narodzony.” – s. 147 „Lepiej, pomyślał Sammler, uznać nieuchronność imitacji, a następnie imitować dobre rzeczy. Starożytni mieli w tym względzie słuszność. Wielkość bez wzorów? Nie do pomyślenia. Nie można być samą rzeczą – rzeczywistością. Trzeba się zadowolić symbolami” – s. 197. „Ale przypuścimy że ktoś nie lubi całego tego teatru duszy? Ja również uważam za męczące, że muszę go napotykać tak często i w tak dobrze znajomych formach. Czytałem wiele nieprzyjemnych relacji o nim. Spotykałem się z określeniami go jako rumowisko wieków, historyczny szmelc martwe brzemię, jako burżuazyjną własność, jako dziedziczną deformację. „JA” może myśleć, że nosi na szyi wesołą, nową ozdobę, ślicznie pomalowaną, ale od zewnątrz widzimy że to kamień młyński. Albo znowu ta osobowość, z której właściciel jest tak dumny, pochodzi ze sklepu Woolwortha, to tandetna blacha, albo plastyk z gorszego stoiska z duszami. Patrząc na to w ten sposób, człowiek może pomyśleć, że człowieczeństwo jest niezbyt warte zachodu. Gdzie jest to godne pożądania „ja” którym mogłoby się być. Dove sia, jak to pytanie jest śpiewane w operze. To zależy. Zależy po części od woli dostrzeżenia dobrych stron przez pytającego. Zależy do talentu i bezinteresowności. To słuszne, że nie lubimy wymyślonej indywidualności, złego pastiszu, banalności i całej reszty. To jest odpychające. Ale indywidualizm w ogóle nie jest interesujący, jeśli nie powiększa obszaru prawdy […] gdyby Księżyc miał nam przynieść korzyści metafizyczne, byłbym całkowicie za tym. Jako przedsięwzięcie inżynieryjne kolonizacja przestrzeni kosmicznej niezbyt mnie interesuje, jeśli pominąć zajmujący charakter i pomysłowość operacji. Oczywiście pragnienie, wola zorganizowania tej naukowej wyprawy musi być jedną z owych irracjonalnych konieczności, które tworzą Zycie – to życie o którym myślimy że możemy je zrozumieć. Przypuszczam więc, że musimy wykonać ten skok, ponieważ taki jest nasz ludzki los. Gdyby to był problem racjonalny, wówczas racjonalne byłoby zaprowadzenie najpierw sprawiedliwości a tej planecie. Potem kiedy mielibyśmy już Ziemię pełną świętych, a nasze serca wyrywałyby się ku Księżycowi moglibyśmy wsiąść do swoich maszyn i unieść się”. – s. 311-313
dróżniczka - awatar dróżniczka
oceniła na 7 9 lat temu
Ofiara Saul Bellow
Ofiara
Saul Bellow
Powieść napisana w 1947 roku przez Saula Bellowa, laureata Nobla z 1976r. Spora dawka psychologii. Pokazuje, jak łatwo manipulować i być manipulowanym. Główny bohater, to ok. czterdziestoletni Asa Leventhal, mieszkaniec Nowego Jorku, pochodzenia żydowskiego. Pracuje w redakcji w jednym z wydawnictw. Pozycję, jaką osiągnął w życiu zawodowym sam sobie wywalczył i wypracował. Prowadzi stabilne życie, jest żonaty. "Wobec wszystkich ludzi, z wyjątkiem Mary był zwykle szary i obojętny, na pozór taki jak jego ojciec, ale ta szorstkość, gdy się jej dobrze przyjrzeć, wynikała jedynie z niedbalstwa. Jeśli człowiek nie chciał zawracać sobie głowy ludźmi, znajdował sposób, by trzymać się od nich z dala. Cóż, świat był ruchliwym miejscem - przyglądał się budynkom, bankom i biuro w ich swobodnej martwocie...". Ta monotonia w życiu Asy, nagle zostaje naruszona. Jego żona wyjechała do matki, a on pozostaje sam na sam z upalnym miejskim latem. Dwa zdarzenia powodują, że poczucie pewności i spokoju znikają. Choroba bratanka, wymagająca jego pomocy bratowa, z uwagi na nieobecność brata - to jedno. Drugie, to nagłe pojawienie się dawnego znajomego Allbee'ego, który się stoczył, a winą za swoje niepowodzenie obarcza właśnie Leventhala. Oskarża go, że przez niego stracił pracę, pieniądze, żonę, całe swoje życie. Zaczyna go nękać, prześladować, ingerować w jego prywatność. Nie zna granic. Jak to odbiera i co czuje Leventhal? Nienawidzi go, ale zaczyna się czuć coraz bardziej osaczony, zagrożony, ale w końcu też i winny. Czy ulega jego szantażom, prośbom? Rozpoczyna się między nimi dziwna, niezdrowa, pełna napięcia relacja. Kto okaże się tytułową ofiarą? To opowieść o prześladowaniu, manipulacji, niepokoju i o życiu przeciętnego człowieka. Czujemy napięcie, smutek, ale i melancholię. A to wszystko się dzieje podczas upalnych dni lata w Nowym Jorku. Ogólnie książka niełatwa, może wydać się trochę monotonna czasami. Duszna, ciężka, jak to lato. Ale temat aktualny.
Jolanta - awatar Jolanta
oceniła na 8 9 lat temu
Sześćdziesiąt świateł Gail Jones
Sześćdziesiąt świateł
Gail Jones
"Sześćdziesiąt świateł" to piękna i wzruszająca opowieść o młodej kobiecie, której życiową pasją stała się fotografia. W czasach, gdy sztuka ta dopiero raczkowała, Lucy musiała pokonać wiele trudności i uprzedzeń, by móc realizować swoje marzenia. Główną bohaterkę poznajemy, gdy jest małą dziewczynką. Już jako dziecko patrzy ona na świat wrażliwymi oczyma, zatrzymując w pamięci, a potem spisując ciekawe, oryginalne obrazy, które zwróciły jej uwagę. Czasem to jakiś wycinek zwykłej rzeczywistości, czasem zjawisko przyrodnicze, niecodziennie załamane światło lub drobiazg, na który większość ludzi nie zwraca uwagi. Odczucia i pragnienia bohaterki opisane są niezwykle poetyckim, plastycznym i bogatym językiem. Oddaje on skomplikowane wnętrze Lucy i świadczy o bogatej wyobraźni autorki, gdyż posługiwanie się takim stylem należy we współczesnej literaturze do rzadkości. Niezapomniane są np. opisy czytelniczych wrażeń bohaterki, jej przeżycia podczas ciąży i porodu. Uwagę na pewno zwraca wielka determinacja młodziutkiej bohaterki, która odczuwa głód wiedzy i będąc zdolną, upartą osobą, realizuje swoje plany, które nabierają szczególnego znaczenia w obliczu jej nieuleczalnej choroby. Lucy stara się wówczas nadrobić stracony czas i często wybiega myślami w przyszłość, mimo iż jej pomysły są zwykle traktowane jak fantasmagorie. Któż bowiem w XIX wieku mógł uwierzyć, że kiedyś będzie można sfotografować niebo nocą, wnętrze ludzkiej głowy lub dziecko w brzuchu matki? Autorze udało się stworzyć bardzo poruszającą i piękną opowieść o pasji, marzeniach i różnych obliczach miłości, bo ten motyw także odgrywa tu wielką rolę. Książka na pewno zrobi duże wrażenie na czytelnikach, którzy zajmują się fotografią i mieli (lub mają) okazję samodzielnie wywoływać zdjęcia. Naświetlanie i pełne napięcia czekanie, aż obraz pojawi się w kuwecie z wywoływaczem to niesamowite wrażenie, które chyba za zawsze zapisuje się w pamięci. Powieść Gail Jones przywołała we mnie te wspomnienia sprzed wielu lat, za co jestem autorce bardzo wdzięczna.
allison - awatar allison
ocenił na 7 13 lat temu
Między niewiastami John McGahern
Między niewiastami
John McGahern
Literacko to perełka. Postaci są wykreowane z niezwykłą autentycznością. Widziałam ten dom, słyszałam Morana, czułam emocje jego dzieci. Nie ma w powieści jakichś niezwykłych wydarzeń. Ot, życie po prostu. Posiłki, praca, drobne wydarzenia i te może trochę istotniejsze jak śluby, konflikty z synami, małe wycieczki z Rose. Ale to książka niezwykle emocjonująca i niepokojąca. Trudno polubić jej głównego bohatera Morana, ojca trzech córek i dwóch synów. To kwintesencja pewnie tamtych czasów, ale też takiego wychowania, które podporządkowuje się religijnemu nakazowi „czcij ojca swego” bez względu na wszystko. Bo Moran to toksyczny ojciec, odreagowujący swoje frustracje na dzieciach, apodyktyczny, autorytarny, nieprzystępny, uparty, sięgający nierzadko po dość drastyczne kary fizyczne, szczególnie wobec synów. Taki był model wychowywania dzieci. Nie akceptuję, ale rozumiem. Są w książce dwie postaci, które zyskały moją sympatię. Pierwszą jest Luke, najstarszy syn, który postanowił rozpocząć nowe życie w Londynie, aby uciec od despotyzmu ojca i jest w tym niebywale konsekwentny, co bardzo szanuję. Inną jest Rose, druga żona Morana, wykazująca świętą cierpliwość w swoich próbach uzdrowienia tej chorej rodziny. To, jak ją traktował, to czysta przemoc emocjonalna. Nie jestem w stanie zrozumieć córek, które w jakiś nieracjonalny sposób idealizowały ojca. I ciągłe mówienie o nim „tatuś” budziły moje obrzydzenie i sprzeciw. Zachowywały się tak, jakby popadły w syndrom sztokholmski, a na pewno funkcjonowały tak, jak osoby współuzależnione. Nie pozostaje to bez konsekwencji dla tego, jakimi same stały się osobami. Zaczęły naśladować „tatusia”, ale to znany mechanizm, że ofiary popełniają te same krzywdy, które zostały im wyrządzone. Moran był okropnym człowiekiem, który nie wiadomo w imię czego całe życie walczył, był w konflikcie ze swoją rodziną, sąsiadami, a nawet samym sobą. Pewnie to nieszczęśliwy człowiek, ale osobiste frustracje w żadnym stopniu nie usprawiedliwiają takiego traktowania innych. Dobrze, że takich ojców jest coraz mniej. A przynajmniej mam taką nadzieję.
Agatonik - awatar Agatonik
ocenił na 8 1 rok temu

Cytaty z książki Złodziejstwo, czyli historia miłosna

Więcej
Peter Carey Złodziejstwo, czyli historia miłosna Zobacz więcej
Więcej