Trudna, bardzo "Witkacowa" forma, ale treść momentami zaskakująco wizjonerska - nadchodzi ze Wschodu Chiński komunizm... Polska pogrążona w dekadencji politycznej. Męczyłem z pół roku, ale przeczytałem, suma sumarum warto było.
Trudna, bardzo "Witkacowa" forma, ale treść momentami zaskakująco wizjonerska - nadchodzi ze Wschodu Chiński komunizm... Polska pogrążona w dekadencji politycznej. Męczyłem z pół roku, ale przeczytałem, suma sumarum warto było.
Wysłuchaliśmy autora, który zmaga się z niezrozumieniem drobnomieszczaństwa i pruje fale banału, dźwigając na barkach brzemię swojej chimery. Wyraża się poprzez grubo nawarstwione trudności apopleksji albo półprzebudzenia z półsnu rozpłatanego przez militarny kataklizm o kosmicznych następstwach, który czuł w kościach, i których śliski, skręcony jak korkociąg język (jedyna zaleta tego dzieła) mimo to nie potrafił jasno i zwięźle wyrazić, a nużąca i nieskończona wyniosłość przeszkadzała w dojściu do jakiejkolwiek puenty. Co ciekawe, w swej przedmowie autor ujawnia antypatię do pisarzy podporządkowujących się stylowi swej epoki, nie daj boże szukających atencji przez uproszczenia, i wygładzanie i dostosowywanie tekstu do szerokiego kręgu czytelniczego oraz do oczekiwań równie ciemnej krytyki, z czym oczywiście się zgadzamy. Delikatność sytuacji polega jednak na tym, że choć chciałby zniszczyć stare formy, brakowało mu talentu, żeby mógł wprowadzić na ich miejsce nowe.
Wysłuchaliśmy autora, który zmaga się z niezrozumieniem drobnomieszczaństwa i pruje fale banału, dźwigając na barkach brzemię swojej chimery. Wyraża się poprzez grubo nawarstwione trudności apopleksji albo półprzebudzenia z półsnu rozpłatanego przez militarny kataklizm o kosmicznych następstwach, który czuł w kościach, i których śliski, skręcony jak korkociąg język (jedyna...
Jiahu Books... uwielbiam ich. Okładka tego wydania nic nie zakłamuje. Ja naprawdę kupiłem książkę o takim tytule. Jestem wielkim fanem tego wydawnictwa. Kocham ich za ich olewatorskie podejście do wykonywanej pracy. Chociaż grzbiet książki podaje już poprawną nazwę, mnie urzeka front: Stanisław Ignacy Witkiewicz "Nienasycnie" - wersja skrócona. W tym skrywa się moje szczęście, bo pełnego wydania już bym chyba nie zdzierżył. To nie była miła przygoda. Od samego początku mozolnie pod górkę.
Sięgając po utwór zaliczany do Kanonu Literatury Polskiej, po pracę wielkiego malarza-artysty, spodziewałem się zgoła innych doznań niż te, króre otrzymałem. Witkacy to niewątpliwie mistrz pędzla. Niestety chyba jeszcze nie dojrzałem do jego poziomu awangardy. Nie dostrzegam tutaj arcydzieła. Raczej buntowniczy protest-song nie przebijający poziomu przeciętności. Podążając za encyklopedią: "Utwór o wyraźnym przesłaniu politycznym lub społecznym, który jest formą manifestu przeciwko autorytetowi, niesprawiedliwości lub konkretnym zjawiskom społecznym.". Idealnie mi to tutaj pasuje. Niestety w moich oczach autor odpłynął w tę stronę nazbyt wyraźnie i zagubił wszelki umiar. Przez całą książkę brnął w to, pomijając jakąkolwiek fabułę.
Bohater staje u progu największych w życiu przemian. Niszczy to wszystko chorą wręcz głębią swoich przemyśleń. Życie samo w sobie okazuje się parszywym źródłem nieskończonego bólu. Jest niewyczerpalną kopalnią rozterek egzystencjalnych, porażek i zawodów. Towarzyszy temu polityczna archeologia całkowicie mijająca się ze współczesną rzeczywistością. Witkacy stworzył zapis swoich socjologiczno-politycznych przewidywań. Chyba chciał coś udowodnić niedowiarkom. Czas brutalnie go zweryfikował. Jednak to sceptycy jego poglądów okazali się mieć słuszność.
Książka jest niczym kino klasy C - tak złe, że aż dobre. To jedyne uzasadnienie tych wszystkich pozytywnych ocen. Dla mnie to nie filozofia, a "filozofowanie". Zwykły bełkot uzależnionego umysłu. Forma terapii i przelewanie swoich frustracji na papier. Słowotok nierozumianego umysłu wyrzucającego z siebie mieszankę geniuszu i szaleństwa. Niedoceniany i wyszydzany przez sobie współczesnych. Pijany nienawiścią do otaczającego go świata. Czy trudny w odbiorze? Dla mnie niesamowicie chaotyczny. Zarazem smutny w swoim wydźwięku.
Często słyszę opinię o tego typu dziełach, że wyprzedzają swoją epokę. Jeśli tak jest w istocie, to "Nienasycenie" wyprzedza też moją. Ja - jak i krytycy sto lat temu - nie dorośliśmy jeszcze do Witkacego. Osobiście nie odbieram tej książki jak arcydzieła. Jednocześnie wcale takim ocenom nie staram się zaprzeczyć. Preferuję klasyczne pióro. Zupełnie nie znam się na awangardzie, a za taką uważam "Nienasycenie". Nie mi zatem oceniać, czy jest w tym utworze esencja prawdziwej sztuki.
Jiahu Books... uwielbiam ich. Okładka tego wydania nic nie zakłamuje. Ja naprawdę kupiłem książkę o takim tytule. Jestem wielkim fanem tego wydawnictwa. Kocham ich za ich olewatorskie podejście do wykonywanej pracy. Chociaż grzbiet książki podaje już poprawną nazwę, mnie urzeka front: Stanisław Ignacy Witkiewicz "Nienasycnie" - wersja skrócona. W tym skrywa się moje...
O Boże jaka nudna książka o niczym i jeszcze napisana tak, żeby musieć czytać po trzy razy zdanie. Dzielo stanowiące pełny onanizm autora nad tym jaki to on nie jest wyjątkowy, kontrowersyjny i jakim nie jest artysta. Zmusiłam się żeby skończyć. Ogólny bełt na samo wspomnienie o niej. Tragedia.
O Boże jaka nudna książka o niczym i jeszcze napisana tak, żeby musieć czytać po trzy razy zdanie. Dzielo stanowiące pełny onanizm autora nad tym jaki to on nie jest wyjątkowy, kontrowersyjny i jakim nie jest artysta. Zmusiłam się żeby skończyć. Ogólny bełt na samo wspomnienie o niej. Tragedia.
Niebywały bełkot. Książka brudna, paskudna i odpychająca, nie tylko formą, ale również treścią. Ale sama forma też powinna być zakazana - przez długie strony nie wiadomo, o czym mowa w tej książce. Na szczęście sam autor to zauważa, pisząc, że "proza dla prozy (...) proza bez treści, okazała się fikcją językowo zdolnych kretynów i grafomanów".
Niebywały bełkot. Książka brudna, paskudna i odpychająca, nie tylko formą, ale również treścią. Ale sama forma też powinna być zakazana - przez długie strony nie wiadomo, o czym mowa w tej książce. Na szczęście sam autor to zauważa, pisząc, że "proza dla prozy (...) proza bez treści, okazała się fikcją językowo zdolnych kretynów i grafomanów".
Nienasycenie jest jak gdyby wyrazem osobowości Witkacego (śledząc jego biografię). Jego oryginalny język, i niezwykle ciekawe przemyślenia tyczące się głównie filozoficznych rozważań, w pewnym stopniu angażują czytelnika. Powieść jest niejednoznaczna podatna na różnorakie interpretacje. Według mnie “Nienasycenie” jest eksperymentem pod względem formy, co może odstraszać. Mimo że sama otoczka pod postacią metafor i niezwykłych skojarzeń autora, jest trudna do przetrawienia, to zawiera niezwykłe bogactwo treści. Także pod maską zawiłości i pozornego chaosu, kryje się głębia znaczeniowa, która stale się poszerza wraz z kolejnym czytelnikiem który może postrzegać konstrukcje zdaniowe w zupełnie nowy sposób co gdyby to “Nienasycenie” odnieść do ciągłego pragnienia wyznaczania nowych znaczeń, jakby sama powieść próbowała się nasycić znaczeniami? Może dlatego Witkacy jest uznawany za wizjonera. Utkwiło mi w pamięci kilka myśli Witkacego. Mania uwalniania psów Zypcia i tłamszenia jego pragnień przez ojca. W moim odczuciu jest jak gdyby podporządkowaniem się ogólnie przyjętym normom i wyrzekanie się własnej indywidualności na rzecz społecznych dogmatów a także wpływ wychowania na rozwój jednostki. Wyrzekanie się siebie skutkuje tym że Zypcio zastępuje uwalnianie psów innym zachowaniem w ocenie autora dewiacyjnym.
W teście natknąłem się na wiele sprzeczności, co w pewnej mierze nosi w sobie ziarno absurdu. Zaimplementowane w nie ze świadomymi intencjami. Ale to tylko moje odczucia.
Nienasycenie jest jak gdyby wyrazem osobowości Witkacego (śledząc jego biografię). Jego oryginalny język, i niezwykle ciekawe przemyślenia tyczące się głównie filozoficznych rozważań, w pewnym stopniu angażują czytelnika. Powieść jest niejednoznaczna podatna na różnorakie interpretacje. Według mnie “Nienasycenie” jest eksperymentem pod względem formy, co może odstraszać....
Autor napisał doniosłe dzieło, w którym dowodzi, że jeśli... w pewien szczególny sposób... ale szybko przestaliśmy go słuchać... Mimo wrzawy i nadmiaru (odznaczając się przy okazji osobliwym ubóstwem wydarzeń) powieść szybko realizuje swoje standardy doskonałości, nużąc czytelnika mdło górnolotnym jazgotem groszowej prawdy i duszną atmosferą tragedii filozofa zgłębiającego formułę absolutu (i wieloma jeszcze zdaniami w apokaliptyczno-apoplektycznym duchu, tak czy owak niczego niewyrażających), przedłużając tę mękę upokarzająco konsekutywnie snutą opowieścią obstawioną (nie wiadomo po co) zasiekami nawiasów zwykłych i kwadratowych oraz filisterską odmianą wydarzeń mających wzbudzać w czytelniku proste podniety — otoczone w tym dziele zabobonem, tak jakby były czymś wyższym od wszystkiego innego i mieściła się w nich już znaczna część dzieła sztuki. Słowna fioritura (puchar pełny perlistego kiczu) nie wystarczy, żeby uratować to dzieło przed modnymi banałami i banałami o nicości, których nie brakuje w banałach wymowy.
Autor napisał doniosłe dzieło, w którym dowodzi, że jeśli... w pewien szczególny sposób... ale szybko przestaliśmy go słuchać... Mimo wrzawy i nadmiaru (odznaczając się przy okazji osobliwym ubóstwem wydarzeń) powieść szybko realizuje swoje standardy doskonałości, nużąc czytelnika mdło górnolotnym jazgotem groszowej prawdy i duszną atmosferą tragedii filozofa zgłębiającego...
Szajba nad szajby. Powieść wybitna, wyprzedzająca czas.
Ja wybierając los mój na kilkanaście wieczorów, parafrazując motto książki i Tadeusza Micińskiego; wybrałem szaleństwo Witkacego i nie zawiodłem się. Można wiele powiedzieć o tle historycznym Nienasycenia ale te wszystkie dziwaczności, nowosłowy są jak sałatka, którą chce się jeść oczami bez końca i to chyba cieszyło w czytaniu najbardziej, choć do najłatwiejszych ten posiłek nie należał.
Inspirująca - "wybebeszająca" wyobraźnię.
Obłędnie "rozdławdziewiczająca" umysł i jakże prorocza powieść.
Szajba nad szajby. Powieść wybitna, wyprzedzająca czas.
Ja wybierając los mój na kilkanaście wieczorów, parafrazując motto książki i Tadeusza Micińskiego; wybrałem szaleństwo Witkacego i nie zawiodłem się. Można wiele powiedzieć o tle historycznym Nienasycenia ale te wszystkie dziwaczności, nowosłowy są jak sałatka, którą chce się jeść oczami bez końca i to chyba cieszyło...
Będąc w połowie lektury tej książki w liceum, postanowiłem na jej podstawie napisać esej na pewien konkurs. Wówczas polonistka (wspaniała!) zapowiedziała mi, “żebym zapomniał, że ona drugi raz w życiu będzie musiała przebrnąć przez tą książkę; raz w życiu na studiach wystarczy”. Książkę na esej wybrałem inną, a tą jednak doczytałem do końca. Teraz doń wracam, chcąc sprawdzić, co też tak mnie w niej zafascynowało, gdy niewiele z niej pewnie rozumiałem? Po lekturze myślę, że sporo z niej przez te lata zapomniałem, a nie ówczesne niezrozumienie było problemem.
Gdyby chcieć opowiedzieć treść powieści, to jest ona dość prosta: oto dostajemy jako młodego jej bohatera Genezypa “Zypka” Kapena, który to - będąc młodzieńcem tuż po maturze - odbywa przyspieszony kurs dojrzewania, przechodząc przez ramiona kilku kobiet (w tym nieco demonicznej Księżnej), staje się dwukrotnym mordercą (w tym zabijając w noc poślubną własną żonę, ale to przecież z przyczyn metafizycznych), trochę eksperymentuje z narkotykami, używkami metafizycznymi wschodnich szarlatanów, staje się adiutantem głównodowodzącego armii i wraz z nim ponosi klęskę (militarną, osobistą i jaką tam kto chce). Kontekst geohistoryczny (czy też podobrazie opowieści) również jest dość proste: oto cała niemal Europa jest bolszewicka, w Rosji bolszewicy rżną się z siłami kontrrewolucyjnymi, a na to wszystko najazd robi żółta fala azjatycka, zalewając powoli Europę i narzucając jej swoją wizję “raju na ziemi”. Teraz ta nawała staje u wrót Polski i my - tym razem jako przedmurze niczego - znów musimy stawić jej bohatersko czoło (nie wychodzi - gdzie jest ta Matka Boska z roku 20-go, o której opowiada abp Depo?!).
Jakże dalece nie o tym jest ta powieść! Jak wiele ma innych głębin. Ilość kontekstów, którymi zajmuje się tu Witkacy jest oszałamiająca: lęki związane z komunizmem (raczej ogólnie totalitaryzmami dwudziestowiecznymi), bolszewizmem, ale i Chinami (już wówczas to przewidywał? serio?), do tego liczne zagadnienia tyczące filozofii, sztuki, kosmologii i nauki w ogóle (zna nawet prace i myśl współczesnego sobie Einsteina). Wszystko to poutykane w poglądy i wypowiedzi poszczególnych licznych bohaterów, ale nie wątpimy, że obracamy się w kosmosie samego autora, a o duszę młodego człowieka walczą siły znacznie rozleglejsze (i liczniejsze) niż tylko zwyczajni dość Settembrini i Naphta…
Galeria postaci iście piekielna: świeżo nawrócony pustelnik chrześcijański Bazyli, żydowski filozof Benz - budujący wielką ostateczną filozofię na jednym niezrozumiałym dla świata aksjomacie i jakichś kabalistycznych “znaczkach”, kompozytor Tengier - piszący spotworniałą muzykę odrzucaną przez słuchaczy i demoniczne płciowo kobiety, z którymi styka się nasz bohater. Witkacy kreśląc te swoje postacie robi to tak, jak i rysuje portrety w swej słynnej zakopiańskiej firmie - warto czytając powieść mieć kilka z nich przed oczyma by móc wyobrazić sobie Benza, Kocmołuchowicza czy Zypka.
Powieść pisana trudnym, hermetycznym, a czasem groteskowo innowacyjnym językiem, wymagająca nieustannego skupienia (i weź tu biegaj jednocześnie po korzeniach w lesie!), a daje mi jednocześnie głęboki oddech od czytanej równolegle “Madame” Libery (tam to się dopiero męczę niemiłosiernie, od grafomanii aż zęby bolą jak od nadmiaru cukru). Mało tego: czasem słuchając wpadam na fragmenty wynotowywane przy dawnym pierwszym czytaniu do “zeszytu cytatów” (taka analogowa ówczesna wersja “cytatów z LC”) i wówczas powtarzam słowo w słowo wraz z lektorem; pamiętam po trzydziestu latach!
To czym nas tu - po latach oczywiście spoglądając na powieść - autor zaskakuje, to wizjonerstwo: toż to całe wzmożenie narodowościowe, ten zachwyt nad wodzem naczelnym Kocmołuchowiczem, który nie wiadomo co jeszcze pokaże, a finalnie okazuje się blagierem i tchórzem, to - wypisz wymaluj - o dziesięć lat przed wydarzeniami przewidziana kampania wrześniowa, sam zaś Kocmołuchowicz prefiguruje niesławnego Rydza-Śmigłego i jego rejteradę z płonącego kraju. Nic, tylko w łeb sobie palnąć!
Będąc w połowie lektury tej książki w liceum, postanowiłem na jej podstawie napisać esej na pewien konkurs. Wówczas polonistka (wspaniała!) zapowiedziała mi, “żebym zapomniał, że ona drugi raz w życiu będzie musiała przebrnąć przez tą książkę; raz w życiu na studiach wystarczy”. Książkę na esej wybrałem inną, a tą jednak doczytałem do końca. Teraz doń wracam, chcąc...
Ojej, ileż przy tej lekturze było zabawy, odkrywania, pławienia się w neologizmach, groteskowych zestawieniach słów, smakowania wyrazów podobnych do nektaru i obracania ich na języku jakby to cukierki , a nie słowa były!
Akcję powieści można by zamknąć na dwudziestu stroniczkach – ot, perypetie młodego człowieka, dorastającego w cieniu despotycznego ojca, poznającego smak pierwszej miłości i doświadczającego wzlotów i klęsk. Ale cała esencja i smaczek kryją się w opisie wewnętrznych przeżyć i rozterek bohaterów powieści, z których każdy ma własne powody do nienasycenia – życiem, miłością, sztuką.
Choćby główny bohater – Genezyp Kapen, zwany też Zypkiem, Zypciem, Zypulką czy nawet Zypuchną, przez kilka chwil spoglądania na kobietę potrafi przelecieć umysłem całą Europę, cofnąć się do najwcześniejszego dzieciństwa, wspomnieć rodziców, rozpamiętać we wspomnieniach zabaw z przyjacielem, poczuć się Królem Świata a za chwilę najnędzniejszym pyłkiem. Swobodnie wędruje myśl Mistrza Stasia, aż czasem zapominamy, że wciąż pijemy tę samą herbatkę u Księżnej albo gawędzimy w przytulnym saloniku.
Ale taki to właśnie urok tej podszytej demonicznym mistycyzmem opowieści. Już sam zestaw imion bohaterów budzi dziki zachwyt i zanurza nas w niezgłębiona opary absurdu – poznaliśmy już Genezypa, dochodzą do niego Putrycydes Tengier, Toldzio, Scampi, Sturfan Abnol.
Oczywiście, zdarza się, że nazwisko mówi co nieco o jego właścicielu – wszak Niehyd Ochluj, albo Kocmołuchowicz jakoś się kojarzą, czyż nie? Gdzieniegdzie przemyka też jakaś banalna Hela albo Michalski – ale ten, na szczęście i dla równowagi – też Bydlę.
A te zdrobnienia i inne słowołamacze – śmieszne i groźne – te „żyćka”, „uwiedzeńka”, „upokorzeńka”, „wrażeńka”, „rozdławdziewiczenia”, „spłyciarzenia”, „rozklempienia”, „rozmemlniki” – ech, i jak tu po tym wrócić do Mroza i jego szlachetnej pustki w doborze słownictwa, hę?
Polityka i sprawy ogólne są w powieści równie ważne jak kokaina i kobiety. Stasiowi ciążą niezmiernie faszyzm, bolszewizm i obawa przed zalaniem świata przez Chińczyków. Mocarstwo Chińskie, poszarpane Powstaniem Bokserów, podbudowane i dumne świeżo utworzoną Republiką, staje się dla świata nie lada wyzwaniem (cóż za proroctwo!). Nie na darmo, na najsłynniejszym polskim weselu pada pytanie „Chińczycy trzymają się mocno?”. O naszych bliższych sąsiadach nawet nie warto wspominać, bo dziś już wiemy, czym dla nas skończyły się ich ustrojowe eksperymenty.
A zatem ma prawo być Witkacy pesymistą i czarnowidzem. Ma prawo widzieć Polskę jako „bufet z zakąskami dla Mongołów przed pożarciem reszty świata”. Polityka jest zagrożeniem, religia – pustką, sztuka – wydmuszką, wymarzona Czysta Forma – mitem. A w tym wszystkim człowiek – metafizyczne bydlę błądzi jak dziecko we mgle. Kobiety i miłość to cel, sens i zarazem zmora człowieka.
Całe sedno demonicznej kobiecości Witkacy zawarł w postaci nieśmiertelnej, wiekowej dość ale obdarzonej niezwykłym urokiem i potęgą Księżnej Ticonderoga, która na swym łonie wypieściła i wypuściła w erotyczny świat już kilka pokoleń dobrze zapowiadających się młodzieńców. Ta podstarzała nimfomanka, zepsuta do szpiku kości Klempawa Szołdra, Luesowa Bestia, erotyczny taran, bogini płciowego piekła, rozsamiczona w sobie starawa dziewczynka, cały czas ubrana w najstraszniejsze kobiece bronie, jest zapewne symbolem nienasycenia miłością cielesną i życiem w ogóle. Wobec takiego kobiecego arsenału żaden samiec nie ma szans. No, ale przecież „ nie ma innego życia jak tylko płciowe” a także „asceza jest dobra ale fornikacja lepsza”…
Niech czytelnika nie zwiedzie atmosfera groteski i jadu. Niech nam się nie wydaje, że nie ma tam nic, oprócz bredzenia pijanego kokainisty. Każde zdanie Witkacego wyrasta z głębokich przemyśleń i przebija z niego masa wiedzy, kawał solidnego klasycznego wykształcenia i pasja filozofa.
Ciężkie, mroczne, przenikliwe i demoniczne spojrzenie Mistrza mówi mi aż nazbyt wyraźnie, że niełatwo było Mu sprostać na jakimkolwiek polu – czy to w dyskusji, sztuce, nurzaniu się w alkoholach, oczytaniu, filozofowaniu, czy też … fornikacji. Ale próbować warto (?).
Ojej, ileż przy tej lekturze było zabawy, odkrywania, pławienia się w neologizmach, groteskowych zestawieniach słów, smakowania wyrazów podobnych do nektaru i obracania ich na języku jakby to cukierki , a nie słowa były!
Akcję powieści można by zamknąć na dwudziestu stroniczkach – ot, perypetie młodego człowieka, dorastającego w cieniu despotycznego ojca, poznającego smak...
Genialna książka próbująca uchwycić efemeryczne myśli i stany burzliwego szukającego spełnienia pragnienia. Przy okazji Witkacy kreatywnie podchodzi do oceny Polski i Polaków, pod przykrywką stereotypowych bohaterów mówi o całych kategoriach ówczesnego społeczeństwa. Zabieram się za kolejne dzieła Witkacego.
Genialna książka próbująca uchwycić efemeryczne myśli i stany burzliwego szukającego spełnienia pragnienia. Przy okazji Witkacy kreatywnie podchodzi do oceny Polski i Polaków, pod przykrywką stereotypowych bohaterów mówi o całych kategoriach ówczesnego społeczeństwa. Zabieram się za kolejne dzieła Witkacego.
Niemożliwie rozwleczone, rozmyślne zawikłania zdań na rzecz wrażeń i emocji, ślęczysz nad każdą stroną, żeby zrozumieć… a jednak chce się to czytać, ciągnie do tego niesamowitego języka… bosz…. ta zabawa językiem! Te wszystkie uuroczania, uponurzania, niezrozumialstwo, zaczekiwanie się. A to jedna z bohaterek “zatuliła się” albo “mogła się samić i rozsamiać do woli” a to Zypcio w oczach księżnej “niepojęciał i jedyniał”. Miód na oczy. Witkacy napomyka też lekko o “babiarchacie”, dziecko jako centrum wszechświata – w dzisiejszych czasach to taka mała plaga ;).
Dostajemy też masę wulgarności, wcale nie subtelnej momentami, bo Witkacy potrafi określić księżną jako “kubeł na spermę”, ale ta wulgarność jest celowa, bez jaskrawej erotyki przedstawionej na równi z politykowaniem na salonach nie byłoby tego wytworu, nie miałby czym zmiażdżyć nas Witkacy, jako i Genezyp próbuje zmiażdżyć tę “bandę niedorosłych mu do pępka psychicznych pokrak, zaprzałych w gnuśnej pseudonormalności, spłyconych do poziomu intelektualnej kałuży czy gnojowego bajora (...)”. Bo o ile ogólna polityczna fabuła jest do ogarnięcia (wielki wódz Kocmołuchowicz, tajemniczy, pożądany, podziwiany; najazd chińskich komunistów, których celem jest stworzenie nowej biało-żółtej rasy; państwo pogrążone przez marazm, “bo jesteśmy rasą kompromisiarzy we wszystkim”), o tyle konia z rzędem temu, kto dogłębnie potrafi zanalizować polityczne dyskusje pomiędzy bohaterami, ale umówmy się, nie trzeba tu wszystkiego totalnie zrozumieć, najważniejsze są próby. I szukanie, drążenie i dążenie, szarpanie się. Bo nienasycenie to esencja życia.
Niemożliwie rozwleczone, rozmyślne zawikłania zdań na rzecz wrażeń i emocji, ślęczysz nad każdą stroną, żeby zrozumieć… a jednak chce się to czytać, ciągnie do tego niesamowitego języka… bosz…. ta zabawa językiem! Te wszystkie uuroczania, uponurzania, niezrozumialstwo, zaczekiwanie się. A to jedna z bohaterek “zatuliła się” albo “mogła się samić i rozsamiać do woli” a to...
Rzecz niesamowita, ryjąca beret w sposób skandaliczny. Raz przez przedstawienie diabolicznych wręcz obsesji seksualnych głównego bohatera, dwa z powodu wizjonerskiej politycznej utopii coraz realniej sto lat później u europejskich wrót stającej. Książka wymagająca sporego skupienia , lecz zdecydowanie warta lektury.
Rzecz niesamowita, ryjąca beret w sposób skandaliczny. Raz przez przedstawienie diabolicznych wręcz obsesji seksualnych głównego bohatera, dwa z powodu wizjonerskiej politycznej utopii coraz realniej sto lat później u europejskich wrót stającej. Książka wymagająca sporego skupienia , lecz zdecydowanie warta lektury.
Książka Stanisława Ignacego Witkiewicza ,,Nienasycenie ‘’ to jedno wielkie szaleństwo, ale trzeba przez nie przebrnąć niczym przez bagno. Na samym jej końcu jest suchy ląd…..( czyżby ? ).
W życiu czasem tak bywa iż nieśmiały i wstydliwy chłopak spotyka na swojej drodze wiedźmę. Która czci seks, wolność, zemstę i pieniądz. Nie na próżno nazwałem taką kobietę miedzianowłosą wiedźmą, czarownicą, bo to prawda. Niemożliwe ? A jednak. Pociąg seksualny jest tak mocny, intensywny, że nic innego się wtedy nie liczy, nic, absolutnie nic. Liczy się tylko zaspokojenie swoich żądzy. Liczy się tylko spełnienie, liczy się tylko wyładowanie erotyczne. Spalam się dla Ciebie, spalam się przy Tobie, spalam się w Tobie. Kto wie czy ja nie jestem trygonem powietrza, a Ty trygonem ognia. Wystarczy tylko iskra, Twoja iskra i mój podmuch i podpalimy ten stary świat. Miłość gwałtowna, miłość pełna wybuchów….bez skrępowania, bez wstydu….totalna fascynacja, momentalne zauroczenie. Jestem powietrzem wymianą, jestem czymś ciągle nowym, a jednocześnie tym samym. Ty mnie czegoś uczysz, a czegoś nowego uczę Ciebie. Kiedy jesteśmy razem każde z nas jest o coś bogatsze , pod różnorakim względem niż byśmy byli oddzielnie. Razem łączymy się. Potrzebujemy siebie nawzajem. Ogień i powietrze ktoś krzyknie NIE ! Nic z tego dobrego wyjść nie może, a jednak……wyjdzie !
Dużo w tym wszystkim seksu takiego chaotycznego, dużo także marzeń, niespełnionych ambicji, pragnień innego typu. ,, Ale wielka miłość tylko niespełniona, nieskonsumowana pozostaje najpiękniejszą ‘’ i tutaj Cię mamy ! Mamy CIĘ ! Miało wyjść zupełnie inaczej, miała być Eliza którą pokochałem, miała być całkiem inna ścieżka życia, inaczej to sobie wszystko wyobrażałem, a wyszło jak w życiu inaczej, nie tak . Tutaj czysta miłość, tam wyuzdany seks który nas spala jednocześnie. Ja i Księżna, nie księżniczka, ale zwykła ladacznica , ale no właśnie. Oboje nie wiedzą sensu w tym związku, ale nie mogą od siebie się uwolnić, bo ilekroć siebie widzą nawet jeżeli na początku jest pogarda, nienawiść i złość, to wszystko to ustępuje – liczy się namiętność niewypowiedziana, metafizyczna, transcendentna przekracza wszelkie granice, nie da się tego ani określić, ani opisać, ani tym bardziej uporządkować, zaszufladkować. Oboje pójdą za głosem narządów płciowych za sobą na koniec świata. Przekleństwo czy szczęście ? A może jedno i …..drugie……. tak inaczej tego stanu nie da się określić.
Zbrodnia i kara. Sam się ukarałeś definitywnie za szereg różnorakich zbrodni przeciwko innym, a jednocześnie samemu sobie. Nie ma prawdziwej miłości, zabiłeś ją, pożądanie nawet te najsilniejsze w końcu kiedyś się wypali do cna, doszczętnie, definitywnie, absolutnie . ( lubię tą zabawę językiem polskim, zabawę słowami jaką urządza Witkiewicz w tej książce, bardzo mi to się podobało i bardzom rad z tego powodu. Prawdziwa literacka uczta, słowna ambrozja )
Piękna i jednocześnie przerażająca książka. Potrafią męczyć po niej koszmary……to nawiedzają człowieka jego własne demony, przeszłość nigdy nie da o sobie zapomnieć. Może nam się tylko tak wydawać.
Zostałem porwany obłędem, już po pierwszych stronach kiedy świeci jasne słońce, cała jasność znika chowa za chmurami, słońce chowa się niczym ze wstydu, ze strachu ? Jest mrok. Czasem idąc przez wielki , ciemny las, drzewa pochylone w szubieniczny łuk, wyciągają ku tobie upiorne ramiona, chcą cię pochwycić .Biegnij, szybciej biegnij ! Masz jeszcze szansę. Czasem poprzez mrok przebijają się promienie……światłość nie zrezygnowała z ciebie. Wewnątrz twojego ja wybucha co rusz wojna. Walczysz z samym sobą , to jedna z najtrudniejszych wojen. Walka z samym sobą. Trudny przeciwnik, bo znacz jego mocne i słabe strony, znasz jego wyżyny i doliny, jesteś w stanie pokonać samego siebie ? Kto w tobie zwycięży. Jasność czy mrok. Mrok, ciemność to nic innego jak brak światła. Porwany obłędem, masz jeszcze szansę wyrwać się z tego i osiągnąć zupełnie inny stan, być zupełnie kimś innym i mieć inne życie. Wybór należy do Ciebie.
Nasz główny bohater dał się porwać obłędem i trwał i trwał w nim…..aż po życia kres…..chociaż w sumie co to za życie, już był martwym za życia….zostało się jeno opakowanie, w środku zionęło przeraźliwą pustką…….
Masz jeszcze serce ? ‘’Żyję - nie żyjąc już w sobie, na życie
aniołów spozieram, a w mroku, w rozpaczy
umieram. ‘’
Można co noc umierać i co dzień odradzać się na nowo. Zmartwychwstanie. Księżyc króluje na niebie pora umierać…..pora zasnąć…….już świt budź się słońce zaczyna panować na nieboskłonie …..pora na nowo żyć. Słyszysz ! Wstań i idź.
Majstersztyk ! O książce ,,Nienasycenie ‘’ Stanisława Ignacego Witkiewicza mógłbym pisać jeszcze długo……ponieważ w jakimś stopniu każdy z nas może tam odnaleźć samego siebie, swoje drugie ,, ja ‘’ te gorsze, ale także te lepsze……….. Piękny koszmar.
Książka Stanisława Ignacego Witkiewicza ,,Nienasycenie ‘’ to jedno wielkie szaleństwo, ale trzeba przez nie przebrnąć niczym przez bagno. Na samym jej końcu jest suchy ląd…..( czyżby ? ).
W życiu czasem tak bywa iż nieśmiały i wstydliwy chłopak spotyka na swojej drodze wiedźmę. Która czci seks, wolność, zemstę i pieniądz. Nie na próżno nazwałem taką kobietę...
W lewym narożniku: niedościgniony styl, narkotyczna atmosfera i niejednoznaczne rozważania największych Tajemnic. W prawym narożniku: fabułka, która zdaje się być jedynie pretekstem do kolejnych symbolicznych niesamowitości
W lewym narożniku: niedościgniony styl, narkotyczna atmosfera i niejednoznaczne rozważania największych Tajemnic. W prawym narożniku: fabułka, która zdaje się być jedynie pretekstem do kolejnych symbolicznych niesamowitości
Książka trudna. Niemożliwa do przeczytania ciągiem. Niesamowity styl. Niesamowita forma. Pisze się, że to antyutopia. Na pewno nie charakteryzowałbym jej przez ten pryzmat. Warto się z nią zmierzyć.
Książka trudna. Niemożliwa do przeczytania ciągiem. Niesamowity styl. Niesamowita forma. Pisze się, że to antyutopia. Na pewno nie charakteryzowałbym jej przez ten pryzmat. Warto się z nią zmierzyć.
Kiedy metafizyka staje się mięsem mielonym i na sznycla gniecionym, a raczej gniecionem. Ha, a bebechy wzlatują do gwiazd i zawracają wprost do kiszek i formują się w kupę uderzającą o dno dziewiątego piekielnego kręgu, wiedz, że to Witkacy w czytej formie, w niejednej postaci ;P
Kiedy metafizyka staje się mięsem mielonym i na sznycla gniecionym, a raczej gniecionem. Ha, a bebechy wzlatują do gwiazd i zawracają wprost do kiszek i formują się w kupę uderzającą o dno dziewiątego piekielnego kręgu, wiedz, że to Witkacy w czytej formie, w niejednej postaci ;P
Daję dziesięć gwiazdek za to, że udało się tej powieści coś, o co żadnej powieści bym nie podejrzewał - pokonać mnie.
Z negatywnych aspektów muszę wspomnieć, że mimo iż sytuacja polityczna w świecie ukazanym przez Witkiewicza jest dosyć jasna, a w pewnym stopniu wręcz prawdopodobna, to potencjał, który zawiera w sobie, przygnieciony jest przez pamiętnikarską wręcz intymność przeżyć głównego bohatera, skupioną wokół stawania się mężczyzną. Bardzo dużo tu egzystencjalizmu w tym uwielbianym przeze mnie witkiewiczowskim stylu. Pewne spostrzeżenia na temat natury ludzkiej, tej obrzydliwości, do której sprowadza się życie i przetrwanie gatunku, są bardzo dosadne, ale słuszne.
W połowie książki, gdy zaczęła się druga część, a fabuła dalej skupiała się na uczuciach głównego bohatera i filozofowaniu jego oraz pobocznych postaci, miałem dosyć, wszystko wydało mi się jednym wielkim intelektualnym kombajnem jadącym nie wiadomo dokąd i po co, mielącym po drodze ludność cywilną nieprzygotowaną na potęgę tego prozatorskiego sztormu.
Straszne.
Dopiero zakończenie przyniosło wytchnienie. Jest ono równie zaskakujące jak sam fakt, że coś w końcu zaczęło się dziać. Coś innego niż opisy emocji, uczuć, przemyśleń i przeżyć.
Daję dziesięć gwiazdek za to, że udało się tej powieści coś, o co żadnej powieści bym nie podejrzewał - pokonać mnie.
Z negatywnych aspektów muszę wspomnieć, że mimo iż sytuacja polityczna w świecie ukazanym przez Witkiewicza jest dosyć jasna, a w pewnym stopniu wręcz prawdopodobna, to potencjał, który zawiera w sobie, przygnieciony jest przez pamiętnikarską wręcz...
"Ja lubię literaturę, bo tam jest więcej życia niż w moim własnym. Jest ono tam w niemożliwej do osiągnięcia realnie kondensacji" - czy jakoś tak, bo pod wrażeniem cytuję z głowy...
Jest obecnie ZA DARMO na wolnychlekturach, więc nie ma wymówek - w różnych formatach, od Kindlowego po pdf.
Na zachętę blurb, można pominąć, dla ułatwienia jest w akapicie:
"Młody chłopiec, syn srogiego barona-browarnika, wraca po maturze do rodzinnego dworu. Wydarzenia rozgrywają się bardzo szybko.
W ciągu jednej nocy śmierć ojca i podwójna inicjacja seksualna oraz szereg dziwacznych znajomości, które zniechęcają naszego bohatera do sztuki, filozofii i religii, potem nacjonalizacja rodzinnego majątku, cios ze strony kochanki (rozbuchanej, starzejącej się femme fatale) i „upadek” matki w ramiona dziarskiego przedstawiciela „ludu”.
Barwnym tłem tego dramatu jest wyuzdana political fiction: pogrążona w chaosie Polska, otoczona republikami bolszewickimi, w Rosji zwyciężyli biali, by zaraz ulec potędze bezdusznych Chińczyków. W atmosferze przygniatającej schyłkowości (upadek w różnych formach i kierunkach dotyczy wszystkich i wszystkiego), w ogólnym dojmującym nienasyceniu, wpływy zdobywa demoniczny, nieodgadniony Mąż Opatrznościowy — krzywonogi Generał-Kwatermistrz Kocmołuchowicz.
Autor skupia się na dogłębnych opisach chwilowych stanów emocjonalnych, drgnień duszy. Analizuje zwłaszcza wszelkie wstydliwe i budzące wstręt aspekty relacji międzyludzkich, błyskotliwie zaklinając w materię swoistego, groteskowego języka świeże wówczas idee freudowskie (np. papidło — figura zmarłego, ale wciąż wszechwładnego ojca)."
Jestem zaprawionym w bojach czytelnikiem i stosunkowo [!] zaprawioną w bojach czytelniczką stricte Witkacego, jednak "Nienasycenie" męczy mnie - w przyjemny sposób - nieporównywalnie bardziej od "Pożegnania jesieni" (właściwszego dla osoby chcącej zacząć, zwłaszcza teraz) na tyle dobrze, że będąc już na finiszu, całym serduszkiem polecam. Tematy jakby mniej metafizyczne (czy aby na pewno?) i skupione na "płciowości", widać rozwijanie się warsztatu pisarskiego i kompletnie inne podejście do powieści - bo wtedy powieść musiała 'służyć' kompletnie jakiejś idei, mówię o polskich pisarzach przed wkroczeniem AC - od ogółu, ze względu na co i na język warto nie pomijać przedmowy, dość krótkiej w przytoczonym niżej wydaniu.
A jak będę piękna i bogata, to skompletuję wszystkie Dzieła Zebrane SIWa z tego wydawnictwa. Okładki połączone z wzorem podpisu są idealne.
Samo "Nienasycenie" ma zaś duże szanse na moje osobiste TOP2 Witkiewicza dlatego, że potrafi pisać o czymś wulgarnym w tak subtelny sposób i jednocześnie o rzeczach subtelnych w tak wulgarny, jak nikt. Widać, że temat nie tylko Thanatosa, ale i Erosa był dla autora wówczas ważny, choć nie należy popełniać tu błędu wielu krytyków i utożsamiać jego doświadczenia z narratorskimi. Temat wbił mi się idealnie [no pun intended!], bo i właśnie "płciowość" życia oraz jej zaskakująca zwierzęcość łamana przez rozmaite, mniej lub bardziej akceptowalne w społeczeństwie misteria i sposoby hołdowania przyjemnościom ostatnio zaprzątają mi ciało aż do głowy, od stóp począwszy.
"Ja lubię literaturę, bo tam jest więcej życia niż w moim własnym. Jest ono tam w niemożliwej do osiągnięcia realnie kondensacji" - czy jakoś tak, bo pod wrażeniem cytuję z głowy...
Jest obecnie ZA DARMO na wolnychlekturach, więc nie ma wymówek - w różnych formatach, od Kindlowego po pdf.
Na zachętę blurb, można pominąć, dla ułatwienia jest w akapicie:
Dosyć sztywną mam szyję
I dlatego wciąż żyję
Że polityka dla mnie to w krysztale pomyje
Umysł mam twardy jak łokcie
Więc mnie za to nie kopcie
Że rewolucja dla mnie to czerwone paznokcie
- Jacek Kaczmarski
„Nienasycenie” to powieść, o której istnieniu trudno jest nie wiedzieć, nawet jeśli nie miało się jej nigdy w rękach ani nawet nie czytało. I to abstrahując od głośnej swego czasu adaptacji z 2003 roku. Witkiewicz, czy jak wolicie Witkacy, to postać głośna, legendarna już i jednocześnie owiana tajemnicą. Teorii spiskowych na temat jego życia i śmierci nie brakowało i nie brakuje. Autor lubił szokować, prowokować i podsycać aurę tajemniczości, i narzekać przy okazji, że jego dzieła nie są traktowane z należytą powagą. Jednakże „Nienasycenie”, można rzec, spotkało się z należycie poważnym potraktowaniem: uznane za najlepsze z jego literackich dzieł, stanowiące ostatnią powieść w jego życiu, zyskało niemałą sławę nie tylko w Polsce. A teraz znów możecie je przeczytać dzięki wydawnictwu MG, które właśnie je wznowiło i jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, sięgnijcie i przekonajcie się, co Witkacy miał do zaoferowania w swoim tworze. Bo nawet jeśli nie jest to rzecz dla wszystkich, ze względu na kontrowersje w niej zawarte, warto skonfrontować ją ze swoją wrażliwością i sprawdzić na własnej skórze, co się w nim kryje.
Młody mężczyzna Genezyp Kapen stoi u progu dojrzałości tak, jak jego kraj stoi u progu inwazji. On, z pomocą ojca, zostaje adiutantem u kwatermistrza Kocmołuchowicza, kraj zaś obawia się najazdu chińskim komunistów, którzy podbijają Rosję i kontynuują swój zwycięski marsz, kierując swe kroki do innych państw. Kocmołuchowicz natomiast stara się odeprzeć wrogów, ale jak pokonać bezmyślne automaty? I jak samemu nie stać się jednym z nich? Ale, jak przekonuje się Genezyp, nie tylko odbierająca zdolność myślenia chińska pigułka może być zagrożeniem dla umysłu…
Całość recenzji na moim blogu: https://ksiazkarniablog.blogspot.com/2019/10/nienasycenie-stanisaw-ignacy-witkiewicz.html
CHRONIĆ UMYSŁ ZA WSZELKĄ CENĘ
Dosyć sztywną mam szyję
I dlatego wciąż żyję
Że polityka dla mnie to w krysztale pomyje
Umysł mam twardy jak łokcie
Więc mnie za to nie kopcie
Że rewolucja dla mnie to czerwone paznokcie
- Jacek Kaczmarski
„Nienasycenie” to powieść, o której istnieniu trudno jest nie wiedzieć, nawet jeśli nie miało się jej nigdy w rękach ani nawet nie...
Po raz pierwszy po przeczytaniu jakiejś książki sam nie wiem co o niej myślę.
Jedna rzecz, którą wiem na pewno: to jest długa książka (mimo, że wcale nie ma wielu stron). Dłuży się bardzo czytanie o rozkładanych na kawałki, analizowanych i syntetyzowanych pierwszych przeżyciach erotycznych Zypcia i nie tylko jego. Niewątpliwie w wielu momentach Witkacy po prostu stroi sobie żarty, czyni to jednak w taki sposób, że miesza je z naprawdę realistycznymi problemami i nie dawałem rady oddzielić tego co jest na poważnie i tego co jest dla jaj. A może nie było takiej granicy? Może tak to właśnie jest w życiu? Jak sobie przypomnę swoją młodość... Dlatego nie bardzo wiem co myślę.
Jest tu też warstwa futurystyczna, przedstawiająca wizję przyszłości Polski i Świata. Oczywiście nie spełniła się dokładnie tak jak autor to opisał, ale zastanawiająco wiele rzeczy w swojej istocie miało mieć bardzo podobny charakter. Witkacy kpi sobie z Polskich przyszłych (?!) przywódców tak dobrze, że kilkukrotnie musiałem się upewniać o tym, że książka została napisana w 1927 roku a nie pod koniec 1938 roku. Wizja Polski jako mocarstwa prowadzonego przez tajemniczego wodza i w której "nikt dosłownie nie pojmuje na czym polega jej [Polski] dobrobyt" to przecież świetny opis samopoczucia Polaków na przełomie lat 1938 i 1939. Nie mówiąc już o "Syndykacie Zbawienia Narodowego", który w 1937 roku nazwano, dla niepoznaki, "Obozem Zjednoczenia Narodowego". A zdanie "wszystko działo się pozornie — to było istotą epoki" to jest najkrótsza definicja końcówki II RP.
I jest tu wiele pięknych smaczków językowych, z których moim ulubionym jest zdanie "Polska za cenę straszliwych pozornych wysiłków paru ludzi zachowała neutralność". :-)
Jednak nie wiem co myślę i jeśli w życiu nie zabraknie mi czasu to wrócę do niej, może mi się coś wyjaśni.
[Audiobook, czyta Michał Breitenwald]
Po raz pierwszy po przeczytaniu jakiejś książki sam nie wiem co o niej myślę.
Jedna rzecz, którą wiem na pewno: to jest długa książka (mimo, że wcale nie ma wielu stron). Dłuży się bardzo czytanie o rozkładanych na kawałki, analizowanych i syntetyzowanych pierwszych przeżyciach erotycznych Zypcia i nie tylko jego. Niewątpliwie w wielu momentach Witkacy po prostu stroi...
Mówimy o Huxleyu i Orwellu. W Polsce żył jednak człowiek, który przed nimi pisał o nadciągającej katastrofie. Dla niego inspiracją mógł być Zamiatin i jego „My”. Czesław Miłosz w Radiu Wolna Europa przyznawał, iż Witkacy miał niezwykłą intuicję w kwestii totalitaryzmów. Był w końcu naocznym świadkiem bolszewickiej rewolucji październikowej…
Wierzył, że istotę człowieczeństwa stanowi potrzeba metafizyki. Sztuka, religia, filozofia. Obawiał się nadchodzącej fali zbydlęcenia, unifikacji i „mechanizacji kultury”. W powieści zmiata nas fala komunistycznej armii Chin, chcąca stworzyć nową rasę biało-żółtą. Powodzeniem kończy się podbój Rosji, Polska nieudolnie opiera się wrogiej nawale. Następny będzie Zachód. „Ratunkiem” przed zbędnym indywidualizmem, frustracją oporu i samodzielną myślą jest nowa, usypiająca rozum religia Malaja Murti-Binga oraz wyzwalające pigułki zażywane przez jej wyznawców. „Jedyny narkotyk, który was wybawi od was samych.”
O zjawisku niebezpiecznej emancypacji mas pisał José Ortega y Gasset. Wprowadził też pojęcie „sabio ignorante”, czyli tzw. „uczonego idioty”, który wykształcony w swej wąskiej specjalizacji odczuwa niepohamowaną pychę i uważa się za wyrocznię w kwestiach wszelakich. Waldemar Łysiak ujął tę postawę w „Wyspach bezludnych” słowami: „branżowe wykształcenie plus umiejętność trzymania widelca jest całą jego kulturą”. Chińczycy u Witkacego to właśnie takie miałkie „społeczeństwo-mrowisko”. Wiedział, że syty tłum stopniowo zacznie pogardzać wzniosłymi wartościami, a pigułka Murti-Binga stanie się remedium na ziemskie bolączki i zamieni nas w radosnych idiotów.
Staś chciał walczyć o człowieczeństwo. Nikt jednak nie chciał przyjąć do służby ponad 50-letniego, schorowanego człowieka. Po drodze na Wschód nie zmarnował żadnej okazji i wytrwale zgłaszał się ochotniczo na front. Bez skutku. Gdy we wrześniu 1939 dowiedział się o zbrojnej napaści ZSRR na Polskę był już na Polesiu we wsi Jeziory, która stała się jego przystankiem ostatecznym…
Mówimy o Huxleyu i Orwellu. W Polsce żył jednak człowiek, który przed nimi pisał o nadciągającej katastrofie. Dla niego inspiracją mógł być Zamiatin i jego „My”. Czesław Miłosz w Radiu Wolna Europa przyznawał, iż Witkacy miał niezwykłą intuicję w kwestii totalitaryzmów. Był w końcu naocznym świadkiem bolszewickiej rewolucji październikowej…
Wierzył, że istotę...
Żeby nie było, że nie próbowałem.
Bo próbowałem.
Z miną poważną w fotelu zasiadałem, okulary leciutko na nos zsuwając, nogę na nogę założywszy, doniosłe czytanie zaczynałem. Zaczynałem...i zacząć nie potrafiłem. Wierciłem się, tu i ówdzie drapałem, myśli rozbiegane do pionu przywołując, a i tak co chwilkę, któraś z nich zza węgła na mnie spoglądała. I ani jej w głowie było, spokojnie ze mną na fotelu usiąść. Tylko głupie miny robiły i chichocząc palcami mnie pokazywały. Tego pragmatycznego, racjonalnego, dystyngowanego wręcz, książek miłośnika. I skrystalizować się nie pozwoliły. Normalnie w Święta, jaja sobie ze mnie robiły. Dlaczego ?
Gdyż treść o Nieznośnej Ciężkości Bytu traktuje.
O zmysłów postradaniu i upośledzeniu mentalnym duma.
Rzeczywistość wymyśloną i onanizm metafizyczny penetruje.
W końcu sens istnienia odnaleźć próbuje.
Czy da się coś takiego na trzeźwo wymacać ?
Do barku podszedłem i odpowiedź znalazłem.
Jak na komendę, myśli niesforne, ochoczo ze wszystkich kątów wyłazić poczęły, a nawet zrozumienia szukać, łasząc się i przytulając jak dachowiec miłości pragnący. Chwilę później krawat rozluźniłem. A oczy na przemian maślane i straszne, rzecz o życia przeżyciu kosztować jęły. Syciły wyrazu gamą, na tonacje nie bacząc. Człowiek o imionach dwóch, tudzież takiej samej liczby nazwisk, na przemian prowokował i tłumił, straszył i zachęcał, przygnębiał i krzepił.
Ale czy nasycił ?
I tak jak ja, do pustego barku spoglądał na koniec?
Żeby nie było, że nie próbowałem.
Bo próbowałem.
Z miną poważną w fotelu zasiadałem, okulary leciutko na nos zsuwając, nogę na nogę założywszy, doniosłe czytanie zaczynałem. Zaczynałem...i zacząć nie potrafiłem. Wierciłem się, tu i ówdzie drapałem, myśli rozbiegane do pionu przywołując, a i tak co chwilkę, któraś z nich zza węgła na mnie spoglądała. I ani jej w głowie było,...
Na razie tylko napiszę krótko: znakomita. Trudna i wymagająca, ale bardzo fascynująca książka. Witkacy mnie urzekł bezwzględnie swoją otwartością, wizjonerstwem, nieustepliwością w szukaniu uniwersalnych, bolesnych, obnażających prawd o człowieku, jego instynktach i społeczeństwie i jego mechanizmach.
Pochłonęła mnie zarówno zabawa językiem i forma groteski, wyolbrzymiająca postrzeganie,jak i ciągłe zderzanie się romantycznych pragnień z naturalistycznymi fascynacjami erotycznymi, brudnymi, wyuzdanymi, perwersyjnymi a jednocześnie pociągającymi. Jest pełen pasji życia, wciąż rozchwiany i rozdarty między szukaniem ideałów, dążeniem do tego, co niedoścignione, a dostrzeganiem drobnych i pieknych rzeczy, które wprawiają w pasję i namiętność.
Czytałam długo, bo w tu trzeba skupienia, czasem zatrzymania, nieustannych konfrontacji z własną świadomością, ze światem, który nas otacza i tym, co dostrzegał w nim Witkacy...
Na razie tylko napiszę krótko: znakomita. Trudna i wymagająca, ale bardzo fascynująca książka. Witkacy mnie urzekł bezwzględnie swoją otwartością, wizjonerstwem, nieustepliwością w szukaniu uniwersalnych, bolesnych, obnażających prawd o człowieku, jego instynktach i społeczeństwie i jego mechanizmach.
Pochłonęła mnie zarówno zabawa językiem i forma groteski,...
Trudna, bardzo "Witkacowa" forma, ale treść momentami zaskakująco wizjonerska - nadchodzi ze Wschodu Chiński komunizm... Polska pogrążona w dekadencji politycznej. Męczyłem z pół roku, ale przeczytałem, suma sumarum warto było.
Trudna, bardzo "Witkacowa" forma, ale treść momentami zaskakująco wizjonerska - nadchodzi ze Wschodu Chiński komunizm... Polska pogrążona w dekadencji politycznej. Męczyłem z pół roku, ale przeczytałem, suma sumarum warto było.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWysłuchaliśmy autora, który zmaga się z niezrozumieniem drobnomieszczaństwa i pruje fale banału, dźwigając na barkach brzemię swojej chimery. Wyraża się poprzez grubo nawarstwione trudności apopleksji albo półprzebudzenia z półsnu rozpłatanego przez militarny kataklizm o kosmicznych następstwach, który czuł w kościach, i których śliski, skręcony jak korkociąg język (jedyna zaleta tego dzieła) mimo to nie potrafił jasno i zwięźle wyrazić, a nużąca i nieskończona wyniosłość przeszkadzała w dojściu do jakiejkolwiek puenty. Co ciekawe, w swej przedmowie autor ujawnia antypatię do pisarzy podporządkowujących się stylowi swej epoki, nie daj boże szukających atencji przez uproszczenia, i wygładzanie i dostosowywanie tekstu do szerokiego kręgu czytelniczego oraz do oczekiwań równie ciemnej krytyki, z czym oczywiście się zgadzamy. Delikatność sytuacji polega jednak na tym, że choć chciałby zniszczyć stare formy, brakowało mu talentu, żeby mógł wprowadzić na ich miejsce nowe.
Wysłuchaliśmy autora, który zmaga się z niezrozumieniem drobnomieszczaństwa i pruje fale banału, dźwigając na barkach brzemię swojej chimery. Wyraża się poprzez grubo nawarstwione trudności apopleksji albo półprzebudzenia z półsnu rozpłatanego przez militarny kataklizm o kosmicznych następstwach, który czuł w kościach, i których śliski, skręcony jak korkociąg język (jedyna...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJiahu Books... uwielbiam ich. Okładka tego wydania nic nie zakłamuje. Ja naprawdę kupiłem książkę o takim tytule. Jestem wielkim fanem tego wydawnictwa. Kocham ich za ich olewatorskie podejście do wykonywanej pracy. Chociaż grzbiet książki podaje już poprawną nazwę, mnie urzeka front: Stanisław Ignacy Witkiewicz "Nienasycnie" - wersja skrócona. W tym skrywa się moje szczęście, bo pełnego wydania już bym chyba nie zdzierżył. To nie była miła przygoda. Od samego początku mozolnie pod górkę.
Sięgając po utwór zaliczany do Kanonu Literatury Polskiej, po pracę wielkiego malarza-artysty, spodziewałem się zgoła innych doznań niż te, króre otrzymałem. Witkacy to niewątpliwie mistrz pędzla. Niestety chyba jeszcze nie dojrzałem do jego poziomu awangardy. Nie dostrzegam tutaj arcydzieła. Raczej buntowniczy protest-song nie przebijający poziomu przeciętności. Podążając za encyklopedią: "Utwór o wyraźnym przesłaniu politycznym lub społecznym, który jest formą manifestu przeciwko autorytetowi, niesprawiedliwości lub konkretnym zjawiskom społecznym.". Idealnie mi to tutaj pasuje. Niestety w moich oczach autor odpłynął w tę stronę nazbyt wyraźnie i zagubił wszelki umiar. Przez całą książkę brnął w to, pomijając jakąkolwiek fabułę.
Bohater staje u progu największych w życiu przemian. Niszczy to wszystko chorą wręcz głębią swoich przemyśleń. Życie samo w sobie okazuje się parszywym źródłem nieskończonego bólu. Jest niewyczerpalną kopalnią rozterek egzystencjalnych, porażek i zawodów. Towarzyszy temu polityczna archeologia całkowicie mijająca się ze współczesną rzeczywistością. Witkacy stworzył zapis swoich socjologiczno-politycznych przewidywań. Chyba chciał coś udowodnić niedowiarkom. Czas brutalnie go zweryfikował. Jednak to sceptycy jego poglądów okazali się mieć słuszność.
Książka jest niczym kino klasy C - tak złe, że aż dobre. To jedyne uzasadnienie tych wszystkich pozytywnych ocen. Dla mnie to nie filozofia, a "filozofowanie". Zwykły bełkot uzależnionego umysłu. Forma terapii i przelewanie swoich frustracji na papier. Słowotok nierozumianego umysłu wyrzucającego z siebie mieszankę geniuszu i szaleństwa. Niedoceniany i wyszydzany przez sobie współczesnych. Pijany nienawiścią do otaczającego go świata. Czy trudny w odbiorze? Dla mnie niesamowicie chaotyczny. Zarazem smutny w swoim wydźwięku.
Często słyszę opinię o tego typu dziełach, że wyprzedzają swoją epokę. Jeśli tak jest w istocie, to "Nienasycenie" wyprzedza też moją. Ja - jak i krytycy sto lat temu - nie dorośliśmy jeszcze do Witkacego. Osobiście nie odbieram tej książki jak arcydzieła. Jednocześnie wcale takim ocenom nie staram się zaprzeczyć. Preferuję klasyczne pióro. Zupełnie nie znam się na awangardzie, a za taką uważam "Nienasycenie". Nie mi zatem oceniać, czy jest w tym utworze esencja prawdziwej sztuki.
Jiahu Books... uwielbiam ich. Okładka tego wydania nic nie zakłamuje. Ja naprawdę kupiłem książkę o takim tytule. Jestem wielkim fanem tego wydawnictwa. Kocham ich za ich olewatorskie podejście do wykonywanej pracy. Chociaż grzbiet książki podaje już poprawną nazwę, mnie urzeka front: Stanisław Ignacy Witkiewicz "Nienasycnie" - wersja skrócona. W tym skrywa się moje...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toaktualne zagadnienia, fantazyjne słowotwórstwo wyraźnie inspiruje fantazje dukajskie... ;)
aktualne zagadnienia, fantazyjne słowotwórstwo wyraźnie inspiruje fantazje dukajskie... ;)
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toO Boże jaka nudna książka o niczym i jeszcze napisana tak, żeby musieć czytać po trzy razy zdanie. Dzielo stanowiące pełny onanizm autora nad tym jaki to on nie jest wyjątkowy, kontrowersyjny i jakim nie jest artysta. Zmusiłam się żeby skończyć. Ogólny bełt na samo wspomnienie o niej. Tragedia.
O Boże jaka nudna książka o niczym i jeszcze napisana tak, żeby musieć czytać po trzy razy zdanie. Dzielo stanowiące pełny onanizm autora nad tym jaki to on nie jest wyjątkowy, kontrowersyjny i jakim nie jest artysta. Zmusiłam się żeby skończyć. Ogólny bełt na samo wspomnienie o niej. Tragedia.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to3 lata tę książkę czytałem
3 lata tę książkę czytałem
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNiebywały bełkot. Książka brudna, paskudna i odpychająca, nie tylko formą, ale również treścią. Ale sama forma też powinna być zakazana - przez długie strony nie wiadomo, o czym mowa w tej książce. Na szczęście sam autor to zauważa, pisząc, że "proza dla prozy (...) proza bez treści, okazała się fikcją językowo zdolnych kretynów i grafomanów".
Niebywały bełkot. Książka brudna, paskudna i odpychająca, nie tylko formą, ale również treścią. Ale sama forma też powinna być zakazana - przez długie strony nie wiadomo, o czym mowa w tej książce. Na szczęście sam autor to zauważa, pisząc, że "proza dla prozy (...) proza bez treści, okazała się fikcją językowo zdolnych kretynów i grafomanów".
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPseudofilozoficzne wysrywy, dawno nic mnie tak nie zmęczyło. Jak się nagadać, żeby nic nie powiedzieć.
Pseudofilozoficzne wysrywy, dawno nic mnie tak nie zmęczyło. Jak się nagadać, żeby nic nie powiedzieć.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNienasycenie jest jak gdyby wyrazem osobowości Witkacego (śledząc jego biografię). Jego oryginalny język, i niezwykle ciekawe przemyślenia tyczące się głównie filozoficznych rozważań, w pewnym stopniu angażują czytelnika. Powieść jest niejednoznaczna podatna na różnorakie interpretacje. Według mnie “Nienasycenie” jest eksperymentem pod względem formy, co może odstraszać. Mimo że sama otoczka pod postacią metafor i niezwykłych skojarzeń autora, jest trudna do przetrawienia, to zawiera niezwykłe bogactwo treści. Także pod maską zawiłości i pozornego chaosu, kryje się głębia znaczeniowa, która stale się poszerza wraz z kolejnym czytelnikiem który może postrzegać konstrukcje zdaniowe w zupełnie nowy sposób co gdyby to “Nienasycenie” odnieść do ciągłego pragnienia wyznaczania nowych znaczeń, jakby sama powieść próbowała się nasycić znaczeniami? Może dlatego Witkacy jest uznawany za wizjonera. Utkwiło mi w pamięci kilka myśli Witkacego. Mania uwalniania psów Zypcia i tłamszenia jego pragnień przez ojca. W moim odczuciu jest jak gdyby podporządkowaniem się ogólnie przyjętym normom i wyrzekanie się własnej indywidualności na rzecz społecznych dogmatów a także wpływ wychowania na rozwój jednostki. Wyrzekanie się siebie skutkuje tym że Zypcio zastępuje uwalnianie psów innym zachowaniem w ocenie autora dewiacyjnym.
W teście natknąłem się na wiele sprzeczności, co w pewnej mierze nosi w sobie ziarno absurdu. Zaimplementowane w nie ze świadomymi intencjami. Ale to tylko moje odczucia.
Nienasycenie jest jak gdyby wyrazem osobowości Witkacego (śledząc jego biografię). Jego oryginalny język, i niezwykle ciekawe przemyślenia tyczące się głównie filozoficznych rozważań, w pewnym stopniu angażują czytelnika. Powieść jest niejednoznaczna podatna na różnorakie interpretacje. Według mnie “Nienasycenie” jest eksperymentem pod względem formy, co może odstraszać....
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAutor napisał doniosłe dzieło, w którym dowodzi, że jeśli... w pewien szczególny sposób... ale szybko przestaliśmy go słuchać... Mimo wrzawy i nadmiaru (odznaczając się przy okazji osobliwym ubóstwem wydarzeń) powieść szybko realizuje swoje standardy doskonałości, nużąc czytelnika mdło górnolotnym jazgotem groszowej prawdy i duszną atmosferą tragedii filozofa zgłębiającego formułę absolutu (i wieloma jeszcze zdaniami w apokaliptyczno-apoplektycznym duchu, tak czy owak niczego niewyrażających), przedłużając tę mękę upokarzająco konsekutywnie snutą opowieścią obstawioną (nie wiadomo po co) zasiekami nawiasów zwykłych i kwadratowych oraz filisterską odmianą wydarzeń mających wzbudzać w czytelniku proste podniety — otoczone w tym dziele zabobonem, tak jakby były czymś wyższym od wszystkiego innego i mieściła się w nich już znaczna część dzieła sztuki. Słowna fioritura (puchar pełny perlistego kiczu) nie wystarczy, żeby uratować to dzieło przed modnymi banałami i banałami o nicości, których nie brakuje w banałach wymowy.
Autor napisał doniosłe dzieło, w którym dowodzi, że jeśli... w pewien szczególny sposób... ale szybko przestaliśmy go słuchać... Mimo wrzawy i nadmiaru (odznaczając się przy okazji osobliwym ubóstwem wydarzeń) powieść szybko realizuje swoje standardy doskonałości, nużąc czytelnika mdło górnolotnym jazgotem groszowej prawdy i duszną atmosferą tragedii filozofa zgłębiającego...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTrzeba przebić się przez pierwszą 1/3 książki, która przede wszystkim obraca się wokół seksu. Trochę klimaty erotyka. Mnie to męczyło.
Trzeba przebić się przez pierwszą 1/3 książki, która przede wszystkim obraca się wokół seksu. Trochę klimaty erotyka. Mnie to męczyło.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSzajba nad szajby. Powieść wybitna, wyprzedzająca czas.
Ja wybierając los mój na kilkanaście wieczorów, parafrazując motto książki i Tadeusza Micińskiego; wybrałem szaleństwo Witkacego i nie zawiodłem się. Można wiele powiedzieć o tle historycznym Nienasycenia ale te wszystkie dziwaczności, nowosłowy są jak sałatka, którą chce się jeść oczami bez końca i to chyba cieszyło w czytaniu najbardziej, choć do najłatwiejszych ten posiłek nie należał.
Inspirująca - "wybebeszająca" wyobraźnię.
Obłędnie "rozdławdziewiczająca" umysł i jakże prorocza powieść.
Szajba nad szajby. Powieść wybitna, wyprzedzająca czas.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJa wybierając los mój na kilkanaście wieczorów, parafrazując motto książki i Tadeusza Micińskiego; wybrałem szaleństwo Witkacego i nie zawiodłem się. Można wiele powiedzieć o tle historycznym Nienasycenia ale te wszystkie dziwaczności, nowosłowy są jak sałatka, którą chce się jeść oczami bez końca i to chyba cieszyło...
Mam spory problem z oceną, bo jak pana Witkacego uwielbiam, forma absolutnie najczystsza, to treściowo jestem odrzucona.
Mam spory problem z oceną, bo jak pana Witkacego uwielbiam, forma absolutnie najczystsza, to treściowo jestem odrzucona.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBędąc w połowie lektury tej książki w liceum, postanowiłem na jej podstawie napisać esej na pewien konkurs. Wówczas polonistka (wspaniała!) zapowiedziała mi, “żebym zapomniał, że ona drugi raz w życiu będzie musiała przebrnąć przez tą książkę; raz w życiu na studiach wystarczy”. Książkę na esej wybrałem inną, a tą jednak doczytałem do końca. Teraz doń wracam, chcąc sprawdzić, co też tak mnie w niej zafascynowało, gdy niewiele z niej pewnie rozumiałem? Po lekturze myślę, że sporo z niej przez te lata zapomniałem, a nie ówczesne niezrozumienie było problemem.
Gdyby chcieć opowiedzieć treść powieści, to jest ona dość prosta: oto dostajemy jako młodego jej bohatera Genezypa “Zypka” Kapena, który to - będąc młodzieńcem tuż po maturze - odbywa przyspieszony kurs dojrzewania, przechodząc przez ramiona kilku kobiet (w tym nieco demonicznej Księżnej), staje się dwukrotnym mordercą (w tym zabijając w noc poślubną własną żonę, ale to przecież z przyczyn metafizycznych), trochę eksperymentuje z narkotykami, używkami metafizycznymi wschodnich szarlatanów, staje się adiutantem głównodowodzącego armii i wraz z nim ponosi klęskę (militarną, osobistą i jaką tam kto chce). Kontekst geohistoryczny (czy też podobrazie opowieści) również jest dość proste: oto cała niemal Europa jest bolszewicka, w Rosji bolszewicy rżną się z siłami kontrrewolucyjnymi, a na to wszystko najazd robi żółta fala azjatycka, zalewając powoli Europę i narzucając jej swoją wizję “raju na ziemi”. Teraz ta nawała staje u wrót Polski i my - tym razem jako przedmurze niczego - znów musimy stawić jej bohatersko czoło (nie wychodzi - gdzie jest ta Matka Boska z roku 20-go, o której opowiada abp Depo?!).
Jakże dalece nie o tym jest ta powieść! Jak wiele ma innych głębin. Ilość kontekstów, którymi zajmuje się tu Witkacy jest oszałamiająca: lęki związane z komunizmem (raczej ogólnie totalitaryzmami dwudziestowiecznymi), bolszewizmem, ale i Chinami (już wówczas to przewidywał? serio?), do tego liczne zagadnienia tyczące filozofii, sztuki, kosmologii i nauki w ogóle (zna nawet prace i myśl współczesnego sobie Einsteina). Wszystko to poutykane w poglądy i wypowiedzi poszczególnych licznych bohaterów, ale nie wątpimy, że obracamy się w kosmosie samego autora, a o duszę młodego człowieka walczą siły znacznie rozleglejsze (i liczniejsze) niż tylko zwyczajni dość Settembrini i Naphta…
Galeria postaci iście piekielna: świeżo nawrócony pustelnik chrześcijański Bazyli, żydowski filozof Benz - budujący wielką ostateczną filozofię na jednym niezrozumiałym dla świata aksjomacie i jakichś kabalistycznych “znaczkach”, kompozytor Tengier - piszący spotworniałą muzykę odrzucaną przez słuchaczy i demoniczne płciowo kobiety, z którymi styka się nasz bohater. Witkacy kreśląc te swoje postacie robi to tak, jak i rysuje portrety w swej słynnej zakopiańskiej firmie - warto czytając powieść mieć kilka z nich przed oczyma by móc wyobrazić sobie Benza, Kocmołuchowicza czy Zypka.
Powieść pisana trudnym, hermetycznym, a czasem groteskowo innowacyjnym językiem, wymagająca nieustannego skupienia (i weź tu biegaj jednocześnie po korzeniach w lesie!), a daje mi jednocześnie głęboki oddech od czytanej równolegle “Madame” Libery (tam to się dopiero męczę niemiłosiernie, od grafomanii aż zęby bolą jak od nadmiaru cukru). Mało tego: czasem słuchając wpadam na fragmenty wynotowywane przy dawnym pierwszym czytaniu do “zeszytu cytatów” (taka analogowa ówczesna wersja “cytatów z LC”) i wówczas powtarzam słowo w słowo wraz z lektorem; pamiętam po trzydziestu latach!
To czym nas tu - po latach oczywiście spoglądając na powieść - autor zaskakuje, to wizjonerstwo: toż to całe wzmożenie narodowościowe, ten zachwyt nad wodzem naczelnym Kocmołuchowiczem, który nie wiadomo co jeszcze pokaże, a finalnie okazuje się blagierem i tchórzem, to - wypisz wymaluj - o dziesięć lat przed wydarzeniami przewidziana kampania wrześniowa, sam zaś Kocmołuchowicz prefiguruje niesławnego Rydza-Śmigłego i jego rejteradę z płonącego kraju. Nic, tylko w łeb sobie palnąć!
Będąc w połowie lektury tej książki w liceum, postanowiłem na jej podstawie napisać esej na pewien konkurs. Wówczas polonistka (wspaniała!) zapowiedziała mi, “żebym zapomniał, że ona drugi raz w życiu będzie musiała przebrnąć przez tą książkę; raz w życiu na studiach wystarczy”. Książkę na esej wybrałem inną, a tą jednak doczytałem do końca. Teraz doń wracam, chcąc...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toOjej, ileż przy tej lekturze było zabawy, odkrywania, pławienia się w neologizmach, groteskowych zestawieniach słów, smakowania wyrazów podobnych do nektaru i obracania ich na języku jakby to cukierki , a nie słowa były!
Akcję powieści można by zamknąć na dwudziestu stroniczkach – ot, perypetie młodego człowieka, dorastającego w cieniu despotycznego ojca, poznającego smak pierwszej miłości i doświadczającego wzlotów i klęsk. Ale cała esencja i smaczek kryją się w opisie wewnętrznych przeżyć i rozterek bohaterów powieści, z których każdy ma własne powody do nienasycenia – życiem, miłością, sztuką.
Choćby główny bohater – Genezyp Kapen, zwany też Zypkiem, Zypciem, Zypulką czy nawet Zypuchną, przez kilka chwil spoglądania na kobietę potrafi przelecieć umysłem całą Europę, cofnąć się do najwcześniejszego dzieciństwa, wspomnieć rodziców, rozpamiętać we wspomnieniach zabaw z przyjacielem, poczuć się Królem Świata a za chwilę najnędzniejszym pyłkiem. Swobodnie wędruje myśl Mistrza Stasia, aż czasem zapominamy, że wciąż pijemy tę samą herbatkę u Księżnej albo gawędzimy w przytulnym saloniku.
Ale taki to właśnie urok tej podszytej demonicznym mistycyzmem opowieści. Już sam zestaw imion bohaterów budzi dziki zachwyt i zanurza nas w niezgłębiona opary absurdu – poznaliśmy już Genezypa, dochodzą do niego Putrycydes Tengier, Toldzio, Scampi, Sturfan Abnol.
Oczywiście, zdarza się, że nazwisko mówi co nieco o jego właścicielu – wszak Niehyd Ochluj, albo Kocmołuchowicz jakoś się kojarzą, czyż nie? Gdzieniegdzie przemyka też jakaś banalna Hela albo Michalski – ale ten, na szczęście i dla równowagi – też Bydlę.
A te zdrobnienia i inne słowołamacze – śmieszne i groźne – te „żyćka”, „uwiedzeńka”, „upokorzeńka”, „wrażeńka”, „rozdławdziewiczenia”, „spłyciarzenia”, „rozklempienia”, „rozmemlniki” – ech, i jak tu po tym wrócić do Mroza i jego szlachetnej pustki w doborze słownictwa, hę?
Polityka i sprawy ogólne są w powieści równie ważne jak kokaina i kobiety. Stasiowi ciążą niezmiernie faszyzm, bolszewizm i obawa przed zalaniem świata przez Chińczyków. Mocarstwo Chińskie, poszarpane Powstaniem Bokserów, podbudowane i dumne świeżo utworzoną Republiką, staje się dla świata nie lada wyzwaniem (cóż za proroctwo!). Nie na darmo, na najsłynniejszym polskim weselu pada pytanie „Chińczycy trzymają się mocno?”. O naszych bliższych sąsiadach nawet nie warto wspominać, bo dziś już wiemy, czym dla nas skończyły się ich ustrojowe eksperymenty.
A zatem ma prawo być Witkacy pesymistą i czarnowidzem. Ma prawo widzieć Polskę jako „bufet z zakąskami dla Mongołów przed pożarciem reszty świata”. Polityka jest zagrożeniem, religia – pustką, sztuka – wydmuszką, wymarzona Czysta Forma – mitem. A w tym wszystkim człowiek – metafizyczne bydlę błądzi jak dziecko we mgle. Kobiety i miłość to cel, sens i zarazem zmora człowieka.
Całe sedno demonicznej kobiecości Witkacy zawarł w postaci nieśmiertelnej, wiekowej dość ale obdarzonej niezwykłym urokiem i potęgą Księżnej Ticonderoga, która na swym łonie wypieściła i wypuściła w erotyczny świat już kilka pokoleń dobrze zapowiadających się młodzieńców. Ta podstarzała nimfomanka, zepsuta do szpiku kości Klempawa Szołdra, Luesowa Bestia, erotyczny taran, bogini płciowego piekła, rozsamiczona w sobie starawa dziewczynka, cały czas ubrana w najstraszniejsze kobiece bronie, jest zapewne symbolem nienasycenia miłością cielesną i życiem w ogóle. Wobec takiego kobiecego arsenału żaden samiec nie ma szans. No, ale przecież „ nie ma innego życia jak tylko płciowe” a także „asceza jest dobra ale fornikacja lepsza”…
Niech czytelnika nie zwiedzie atmosfera groteski i jadu. Niech nam się nie wydaje, że nie ma tam nic, oprócz bredzenia pijanego kokainisty. Każde zdanie Witkacego wyrasta z głębokich przemyśleń i przebija z niego masa wiedzy, kawał solidnego klasycznego wykształcenia i pasja filozofa.
Ciężkie, mroczne, przenikliwe i demoniczne spojrzenie Mistrza mówi mi aż nazbyt wyraźnie, że niełatwo było Mu sprostać na jakimkolwiek polu – czy to w dyskusji, sztuce, nurzaniu się w alkoholach, oczytaniu, filozofowaniu, czy też … fornikacji. Ale próbować warto (?).
Ojej, ileż przy tej lekturze było zabawy, odkrywania, pławienia się w neologizmach, groteskowych zestawieniach słów, smakowania wyrazów podobnych do nektaru i obracania ich na języku jakby to cukierki , a nie słowa były!
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAkcję powieści można by zamknąć na dwudziestu stroniczkach – ot, perypetie młodego człowieka, dorastającego w cieniu despotycznego ojca, poznającego smak...
Nie mogłem się przemóc jeszcze bardziej niż korwin
Nie mogłem się przemóc jeszcze bardziej niż korwin
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toGenialna książka próbująca uchwycić efemeryczne myśli i stany burzliwego szukającego spełnienia pragnienia. Przy okazji Witkacy kreatywnie podchodzi do oceny Polski i Polaków, pod przykrywką stereotypowych bohaterów mówi o całych kategoriach ówczesnego społeczeństwa. Zabieram się za kolejne dzieła Witkacego.
Genialna książka próbująca uchwycić efemeryczne myśli i stany burzliwego szukającego spełnienia pragnienia. Przy okazji Witkacy kreatywnie podchodzi do oceny Polski i Polaków, pod przykrywką stereotypowych bohaterów mówi o całych kategoriach ówczesnego społeczeństwa. Zabieram się za kolejne dzieła Witkacego.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNiemożliwie rozwleczone, rozmyślne zawikłania zdań na rzecz wrażeń i emocji, ślęczysz nad każdą stroną, żeby zrozumieć… a jednak chce się to czytać, ciągnie do tego niesamowitego języka… bosz…. ta zabawa językiem! Te wszystkie uuroczania, uponurzania, niezrozumialstwo, zaczekiwanie się. A to jedna z bohaterek “zatuliła się” albo “mogła się samić i rozsamiać do woli” a to Zypcio w oczach księżnej “niepojęciał i jedyniał”. Miód na oczy. Witkacy napomyka też lekko o “babiarchacie”, dziecko jako centrum wszechświata – w dzisiejszych czasach to taka mała plaga ;).
Dostajemy też masę wulgarności, wcale nie subtelnej momentami, bo Witkacy potrafi określić księżną jako “kubeł na spermę”, ale ta wulgarność jest celowa, bez jaskrawej erotyki przedstawionej na równi z politykowaniem na salonach nie byłoby tego wytworu, nie miałby czym zmiażdżyć nas Witkacy, jako i Genezyp próbuje zmiażdżyć tę “bandę niedorosłych mu do pępka psychicznych pokrak, zaprzałych w gnuśnej pseudonormalności, spłyconych do poziomu intelektualnej kałuży czy gnojowego bajora (...)”. Bo o ile ogólna polityczna fabuła jest do ogarnięcia (wielki wódz Kocmołuchowicz, tajemniczy, pożądany, podziwiany; najazd chińskich komunistów, których celem jest stworzenie nowej biało-żółtej rasy; państwo pogrążone przez marazm, “bo jesteśmy rasą kompromisiarzy we wszystkim”), o tyle konia z rzędem temu, kto dogłębnie potrafi zanalizować polityczne dyskusje pomiędzy bohaterami, ale umówmy się, nie trzeba tu wszystkiego totalnie zrozumieć, najważniejsze są próby. I szukanie, drążenie i dążenie, szarpanie się. Bo nienasycenie to esencja życia.
Niemożliwie rozwleczone, rozmyślne zawikłania zdań na rzecz wrażeń i emocji, ślęczysz nad każdą stroną, żeby zrozumieć… a jednak chce się to czytać, ciągnie do tego niesamowitego języka… bosz…. ta zabawa językiem! Te wszystkie uuroczania, uponurzania, niezrozumialstwo, zaczekiwanie się. A to jedna z bohaterek “zatuliła się” albo “mogła się samić i rozsamiać do woli” a to...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toRzecz niesamowita, ryjąca beret w sposób skandaliczny. Raz przez przedstawienie diabolicznych wręcz obsesji seksualnych głównego bohatera, dwa z powodu wizjonerskiej politycznej utopii coraz realniej sto lat później u europejskich wrót stającej. Książka wymagająca sporego skupienia , lecz zdecydowanie warta lektury.
Rzecz niesamowita, ryjąca beret w sposób skandaliczny. Raz przez przedstawienie diabolicznych wręcz obsesji seksualnych głównego bohatera, dwa z powodu wizjonerskiej politycznej utopii coraz realniej sto lat później u europejskich wrót stającej. Książka wymagająca sporego skupienia , lecz zdecydowanie warta lektury.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka Stanisława Ignacego Witkiewicza ,,Nienasycenie ‘’ to jedno wielkie szaleństwo, ale trzeba przez nie przebrnąć niczym przez bagno. Na samym jej końcu jest suchy ląd…..( czyżby ? ).
W życiu czasem tak bywa iż nieśmiały i wstydliwy chłopak spotyka na swojej drodze wiedźmę. Która czci seks, wolność, zemstę i pieniądz. Nie na próżno nazwałem taką kobietę miedzianowłosą wiedźmą, czarownicą, bo to prawda. Niemożliwe ? A jednak. Pociąg seksualny jest tak mocny, intensywny, że nic innego się wtedy nie liczy, nic, absolutnie nic. Liczy się tylko zaspokojenie swoich żądzy. Liczy się tylko spełnienie, liczy się tylko wyładowanie erotyczne. Spalam się dla Ciebie, spalam się przy Tobie, spalam się w Tobie. Kto wie czy ja nie jestem trygonem powietrza, a Ty trygonem ognia. Wystarczy tylko iskra, Twoja iskra i mój podmuch i podpalimy ten stary świat. Miłość gwałtowna, miłość pełna wybuchów….bez skrępowania, bez wstydu….totalna fascynacja, momentalne zauroczenie. Jestem powietrzem wymianą, jestem czymś ciągle nowym, a jednocześnie tym samym. Ty mnie czegoś uczysz, a czegoś nowego uczę Ciebie. Kiedy jesteśmy razem każde z nas jest o coś bogatsze , pod różnorakim względem niż byśmy byli oddzielnie. Razem łączymy się. Potrzebujemy siebie nawzajem. Ogień i powietrze ktoś krzyknie NIE ! Nic z tego dobrego wyjść nie może, a jednak……wyjdzie !
Dużo w tym wszystkim seksu takiego chaotycznego, dużo także marzeń, niespełnionych ambicji, pragnień innego typu. ,, Ale wielka miłość tylko niespełniona, nieskonsumowana pozostaje najpiękniejszą ‘’ i tutaj Cię mamy ! Mamy CIĘ ! Miało wyjść zupełnie inaczej, miała być Eliza którą pokochałem, miała być całkiem inna ścieżka życia, inaczej to sobie wszystko wyobrażałem, a wyszło jak w życiu inaczej, nie tak . Tutaj czysta miłość, tam wyuzdany seks który nas spala jednocześnie. Ja i Księżna, nie księżniczka, ale zwykła ladacznica , ale no właśnie. Oboje nie wiedzą sensu w tym związku, ale nie mogą od siebie się uwolnić, bo ilekroć siebie widzą nawet jeżeli na początku jest pogarda, nienawiść i złość, to wszystko to ustępuje – liczy się namiętność niewypowiedziana, metafizyczna, transcendentna przekracza wszelkie granice, nie da się tego ani określić, ani opisać, ani tym bardziej uporządkować, zaszufladkować. Oboje pójdą za głosem narządów płciowych za sobą na koniec świata. Przekleństwo czy szczęście ? A może jedno i …..drugie……. tak inaczej tego stanu nie da się określić.
Zbrodnia i kara. Sam się ukarałeś definitywnie za szereg różnorakich zbrodni przeciwko innym, a jednocześnie samemu sobie. Nie ma prawdziwej miłości, zabiłeś ją, pożądanie nawet te najsilniejsze w końcu kiedyś się wypali do cna, doszczętnie, definitywnie, absolutnie . ( lubię tą zabawę językiem polskim, zabawę słowami jaką urządza Witkiewicz w tej książce, bardzo mi to się podobało i bardzom rad z tego powodu. Prawdziwa literacka uczta, słowna ambrozja )
Piękna i jednocześnie przerażająca książka. Potrafią męczyć po niej koszmary……to nawiedzają człowieka jego własne demony, przeszłość nigdy nie da o sobie zapomnieć. Może nam się tylko tak wydawać.
Zostałem porwany obłędem, już po pierwszych stronach kiedy świeci jasne słońce, cała jasność znika chowa za chmurami, słońce chowa się niczym ze wstydu, ze strachu ? Jest mrok. Czasem idąc przez wielki , ciemny las, drzewa pochylone w szubieniczny łuk, wyciągają ku tobie upiorne ramiona, chcą cię pochwycić .Biegnij, szybciej biegnij ! Masz jeszcze szansę. Czasem poprzez mrok przebijają się promienie……światłość nie zrezygnowała z ciebie. Wewnątrz twojego ja wybucha co rusz wojna. Walczysz z samym sobą , to jedna z najtrudniejszych wojen. Walka z samym sobą. Trudny przeciwnik, bo znacz jego mocne i słabe strony, znasz jego wyżyny i doliny, jesteś w stanie pokonać samego siebie ? Kto w tobie zwycięży. Jasność czy mrok. Mrok, ciemność to nic innego jak brak światła. Porwany obłędem, masz jeszcze szansę wyrwać się z tego i osiągnąć zupełnie inny stan, być zupełnie kimś innym i mieć inne życie. Wybór należy do Ciebie.
Nasz główny bohater dał się porwać obłędem i trwał i trwał w nim…..aż po życia kres…..chociaż w sumie co to za życie, już był martwym za życia….zostało się jeno opakowanie, w środku zionęło przeraźliwą pustką…….
Masz jeszcze serce ? ‘’Żyję - nie żyjąc już w sobie, na życie
aniołów spozieram, a w mroku, w rozpaczy
umieram. ‘’
Można co noc umierać i co dzień odradzać się na nowo. Zmartwychwstanie. Księżyc króluje na niebie pora umierać…..pora zasnąć…….już świt budź się słońce zaczyna panować na nieboskłonie …..pora na nowo żyć. Słyszysz ! Wstań i idź.
Majstersztyk ! O książce ,,Nienasycenie ‘’ Stanisława Ignacego Witkiewicza mógłbym pisać jeszcze długo……ponieważ w jakimś stopniu każdy z nas może tam odnaleźć samego siebie, swoje drugie ,, ja ‘’ te gorsze, ale także te lepsze……….. Piękny koszmar.
Książka Stanisława Ignacego Witkiewicza ,,Nienasycenie ‘’ to jedno wielkie szaleństwo, ale trzeba przez nie przebrnąć niczym przez bagno. Na samym jej końcu jest suchy ląd…..( czyżby ? ).
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toW życiu czasem tak bywa iż nieśmiały i wstydliwy chłopak spotyka na swojej drodze wiedźmę. Która czci seks, wolność, zemstę i pieniądz. Nie na próżno nazwałem taką kobietę...
W lewym narożniku: niedościgniony styl, narkotyczna atmosfera i niejednoznaczne rozważania największych Tajemnic. W prawym narożniku: fabułka, która zdaje się być jedynie pretekstem do kolejnych symbolicznych niesamowitości
W lewym narożniku: niedościgniony styl, narkotyczna atmosfera i niejednoznaczne rozważania największych Tajemnic. W prawym narożniku: fabułka, która zdaje się być jedynie pretekstem do kolejnych symbolicznych niesamowitości
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka trudna. Niemożliwa do przeczytania ciągiem. Niesamowity styl. Niesamowita forma. Pisze się, że to antyutopia. Na pewno nie charakteryzowałbym jej przez ten pryzmat. Warto się z nią zmierzyć.
Książka trudna. Niemożliwa do przeczytania ciągiem. Niesamowity styl. Niesamowita forma. Pisze się, że to antyutopia. Na pewno nie charakteryzowałbym jej przez ten pryzmat. Warto się z nią zmierzyć.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKiedy metafizyka staje się mięsem mielonym i na sznycla gniecionym, a raczej gniecionem. Ha, a bebechy wzlatują do gwiazd i zawracają wprost do kiszek i formują się w kupę uderzającą o dno dziewiątego piekielnego kręgu, wiedz, że to Witkacy w czytej formie, w niejednej postaci ;P
Kiedy metafizyka staje się mięsem mielonym i na sznycla gniecionym, a raczej gniecionem. Ha, a bebechy wzlatują do gwiazd i zawracają wprost do kiszek i formują się w kupę uderzającą o dno dziewiątego piekielnego kręgu, wiedz, że to Witkacy w czytej formie, w niejednej postaci ;P
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDaję dziesięć gwiazdek za to, że udało się tej powieści coś, o co żadnej powieści bym nie podejrzewał - pokonać mnie.
Z negatywnych aspektów muszę wspomnieć, że mimo iż sytuacja polityczna w świecie ukazanym przez Witkiewicza jest dosyć jasna, a w pewnym stopniu wręcz prawdopodobna, to potencjał, który zawiera w sobie, przygnieciony jest przez pamiętnikarską wręcz intymność przeżyć głównego bohatera, skupioną wokół stawania się mężczyzną. Bardzo dużo tu egzystencjalizmu w tym uwielbianym przeze mnie witkiewiczowskim stylu. Pewne spostrzeżenia na temat natury ludzkiej, tej obrzydliwości, do której sprowadza się życie i przetrwanie gatunku, są bardzo dosadne, ale słuszne.
W połowie książki, gdy zaczęła się druga część, a fabuła dalej skupiała się na uczuciach głównego bohatera i filozofowaniu jego oraz pobocznych postaci, miałem dosyć, wszystko wydało mi się jednym wielkim intelektualnym kombajnem jadącym nie wiadomo dokąd i po co, mielącym po drodze ludność cywilną nieprzygotowaną na potęgę tego prozatorskiego sztormu.
Straszne.
Dopiero zakończenie przyniosło wytchnienie. Jest ono równie zaskakujące jak sam fakt, że coś w końcu zaczęło się dziać. Coś innego niż opisy emocji, uczuć, przemyśleń i przeżyć.
Daję dziesięć gwiazdek za to, że udało się tej powieści coś, o co żadnej powieści bym nie podejrzewał - pokonać mnie.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZ negatywnych aspektów muszę wspomnieć, że mimo iż sytuacja polityczna w świecie ukazanym przez Witkiewicza jest dosyć jasna, a w pewnym stopniu wręcz prawdopodobna, to potencjał, który zawiera w sobie, przygnieciony jest przez pamiętnikarską wręcz...
"Ja lubię literaturę, bo tam jest więcej życia niż w moim własnym. Jest ono tam w niemożliwej do osiągnięcia realnie kondensacji" - czy jakoś tak, bo pod wrażeniem cytuję z głowy...
Jest obecnie ZA DARMO na wolnychlekturach, więc nie ma wymówek - w różnych formatach, od Kindlowego po pdf.
Na zachętę blurb, można pominąć, dla ułatwienia jest w akapicie:
"Młody chłopiec, syn srogiego barona-browarnika, wraca po maturze do rodzinnego dworu. Wydarzenia rozgrywają się bardzo szybko.
W ciągu jednej nocy śmierć ojca i podwójna inicjacja seksualna oraz szereg dziwacznych znajomości, które zniechęcają naszego bohatera do sztuki, filozofii i religii, potem nacjonalizacja rodzinnego majątku, cios ze strony kochanki (rozbuchanej, starzejącej się femme fatale) i „upadek” matki w ramiona dziarskiego przedstawiciela „ludu”.
Barwnym tłem tego dramatu jest wyuzdana political fiction: pogrążona w chaosie Polska, otoczona republikami bolszewickimi, w Rosji zwyciężyli biali, by zaraz ulec potędze bezdusznych Chińczyków. W atmosferze przygniatającej schyłkowości (upadek w różnych formach i kierunkach dotyczy wszystkich i wszystkiego), w ogólnym dojmującym nienasyceniu, wpływy zdobywa demoniczny, nieodgadniony Mąż Opatrznościowy — krzywonogi Generał-Kwatermistrz Kocmołuchowicz.
Autor skupia się na dogłębnych opisach chwilowych stanów emocjonalnych, drgnień duszy. Analizuje zwłaszcza wszelkie wstydliwe i budzące wstręt aspekty relacji międzyludzkich, błyskotliwie zaklinając w materię swoistego, groteskowego języka świeże wówczas idee freudowskie (np. papidło — figura zmarłego, ale wciąż wszechwładnego ojca)."
Jestem zaprawionym w bojach czytelnikiem i stosunkowo [!] zaprawioną w bojach czytelniczką stricte Witkacego, jednak "Nienasycenie" męczy mnie - w przyjemny sposób - nieporównywalnie bardziej od "Pożegnania jesieni" (właściwszego dla osoby chcącej zacząć, zwłaszcza teraz) na tyle dobrze, że będąc już na finiszu, całym serduszkiem polecam. Tematy jakby mniej metafizyczne (czy aby na pewno?) i skupione na "płciowości", widać rozwijanie się warsztatu pisarskiego i kompletnie inne podejście do powieści - bo wtedy powieść musiała 'służyć' kompletnie jakiejś idei, mówię o polskich pisarzach przed wkroczeniem AC - od ogółu, ze względu na co i na język warto nie pomijać przedmowy, dość krótkiej w przytoczonym niżej wydaniu.
A jak będę piękna i bogata, to skompletuję wszystkie Dzieła Zebrane SIWa z tego wydawnictwa. Okładki połączone z wzorem podpisu są idealne.
Samo "Nienasycenie" ma zaś duże szanse na moje osobiste TOP2 Witkiewicza dlatego, że potrafi pisać o czymś wulgarnym w tak subtelny sposób i jednocześnie o rzeczach subtelnych w tak wulgarny, jak nikt. Widać, że temat nie tylko Thanatosa, ale i Erosa był dla autora wówczas ważny, choć nie należy popełniać tu błędu wielu krytyków i utożsamiać jego doświadczenia z narratorskimi. Temat wbił mi się idealnie [no pun intended!], bo i właśnie "płciowość" życia oraz jej zaskakująca zwierzęcość łamana przez rozmaite, mniej lub bardziej akceptowalne w społeczeństwie misteria i sposoby hołdowania przyjemnościom ostatnio zaprzątają mi ciało aż do głowy, od stóp począwszy.
"Ja lubię literaturę, bo tam jest więcej życia niż w moim własnym. Jest ono tam w niemożliwej do osiągnięcia realnie kondensacji" - czy jakoś tak, bo pod wrażeniem cytuję z głowy...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJest obecnie ZA DARMO na wolnychlekturach, więc nie ma wymówek - w różnych formatach, od Kindlowego po pdf.
Na zachętę blurb, można pominąć, dla ułatwienia jest w akapicie:
"Młody chłopiec,...
CHRONIĆ UMYSŁ ZA WSZELKĄ CENĘ
Dosyć sztywną mam szyję
I dlatego wciąż żyję
Że polityka dla mnie to w krysztale pomyje
Umysł mam twardy jak łokcie
Więc mnie za to nie kopcie
Że rewolucja dla mnie to czerwone paznokcie
- Jacek Kaczmarski
„Nienasycenie” to powieść, o której istnieniu trudno jest nie wiedzieć, nawet jeśli nie miało się jej nigdy w rękach ani nawet nie czytało. I to abstrahując od głośnej swego czasu adaptacji z 2003 roku. Witkiewicz, czy jak wolicie Witkacy, to postać głośna, legendarna już i jednocześnie owiana tajemnicą. Teorii spiskowych na temat jego życia i śmierci nie brakowało i nie brakuje. Autor lubił szokować, prowokować i podsycać aurę tajemniczości, i narzekać przy okazji, że jego dzieła nie są traktowane z należytą powagą. Jednakże „Nienasycenie”, można rzec, spotkało się z należycie poważnym potraktowaniem: uznane za najlepsze z jego literackich dzieł, stanowiące ostatnią powieść w jego życiu, zyskało niemałą sławę nie tylko w Polsce. A teraz znów możecie je przeczytać dzięki wydawnictwu MG, które właśnie je wznowiło i jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, sięgnijcie i przekonajcie się, co Witkacy miał do zaoferowania w swoim tworze. Bo nawet jeśli nie jest to rzecz dla wszystkich, ze względu na kontrowersje w niej zawarte, warto skonfrontować ją ze swoją wrażliwością i sprawdzić na własnej skórze, co się w nim kryje.
Młody mężczyzna Genezyp Kapen stoi u progu dojrzałości tak, jak jego kraj stoi u progu inwazji. On, z pomocą ojca, zostaje adiutantem u kwatermistrza Kocmołuchowicza, kraj zaś obawia się najazdu chińskim komunistów, którzy podbijają Rosję i kontynuują swój zwycięski marsz, kierując swe kroki do innych państw. Kocmołuchowicz natomiast stara się odeprzeć wrogów, ale jak pokonać bezmyślne automaty? I jak samemu nie stać się jednym z nich? Ale, jak przekonuje się Genezyp, nie tylko odbierająca zdolność myślenia chińska pigułka może być zagrożeniem dla umysłu…
Całość recenzji na moim blogu: https://ksiazkarniablog.blogspot.com/2019/10/nienasycenie-stanisaw-ignacy-witkiewicz.html
CHRONIĆ UMYSŁ ZA WSZELKĄ CENĘ
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDosyć sztywną mam szyję
I dlatego wciąż żyję
Że polityka dla mnie to w krysztale pomyje
Umysł mam twardy jak łokcie
Więc mnie za to nie kopcie
Że rewolucja dla mnie to czerwone paznokcie
- Jacek Kaczmarski
„Nienasycenie” to powieść, o której istnieniu trudno jest nie wiedzieć, nawet jeśli nie miało się jej nigdy w rękach ani nawet nie...
Po raz pierwszy po przeczytaniu jakiejś książki sam nie wiem co o niej myślę.
Jedna rzecz, którą wiem na pewno: to jest długa książka (mimo, że wcale nie ma wielu stron). Dłuży się bardzo czytanie o rozkładanych na kawałki, analizowanych i syntetyzowanych pierwszych przeżyciach erotycznych Zypcia i nie tylko jego. Niewątpliwie w wielu momentach Witkacy po prostu stroi sobie żarty, czyni to jednak w taki sposób, że miesza je z naprawdę realistycznymi problemami i nie dawałem rady oddzielić tego co jest na poważnie i tego co jest dla jaj. A może nie było takiej granicy? Może tak to właśnie jest w życiu? Jak sobie przypomnę swoją młodość... Dlatego nie bardzo wiem co myślę.
Jest tu też warstwa futurystyczna, przedstawiająca wizję przyszłości Polski i Świata. Oczywiście nie spełniła się dokładnie tak jak autor to opisał, ale zastanawiająco wiele rzeczy w swojej istocie miało mieć bardzo podobny charakter. Witkacy kpi sobie z Polskich przyszłych (?!) przywódców tak dobrze, że kilkukrotnie musiałem się upewniać o tym, że książka została napisana w 1927 roku a nie pod koniec 1938 roku. Wizja Polski jako mocarstwa prowadzonego przez tajemniczego wodza i w której "nikt dosłownie nie pojmuje na czym polega jej [Polski] dobrobyt" to przecież świetny opis samopoczucia Polaków na przełomie lat 1938 i 1939. Nie mówiąc już o "Syndykacie Zbawienia Narodowego", który w 1937 roku nazwano, dla niepoznaki, "Obozem Zjednoczenia Narodowego". A zdanie "wszystko działo się pozornie — to było istotą epoki" to jest najkrótsza definicja końcówki II RP.
I jest tu wiele pięknych smaczków językowych, z których moim ulubionym jest zdanie "Polska za cenę straszliwych pozornych wysiłków paru ludzi zachowała neutralność". :-)
Jednak nie wiem co myślę i jeśli w życiu nie zabraknie mi czasu to wrócę do niej, może mi się coś wyjaśni.
[Audiobook, czyta Michał Breitenwald]
Po raz pierwszy po przeczytaniu jakiejś książki sam nie wiem co o niej myślę.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJedna rzecz, którą wiem na pewno: to jest długa książka (mimo, że wcale nie ma wielu stron). Dłuży się bardzo czytanie o rozkładanych na kawałki, analizowanych i syntetyzowanych pierwszych przeżyciach erotycznych Zypcia i nie tylko jego. Niewątpliwie w wielu momentach Witkacy po prostu stroi...
Mówimy o Huxleyu i Orwellu. W Polsce żył jednak człowiek, który przed nimi pisał o nadciągającej katastrofie. Dla niego inspiracją mógł być Zamiatin i jego „My”. Czesław Miłosz w Radiu Wolna Europa przyznawał, iż Witkacy miał niezwykłą intuicję w kwestii totalitaryzmów. Był w końcu naocznym świadkiem bolszewickiej rewolucji październikowej…
Wierzył, że istotę człowieczeństwa stanowi potrzeba metafizyki. Sztuka, religia, filozofia. Obawiał się nadchodzącej fali zbydlęcenia, unifikacji i „mechanizacji kultury”. W powieści zmiata nas fala komunistycznej armii Chin, chcąca stworzyć nową rasę biało-żółtą. Powodzeniem kończy się podbój Rosji, Polska nieudolnie opiera się wrogiej nawale. Następny będzie Zachód. „Ratunkiem” przed zbędnym indywidualizmem, frustracją oporu i samodzielną myślą jest nowa, usypiająca rozum religia Malaja Murti-Binga oraz wyzwalające pigułki zażywane przez jej wyznawców. „Jedyny narkotyk, który was wybawi od was samych.”
O zjawisku niebezpiecznej emancypacji mas pisał José Ortega y Gasset. Wprowadził też pojęcie „sabio ignorante”, czyli tzw. „uczonego idioty”, który wykształcony w swej wąskiej specjalizacji odczuwa niepohamowaną pychę i uważa się za wyrocznię w kwestiach wszelakich. Waldemar Łysiak ujął tę postawę w „Wyspach bezludnych” słowami: „branżowe wykształcenie plus umiejętność trzymania widelca jest całą jego kulturą”. Chińczycy u Witkacego to właśnie takie miałkie „społeczeństwo-mrowisko”. Wiedział, że syty tłum stopniowo zacznie pogardzać wzniosłymi wartościami, a pigułka Murti-Binga stanie się remedium na ziemskie bolączki i zamieni nas w radosnych idiotów.
Staś chciał walczyć o człowieczeństwo. Nikt jednak nie chciał przyjąć do służby ponad 50-letniego, schorowanego człowieka. Po drodze na Wschód nie zmarnował żadnej okazji i wytrwale zgłaszał się ochotniczo na front. Bez skutku. Gdy we wrześniu 1939 dowiedział się o zbrojnej napaści ZSRR na Polskę był już na Polesiu we wsi Jeziory, która stała się jego przystankiem ostatecznym…
Mówimy o Huxleyu i Orwellu. W Polsce żył jednak człowiek, który przed nimi pisał o nadciągającej katastrofie. Dla niego inspiracją mógł być Zamiatin i jego „My”. Czesław Miłosz w Radiu Wolna Europa przyznawał, iż Witkacy miał niezwykłą intuicję w kwestii totalitaryzmów. Był w końcu naocznym świadkiem bolszewickiej rewolucji październikowej…
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWierzył, że istotę...
Żeby nie było, że nie próbowałem.
Bo próbowałem.
Z miną poważną w fotelu zasiadałem, okulary leciutko na nos zsuwając, nogę na nogę założywszy, doniosłe czytanie zaczynałem. Zaczynałem...i zacząć nie potrafiłem. Wierciłem się, tu i ówdzie drapałem, myśli rozbiegane do pionu przywołując, a i tak co chwilkę, któraś z nich zza węgła na mnie spoglądała. I ani jej w głowie było, spokojnie ze mną na fotelu usiąść. Tylko głupie miny robiły i chichocząc palcami mnie pokazywały. Tego pragmatycznego, racjonalnego, dystyngowanego wręcz, książek miłośnika. I skrystalizować się nie pozwoliły. Normalnie w Święta, jaja sobie ze mnie robiły. Dlaczego ?
Gdyż treść o Nieznośnej Ciężkości Bytu traktuje.
O zmysłów postradaniu i upośledzeniu mentalnym duma.
Rzeczywistość wymyśloną i onanizm metafizyczny penetruje.
W końcu sens istnienia odnaleźć próbuje.
Czy da się coś takiego na trzeźwo wymacać ?
Do barku podszedłem i odpowiedź znalazłem.
Jak na komendę, myśli niesforne, ochoczo ze wszystkich kątów wyłazić poczęły, a nawet zrozumienia szukać, łasząc się i przytulając jak dachowiec miłości pragnący. Chwilę później krawat rozluźniłem. A oczy na przemian maślane i straszne, rzecz o życia przeżyciu kosztować jęły. Syciły wyrazu gamą, na tonacje nie bacząc. Człowiek o imionach dwóch, tudzież takiej samej liczby nazwisk, na przemian prowokował i tłumił, straszył i zachęcał, przygnębiał i krzepił.
Ale czy nasycił ?
I tak jak ja, do pustego barku spoglądał na koniec?
Żeby nie było, że nie próbowałem.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBo próbowałem.
Z miną poważną w fotelu zasiadałem, okulary leciutko na nos zsuwając, nogę na nogę założywszy, doniosłe czytanie zaczynałem. Zaczynałem...i zacząć nie potrafiłem. Wierciłem się, tu i ówdzie drapałem, myśli rozbiegane do pionu przywołując, a i tak co chwilkę, któraś z nich zza węgła na mnie spoglądała. I ani jej w głowie było,...
Na razie tylko napiszę krótko: znakomita. Trudna i wymagająca, ale bardzo fascynująca książka. Witkacy mnie urzekł bezwzględnie swoją otwartością, wizjonerstwem, nieustepliwością w szukaniu uniwersalnych, bolesnych, obnażających prawd o człowieku, jego instynktach i społeczeństwie i jego mechanizmach.
Pochłonęła mnie zarówno zabawa językiem i forma groteski, wyolbrzymiająca postrzeganie,jak i ciągłe zderzanie się romantycznych pragnień z naturalistycznymi fascynacjami erotycznymi, brudnymi, wyuzdanymi, perwersyjnymi a jednocześnie pociągającymi. Jest pełen pasji życia, wciąż rozchwiany i rozdarty między szukaniem ideałów, dążeniem do tego, co niedoścignione, a dostrzeganiem drobnych i pieknych rzeczy, które wprawiają w pasję i namiętność.
Czytałam długo, bo w tu trzeba skupienia, czasem zatrzymania, nieustannych konfrontacji z własną świadomością, ze światem, który nas otacza i tym, co dostrzegał w nim Witkacy...
Na razie tylko napiszę krótko: znakomita. Trudna i wymagająca, ale bardzo fascynująca książka. Witkacy mnie urzekł bezwzględnie swoją otwartością, wizjonerstwem, nieustepliwością w szukaniu uniwersalnych, bolesnych, obnażających prawd o człowieku, jego instynktach i społeczeństwie i jego mechanizmach.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPochłonęła mnie zarówno zabawa językiem i forma groteski,...