Ktoś kiedyś powiedział, że George Lucas, co wcale nie wydaje się dziwne... nie jest człowiekiem, że jest to swego rodzaju ,,abstrakcyjna forma życia, która została stworzona przez samo serce Wszechświata, i która ponad wszystko, zgodnie z superdeterministyczną wolą Kosmosu, miała narodzić się w tym a tym momencie, aby dać ludzkości Gwiezdne Wojny". Jak najbardziej jest to słuszny pogląd czy też stwierdzenie - ,,stwierdzenie”, bo wkład papu Lucasa w rozwój nie tylko swej marki, co jest logiczne, ale przede wszystkim w ewolucję i rozprzestrzenienie się gatunku fantastyki naukowej w filmie, a potem serialu i jeszcze jeszcze dalej w popkulturze, jest nie do opisania. Dobra nasza, że ta nadrzędna siła sprawcza postanowiła dać Światu George’a, który ze swojego na swój sposób mocno indywidualnego w przemyśle kinematograficznym myślącego umysłu był w stanie wykreować bodaj najsłynniejszą, najbardziej rozpoznawalną, tą mocno kojarzoną z przestrzenią kosmiczną, opowiadaną obecnie każdą możliwą formą rozrywki, markę kreującą fantastyczne fikcyjne Światy – przestrzenie osadzone w trzonie nurtu sci-fi z różnymi podgatunkami w tle… Markę i Światy zwane Gwiezdnymi Wojnami.
Z osobą George’a Lucasa, jako jedną z najsłynniejszych, najbardziej rozpoznawalnych sylwetek (nie tylko w szeroko pojętej popkulturze, ale i w kategoriach zasług dla budowy dziedzictwa kulturowego ludzkości), jakie kiedykolwiek się narodziły, ba!, jakie kiedykolwiek się narodzą, wszystko to, co powstało pod sztandarem gwiezdnowojennej treści zawdzięcza się jemu, nawet jeśli założymy, że ,,jego dziecko”, jego franczyza obecnie licząca sobie 48 lat, po 2012 roku została kreowana przez twórców Disneya a George odtąd z Gwiezdnymi Wojnami przestał mieć cokolwiek wspólnego, w tym najbardziej ,,brak jakiejkolwiek kontroli” nad procesem realizacji planów marki. Nawet w 2025 roku ci, którzy pracują nad planem rozszerzania Kanonu Uniwersum SW poprzez tworzenie licznych seriali, filmów, książek, komiksów i całej masy ,,contentu” tego Świata, wciąż inspirują się ,,lucasowością!”, czyli niezrównanym Georgem Lucasem i wszystkim tym, co nam dał. Na papierze może i tak nie jest, ale w tak zwanym ,,realu” to już inna śpiewka: Pan Lucas wciąż nad gwiezdnowojennymi treściami czuwa – jeśli nie robi tego bezpośrednio, przynajmniej w rozwój Światów SW angażuje się na tyle, na ile jest w stanie. W ten sposób traktujemy ,,lucasowość” Gwiezdnych Wojen jako legendę, jako coś, co stworzyło wokół siebie mit, w który, co nie jest jakąś wydmuszką i szukaniem półprawd i sztucznego poklasku w kierunku marki Star Wars, wciąż i wciąż, i tak prawie po kres czasu, niestrudzenie wierzą zwykli ludzie jak i geecy na całym świecie, Mówiąc krótko Uniwersum „Star Wars” to jeden z najniezwyklejszych popkulturowych bytów, ot okrywających warstwą swej niezwykłości płaszczyzn rozrywki, jakie kiedykolwiek się narodziły. To fascynujący mikrokosmos relacji, który żyje niczym niezależny organizm, karmiąc się i rozwijając o tego typu zależność: trwanie w nieskończonej pętli bez początku i końca, w relacji popyt – podaż, gdzie chęć doświadczenia starwarsowego produktu nakłania jego twórców i inwestorów do tworzenia więcej, ale pod gust i w kierunku w miarę wyczekiwanej jakości treści, a to z kolei wprawia odbiorcę w nastrój jeszcze większej chęci konsumowania towarów spod znaku galaktycznych wojaży Gwiezdnych Wojen.
Będę to powtarzał, czy pisał zawsze, gdy będę omawiał cokolwiek związanego z ukochanym pro-lucasowskim, funkcjonującym od 1977r., a od 2014 roku w tzw. Kanonicznym Świecie: Star Wars to nie tylko jakaś tam firma ba!, nawet i ,,Superkorpo”, ale przede wszystkim to ikona popkultury, marka, znak, potężny, jakby indywidualny i samowystarczalny ,,Świat rozrywki”, który będzie trwać w historii ludzkości ,,baaaaardzo, bardzo długo”. Wszechświat relacji, fantastycznych wątków, miriadów planet i licznych stworzeń, ponadczasowej idei dualistycznej, iście baśniowej, walki dobra ze złem - Wszechświat, który zdaje się jest w stanie mimo ostatnio słabego marketingu i braku powodzenia u fanów na całym świecie, nadal zaskakiwać ludzi w sposób przez nich nieoczekiwany, co samo z siebie z kolei doprowadza do tego, że Gwiezdne Wojny mogę się pochwalić jednym z najbardziej aktywnych i najliczniejszych fandomów w historii popkultury. Bo starwarsowi entuzjaści to symbol to, że poza ogólną sferą komiksu superbohaterskiego czy horror lub sci-fi mocne zainteresowanie danej osoby tym Uniwersum kojarzy się z ,,totalną nerdozą” i tą typową prawie tak samo mega geekowską jak w owych komiksach właśnie fascynacją. A z tej fascynacji rodzi się pasja do dzielenia się... swoją pasją – od zwykłych pogaduch między ,,starwarsowymi miłośnikami” np. na forach internetowych lub konwentach po tworzenie dość specyficznych, zatwierdzonych przez Lucasfilm Ltd. opracowań - ,,opracowań przez duże O”, dokładnie i z pomysłem projektowanych przez geeków, ale tych mających dodatkowo sporo wspólnego z marką poprzez styczność z nią w jej środowisku. W ten sposób powstała jedna, co uznaję ją również osobiście, z najdziwniejszych i najbardziej bogatych w typowe ciekawostki i dane ilościowe encyklopedii ilustrowanych dotyczących jakiegoś Świata tematycznego z danego gatunku/gałęzi popkultury. I do teraz, do momentu kreślenia tego tekstu, zastanawiam się ,,dlaczemuż to!” nie słyszałem o tym tytule dużo, dużo wcześniej, o tej pro-geekowskiej publikacji. Dziękować opatrzności, że ,,Star Wars. Absolutnie wszystko, co musisz wiedzieć”, jako ta specyficzna encyklopedia galaktycznych wojaży na Moc i Miecze Świetlne, wpadła w moje ręce.
Do sięgnięcia po ,,Absolutnie wszystko…”, o której to encyklopedii w tej recenzjo-opinii mowa, nie ukrywam, najbardziej skłonił mnie krótki dokument pt. ,,Technologia Gwiezdnych Wojen” z 2007 roku, który obejrzałem gdzieś na jakimś playerze w sieci. Około 45 min dość ciekawych informacji, danych, materiałów archiwalnych i zakulisowych pokazujących to, jak rozwijał się ten Świat, ta Galaktyka!, w materii filmów w oparciu o użycie w nich odpowiednich, nowych technologii. To był krótki dokument, ale na tyle inspirujący, że coś mnie tchnęło do poszukiwań jakichś publikacji dotyczących tej marki, które omawiałaby jej rozwój, jej historię w oparciu o rozmaite tytułu dużego ekranu etc. – po prostu musiałem dostać w swoje fanowskie ręce jakąś encyklopedię, poradnik, album – coś o konkretnej dozie wiedzy, faktów, coś zwanego ,,omówieniem” lub ,,opracowaniem”. Długo szukać nie musiałem - ,,złoty strzał” sprawił, że ów przewodnik wydany w Polsce za pośrednictwem Egmont Polska znalazł się na liście zakupowej, po chwili w koszyku w jednej z księgarni internetowych, a po kilku dniach wpadł w moje wygłodniałe wiedzy ręce. I jako ten wierny pośród wiernych, ,,znerdziałych” fanów marki "Star Wars", geek, po dość długiej, wielodniowej łącznie lekturze tej publikacji, przyznaję to teraz, będę to mówił i pisał jutro i w przyszłości: nawet sama Moc to potwierdza, wraz ze mną, ,,Absolutnie wszystko…” spisało się na medal – ten chaos konstrukcyjny, te nalane obrazek koło obrazka, kadr po kadrze informacje, ta ich zaskakująca dziwnie rozmieszczona ilość – czuć w tym opracowaniu (mimo tego dziwnego chaosu!) prawdziwą pasję, naturalność tworzenia i pomysł! Czyli jak widać, da się zainteresować Gwiezdnymi Wojnami świeżo oraz niekonwencjonalnie, czyż nie? Da się wzniecić tą iskrę ciekawości tą marką u fana, który o niej trochę zapomniał? Tak, jak najbardziej da!
Mimo iż w opracowaniu, które o ,,starwarsach” wydało w Polsce nasze jak zawsze w pełni przygotowane na wypuszczanie rozmaitych encyklopedii na rynek (bo ta firma robi to niezwykle dobrze!) wydawnictwo Egmont, a które ogólnie zostało napisane przez wielu autorów (M. Kogge, A. Bray etc.) jest praktycznie… wszystko, to nie każdy, kto doświadczy tej ,,specyficznej fanowskiej Biblii gwiezdnowojennych danych”, z tego jak to zostało zaprezentowane będzie na swój sposób zadowolony. Bo ta zabawa treściami i stylem ich przekazania w tym przypadku może zarówno przyprawić o ból głowy (tak, nie każdy z nas zaakceptuje w publikacji, mówiąc dość ironicznie głosem wielu narzekających geeków: nachalną nalaność pstrokatych dymków, różnych krzywizn, wzorków, gdzie wpisane są informacje czy dane tekstowe, także towarzyszących temu grafik wokoło czy na tle rozciągniętym zdjęciu z filmu lub kadrze z animacji, które to obecne są od pierwszej do ostatniej strony, niczym uciążliwe ,,reklamy popup"), jak i tego… bólu pozbawić: otwarty na wyzwania i nowości w postaci stylu przekazania starwarsowej wiedzy fan z wielką chęcią przyjmie na klatę tą fizyczną formę zagwozdek z Uniwersum, z sosem na finiszu w postaci prostych stosunkowo zdań i słów, które te dane tworzą. Generalnie odnosząc się do owych ciekawostek i tak zwanego fanowskiego ,,lore” – w opracowaniu zbiorowym ,,Absolutnie wszystko co musisz wiedzieć”, które tyczy się Galaktyki Star Wars tak szeroko tematycznie (od preprodukcji po gotowy produkt jak film, książka czy serial lub gra video!) jak tylko się da, mamy kawał solidnego rzemiosła ,,twórczo-encyklopedycznego”. Łopatologia stosowana każe mi to skomentować: jest nieźle, i chyba dużo dużo lepiej w niektórych segmentach, jak np. w tych dotyczących floty, armii, jak np. Armii Klonów, jej uzbrojenia czy stricte tego samego ale w odniesienia do Imperium lub Republiki lub Separatystów. To wlaśnie są te ,,ilościowo” najlepsze rozdziały - ,,ilościowo", bo zaskakujące nas sporymi danymi i liczbami. Natomiast ,,jakościowo", czyli pod względem ilości przekazanych informacji w encyklopedii i sposobie ich przekazania adekwatnych do tego co i odnośnie czego się przekazuje, góruje duży rozdział pracy, segment zwany ,,Dziwne i cudowne istoty”. Niepotrzebny natomiast był, stanowiący raczej materiał promocyjny niżeli dawkę tych ,,mięsistych” geekowskich informacji, cykl danych o ,,Nowej Erze” Galaktyki, czyli o wszystkim tym, co miał ukazać rozpoczynając opowieści Gwiezdnych Wojen w Sadze Skywalkerów w Nowej świeżej Trylogii film ,,Przebudzenie Mocy”, ot tytułowy Epizod VII Uniwersum. Te treści to jedynie drobna zachęta do zainteresowania się zupełnie nowym ,,lore” przez miłośników najlepszej w świecie ,,starwarsowości”.
Zapoznając się z danymi ,,absolutnie!” poprawnej, ale nie aż tak doskonałej jak mogłoby się wydawać wydaniem tej znanej nam ,,galaktycznej encyklopedii" o dziedzictwie Lucasa i daleko, daleko poza - publikacją z nutką ,,graficznej pstrokatości”, niczym z albumu jakiejś zbierającej wycinki z kolorowych gazet małolaty, która to dość oryginalnie przedstawia nam podstawy i niekiedy krótkie i jakby rozszerzające Wszechświat marki, zaskakujące dane liczbowe i informacyjne, niczym jak z dokładnego typowo prowadzonego akademickiego podręcznika, pt. ,,Star Wars. Absolutnie wszystko co musisz wiedzieć”, faktycznie nie dość, że można poczuć się jak rozradowany poznawaniem w nowy nieznany sposób swojego ukochanego Uniwersum dzieciak, to w tej liczącej około 200 stron pracy można nabyć przydatnej (lecz tylko wybranym fanom rozumiejącym to Uniwersum) wiedzy. Nostalgicznie, kolorowo, urozmaicenie: niekiedy podawane dane w tym ,,absolutnym" opracowaniu wywoływały ten uśmiech na twarzy i zdziwienie typu ,,niesamowite, nie miałem o tym pojęcia. Taki szczegół a jak cieszy!”, niekiedy jednak jedynie wzbudzały śmiech i lekko ironiczne odczucia, jakby te a te dane o danym elemencie Star Wars się wiedziało. Kupcie, czytajcie, doświadczajcie, ale nie marudźcie!
Opinia
„Leksykon filmów postapokaliptycznych” to pozycja podwójnie zasługująca na uwagę. Raz, że należy do nielicznych przypadków, gdy książka wydana w self-publishingu nie ustępuje w najmniejszym stopniu jakością profesjonalnym wydawnictwom ‒ począwszy od estetyki okładki, przez staranność opracowania redakcyjnego, aż po jakość wydania. Dwa, że w odróżnieniu od przytłaczającej większości publikacji własnym sumptem ‒ często trudno odróżnialnych od wykwitów z kategorii vanity press ‒ mamy tu do czynienia z rzetelnie przygotowanym, bogatym kompendium popularnonaukowym. Ma ono wartość zarówno dla filmoznawców, jak krytyków filmowych, i wreszcie dla fanów.
W obszernym wstępie do „Leksykonu…” autor przedstawia genezę i proces ewolucji tej odmiany fantastyki, a równocześnie nakreśla granice, w ramach których będzie się poruszał w dalszej części opracowania (i wyjaśnia, dlaczego pomija filmy ukazujące świat po apokalipsie zombie ‒ tym poświęcony będzie odrębny artykuł w drugim tomie). Rdzeń książki stanowi zestawienie ponad 180 produkcji ‒ od tych z numeracją w nazwie, aż do litery „O” ‒ od tych najsłynniejszych, po rzeczy niszowe, zapomniane i niekiedy zaskakujące. Wbrew tytułowi, są tu zaprezentowane nie tylko filmy, ale również seriale, co dodatkowo zwiększa walory „Leksykonu…”. Horowski pisze rzeczowo, przystępnie i ciekawie, posiłkując się bogatą bibliografią. Równocześnie widać u niego rzadką w podobnych opracowaniach dbałość o fana, która objawia się m.in. dodatkowym oznaczeniem haseł, w których treści znajdują się istotne spoilery fabularne oraz umieszczeniem na końcu książki spisu tytułów z kratkami, w których czytelnik może zaznaczyć obejrzane już pozycje.
Jedyne, czego „Leksykonowi…” brakuje, to ilustracje, można się jednak domyślić, że ich zamieszczenie znacząco zwiększyłoby cenę książki. Biorąc pod uwagę całokształt, jest to brak w pełni wybaczalny.
[recenzja opublikowana oryginalnie w "Nowej Fantastyce" 02/2018]
„Leksykon filmów postapokaliptycznych” to pozycja podwójnie zasługująca na uwagę. Raz, że należy do nielicznych przypadków, gdy książka wydana w self-publishingu nie ustępuje w najmniejszym stopniu jakością profesjonalnym wydawnictwom ‒ począwszy od estetyki okładki, przez staranność opracowania redakcyjnego, aż po jakość wydania. Dwa, że w odróżnieniu od przytłaczającej...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to