Nie wiedziałem (i nadal nie wiem) wiele o chrześcijaństwie w Japonii. Wszystko, co czytałem, to jeden rozdział w I tomie ,,Podróżników Pacyfiku'' (polecam!) i coś o polskich franciszkanach w Nagasaki podczas II Wojny Światowej. Dzięki temu jednak mogłem przystąpić do lektury bez obciążeń i związanych z nimi oczekiwań, np. co do oddania prawdy historycznej. Jeśli kogoś martwią możliwe rozbieżności i zakres fikcji, to wstęp do książki wystarczająco dobrze nakreśla to, co powinno być przed lekturą na ten temat wiadome. Choć można czytać i bez tego. Książka sama w sobie i tak pozwoli po prostu zanurzyć się i w fabułę, w klimat świata i wreszcie w zmagania bohaterów.
Na żadnym z tych pól książka mnie nie zawiodła, choć też nie zachwyciła. Oczywiście nie było to pisane po to, by czytelnik zauroczony fabułą pochłaniał ją na jednym tchu, ale i tak jedna rzecz mnie zastanawia. Może to wina mojej wrażliwości, ale troski i walki bohatera nie stały się (jeśli małe można z wielkim porównywać) moimi. A powinny, zmagania bohatera dotyczą w końcu spraw ekstremalnych: przywilejów i obowiązków kapłana-misjonarza żyjącego w ciągłym zagrożeniu swego zdrowia, życia i ostatecznie w zagrożeniu swej wiary — porzucenie której tak jest bliskie, jak głośne tytułowe milczenie. Nie można, nie powinno się o takich sprawach pisać tak, by to nie chwytało, lub tylko z trudem pochwytywało. Myślę jednak, że coś z tych walk niejeden na pewno czytelnik uczyni, w jakimś zakresie i głębokości, swoimi zmaganiami.
A choć większego wrażenia artystycznego książka mi nie uczyniła, to pozostawiła ze stosem pytań, które wcześniej stawiałem sobie tylko czysto teoretycznie, a teraz dotarło do mnie, że one kiedyś żyły i mogły palić.
Jaki jest więc stosunek Chrześcijaństwa i Buddyzmu? Czy różnice są tylko różnicami aspektów, sposobów ujmowania czegoś niepojętego, sposobów przyjmowania nieskończonych darów?
To zdecydowanie fundamentalne, ale są i pytania niższych stopni:
Jaka jest w ewangelizacji rola języka? Jaka wcześniejszych wierzeń? Czy religia japońskich chrześcijan to jeszcze religia, którą głosili misjonarze? Czy misjonarze mogli się godzić na wypaczenia? Jak jedni, a jak drudzy rozumieli ikony (obrazy)? Jak rozumieć akt podeptania wizerunku Jezusa czy Maryi? Czy nie błyszczał tam Japończykom jakiś powidok złotego cielca? Czy taka apostazja zewnętrzna jest tylko formalnym gestem, oddaniem cesarzowi tylko tego, co cesarskie?
Książka, to pewne, była napisana po to, by czytelnik co rusz się na te pytania natykał i je nie tylko zauważał, ale i by te pytania choć trochę w nim pożyły.
Na dowód, że to dobra książka, bo trochę pożyły — poniższe przemyślenia inspirowane książką, ale wyrastające również z innych lektur (jest trochę spojlerowania - ostrzegam!):
Dla Schleiermachera istota religii sprowadza się do tzw. oglądu wszechświata (koniecznie uczuciowego, afektownego), którego to oglądu uczestnikiem jest się, gdy postrzega się wszystko jako zależne od jakiejś nieskończoności, nieskończonej bytowej podstawy.
Podstawowy ogląd chrześcijański (wg. przywoływanego tu Schleiermachera najwspanialszy, najgodniejszy człowieka, ale zostawmy to) jest aktem, sprowadzającym się do 3 filarów: (1) w świecie jest zło, upadek, zepsucie dotykające wszystkie rzeczy, (2) wszystkie rzeczy dążą wzwyż, ku Bogu (trans-ascendencji), lecz (3) Bóg pomaga im w tym dążeniu, przyzwalając na jakieś zbawcze pośrednictwo między sobą a światem.
Tylko te trzy tworzą ogląd chrześcijaństwa, a ,,kto ten sam ogląd ma w swej religii za podstawę, jest chrześcijaninem bez względu na szkołę; religię swą historycznie może wywodzić od siebie lub kogokolwiek innego''.
Jest się chrześcijaninem wtedy, gdy ma chrześcijańskie doświadczenie wszechświata i żywi pewien typ emocji zarazem. Reszta jest dodatkiem, jest nim całe uniwersum dogmatyczne, ale i osoba Jezusa Chrystusa i jego nauka, ewangelia. To wszystko to tylko środek, by wyrazić opisany wyżej ogląd, wzbudzić afekt. Równie dobrze można to wyrazić opowieścią o Mahomecie czy właśnie Buddzie.
Buddyzm podziela dwa pierwsze filary, choć z oczywistymi różnicami względem chrześcijaństwa: ten świat jest odwiecznie zły, a nie dopiero stał się taki w wyniku jakiejś kosmicznej katastrofy, która obejmowała upadek aniołów i grzech pierworodny Adama i Ewy. Trzeci punkt na pewno jest problematyczny, bo czy takim pośrednikiem jest Budda w swoich wcieleniach? a może i bodhisattwowie? Skąd jest to, co Buddę czyni nim właśnie? Nie jest to raczej pochodząca od Boga łaska czy jakaś Jego emanacja, niemniej chyba taki Schleiermacher bardzo szybko uznałby buddyzm za całkiem dobry ersatz chrześcijaństwa, a może nawet za nieświadome chrześcijaństwo w odmianie całkowicie polegającej na samozbawieniu, samo-transcendowaniu. Na pewno jednak buddyjska świadomość powszechnego cierpienia i współzależności w powszechnym pragnieniu wyzwolenia i na w drodze do niego wystarcza, by miłosierdzie buddyjskie co najmniej zrównać z chrześcijańskim. (Zrównania takiego dokonują w każdym razie, bynajmniej nie bezinteresownie, książkowi mnisi buddyjscy i sam bugyo Inoue). Jak by wyglądała ewangelizacja ludności Japonii (i czym byłaby ta Dobra Nowina?), gdyby taka bardziej koncyliacyjna względem buddyzmu postawa dominowała wśród pierwszych misjonarzy tam wysyłanych? Jak bardzo punkt trzeci byłby sporny?
Ten niewzruszony trzeci filar jest jednak tym, o który rozbijało się też nieraz samo historyczne chrześcijaństwo i jego wyznawcy, i to na różnych poziomach. Po pierwsze, chcemy naszymi pojęciami uchwycić naturę tego pośrednika, tj. Jezusa Chrystusa, a to prowadziło do sporów dogmatycznych i schizm (chalcedońska). Po drugie, nawet zostawiwszy naturę Zbawiciela, pozostaje rozmaicie rozumiana, od Augustyna, do Pascala i dalej, kwestia osobistego zbawienia i jego ,,mechanizmów'': jeśli pomoc, Łaska, to jak bardzo jest ona konieczna? czy zawsze wystarczająca? Sam katolik Rodriguez pod koniec, w końcowej dyspucie z Inoue, zdaje się bronić swą ufność w moc Łaski i swą świadomość nieprzystawalności do tej mocy ludzkich wysiłków. Zawoalowany to dialog, ale takie nieco protestanckie odczytanie potwierdza sam autor w posłowiu.
Bugyo Inoue, spiritus movens wykorzeniania chrześcijaństwa z Japonii, z kolei raz jeszcze, nieotwarcie, ale chyba szczerze, podkreśla swój podziw dla tego, co w chrześcijaństwie zobowiązuje do szczerego wysiłku, nawet męczeństwa. Uznaje chrześcijaństwo za szkodliwe dla Japonii, ale podziwia i w swym podziwie, nawet jeśli wywodzącym się z autosoteriologicznych buddyjskich nawyków myślowych, bliższy jest katolicyzmowi niż sam były misjonarz Rodriguez. Jest to bliskość teologiczna, dyskursywna, zimna, z zewnątrz — lecz to może Inoue wystarcza? Wystarcza co najmniej do tego, by mógł uważać on ją za swe ostatnie zwycięstwo, nad kolejnym już padre, końcowe jego pognębienie.
Końcowe strony są więc w niemałym stopniu przygnębiające, ale też zaskakujące, bardzo niejednoznaczne, a jak mówi sam Endo, ,,japońska filozofia opiera się na niejednoznaczności. Niejednoznaczność zapobiega skostnieniu myślenia''.
Takiemu od-kostnieniu na pewno sprzyja ,,Milczenie'' Endo. I dobrze, trzeba iść, nie zatrzymywać się, bo (jak pisze Piotr Sikora) ,,Katechizm Kościoła Katolickiego na samym początku przywołuje intuicję Akwinaty: nie możemy określić, kim Bóg jest, ale wyłącznie, kim nie jest i jakie miejsce zajmują inne byty w stosunku do Niego (KKK: 43). Znaczy to, że cały korpus doktrynalny chrześcijaństwa (między innymi i sam Katechizm) nie powinien być rozumiany jako opis boskiej rzeczywistości, lecz jako drogowskaz wskazujący, że nasz Cel zawsze jest jeszcze dalej i określający mniej więcej kierunek drogi''.
Sama zaś końcówka to wspaniała wizja życia ludzkiego jako najwymowniejszego głosu Boga. Jeszcze raz posłużę się słowami Piotra Sikory: ,,osnową całej historii objawienia jest przekonanie, że Bóg nie ma w tym świecie swojego obrazu/wyrazu. Nie ma poza…człowiekiem samym. Pouczająca w tym względzie jest historia „złotego cielca” ulanego przez Izraelitów pod Synajem. [...] Jaka jest jednak reakcja Mojżesza na ten akt Izrealitów? Każe zetrzeć ów obraz (figurę) w pył. Ale to nie wszystko: pył ów każe zmieszać z wodą i wypić. Czemu? Może dlatego, by wskazać ludziom, że jeśli już mają szukać obrazu [lub głosu] Boga w świecie, to muszą szukać go w sobie (tam, gdzie znalazło się starte w pył złoto po wypiciu), Nowy Testament jeszcze radykalizuje tę tendencję. Obrazem Boga niewidzialnego okazuje się ten, o którym najprawdziwiej powiedzieć można: Oto człowiek''.
PS
O podobieństwach i różnicach chrześcijaństwa i buddyzmu napisano na pewno wiele, ale ja czytałem tylko (nie licząc pewnych esejów Ireneusza Kani) ,,Aspekty buddyzmu'' de Lubaca (SJ!) i szczerze tę pozycję polecam.
Opinia
Arcyświetnie napisana książka, pełna opisów okrucieństw i tragedii wojny, jej bezsensu. Co zaś się tyczy zakończenia - wiem, że niektórym osobom się ono spodoba, to wręcz irracjonalne zostanie wmielonym przez wojnę, to zawłaszczenie przez nią głównego bohatera. Mi - tak średnio przypadło do gustu.
Arcyświetnie napisana książka, pełna opisów okrucieństw i tragedii wojny, jej bezsensu. Co zaś się tyczy zakończenia - wiem, że niektórym osobom się ono spodoba, to wręcz irracjonalne zostanie wmielonym przez wojnę, to zawłaszczenie przez nią głównego bohatera. Mi - tak średnio przypadło do gustu.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to