Letnie drzewo

Okładka książki Letnie drzewo
Guy Gavriel Kay Wydawnictwo: Zysk i S-ka Cykl: Fionavarski gobelin (tom 1) fantasy, science fiction
394 str. 6 godz. 34 min.
Kategoria:
fantasy, science fiction
Format:
papier
Cykl:
Fionavarski gobelin (tom 1)
Tytuł oryginału:
Summer Tree
Data wydania:
1995-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1995-01-01
Liczba stron:
394
Czas czytania
6 godz. 34 min.
Język:
polski
ISBN:
8386530731
Tłumacz:
Dorota Żywno
Średnia ocen

                6,6 6,6 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Letnie drzewo w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Letnie drzewo

Średnia ocen
6,6 / 10
203 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
623
242

Na półkach:

Zupełnie nie tego się spodziewałem. A był to istny rollercoaster. Wyjdzie długo ale sam jeszcze nie wiem jak sensownie uzasadnić moją ocenę tej książki.

Fionavarski Gobelin miałem na swojej liście już od bardzo dawna. Chciałem poznać tę, bądź co bądź istotną pozycję w historii gatunku choć dobrze wiedziałem też, jakie z tą lekturą wiążą się ryzyka, I tak, wiedziałem, że nie jest to reprezentatywna książka dla Guya Gavriela Kaya (czytaj: jest najsłabsza). Tak, zdawałem sobie sprawę, że był to jego debiut. Że tonie w tolkienowskich formułach i kliszach (Autor wcześniej pomagał synowi Tolkiena redagować Silmarillion i był nim przesiąknięty). Że może trącić myszką ze względu na swój wiek. I przede wszystkim, że jest to portal fantasy (sic!), który to motyw zawsze mnie wyjątkowo drażnił. Faktycznie też masa ludzi po zetknięciu się z tą książką rollowała oczy, pisząc w komentarzach, że w ogóle co to jest za pretensjonalny bełkot. Z drugiej strony istnieje też całkiem spora i interesująca grupa jej wielkich entuzjastów. A sam Autor jest dość kultowy wśród tego twardszego fandomu fantasy. Wiele jego późniejszych książek było wręcz nazywanych arcydziełami. Ale co ciekawe także jego najwięksi fani odradzają aby nie zaczynać poznawania jego twórczości właśnie od Letniego Drzewa. A ja na to, a co tam. I tak zrobię po swojemu.

Książka zaczęła się bardzo źle. Gorzej nawet niż typowo generyczne portal fantasy. Bo tutaj nasza gromadka studenciaków z Toronto trafia (bardzo pretekstowo) do magicznego świata (najważniejszego ze wszystkich światów – via ewidentna inspiracja Amberem Zelaznego, w ogóle moim zdaniem więcej tu czuć właśnie Zelaznego niż Tolkiena) bardzo szybko i zdawałoby się, że w ogóle nie zwraca na to uwagi. W zasadzie zupełnie nie są zdziwieni, pogubieni, ani przestraszeni. Spoko, fajna wycieczka. Do tego zaraz po tym miałem wrażenie jakbym oglądał tę kreskówkę Dungeons & Dragons z 1983 r. Gdzie mistrz gry w podobnej sytuacji zawołał coś w stylu: hej ty masz czapkę, będziesz magiem. Ty łap topór, A ty łap gitarę będziesz bardem, huzza na wielkiego złego itp. Wiecie o co chodzi. Rollowanie oczu. Potem okazuje się, że mieszkańcy Fionavaru nie bardzo mają głowę do ogarniania przybyszy i bardziej zajmują się raczej swoim sprawami, a wy goście radźcie sobie, może tam poobczajajcie te swoje nowe mechaniki. Za to w dziwnym kontraście do tego dziecinnego startu okazało się, że tutejsze damy dworu są wyjątkowo napalone i przepadają za zaciąganiem facetów do łóżek jak na wyścigach. Generalnie atmosfera mocno wolnej miłości, nieco kłócąca się zarówno ze średniowiecznymi standardami jak i tolkienowską konserwatywnością w tych sprawach. Na koniec wszystko to opisywane jest pięknym, stylizowanym poetycko językiem, pełnym patosu, wspaniałym ale tak bardzo nieprzystającym do postaci o imionach Kevin, Kimberly czy Paul, studentów z Kanady. W tym momencie (15%, może 20% książki), zaczynałem się już zastanawiać czy to nie jest aby przypadkiem tak złe, że aż fascynujące, coś jak te dziwactwa u Goodkinda itp.).

A potem zacząłem się zakochiwać w lekturze.

Bo dalej mamy kolejny skręt. Nasi studenci przestają być sednem tej historii, a tylko jednym z jej elementów. Na pierwszy plan wychodzą mieszkańcy tego świata. Nawet perspektywy naszych studentów przestają dominować, a dostajemy „povy” całej masy osadzonych w tej baśni postaci, także drugo i trzecio planowych. Ba, dostajemy nawet punkty widzenia tutejszych bogów czy mocy. Cały motyw portal fantasy w ogólnym rozumieniu bierze przez to w łeb. Wtedy też ta magiczna, oblana patosem proza zaczyna nabierać swojej mocy. I działać. Nie tylko sam język, budowane zdania, ale i kompozycja opisywania scen. Zmiany wątków i kolejność przedstawiania poszczególnych momentów. Proza tutaj wymiata! Worldbuilding jest fantastyczny i niesamowicie płynny oraz organiczny. W zasadzie to sam Fionavar staje się tutaj główny bohaterem, czy może raczej spinający go gobelin. Ogromnie polubiłem jego mieszkańców i styl opisujący ich perypetie. Jakiś urok na mnie padł ale i wyglądające zewsząd klisze zaczęły mnie wówczas cieszyć. I ten wybrzmiewający z nich potok legend i podań wprost z mitologii celtyckich, walijskich i innych.

A w międzyczasie historia stała się jeszcze bardziej dojrzała i głębsza. Bowiem okazało się, że nasi studenci mają pewne poważne traumy. Tutaj w głowie już miałem, chyba nie bez podstawy, wyrobioną teorię, że ten magiczny świat tak na nich wpływa, że jakoś tajemniczo blokuje im w dużym stopniu „ziemsko-kanadyjską” mentalności, niwelując szok i niedowierzanie. Powodując, że naturalnie przejmują przypisane im magiczne przeznaczenia. Być może na mnie również Fionavar wpłyną w podobny sposób, tak że zaakceptowałem ich zachowania. Ich traumy nie tylko są świetnie, subtelnie rysowane ale i wspaniale wybrzmiewa tu ich przezwyciężanie. Niesamowite, że tak przecież infantylnie zaczynająca się powieść jednocześnie tak bardzo subtelnie porusza motywy: depresji, żalu, straty, samobójstwa, poczucia winy, toksycznego dzieciństwa. Relacje jakie tutaj opisuje nierzadko są bardzo zniuansowane i ciekawe. Styl Autora wybrzmiewa w tych elementach doskonale, a niektóre sekwencje są pisarsko wręcz wstrząsająco dobre i mocne. W ogóle nigdy nie czytałem książki, w której jednocześnie miałem sceny gdzie myślałem: rany ale to jest fatalne, a także takie gdzie byłem zachwycony i porażony talentem pisarza. Mimo tolkienowskiego języka i aury książka posiada bardzo szybkie tempo. Dzieje się tu bardzo wiele w zasadzie przez cały czas, a oryginalne zabiegi kompozycyjne i przeskoki fabularne tę dynamikę tylko jeszcze dodatkowo potęgują. No byłem pod wrażeniem. Przecież jest to klasyczna fantasy (portal eh), z niesamowicie generycznym punktem startowym, z wielkim złym uwięzionym pod górą i masą mankamentów. Ale tak zalana pięknym stylem, tak dodająca masę niespodziewanych motywów, momentami wręcz onirycznie baśniowa i wspaniale skomponowana, że nie mogę jej nie polecić. Pod warunkiem niezbędnego zaciskania zębów przez jakiś czas oraz posiadania pewnego specyficznego pociągu do baśni.

I tak dochodzimy do podsumowania. To co wiem na pewno, to że będę czytać więcej tego Autora. Jeżeli to jest tylko jego amatorsko-debiutancka próbka możliwości to nie mogę się doczekać tej twórczości bardziej dojrzałej. I gdybym czysto matematycznie miał zestawiać jej plusy i minusy, ważyć je obiektywnie, porównać ze współczesną konkurencją gatunkową i tak wyciągnąć z tego ocenę, to pewnie byłoby to jakieś 5-6/10. Jednakże ja jestem zmuszony (tajemniczy czar chyba dalej jeszcze działa) oprzeć swój werdykt jedynie o swój szeroki uśmiech jaki mam po przeczytaniu tej pozycji. Dlatego 8/10 ode mnie. I nie wiem jak to się stało.

Zupełnie nie tego się spodziewałem. A był to istny rollercoaster. Wyjdzie długo ale sam jeszcze nie wiem jak sensownie uzasadnić moją ocenę tej książki.

Fionavarski Gobelin miałem na swojej liście już od bardzo dawna. Chciałem poznać tę, bądź co bądź istotną pozycję w historii gatunku choć dobrze wiedziałem też, jakie z tą lekturą wiążą się ryzyka, I tak, wiedziałem, że...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

483 użytkowników ma tytuł Letnie drzewo na półkach głównych
  • 271
  • 209
  • 3
105 użytkowników ma tytuł Letnie drzewo na półkach dodatkowych
  • 57
  • 14
  • 14
  • 14
  • 2
  • 2
  • 2

Tagi i tematy do książki Letnie drzewo

Inne książki autora

Guy Gavriel Kay
Guy Gavriel Kay
Kanadyjski pisarz fantasy. Wiele jego powieści dzieje się w fikcyjnych krainach przypominające prawdziwe, historyczne miejsca, takie jak Konstantynopol za rządów Justyniana I lub Hiszpania za czasów El Cida. Urodził się w mieście Weyburn w prowincji Saskatchewan, zaś wychowywał się w Winnipeg w prowincji Manitoba. Kay poznał Christophera Tolkiena, gdy studiował na University of Manitoba. Gdy Tolkien potrzebował pomocy w redagowaniu nieopublikowanych dzieł swojego ojca, skontaktował się z Kayem, który przeniósł się w 1974 na University of Oxford, by współpracować z Tolkienem nad Silmarillionem. W 1976 wrócił do Kanady i ukończył prawo na University of Toronto. Wtedy też zaczął pisać własne teksty i został głównym scenarzystą i współproducentem serialu radiowego The Scales of Justice. W 1984 ukazała się pierwsza powieść fantasy Kaya, Letnie drzewo, pierwszy tom trylogii Fionavarski gobelin. Nominowany parokrotnie do Nagrody World Fantasy otrzymał ją w roku 2008 za powieść Ysabel.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Zielona perła Jack Vance
Zielona perła
Jack Vance
Bardzo podoba mi się ta seria, chociaż myślę, że na dzisiejsze standardy jest bardzo specyficzna, ale to właśnie czyni ją niezwykłą w moich oczach. Podoba mi się zwłaszcza baśniowość "Lyonesse", której w "Zielonej perle" rzecz jasna nie brakuje. Tęsknię właśnie za tego typu fantastyką i to tęsknię mocno - z jednej strony baśniową, ale jednocześnie nie bardzo naiwną i niezbyt cukierkową. Trylogia Vance'a jest właśnie odpowiedzią na tę tęsknotę i trochę wypełnia lukę w moim sercu. Co prawda "Zielona perła" podobnie jak poprzedni tom cierpi na nadmiar dłużyzn, choć trzeba też uczciwie przyznać, że nie ma ich w niej tyle ile było w jej poprzedniczce. Zwłaszcza druga połowa jest ciekawsza i angażująca. Postaci są raczej proste pod względem ich kreacji, z małymi wyjątkami, ale nie przeszkadza mi to specjalnie. Nie ukrywam, że czytam tę trylogię głównie dla klimatu i inne kwestie są dla mnie raczej drugorzędne, niemniej poczynania postaci śledziło się dobrze. Co do klimatu - moim zdaniem klimat jest niepodrabialny. Gdy czytam opisy świata lub momenty, w których bohaterowie podróżują mam przed oczami mapy z gry Heroes of Might nad Magic 3 - dokładnie tak się czułam podczas lektury, jakbym swoim bohaterem przemierzała tajemniczą i magiczną krainę, pełna kręgów z grzybów, trollowych mostów i chatek czarownic. Dla mnie to było coś cudownego. Z pewnością niedługo sięgnę po trzeci tom - nie tylko po to, żeby odhaczyć kolejną skończoną serię, ale również po to, by poznać koniec tej historii i pobyć jeszcze przez chwilę w tym magicznym świecie.
Lynx - awatar Lynx
ocenił na 7 8 miesięcy temu
Wędrujący ogień Guy Gavriel Kay
Wędrujący ogień
Guy Gavriel Kay
Za mną drugi tom tej, khem Narni dla dorosłych. Niestety sporo słabszy od poprzedniego. Zwłaszcza początek był gorszy (jeszcze bardziej!) niż w Letnim Drzewie. Dużo tu było chaosu i mimo, że rozumiem zamysł mieszania w cyklu tych wszystkich mitologii i legend to zestaw wątków Króla Artura, Ginewry i Lancelota był tutaj moim zdaniem zupełnie niepotrzebny. Ani nie wybrzmiewał jakoś porządniej, ani nic nie dodawał od siebie, a jedynie rozmywał w mojej opinii inne, ciekawsze motywy. Chyba był tylko po to aby niesławna Marion Zimmer Bradley mogła się zachwycić i opatrzyć okładkę serii swoim cytatem. Mamy więc na początku naszych bohaterów w realnym świecie, mamy Stonehenge i wszystko to się jakoś zupełnie nie klei. A opis wydarzeń jest tak oniryczny, że ciężko rozgryźć co do końca nasze postacie porabiają. Do tego dowiadujemy się, że tutejszy Sauron, torturujący jedną z bohaterek w poprzedniej części, jak się okazuje spowodował jej ciążę i teraz obawia się swojego potomka. Ja wiem, że gwałt to poważna, tragiczna, niewyobrażalna wręcz sprawa, zresztą cierpienie i trauma ww. postaci są tutaj dosyć mocno opisane, ale świadomość, że tutejszy Sauron (no dokładnie taki, tolkienowski, bóg ciemności) w akcie bycia takim właśnie Sauronem spowodował niechcianą ciążę, jakoś wybijał mnie zupełnie z poważnego czytania. Te rozwiązania fabularne po prostu do siebie nie pasują. Nie da się ich traktować bez przewracania oczu. To jest właśnie ten cały początek. Wpadka gwałcącego Saurona, a potem lecimy do Stonehenge przywołać Króla Artura na pomoc i hops do Fionavaru. Jest źle! W Fionavarze za to sytuacja się tradycyjnie poprawia. Piątka bohaterów z naszego świata błyskawicznie przeskakuje w swoje tutejsze osobowości, tak że zapominamy o tej całej katastrofie portal fantasy, a potem schodzą i oni na dalszy plan na rzecz bohaterów tutejszych. Księcia Diarmuida, Lorena, Kapłankę Dany, jeźdźców z równiny i całej reszty. I oni są super. Pasują do tego świata, pasują do tej koncepcji sił światła walczących z ciemnością. Bajkowość i sielankę zakłóca nam na chwilę pewna ogólno miejska orgia, z okazji przesilenia letniego (nic zdrożnego, wszystko w tradycyjnym, baśniowym stylu), a kończymy spektakularnym pojedynkiem czarodziejów, z heroicznym poświęceniem itp. Część Fionavarską czyta się przyjemnie, choć nie tak jak poprzednio. Mniej tu zaskoczeń, mniej nietypowych rozterek i problemów. Ot, zwykłe fantasy, ślicznie napisane z takim poetyckim patosem, który potrafi momentami bardzo dobrze zadziałać. Ale to chyba było za mało. Bo jak ocenić coś tak nierównego, tak bardzo źle rozpoczętego. Poprzedni tom z nawiązką wynagrodził mi początkowe problemy. Tutaj już nie do końca, raczej finalnie wyszedł tylko na zero, równoważąc jedynie początkowe absurdy. Miałem cały czas poczucie, że gdyby mniej upchano tu tych legend i postaci, zrezygnowano z rzeczywistych rodowodów głównej piątki bohaterów, to wszystko byłoby dużo lepsze. Można by cały Camelot wywalić bez żadnej straty. Czułem wyraźnie ten casus wciąż jeszcze początkującego autora, który chciał tutaj za dużo, zbyt wiele rzeczy zrobić na raz. Wędrujący Ogień oceniam niestety tylko na 6/10. Za Fionavar i jego mieszkańców. Za księcia Diarmuida (chciałbym go więcej, więcej). Za poetycką prozę. Za motyw Kevina. Jednak sama fabuła i jej co dziwniejsze rewiry nie pozwalają mi tym razem na więcej. Oby trzeci tom wrócił na prostą. Lektury nie żałuję ale poleciłbym w tym miejscu tylko gatunkowym pasjonatom i badaczom.
Szychowaty - awatar Szychowaty
ocenił na 6 1 rok temu
Najmroczniejsza droga Guy Gavriel Kay
Najmroczniejsza droga
Guy Gavriel Kay
Uff… po spadku formy w drugim tomie, poprawiło się! Mamy tu wreszcie jasne skupienie się na tym co sugerowały te wszystkie opinie o Fionavarskim Gobelinie, które czytałem wcześniej. Tak, teraz miałem w pełni to poczucie czytania takiego klasycznego Tolkiena na speedrunie. Być może dlatego, że wszystkie wątki wreszcie się nam zbiegły i ruszyły w kierunku wielkiej bitwy u stóp Minas Morgul, khem tj. twierdzy Starkadh. Co ważne, w tej części zupełnie porzucono motywy portal fantasy. Fakt, że protagoniści to studenci z Toronto został już dawno wyparty, są oni osadzeni w 100% w tej rzeczywistości i swoich heroicznych rolach. Nic nas już przez to nie rozprasza, nie ma też takich chaotycznych sekwencji jak wcześniej. Jest za to jak zwykle poetycko, baśniowo i mocno patetyczno-onirycznie jeżeli wiecie o co mi chodzi. Jest to bardziej jak czytanie mitów niż powieści stricte. I jako tako działa bardzo fajnie. Tylko uporanie się z tutejszym Sauronem było może nieco zbyt łatwe i oderwane od sterty pozostałych wątków. Za to w ich przypadku wszystko zaklikało bardzo solidnie do samego końca. Dostaliśmy pełno dramaturgii, poświęceń, wzruszeń. Duży plus za postawienie w centrum motywu wolnej woli i wyzwalania się z predefiniowanych ścieżek przeznaczenia. Także za afirmację wolności wyboru oraz daru bezwarunkowej wolności jako aktu miłości. To mnie trochę zaskoczyło w kontekście tak baśniowej konwencji. Mankamentem był brak lżejszych fragmentów (takich typowych dla Diarmuida, którego finał historii też jednak wolałbym dostać na weselszy sposób). Ale rozumiem, że sytuacja miała być już tutaj zbyt dramatyczna na takie elementy. Z jednej strony tom ten był najbardziej stabilny, poukładany i klasyczny. Ale przez to był też najbardziej bezpieczny, najbardziej podatny na zarzut zwykłej kalki Tolkienowskich motywów. Zabrakło tu szalonych, dziwnych i zaskakujących motywów mocno rozkręcających poprzednie części (umieranie na Drzewie Boga, orgia kapłanek, brawurowe uwodzenie księżniczki z południa), a także motywów wyróżniających się głębią i subtelnością (rozterki o śmierci Rachel, czy finał Kevina). Tu było klasycznie. Sauron na północy, wszyscy się zebraliśmy więc dawajmy na wielką bitwę z ciemnością. No może paraiko byli tutaj takim elementem. Ale nie zapadli mi aż tak bardzo w głowie jak tamte elementy. Ale ogólnie daję 7/10. Temu, najbezpieczniejszemu tomowi jak i całej serii w tym kontekście. Warto, dla fanów gatunku szukających w nim miłości do mitów, mitologii oraz czystej baśniowości. W formule, w jakiej dzisiaj już prawie się nie pisze klasycznej literatury fantasy.
Szychowaty - awatar Szychowaty
ocenił na 7 1 rok temu
Dziedziczka morza i ognia Patricia A. McKillip
Dziedziczka morza i ognia
Patricia A. McKillip
„Dziedziczka morza i ognia” to książka z wyraźnym potencjałem i kilkoma naprawdę udanymi elementami, ale ostatecznie nie do końca wykorzystuje wszystkie swoje atuty. Pomysł świata — inspirowanego kulturami morskimi i mythosem ognia — jest interesujący i daje poczucie egzotyki, jednak przez większą część lektury miałam wrażenie, że wszystko dzieje się trochę zbyt przewidywalnie. Najbardziej podobała mi się główna bohaterka — jej relacja z elementami żywiołów i wewnętrzne dylematy miały potencjał, by stworzyć naprawdę angażującą postaci, pełną sprzeczności i głębi. Niestety czasem narracja zdawała się zbyt ugrzeczniona, a dramatyzm jej wyborów nie do końca docierał do czytelnika z pełną mocą. Dzięki temu trudno było mi poczuć prawdziwe napięcie w momentach, które miały być najbardziej emocjonujące. Świat przedstawiony jest barwny i bywa fascynujący, zwłaszcza w opisach morskich podróży czy krajobrazów ognistych krain. Autorka włożyła wyraźnie dużo pracy w zbudowanie detali, które sprawiają, że miejsce akcji wydaje się żywe — chociaż momentami jest to efekt bardziej powierzchowny niż rzeczywiście głęboki. Niektóre opisy są piękne i sugestywne, inne zaś wydają się przydługie i przesadnie rozwinięte, co potrafiło spowolnić tempo czytania. Relacje między postaciami bywają interesujące, choć też nie zawsze w pełni wiarygodne. Między bohaterami z jednej strony widać chemię i potencjał konfliktu, z drugiej zaś wiele decyzji i dialogów brzmi trochę zbyt konwencjonalnie, jakby autorce brakowało odwagi, by pójść w bardziej zaskakujące albo mniej przewidywalne kierunki. To, co mogę książce zdecydowanie przyznać, to ładny styl i wrażenie dbałości o język — narracja bywa malownicza i potrafi wciągnąć, szczególnie gdy opisuje przyrodę czy wewnętrzne przemyślenia bohaterki. Równocześnie jednak momentami styl ten staje się zbyt ozdobny i odbiera nieco dynamiki fabule. Podsumowując, „Dziedziczka morza i ognia” to lektura, którą czyta się płynnie i z przyjemnością, ale jednocześnie nie jest to powieść, która całkowicie pochłania uwagę. Ma ciekawe elementy świata, sympatyczną główną bohaterkę i solidne tło fabularne, ale również zbyt wiele fragmentów, które mogłyby być bardziej odkrywcze, intensywne albo mniej przewidywalne. Dlatego oceniam ją na 7/10 — dobra i klimatyczna opowieść, ale niekoniecznie taka, która zapadnie w pamięć na długo albo wyróżni się znacząco w gatunku fantasy.
Samanta_Eko - awatar Samanta_Eko
ocenił na 7 1 miesiąc temu
Myśl tysiąckrotna R. Scott Bakker
Myśl tysiąckrotna
R. Scott Bakker
Stojąc u progu Świętego Shimeh, Święta Wojna jest o krok od osiągnięcia celu. Zostawiwszy za sobą krwawą jatkę i spalone ziemie ich ostateczny cel pozostaje nieosiągnięty. Od początku trylogii mogliśmy przewidzieć, że prędzej czy później będzie to wielki punkt kulminacyjny, do którego prowadzą wszystkie wydarzenia. To powiedziawszy, pierwszą rzeczą, która uderzająco różni się od poprzedniego tomu, jest ton powieści. „Wojownik-Prorok” sprawia wrażenie czystej militarnej fantasy, skupionej na krwawych bitwach. Z kolei tempo „Myśli Tysiąckrotnej” jest znacznie wolniejsze, gdzie przez większość czasu śledzimy przygotowania do ostatecznej bitwy. Moim zdaniem ta zmiana nastroju sprawdza się tutaj naprawdę dobrze i doceniam, że każda książka trylogii gra na nieco innej strunie, zachowując jednak główną melodię. Nie jestem jednak usatysfakcjonowany samym zakończeniem. Autor zdecydowanie pozostawił zbyt wiele pytań bez odpowiedzi. Otrzymujemy raczej zaproszenie do znalezienia odpowiedzi w kolosalnym słowniku lub w kolejnych książkach - czyli tetralogii do tej pory w Polsce niewydanej. Jednak aspekty, w których ta seria naprawdę błyszczy, są nadal obecne w ostatnim tomie. Cała metafizyka i tło filozoficzne, dyskusja o wierze, wolnej woli i religii na tle okrutnej wojny prowadzonej przez narody są warte przemyślenia. Ta książka, podobnie jak poprzednie, to kopalnia złotych cytatów, które zmuszają nas do szczerej refleksji. Pomimo wszystkich wad, to jedna z najlepszych serii fantasy, jakie kiedykolwiek czytałem. Nie tylko ze względu na fabułę i historię, ale także na niemal nieskazitelną, błyskotliwą prozę autora.
Witcher-Dunyain - awatar Witcher-Dunyain
ocenił na 7 1 rok temu
Kłamstwa Locke'a Lamory Scott Lynch
Kłamstwa Locke'a Lamory
Scott Lynch
Jeden z moich ulubionych filmów w całej historii kina to nagrodzone licznymi oscarami „Żądło” z R. Redfordem oraz P. Newmanem, osadzona w międzywojennej Ameryce opowieść o grupie inteligentnych i sympatycznych oszustów, którzy dokonują skomplikowanego przekrętu, by „oskubać” z grubszej forsy potężnego i bezwzględnego gangstera i zemścić się w ten sposób za śmierć jednego z ich przyjaciół, którego kazał zamordować. Czytając pierwszą część „Kłamstw” nie mogłem oprzeć się wrażeniu, iż mamy do czynienia z „Żądłem” w wersji fantasy. S. Lynch bardzo mocno wzoruje się na wspomnianym filmie, a kolejne posunięcia i manewry bohaterów naśladują poczynania bohaterów „Żądła”. Nic w tym zresztą złego, bo dlaczego nie skorzystać z dobrych wzorów, doprawiając je własną inwencją? W kolejnych częściach Autor wypływa na głębsze wody, a zamierzony i przeprowadzany przez gang Niecnych Dżentelmenów przekręt okazuje się niewiele znaczącym dodatkiem do szerszej intrygi, ogniskującej się na zemście i walce o władzę, w którą to intrygę nasi bohaterowie zostają bez własnej woli wciągnięci. I tutaj pojawiają się problemy. O ile wzorując się na „Żądle” S. Lynch przedstawiał wydarzenia logicznie i konsekwentnie, o tyle poruszając się samopas na wyższych poziomach komplikacji traci częściowo te walory. W kilku kluczowych punktach fabuły (a i w paru mniej znaczących) rozwój wydarzeń jest mocno naciągany i nielogiczny. Układają się one w sposób bardzo dla głównego bohatera korzystny, sprzeczny jednak ze zdrowym rozsądkiem. Ewentualnie raz jeden mogło mu w ten sposób dopisać szczęście, albo też przeciwnicy (na ogół wysoce inteligentni) popisali się akurat wyjątkową niefrasobliwością, by nie powiedzieć głupotą. Ale kilka razy z rzędu, to już przesada. Odniosłem wrażenie, że Autor tak wysoko zawiesił poprzeczkę, że nie znalazł już logicznego sposobu pokonania jej przez swoich bohaterów. I jako kreator świata oraz zachodzących w powieści wydarzeń, poszedł na skróty. Odczułem z tego powodu wyraźne nieusatysfakcjonowanie. Powyższe uwagi opisują jedyny w moich oczach mankament powieści. Dalej już same superlatywy. Wartka, wciągająca akcja, żywe, jędrne dialogi, udane kreacje bohaterów, którzy potrafią wzbudzić zarówno sympatię jak i zdecydowaną antypatię, nie brakuje też postaci nie do końca jednoznacznych. Najbardziej urzekła mnie jednak kreacja samego powieściowego świata. Niby nic szczególnie oryginalnego, coś w rodzaju renesansowych Włoch (miasto Camorra wydaje się być wzorowane na Wenecji), w tle inne kraje ówczesnej Europy (np. Niemcy), wspomnienia o dawno upadłym imperium (oczywiście rzymskim) itp. Wszystko to jednak podane z olbrzymią swadą i rozmachem, nasycone niezliczoną ilością szczegółów, będących często bardzo oryginalnymi dodatkami Autora, którymi na każdym niemal kroku sypie niczym z rogu obfitości, tryskając kolejnymi, niebanalnymi pomysłami wzbogacającymi i tak już rozbudowany sztafaż powieściowego uniwersum. Powieść godna polecenia, wyróżnia się na tle „taśmowej produkcji” wielu Autorów fantasy.
Nefer - awatar Nefer
ocenił na 8 2 miesiące temu

Cytaty z książki Letnie drzewo

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Letnie drzewo