Czarny jednorożec

Okładka książki Czarny jednorożec
Terry Brooks Wydawnictwo: Rebis Cykl: Magiczne królestwo (tom 2) fantasy, science fiction
285 str. 4 godz. 45 min.
Kategoria:
fantasy, science fiction
Format:
papier
Cykl:
Magiczne królestwo (tom 2)
Tytuł oryginału:
The Black Unicorn
Data wydania:
1996-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1996-01-01
Liczba stron:
285
Czas czytania
4 godz. 45 min.
Język:
polski
ISBN:
8371203675
Tłumacz:
Maciej Karpiński
Średnia ocen

                6,3 6,3 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Czarny jednorożec w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Czarny jednorożec

Średnia ocen
6,3 / 10
75 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
73
73

Na półkach:

Tak naprawdę trudno znaleźć jakieś wielkie minusy książki Brooksa. To dobrze zaplanowana i solidnie poprowadzona historia, z elementami wręcz detektywistycznymi. W mojej ocenie jest to także przykład znakomicie napisanego sequelu, który jest lepszy niż swój poprzednik. Tak naprawdę jedynym zarzutem wobec Czarnego jednorożce jest to, że nie zachwyca tak, jak by mógł. Brakuje mu tej iskry, która sprawia, że jakaś książka wypala w nas swoje piętno i nie pozwala o sobie zapomnieć jeszcze długo po zakończeniu lektury. Dla mnie to solidne 7/10, a miłośnicy jednorożców mogą sobie dodać jeszcze jeden punkt.

Tak naprawdę trudno znaleźć jakieś wielkie minusy książki Brooksa. To dobrze zaplanowana i solidnie poprowadzona historia, z elementami wręcz detektywistycznymi. W mojej ocenie jest to także przykład znakomicie napisanego sequelu, który jest lepszy niż swój poprzednik. Tak naprawdę jedynym zarzutem wobec Czarnego jednorożce jest to, że nie zachwyca tak, jak by mógł. Brakuje...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to video - opinia

Poznaj innych czytelników

185 użytkowników ma tytuł Czarny jednorożec na półkach głównych
  • 99
  • 85
  • 1
50 użytkowników ma tytuł Czarny jednorożec na półkach dodatkowych
  • 35
  • 6
  • 4
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Czarny jednorożec

Inne książki autora

Okładka książki Multiverse. Exploring Poul Andersons Worlds Karen Anderson, Stephen Baxter, Astrid Anderson Bear, Greg Bear, Gregory Benford, David Brin, Terry Brooks, C.J. Cherryh, Gardner Dozois, Bob Eggleton, Raymond E. Feist, Eric Flint, Nancy Kress, Larry Niven, Jerry Eugene Pournelle, Robert Silverberg, Harry Turtledove, Tad Williams
Ocena 8,5
Multiverse. Exploring Poul Andersons Worlds Karen Anderson, Stephen Baxter, Astrid Anderson Bear, Greg Bear, Gregory Benford, David Brin, Terry Brooks, C.J. Cherryh, Gardner Dozois, Bob Eggleton, Raymond E. Feist, Eric Flint, Nancy Kress, Larry Niven, Jerry Eugene Pournelle, Robert Silverberg, Harry Turtledove, Tad Williams
Okładka książki Unfettered Peter V. Brett, Terry Brooks, Jacqueline Carey, David Anthony Durham, Robert Jordan, Mark Lawrence, Naomi Novik, Patrick Rothfuss, Robert Anthony Salvatore, Brandon Sanderson
Ocena 9,0
Unfettered Peter V. Brett, Terry Brooks, Jacqueline Carey, David Anthony Durham, Robert Jordan, Mark Lawrence, Naomi Novik, Patrick Rothfuss, Robert Anthony Salvatore, Brandon Sanderson
Terry Brooks
Terry Brooks
amerykański pisarz fantasy.Choć Terry Brooks pisze głównie fantasy, jest również autorem kilku powieści na podstawie filmów. Ukończył Hamilton College oraz Washington and Lee University. Praktykował prawo zanim został pisarzem. Znany jest głownie jako autor cyklu Shannara. Jego pierwsza powieść Miecz Shannary (The Sword of Shannara), momentalnie stała się bestsellerem, mimo podobieństw do Władcy Pierścieni J. R. R. Tolkiena, które według niektórych czynią z tej ksiażki plagiat powieści Tolkiena.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Przejście Connie Willis
Przejście
Connie Willis
“A little while and I will be gone from among you, whither I cannot tell. From nowhere we came, into nowhere we go. What is life? It is a flash of a firefly in the night.” - Ostatnie słowa Crowfoot, Wodza Czarnych Stóp. Książka opowiada o naukowych badaniach nad doświadczeniami z pogranicza śmierci prowadzonych przez psychiatrę Joannę Lander oraz neurologa Richarda Wrighta. Jej lektura była dla mnie przeżyciem samym w sobie, pozostawiła niezmywalny ślad, który na dłużej będzie mi towarzyszył. Dokąd odchodzi nasza świadomość po śmierci i jaką funkcję z naukowego punktu widzenia przedstawia NDE (near-death experience)? Możliwe odpowiedzi odkryjecie na kartach tej powieści. Zacznijmy od oczywistego - tak, “Przejście” jest najbardziej przegadaną książką jaką w życiu przeczytałem, ale w tym szaleństwie zdecydowanie dostrzegam metodę. Było tu mnóstwo foreshadowing dotyczących przyszłych wydarzeń, informacji, które w rozdziałach końcowych mają fundamentalne znaczenie dla tego co obserwujemy, a charakterystyka bohaterów ukazana w ten gadatliwy sposób sprawiała, że zaczyna nam realnie zależeć na tych postaciach - ich przeżyciach, doświadczeniach - a ich determinacja i motywacje nabierają głębokiego, zrodzonego z uczucia i familiarności zrozumienia. Świat rzeczywisty przenika się z doświadczeniami “z pomiędzy” i metaforą sprawiając, że non-stop towarzyszy nam pytanie o sposób funkcjonowania ludzkiego mózgu, na ile możemy zaufać naszym przeczuciom oraz pamięci. Skoro już ten punkt mamy z głowy, pomówmy o zaletach. Na pewno nie spotkałem się z lepszym przedstawieniem metodologii naukowej i wyzwań jakie występują przy pracach badawczych w oparciu o wywiady personalne. Jesteśmy podatni na wiele błędów poznawczych, a jednym z nich i działającym najmocniej jest “efekt potwierdzenia”, o który bardzo łatwo gdy usiłujemy ustalić interesujący nas fakt. Samo cross-examination, porównywanie wielu pozornie niezależnych źródeł lub zmiennych na raz nosi ryzyko przypadkowego błędu wynikającego z naszej preferencji wobec określonych danych wyjściowych. Tak samo jest z korelacją i przyczynowością, wielokrotnie mylonych, bowiem potrafią wynikać z zupełnie niezależnej zmiennej. W “Przejściu” doświadczamy również innych przeszkód natury ludzkiej - czy osoba poddana badaniu może mieć powody by kłamać, czy może być ideologicznie zaprogramowana w celu ujrzenia określonych obrazów? Czy dopowiada sobie logiczny ciąg wydarzeń post factum? Czy wizje, których doświadczają pacjenci podczas NDE mogą wynikać z przenikania danych do naszego sensorium w sposób nieuświadomiony? Jaki wpływ może mieć sposób zadawania pytań na wynik obserwacji? I tak dalej i tak dalej. Mnóstwo było tego w pierwszej części tekstu (sama powieść dzieli się na 3 części) i zostało to pokazane perfekcyjnie. Nuda? Dla kogoś niezainteresowanego metodologią naukową i nauką sensu stricte na pewno, dla mnie to było coś naprawdę godnego uwagi, coś czemu się poświęca tak mało uwagi w powieściach science fiction (albo zbywa się jednym machnięciem ręki, jednym zdaniem, aby odhaczyć element wątpliwości), a tutaj opisano we wspaniały sposób to, jak możemy wielokrotnie błądzić na drodze naukowego poznania. Książkę powinny przeczytać wszystkie pseudonaukowe głąby chcące poprawiać naukowców siedząc na kibelku z telefonem w ręku. Drugą rzecz, za którą chciałbym pochwalić autorkę jest to, że podejmując się takiego tematu (który nie ukrywajmy, w społecznej świadomości ma dosyć religijne konotacje) do samego końca przedstawia naukę z należytym jej szacunkiem. Mam na myśli to, że autorka nie odlatuje w wishful thinking nawet w kulminacyjnych elementach powieści i choć wielokrotnie stawia czytelnika na tym rozdrożu między wiarą, a nauką, balansuje na granicy pomiędzy tym co wytłumaczalne, a tym co wymyka się naszej percepcji, to ani na chwilę nie odlatujemy w bełkot lecz obcujemy z wybitnie introspektywną, wielopoziomową, wysokich lotów realistyczną literaturą SF, która daje sporo do myślenia i zostawia nas w tym słodkim miejscu, w które celuje wielka proza - na pograniczu, na rozdrożu i zachęca nas do samodzielnej interpretacji wydarzeń. Trzecią rzecz, za którą muszę pochwalić “Przejście” jest finalny, trzeci akt powieści, który trzymał mnie w fotelu do późnych godzin nocnych. W drugim akcie autorka serwuje nam znakomity zwrot akcji, który wziął mnie całkowicie z zaskoczenia i sprawił, że nie potrafiłem odłożyć książki na bok, musiałem wiedzieć jak ta historia się skończy. I podoba mi się też jak autorka wybrnęła z tego ryzykownego manewru - nie po hollywoodzku, a z wielką dojrzałością i inteligencją. O postaciach już mówiłem, ale bardzo krótko: Maisie, mała dziewczynka o chorym sercu, która uwielbia historie o wielkich katastrofach i potrafi “grać na czas” by odwiedzający ją w szpitalu goście zostali z nią odrobinkę dłużej to najcudowniejszy dzieciak o jakim przyszło mi czytać w ostatnich latach. Rozkosznie dziecinna, bystra, pełna życia mimo poważnej choroby, zarażająca swoim humorem i osobowością wszystkich wokół siebie. No przesympatyczny dzieciak. Jest też staruszek, który ciągle konfabuluje opowieści z II wojny światowej i o ile już ten gagatek potrafi działać na nerwach czytelnika, to czasami muszę przyznać śmiałem się do siebie wyobrażając sobie jego i ludzi, którym nie daje spokoju. W ogóle w tej powieści jest dużo ciepła i humoru. Para naszych głównych bohaterów ma również przyjemne - tak bardzo nie-disneyowskie, niedzisiejsze, tylko prawdziwie zabawne - poczucie humoru, nie popadają jednak w karykaturę. Wcielanie się w ich umysły pozwala nam na eksploracje tematyki NDE pod wieloma kątami - od środka i od zewnątrz, poprzez oczy naukowca i poprzez oczy kogoś wybitnie spostrzegawczego i biegłego w interpretowaniu ludzkich zachowań. Wielka szkoda, że nie mogłem czytać tej książki w roku jej publikacji (2001), ponieważ byłaby ona jeszcze mocniej immersyjna. Dlaczego? Nie mogę wyjawić więcej oprócz tego, że pewien film odcisnął spore piętno w ludzkiej świadomości i w pewien sposób miał on pośredni związek z wydarzeniami rozgrywanymi w drugiej części “Przejścia”. Tak czy inaczej był to kolejny, interesujący zwrot akcji, który powoduje dodatkowe zainteresowanie. Co się dzieje ze świadomością gdy umieramy? Czy można opisać doświadczenie z pogranicza śmierci? Connie Willis robi wspaniałą robotę opisując te wszystkie wizje, próbując je objaśnić nauką tam, gdzie możliwe i wchodząc w dywagacje tam, gdy nasze zmysły każą nam sugerować, że te obrazy są bardziej rzeczywiste niż sny, że osoby doświadczające śmierci klinicznej mają wrażenie, że faktycznie gdzieś egzystowały podczas tych epizodów. Albo jak opisać wrażenie głębokiego przekonania o czymś, na co nie ma się żadnych dowodów? Przekonania tak pełnego, tak przeszywającego, nie dającego się opisać komuś, kto nie doświadczył tego samego. Jak opisać pewność bez zrozumienia źródła tej pewności? Connie Willis radzi sobie kapitalnie i z tym zadaniem. Chciałbym tutaj pochwalić również opisy z 3 aktu, ale musiałbym wejść w spoilery aby coś o nich powiedzieć merytorycznego - w każdym razie, były świetne! Każdy z 60 rozdziałów otwiera krótki cytat zawierający ostatnie słowa przed śmiercią różnych ludzi, którzy jakoś zapisali się w historii świata. Nie będę ukrywał, robi to wrażenie i dodatkowo podsyca klimat tej opowieści gdy się to czyta, gdy jesteśmy wciągnięci już w wir narracji i odkrywania tajemnic z pogranicza życia i śmierci. Dlatego postanowiłem zacząć tą opinię właśnie od przykładu, który dosyć dobrze to oddaje. Cała ta książka jest jednym wielkim doświadczeniem. Próbując ją przyporządkować do standardów literackich, rozczłonkowywać ją na czynniki pierwsze pisząc, że pewne fragmenty były niepotrzebne, a coś można by było skrócić tak naprawdę odbieramy tej powieści ten element, który nadaje jej realizmu. Bohaterowie natykają na ślepe uliczki, fałszywe tropy, błędy poznawcze, wyciągają fałszywe wnioski, podejmują złe decyzje, trafiają na niewłaściwy czas lub docierają w niewłaściwe miejsce. Wszechświat “ukrywa” przed nimi informacje, rzeczy martwe nie chcą współpracować, pamięć płata figle, nie wszystko idzie we właściwym kierunku - ale tak z perspektywy całości należy powiedzieć, że każda postać (nawet epizodyczna, może poza jedną) odegrała istotną rolę w zakończeniu, a wszystkie ślady prowadziły naszych odkrywców do poznania ostatecznej tajemnicy, jaką jest śmierć. Bo wiecie, w nauce nie uczymy się tylko z sukcesów, ale i porażek - i ta książka doskonale to ilustruje. Na poziomie metaforycznym pokazuje, ile przeszkód staje przed dokonaniem znaczącego progresu naszej wiedzy i jak istotne w tym wszystkim są porażki. Zakończenie jest świetne, sam bym lepiej tego nie wymyślił. Niezmiernie polecam lekturę osobom, którzy chcą mieć realistyczne podejście do tego tematu, a jednocześnie poczuć na swojej skórze ten dreszczyk związany z odkrywaniem czegoś ważnego i fantastycznego. Jest tu mnóstwo rzetelnej nauki i głębokiego researchu z dziedziny neurologii, są wyraziste postacie, są emocje, troska i cudowne objawienia na krawędzi niepoznawalnego. Jestem absolutnie pewny, że zamierzam przeczytać wszystkie pozostałe książki tej autorki (która to, jak dowiedziałem się przed kilkoma dniami, jest rekordzistką jeśli chodzi o główne nagrody literackie z gatunku fantastyki - Hugo (11 nagród), Locus (10), Nebula (7)). Polecam lekturę po angielsku - język jest bardzo prosty, a z autopsji wiem, że czytanie łatwo przyswajalnej prozy w języku obcym wzmaga naszą koncentrację i nie nudzimy się tak łatwo jak z tekstem w naszej ojczystej mowie.
Jacob94 - awatar Jacob94
ocenił na 9 2 lata temu
Odkupienie Althalusa David Eddings
Odkupienie Althalusa
David Eddings Leigh Eddings
Kolejna z przeczytanych ostatnio książek, w których czułem się, jakbym wrócił do dawno niewidzianego, znajomego, przyjaznego miejsca. Myślę o „Belgariadzie” (i „Malloreonie”), w których zaczytywałem się w późnej podstawówce i wczesnym liceum, a zwłaszcza o charakterystycznym humorze przewijającym się przez te cykle: sarkastycznym, a jednocześnie prostym i dobrodusznym. „Odkupienie Althalusa” to opowieść z zupełnie innego świata, z innymi krainami, religiami i postaciami, ale humor jest tu ten sam. Podobnie jak potoczystość języka i „lubialność” bohaterów. Wydawałoby się więc, że to książka do pochłonięcia w kilka wieczorów, prawda? Zwłaszcza że cała historia – rzecz niebywała u Eddingsów! – zamyka się w jednym, acz opasłym tomie. A jednak nie. Zaskakująco się męczyłem. I po przeczytaniu nie do końca wiem, czym. Możliwe, że stężeniem humoru (w „Belgariadzie” on był jednak trochę bardziej zróżnicowany i mniej nachalnie dawkowany, tu zaś prawie wszyscy rozmawiają ze sobą ze swadą i zgryźliwością charakterystyczną dla Silka/Kheldara). A może dlatego, że tak jak tam poszczególne krainy i nacje zarysowane były mocną, charakterną kreską, tak tu zlewały mi się ze sobą i stanowiły niezbyt wciągającą, jednorodną masę. Nieszczególnie zżyłem się z geografią, historią czy socjologią tego świata. A jednak jest w nim dużo fajnych fabularnych pomysłów i krzepkich postaci, jak bohater tytułowy albo bogini Dweia, przez co nie miałem wrażenia, że czytam odgrzewanego kotleta opakowanego w nową okładkę. Mimo wszystko polecam, jeśli ktoś lubi Eddingsów. Mocne 6/10.
Daniel Janus - awatar Daniel Janus
ocenił na 6 5 lat temu
Dziedziczka morza i ognia Patricia A. McKillip
Dziedziczka morza i ognia
Patricia A. McKillip
„Dziedziczka morza i ognia” to książka z wyraźnym potencjałem i kilkoma naprawdę udanymi elementami, ale ostatecznie nie do końca wykorzystuje wszystkie swoje atuty. Pomysł świata — inspirowanego kulturami morskimi i mythosem ognia — jest interesujący i daje poczucie egzotyki, jednak przez większą część lektury miałam wrażenie, że wszystko dzieje się trochę zbyt przewidywalnie. Najbardziej podobała mi się główna bohaterka — jej relacja z elementami żywiołów i wewnętrzne dylematy miały potencjał, by stworzyć naprawdę angażującą postaci, pełną sprzeczności i głębi. Niestety czasem narracja zdawała się zbyt ugrzeczniona, a dramatyzm jej wyborów nie do końca docierał do czytelnika z pełną mocą. Dzięki temu trudno było mi poczuć prawdziwe napięcie w momentach, które miały być najbardziej emocjonujące. Świat przedstawiony jest barwny i bywa fascynujący, zwłaszcza w opisach morskich podróży czy krajobrazów ognistych krain. Autorka włożyła wyraźnie dużo pracy w zbudowanie detali, które sprawiają, że miejsce akcji wydaje się żywe — chociaż momentami jest to efekt bardziej powierzchowny niż rzeczywiście głęboki. Niektóre opisy są piękne i sugestywne, inne zaś wydają się przydługie i przesadnie rozwinięte, co potrafiło spowolnić tempo czytania. Relacje między postaciami bywają interesujące, choć też nie zawsze w pełni wiarygodne. Między bohaterami z jednej strony widać chemię i potencjał konfliktu, z drugiej zaś wiele decyzji i dialogów brzmi trochę zbyt konwencjonalnie, jakby autorce brakowało odwagi, by pójść w bardziej zaskakujące albo mniej przewidywalne kierunki. To, co mogę książce zdecydowanie przyznać, to ładny styl i wrażenie dbałości o język — narracja bywa malownicza i potrafi wciągnąć, szczególnie gdy opisuje przyrodę czy wewnętrzne przemyślenia bohaterki. Równocześnie jednak momentami styl ten staje się zbyt ozdobny i odbiera nieco dynamiki fabule. Podsumowując, „Dziedziczka morza i ognia” to lektura, którą czyta się płynnie i z przyjemnością, ale jednocześnie nie jest to powieść, która całkowicie pochłania uwagę. Ma ciekawe elementy świata, sympatyczną główną bohaterkę i solidne tło fabularne, ale również zbyt wiele fragmentów, które mogłyby być bardziej odkrywcze, intensywne albo mniej przewidywalne. Dlatego oceniam ją na 7/10 — dobra i klimatyczna opowieść, ale niekoniecznie taka, która zapadnie w pamięć na długo albo wyróżni się znacząco w gatunku fantasy.
Samanta_Eko - awatar Samanta_Eko
ocenił na 7 1 miesiąc temu
Letnie drzewo Guy Gavriel Kay
Letnie drzewo
Guy Gavriel Kay
Zupełnie nie tego się spodziewałem. A był to istny rollercoaster. Wyjdzie długo ale sam jeszcze nie wiem jak sensownie uzasadnić moją ocenę tej książki. Fionavarski Gobelin miałem na swojej liście już od bardzo dawna. Chciałem poznać tę, bądź co bądź istotną pozycję w historii gatunku choć dobrze wiedziałem też, jakie z tą lekturą wiążą się ryzyka, I tak, wiedziałem, że nie jest to reprezentatywna książka dla Guya Gavriela Kaya (czytaj: jest najsłabsza). Tak, zdawałem sobie sprawę, że był to jego debiut. Że tonie w tolkienowskich formułach i kliszach (Autor wcześniej pomagał synowi Tolkiena redagować Silmarillion i był nim przesiąknięty). Że może trącić myszką ze względu na swój wiek. I przede wszystkim, że jest to portal fantasy (sic!), który to motyw zawsze mnie wyjątkowo drażnił. Faktycznie też masa ludzi po zetknięciu się z tą książką rollowała oczy, pisząc w komentarzach, że w ogóle co to jest za pretensjonalny bełkot. Z drugiej strony istnieje też całkiem spora i interesująca grupa jej wielkich entuzjastów. A sam Autor jest dość kultowy wśród tego twardszego fandomu fantasy. Wiele jego późniejszych książek było wręcz nazywanych arcydziełami. Ale co ciekawe także jego najwięksi fani odradzają aby nie zaczynać poznawania jego twórczości właśnie od Letniego Drzewa. A ja na to, a co tam. I tak zrobię po swojemu. Książka zaczęła się bardzo źle. Gorzej nawet niż typowo generyczne portal fantasy. Bo tutaj nasza gromadka studenciaków z Toronto trafia (bardzo pretekstowo) do magicznego świata (najważniejszego ze wszystkich światów – via ewidentna inspiracja Amberem Zelaznego, w ogóle moim zdaniem więcej tu czuć właśnie Zelaznego niż Tolkiena) bardzo szybko i zdawałoby się, że w ogóle nie zwraca na to uwagi. W zasadzie zupełnie nie są zdziwieni, pogubieni, ani przestraszeni. Spoko, fajna wycieczka. Do tego zaraz po tym miałem wrażenie jakbym oglądał tę kreskówkę Dungeons & Dragons z 1983 r. Gdzie mistrz gry w podobnej sytuacji zawołał coś w stylu: hej ty masz czapkę, będziesz magiem. Ty łap topór, A ty łap gitarę będziesz bardem, huzza na wielkiego złego itp. Wiecie o co chodzi. Rollowanie oczu. Potem okazuje się, że mieszkańcy Fionavaru nie bardzo mają głowę do ogarniania przybyszy i bardziej zajmują się raczej swoim sprawami, a wy goście radźcie sobie, może tam poobczajajcie te swoje nowe mechaniki. Za to w dziwnym kontraście do tego dziecinnego startu okazało się, że tutejsze damy dworu są wyjątkowo napalone i przepadają za zaciąganiem facetów do łóżek jak na wyścigach. Generalnie atmosfera mocno wolnej miłości, nieco kłócąca się zarówno ze średniowiecznymi standardami jak i tolkienowską konserwatywnością w tych sprawach. Na koniec wszystko to opisywane jest pięknym, stylizowanym poetycko językiem, pełnym patosu, wspaniałym ale tak bardzo nieprzystającym do postaci o imionach Kevin, Kimberly czy Paul, studentów z Kanady. W tym momencie (15%, może 20% książki), zaczynałem się już zastanawiać czy to nie jest aby przypadkiem tak złe, że aż fascynujące, coś jak te dziwactwa u Goodkinda itp.). A potem zacząłem się zakochiwać w lekturze. Bo dalej mamy kolejny skręt. Nasi studenci przestają być sednem tej historii, a tylko jednym z jej elementów. Na pierwszy plan wychodzą mieszkańcy tego świata. Nawet perspektywy naszych studentów przestają dominować, a dostajemy „povy” całej masy osadzonych w tej baśni postaci, także drugo i trzecio planowych. Ba, dostajemy nawet punkty widzenia tutejszych bogów czy mocy. Cały motyw portal fantasy w ogólnym rozumieniu bierze przez to w łeb. Wtedy też ta magiczna, oblana patosem proza zaczyna nabierać swojej mocy. I działać. Nie tylko sam język, budowane zdania, ale i kompozycja opisywania scen. Zmiany wątków i kolejność przedstawiania poszczególnych momentów. Proza tutaj wymiata! Worldbuilding jest fantastyczny i niesamowicie płynny oraz organiczny. W zasadzie to sam Fionavar staje się tutaj główny bohaterem, czy może raczej spinający go gobelin. Ogromnie polubiłem jego mieszkańców i styl opisujący ich perypetie. Jakiś urok na mnie padł ale i wyglądające zewsząd klisze zaczęły mnie wówczas cieszyć. I ten wybrzmiewający z nich potok legend i podań wprost z mitologii celtyckich, walijskich i innych. A w międzyczasie historia stała się jeszcze bardziej dojrzała i głębsza. Bowiem okazało się, że nasi studenci mają pewne poważne traumy. Tutaj w głowie już miałem, chyba nie bez podstawy, wyrobioną teorię, że ten magiczny świat tak na nich wpływa, że jakoś tajemniczo blokuje im w dużym stopniu „ziemsko-kanadyjską” mentalności, niwelując szok i niedowierzanie. Powodując, że naturalnie przejmują przypisane im magiczne przeznaczenia. Być może na mnie również Fionavar wpłyną w podobny sposób, tak że zaakceptowałem ich zachowania. Ich traumy nie tylko są świetnie, subtelnie rysowane ale i wspaniale wybrzmiewa tu ich przezwyciężanie. Niesamowite, że tak przecież infantylnie zaczynająca się powieść jednocześnie tak bardzo subtelnie porusza motywy: depresji, żalu, straty, samobójstwa, poczucia winy, toksycznego dzieciństwa. Relacje jakie tutaj opisuje nierzadko są bardzo zniuansowane i ciekawe. Styl Autora wybrzmiewa w tych elementach doskonale, a niektóre sekwencje są pisarsko wręcz wstrząsająco dobre i mocne. W ogóle nigdy nie czytałem książki, w której jednocześnie miałem sceny gdzie myślałem: rany ale to jest fatalne, a także takie gdzie byłem zachwycony i porażony talentem pisarza. Mimo tolkienowskiego języka i aury książka posiada bardzo szybkie tempo. Dzieje się tu bardzo wiele w zasadzie przez cały czas, a oryginalne zabiegi kompozycyjne i przeskoki fabularne tę dynamikę tylko jeszcze dodatkowo potęgują. No byłem pod wrażeniem. Przecież jest to klasyczna fantasy (portal eh), z niesamowicie generycznym punktem startowym, z wielkim złym uwięzionym pod górą i masą mankamentów. Ale tak zalana pięknym stylem, tak dodająca masę niespodziewanych motywów, momentami wręcz onirycznie baśniowa i wspaniale skomponowana, że nie mogę jej nie polecić. Pod warunkiem niezbędnego zaciskania zębów przez jakiś czas oraz posiadania pewnego specyficznego pociągu do baśni. I tak dochodzimy do podsumowania. To co wiem na pewno, to że będę czytać więcej tego Autora. Jeżeli to jest tylko jego amatorsko-debiutancka próbka możliwości to nie mogę się doczekać tej twórczości bardziej dojrzałej. I gdybym czysto matematycznie miał zestawiać jej plusy i minusy, ważyć je obiektywnie, porównać ze współczesną konkurencją gatunkową i tak wyciągnąć z tego ocenę, to pewnie byłoby to jakieś 5-6/10. Jednakże ja jestem zmuszony (tajemniczy czar chyba dalej jeszcze działa) oprzeć swój werdykt jedynie o swój szeroki uśmiech jaki mam po przeczytaniu tej pozycji. Dlatego 8/10 ode mnie. I nie wiem jak to się stało.
Szychowaty - awatar Szychowaty
ocenił na 8 1 rok temu

Cytaty z książki Czarny jednorożec

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Czarny jednorożec