Gorzkie cytryny Cypru. Opowieść o wyspie i ludziach

Okładka książki Gorzkie cytryny Cypru. Opowieść o wyspie i ludziach
Lawrence Durrell Wydawnictwo: Świat Książki biografia, autobiografia, pamiętnik
223 str. 3 godz. 43 min.
Kategoria:
biografia, autobiografia, pamiętnik
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Bitter Lemons of Cyprus
Data wydania:
2010-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2010-01-01
Liczba stron:
223
Czas czytania
3 godz. 43 min.
Język:
polski
ISBN:
978-83-247-1787-3
Tłumacz:
Małgorzata Szubert
Średnia ocen

                6,5 6,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Gorzkie cytryny Cypru. Opowieść o wyspie i ludziach w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Gorzkie cytryny Cypru. Opowieść o wyspie i ludziach

Średnia ocen
6,5 / 10
54 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
187
19

Na półkach: , ,

Czasem nie trzeba czytać fantastyki, aby przenieść się w zupełnie inny świat. Durrell opowiada o świecie, którego nie ma i już nigdy nie wróci. Książka bardzo źle się zestarzała, a autor nie wyprzedzał swojej epoki. Kolonializm i imperialna wyższość Brytyjczyków przejawia się tak mniej więcej co 10 stron. Co przerażające, na Cyprze w latach 60 XX w. znaczny odsetek kobiet nie potrafił czytać i pisać, co pokazuje jak Londyn traktował swoje kolonie. Mimo wszystko, książka jest dobrze napisana, znacznie lepiej niż wiele współczesnych reportaży.

Czasem nie trzeba czytać fantastyki, aby przenieść się w zupełnie inny świat. Durrell opowiada o świecie, którego nie ma i już nigdy nie wróci. Książka bardzo źle się zestarzała, a autor nie wyprzedzał swojej epoki. Kolonializm i imperialna wyższość Brytyjczyków przejawia się tak mniej więcej co 10 stron. Co przerażające, na Cyprze w latach 60 XX w. znaczny odsetek kobiet...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

151 użytkowników ma tytuł Gorzkie cytryny Cypru. Opowieść o wyspie i ludziach na półkach głównych
  • 88
  • 61
  • 2
17 użytkowników ma tytuł Gorzkie cytryny Cypru. Opowieść o wyspie i ludziach na półkach dodatkowych
  • 10
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Gorzkie cytryny Cypru. Opowieść o wyspie i ludziach

Inne książki autora

Lawrence Durrell
Lawrence Durrell
Brytyjski pisarz, poeta i dramaturg; brat pisarza Gerarda Durrella.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Dom żółwia. Zanzibar Małgorzata Szejnert
Dom żółwia. Zanzibar
Małgorzata Szejnert
(2011) Ludzie i domy Zanzibaru. Zamysł autorki (1936) był taki, aby opowiedzieć historię wyspy poprzez życiorysy osób związanych z Zanzibarem: tych, którzy tam przyszli na świat lub spędzili pokaźną część swojego życia – zawodowego i prywatnego – a także tych, dla których wyspa była główną bazą wypadową lub zaledwie jednym z odwiedzanych portów*. Przypomina duże nazwiska, które zapisały się w historii Afryki i świata, a jednocześnie ratuje od zapomnienia te mniejsze, żywe już pośród nielicznych, głównie podstarzałych krewnych, sąsiadów i lokalnych specjalistów. Przeplatają się wzajemnie, niekiedy w swych losach oddalając terytorialnie od tytułowej wyspy, zwłaszcza na początku książki (ze Stanleyem zawędrujemy aż do Konga, z Livingstone’em będziemy podróżować wzdłuż Zambezi). Dopiero od krwawej rewolucji roku ‘64, bardziej zdecydowanie trzymamy się Zanzibaru, i tok wydarzeń sprawia wrażenie istotniejszego niż losy poszczególnych bohaterów. Typowo reporterski patent opowieści o historii i przemianach politycznych poprzez skupienie na losach wybranych bohaterów, z różnych warstw społecznych, nie został tu w pełni prawidłowo wykorzystany, bo autorka skupią się również na żywotach prowadzonych poza Zanzibarem, z marginalnym związkiem z samą wyspą, w których włości sułtana znikają daleko za horyzontem... Butny Stanley i dr Livingstone to ciekawe postacie, ale pod kątem konstrukcyjnym, autorka poświęca im zbyt wiele miejsca – tak jakby była to książka na inny temat (o początkach europejskiej kolonizacji i zapełnianiu ostatnich białych plam, w środkowej i wschodniej Afryce). Opowieść rozpoczyna się stosunkowo późno, kiedy Zanzibar jest już terytorium zależnym od Omanu (tj. po 1698 r.), a kończy w roku 2010 (jak można się domyślać, w czasie ostatniej wizyty reporterki). Brakuje wprowadzenia historycznego**, kilku zdań na temat pierwotnych mieszkańców, perskiej i arabskiej kolonizacji***. Wystarczyłaby jedna strona, albo dłuższe zdanie. ______________________ * Ośrodkiem handlu niewolnikami, skąd płynęli dalej do krajów arabskich, lub trafiali na lokalne plantacje goździków. ** Krótka historia Zanzibaru: https://pl.wikipedia.org/wiki/Zanzibar_(autonomia)#cite_note-PWN-1; https://pl.wikipedia.org/wiki/Zanzibar_(wyspa) *** Gdyby tego nie pominięto, nazwa Partii Afroszyrazyjskiej (Afro-Shirazi Party), która nieprzypadkowo zawiera w sobie znajomo brzmiącą nazwę perskiego miasta, byłaby bardziej zrozumiała dla przeciętnego odbiorcy. (Odwołanie do perskiego osadnictwa pojawia się tylko raz, przy okazji opisu ruin, identyfikowanych jako pozostałość po ludności irańskiej). Skoro ruch polityczny obrał sobie taką nazwę, musi się to w jakiś sposób przekładać na autoidentyfikację części czarnych Zanzibarczyków, być elementem pewnej narracji tożsamościowej, a zatem czymś istotnym, o czym warto by napisać. Niestety temat jest niepodjęty. „The Afro-Shirazi Party (ASP) was an African nationalist and socialist Zanzibari political party formed between the mostly Shirazi Shiraz Party and the mostly African Afro Party” (https://en.wikipedia.org/wiki/Afro-Shirazi_Party). O Szirazyjczykach (Mbwera): „Modern academics reject the authenticity of the primarily Iranian origin claim, although recent genetic evidence points towards noticeable Iranian admixture. They point to the relative rarity of Iranian customs and speech, lack of documentary evidence of Shia Islam in the Muslim literature on the Swahili Coast, and instead a historic abundance of Sunni Arab-related evidence. The documentary evidence, like the archaeological, »for early Persian settlement is likewise completely lacking«”(https://en.wikipedia.org/wiki/Shirazi_people). • Językowo: 8/10 – czyta się naprawdę dobrze. Pod kątem informacyjnym: 7/10 – ciekawa. W oparciu o lekturę, można zyskać podstawy niezbędne do zrozumienia lokalnej historii i powiązania z procederem niewolnictwa (nawet pomimo braków, przemilczenia okresu sprzed arabskiej kolonizacji, oraz tego, jak ta przebiegała na przestrzeni stuleci). Napisanie książki wymagało zapoznania się z dużą ilością materiałów, odbyciem wielu rozmów, a liczne przypisy sugerują skrupulatność i rzetelne podejście. (W materiale promocyjnym wydawnictwa Znak z 2011, autorka wspomina, że kilka lat przed podjęciem tematu nie widziała nawet gdzie leży Zanzibar [https://www.youtube.com/watch?v=Ag6ctCag7ns]. Pisząc tę książkę nadrobiła zaległości z nawiązką). Konstrukcyjnie, patrząc na tekst pod względem obranej koncepcji: 5/10 – młodszemu reporterowi, bez wyrobionego nazwiska, raczej zwrócono by uwagę odnośnie zaburzonych proporcji, odejścia od tematu i pominięcia istotnego wprowadzenia historycznego. Summa summarum: 6.5 lub naciągane 7/10. Warto przeczytać (jeśli skupiamy się na walorze informacyjnym – ten jest wysoki, nawet pomimo pewnych luk; natomiast konstrukcyjnie to i owo poszło źle, wymknęło się spod kontroli, i nie jest to dobry wzór dla adeptów sztuki reportażu). • Małgorzata Szejnert*: „Podczas pierwszego nurkowania [u wybrzeży Zanzibaru], spotkałam, na głębokości mniej więcej dwudziestu metrów, dwa ogromne żółwie zielone. […] To było tak cudowne, te-te żółwie, które się poruszały jak bańki mydlane... […] żółw zielony, może złożyć jaja, tylko tam gdzie przyszedł na świat. […] I zdałam sobie sprawę, że te żółwie – jeżeli to były żółwice – które widziałam, w wodzie, to one nie mają przed sobą wielkiej szansy złożenia jaj na Zanzibarze, dlatego że, cała plaża – jest pełna ludzi, że… zabudowuje się hotelami, te hotele są otoczone murami, i właściwe jest niewielka szansa, że jeżeli żółwica przyszła tu na świat, to będzie mogła w tym miejscu złożyć jaja […]. […] zaczęłam więcej myśleć o powierzchni Zanzibaru, niż o tym co jest w wodzie. I, pojechałam przede wszystkim obejrzeć ten Zanzibar. […] Pojechałam do stolicy Zanzibaru […] i zobaczyłam tam, zdumiewające rzeczy. Zobaczyłam, stare pałace posułtańskie, zobaczyłam dom z którego Livingstone wyruszał w jedną ze swoich wypraw, i inny dom w którym złożono jego zwłoki, jak…. umarł w Afryce i trzeba go było przewieźć je do Anglii. Zobaczyłam, miejsca w których kupował koraliki Stanley […]. Zobaczyłam miejsce po dawnym targu niewolników, gdzie zbudowano katedrę anglikańską. Zobaczyłam stary letni pałac w którym wychowała się księżniczka Salme, która potem uciekła do Europy ze swoim niemieckim... kochankiem a potem mężem […]. Zobaczyłam… wielki gmach, w którym urzędował jako [francuski] konsul, w XIX wieku, polski poeta romantyczny Henryk Jabłoński. I zdałam sobie sprawę, że Zanzibar jest miejscem niezwykle ważnym dla świata. O którym my właściwe, no ja w każdym razie, prawie nic nie wiedziałam. […] Pracowałam dwa lata nad tym. Byłam trzy razy na Zanzibarze. […] I książce dałam tytuł Dom żółwia. Dlaczego Dom żółwia? Dlatego, że… przejęłam się bardzo bezdomnością tego żółwia. I zdałam se sprawę, że ta bezdomność jest… niezwykle symboliczna dla całego Zanzibaru. To była bezdomność niewolników. To była później bezdomność elit arabskich które zostały podczas rewolucji przegnane z Zanzibaru. To jest dzisiejsza bezdomność ludzi z wiosek, które są wypychane przez przemysł turystyczny. Czy ci ludzie są wypychani z tych wiosek, wioski są spychane, przez wielkie hotele, przez jakieś korporacje międzynarodowe prowadzące ten… także tak się stało, że podczas pierwszego nurkowania złowiłam temat, który […] zyskał efekt w postaci tej książki”**. _______________________ * W roku, w którym książka poszła do druku, autorka miała 75 lat. ** Małgorzata Szejnert o Zanzibarze i swojej książce "Dom żółwia" [2011] https://www.youtube.com/watch?v=Ag6ctCag7ns (spisywane ze słuchu) • ‘64: MORD ZAŁOŻYCIELSKI CZARNEGO ZANZIBARU „– Czy wiadomo, gdzie znajdują się groby? – Nie, i nikt nie dociekał. To jest Afryka” (str. 329). „Masakra Arabów na Zanzibarze – masowe egzekucje, gwałty i tortury ludności arabskiej dokonane przez bojówki Partii Afroszyrazyjskiej i Umma oraz lokalną czarnoskórą ludność podczas rewolucji na Zanzibarze w styczniu 1964 roku. Nie jest znana dokładna liczba ofiar, historycy szacują, że zginęło ok. 13–20 tys. Arabów, a tysiące kolejnych zostało wygnanych do Omanu. Zdaniem niektórych naukowców, działania te nosiły znamię ludobójstwa [przepraszam, tu są jakieś wątpliwości?]. […] W efekcie zamordowano tysiące nieuzbrojonych arabskich cywilów. Wiele hinduskich sklepów zostało splądrowanych i spalonych, a niektórzy Hindusi (element miejscowej elity handlowej) zostali zabici. Majątki Arabów zostały wywłaszczone. Po ukierunkowanej rzezi tysiące kolejnych umieszczono w obozach, a później przymusowo deportowano do Omanu. Niszczone było również kojarzone z Arabami islamskie dziedzictwo Zanzibaru. Większość arabskich rękopisów znajdujących się w Archiwach Narodowych Zanzibaru została zniszczona. Na ulicach symbolicznie palono Korany, mimo że 98 procent populacji Zanzibaru stanowili muzułmanie. Zabijanie arabskich cywilów i grzebanie ich zwłok w masowych grobach zostały udokumentowane przez włoską ekipę realizującą w helikopterze sceny do dokumentu Africa Addio, a ta sekwencja filmu jest jedynym znanym, wizualnym udokumentowaniem zbrodni” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Masakra_Arab%C3%B3w_na_Zanzibarze). To mogłoby być w jakimś stopniu zrozumiałe, i jednocześnie spodziewane w latach ucisku, jeszcze 150-200 lat temu, w ramach spontanicznego zrywu, w odpowiedzi na realną potrzebę wolności, dramatyczne warunki życia, brak perspektyw... w ramach realnej walki o przeżycie. Ale po zniesieniu niewolnictwa? Tuż po ogłoszeniu niepodległości? Przy proporcjach społecznych w których czarni mają miażdżącą większość i mogą sparaliżować wyspę podczas zwykłego protestu? (Co zrobił PRL po tej czystce etnicznej? Nawiązał relacje dyplomatyczne z czarnym reżimem. Ręce opadają). • To co uderza odbiorcę podczas lektury, to znajomy model historyczny, typowy dla praktycznie całej postkolonialnej Afryki. Biali usuwają się w cień, przekazują władzę autochtonom – a ci rozpoczynają bratobójcze walki lub krwawe czystki etniczne. Jak u Orwella w Folwarku zwierzęcym, następuje zamiana miejsc: samozwańczy oswobodziciele stają się kastą pasożytniczą która wprowadza zamordyzm, usuwa jednostki niewygodne, piętnuje je lub brutalnie spycha na margines – w nędzę i zapomnienie; kwitnie korupcja, nepotyzm, układy i układziki. Zamiast sukcesu gospodarczego, jest głód i klepanie biedy. Fundamentalizm religijny nie pomaga, podobnie jak kompletny brak sensownej kontroli narodzin i nieprzemyślana, źle realizowana edukacja publiczna. Zapewne byłoby dla Zanzibaru lepiej, gdyby pozostał sułtanatem związanym z Wielką Brytanią. Gdyby stopniowo dochodził do pełnej demokratyzacji, zaczynając od wprowadzenia powszechnej, darmowej i obowiązkowej edukacji. Wykształcenia wielopokoleniowych, czarnych elit, lokalnych specjalistów i świeckich społeczników, sensownego zagospodarowania zajmowanej przestrzeni, zbudowania sieci trwałych połączeń gospodarczych, i wejścia w rolę pomostu między Afryką a światem islamu. Lokalna ludność i potomkowie niewolników nie ulegli arabizacji, nie pochłonęło ich muzułmańskie dziedzictwo, a jednocześnie, paradoksalnie – zachłysnęli się islamem. I dziś, ze szkodą dla siebie, swoich matek, żon, córek i sióstr, tworzą jedną z bardziej konserwatywnych, zacofanych społeczności. _______________________ * Nawet dziś, to co jest tam architektonicznie i kulturowo najatrakcyjniejsze, to pozostałości po potomkach przybyszy z Omanu i Brytyjczykach, stawiających budynki w stylistyce muzułmańskiej. • UWAGI (wyd. 2011): str. 19 – „siódmego – ósmego” (siódmego-ósmego); str. 27 – wówczas jeszcze nie indonezyjskich, Indonezja powstanie po II wojnie światowej; str. 62 – ta ozdoba (widoczna na sąsiedniej stronie) nie wygląda jak korona, to raczej splot roślinny; str. 66 – to nie ściana, ale rozwijane tło (sugeruje to specyfika pracy w zakładzie fotograficznym, oraz lewa strona zdjęcia); str. 70 – przesiedział się (przesiedział sobie?); str. 73 – po co pada tu bezsensowna uwaga o naturze śmierci, zdanie powinno się kończyć po słowach „potwierdza tę teorię”; str. 76 – Anglika (Szkota); str. 84-85 – na fotografii widzimy słupek do cumowania, to sugeruje że patrzymy na nadbrzeże, a być może pokład jednostki, nie wnętrze pokoju, w tle jest olinowanie (na str. 374, w spisie fotografii, czytamy, że mężczyzna znajduje się na pokładzie statku Malwa!); str. 100 – Anglikiem (Brytyjczykiem/Walijczykiem); str. 113 – Arabia Saudyjska powstała dziesięć lat po śmierci Kirka; str. 168 – „Stolica Zanzibaru, Zanzibar, leży, jak wiemy, na wschodnim brzegu wyspy Ungui” – miasto znajduje na zachodnim brzegu, po drugiej stronie cieśniny jest kontynent; str. 173 – Zambii (Rodezji Północnej); str. 181 – „[…] dzieci od trzech różnych żon” (...z trzech różnych żony?); str. 199 – „Boże, zbaw Królową”, tj. God Save the Queen, Boże, chroń Królową – „zbawić” to wg słownikowej definicji „ocalić, uratować, odkupić (od potępienia wiecznego)” (https://sjp.pl/zbawić) i w tym trzecim rozumieniu używa się go najpowszechniej, „save” to najczęściej zachować, zapisać, uratować; str. 210 – nie pochodzący (niepochodzący); str. 208 – przez (przed); str. 314 – niewielką-niewielki (brzydkie powtórzenie); str. 333 – kontynuacja wypowiedzi Matyldy od kolejnego myślnika (nawet jeśli są to osobne całości, nie ma powodu by nie skleić ich w jedną). Wszystkie przypisy, umieszczone na końcu książki, oznaczone są w tekście gwiazdkami (nie numerkami) – co za idiotyczny pomysł?
Gracjan - awatar Gracjan
ocenił na 6 8 miesięcy temu
Gdzieś dalej, gdzie indziej Dariusz Czaja
Gdzieś dalej, gdzie indziej
Dariusz Czaja
To nie jest literatura podróżnicza! Gdzieś dalej, gdzie indziej opisuje świat włoskiego Mezzogiorno - oprócz Apulii odwiedzimy też Neapol i Sycylię, ale daleko temu do tradycyjnych landszaftów, którymi często się raczymy m.in. w Czarnym. To najprawdziwszy, okraszony przyjemną erudycją i spokojnym tempem esej o tym, czym jest podróżowanie i obcowanie z kulturą. Czaja stawia na ogół i na myśl - zadania ma dwa - zrozumieć charakter i sens podróży w XXI wieku oraz zrozumieć, czym jest prowincja. Tym, którzy chcieli się dowiedzieć wszystkiego o Apulii nie da wiele, ale za to stworzy coś unikatowego dla każdej duszy skorej do filozoficznych rozważań tego typu natury. Autor opisuje własne przemyślenia i odczucia w trakcie podróży, grzebie w biblioteczce, zestawia i cytuje po swojemu ciekawsze fragmenty pisarzy na temat prowincji - do tej podróży dołączają choćby Mrożek, Eliade i Barthes. Nazwy miast, dzielnic, placów i kościołów są, i bardzo często są w piękny i unikalny sposób opisane, ale najczęściej pozostają tłem dla czysto eseistycznych rozważań (do czego zresztą D.C. się sam przyznaje). Nie jest to proza pozbawiona kolorytu - mimo tego, że nie jest to pigułka wiedzy o Mezzogiorno, a może właśnie dzięki temu, stanowi wartość dodaną. Czaja wchodzi do miejsc mniej lubianych, patrzy własnym okiem i wyszukuje tego, co nieodkryte, nieznane, niewyfotografowane na śmierć. Na szczególne uznanie zasługuje m.in. dość obszerny fragment o tarantelli. Gdzieś dalej, gdzieś indziej to coś pomiędzy popularno-naukowym esejem, osobistym pamiętnikiem, dziennikiem z podróży i, troszeczkę, literaturą podróżniczą. Trudno się na nią nastawić inaczej niż poprzez otwarcie głowy i wyzbyciem się oczekiwań co do tego, co "tam powinno być", ale dzięki swojej niejednoznaczności nie staje się konkurencją dla innych "materiałów" podróżniczych, ale ich naturalnym sprzymierzeńcem, który nam na te wszystkie kwestie otwiera nowe okno.
Michał - awatar Michał
ocenił na 8 1 rok temu
Dolce vita Jarosław Mikołajewski
Dolce vita
Jarosław Mikołajewski
Jarosława Mikołajewskiego znałem jedynie ze znakomitego i przejmującego reportażu „Wielki przypływ”. Ujął mnie tym, że potrafi na tak poważne problemy pisać bez patosu, egzaltacji i szantaży emocjonalnych a wręcz przeciwnie – subtelnie, delikatnie ale też dosadnie i bez owijania w bawełnę i popadania w skrajności. Tym chętniej sięgnąłem po jego opowiadania „Dolce Vita” by sprawdzić jak poradzi sobie w tej formie i przyznaję, że po raz drugi mnie bardzo pozytywnie zaskoczył. Wspólnym mianownikiem zbioru „Dolce Vita” jest miejsce akcji – Rzym, miasto w którym autor spędził kilka lat i które jest mu bardzo bliskie. Co też widać w jego opowiadaniach. A opowiadania te są bardzo zróżnicowane – czasem groteskowe jak np. „Szwedzki gil na Foli Imperiali” czy „Awizo” (ciekawa satyra na biurokratyzację), inne na poły fantastyczne, nierealne, coś z pogranicza jawy i snu (np. „Szklane domy” czy „Sztaby i gwiazdy”) jeszcze inne są pełne nostalgii i zadumy („Przemijanie”, „Grom z jasnego”). Są też niepojące („Telenowela”, „Susanna i starzec”) jak i zabawne, na swój sposób absurdalne („Dolce Vita”, „Przeprowadzka”). Autor znakomicie miesza ze sobą style i gatunki tworząc z tego wielobarwną mozaikę. Śmiało polecam zarówno miłośnikom Mikołajewskiego jak i miłośnikom opowiadań. Jedni i drudzy na pewno znajdą coś dla siebie. Opowiadania są na różnym poziomie aczkolwiek jak dla mnie nie ma w nim szczególnie słabych momentów. Pomimo wielu negatywnych opinii i zarzutów o „nierówność zbioru” dla mnie nie ma w nim opowiadania, które byłoby złe. Może przestałem być obiektywny w kwestii autora? Może to są po prostu piekielnie dobre opowiadania? A może i jedno i drugie…
Queequeg - awatar Queequeg
ocenił na 8 6 lat temu
Moja winnica Miriam Akavia
Moja winnica
Miriam Akavia
Ciekawie przedstawiony fragment rodzinnej historii Polaków-nie Polaków wyznania mojżeszowego. Używam takiego specyficznego słowotworu bo ta niejednolitość, wewnętrzne rozbicie to w moim odbiorze jeden z najważniejszych elementów, kreślonego przez autorkę obrazu tej bardzo licznej w przedwojennej Polsce społeczności. Społeczności Żydów i żydów. Polaków, wyznających judaizm, mających żydowskie korzenie i Izraelitów chwilowo choć chwila ta dla wielu trwała już kilka wieków, przebywających w Polsce. Spolonizowanych, całkowicie zasymilowanych i skrajnych syjonistów, całe życie z pokolenia na pokolenie czekających na powrót do wyśnionej ziemi obiecanej. Powrót, który większości nie był dany, a tych którzy go doczekali często głęboko rozczarował. Tacy rodzimi cudzoziemcy, zamknięci szczelnie w swoich odwiecznych sztetlach, w dziesiątym pokoleniu nie znający polskiego. I ci z przeciwnej strony, otwarci na świat, prący do przodu, szukający dla siebie miejsca w tym kraju, faktycznie rodzimym i w jego społeczeństwie. Są echa polskiego antysemityzmu, atak endeków na żydowską dzielnicę, niszczenie żydowskich sklepów, ławkowe getta na uczelniach. Brak choćby zarysu sąsiedzkiej zgody, normalnego, codziennego współżycia chrześcijan z żydami co w przedwojennej Polsce nie było wyjątkiem. W tej żydowskiej sadze praktycznie nie ma Polaków. Być może takie było życiowe doświadczenie autorki, wychowanej w rodzinie, zachowującej dystans czy wręcz izolację. Może to dlatego, że opowieść jest o Żydach i dla Żydów. Ja jednak odbieram to jak niedopełnienie obrazu. Historia niedopowiedziana do końca. Nie jest to powieść rewelacyjna, ale dość interesująca. Oczywiście wyłącznie dla tych, którzy lubią rodzinne historie z przeszłości.
ewafra - awatar ewafra
oceniła na 7 4 lata temu
Rok w podróży. Dzienniki pasjonatki Frances Mayes
Rok w podróży. Dzienniki pasjonatki
Frances Mayes
Rok w podróży... Ach, jak bym chciała móc pozwolić sobie na taki luksus! Podróże uwielbiam, a po Południu Europy w szczególności, więc z zainteresowaniem sięgnęłam po opowieść znanej pisarki. Frances Mayes zwiedza ze swoim mężem m.in. Hiszpanię, Portugalię, Francję, Grecję, Włochy, Maroko, Anglię... W niektórych miejscach jest pierwszy raz, inne zna nieźle (wszak przez jakiś czas mieszkała w Toskanii i wciąż ma tam dom). Podobała mi się spokojna narracja, jako że bohaterowie nigdzie się nie spieszą. Spacerują, odwiedzają galerie, zabytki, targowiska, lokale, dużo rozmawiają z poznanymi ludźmi... Własne wrażenia Frances Mayes przeplata ciekawostkami historycznymi. Dużo miejsca poświęca kulinariom - muszę przyznać, że nieraz ślinka mi leciała, gdy słuchałam tych opisów. Uwielbiam takie flaneurowe zwiedzanie, chociaż muszę przyznać, że zdarza mi się ono rzadko, bo zwykle chcę zobaczyć jak najwięcej, zwłaszcza że nie mam aż tyle czasu i pieniędzy na podróżowanie jak autorka:) Czemu zatem tylko ocena dobra? Niestety, sporo jest tu powtórzeń, zdarzają się opisy zbyt egotyczne, które najzwyczajniej w świecie mnie nużyły. Mimo tych wad, uważam lekturę za udaną. Była może nieco senna, ale miało to swój urok i doskonale mi się komponowało z ostatnimi upałami. Poza tym Danuta Stenka czyta tę książkę z wdziękiem i emocjami, więc na pewno na pozytywny odbiór miała wpływ jej interpretacja.
allison - awatar allison
ocenił na 6 6 lat temu
Barcelona Noir praca zbiorowa
Barcelona Noir
praca zbiorowa Santiago Roncagliolo Jordi Sierra i Fabra Audreu Martin Lolita Bosh Francisco González Ledesma Isabel Franc Valerie Miles
Kolejne miasto pokazane od tej ciemniejszej strony, tym razem piękna Barcelona. I kolejna już porcja mrocznych, nierzadko brutalnych opowiadań składających się na panoramę tej mniej przyjaznej odsłony Barcelony. Aczkolwiek muszę przyznać, że jednak „Meksyk Noir” było mocniejsze i bardziej dosadne. Jak każdy zbiór tak i ten składa się z bardzo różnych opowiadań nie tylko jeśli chodzi o styl ale i o poziom równości. Jak zwykle znalazły się w zbiorze rzeczy, które zupełnie mi nie przypadły do gustu („Na tym świecie i w tamtym czasie gdy umarła Mercedes” czy „Zagadka jej głosu”) ale było ich niewiele. Całość ogólnie uważam za bardzo dobrą. Co prawda nie ma w tym zbiorze niczego, co wybijałoby się ponad wszystko inne niemniej jednak było kilka jaśniejszych momentów jak np. „Płynne krokieciki”, „Ofiara”, „Cienie Brawnera”, „Wyższe sfery”, „Zerwać księżyc” czy „Chudy urok Chinki”. Są też dwa opowiadania – koniec końców ciekawe – ale nijak nie pasujące mi do klimatu noir a mianowicie „Klient ma zawsze rację” i „O policjancie, który kochał książki”. Moim zdaniem wyłamują się z konwencji i chociaż obie historie były całkiem interesujące tak jednak nie „współbrzmią” z resztą. Całość jak najbardziej polecam.
Queequeg - awatar Queequeg
ocenił na 7 5 lat temu
Greckie pomidory, czyli nowy dom na końcu drogi Mikael Backman
Greckie pomidory, czyli nowy dom na końcu drogi
Mikael Backman Joanna Nicklasson-Młynarska
Moja dozgonna miłość do Grecji ma różne oblicza. Czasem zwycięża grecka kuchnia, czasem podróże, choć ostatnio tylko palcem po mapie. Ale zawsze są to tematyczne książki, albumy i zakładki. Dlatego też nie mogłam oprzeć się historii Joanny i Mikaela, którzy na półmetku swojego życia postanowili przenieść się w świat swoich marzeń i fantazji. Zrealizowali bowiem pragnienie bycia bliżej, bardziej i przeżywania intensywniej. Zakupili dom w maleńkiej wiosce rybackiej Sigri, gdzie życie tętni w myśl greckiej zasady siga, siga, a poszczególne dni tworzą jeden nieprzerwany ciąg pięknej przygody. Wspomnienia, kłopoty i trudności z organizacją greckiego życia pozwoliły na spisanie tej fantastycznej opowieści, która niejednokrotnie spowodowała salwę śmiechu, wzruszenie, a bezwarunkowo zachwyt i maleńkie ukłucie zazdrości w serduszku. Z wielkim podziwem czytam zawsze historie ludzi, którzy mają w sobie pasję i ogromną odwagę na zostawienie za sobą dawnego życia i ruszenie naprzód ku przygodzie. Bo choć serce się wyrywa, to zawsze rozum i wszystko dookoła je stopuje. Cieszę się zatem szczęściem innych i w wyobraźni towarzyszę w każdym działaniu i aspekcie codzienności. W przypadku tej książki jest o tyle łatwiej, bo to greckie szczęście zobrazował wspaniale Andrzej Płoski, artysta plastyk, tworząc przepiękne akwarelowe grafiki. Mamy zatem kompletny obraz cudownego, sielankowego wręcz życia w społeczności, która nigdzie się nie spieszy i zawsze zdąży na czas. W myśl powiedzenia, które zasłyszałam od samych Greków: Grek rodzi się już zmęczony, a żyje po to, aby odpocząć. Pozostaje pozazdrościć luzu i skubnąć odrobinę tego przekazu dla siebie. A na pewno poczuć na własnej skórze podczas konsumowania Grecji i to nie tylko na talerzu. S'agapó Elláda💙🩵💙
Kamela21 - awatar Kamela21
ocenił na 10 8 miesięcy temu

Cytaty z książki Gorzkie cytryny Cypru. Opowieść o wyspie i ludziach

Więcej
Lawrence Durrell Gorzkie cytryny Cypru. Opowieść o wyspie i ludziach Zobacz więcej
Lawrence Durrell Gorzkie cytryny Cypru. Opowieść o wyspie i ludziach Zobacz więcej
Więcej