Lunatyczna kraina

- Kategoria:
- literatura piękna
- Format:
- papier
- Seria:
- Seria Literacka Karakteru
- Tytuł oryginału:
- Terra sonambula
- Data wydania:
- 2010-01-01
- Data 1. wyd. pol.:
- 2010-01-01
- Liczba stron:
- 304
- Czas czytania
- 5 godz. 4 min.
- Język:
- polski
- ISBN:
- 9788392736660
- Tłumacz:
- Michał Lipszyc
Zaczyna się jak u Becketta: pustą drogą wędrują stary mężczyzna i chłopiec, który nie pamięta, kim jest. W poszukiwaniu schronienia docierają do wraku autobusu, gdzie przy jednym z martwych ciał znajdują plik zapisanych zeszytów. Czytając co wieczór mężczyźnie jeden z nich, chłopiec odkrywa, że historia autora, Kindzu, w zagadkowy sposób splata się z jego własnym życiem. Dalej jest jak u Márqueza: sen przenika się z jawą, przodkowie upominają się o swoje, a wszystkim rządzą przepowiednie i czary. Dzienniki Kindzu opisują jego zmagania z duchem ojca, zdobytą i utraconą miłość, świat, w którym groteska splata się z koszmarem, po ulicach krążą duchy i nikt nie jest tym, kim się wydaje. Nie wiadomo już, która z rzeczywistości jest bardziej realna, a która wyśniona, ani gdzie łączą się, a gdzie rozwidlają ścieżki kolejnych opowieści.
Splatają się rzeczywistości, splatają i słowa: ludzie błąkisnują się i śniwłóczą, a ocean jest pełen niedowidzeń. Język lunatykuje, lewituje, majaczy. Być może tylko tak można opisać świat, który się rozpadł, i który próbuje na nowo odnaleźć swój porządek. Być może tylko tak można zapisać mit.
Kup Lunatyczna kraina w ulubionej księgarni
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Oceny książki Lunatyczna kraina
Poznaj innych czytelników
573 użytkowników ma tytuł Lunatyczna kraina na półkach głównych- Chcę przeczytać 390
- Przeczytane 173
- Teraz czytam 10
- Posiadam 52
- Afryka 10
- Literatura afrykańska 7
- Ulubione 6
- E-book 4
- Chcę w prezencie 4
- Legimi 4



































OPINIE i DYSKUSJE o książce Lunatyczna kraina
„W tamtych stronach wojna uśmierciła drogę. Po ścieżkach włóczyły się tylko hieny, poryjkując w popiołach i pyle. Pejzaż skrzyżował się z nigdy dotąd niewidzianymi smutkami o barwach, które oblepiały usta. Barwy te były brudne, tak brudne, że utraciły wszelką lekkość, odarte całkowicie ze śmiałości wzniesienia skrzydeł ku błękitowi. Niebo w tych stronach stało się niemożliwością. A żywi przywykli do ziemi, poddając się z rezygnacją nauce śmierci”.
Ten szalony, zmorderczony nieprawością świat wymaga nowego zdefiniowania, nie mieści się ani w dotychczasowych ramach wyobraźni, ani w znanych człowiekowi, oswojonych słowach, wymyka się umysłowi i wzrokowi. Obcy, nieprzyjazny, odpycha i przeraża. Stąd próba zrozumienia go i wytłumaczenia przez wykręconą składnię, zrośnięte z sobą fragmenty oddzielnych słów, zszyte w nową, zrodzoną z bólu i opresji jakość, jak najbliższą tego strasznostanu. Niesamowitą pracę wykonał tutaj tłumacz, Michał Lipszyc, nie uciekając przed trudnościami nowosłownictwa, cudownie oddając ducha tej opowieści. Dodać trzeba, że to nie tylko owa eksperymentalna symbioza w rodzaju „obrzertuszyć”, „omdlagonia” czy „błękitnosnułem się”, ale też piękne, poetycko wysmakowane metafory oraz głębokie, zanurzone w filozoficznym wszechbycie myśli, dotykające najważniejszych kwestii człowieczeństwa, prawdy i tożsamości, a te, w świecie, który im zaprzecza, należy wypowiadać ponad nim, gdzieś w ulotną przestrzeń, która je przyjmie.
Bardzo trudno jest pisać mi o „Lunatycznej krainie” w sytuacji, gdy lunatykujemy już wszyscy, epidemia sennego koszmaru ogarnia coraz to nowe obszary, niczym żarłoczna szarańcza syci się przemocą, karmi strachem, pozostawia pustkę.
Mia Couto pisze o Mozambiku, stale bliskim jego sercu, uwikłanym w ciągły konflikt, najpierw walczącym o niepodległość, potem zaś, w krwawym amoku już tylko o władzę w nie mającej końca wojnie domowej, gdzie także każdy z każdym w drobniejszych bitwach szarpie się o rządy w wiosce, w sklepie, w domu… Wirus wżarł się w powietrze, spada wraz z deszczem, razi słonecznym promieniem, wypalając w duszach całe dobro, siejąc zaś lęk i agresję. Tym, którzy są nań odporniejsi pozostaje więc „snuć się ucieczniczo po obcej ziemi”, odejść w jeden z dwóch możliwych sposobów: „jeden to ruszyć w drogę, drugi oszaleć”. Poznajemy więc wędrowców, Tuahira, Muidingę, pośrednio też Kindzu, ale również tych, którym zdarzyło się umknąć po cichu umysłem w odległą krainę, wyimaginowany świat, jak choćby Virginię czy Assmę. Któż bowiem wie, co mu jest pisane. „Czym innym jest los niż pijakiem prowadzonym przez ślepca?”
Muidinga, chłopiec samotny niczym „rozżalony żagiel”, zostaje przywrócony życiu przez równie osamotnionego starca, Tuahira. Obaj mają już oczy i serca obolałe od widoku głodu, poniżenia, strachu przed bojówkami krążącymi po kraju ogarniętym obłędem wojny domowej. Postanawiają wyruszyć w drogę, nie wiedzą dokąd, wiedzą za to, że chcą znaleźć ścieżkę zmiany. Chłopiec widzi szansę w przystąpieniu do wojowników naparama. Czyż jednak może zaprzeczyć temu, że „(…) ci ludzie to też dzieci wojny? Kiedy zwyciężą, staną się tacy sami jak inni. Będą chcieli dzielić się między sobą zyskami”.
Muidunga znajduje zeszyty – dzienniki spisywane ręką chłopca, wędrowcy jak oni, lata wcześniej, gdy Mozambik zrzucał pęta kolonializmu, a świat, dokładnie jak teraz, pogrążony był w chaosie utaczania krwi. Zeszyty te stają się codzienną lekturą utrudzonych podróżnych, spajając przeszłość z teraźniejszością, by można było z ich przystawalności wywieść refleksje dalekie od optymizmu, za to bliskie czemuś w rodzaju nieuchronnej, straceńczej prawidłowości. „Ludzie zmierzają ku śmierci, tak jak rzeka zmierza do morza, aby się w nim rozmyć: jedna jej część się rodzi, a równocześnie druga mroczy się już w bezkresie”. To ciągły taniec, dance macabre, ta śmierć, którą wzajemnie sobie zadają, wydzierając dobra, korzyści, przywództwo, kobiety i wszystko, co ma jakąkolwiek wartość.
„Tutaj życie się poddawało – stało z podniesionymi rękami u stóp śmierci”, chłopiec i starzec postanawiają więc wyruszyć na poszukiwanie ratunku, przed siebie. To nie oni wybierają drogę, to ona ich prowadzi ku ludziom i miejscom mogącym ich oświecić, czasem daleko, częściej w najbliższe rejony, zataczając różnej średnicy koło, czekając, dając im czas na rozmyślanie i naukę, na dorośnięcie do trudnego zadania, także poprzez wirowanie marzeń i snów, których droga jest „szwaczką”. Sny przywołują podświadomość, a wraz z nią genetyczną pamięć, mądrość pokoleń. Afryka cała jest pamięcią. Ci, którzy umierają, nie odchodzą daleko, pozostają, by czuwać i doradzać, objawiają się na pograniczu sennego marzenia, przywołują wizje. Świat realny i pozaświat oddziela cieniutka, półprzepuszczalna bariera, co realizm magiczny tej opowieści genialnie oddaje i przetwarza w narracyjną spójnię, przenikanie się materii i ducha, dobrze widoczne w hipnotycznych obrzędach, wierzeniach znajdujących odbicie w dotykalnych zmysłami wytworach umysłu. Duchy przychodzą i odchodzą, mówią rzeczy ważne, które zaprzątają ludzkie głowy, przestrzegają, albo też chcą dalej rządzić, mścić się, kochać, z nieba spadają karły, ludzie zmniejszają się, by całkiem zniknąć, gdy już mają pewność, że ich obecność w świecie nie zostanie zapomniana.
Jest to też bowiem opowieść o pamięci, o tożsamości, o korzeniach wrośniętych głęboko w afrykańską ziemię, albo w tę inną, choćby indyjską, którą się porzuciło, ale zatrzymało w sercu. Człowiek chciałby odejść, jednak cierpi „na chorobę wieloryba, który umiera na plaży ze wzrokiem utkwionym w oceanie”.
Szkatułkowość powieści jest jej wielką siłą, zarazem jednak wyzwaniem. Poukładanie szufladek tak, by wzajemnie sobie nie wadziły, bezkolizyjnie do siebie pasowały, uzupełniając czytelnie historię o wciąż nowe treści i głębię, wymaga sporego kunsztu. Autorowi udało się wprowadzić nas w świat baśni tysiąca i jednej nocy, w jego mroczną i drapieżną odsłonę, której skomplikowane pułapki zdradzają historie wyczytane w zeszytach Kindzu, ale też zasłyszane przez bohaterów, którym opowiedział je ktoś, kto również kiedyś je zapamiętał z czyjejś opowieści. Widzimy w tym pewną ciągłość historii, tradycji, obyczaju i wierzeń, tak ważną dla społeczności, wiążącą ją w jeden organizm. Być może teraz zainfekowany, jednak oby nie całkiem jeszcze stracony.
Chłopiec i starzec próbują w spalonym autobusie przeczekać wojenną zawieruchę, czynią z niego schronienie, otoczone nicością, zapewniającą im bezpieczeństwo. Wiedzą jednak, że to chwilowa ucieczka, by móc się zastanowić, przemyśleć strategię, jakże bowiem można uciec od własnego dziedzictwa, wszystkiego, co nas określa, co nas stworzyło. Człowiek w sytuacji ekstremalnej chwyta się czegoś, by nie upaść, chwyta się marzenia, pragnienia trwałości, niczym koła ratunkowego na wzburzonym morzu. Tak kiedyś Tuakir, mimo, że pociągi dawno już przestały tędy jeździć, codziennie w pełnym umundurowaniu sprzątał dworzec, Maidunga wędrował i powracał, Farida czekała na statku-widmie pośrodku oceanu, a Nhamataca w wielkim wysiłku stwarzał rzekę, której „wody będą służyć jako granice wojny (…) Śmierć zostanie zatrzymana na drugim brzegu. Rzeka oczyści ziemię, lecząc i pieszcząc jej rany”.
Realizm magiczny pozwala powiedzieć znacznie więcej, ubiera pojęcia w symbole, przemawia do naszej wyobraźni, otwiera w umyśle dodatkowy, intuicyjny korytarz. Wszyscy wiemy, że Czerwiesio nie mógł przemienić się w kurę, jakże jednak ten symbol wyzwolenia z kolonialnego ucisku, teraz bezbronny, znów narażony na śmierć i zbezczeszczenie, ma się przechować, by przetrwać i zrzucić kiedyś kostium z piór, jak nie pomiędzy rozgadanym stadem w anonimowym kurniku. Takie przemiany i metamorfozy, gdy „w ciągu kilku chwil ssak zrodził z siebie ptaka, czapląc się do głębi”, wszelkie też antropomorfizacje i personifikacje to zabiegi ułatwiające przedstawienie zjawisk w ich ogólności i umowności, zwrócenia naszej uwagi na ukryte treści, by wskazać nam delikatnie kierunek, nie odbierając satysfakcji samodzielnych poszukiwań, gdyż każdy z nas może z tej samej treści wydobyć całkiem odmienne skarby. „Człowiek jest jak dom, należy go oglądać od środka”, i jak dom ma strych pełen pamiątek, wspomnień i artefaktów przeszłości, tak każdy z nas skrywa wewnątrz siebie indywidualne doświadczenia, wyobrażenia, poprzez które odczytuje rzeczywistość, a więc też literaturę.
Widzimy, że obecnie również gasną światła na latarni morskiej naszego świata. W tych ciemnościach i chaosie, groźnych okrzykach, warczeniu dronów, prężeniu muskułów i bieganiu w kółko, trudno się rozpoznać, za to łatwo zgubić drogę do domu i do siebie samego. Lunatyczna kraina się rozrasta, pączkuje, my zaś wędrujemy przez nią na oślep, prosto w ogień. Takie książki, jak Mii Couto, są niczym światło, ułatwiające orientację.
Za egzemplarz książki dziękuję: https://sztukater.pl/
„W tamtych stronach wojna uśmierciła drogę. Po ścieżkach włóczyły się tylko hieny, poryjkując w popiołach i pyle. Pejzaż skrzyżował się z nigdy dotąd niewidzianymi smutkami o barwach, które oblepiały usta. Barwy te były brudne, tak brudne, że utraciły wszelką lekkość, odarte całkowicie ze śmiałości wzniesienia skrzydeł ku błękitowi. Niebo w tych stronach stało się...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPierwsza powieść przeczytana w tym roku i chciałabym, żeby ten rok opiewał już tylko w takie małe wielkie powieści. Kocham autora, pokochałam po pierwszej jego powieści “Kobiety z popiołu” i kocham jeszcze mocniej, po tej powieści, po debiucie, który jak dla mnie jest powieścią pełną, wyrazistą, bardzo wyróżniającą się wśród innych powieści, stylem i językiem - słowotwórstwo autora jest wspaniałe i czyni z tej powieści dzieło sztuki. Przypomina mi trochę twórczość Pepeteli.
Powieść jest jak jej tytuł, atmosfera lunatycznego snu i snucia się przez martwą krainę, dwutorowość opowieści scala się w jedno na zakończenie, które zamyka wszystkie sprawy, ale pozostawia wiele otwartych uczuć. “Lunatyczna kraina” to powieść, w której doskonale przenika się realizm i magia, jawa i sen, wysłowiona prawda i tajemnica, śmierć i narodziny, groza i nadzieja. Jest coś majestatycznego w tej książce.
Couto pisze o wojnie, ale nie o tej którą widzimy, która sieje zniszczenie, ale w tym co wojna robi z człowiekiem, z jego środkiem, życiem, myślami. Powieść wnika głęboko i rani czytając, jest niesamowicie trafna w wymowie, słowie, w fabule.
Nie jest łatwą proza, ale kilka dni skupienia się na niej jest czasem wartym przeżycia.
Pierwsza powieść przeczytana w tym roku i chciałabym, żeby ten rok opiewał już tylko w takie małe wielkie powieści. Kocham autora, pokochałam po pierwszej jego powieści “Kobiety z popiołu” i kocham jeszcze mocniej, po tej powieści, po debiucie, który jak dla mnie jest powieścią pełną, wyrazistą, bardzo wyróżniającą się wśród innych powieści, stylem i językiem -...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toUrzekająca pod względem języka i porywająca w przestrzeń gdzieś pomiędzy jaźnią a rzeczywistością opowieść o samotności.
Mozambik, spiekota afrykańskiego interioru i wojna domowa. Zgorzkniały starzec i chłopiec „znikąd”, podrzutek, znajda, dziecko-zagadka. Maszerują w stronę drgające od gorąca horyzontu i spotykają porzucony, podziurawiony od kul autobus (machimbombo),wojenny symbol, miejsce zbrodni, pomnik przelanej krwi i ponury grobowiec w jednym. W jego wnętrzu znajdują księgę – ni to pamiętnik, ni fikcja, spisaną niczym dziennik z minionego życia. Od tej pory rozmowy przetykane będą tym, co wyczytają z lunatycznych zapisków wspomnień. Natomiast ich historia staje się częścią innej, a opowieści z zeszytów otwierają się na kolejne, dzięki czemu wpadamy w niekończący się labirynt zdarzeń i wizji, pełen złych uroków i dobrych czarów.
Można „Lunatyczną krainę” czytać bez końca – następuje w niej całkowite zapętlenie, bo historie mieszają się ze sobą w somnambulicznym, opętańczym tańcu, a to wspaniałe widowisko. Sądzę, że za każdym razem można odszukać w niej nowy trop i znaczenia. Dominuje tu szkatułkowość narracji, którą tylko pozornie przerywają powroty do „realu”, do rozgrzanego do czerwoności machimbombo, albowiem zdarzenia same w sobie stają się ułudą i fatamorganą. Wreszcie ucieka nam grunt spod nóg, bo nic nie jest już pewne. Bogactwo języka onieśmiela (nawet nie będę próbować oceniać kunsztu i ogromu pracy, jaki w przekład włożył #MichałLipszyc, to translatorski majstersztyk) i mimo, że nie jest to powieść z tradycyjną linią fabularną, wciąga w poszukiwanie tajemniczych wojowników, kobiety, kochanki i dziecka.
Całość została zbudowana na zasadzie kontrastów – brutalność życia łączy się z onirycznym doznaniem miłości, wściekłość z tęsknotą, groza z czystą radością życia, przeszłość - z dzisiaj, śmierć z życiem, a jednak „skleja się” ze sobą, intensywnie pulsuje.
Rządzą to wielopłaszczyznowość i kaskady metafor, które jednak nie wywołują czytelniczego otępienia. W nich ukryty jest sekret „Krainy” – to powracanie do źródła, zaczynanie od nowa, od pierwszej kartki książki. Towarzyszy nam częsta zmiana miejsc – od pustyni i autobusu po wrak statku, wnętrze knajpy i trzeszczącego ze starości "maison".
A do tego jeszcze portugalski kolonializm i biali zmarli, którzy porzucają niewygodne trumny, by dochodzić ludzkich praw w świecie wierzeń i magii.
To zaskoczenie i czysty zachwyt. Jak dotąd najlepsza książka z 2026 roku.
Okładka Kamila Rekosza
Urzekająca pod względem języka i porywająca w przestrzeń gdzieś pomiędzy jaźnią a rzeczywistością opowieść o samotności.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMozambik, spiekota afrykańskiego interioru i wojna domowa. Zgorzkniały starzec i chłopiec „znikąd”, podrzutek, znajda, dziecko-zagadka. Maszerują w stronę drgające od gorąca horyzontu i spotykają porzucony, podziurawiony od kul autobus (machimbombo),...
Afrykańska księga tysiąca i jednej nocy
Przepiękna
Brawa dla tłumacza za nowe słowa
Afrykańska księga tysiąca i jednej nocy
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPrzepiękna
Brawa dla tłumacza za nowe słowa
„Debiut Mii Couto, jedna z najwybitniejszych powieści afrykańskich XX wieku” - taką rekomendację możemy przeczytać na okładce „Lunatycznej krainy” i choć literatura afrykańska jest dla mnie doświadczeniem nowym, w przypadku tego tekstu, po jego lekturze, wierzę w te zapewnienia, bez dwóch zdań.
Lekka objętościowo lektura ( 260 stron) wciąga nas w jakże rozbudowany i odległy Europejczykom, świat. Świat w którym słowo mówione ma moc chyba większą od tego zapisanego. Opowieści przekazywane ustnie, wspomnienia, uniwersalne prawdy o życiu i człowieku … echo ich wszystkich pobrzmiewa w „Lunatycznej krainie”. Mozambik lat 80- tych rozdarty jest przez wojnę i zniszczenie. Jedyną ostoją w tym świecie staje się słowo. A tam gdzie słowo, istnieje potrzeba drugiego człowieka. I w tej wzajemnej relacji poznajemy bohaterów wędrowców, spełniających motyw „wiecznej tułaczki”: starego Tuahira i młodego chłopca Muidingi. Doświadczeni przez los, skazani na wygnanie, poznają się w obozie dla uchodźców i stąd rozpoczynają wspólną podróż, która przebiega nie tylko w czasie rzeczywistym i określonym geograficznie, ale i rozciąga się w podróż po zapiskach z notatnika znalezionego przy spalonych zwłokach przy wraku autobusu, który służy im za schronienie. Zapiski Kindzu nadają drugi wymiar tej opowieści, a losy bohaterów splatają się niczym wiklina zaplatana w skomplikowany wzór kosza. Oplatają sen i jawę, dobro i zło, moralność i powinność, dorosłość i młodzieńczość, wojnę i pokój …
Mia Couto pisze w języku portugalskim i stwarza swoisty świat swojego języka, pełen neologizmów i oryginalnych tworów semantycznych, stawiających przed tłumaczem poprzeczkę bardzo wysoko. I tu wielki ukłon w stronę Michała Lipszyca, który dokonał przekładu „Lunatycznej krainy”, jak sam zdradza kierując się zasadą „eksperymentowania z polszczyzną w duchu i zakresie wskazanym przez autora”. To dzięki jego pracy, sięgając po tę powieść, doświadczamy czegoś oryginalnego i świeżego, odległego niczym afrykańskie krainy i równie pociągającego jak i one.
„Debiut Mii Couto, jedna z najwybitniejszych powieści afrykańskich XX wieku” - taką rekomendację możemy przeczytać na okładce „Lunatycznej krainy” i choć literatura afrykańska jest dla mnie doświadczeniem nowym, w przypadku tego tekstu, po jego lekturze, wierzę w te zapewnienia, bez dwóch zdań.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toLekka objętościowo lektura ( 260 stron) wciąga nas w jakże rozbudowany i...
"Lunatyczna kraina" jest niczym wspomnienie snu, z jednej strony orzeźwiającego, z drugiej - oblepiającego i omotującego świadomość. Pozostawia w świadomości cierpki posmak i pewną lepkość, która przyczepia się i nie ustępuje. Lektura powieści Mia Couto to doświadczenie dobre. W tym sensie dobre, że warte powtarzania, mimo iż nie zawsze proste, rabujące czytelnika ze spokoju ducha.
Otrzymujemy tu dwie opowieści, zamknięte jedna w drugiej niczym w pudełku. Młodszy i starszy wędrowiec przemierzają spustoszoną przez wojnę krainę. Mimowolnie na myśl przyszło mi wspomnienie "Drogi" Cormacka McCarthy, chociaż w tej przesyconej majakami podróży skojarzenia przesypywały się w moim umyśle niczym lawina i były niekiedy bardzo odległe i niesprecyzowane.
Nasi podróżnicy odnajdują porzucone zeszyty i tu rozpoczyna się następna opowieść, w której zatracają się bez reszty. Są to dzieje młodego Kindzu, a jego historię wypełnia magia, brutalność i miłość. Opowieść o chłopcu otwiera się niczym szkatułka, z której wychodzą kolejne historie, układając się w dzieje krainy okaleczonej i zeszpeconej przez chaos wojny.
Mia Couto ma duże szanse, żeby dołączyć do grona moich ulubionych pisarzy. Podobne emocje, które przeżywałam w trakcie lektury, towarzyszyły mi bodajże wtedy, kiedy pochłaniałam powieści Eko Kurniwana. "Kobiety z popiołu" okazały się moją książką 2025 roku i mam nadzieję, że wydawnictwo Art Rage wkrótce dostarczy mi kolejnych powodów do radości.
"Lunatyczna kraina" jest niczym wspomnienie snu, z jednej strony orzeźwiającego, z drugiej - oblepiającego i omotującego świadomość. Pozostawia w świadomości cierpki posmak i pewną lepkość, która przyczepia się i nie ustępuje. Lektura powieści Mia Couto to doświadczenie dobre. W tym sensie dobre, że warte powtarzania, mimo iż nie zawsze proste, rabujące czytelnika ze...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to,,Problem będzie wtedy, gdy pozwolimy, aby te ciemności dostały się do naszych głów. Nie możemy tańczyć ani się śmiać. I dlatego zanurzymy się w tych zeszytach. W nich będziemy śpiewać. W nich będziemy się bawić".
,,Lunatyczna kraina" to lektura poetycka, symboliczna i głęboko zakorzeniona w bolesnej historii Mozambiku. Przesiąknięta realizmem magicznym, a zarazem eksplorująca tematykę wojny, niesprawiedliwości oraz ludowego folkloru. Jest to nietypowa powieść drogi, w której bohaterowie próbują uciec od rzeczywistości przesiąkniętej śmiercią, przemocą i głodem, a jednocześnie tkwią w stanie zawieszenia - pomiędzy życiem a śmiercią, w niemocy, w transie, w tytułowej "lunatycznej krainie".
Dzięki przeplatającej się narracji poznajemy dwie odrębne historie, w których losy postaci powoli zaczynają się przenikać. Zabieg ten sprawnie buduje aurę tajemnicy i jeszcze mocniej wciąga w opowieść. Warto jednak zaznaczyć, że nie jest to lektura łatwa w odbiorze. Trzeba się przy niej maksymalnie skoncentrować, by nie wypaść z rytmu i nie zgubić w pokręconej fabule. Mia Couto nie tylko zanurza nas w sennej plątaninie dziwności i absurdu, lecz także dostarcza całą masę neologizmów oraz słów raczej nieznanych polskiemu czytelnikowi (objaśnionych w słowniczku). Nadają one autentyczności i tworzą hipnotyzujący klimat obcości, ale jednak nie ułatwiają czytania.
Jestem zachwycona pięknym językiem powieści (znalazłam w niej wiele wspaniałych cytatów) i doceniam jej ważny przekaz. Muszę niestety przyznać, że pod koniec odczułam pewną ulgę, że książka jest tak krótka - co nie zmienia jednak faktu, że poruszające zakończenie w pełni potwierdziło, że warto było po nią sięgnąć.
,,Problem będzie wtedy, gdy pozwolimy, aby te ciemności dostały się do naszych głów. Nie możemy tańczyć ani się śmiać. I dlatego zanurzymy się w tych zeszytach. W nich będziemy śpiewać. W nich będziemy się bawić".
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to,,Lunatyczna kraina" to lektura poetycka, symboliczna i głęboko zakorzeniona w bolesnej historii Mozambiku. Przesiąknięta realizmem magicznym, a zarazem...
Czytać i patrzeć. I "nie posiadać się z patrzenia". Z "pasją ognia i czułością ziemi" chłonąć język, gdzie wszelkie "zjawtazje", "mijaczenia", "umystnienia" i "okatchnienia" powodują zarówno "przeradrżenia", jak i generują "ocean nieskończonych fantazji". Ale "Lunatyczna kraina" oferuje nie tylko bogactwo językowe, w którym można się zatracić, tracąc z oczu to, co najważniejsze. To nie jest językowa wydmuszka, torpedująca nas na każdym kroku nowosłowami, by omamić- fundując językowe popisy. Jest przede wszystkim onirycznym i szkatułkowym gobelinem, na którym utkany został wycinek historii Mozambiku, dotyczący przede wszystkim wojny domowej.
.
Nie jest też tylko "majakiem zwykłego senniciela", gdzie granica między jawą, a rzeczywistością jest bardzo umowna, gdzie świat żywych koegzystuje ze światem duchów, gdzie mnogość zjaw i cienie przodków tworzą magiczny korowód, prowadząc nas w objęcia afrykańskiej kulturowej tradycji i tożsamości. Nawet czas jest tutaj pojęciem względnym- "skrobie kośćmi o kamienie" - by "przędąc nić opowieści" odsłonić prawdę, w tym o naturze wojny ("podczas wojny najbardziej cierpią ci, którzy nie zajmują się zabijaniem"). Tyle samo tutaj snu, co namacalności życia- z jego brutalnością i bezwzględnością. Niektóre obrazy, które malują się pod powieką, pachną grozą, by za chwilę ewoluować w rodzaj czułości wobec bohaterów, rzuconych w wir zdarzeń, będąc jeńcami przypadku oraz złośliwości losu. Ale "czym innym jest los niż pijakiem wiedzionym przez ślepca"?
.
"Płaczecie nad dzisiejszymi dniami? Wierzcie zatem, że dni, które nadejdą, będą jeszcze gorsze. Właśnie po to wymyślili tę wojnę: aby zatruć łono czasu, aby teraźniejszość płodziła potwory zamiast nadziei". Wojna jest tutaj bohaterem nie mniej ważnym, niż ci obecni ciałem. Skrada się, czasami atakuje otwarcie. Sprawia, że jedyne na co można czekać, to jej koniec. Z nadzieją tylko, że nie jest owym Godotem, który nigdy nie przychodzi...
.
Być może zaczyna się jak u Becketta. Dwoje wędrowców- lunatyków w swej lunatycznej wędrówce przez lunatyczną krainę, gdzie jedynym wytchnieniem od strachu stają się dla nich niespodziewanie "opowieści z zeszycików" i złudne bezpieczeństwo oferowane przez "machimbombo" (autobus)- ich "rezydencję z blachy i popiołów, tkwiącą pośrodku drogi niczym pomnik wojny". To słowo spisane (historie Kindzu) stanowią tutaj najskuteczniejszą formę ucieczki od "małości tego miejsca" i w ogóle świata, sposób na chwilowe "porzucenie piekła"...
.
Ciężko ułożyć "duszę w środku ciała" po lekturze tej powieści. Jest zbyt niespokojna, bo wędrując wraz z bohaterami tej powieści "od pejzażu do pejzażu", zbyt dużo widzi się "pod korą świata", niejednokrotnie "rozdziawiając się ze zdziwienia". Polecam.
Czytać i patrzeć. I "nie posiadać się z patrzenia". Z "pasją ognia i czułością ziemi" chłonąć język, gdzie wszelkie "zjawtazje", "mijaczenia", "umystnienia" i "okatchnienia" powodują zarówno "przeradrżenia", jak i generują "ocean nieskończonych fantazji". Ale "Lunatyczna kraina" oferuje nie tylko bogactwo językowe, w którym można się zatracić, tracąc z oczu to, co...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZachwyciło mnie słowotwórstwo Mii Couto, niezwykłość języka, z którego buduje swoją „Lunatyczną krainę”. Leśmian spotyka się tu z wyobraźnią Schulza; sen przenika się z jawą, przodkowie upominają się o swoje, a nad wszystkim unoszą się przepowiednie i czary - niczym u Márqueza.
Punktem wyjścia jest wojna domowa w Mozambiku, która zmusza do drogi dwóch bohaterów: Młodego i Starszego. Ich wędrówka staje się nie tylko ucieczką przed przemocą, lecz także podróżą przez pamięć, mit i opowieść.
W poszukiwaniu schronienia bohaterowie trafiają na wrak spalonego autobusu. Wśród martwych ciał znajdują plik zapisanych zeszytów. Nocą, przy skąpym świetle, chłopiec czyta je Starszemu, a zapisane słowa zaczynają wypełniać pustkę, jaką pozostawił strach i milczenie.
Z kart wyłania się historia Kindzu - pełna snów, proroctw i wędrówek - która z wieczoru na wieczór coraz mocniej splata się z losem czytających. Granica między opowieścią a rzeczywistością zaczyna się zacierać: to, co zapisane, zdaje się wyprzedzać zdarzenia, a przeszłość wślizguje się w teraźniejszość niczym cień.
Zeszyty stają się dla bohaterów nie tylko schronieniem przed wojną, lecz także niemal równoległą ścieżką, prowadzącą przez pamięć, mit i wyobraźnię. W świecie pozbawionym ładu słowa okazują się jedynym azylem, a opowieść - sposobem, by przetrwać i ocalić sens.
Couto pokazuje, że w rzeczywistości naznaczonej wojną i rozpadem dawnych struktur nie da się iść „prostą drogą”. Błądzenie staje się więc jedyną uczciwą formą istnienia, sposobem na zachowanie człowieczeństwa. W tym sensie bohaterowie Couto przypominają postaci Leśmiana i Baczyńskiego: zagubione, lecz czujne, kruche, a mimo to zdolne do ocalenia świata. Siła nie bierze się tu z kontroli, lecz z gotowości na niepewność.
W miarę jak wojna cichnie, a droga prowadzi dalej, staje się jasne, że zeszyty Kindzu nie były jedynie zapisem czyjegoś życia, lecz mostem między światami — między tym, co minione, a tym, co dopiero ma się wydarzyć. Każde słowo niesie echo przeszłości i zapowiedź przyszłości..
Mocno polecam!
Zachwyciło mnie słowotwórstwo Mii Couto, niezwykłość języka, z którego buduje swoją „Lunatyczną krainę”. Leśmian spotyka się tu z wyobraźnią Schulza; sen przenika się z jawą, przodkowie upominają się o swoje, a nad wszystkim unoszą się przepowiednie i czary - niczym u Márqueza.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPunktem wyjścia jest wojna domowa w Mozambiku, która zmusza do drogi dwóch bohaterów: Młodego i...
„Całymi dniami błąkisnułem się”… „Lunatyczna kraina” wypłynęła na koniec wydawniczego roku i stała się jedną z ukochanych powieści tego roku. W te rejony literacko jeszcze nie zabłądziłam, więc cieszę się, że Mozambik znalazł się na mojej czytelniczej mapie wraz z końcem roku. Mia Couto tworzy niesamowity literacko świat. akie tu są małe-wielkie zdania, ciekawy, niespotykany język, który staje się osobnym bohaterem tej poruszającej książki nazywanej jedną z najwybitniejszych afrykańskich powieści XXI wieku. Aż trudno uwierzyć, że to debiut autora, potomka portugalskich emigrantów.
Pierwsze zdanie zostaje na zawsze. Czy chcę Wam je zdradzać? Bardzo. Ale to Wy musicie po nią sięgnąć i jej doświadczyć i doświadczyć języka, który jest tu osobnym pulsującym mięśniem. Skosztujcie sami tych nowosłów, wymieniam zaledwie kilka, ale uwierzcie, że każde pada w idealnym miejsce opowieści nadając jej jeszcze głębszego sensu i skali odczuwania.
Pośnisnuć. Wydurmyślenia. Szlamotność. Czarowieści. Namysłuchując. Przeradrżenie.
„Dzisiaj każdy, kto tu trafia, przynosi na czubkach palców śmierć.” - tłem do opowieści i naszej podróży po tytułowej lunatycznej krainie jest wojna domowa, która jest tutaj silnym powidokiem, przyczynkiem do wyruszenia w drogę dwóch głównych bohaterów, Młodego i Starszego. Kim są dla siebie? Nie dowiemy się do końca, młodszy nazywa swojego opiekuna wujkiem, a ten wyciągnął go z obozu dla uchodźców. Skrywają się w spalonych zgliszczach autobusów, a tam odnajduje ich zeszyt pełen opowieści, które stanę się paralelną historią.
„Zanurzymy się w tych zeszytach, w nich będziemy śpiewać. W nich będziemy tańczyć.” Kocham fakt, że akt czytania staje się w „Lunatycznej krainie” ocaleniem od samotności, od strachu przed tym, co czai się na wojnie. Młody umie czytać, za co starszy staje się dozgonnie wdzięczny. Świat jest okrutny, nie ma między nimi wiele czułości, przejawia się w chwilach, gdy starszy prosi młodszego, by czytał.
Couto lepi świat ulepiony z nędzy i głodu, gdzie mało zostaje miejsca na miłość czy przyjaźń. To pełnokrwista powieść, w której liryzm łączy się z brutalnością wojny i samotnością wygnańców, ale w jakiś szalony sposób odnajduje się w niej dom i walkę o bezpieczeństwo i ciepło wypływające z wielu zdań z tych powieści, która stara się ukazać obywateli Mozambiku jako naród pełen hardości i kulturowego piękna. „Lunatyczna kraina” snuje się pomiędzy fikcją, faktami, realizmem magicznym a snem, ale jedno jest pewna, spowija czytelnika literaturą niełatwą, ale pełna lirycznego piękna w zgliszczach tego świata.
„Całymi dniami błąkisnułem się”… „Lunatyczna kraina” wypłynęła na koniec wydawniczego roku i stała się jedną z ukochanych powieści tego roku. W te rejony literacko jeszcze nie zabłądziłam, więc cieszę się, że Mozambik znalazł się na mojej czytelniczej mapie wraz z końcem roku. Mia Couto tworzy niesamowity literacko świat. akie tu są małe-wielkie zdania, ciekawy,...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to