rozwiń zwiń

Szczęśliwe dni. Opowiadania wszystkie

Okładka książki Szczęśliwe dni. Opowiadania wszystkie
Paweł Huelle Wydawnictwo: Znak literatura piękna
1008 str. 16 godz. 48 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Data wydania:
2025-11-12
Data 1. wyd. pol.:
2025-11-12
Liczba stron:
1008
Czas czytania
16 godz. 48 min.
Język:
polski
ISBN:
9788384270226
Średnia ocen

                8,7 8,7 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Szczęśliwe dni. Opowiadania wszystkie w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Szczęśliwe dni. Opowiadania wszystkie



książek na półce przeczytane 966 napisanych opinii 498

Oceny książki Szczęśliwe dni. Opowiadania wszystkie

Średnia ocen
8,7 / 10
22 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
206
64

Na półkach:

Należy smakować powoli – czytałam jedno opowiadanie dziennie. Ten rytm pozwalał wybrzmieć temu, co najważniejsze… nastrojowi, nostalgii, wspomnieniom i czułemu spojrzeniu na codzienność.
Jest to proza oszczędna, ale tak pełna znaczeń - opowieść o ludzkim doświadczeniu – o tym, co ulotne, kruche, ale właśnie przez to ważne.
Napisana absolutnie piękną polszczyzną!

Należy smakować powoli – czytałam jedno opowiadanie dziennie. Ten rytm pozwalał wybrzmieć temu, co najważniejsze… nastrojowi, nostalgii, wspomnieniom i czułemu spojrzeniu na codzienność.
Jest to proza oszczędna, ale tak pełna znaczeń - opowieść o ludzkim doświadczeniu – o tym, co ulotne, kruche, ale właśnie przez to ważne.
Napisana absolutnie piękną polszczyzną!

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

301 użytkowników ma tytuł Szczęśliwe dni. Opowiadania wszystkie na półkach głównych
  • 262
  • 25
  • 14
36 użytkowników ma tytuł Szczęśliwe dni. Opowiadania wszystkie na półkach dodatkowych
  • 23
  • 4
  • 3
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Szczęśliwe dni. Opowiadania wszystkie

Inne książki autora

Okładka książki NieObcy Jan Bajtlik, Joanna Bator, Katarzyna Bonda, Halina Bortnowska, Sylwia Chutnik, Joanna Fabicka, Paweł Huelle, Piotr Ibrahim Kalwas, Ignacy Karpowicz, Hanna Krall, Jarosław Mikołajewski, Łukasz Orbitowski, Magdalena Parys, Małgorzata Rejmer, Paweł Smoleński, Olga Stanisławska, Andrzej Stasiuk, Dionisios Sturis, Ziemowit Szczerek, Małgorzata Szejnert, Olga Tokarczuk, Mirosław Wlekły
Ocena 6,3
NieObcy Jan Bajtlik, Joanna Bator, Katarzyna Bonda, Halina Bortnowska, Sylwia Chutnik, Joanna Fabicka, Paweł Huelle, Piotr Ibrahim Kalwas, Ignacy Karpowicz, Hanna Krall, Jarosław Mikołajewski, Łukasz Orbitowski, Magdalena Parys, Małgorzata Rejmer, Paweł Smoleński, Olga Stanisławska, Andrzej Stasiuk, Dionisios Sturis, Ziemowit Szczerek, Małgorzata Szejnert, Olga Tokarczuk, Mirosław Wlekły
Paweł Huelle
Paweł Huelle
Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim. W trakcie sierpnia 1980 był jednym z inicjatorów apelu o powołanie niezależnej organizacji studenckiej. Zaangażowany następnie w działalność związaną z NSZZ „Solidarność”, był m.in. członkiem redakcji „Głosu Wolnego” wydawanego w czasie I Krajowego Zjazdu Delegatów związku. Po wprowadzeniu stanu wojennego współpracował z wydawnictwami podziemnymi. Wykładał filozofię na Akademii Medycznej w Gdańsku. W latach 1994–1999 zajmował stanowisko dyrektora TVP3 Gdańsk. W 2011 został kierownikiem literackim Teatru Miejskiego w Gdyni. Swoją twórczość poświęcił w większości Gdańskowi jako rodzinnemu miastu. Popularność przyniosła mu debiutancka powieść Weiser Dawidek (wydana w 1987), zekranizowana przez Wojciecha Marczewskiego w 2000 pod tytułem Weiser. Jest członkiem Polskiego PEN Clubu, objął funkcję wiceprezesa tej organizacji. Na podstawie jego twórczości kilkukrotnie opierano spektakle teatralne: w Teatrze Telewizji Stół (2000) i Srebrny deszcz (2000), a także Kąpielisko ostrów (2001) w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie. Mąż malarki Idy Łotockiej-Huelle.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Już czas Cleo Qian
Już czas
Cleo Qian
“Już czas”, czyli debiutancki zbiór opowiadań Cleo Qian. | współpraca reklamowa bo.wiem | Jak głosi pierwsze zdanie z opisu książki, “Już czas” to hipnotyczny portret młodych kobiet i trudno się z tym nie zgodzić. Bohaterkami są właśnie młode kobiety, w większości azjatyckiego pochodzenia, często queerowe. Książka skupia się na ich obserwacjach dotyczących świata i na próbie odnalezienia się w rzeczywistości, która narzuca konkretne role, oczekiwania i sposoby bycia. Choć każde opowiadanie jest inne, łączą je podobne emocje i doświadczenia. Bohaterki są zagubione, mają w sobie silną potrzebę poszukiwania czegoś bliżej nieokreślonego, a jednocześnie towarzyszy im sporo lęku. W wielu tekstach wyraźnie wybrzmiewa presja współczesnego świata. Wiele z bohaterek odczuwa też silne poczucie wykorzenienia i alienacji, jakby nie do końca przynależały do miejsc, w których się znajdują. Część opowiadań jest bardziej przyziemna i realistyczna, inne skręcają w stronę realizmu magicznego albo czystego surrealizmu. Opowiadania ogólnie mają to do siebie, że często zostawiają po sobie niedosyt. Podczas czytania wszystko działa, a potem nagle koniec. Czasem mam wrażenie, że tekst urywa się w połowie, zostawiając to, co najważniejsze, niewypowiedziane. Nie zawsze stanowi to wadę, ale myślę, że niektóre opowiadania z tego zbioru zyskałyby na dłuższej formie. Zbiór liczy jedenaście opowiadań, każde ma średnio około dwudziestu stron. Najbardziej zapadła mi w pamięć “Wirtuozka”, opowiadająca o dziewczynie, której całe życie podporządkowane jest ambicji zostania pianistką. Sukces staje się tu miarą własnej wartości, a pytanie, co się stanie, gdy pojawi się ktoś lepszy, wybrzmiewa bardzo mocno. Tytułowe “Już czas” jest chyba najbardziej surrealistyczne i niepokojące. Przedstawia grupę ludzi, którzy, szukając ucieczki od świata, decydują się na pewien eksperyment pod okiem kamer, zdani wyłącznie na swoje towarzystwo, bez telefonów czy internetu. “Władza i kontrola” osadzone jest w świecie, w którym istnieje specyficzna magia, wykorzystywana między innymi do manipulacji. To opowiadanie o toksycznym związku dwóch kobiet i bardzo skojarzyło mi się z “W domu snów” Carmen Marii Machado. Trafione i bardzo w punkt. Z kolei “Dziewczyna o odsłoniętych powiekach” i jej specyficzny element fantastyczny siedzą mi w głowie do teraz. “Już czas” to ciekawy i dość intymny zbiór, mocno skoncentrowany na doświadczeniach młodych kobiet. Myślę, że z wieloma opowiadaniami można się choć częściowo utożsamić. Jak to bywa przy takich formach, część tekstów pewnie szybko mi umknie, ale inne zostaną ze mną na dłużej. Bardzo się cieszę, że mogłam sięgnąć po ten debiut i spokojnie mogę go polecić.
Nika - awatar Nika
oceniła na 8 2 miesiące temu
Na skraju wielkiego lasu Leo Vardiashvili
Na skraju wielkiego lasu
Leo Vardiashvili
„Mówią, że do domu nie da się wrócić. A jeśli właśnie się da? Jeśli wręcz się powinno? A co, jeżeli niezależnie od tego, co się zrobi ze swoim życiem, w końcu tak czy inaczej zakończy się tę podróż w miejscu, którego nie chciało się opuścić?” Nie zawsze robimy to, co byśmy chcieli. Jeśli konieczność zmusza nas do opuszczenia swojego domu, podwórka, dzielnicy, gdzie znamy każdy kąt, miasta i w końcu ojczyzny, robimy to. Zostawiamy za sobą wszystko, co drogie, bliskich, oswojony świat, zapachy i dźwięki, które uszy od razu rozpoznają, wszystkie dobre i złe wspomnienia, niedokończone sprawy i niespłacone długi wdzięczności. Historia jednak lubi zatoczyć krąg, jeśli nie wierzycie, pora na poznanie bohaterów „Na skraju wielkiego lasu”, Irakliego i jego dwóch synów, Sandra i Sabę, którzy z dnia na dzień zostają uchodźcami, w dodatku bez żony i matki, gdyż nie wystarczyło pieniędzy by opłacić jej ucieczkę. Gruzini w Wielkiej Brytanii. Z dala od kaukaskich szczytów, wina co roku dojrzewającego w zapieczętowanym kwewri, bez słońca i śpiewnej melodii języka…Gdy Związek Radziecki nie tylko słania się, ale rozpada w hukiem na części, siejąc dookoła odłamkami, które rykoszetując zbierają potężne, krwawe żniwo rewolucji, Gruzji obrywa się mocno. Szarpana od środka brutalną wojną domową chwieje się i słabnie, zaś anarchia, strach, obłęd nienawiści uderzają w najsłabszych, zbijając ich z planszy niczym niepotrzebne pionki. Irakli z synami w Londynie, samotna Eka w Tbilisi, tymczasem mijają lata, rok za rokiem. Mężczyźni żyją nadzieją połączenia z Eką, później już tylko wyrzutami sumienia i tęsknotą, te zaś odkładają się, nawarstwiają, rogowacieją i ranią. „Nasz dialekt bezmatkowców nie był wyszukany. Nie wywyższał się i nie miał bogatego słownictwa. Działał na poziomie niższym, głębszym niż same wyrazy ze słownika. Radził sobie tam, gdzie język zawodził”. Wreszcie gnany niepokojem Irakli wraca do Gruzji, by zmierzyć się z widmami przeszłości. Gdy ślad po nim ginie, Sandro rusza tropem ojca, gdy i jego telefon milknie, przychodzi kolej na Sabę. Żaden z chłopców nic sobie nie robi z ostrzeżenia pozostawionego przez ojca: „Zostawiłem tropy nie do usunięcia. Nie idźcie nimi”. Kiedyś, dawno, w innym życiu matka powtarzała im, że każdej bajki, nawet najstraszniejszej, trzeba wysłuchać do końca. O czym tak naprawdę jest opowieść Leo Vardiashviliego? O kraju i o ludziach, o przeznaczeniu, którego nie sposób zwieść ani ucieczką, ani kryjówką, ani też ukorzeniem się za swoje zaniedbania. To fatum, kismet, które jest cierpliwe, potrafi czekać naprawdę długo. Wydaje się wręcz nieprawdopodobne, że książka jest debiutem, charakteryzuje się ona bowiem wyjątkową dojrzałością nie tylko języka, który wybrzmiewa tutaj w tak wielu zniuansowaniach, na różnych piętrach złożoności, ale i kunsztem narracji, rozpisującej temat, wydawałoby się już tak ograny i powielany, jak uchodźstwo i wojna, na zaskakujących, bardzo zindywidualizowanych, jednocześnie egzystencjalnie jednak wspólnych płaszczyznach, przydających wojnie, tej najeźdźczej i tej bratobójczej, domowej, uniwersalnego rysu nieuchronności i powtarzalności. Ten rodzaj determinizmu zdaje się być z góry narzucony, człowiek zaś poddaje mu się niczym prawom fizyki, co sytuuje go raczej bliżej fatalizmu z greckiej tragedii, kiedy to każdy krok, mający odwrócić złą passę, tylko bardziej ją przybliża. Stworzyć taki klimat, który przesącza się przez czytelnika niepokojem, trudnym do stłumienia dreszczem, panicznym nasłuchiwaniem, czy wrzeciono, na którym Mojry przędą nić życia nadal się kręci w równym tempie, to sztuka nie lada. Autorowi udało się coś jeszcze bardziej brawurowego – wplecenie w ten krąg śmierci elementów wisielczego humoru oraz akcji rodem z sensacyjnego thrillera. Rysuje się przed nami „gruzińska metoda radzenia sobie z przeciwnościami – głośnym, siarczystym „jebał was pies”. Zbyt wiele przeżyliśmy trudów, żeby dać się zastraszyć. Wiemy, że życie jest ważniejsze od przetrwania”. To ludzie żylaści, twardzi, nie do zdarcia. Przetrwają głód, mróz i tortury, jeśli mają przed sobą cel. Złamać może ich tylko utrata nadziei. Idą więc bez ustanku, kryją się przed ostrzałem, nocują w leśnych parowach, pokonują górskie, niedostępne przełęcze, bo gdzieś tam, przed nimi jest DOM. „Chodziłem po tym domu i czułem w pokojach słabą woń kulek na mole, przesuwałem palcami po szepczących zasłonach, obserwowałem cienie dębowych liści tańczących na ścianie mojej sypialni”. Wtedy to było we śnie, noc w noc, spacer od pokoju do pokoju, od ściany do ściany, ale gdy jest się w rzeczywistości coraz bliżej ulicy dzieciństwa, stąpa po wyrwach w chodniku, tych samych, co przed laty, przychodzi lęk, bo przecież „czas płynie. Zostały już tylko duchy, stęchłe powietrze i kurz na meblach”, o ile dom w ogóle jeszcze stoi. Duchy zaś towarzyszą naszym bohaterom na każdym kroku. Można pozostawić za sobą przedmioty, krajobrazy, jednak ludzi zabiera się w sercu, tam też znajdują schronienie i żyją mimo wszystko, wbrew prawom natury i zdrowemu rozsądkowi, na przekór im. Póki nie rozliczymy się z przeszłością, póki nie zrobimy uczciwego rachunku sumienia, by nasze błędy zostały nam wybaczone, i byśmy sami sobie zdołali je wybaczyć, duchy z nami zostaną, komentując rzeczywistość i wtrącając się, wpływając na nasze wybory, niczym zamienione w kamienie u szyi wyrzuty sumienia. „Z tego świata nie da się wyjść”, a przynajmniej nie będzie to łatwe. Bohaterowie powieści są zarazem silni i słabi, stają wobec alternatyw, z których każda jest pułapką, a gdy już ich wciągnie, nie puści, póki się nie wykrwawią. Jest w nich jednak jasna iskra – poświęcenie. Jeśli już powezmą plan, nie ustąpią. Każdy z nich coś zgubił, bez czego została go ledwie połowa, albo i mniej. Zmuszony jest więc wędrować w poszukiwaniu pełni, nawet gdyby miało go to zabić. Jest jeszcze lojalność, czysta, przedwieczna, niemal święta. Wyczuwasz ją u przypadkowo spotkanych ludzi, stają się twoimi towarzyszami w drodze, bo coś im mówi, że tak trzeba, bo woda u stóp kaukaskiego monolitu jest czerwona, bo „mówią, że do tej rzeki krwawią góry” krwią gruzińską, osetyńską, abchaską. Po każdej z tych nacji pozostały jakieś spalone domy i straumatyzowane sieroty. Wsie gruzińskie, osetyńskie, abchaskie… na pytanie „Ale w czym tkwi różnica?” wybrzmiewa prosta odpowiedź: „Wyłącznie w nazwie”. „Tbilisi to miasto, które najeżdżano, zrównywano z ziemią i wznoszono na nowo ponad trzydzieści razy. Na przestrzeni wieków nieobliczalni władcy wszelkiej maści mocarstw – imperium osmańskiego, Cesarstwa Bizantyjskiego, Związku Radzieckiego – robili z miastem, co chcieli”. Teraz także przetoczyła się tam fala okrucieństwa w wyścigu po zwycięstwo. Jego piękno, zabytkowe stiuki kamieniczek, zielone trawniki skwerów, do niedawna nie mający sobie równych, malowniczy drzewostan ogrodu botanicznego, kręte uliczki Sololaki, pnące się wyżej i wyżej, niemal poziomo pod samo niebo… wszystko to zostało skażone, zbezczeszczone i porzucone. „Chorobliwe, podobne do żylaków rysy infekują ściany. Delikatne balkony krwawią fartuchami rdzy na mury”, po ulicach zaś, między zakrwawionymi, ogryzionymi częściowo ludzkimi szczątkami biegają uwolnione z zoo przez powódź hieny, wilki i lisy, olbrzymi hipopotam toczy się autostradą, a pomiędzy drzewami czai się Artiom – tygrys bengalski. Lecz to nie one najbardziej przerażają. Są jedynie symbolem innego kataklizmu, o wiele straszliwszych bestii, jakimi są ludzie, chłopcy celujący z karabinów do dzieci, jakimi sami niedawno jeszcze byli, mężczyźni, ojcowie, którym ręka nawet nie drgnie na spuście. Ludzie zabijają ludzi. Osetyńcy, Gruzini, Rosjanie, Abchazi – wszyscy oni są ludźmi. Skojarzenia z toczącą się wojną w Ukrainie nasuwają się same, a także z innymi wojnami, które miały miejsce lub ciągle trwają. Ten sam mechanizm, te same lęki i tęsknoty, tak samo silnie przeżywana strata. Naprzeciwko siebie. Przeciwko sobie. W podobnym tonie rozpisał Serhij Żadan swój „Internat” – jako niezrozumiałą, przetaczającą się z łoskotem apokalipsę, zmiatającą ślady dawnego świata, pozostawiając w to miejsce wielką niewiadomą. Ta historia nie bierze jeńców, porwany nią czytelnik daje się nieść emocjom, chłonąc wszystko rozgorączkowanym wzrokiem. Brak czasu na oddech, to lawina. Jej przesłanie, mimo całego okrucieństwa, jest głęboko humanistyczne, choć w najmniejszym stopniu nie idealizuje ani człowieka, ani jego rękoma zbudowanego świata, który teraz własnoręcznie rujnuje. Mocno angażuje czytelnika nie tylko w jednostkowe losy, ale w całość procesu destrukcji, rozpoczętego w zamierzchłej przeszłości i zdającego się nie mieć końca, odnawiającego się na zasadzie samozapłonu, siejącego zniszczenie nie tylko w elewacjach budynków i pośród idyllicznej niegdyś przyrody, ale przede wszystkim w ludzkich sercach i umysłach, wszczepiając w nie wirusa nienawiści, zemsty, żądzy krwi. Krople humoru, drwiny, sarkazmu, zręcznie domieszane do tego kielicha goryczy, są antidotum, które pozwala ludziom mimo wszystko dalej żyć, budzić się każdego, równie beznadziejnego ranka. Popite kwaśnym winem lub palącym krtań bimbrem, zmieszane ze łzami i nocnymi koszmarami, zmuszają nogi do posłusznych kroków, oczy do patrzenia na obrazy, które chciałoby się natychmiast odpamiętać. Jednak kto wie, może akurat tuż, za najbliższym zakrętem, natkniemy się na zagubioną, małą dziewczynkę lub inną sytuację, która znowu nada życiu sens. Za egzemplarz książki dziękuję: https://sztukater.pl/
jazzwoman - awatar jazzwoman
ocenił na 9 1 miesiąc temu
Takie urywki Bianca Bellová
Takie urywki
Bianca Bellová
Nie jestem pewien, czy „Takie urywki” to po prostu kolejna książka na waszej półce. Czytając ją, odnosiłem wrażenie, że to trochę taki literacki odpowiednik sytuacji, w której ktoś w autobusie zaczyna mówić coś bardzo osobistego, po czym wysiada trzy przystanki później, zostawiając cię z niedokończoną historią. Bianca Bellová najwyraźniej uznała, że fabuła jest przereklamowana, a sens najlepiej działa w dawkach homeopatycznych. I konsekwentnie trzyma się tej decyzji. Mamy tu zbiór osiemnastu tekstów, które robią dokładnie to, czego nie wypada robić w porządnej narracji. Co mam tu na myśli? Ano to, że wchodzą w środek i wychodzą bez pożegnania. Nie ma tu klasycznej fabuły, bo Bellová nie opowiada historii. Ona je podsłuchuje. Albo raczej stoi obok, notuje kilka szczegółów, a resztę zostawia w powietrzu. Jakby chciała powiedzieć – dalszy ciąg czytelniku dopowiesz sobie sam. Bohaterowie pojawiają się na moment i znikają. Syn, który przez całe życie potrzebuje jednego spojrzenia ojca i dostaje je w najgorszym możliwym momencie. Dziadek próbujący ogarnąć czternastoletniego wnuka z depresją, nie bardzo wiedząc, czy lepiej milczeć, czy mówić cokolwiek. Dziewczyna, która reanimuje topielicę, choć od początku wiadomo, że to nic nie da. Profesor w pociągu, który zapomina walizki i przy okazji przypomina sobie największą życiową zdradę. Żadnych fajerwerków. Same drobiazgi. Małe momenty, które w normalnym życiu uznalibyśmy za nieistotne. To właśnie one u Bellovej nagle zaczynają ważyć. Autorka „Jeziora” ma ten talent (albo tę bezczelność), żeby brać sytuacje absolutnie zwyczajne i nie robić z nimi nic wartego wzmiankowania. Nie podkręca emocji, nie tłumaczy, nie moralizuje. Zostawia bohaterów dokładnie tam, gdzie są. Czasami w niezręczności, innym razem w napięciu, praktycznie zawsze w niedopowiedzeniu. I w mojej opinii ta metoda działa naprawdę dobrze. Życie przecież rzadko daje puenty. Jest w tych tekstach sporo mroku, ale dla mnie na pierwszy plan wysuwa się humor. Nie taki wiecie, że boki zrywać, ale czarny, suchy, czasem absurdalny. Za wzorowy przykład niech uchodzi randka z Tindera, która kończy się wizytą policji. Brzmi jak żart, dopóki nie przestaje nim być. Opowiadanie o ćmie balansuje gdzieś między kafkowskim niepokojem a zwyczajnym ludzkim strachem przed tym, czego nie potrafimy nazwać. Śmiejesz się krótko, po czym orientujesz się, że ten mechanizm był raczej odruchem obronnym. Autorka interesuje się relacjami, ale bez sentymentalizmu. Rodzina nie jest tu ani bezpiecznym azylem, ani wyłącznie źródłem traumy. To raczej pole napięć, które nie znikają wraz z wiekiem. Więzi trwają nawet wtedy, gdy są zerwane. A może zwłaszcza wtedy. Język Bellovej jest lapidarny, precyzyjny, wyczyszczony z ozdobników. Każde zdanie zdaje się ważyć dokładnie tyle, ile trzeba. Ani grama więcej. Autorka ufa pauzie, zawieszeniu, ciszy między akapitami. Styl dopasowuje się do bohaterów, ich sposobu myślenia, ich ograniczeń. Mimo wielości postaci i sytuacji, zbiór układa się w spójną opowieść o ludzkim doświadczeniu. To nie jest książka, w której cokolwiek się rozwiązuje. Wręcz przeciwnie. Wiele z tych historii kończy się dokładnie w tym miejscu, w którym coś zaczyna uwierać. Bellová najwyraźniej lubi zostawiać bohaterów i czytelników w zawieszeniu. Zresztą nie powinno to dziwić osoby znające jej poprzednie powieści. „Takie urywki” najlepiej działają wtedy, gdy czyta się je powoli. Po jednym. Z przerwą. Z chwilą ciszy po tekście. Czytane ciurkiem potrafią się zlewać w jeden nastrój. Trochę melancholijny, lekko duszny, nie do końca komfortowy. Nie wszystko z tego zbioru zostanie ze mną na długo. Zresztą Bellová chyba wcale tego nie chce. Zostaną obrazy, zdania, jakieś drobne uczucia, które wrócą znienacka przy myciu naczyń albo w tramwaju. Jak te rozmowy z autobusu, których nigdy nie powinniśmy byli słyszeć, a jednak słyszeliśmy. To literatura z tej samej półki co „Manchester by the Sea”. Nikt nie krzyczy. Nikt nie wygrywa. Każdy robi, co potrafi. Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2026/01/recenzja-takie-urywki-bianca-bellova.html
Melancholia  codzienności - awatar Melancholia codzienności
ocenił na 7 2 miesiące temu
Parasolki Dominika Buczak
Parasolki
Dominika Buczak
Czasem trafiamy na książkę, która nie pozwala o sobie zapomnieć, bo każda jej strona parzy aktualnością. Dominika Buczak w „Parasolkach” zabiera nas do lat 1908–1920 – epoki, w której polskie kobiety przestały czekać na zaproszenie do stołu i same zaczęły go budować. To czas wielkiej wojny, odzyskiwania kraju, ale przede wszystkim narodzin nowej kobiecej świadomości. To, co w tej powieści najcenniejsze, to tchnięcie życia w postacie, które znamy jedynie z czarno-białych fotografii. Autorka zdejmuje z piedestału takie postacie jak Maria Dulębianka czy Zofia Nałkowska, pokazując je w wirze walki o prawo do samostanowienia. Niesamowite wrażenie robi historia Wandy Gertz – dziewczyny, która skróciła włosy i pod męskim imieniem ruszyła na front, bo jej pragnienie wolności nie mieściło się w gorsecie epoki. Obok historycznych gigantek mamy losy fikcyjne, które są jak klamra spinająca tamte czasy z dzisiejszymi. Relacja Ireny i Stasi to dla mnie majstersztyk – pełna tarć, a jednak niezwykle lojalna więź między kobietami różnych pokoleń, które mimo różnic zawsze skoczą za sobą w ogień. Dominika Buczak pisze z ogromną odwagą. Czuć, że ta książka to jej osobisty manifest. Nie ucieka od tematów bolesnych – biedy, niesprawiedliwości czy trudnych decyzji o aborcji. To opowieść o buncie, który był koniecznością, a nie kaprysem. Autorka umiejętnie pokazuje, że dawne „parasolki” to te same symbole, które znów kilka lat temu widzieliśmy na naszych ulicach. Przyznam jednak, że moja czytelnicza natura czuła pewien niedosyt. Ta historia jest tak gęsta od faktów, że momentami forma powieściowa wydaje się dla niej zbyt ciasna. Szybkie zmiany perspektywy sprawiały, że czasem brakowało mi czasu, by w pełni zżyć się z bohaterkami i poczuć ich prywatne dążenia. Paradoksalnie, jako reportaż o pionierkach emancypacji, ta książka mogłaby być jeszcze mocniejsza. Mimo moich uwag co do konstrukcji, „Parasolki” to lektura obowiązkowa. Przypominają nam, że żadne prawo nie jest dane na zawsze, a nasza obecna wolność została wywalczona uporem, krzykiem i solidarnością. To książka o każdej z nas, która dziś chce z dumą powiedzieć: „Jestem!”. Jeśli szukacie lektury, która zostawi Was z głową pełną pytań o to, jak my dziś dbamy o to dziedzictwo – koniecznie po nią sięgnijcie. To hołd dla odwagi, której echa słyszymy do dziś.
Czytadła_Czekadełka - awatar Czytadła_Czekadełka
oceniła na 7 21 dni temu
Kowbojskie tango Maggie Shipstead
Kowbojskie tango
Maggie Shipstead
Książka z gatunku literatury pięknej będąca zbiorem 10 różnorodnych opowiadań, które obejmują historie powstające na przestrzeni dekady, osadzone w różnorodnych sceneriach – od rancza w Montanie po paryskie katakumby, Hollywood, wyspę na Pacyfiku czy też komunistyczną Rumunię. I właśnie tą różnorodnością charakteryzują się ów opowowiadania. Pewnym motywem przewodnim są tu portrety „ludzi poranionych i spragnionych”, których słabości autorka traktuje z dużą dozą empatii, a jednocześnie chłodnym, analitycznym dystansem. Bohaterowie często zmagają się z poczuciem izolacji lub emocjonalnym zagubieniem, nierzadko występuje tu również motyw intymnych relacji młodych kobiet z facetami w średnim wieku, ukazując w ten sposób zależność, zarówno finansową jak i emocjonalną. Wyatępuje tu także motyw wpływu przeszłości, kłamstw i niewypowiedzianych żali na teraźniejszość bohaterów. Autorka jest znana głównie z takich powieści jak "Wielki krąg" czy "Zaskocz mnie" (miałem przyjemność ją czytać, dobra powieść 🔥) za które otrzymała liczne nominacje do literackich nagród 😁 Proza Shipstead charakteryzuje się precyzyjnym, ładnym językiem i umiejętnym wykorzystaniem niedopowiedzeń (ciszy), co buduje napięcie bez uciekania się do zbędnego patosu. Nie są to łatwe i banalne teksty, często nawiązujące do prawdziwych wydarzeń, ale nie zawsze zakończone mocną puentą. Wręcz czasami brakuje tego efektu wow, godnego zapamietania zakończenia. Pod tym względem wiele z tych opowiadań zawodzi, inne za to kończą się z przytupem, nierzadko tragicznie. Przyznam szczerze, że kilka z tych opowiadań nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenie, były nazbyt melancholijne, wyrwane z pewnego kontekstu, raczej bazujące na emocjach, które ze mną nie zarezonowały (pewnie też dlatego, że to były doświadczenia w jakiś sposób skrzywdzonych młodych kobiet). Choćby przez fakt, że los tych postaci nie potrafił mnie zainteresować 🤷‍♂️ de facto 3 może 4 opowiadania z tego zbioru były takie, że wywarły na mnie jakiś wpływ i czytałem je z zaintrygowaniem 😁 myślę, że nie ma sensu opisywać poszczególnych opowiadań, mijałoby się to z celem. Ale wspomnę o tym, które podobało mi się najbardziej pt. "La moretta", które było rasowym thrillerem psychologicznym z genialnym, zaskakującym i robiącym wrażenie makabrycznym zakończeniem. Nie będę ukrywał, że jest to jedyne opowiadanie, które mocno zapadło mi w pamięci 🫣 bardzo dobre też były dwa opowiadania pełne czarnego humoru i groteski pt. "Podziękowania" i "Anielska ciągotka". Tytułowe opowiadanie też ma coś w sobie, jest dość oryginalnym przedstawieniem niecodziennego trójkąta miłosnego, niestety brakuje w nim ciekawej puenty, co jak pisałem wcześniej jest charakterystyczną przypadłością tych opowiadań 🤭 reasumując mamy w tym zbiorze nieodwzajemnioną miłość, przerośnięte ego pewnego mściwego, małostkowego pisarza, rodzinne tajemnice sprzed lat, które komplikują losy najmłodszych pokoleń czy też pełne czarnego humoru rozliczenie się z przeszłością mężczyzny zmagającego się z kryzysem wieku średniego, a także patologiczne relacje partnerskie gdzie autorka skupia się na układach, w których jedna strona ma przewagę (finansową, wiekową, statusową) na drugą (najczęściej starszy mężczyzna i młoda kobieta). Dużo w tych opowiadaniach jest inteligentnej ironii, acz autorka też nie unika pewnego chaosu w narracji 🫣 przyznam, że czasem się gubiłem w tych przeskokach czasowych 🤭 Nigdy nie ukrywałem, że nie jestem wielkim fanem zbiorów opowiadań, na ogół brakuje mi w nich puenty, a także pozostaje niedosyt w sytuacji gdy dana historia mnie zainteresuje. W przypadku tego zbiorku nie jest inaczej, wszak każda z przeczytanych przeze mnie historii w jakiś sposób mnie zainteresowała, lecz może poza jednym nie poczułem się usatysfakcjonowany i chciałbym więcej lub mniej chaotycznie, poznać lepiej bohaterów, ich intencje, a nie tylko drobny wycinek 🤭 nie zmienia to faktu, że Maggie Shipstead ma genialny styl, potrafi w zgrabny, skondensowany sposób nakreślić bohaterów, których losy od razu są na swój sposób przejmujące. Autorka w tych opowiadaniach podejmuje bardzo różnorodne tematy, ale wszystkie krążą wokół ludzkiej natury, problemów miłosnych, finansowych czy emocjonalnych 😁 literacko ten zbiór jest świetny, ale od strony poszczególnych historii co najwyżej średni, poza jednym opowiadaniem nie poczułem efektu wow 🤷‍♂️
Kamil Cholewa - awatar Kamil Cholewa
oceniła na 7 1 miesiąc temu
Autobusy pełne pustych miejsc Zuzanna Gajewska
Autobusy pełne pustych miejsc
Zuzanna Gajewska
📖🎧 „Autobusy pełne pustych miejsc” Zuzanna Gajewska Czy kiedykolwiek zastanawialiście się w trakcie podróży autobusem, kim jest osoba stojąca obok albo siedząca naprzeciwko? Jaki ciężar nosi w sobie? Helena niedawno straciła najbliższą przyjaciółkę i często podróżując autobusem, w obcych ludziach szuka choć namiastki jej obecności. Eryk to przystojny wdowiec, który regularnie odwiedza grób żony. Blanka – dziewczynka w stroju jednorożca – kursuje między szkołą, domem a hospicjum. Jest też Mila, która we wtorki i czwartki chodzi na cmentarz, zakładając swoje piękne kapelusze. Każde z nich jest inne, każde nosi w sobie coś innego. Co ich łączy? „Autobusy pełne pustych miejsc” to książka, która w łagodny sposób pozwala nam poznać i zrozumieć różne etapy żałoby. Opowiada o stracie, o tym, jak się z nią pogodzić, ale też – jak się na nią przygotować. Autorka pokazuje bohaterów, którzy mają własne sposoby radzenia sobie z tym, co przynosi los. To historia o smutku, ale opowiedziana lekko, z dużą wrażliwością. To książka, która ściska gardło, by za chwilę rozśmieszyć do łez. Jest jak życie – raz pełne koloru, brokatu i jednorożców, a za chwilę sadza tego jednorożca w holu hospicjum i każe myśleć o tym, kiedy najbliższa osoba odejdzie. Polecam. Wrażliwi – przygotujcie chusteczki. Moja ocena: 8,5/10 #bookreview #autobusypelnepustychmiejsc #zuzannagajewska #wydawnictwoproszynskiiska
zaczytana_mom_of_3 - awatar zaczytana_mom_of_3
ocenił na 8 2 miesiące temu
Tymczasowy dżentelmen Sebastian Barry
Tymczasowy dżentelmen
Sebastian Barry
Z oddechem ulgi mogę stwierdzić, że tym razem powieść Barry’ego nie dokonała spustoszeń w mojej już pogruchotanej czytelniczej duszy. To wciąż solidna, przejmująca proza, która pochłania, wciąga, jest w pewien sposób niewygodna i bolesna, z drugiej jednak strony – tylko poprzez porównywanie z wcześniejszą twórczością pisarza – wydaje się zdecydowanie najlżejszą w odbiorze, „łatwiejszą” w przyswajaniu. A nie jest to zarzut. To historia życiowo pokonanego Jacka McNulty’ego, Irlandczyka z pochodzenia, wygnańca z własnego kraju, weterana wojennego, przeciętnego inżyniera, fatalnego męża, kiepskiego ojca i nie umiejącego w miłość alkoholika. Śledzimy jego losy dzięki pamiętnikowi, który spisuje w ostatnim akcie tchnienia – wysłany przez ONZ na misję go Ghany mimowolnie staje się świadkiem upadającego świata kolonializmu. Przyglądając się zmianom, wraca wspomnieniami do lat młodości i walk o niepodległość, ale przede wszystkim do czasu, który wypełnił w większości jego życie: małżeństwa z Mai, dziewczyny poderwanej na film z Rin Tin Tinem. Powieść otwiera dynamiczna scena zniszczenia korwety przez niemiecki okręt podwodny. To, co dzieje się później, spowite jest gęstniejącą mgłą alkoholowych oparów i zapachem błyskającej na bursztynowo szkockiej. Demon, który opętał Jacka, powoli odbiera mu wszystko – to opis drogi, która prowadzi ku jednemu tylko końcowi. A mimo to jest w Jacku tlące się światło, które daje mu siłę, by pisać i dzięki pisaniu bezkompromisowo rozliczać swoje stracone życie. Zyskujemy tym samym prozę przejmującą choć ironizującą, szczerą lecz subiektywną, która nabiera chmurnego kolorytu im bliżej jej końca. Jack staje się mimowolnym dżentelmenem – to świat pędzi za szybko, by taki jak on mógł się do niego dostosować. Dlatego jego prawdziwe „ja” pozostaje „ukryte”, nie wychyla się przed szereg, nie walczy. Jack nakłada na maskę twarz mężczyzny szczęśliwego i poukładanego, w tajemnicy zadłużając swoje życie (a przy okazji dom), w wieczornej ciszy wlewając w siebie alkoholowe ukojenie. Podwójny finał jest jednocześnie ostateczny i otwarty, zostaje w pamięci niczym rozdarcie nieba, w którym jedni ujrzą kojący błękit, inni nadciągającą nawałnicę. Do tego niezmiennie pyszny styl Barry’ego, który można dawkować sobie do woli i cieszyć się kompletnie złożonym frazami, w których nie ma zbędnej litery.
Marcin Masłowski - awatar Marcin Masłowski
ocenił na 7 8 dni temu
Mara Małgorzata Domagalik
Mara
Małgorzata Domagalik
„Mara” Małgorzaty Domagalik to nie tylko powieść obyczajowa – to precyzyjnie skonstruowany seans emocjonalny, w którym słowo staje się obrazem, a obraz niemal fizycznym doznaniem. Autorka, niczym wytrawna reżyserka, operuje w tej historii nie tylko fabułą, ale przede wszystkim temperaturą i fakturą. Prowadzi nas przez chłodne, surowe krajobrazy Finlandii i mroczne zaułki Berlina, aż po warszawskie wnętrza, które stają się scenografią dla zmysłowej gry trojga kochanków. Kamera narracji ustawiona jest tu tak blisko skóry, że czytelnik niemal czuje jej napięcie, zapach i drżenie, co czyni tę lekturę doświadczeniem niemal intymnym. Wyjątkowość „Mary” polega na jej wielowymiarowości. Domagalik nie ogranicza się do tradycyjnego tekstu, lecz wzbogaca go o warstwę dźwiękową ukrytą pod kodami QR. Dzięki temu zabiegowi, odgłosy tła czy sugestywne dźwięki, jak chociażby klapsy, stają się integralną częścią opowieści, dopowiadając to, czego nie zdołały uchwycić słowa. To proza, która angażuje wszystkie zmysły, budując napięcie tam, gdzie rozum zazwyczaj kapituluje przed instynktem. W strukturze powieści pulsują inspiracje najwyższej próby. Odnajdziemy tu duszny, niemal klaustrofobiczny erotyzm znany z dzieł Marguerite Duras, gdzie różnica wieku i pikanteria detalu budują atmosferę zakazanego owocu. Autorka bawi się konwencją „Niebezpiecznych związków”, wplatając w relacje bohaterów walkę o dominację i grę pozorów. Główna bohaterka, skryta w swoim trenczu z postawionym kołnierzem, przypomina postać z mrocznych dramatów Adriana Lyne’a czy Romana Polańskiego. Jej wybory są aktami odwagi, a finałowy taniec – niczym w „Gorzkich godach” – brutalnie obnaża emocjonalne mechanizmy i wywraca dotychczasową logikę wydarzeń do góry nogami. Dla tytułowej Mary ciało nie jest jedynie narzędziem przyjemności, lecz skomplikowaną mapą poznawczą. Poprzez fizyczność kobieta bada granice własnej wolności i odrębności. Mężczyźni w jej życiu pełnią rolę luster, w których Mara przegląda się z okrutną niekiedy szczerością, odkrywając w sobie sprzeczne potrzeby: od głębokiego pragnienia bliskości, po lęk przed utratą niezależności. Namiętność w ujęciu Domagalik zawsze nosi w sobie skazę, pewien nieuchronny brak, który pcha bohaterkę ku poszukiwaniom miłości wykraczającej poza schematy. Ostatecznie „Mara” to przejmująca analiza samotności, którą autorka redefiniuje jako przestrzeń autonomii. To historia o tym, że rozmowa może być równie erotyczna co dotyk, a milczenie staje się najbardziej przenikliwym dialogiem. Małgorzata Domagalik stworzyła opowieść o kobiecie, która analizując okruchy własnej przeszłości, ma odwagę odsłonić zarówno skórę, jak i duszę, nie idąc przy tym na żadne kompromisy z otaczającym ją światem.
Czytadła_Czekadełka - awatar Czytadła_Czekadełka
oceniła na 8 2 miesiące temu
Dziesięć lat romansu Erin Somers
Dziesięć lat romansu
Erin Somers
Erin Somers w swojej powieści odchodzi od lekkich schematów, którymi często karmi nas literatura o romansach. Tutaj nie ma miejsca na urokliwe schadzki czy beztroskie porywy serca. Jest za to duszna atmosfera kłamstwa, która rozciąga się na całą dekadę. Moja ocena to 7/10 – to książka trudna, momentami wręcz frustrująca, ale niezwykle trafna w portretowaniu emocjonalnego kosztu zdrady. Cora i Sam to dwoje ludzi, którzy na pierwszy rzut oka osiągnęli wszystko. Mają stabilne domy, małżonków i dzieci – fundamenty, które powinny dawać spokój. Jednak pod tą warstwą normalności tętni ich równoległy świat. Przez dziesięć lat budują relację opartą na wykradzionych chwilach i nieustannym oszukiwaniu najbliższych. To, co w tej książce uderza najbardziej, to brak romantycznego blichtru. Somers pokazuje, że długofalowy romans to nie tylko namiętność, ale przede wszystkim logistyka, stres i powolna erozja sumienia. Autorka stawia pytanie: jak to możliwe, że dwoje ludzi potrafi przez tak długi czas funkcjonować w rozdarciu, nie niszcząc przy tym (pozornie) swoich oficjalnych żyć? Książka jest fascynująca jako zapis psychologicznej wytrzymałości, ale jej ciężar gatunkowy sprawia, że jest to lektura wymagająca określonego nastroju. Bezkompromisowość: Somers nie próbuje wybielać Cory ani Sama. Pokazuje ich egoizm i sposób, w jaki racjonalizują swoje wybory. Czytelnik może czuć do nich niechęć, ale nie może odmówić autorce realizmu w kreśleniu tych postaci. Obraz konsekwencji: Powieść świetnie oddaje to, jak podwójne życie wpływa na relacje z dziećmi i partnerami. Nawet jeśli prawda nie wychodzi na jaw od razu, kłamstwo zatruwa codzienność, tworząc mur nie do przebicia. Narracyjna gęstość: To nie jest lektura, którą czyta się dla rozrywki. Momentami atmosfera staje się tak gęsta od napięcia i poczucia winy, że aż klaustrofobiczna. Brak tu momentów oddechu, co z jednej strony jest zaletą (buduje klimat), z drugiej może przytłaczać. „Dziesięć lat romansu” to brutalnie szczera opowieść o tym, co dzieje się, gdy chwilowe zauroczenie zamienia się w wieloletnie więzienie z wyboru. Erin Somers stworzyła portret dwojga kochanków, którzy mimo uporządkowanego życia rodzinnego, decydują się na egzystencję w cieniu. To siedem punktów za odwagę w pokazaniu, że romans to nie tylko „motyle w brzuchu”, ale często żmudna i niszcząca praca nad utrzymaniem fasady. Książka zostawia czytelnika z gorzką refleksją nad naturą lojalności i ceną, jaką płacimy za próby posiadania wszystkiego jednocześnie. To zdecydowanie pozycja dla tych, którzy szukają w literaturze prawdy o mroczniejszych stronach ludzkich relacji.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 7 3 dni temu

Cytaty z książki Szczęśliwe dni. Opowiadania wszystkie

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Szczęśliwe dni. Opowiadania wszystkie