rozwiń zwiń

Leksykon filmów postapokaliptycznych. Tom 1

Okładka książki Leksykon filmów postapokaliptycznych. Tom 1
Adam Horowski Wydawnictwo: Adam Horowski Cykl: Leksykon filmów postapokaliptycznych (tom 1) film, kino, telewizja
332 str. 5 godz. 32 min.
Kategoria:
film, kino, telewizja
Format:
papier
Cykl:
Leksykon filmów postapokaliptycznych (tom 1)
Data wydania:
2017-12-12
Data 1. wyd. pol.:
2017-12-12
Liczba stron:
332
Czas czytania
5 godz. 32 min.
Język:
polski
ISBN:
9788394858308
Średnia ocen

                8,2 8,2 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Leksykon filmów postapokaliptycznych. Tom 1 w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Leksykon filmów postapokaliptycznych. Tom 1

Średnia ocen
8,2 / 10
19 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
522
33

Na półkach:

„Leksykon filmów postapokaliptycznych” to pozycja podwójnie zasługująca na uwagę. Raz, że należy do nielicznych przypadków, gdy książka wydana w self-publishingu nie ustępuje w najmniejszym stopniu jakością profesjonalnym wydawnictwom ‒ począwszy od estetyki okładki, przez staranność opracowania redakcyjnego, aż po jakość wydania. Dwa, że w odróżnieniu od przytłaczającej większości publikacji własnym sumptem ‒ często trudno odróżnialnych od wykwitów z kategorii vanity press ‒ mamy tu do czynienia z rzetelnie przygotowanym, bogatym kompendium popularnonaukowym. Ma ono wartość zarówno dla filmoznawców, jak krytyków filmowych, i wreszcie dla fanów.
W obszernym wstępie do „Leksykonu…” autor przedstawia genezę i proces ewolucji tej odmiany fantastyki, a równocześnie nakreśla granice, w ramach których będzie się poruszał w dalszej części opracowania (i wyjaśnia, dlaczego pomija filmy ukazujące świat po apokalipsie zombie ‒ tym poświęcony będzie odrębny artykuł w drugim tomie). Rdzeń książki stanowi zestawienie ponad 180 produkcji ‒ od tych z numeracją w nazwie, aż do litery „O” ‒ od tych najsłynniejszych, po rzeczy niszowe, zapomniane i niekiedy zaskakujące. Wbrew tytułowi, są tu zaprezentowane nie tylko filmy, ale również seriale, co dodatkowo zwiększa walory „Leksykonu…”. Horowski pisze rzeczowo, przystępnie i ciekawie, posiłkując się bogatą bibliografią. Równocześnie widać u niego rzadką w podobnych opracowaniach dbałość o fana, która objawia się m.in. dodatkowym oznaczeniem haseł, w których treści znajdują się istotne spoilery fabularne oraz umieszczeniem na końcu książki spisu tytułów z kratkami, w których czytelnik może zaznaczyć obejrzane już pozycje.
Jedyne, czego „Leksykonowi…” brakuje, to ilustracje, można się jednak domyślić, że ich zamieszczenie znacząco zwiększyłoby cenę książki. Biorąc pod uwagę całokształt, jest to brak w pełni wybaczalny.

[recenzja opublikowana oryginalnie w "Nowej Fantastyce" 02/2018]

„Leksykon filmów postapokaliptycznych” to pozycja podwójnie zasługująca na uwagę. Raz, że należy do nielicznych przypadków, gdy książka wydana w self-publishingu nie ustępuje w najmniejszym stopniu jakością profesjonalnym wydawnictwom ‒ począwszy od estetyki okładki, przez staranność opracowania redakcyjnego, aż po jakość wydania. Dwa, że w odróżnieniu od przytłaczającej...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

96 użytkowników ma tytuł Leksykon filmów postapokaliptycznych. Tom 1 na półkach głównych
  • 73
  • 21
  • 2
26 użytkowników ma tytuł Leksykon filmów postapokaliptycznych. Tom 1 na półkach dodatkowych
  • 19
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Retromania: Jak popkultura żywi się własną przeszłością Simon Reynolds
Retromania: Jak popkultura żywi się własną przeszłością
Simon Reynolds
Czy odnieśliście kiedyś wrażenie, że jeśli chodzi o muzykę i modę, to wszystko, co było do wymyślenia, już wymyślono? Jeśli tak, to intuicja Was nie zawiodła. Na ponad pięciuset stronach Retromanii Simon Reynolds udowadnia, że popkultura weszła w stan stagnacji i przy okazji zastanawia się nad istotą kolekcjonerstwa, snuje rozważania nad znaczeniem nostalgii oraz wyjaśnia, dlaczego samplowanie jest aktem zniewolenia. SPIS TREŚCI 1. Informacje podstawowe 2. Zawartość - erudycja autora, historia popkultury i filozofia 3. Plusy, czyli jak się powinno tłumaczyć książki, i minusy, których nie ma zbyt wiele 4. Wnioski i ocena INFORMACJE PODSTAWOWE Simon Reynolds, Retromania. Jak popkultura żywi się własną przeszłością, tłum. Łukasz Łobodziński, Warszawa 2018. Jak już wspomniałam, Retromania. Jak popkultura żywi się własną przeszłością to zdecydowanie nie lektura na jeden wieczór. Książka liczy 576 stron, z czego 536 to sam tekst. Tomik składa się ze wstępu, prologu oraz trzech wielkich działów (Teraz, Wtedy, Jutro) podzielonych na mniejsze podrozdziały. Na końcu książki znajdziemy bibliografię oraz indeks. Rozważania Reynoldsa ogłosiło drukiem wydawnictwo Kosmos Kosmos, specjalizujące się w tematyce muzycznej. Na użytek polskiego czytelnika przetłumaczył je Filip Łobodziński. ZAWARTOŚĆ - ERUDYCJA AUTORA, HISTORIA POPKUTURY I FILOZOFIA Autorem Retromanii jest Simon Reynolds, dziennikarz muzyczny z niemal czterdziestoletnim stażem, piszący dla największych tuzów z branży (,,Rolling Stone", ,,The New York Times", ,,Pitchfork", ,,Wire"...). Te cztery dekady uważnego słuchania muzyki i studiowania kultury masowej doskonale widać w omawianej książce - i z tego powodu nie jest to lektura najłatwiejsza. Czytelnik zapoznaje się z krajobrazem historycznym kultury popularnej chyba całego XX wieku i pierwszej dekady XXI, ale jednocześnie nie uświadczy on tutaj chronologicznej opowieści o tym, jak powstawała muzyka rozrywkowa. Jeśli Reynolds opowiada, przykładowo, o początkach jakiegoś gatunku muzycznego, to robi to jedynie po to, żeby mieć podstawę dla dalszych rozważań, bo to zresztą na nich opiera się ta książka. Dużo tu filozofii, zwłaszcza postmodernistycznej, z Jacquesem Derridą i Jeanem Baudrillardem na czele. Próbując odpowiedzieć na pytanie: Czy retromania zagnieździła się już na dobre, czy okaże się, że stanowiła jedynie jakiś etap historyczny?, autor zahacza o najróżniejsze tematy i teorie. I tak, stawia on na przykład tezy: - historyczna kultura masowa stała się główną tkanką pamięci pokoleniowej, wypierając stopniowo wydarzenia polityczne, jak wojny czy wybory; - t-shirty z tras koncertowych [...] swój późniejszy polor zawdzięczają temu, że przywołują czas, gdy nie miały żadnego specjalnego znaczenia poza użytkowym; - kiedyś nuda brała się z braku możliwości spędzania wolnego czasu i oczekiwania - dziś wynika z przesytu; - iPod to największa przemiana, jaka wydarzyła się muzyce w pierwszej dekadzie XXI wieku; - późny kapitalizm i kultura splatają się ze sobą dzięki ogniwu, którym jest moda. Muzyka popularna stopniowo przejęła ze świata mody przyśpieszony metabolizm i błyskawiczny cykl, w jakim kolejne zjawiska się przedawniają. Jak to wszystko, o czym pisał Reynolds, ma się do roku 2021 czytelnik musi odpowiedzieć sobie sam. Książkę w Polsce wydano w 2018 roku, ale anglojęzyczny oryginał pochodzi z 2011. Ciekawe, jak autor skomentowałby ostatnią dekadę, a zwłaszcza album Duy Lipy, zatytułowany, nomen omen, Future Nostalgia. PLUSY, CZYLI JAK SIĘ POWINNO TŁUMACZYĆ KSIĄŻKI, I MINUSY, KTÓRYCH NIE MA ZBYT WIELE Trzeba oddać sprawiedliwość panu Łobodzińskiemu - odwalił kawał dobrej roboty, jeśli chodzi o tłumaczenie, a było to, moim zdaniem, zadanie bardzo trudne. Specyfiką Retromanii jest przeogromna ilość nazwisk, dat i nazw wydarzeń, w których orientować dobrze będą się chyba jedynie najwięksi muzyczni zapaleńcy. Na szczęście dla polskiego czytelnika, tłumacz zdecydował się objaśniać je w przypisach (a niekiedy i polemizować lub wręcz poprawiać niedopatrzenia autora) - dzięki temu znacznie łatwiej jest przyswoić tekst główny, a książkę czyta się po prostu łatwiej i ciekawiej. Jak już wspomniałam, nie jest to tekst łatwy, ale niesamowicie intrygujący. Spodoba się zwłaszcza osobom, które interesują się filozofią, kulturą popularną i muzyką, i chciałyby zagłębić się w teorie ich dotyczące - zrozumieć nie ,,kto, jak, kiedy", ale ,,po co" i ,,dlaczego". Muszę jednak podkreślić, że momentami Retromania bywa naprawdę trudna w odbiorze. Bywa, że autor rozpisuje się o jakimś jednostkowym, niepopularnym i mało znanym wydarzeniu, wymienia szereg nazwisk i idzie w taki detal, że nawet jako tako obeznany ogólnie z tematem książki odbiorca poczuje się po prostu znużony. Tomik Reynoldsa wyróżnia jeszcze jedna osobliwość, a mianowicie układ tekstu. Bywa, że nagle w środku rozdziału na stronie pojawia się odcięty grubą krechą tekst (zob. zdjęcia), gdzie dziennikarz dzieli się z czytelnikiem swoimi luźniejszymi myślami, związanymi z danym zagadnieniem. Początkowo takie rozwiązanie bardzo mnie irytowało (jak to czytać? Najpierw tekst główny, czy ten pod kreską?), ale z czasem przywykłam. I dla zasady powiem jeszcze, że zdarzają się literówki, ale są one nieliczne. WNIOSKI I OCENA Chyba po prostu powtórzę opinię pana Rafała Księżyca z tylnej okładki Retromanii: Tak właśnie powinno się pisać o muzyce: szerzej, głębiej, zaskakująco. OCENA: 9/10 Więcej fajnych rzeczy i zdjęcia książki -->" okfonia.blogspot.com
Okejfonia - awatar Okejfonia
oceniła na 9 4 lata temu
Kino końca wieku. Historia kina, tom 4 Tadeusz Lubelski
Kino końca wieku. Historia kina, tom 4
Tadeusz Lubelski Iwona Sowińska Rafał Syska
Po prostu logiczna kontynuacja pierwszych trzech tomów, powielająca ich główne zalety i wady, utrzymana na równym poziomie i bardzo dopracowana. Tak jak za pierwszym, drugim i trzecim razem: zachwyca ogrom zawartych tu informacji, rzetelność w ich przekazywaniu i sensowna, spójna wizja ich przekazywania, kwiecisty i profesjonalny akademicki język. Można z tej księgi wyciągnąć potężną wiedzę o kinie i całym jego socjopolitycznym kontekście, który, jak mi się zdaje, od początku powstania kinematografu z dekady na dekadę stawał się coraz istotniejszy, a więc w dekadach opisywanych był już naprawdę bardzo istotny. Jedna z wad to standardowo to, że autorzy jak na mój gust trochę przesadnie czasem się tego kontekstu trzymają, zamiast wypowiedzieć się głębiej na temat czysto artystycznego wymiaru dzieł. Generalnie to jest kwestia koncepcji książki - ta jest jakby nie patrzeć podręcznikiem akademickim i autorzy zdecydowali się patrzeć na kino z bardzo zewnętrznej perspektywy, traktując kino mniej jako własny świat artystycznego medium, tylko bardziej część historii świata. Jest to w sumie mocno zrozumiałe, bo kino sztuką tak naprawdę tylko bywa i to moim zdaniem rzadko; nie zdołało i ze względu na swą specyfikę raczej nie zdoła wyodrębnić spójnej sfery artystycznej, oddzielonej grubą kreską od sfer rozrywkowych i użytkowych, tak jak to z grubsza jest w muzyce, literaturze i malarstwie (można wyróżnić ewidentnych artystów kina, ale nie ma dla nich wspólnego worka i zawsze będą się mieszać w takich i innych opracowaniach z nieczystymi artystami i czystymi nieartystami - no i jest ich moim zdaniem bardzo niewielu). Ale mimo wszystko trochę mi się słabo zrobiło na widok, że w rozdziale o kinematografii węgierskiej gigant Bela Tarr dostał dwa trzy trzy akapity, a nakreślanie warunkującej kino sytuacji społecznej, ekonomicznej i politycznej na Węgrzech co najmniej kilka stron. Czepiam się, bo mogę. 7.5/10 Szersze podsumowanie całego cyklu nie ma chyba sensu, bo to spójny, jednorodny organizm i każdy tom jest praktycznie taki sam, tylko o czym innym. Jakkolwiek nie była to najbardziej pasjonująca lektura mojego życia, bo i raczej być nie mogła, tak biję pokłony przed autorami, że się tego podjęli i doprowadzili do końca. Lektura podstawowa dla każdego, kto chce się na poważnie interesować kinem. 7.5/10
Piktor - awatar Piktor
ocenił na 7 6 lat temu
Historia kina. Tom 3. Kino epoki nowofalowej Tadeusz Lubelski
Historia kina. Tom 3. Kino epoki nowofalowej
Tadeusz Lubelski Iwona Sowińska Rafał Syska
Lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte to moim zdaniem zdecydowanie najlepszy okres w historii kina, stąd trzeci tom czytało mi się jeszcze nieco lepiej niż poprzednie, jakkolwiek twórcy zachowali całkowitą spójność i jest on napisany identycznie. Po prostu gigantyczna (przytłaczająco gigantyczna), skrajnie rzetelna baza danych, odrobinę zbyt obiektywna i naukowa, żeby mówić o jakiejś boskiej przyjemności z lektury, ale myślę że obowiązkowa i podstawowa dla każdego polskiego pasjonata kina. Gdybym oceniał samą wartość merytoryczną książki, chyba nie mogłoby się obyć bez maksymalnej oceny. Modlę się teraz o dwie rzeczy: żeby Autorom udało się spłodzić czwarty tom jeszcze w tej dekadzie i żeby, jeśli będzie równie długi lub dłuższy niż trzeci, a chyba musi być, opamiętali się i wydali go w dwóch "podtomach" - albo nawet trzech. Generalnie nie odnoszę się w recenzjach do fizycznych właściwości książek, bo trochę śmiesznie, ale tutaj nie da się inaczej. Ta książka to monstrum, nie czytałem w życiu nic równie tłustego i mam nadzieję, że już nie będę musiał, bo czysto cielesne zmagania z takim potworem nie są przyjemne, zwłaszcza gdy ktoś stara się wykorzystać każdą wolną chwilę poza domem na lekturę i prawie zawsze nosi przy sobie książkę. Nie wykluczałbym jakichś delikatnych skłonności sadystycznych u wydawców, bo marginesy są podejrzanie szerokie, a w dodatku pozostawia się wolne miejsce obok wszystkich ilustracji (których mamy wszak kilkaset), a które zajmują tylko pół szerokości strony. Myślę, że dałoby się zminimalizować to bydlę nawet o 1/4 czy 1/3, co przyniosłoby może nieznaczną szkodę walorom wizualnym, ale jaką ulgę kręgosłupom i rękom czytelników... 7.5/10
Piktor - awatar Piktor
ocenił na 7 9 lat temu
Kino Nowej Przygody Jerzy Szyłak
Kino Nowej Przygody
Jerzy Szyłak
NIESKRĘPOWANA WYOBRAŹNIA FILMOWA Mam dwa swoje ukochane gatunki filmowe, które zajmują znaczną część wszystkich oglądanych przeze mnie obrazów. Oba one silnie związane są z latami 70 i 80 w kinie, kiedy to przypadał ich największy rozkwit. Pierwszym z nich są horrory z tej swoistej drugiej złotej ery ich istnienia, drugim cudownie sentymentalne, przesycone zabawą filmem przedstawiciele kina nowej przygody. A ponieważ oba te gatunki często przenikały się ze sobą, niniejsza pozycja wydawnicza okazała się dla mnie prawdziwie wspaniałą lekturą. Ale nie tylko dla tego. Od „Gwiezdnych Wojen”, przygód Indiany Jonesa i „Obcego”, przez „Pogromców duchów”, „Gremliny” i „Terminatora” po „Piratów z Karaibów”, nowe wersje Batmana i „Avatara”. W sferze zainteresowań jednego z największych kulturalnych autorytetów naszego kraju, Jerzego Szyłaka, i jego ekipy, znalazły się 124 filmy. Warto jednak zauważyć, że w do liczby tej nie włączają się kontynuacje poszczególnych obrazów, które są w mniejszym bądź większym stopniu omawiane przy okazji poruszania tematu części pierwszej. Lista więc wydłuża się w ostateczności grubo ponad 200 (220 jest szczegółowiej wymienionych, nie brak jednak pomniejszych wspomnień). A to przecież nie wszystko, co „Kino Nowej Przygody” ma do zaoferowania. Omówienia filmów, ich analiza i składowe, zajmują zdecydowaną większość tej liczącej blisko 450 stron publikacji, nie mniej znalazło się tu także sto stron felietonów wyjaśniających czym właściwie jest kino nowej przygody, co się zalicza w jego poczet, o religii, animacji i elementach Fantasy kryjących się w tych filmach, związanych z nimi grach komputerowych czy nawet o polskim kinie tego nurtu. Podręcznikowa kompleksowość tej pozycji przeciwstawia się na szczęście typowo szkolnemu podejściu do tematu. Jest tu coś z akademickiego wykładu, w końcu to dla studentów szkół wyższych przeznaczone jest „Kino Nowej Przygody”, ale każdy, nawet laicki, fascynat kina (nie tylko tego jednego, jakże ważnego gatunku, ale kina w ogóle) odnajdzie się tu bez trudu i z zachwytem wpadnie w ten świat. Ja byłem urzeczony. Mogłem poczytać o swoich ukochanych filmach, mogłem przypomnieć sobie te emocje i odczucia, ale mogłem także spojrzeć na temat z całkiem innej perspektywy. Fascynująca była to przygoda. I zachęcająca do sięgnięcia raz jeszcze do wszystkich tych filmów. I nadrobienia 14 tytułów, których z omawianych w publikacji jeszcze nie widziałem. Recenzja opublikowana także na moim blogu http://ksiazkarnia.blog.pl/2015/11/06/kino-nowej-przygody-jerzy-szylak-i-inni/
Wkp - awatar Wkp
ocenił na 8 10 lat temu
Mistrzowie kina japońskiego Krzysztof Loska
Mistrzowie kina japońskiego
Krzysztof Loska
Doskonałe źródło dla osób, które nie kojarzą japońskiego kina, a chciałyby się dowiedzieć, co w trawie piszczy. Jako wielki fan i entuzjasta kina z Azji (niekoniecznie kina kopanego z Bruce'm Lee) byłem o tyle zachęcony, że opisuje filmy, jakie nie dostanę w Polsce (mały rynek, wiadoma rzecz), bo są w niskiej dystrybucji, część obrazów została zapomniana lub przepadła na dnie saszetki kinematografii. Loska to doświadczony filmoznawca, dlatego zna się na rzeczy i potrafi wyłowić takie cuda, gdzie weterani robią oczy ze zdumienia i wysuwają poważną minę, bo mało kto pamięta wczesne dzieła Mizoguchiego (u nas niedoceniany i w zasadzie, mało rozpoznawalny). Na początku myślałem, że to błąd, że skupia się na ośmiu reżyserach z kwitnącej wiśni, ale w trakcie lektury wyżyna niuanse japońskiego kina, gdzie dominuje tradycja wymieszana z moralnością dużych miast, gdzie teatr jest ważną częścią społeczeństwa, jak płeć żeńska wpływa na mężczyzn w obrazie. Przekrojowo płynie po niestabilnej ekonomicznie Japonii, o nowej fali, która obok polskiej szkoły filmowej czy francuskiej nowej fali sporo namieszała w latach 60. ubiegłego wieku. Niczym podręcznik do nauki nauczy widza, jak szeroki zakres możliwości mają reżyserzy ze wschodnich granic. Przerabia moich ulubieńców, jak Akira Kurosawa czy Masaki Kobayashi (którzy słusznie lub nie - są kojarzeni z orężem samurajskim), a przecież ten pierwszy kręcił sztuki na podstawie Szekspira, a drugi krytycznie odnosił się do ideałów wojennych i za murem doceniał indywidualność jednostki, a nie jak dzisiaj, gdzie lewacy próbują ci narzucić, że musisz lubić wszystko i wszystkich (największa bzdura XXI wieku). Wybaczyć muszą mi Ci, którzy oczekiwali, że zacznę się rozwijać, rozpisywać na pięć stron i tworzyć referaty, ale nie zrobię tego, ponieważ opisywanie książki Krzysztofa Loski jest mało produktywne - wystarczy wiedzieć, że zgłębia egzotyczną kinematografię na wskroś dyskursywnie. Od politycznych manifestacji, jak ewoluowało podejście do kina po wojnie, o tym, jak Kurosawa złapał depresję i był bliski samobójstwa, kiedy inni reżyserzy byli w cieniu krytyki okazało się, że tworzyli najbardziej dojrzałe obrazy, gdy Stary Kontynent tonął w eksperymentach i w erotycznych zabawach w rodzaju Rogera Vadima. Jest to bogate źródło wiedzy oraz szlachetnej inscenizacji w wyspiarskim kinie, nawet jako fan czy znawca japońskiego kina - może sporo zaskoczyć, jak wiele filmów jeszcze nie widzieliśmy lub pominęliśmy. Dla osób, które nigdy nie widziały azjatyckiego filmu (nie liczę obrazów z karatekami) będzie to wjazd w oko cyklonu, ale z racji, że Loska opisuje działania pozafilmowe - sprawia, że uczymy się Japonii jako centrum problemów dotykających Europę, bo podobnie jak oni - tonęliśmy w zmianach myślenia, uciekaliśmy we współczesność, byliśmy po licznych wojenkach, a kino sprzed lat nigdy nie będzie usunięte przez wyznawców kina 2000 + (wzwyż).
Chris3z8 - awatar Chris3z8
ocenił na 8 5 lat temu
Star Wars: Absolutnie wszystko co musisz wiedzieć Michael Kogge
Star Wars: Absolutnie wszystko co musisz wiedzieć
Michael Kogge Adam Bray Cole Horton Kerrie Dougherty
Ktoś kiedyś powiedział, że George Lucas, co wcale nie wydaje się dziwne... nie jest człowiekiem, że jest to swego rodzaju ,,abstrakcyjna forma życia, która została stworzona przez samo serce Wszechświata, i która ponad wszystko, zgodnie z superdeterministyczną wolą Kosmosu, miała narodzić się w tym a tym momencie, aby dać ludzkości Gwiezdne Wojny". Jak najbardziej jest to słuszny pogląd czy też stwierdzenie - ,,stwierdzenie”, bo wkład papu Lucasa w rozwój nie tylko swej marki, co jest logiczne, ale przede wszystkim w ewolucję i rozprzestrzenienie się gatunku fantastyki naukowej w filmie, a potem serialu i jeszcze jeszcze dalej w popkulturze, jest nie do opisania. Dobra nasza, że ta nadrzędna siła sprawcza postanowiła dać Światu George’a, który ze swojego na swój sposób mocno indywidualnego w przemyśle kinematograficznym myślącego umysłu był w stanie wykreować bodaj najsłynniejszą, najbardziej rozpoznawalną, tą mocno kojarzoną z przestrzenią kosmiczną, opowiadaną obecnie każdą możliwą formą rozrywki, markę kreującą fantastyczne fikcyjne Światy – przestrzenie osadzone w trzonie nurtu sci-fi z różnymi podgatunkami w tle… Markę i Światy zwane Gwiezdnymi Wojnami. Z osobą George’a Lucasa, jako jedną z najsłynniejszych, najbardziej rozpoznawalnych sylwetek (nie tylko w szeroko pojętej popkulturze, ale i w kategoriach zasług dla budowy dziedzictwa kulturowego ludzkości), jakie kiedykolwiek się narodziły, ba!, jakie kiedykolwiek się narodzą, wszystko to, co powstało pod sztandarem gwiezdnowojennej treści zawdzięcza się jemu, nawet jeśli założymy, że ,,jego dziecko”, jego franczyza obecnie licząca sobie 48 lat, po 2012 roku została kreowana przez twórców Disneya a George odtąd z Gwiezdnymi Wojnami przestał mieć cokolwiek wspólnego, w tym najbardziej ,,brak jakiejkolwiek kontroli” nad procesem realizacji planów marki. Nawet w 2025 roku ci, którzy pracują nad planem rozszerzania Kanonu Uniwersum SW poprzez tworzenie licznych seriali, filmów, książek, komiksów i całej masy ,,contentu” tego Świata, wciąż inspirują się ,,lucasowością!”, czyli niezrównanym Georgem Lucasem i wszystkim tym, co nam dał. Na papierze może i tak nie jest, ale w tak zwanym ,,realu” to już inna śpiewka: Pan Lucas wciąż nad gwiezdnowojennymi treściami czuwa – jeśli nie robi tego bezpośrednio, przynajmniej w rozwój Światów SW angażuje się na tyle, na ile jest w stanie. W ten sposób traktujemy ,,lucasowość” Gwiezdnych Wojen jako legendę, jako coś, co stworzyło wokół siebie mit, w który, co nie jest jakąś wydmuszką i szukaniem półprawd i sztucznego poklasku w kierunku marki Star Wars, wciąż i wciąż, i tak prawie po kres czasu, niestrudzenie wierzą zwykli ludzie jak i geecy na całym świecie, Mówiąc krótko Uniwersum „Star Wars” to jeden z najniezwyklejszych popkulturowych bytów, ot okrywających warstwą swej niezwykłości płaszczyzn rozrywki, jakie kiedykolwiek się narodziły. To fascynujący mikrokosmos relacji, który żyje niczym niezależny organizm, karmiąc się i rozwijając o tego typu zależność: trwanie w nieskończonej pętli bez początku i końca, w relacji popyt – podaż, gdzie chęć doświadczenia starwarsowego produktu nakłania jego twórców i inwestorów do tworzenia więcej, ale pod gust i w kierunku w miarę wyczekiwanej jakości treści, a to z kolei wprawia odbiorcę w nastrój jeszcze większej chęci konsumowania towarów spod znaku galaktycznych wojaży Gwiezdnych Wojen. Będę to powtarzał, czy pisał zawsze, gdy będę omawiał cokolwiek związanego z ukochanym pro-lucasowskim, funkcjonującym od 1977r., a od 2014 roku w tzw. Kanonicznym Świecie: Star Wars to nie tylko jakaś tam firma ba!, nawet i ,,Superkorpo”, ale przede wszystkim to ikona popkultury, marka, znak, potężny, jakby indywidualny i samowystarczalny ,,Świat rozrywki”, który będzie trwać w historii ludzkości ,,baaaaardzo, bardzo długo”. Wszechświat relacji, fantastycznych wątków, miriadów planet i licznych stworzeń, ponadczasowej idei dualistycznej, iście baśniowej, walki dobra ze złem - Wszechświat, który zdaje się jest w stanie mimo ostatnio słabego marketingu i braku powodzenia u fanów na całym świecie, nadal zaskakiwać ludzi w sposób przez nich nieoczekiwany, co samo z siebie z kolei doprowadza do tego, że Gwiezdne Wojny mogę się pochwalić jednym z najbardziej aktywnych i najliczniejszych fandomów w historii popkultury. Bo starwarsowi entuzjaści to symbol to, że poza ogólną sferą komiksu superbohaterskiego czy horror lub sci-fi mocne zainteresowanie danej osoby tym Uniwersum kojarzy się z ,,totalną nerdozą” i tą typową prawie tak samo mega geekowską jak w owych komiksach właśnie fascynacją. A z tej fascynacji rodzi się pasja do dzielenia się... swoją pasją – od zwykłych pogaduch między ,,starwarsowymi miłośnikami” np. na forach internetowych lub konwentach po tworzenie dość specyficznych, zatwierdzonych przez Lucasfilm Ltd. opracowań - ,,opracowań przez duże O”, dokładnie i z pomysłem projektowanych przez geeków, ale tych mających dodatkowo sporo wspólnego z marką poprzez styczność z nią w jej środowisku. W ten sposób powstała jedna, co uznaję ją również osobiście, z najdziwniejszych i najbardziej bogatych w typowe ciekawostki i dane ilościowe encyklopedii ilustrowanych dotyczących jakiegoś Świata tematycznego z danego gatunku/gałęzi popkultury. I do teraz, do momentu kreślenia tego tekstu, zastanawiam się ,,dlaczemuż to!” nie słyszałem o tym tytule dużo, dużo wcześniej, o tej pro-geekowskiej publikacji. Dziękować opatrzności, że ,,Star Wars. Absolutnie wszystko, co musisz wiedzieć”, jako ta specyficzna encyklopedia galaktycznych wojaży na Moc i Miecze Świetlne, wpadła w moje ręce. Do sięgnięcia po ,,Absolutnie wszystko…”, o której to encyklopedii w tej recenzjo-opinii mowa, nie ukrywam, najbardziej skłonił mnie krótki dokument pt. ,,Technologia Gwiezdnych Wojen” z 2007 roku, który obejrzałem gdzieś na jakimś playerze w sieci. Około 45 min dość ciekawych informacji, danych, materiałów archiwalnych i zakulisowych pokazujących to, jak rozwijał się ten Świat, ta Galaktyka!, w materii filmów w oparciu o użycie w nich odpowiednich, nowych technologii. To był krótki dokument, ale na tyle inspirujący, że coś mnie tchnęło do poszukiwań jakichś publikacji dotyczących tej marki, które omawiałaby jej rozwój, jej historię w oparciu o rozmaite tytułu dużego ekranu etc. – po prostu musiałem dostać w swoje fanowskie ręce jakąś encyklopedię, poradnik, album – coś o konkretnej dozie wiedzy, faktów, coś zwanego ,,omówieniem” lub ,,opracowaniem”. Długo szukać nie musiałem - ,,złoty strzał” sprawił, że ów przewodnik wydany w Polsce za pośrednictwem Egmont Polska znalazł się na liście zakupowej, po chwili w koszyku w jednej z księgarni internetowych, a po kilku dniach wpadł w moje wygłodniałe wiedzy ręce. I jako ten wierny pośród wiernych, ,,znerdziałych” fanów marki "Star Wars", geek, po dość długiej, wielodniowej łącznie lekturze tej publikacji, przyznaję to teraz, będę to mówił i pisał jutro i w przyszłości: nawet sama Moc to potwierdza, wraz ze mną, ,,Absolutnie wszystko…” spisało się na medal – ten chaos konstrukcyjny, te nalane obrazek koło obrazka, kadr po kadrze informacje, ta ich zaskakująca dziwnie rozmieszczona ilość – czuć w tym opracowaniu (mimo tego dziwnego chaosu!) prawdziwą pasję, naturalność tworzenia i pomysł! Czyli jak widać, da się zainteresować Gwiezdnymi Wojnami świeżo oraz niekonwencjonalnie, czyż nie? Da się wzniecić tą iskrę ciekawości tą marką u fana, który o niej trochę zapomniał? Tak, jak najbardziej da! Mimo iż w opracowaniu, które o ,,starwarsach” wydało w Polsce nasze jak zawsze w pełni przygotowane na wypuszczanie rozmaitych encyklopedii na rynek (bo ta firma robi to niezwykle dobrze!) wydawnictwo Egmont, a które ogólnie zostało napisane przez wielu autorów (M. Kogge, A. Bray etc.) jest praktycznie… wszystko, to nie każdy, kto doświadczy tej ,,specyficznej fanowskiej Biblii gwiezdnowojennych danych”, z tego jak to zostało zaprezentowane będzie na swój sposób zadowolony. Bo ta zabawa treściami i stylem ich przekazania w tym przypadku może zarówno przyprawić o ból głowy (tak, nie każdy z nas zaakceptuje w publikacji, mówiąc dość ironicznie głosem wielu narzekających geeków: nachalną nalaność pstrokatych dymków, różnych krzywizn, wzorków, gdzie wpisane są informacje czy dane tekstowe, także towarzyszących temu grafik wokoło czy na tle rozciągniętym zdjęciu z filmu lub kadrze z animacji, które to obecne są od pierwszej do ostatniej strony, niczym uciążliwe ,,reklamy popup"), jak i tego… bólu pozbawić: otwarty na wyzwania i nowości w postaci stylu przekazania starwarsowej wiedzy fan z wielką chęcią przyjmie na klatę tą fizyczną formę zagwozdek z Uniwersum, z sosem na finiszu w postaci prostych stosunkowo zdań i słów, które te dane tworzą. Generalnie odnosząc się do owych ciekawostek i tak zwanego fanowskiego ,,lore” – w opracowaniu zbiorowym ,,Absolutnie wszystko co musisz wiedzieć”, które tyczy się Galaktyki Star Wars tak szeroko tematycznie (od preprodukcji po gotowy produkt jak film, książka czy serial lub gra video!) jak tylko się da, mamy kawał solidnego rzemiosła ,,twórczo-encyklopedycznego”. Łopatologia stosowana każe mi to skomentować: jest nieźle, i chyba dużo dużo lepiej w niektórych segmentach, jak np. w tych dotyczących floty, armii, jak np. Armii Klonów, jej uzbrojenia czy stricte tego samego ale w odniesienia do Imperium lub Republiki lub Separatystów. To wlaśnie są te ,,ilościowo” najlepsze rozdziały - ,,ilościowo", bo zaskakujące nas sporymi danymi i liczbami. Natomiast ,,jakościowo", czyli pod względem ilości przekazanych informacji w encyklopedii i sposobie ich przekazania adekwatnych do tego co i odnośnie czego się przekazuje, góruje duży rozdział pracy, segment zwany ,,Dziwne i cudowne istoty”. Niepotrzebny natomiast był, stanowiący raczej materiał promocyjny niżeli dawkę tych ,,mięsistych” geekowskich informacji, cykl danych o ,,Nowej Erze” Galaktyki, czyli o wszystkim tym, co miał ukazać rozpoczynając opowieści Gwiezdnych Wojen w Sadze Skywalkerów w Nowej świeżej Trylogii film ,,Przebudzenie Mocy”, ot tytułowy Epizod VII Uniwersum. Te treści to jedynie drobna zachęta do zainteresowania się zupełnie nowym ,,lore” przez miłośników najlepszej w świecie ,,starwarsowości”. Zapoznając się z danymi ,,absolutnie!” poprawnej, ale nie aż tak doskonałej jak mogłoby się wydawać wydaniem tej znanej nam ,,galaktycznej encyklopedii" o dziedzictwie Lucasa i daleko, daleko poza - publikacją z nutką ,,graficznej pstrokatości”, niczym z albumu jakiejś zbierającej wycinki z kolorowych gazet małolaty, która to dość oryginalnie przedstawia nam podstawy i niekiedy krótkie i jakby rozszerzające Wszechświat marki, zaskakujące dane liczbowe i informacyjne, niczym jak z dokładnego typowo prowadzonego akademickiego podręcznika, pt. ,,Star Wars. Absolutnie wszystko co musisz wiedzieć”, faktycznie nie dość, że można poczuć się jak rozradowany poznawaniem w nowy nieznany sposób swojego ukochanego Uniwersum dzieciak, to w tej liczącej około 200 stron pracy można nabyć przydatnej (lecz tylko wybranym fanom rozumiejącym to Uniwersum) wiedzy. Nostalgicznie, kolorowo, urozmaicenie: niekiedy podawane dane w tym ,,absolutnym" opracowaniu wywoływały ten uśmiech na twarzy i zdziwienie typu ,,niesamowite, nie miałem o tym pojęcia. Taki szczegół a jak cieszy!”, niekiedy jednak jedynie wzbudzały śmiech i lekko ironiczne odczucia, jakby te a te dane o danym elemencie Star Wars się wiedziało. Kupcie, czytajcie, doświadczajcie, ale nie marudźcie!
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na 7 1 rok temu

Cytaty z książki Leksykon filmów postapokaliptycznych. Tom 1

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Leksykon filmów postapokaliptycznych. Tom 1