rozwińzwiń

Lunatyczna kraina

Okładka książki Lunatyczna kraina autora Mia Couto, 9788392736660
Okładka książki Lunatyczna kraina
Mia Couto Wydawnictwo: Karakter Seria: Seria Literacka Karakteru literatura piękna
304 str. 5 godz. 4 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Seria Literacka Karakteru
Tytuł oryginału:
Terra sonambula
Data wydania:
2010-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2010-01-01
Liczba stron:
304
Czas czytania
5 godz. 4 min.
Język:
polski
ISBN:
9788392736660
Tłumacz:
Michał Lipszyc
Średnia ocen

7,2 7,2 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Lunatyczna kraina w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Lunatyczna kraina

Średnia ocen
7,2 / 10
101 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Lunatyczna kraina

avatar
800
800

Na półkach:

„W tamtych stronach wojna uśmierciła drogę. Po ścieżkach włóczyły się tylko hieny, poryjkując w popiołach i pyle. Pejzaż skrzyżował się z nigdy dotąd niewidzianymi smutkami o barwach, które oblepiały usta. Barwy te były brudne, tak brudne, że utraciły wszelką lekkość, odarte całkowicie ze śmiałości wzniesienia skrzydeł ku błękitowi. Niebo w tych stronach stało się niemożliwością. A żywi przywykli do ziemi, poddając się z rezygnacją nauce śmierci”.

Ten szalony, zmorderczony nieprawością świat wymaga nowego zdefiniowania, nie mieści się ani w dotychczasowych ramach wyobraźni, ani w znanych człowiekowi, oswojonych słowach, wymyka się umysłowi i wzrokowi. Obcy, nieprzyjazny, odpycha i przeraża. Stąd próba zrozumienia go i wytłumaczenia przez wykręconą składnię, zrośnięte z sobą fragmenty oddzielnych słów, zszyte w nową, zrodzoną z bólu i opresji jakość, jak najbliższą tego strasznostanu. Niesamowitą pracę wykonał tutaj tłumacz, Michał Lipszyc, nie uciekając przed trudnościami nowosłownictwa, cudownie oddając ducha tej opowieści. Dodać trzeba, że to nie tylko owa eksperymentalna symbioza w rodzaju „obrzertuszyć”, „omdlagonia” czy „błękitnosnułem się”, ale też piękne, poetycko wysmakowane metafory oraz głębokie, zanurzone w filozoficznym wszechbycie myśli, dotykające najważniejszych kwestii człowieczeństwa, prawdy i tożsamości, a te, w świecie, który im zaprzecza, należy wypowiadać ponad nim, gdzieś w ulotną przestrzeń, która je przyjmie.

Bardzo trudno jest pisać mi o „Lunatycznej krainie” w sytuacji, gdy lunatykujemy już wszyscy, epidemia sennego koszmaru ogarnia coraz to nowe obszary, niczym żarłoczna szarańcza syci się przemocą, karmi strachem, pozostawia pustkę.

Mia Couto pisze o Mozambiku, stale bliskim jego sercu, uwikłanym w ciągły konflikt, najpierw walczącym o niepodległość, potem zaś, w krwawym amoku już tylko o władzę w nie mającej końca wojnie domowej, gdzie także każdy z każdym w drobniejszych bitwach szarpie się o rządy w wiosce, w sklepie, w domu… Wirus wżarł się w powietrze, spada wraz z deszczem, razi słonecznym promieniem, wypalając w duszach całe dobro, siejąc zaś lęk i agresję. Tym, którzy są nań odporniejsi pozostaje więc „snuć się ucieczniczo po obcej ziemi”, odejść w jeden z dwóch możliwych sposobów: „jeden to ruszyć w drogę, drugi oszaleć”. Poznajemy więc wędrowców, Tuahira, Muidingę, pośrednio też Kindzu, ale również tych, którym zdarzyło się umknąć po cichu umysłem w odległą krainę, wyimaginowany świat, jak choćby Virginię czy Assmę. Któż bowiem wie, co mu jest pisane. „Czym innym jest los niż pijakiem prowadzonym przez ślepca?”

Muidinga, chłopiec samotny niczym „rozżalony żagiel”, zostaje przywrócony życiu przez równie osamotnionego starca, Tuahira. Obaj mają już oczy i serca obolałe od widoku głodu, poniżenia, strachu przed bojówkami krążącymi po kraju ogarniętym obłędem wojny domowej. Postanawiają wyruszyć w drogę, nie wiedzą dokąd, wiedzą za to, że chcą znaleźć ścieżkę zmiany. Chłopiec widzi szansę w przystąpieniu do wojowników naparama. Czyż jednak może zaprzeczyć temu, że „(…) ci ludzie to też dzieci wojny? Kiedy zwyciężą, staną się tacy sami jak inni. Będą chcieli dzielić się między sobą zyskami”.

Muidunga znajduje zeszyty – dzienniki spisywane ręką chłopca, wędrowcy jak oni, lata wcześniej, gdy Mozambik zrzucał pęta kolonializmu, a świat, dokładnie jak teraz, pogrążony był w chaosie utaczania krwi. Zeszyty te stają się codzienną lekturą utrudzonych podróżnych, spajając przeszłość z teraźniejszością, by można było z ich przystawalności wywieść refleksje dalekie od optymizmu, za to bliskie czemuś w rodzaju nieuchronnej, straceńczej prawidłowości. „Ludzie zmierzają ku śmierci, tak jak rzeka zmierza do morza, aby się w nim rozmyć: jedna jej część się rodzi, a równocześnie druga mroczy się już w bezkresie”. To ciągły taniec, dance macabre, ta śmierć, którą wzajemnie sobie zadają, wydzierając dobra, korzyści, przywództwo, kobiety i wszystko, co ma jakąkolwiek wartość.

„Tutaj życie się poddawało – stało z podniesionymi rękami u stóp śmierci”, chłopiec i starzec postanawiają więc wyruszyć na poszukiwanie ratunku, przed siebie. To nie oni wybierają drogę, to ona ich prowadzi ku ludziom i miejscom mogącym ich oświecić, czasem daleko, częściej w najbliższe rejony, zataczając różnej średnicy koło, czekając, dając im czas na rozmyślanie i naukę, na dorośnięcie do trudnego zadania, także poprzez wirowanie marzeń i snów, których droga jest „szwaczką”. Sny przywołują podświadomość, a wraz z nią genetyczną pamięć, mądrość pokoleń. Afryka cała jest pamięcią. Ci, którzy umierają, nie odchodzą daleko, pozostają, by czuwać i doradzać, objawiają się na pograniczu sennego marzenia, przywołują wizje. Świat realny i pozaświat oddziela cieniutka, półprzepuszczalna bariera, co realizm magiczny tej opowieści genialnie oddaje i przetwarza w narracyjną spójnię, przenikanie się materii i ducha, dobrze widoczne w hipnotycznych obrzędach, wierzeniach znajdujących odbicie w dotykalnych zmysłami wytworach umysłu. Duchy przychodzą i odchodzą, mówią rzeczy ważne, które zaprzątają ludzkie głowy, przestrzegają, albo też chcą dalej rządzić, mścić się, kochać, z nieba spadają karły, ludzie zmniejszają się, by całkiem zniknąć, gdy już mają pewność, że ich obecność w świecie nie zostanie zapomniana.

Jest to też bowiem opowieść o pamięci, o tożsamości, o korzeniach wrośniętych głęboko w afrykańską ziemię, albo w tę inną, choćby indyjską, którą się porzuciło, ale zatrzymało w sercu. Człowiek chciałby odejść, jednak cierpi „na chorobę wieloryba, który umiera na plaży ze wzrokiem utkwionym w oceanie”.

Szkatułkowość powieści jest jej wielką siłą, zarazem jednak wyzwaniem. Poukładanie szufladek tak, by wzajemnie sobie nie wadziły, bezkolizyjnie do siebie pasowały, uzupełniając czytelnie historię o wciąż nowe treści i głębię, wymaga sporego kunsztu. Autorowi udało się wprowadzić nas w świat baśni tysiąca i jednej nocy, w jego mroczną i drapieżną odsłonę, której skomplikowane pułapki zdradzają historie wyczytane w zeszytach Kindzu, ale też zasłyszane przez bohaterów, którym opowiedział je ktoś, kto również kiedyś je zapamiętał z czyjejś opowieści. Widzimy w tym pewną ciągłość historii, tradycji, obyczaju i wierzeń, tak ważną dla społeczności, wiążącą ją w jeden organizm. Być może teraz zainfekowany, jednak oby nie całkiem jeszcze stracony.

Chłopiec i starzec próbują w spalonym autobusie przeczekać wojenną zawieruchę, czynią z niego schronienie, otoczone nicością, zapewniającą im bezpieczeństwo. Wiedzą jednak, że to chwilowa ucieczka, by móc się zastanowić, przemyśleć strategię, jakże bowiem można uciec od własnego dziedzictwa, wszystkiego, co nas określa, co nas stworzyło. Człowiek w sytuacji ekstremalnej chwyta się czegoś, by nie upaść, chwyta się marzenia, pragnienia trwałości, niczym koła ratunkowego na wzburzonym morzu. Tak kiedyś Tuakir, mimo, że pociągi dawno już przestały tędy jeździć, codziennie w pełnym umundurowaniu sprzątał dworzec, Maidunga wędrował i powracał, Farida czekała na statku-widmie pośrodku oceanu, a Nhamataca w wielkim wysiłku stwarzał rzekę, której „wody będą służyć jako granice wojny (…) Śmierć zostanie zatrzymana na drugim brzegu. Rzeka oczyści ziemię, lecząc i pieszcząc jej rany”.

Realizm magiczny pozwala powiedzieć znacznie więcej, ubiera pojęcia w symbole, przemawia do naszej wyobraźni, otwiera w umyśle dodatkowy, intuicyjny korytarz. Wszyscy wiemy, że Czerwiesio nie mógł przemienić się w kurę, jakże jednak ten symbol wyzwolenia z kolonialnego ucisku, teraz bezbronny, znów narażony na śmierć i zbezczeszczenie, ma się przechować, by przetrwać i zrzucić kiedyś kostium z piór, jak nie pomiędzy rozgadanym stadem w anonimowym kurniku. Takie przemiany i metamorfozy, gdy „w ciągu kilku chwil ssak zrodził z siebie ptaka, czapląc się do głębi”, wszelkie też antropomorfizacje i personifikacje to zabiegi ułatwiające przedstawienie zjawisk w ich ogólności i umowności, zwrócenia naszej uwagi na ukryte treści, by wskazać nam delikatnie kierunek, nie odbierając satysfakcji samodzielnych poszukiwań, gdyż każdy z nas może z tej samej treści wydobyć całkiem odmienne skarby. „Człowiek jest jak dom, należy go oglądać od środka”, i jak dom ma strych pełen pamiątek, wspomnień i artefaktów przeszłości, tak każdy z nas skrywa wewnątrz siebie indywidualne doświadczenia, wyobrażenia, poprzez które odczytuje rzeczywistość, a więc też literaturę.

Widzimy, że obecnie również gasną światła na latarni morskiej naszego świata. W tych ciemnościach i chaosie, groźnych okrzykach, warczeniu dronów, prężeniu muskułów i bieganiu w kółko, trudno się rozpoznać, za to łatwo zgubić drogę do domu i do siebie samego. Lunatyczna kraina się rozrasta, pączkuje, my zaś wędrujemy przez nią na oślep, prosto w ogień. Takie książki, jak Mii Couto, są niczym światło, ułatwiające orientację.
Za egzemplarz książki dziękuję: https://sztukater.pl/

„W tamtych stronach wojna uśmierciła drogę. Po ścieżkach włóczyły się tylko hieny, poryjkując w popiołach i pyle. Pejzaż skrzyżował się z nigdy dotąd niewidzianymi smutkami o barwach, które oblepiały usta. Barwy te były brudne, tak brudne, że utraciły wszelką lekkość, odarte całkowicie ze śmiałości wzniesienia skrzydeł ku błękitowi. Niebo w tych stronach stało się...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
810
352

Na półkach: ,

Pierwsza powieść przeczytana w tym roku i chciałabym, żeby ten rok opiewał już tylko w takie małe wielkie powieści. Kocham autora, pokochałam po pierwszej jego powieści “Kobiety z popiołu” i kocham jeszcze mocniej, po tej powieści, po debiucie, który jak dla mnie jest powieścią pełną, wyrazistą, bardzo wyróżniającą się wśród innych powieści, stylem i językiem - słowotwórstwo autora jest wspaniałe i czyni z tej powieści dzieło sztuki. Przypomina mi trochę twórczość Pepeteli.

Powieść jest jak jej tytuł, atmosfera lunatycznego snu i snucia się przez martwą krainę, dwutorowość opowieści scala się w jedno na zakończenie, które zamyka wszystkie sprawy, ale pozostawia wiele otwartych uczuć. “Lunatyczna kraina” to powieść, w której doskonale przenika się realizm i magia, jawa i sen, wysłowiona prawda i tajemnica, śmierć i narodziny, groza i nadzieja. Jest coś majestatycznego w tej książce.

Couto pisze o wojnie, ale nie o tej którą widzimy, która sieje zniszczenie, ale w tym co wojna robi z człowiekiem, z jego środkiem, życiem, myślami. Powieść wnika głęboko i rani czytając, jest niesamowicie trafna w wymowie, słowie, w fabule.
Nie jest łatwą proza, ale kilka dni skupienia się na niej jest czasem wartym przeżycia.

Pierwsza powieść przeczytana w tym roku i chciałabym, żeby ten rok opiewał już tylko w takie małe wielkie powieści. Kocham autora, pokochałam po pierwszej jego powieści “Kobiety z popiołu” i kocham jeszcze mocniej, po tej powieści, po debiucie, który jak dla mnie jest powieścią pełną, wyrazistą, bardzo wyróżniającą się wśród innych powieści, stylem i językiem -...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
826
565

Na półkach: ,

Urzekająca pod względem języka i porywająca w przestrzeń gdzieś pomiędzy jaźnią a rzeczywistością opowieść o samotności.

Mozambik, spiekota afrykańskiego interioru i wojna domowa. Zgorzkniały starzec i chłopiec „znikąd”, podrzutek, znajda, dziecko-zagadka. Maszerują w stronę drgające od gorąca horyzontu i spotykają porzucony, podziurawiony od kul autobus (machimbombo),wojenny symbol, miejsce zbrodni, pomnik przelanej krwi i ponury grobowiec w jednym. W jego wnętrzu znajdują księgę – ni to pamiętnik, ni fikcja, spisaną niczym dziennik z minionego życia. Od tej pory rozmowy przetykane będą tym, co wyczytają z lunatycznych zapisków wspomnień. Natomiast ich historia staje się częścią innej, a opowieści z zeszytów otwierają się na kolejne, dzięki czemu wpadamy w niekończący się labirynt zdarzeń i wizji, pełen złych uroków i dobrych czarów.

Można „Lunatyczną krainę” czytać bez końca – następuje w niej całkowite zapętlenie, bo historie mieszają się ze sobą w somnambulicznym, opętańczym tańcu, a to wspaniałe widowisko. Sądzę, że za każdym razem można odszukać w niej nowy trop i znaczenia. Dominuje tu szkatułkowość narracji, którą tylko pozornie przerywają powroty do „realu”, do rozgrzanego do czerwoności machimbombo, albowiem zdarzenia same w sobie stają się ułudą i fatamorganą. Wreszcie ucieka nam grunt spod nóg, bo nic nie jest już pewne. Bogactwo języka onieśmiela (nawet nie będę próbować oceniać kunsztu i ogromu pracy, jaki w przekład włożył #MichałLipszyc, to translatorski majstersztyk) i mimo, że nie jest to powieść z tradycyjną linią fabularną, wciąga w poszukiwanie tajemniczych wojowników, kobiety, kochanki i dziecka.
Całość została zbudowana na zasadzie kontrastów – brutalność życia łączy się z onirycznym doznaniem miłości, wściekłość z tęsknotą, groza z czystą radością życia, przeszłość - z dzisiaj, śmierć z życiem, a jednak „skleja się” ze sobą, intensywnie pulsuje.

Rządzą to wielopłaszczyznowość i kaskady metafor, które jednak nie wywołują czytelniczego otępienia. W nich ukryty jest sekret „Krainy” – to powracanie do źródła, zaczynanie od nowa, od pierwszej kartki książki. Towarzyszy nam częsta zmiana miejsc – od pustyni i autobusu po wrak statku, wnętrze knajpy i trzeszczącego ze starości "maison".
A do tego jeszcze portugalski kolonializm i biali zmarli, którzy porzucają niewygodne trumny, by dochodzić ludzkich praw w świecie wierzeń i magii.

To zaskoczenie i czysty zachwyt. Jak dotąd najlepsza książka z 2026 roku.
Okładka Kamila Rekosza

Urzekająca pod względem języka i porywająca w przestrzeń gdzieś pomiędzy jaźnią a rzeczywistością opowieść o samotności.

Mozambik, spiekota afrykańskiego interioru i wojna domowa. Zgorzkniały starzec i chłopiec „znikąd”, podrzutek, znajda, dziecko-zagadka. Maszerują w stronę drgające od gorąca horyzontu i spotykają porzucony, podziurawiony od kul autobus (machimbombo),...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

573 użytkowników ma tytuł Lunatyczna kraina na półkach głównych
  • 390
  • 173
  • 10
87 użytkowników ma tytuł Lunatyczna kraina na półkach dodatkowych
  • 52
  • 10
  • 7
  • 6
  • 4
  • 4
  • 4

Inne książki autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Cytaty z książki Lunatyczna kraina

Więcej
Mia Couto Lunatyczna kraina Zobacz więcej
Mia Couto Lunatyczna kraina Zobacz więcej
Mia Couto Lunatyczna kraina Zobacz więcej
Więcej