rozwiń zwiń
Wróć na stronę książki

Oceny książki Zagubiona przyszłość

Średnia ocen
6,7 / 10
201 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE


avatar
284
55

Na półkach:

Pierwszy z trzech tomów trylogii autorstwa Krzysztofa Borunia i Andrzeja Trepki został wydany już w 1954 roku, a więc jeszcze w okresie polskiego stalinizmu. Dlatego zasadne są obawy o irytującą ideowość, technologiczną archaiczność czy powolne prowadzenie fabuły. Na szczęście nie znajdują one odzwierciedlenia w rzeczywistości. Czy może inaczej - znajdują, ale te pozorne mankamenty udaje się autorom przekuć na własną korzyść. ,,Zagubiona przyszłość’’ pozwala zarazem poczuć ten dawny punkt widzenia, jak i wzbudzić u nas autorefleksję, co przecież wydaje się pośród tego gatunku kluczowe.

W powieści poznajemy historię potężnej kosmicznej arki o nazwie Celestia, która dryfuje gdzieś w przestrzeni kosmicznej. Narracja skupia się na opisie zamkniętego na jej pokładzie mikrospołeczeństwa. Tamtejszy system polityczny to oczywiście mocno zabarwiona komunistyczną propagandą dystopia, doprowadzająca do skrajności wszystkie bolączki trawiące w realnym świecie kapitalistyczne Stany Zjednoczone. Mamy więc prezydenta-dyktatora Sandersona oraz współwładające z nim bogate rody, które mają w posiadaniu największe lokalne syndykaty przemysłowe. Obywatele są podzieleni na kategorie zależne od ich rasy, pokręcona interpretacja chrześcijaństwa jest wykorzystana do kontroli ich umysłów, a olbrzymi konglomerat medialny daje ułudę wolności, konsultując w rzeczywistości wszystkie poczynania z władzą. Cyniczny establishment skrupulatnie ukrywa także prawdziwą historię Celestii, przez co urodzeni na niej ludzie nie mają już bladego pojęcia, skąd ich blaszana ojczyzna pochodzi i dokąd właściwie zmierza. Prezydencka propaganda zapewnia jedynie o ucieczce od ,,Diabłów na Towarzyszu Słońca’’ ku bliżej niezidentyfikowanej utopii w innej galaktyce.

Jak to we wszelkiej fantastyce społecznej bywa, aby system się w końcu załamał, musi najpierw dojść do jakiegoś małego wstrząsu. Tutaj jest nim wykrycie obiektu, który zmierza w kierunku Celestii z olbrzymią prędkością. Prezydent zatrudnia naczelnego inżyniera Bernarda Kruka, aby ten zmodernizował działo laserowe, służące w domyśle do automatycznego przechwycania zagrażających statkowi meteorów, do obsługi manualnej, co umożliwiłoby skuteczne zestrzelenie podejrzanego obiektu w przestrzeni. Ale inżynier Kruk ma polskie nazwisko i tak łatwo nie daje się omamić rządowej indoktrynacji. W miarę postępu prac zaczyna zgłębiać historię Celestii, w czym pomaga mu zdetronizowany za niesubordynację filozof Horsedealer, oraz zastanawiać się, dlaczego właściwie prezydent pragnie tak prędko zestrzelić niezidentyfikowany obiekt. Wieść o nim dociera i do ludu stacji kosmicznej, w którym już od jakiegoś czasu kiełkował bunt. Tym samym Kruk powoli zaczyna grać na dwa fronty, z jednej strony wspierając podziemny ruch oporu, a z drugiej starając się zadowolić prezydenta, który za dobrze wykonaną pracę obiecał oddać mu rękę jego pięknej córki Stelli. Skomplikowany układ społeczny wrze, prawda powoli wychodzi na jaw, dochodzi do konfrontacji z tajemnicą zbliżającą się do odizolowanego świata, walki wewnętrzne nieprzerwanie eskalują. Koniec końców, jak nietrudno się domyślić w kontekście literatury z tych lat, wszystko skończy się dobrze, lecz przyznać należy, że ścieżka do wolności okazuje się niezwykle obfita w niespodziewane zwroty akcji i intrygujące koncepty narracyjne.

Na początek odniosę się do warstwy propagandowej. Wymiar ideowy nazwałbym raczej anty- niż pro-. Więcej tu uderzania w wypaczenia kapitalizmu niż emanowania perfekcją socjalizmu. Oczywiście, można się kłócić, że na wiele z przedstawionych wypaczeń społecznych odpowiedź stanowi jedyny słuszny czerwony ustrój, niemniej nie czułem się bezustannie indoktrynowany leninowskimi tezami. Przecież potrzeba wolności, równości, demokracji, dostępu do wiedzy, kontaktu ze światem zewnętrznym to jeszcze nie nawoływanie do ścisłej rewolucji proletariackiej i przyjęcia konkretnego systemu politycznego. Bezpośrednie nawiązania do współczesności książki są rozrzucone raczej niepozornie. Zwraca uwagę chociażby zabawny podział nazwisk na amerykańskie i wschodnioeuropejskie. Ale z drugiej strony, dzięki temu mamy do czynienia z jednym z nielicznych utworów sci-fi, nawet wśród literatury polskiej, gdzie pośród bohaterów są Polacy! Jak dla mnie taki Sokolski czy Kruk brzmią w kosmicznym kontekście jeszcze bardziej egzotycznie aniżeli jakikolwiek Blurg-Bip-37.

Umysł czytelnika nie zwraca też tak uwagi na archaiczne wtręty ideowe, ponieważ jest to powieść zaskakująco wręcz sprawnie napisana. Wprost idealnie balansuje pomiędzy filozofującą paplaniną i refleksją, a aspektem czysto przygodowym. Zaczyna się dość powoli, ale później akcja coraz bardziej przyspiesza, w miarę jak bohaterowie zyskują więcej informacji. Moją uwagę zwrócił fakt, że brakuje tak naprawdę jednego protagonisty. Na początku dominuje inżynier Kruk, ale gdzieś w połowie książki odchodzi na dalszy plan. Na scenie pojawia się mnóstwo postaci, ale ich mnogość nie przytłacza. Niemal każda z nich ma tu do odegrania istotną rolę, więc nawet jeżeli ktoś jest stereotypowym buntownikiem czy szwarccharakterem, jego obecność nie denerwuje. Nasz główny złol, czyli pan prezydent, stanowił chyba jedną z moich ulubionych postaci: taki był złowrogi, zdeterminowany i uroczo przerysowany! Interakcje pomiędzy bohaterami, szczególnie pod koniec, sprawiają wręcz wrażenie melodramatu – tutaj ojciec poświęca się za syna; tam kobieta zdradza prawdę, aby odkupić swoje winy; gdzie indziej podstępny przemysłowiec rezygnuje ze swojego planu, aby uratować ukochaną. Zahacza to o operę mydlaną czy jakąś fantastyczną baśń, a nie twardą naukową futurystykę. Ale mi się ta przeciwwaga podobała, bo jeśli oddajemy się niej z przymrużeniem oka, zwyczajnie odciąża poważniejsze wątki i sprawia, że to wszystko nie jest nadmiernie poważne. Chemia między postaciami to coś, czego wielu autorom sci-fi nie udało się osiągać pomimo wielu lat kariery, więc tym bardziej należy docenić tutejsze zróżnicowanie i dopracowanie wątków o tematyce interpersonalnej. A że nie każdy z nich jest dojrzały czy głęboki? Cóż, być może do nastolatków czytających to w latach 50. przemawiały postacie takie jak rozhisteryzowana, bufonowata piękność Stella czy idealistycznie poświęcające życie nauce młode małżeństwo astronoma Roche’a i dziennikarki Daisy. Ale przyznać należy, że dziś płytkość czy naiwność niektórych wątków może już trącić myszką.

Jest więc akcja, jest więc dynamiczna i obfita narracja, jest i zakamuflowany cień propagandy. Ale jak odbieramy przekaz tej książki dziś, w XXI wieku? Wbrew pozorom to nie tylko ciekawostka historyczna, którą czyta się nieco łatwiej niż inne. Ponieważ autorzy podjęli na kanwie powieści tak wiele wątków, nietrudno odnaleźć pośród nich kilka udanych przepowiedni. Poza tymi społecznymi, w których dominuje jednak spora doza optymizmu i idealizmu, szczególnie wyrażonego w ostatecznym losie Ziemian, jest też wizja rozwoju technicznego. Statki kosmiczne nie są być może opisane bardzo szczegółowo, ale zasada działania zazwyczaj jest przedstawiona racjonalnie. Jest ten klasyczny motyw ze sztuczną grawitacją z siły odśrodkowej, są jakieś szalone pomysły na kosmiczne podróże przyszłości uwzględniające zrzucanie powłok paliwa z rakiety, nie zapomina się o ograniczeniu prędkości światła przy komunikacji radiowej. Jeśli chodzi o ludzi, podobało mi się zahaczenie o, potencjalnie powstałe podczas takiej społecznej mikroewolucji, różnice kulturowe. Tutaj wyrażone w innym postrzeganiu relacji romantycznych, wieku ich zawierania, oczekiwań wobec partnera. I nawet nie chodzi mi o to, że te kwestie są tu przedstawione jakoś wyjątkowo proroczo czy sprawnie, bo czuć mocną chłopięcość tego doświadczenia, którą niektórzy nazwaliby narracyjnym patriarchatem. Po prostu już samo liźnięcie tej tematyki wydaje się odkrywcze i pobudzające do autorefleksji.

Tak oto prezentuje się ,,Zagubiona przyszłość’’, pierwszy tom z kosmicznej trylogii panów Borunia i Trepki, której kolejne epizody z pewnością już wkrótce nadrobię. Oto dobrze napisane, wciągające, wielowarstwowe i wielowątkowe retrofuturystyczne przedstawienie, które swoje propagandowe mankamenty rekompensuje olbrzymią dozą kreatywności i polotu. Idealnie dobrany styl nie pozwala osunąć się ani w groteskową i naiwną laurkę, ani w męczące moralizatorstwo. Tabun postaci pobocznych pozwala cieszyć się lekturą z satysfakcją, uśmiechem, ale także pewną refleksją. Zapewne dzisiaj postrzeganie tej historii nie jest już takie jak kiedyś, ale połączenie naszej dotychczasowej wiedzy i doświadczeń z ówczesną rozmarzoną wizją przyszłości umożliwia odnalezienie w niej budującego oraz zdroworozsądkowego przesłania. A jest to dokładnie coś, czego oczekuję od solidnej, uniwersalnej, podatnej na reinterpretację literatury sci-fi, nie tylko od rodzimych autorów.

Pierwszy z trzech tomów trylogii autorstwa Krzysztofa Borunia i Andrzeja Trepki został wydany już w 1954 roku, a więc jeszcze w okresie polskiego stalinizmu. Dlatego zasadne są obawy o irytującą ideowość, technologiczną archaiczność czy powolne prowadzenie fabuły. Na szczęście nie znajdują one odzwierciedlenia w rzeczywistości. Czy może inaczej - znajdują, ale te pozorne...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
17
8

Na półkach:

Ciekawe :)

Ciekawe :)

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
57
43

Na półkach:

Wow. Maj już prawie 50 na karku i dopiero teraz przeczytałem trylogię. Tu do problemu nie podchodzi się po łebkach ,ale rozpracowuje na atomy. Studium człowieka i człowieczeństwa w 3 tomach. Jestem pod wrażeniem, wracam do naszej rodzimej, starej i bardzo dobrej fantastyki na dłużej.

Wow. Maj już prawie 50 na karku i dopiero teraz przeczytałem trylogię. Tu do problemu nie podchodzi się po łebkach ,ale rozpracowuje na atomy. Studium człowieka i człowieczeństwa w 3 tomach. Jestem pod wrażeniem, wracam do naszej rodzimej, starej i bardzo dobrej fantastyki na dłużej.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to