Niedziela życia

Okładka książki Niedziela życia autora Raymond Queneau, 9788365125378
Okładka książki Niedziela życia
Raymond Queneau Wydawnictwo: Biuro Literackie Seria: Klasyka z Europy literatura piękna
200 str. 3 godz. 20 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Klasyka z Europy
Tytuł oryginału:
Le Dimanche de la vie
Data wydania:
2016-10-03
Data 1. wyd. pol.:
2016-10-03
Liczba stron:
200
Czas czytania
3 godz. 20 min.
Język:
polski
ISBN:
9788365125378
Tłumacz:
Hanna Igalson-Tygielska
Średnia ocen

7,0 7,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Niedziela życia w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oficjalne recenzje książki Niedziela życiai

Klasyka, filozofia i HUMOR



841 1 378

Oceny książki Niedziela życia

Średnia ocen
7,0 / 10
46 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Niedziela życia

avatar
670
670

Na półkach:

Książka pisarza i filozofa Queneau,
jako całość inspirowana jest filozofią Hegla i to jego cytat, nawiązujący właśnie do „niedzieli ich życia” otwiera tę powieść. Mamy więc też elementy powagi, tło wojny, różne ludzkie tragedie i dylematy. Queneau po mistrzowsku składa lakoniczne, jakże celne dialogi.

"Niedziela życia" to nader pocieszna powieść, głównie dzięki Valentinowi, który z racji swej prostolinijności stwarza zabawne sytuacje. I tak na przykład samotnie wyjeżdża w podróż poślubną, zakochuje się w guzikach i postanawia zostać ich kolekcjonerem, kiedy indziej zgadza się przepowiadać przyszłość pod postacią Madame Saphir.
Realizm idealnie miesza się z groteską, jak w dwukrotnej pogoni Julii za Valentinem czy w postaciach paryskich kupców.

Portrety bohaterów, którzy nie zawsze moralnie idą w dobrym kierunku, są tak pocieszne, że trudno nie czuć wobec nich dozy ciepłych uczuć.
Jednym zdaniem w powieści nie brak komicznych elementów, które równocześnie skłaniają do refleksji.

Książka pisarza i filozofa Queneau,
jako całość inspirowana jest filozofią Hegla i to jego cytat, nawiązujący właśnie do „niedzieli ich życia” otwiera tę powieść. Mamy więc też elementy powagi, tło wojny, różne ludzkie tragedie i dylematy. Queneau po mistrzowsku składa lakoniczne, jakże celne dialogi.

"Niedziela życia" to nader pocieszna powieść, głównie dzięki...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
247
195

Na półkach:

Jak część z was już wie – historie o miłości to nie moja bajka.

A jednak już od pierwszych stron kibicowałam Julii w przeżywanym przez nią zauroczeniu. Nasza bohaterka prowadzi sklep, a dni mijają jej dość leniwie. Ale promykiem przerywającym codzienność jest szeregowy Brû (oczywiście, ona jeszcze nie wie jak on się nazywa i kim jest),który codziennie przechodzi przed jej oknem.

Doprecyzuję może to 𝘻𝘢𝘶𝘳𝘰𝘤𝘻𝘦𝘯𝘪𝘦. Bo to nie jest tylko tak, że Julia go podziwia i to jej wystarcza, o nie! Ona go wybrała na swojego przyszłego męża. I nie przeszkadza jej to, że w ogóle go nie zna. Ani znaczna różnica wieku. Ani dezaprobata jej siostry. Jak sama mówi: „tylko on, żaden inny.”

Jeśli jednak myślicie, że książka jest zupełnie zwyczajna i jej fabuła nie brzmi zbyt oryginalnie to przypomnę, że jej autorem jest Raymond Queneau. Także nie obejdzie się bez ogromnej dozy humoru i ironii, a moim ulubionym akcentem jest fakt, że nazwisko pewnego małżeństwa za każdym razem zapisanym razem jest zupełnie inne, zgadza się tylko jego pierwsza litera.

Wyczytałam gdzieś, że czyta się to dzieło jak gotowy scenariusz filmowy i w pełni się zgadzam. Przewijają się przez nią niespodziewane perypetie jak jednoosobowy wyjazd w podróż poślubną, podczas którego małżonkowie i tak spotykają się przez przypadek na pogrzebie w Paryżu. Spotykamy się z wróżką, która świetnie sobie radzi, a idzie jej jeszcze lepiej, gdy jej pracę przejmuje przebrany w jej stroje mąż.

Jakby tego było mało, całość inspirowana jest filozofią Hegla i to jego cytat, nawiązujący właśnie do „niedzieli ich życia” otwiera tę powieść. Mamy więc też elementy powagi, tło wojny, różne ludzkie tragedie i dylematy. Jednocześnie wszystko ubrane jest w tak genialną zabawę językową, że trudno się nią nie zachwycić.

Portrety bohaterów, którzy nie zawsze moralnie idą w dobrym kierunku, są tak pocieszne, że trudno nie czuć wobec nich dozy ciepłych uczuć. W świecie, gdzie realizm przeplata się z absurdem życzymy im jak najlepiej. A ja wam życzę przeczytania tej świetnej książki.

Jak część z was już wie – historie o miłości to nie moja bajka.

A jednak już od pierwszych stron kibicowałam Julii w przeżywanym przez nią zauroczeniu. Nasza bohaterka prowadzi sklep, a dni mijają jej dość leniwie. Ale promykiem przerywającym codzienność jest szeregowy Brû (oczywiście, ona jeszcze nie wie jak on się nazywa i kim jest),który codziennie przechodzi przed jej...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1525
1500

Na półkach: ,

- Granice twojego języka niech będą granicami twojego poznania – ta zasada Mędrca chyba odnosi się do sympatycznych, acz mocno ograniczonych, typowych francuskich mieszczan, bohaterów tej lekko surrealistycznej książki, typowej dla Raymonda Quenaeau, nie tylko czujnego obserwatora, ale i czułego diagnosty swych rodaków, nawet gdy są niezłymi typkami.

Jego „Ćwiczenia stylistyczne” mnie zachwyciły, „Psia trawka” uwiodła. A i „Niedziela życia” także daje sporo satysfakcji czytelnikowi W narracji, pozornie o niczym, mamy tu - jak to u Mistrza - ludzkie niedorozumienia, zamierzone lub nie gry słowne, kalambury i rożne inne figury retoryczne, na które przyjemnie natknąć się zwłaszcza wtedy, gdy wypowiadają je lub przemyśliwują - no cóż, trzeba to powiedzieć – prostaczkowie ze średnio niższej klasy średniej, tak we Francji rozrośniętej. Pytanie jednak, czy naprawdę są oni tak zupełnie nieświadomi zarówno niełatwych zawiłości języka, jak i bezkresnych jego możliwości? A może to tylko zabawa Autora? Główny bohater Valentin wraz z tokiem narracji nabiera wszak ostrej samoświadomości a na koniec pyta wręcz sam siebie, jakim prawem „gardzi tymi prostakami, ich babami i gówniarzami”.

Queneau po mistrzowsku składa lakoniczne, jakże celne dialogi. Taka np. pyszna rozmowa miedzy siostrami, z których jedna jest pożądającą męża - czyli Valentina - „starą panną” (nb. cóż to dziś za dziaderska syntagma!):

- Powiedz, uważasz, ze jestem przechodzona? - Wcale nie. - Gębusia jak? - W porzo. – Piersiątka? - Mogą być. - Nóżęta? - Jak trzeba. - To o co chodzi? – Liczy się nie tylko strona fizyczna. Chodzi też o morale”.

Podczas poszukiwania kandydata na męża w wojskowym rejestrze, którego w nim nie ma, zniecierpliwiony oficer z żelazną logiką mówi siostrze nieszukającej męża: „Gdyby figurował, mógłbym podać powody, dla których mógłby nie figurować, ale skoro nie figuruje, doprawdy nie widzę, jak mógłbym pani podać powody, dla których mógłby figurować” (finalnie figura oficera sfigurzyła się fikuśnie z tą figlarną siostrą…).

A po ślubie? Valentin cieszy się z „umiejętnie prowadzonej polityki niezabierania głosu”. „- Może moglibyśmy odłożyć podroż poślubną do wakacji – zaproponował. A wakacje, zaoponowała Julia, kiedy w takim razie pojedziemy na wakacje? W końcu przyjęli jedyne możliwe wyjście; jedno jedyne, znaczy się, że tylko Valentin sam jeden odbędzie podroż poślubną (…). Dwa tygodnie powinny wystarczyć. Człowiek się męczy zbytnią bliskością i na dłuższą metę drażni go byle drobiazg (…) 14 dni jest w sam raz, akurat tyle trzeba żeby było milo, ale nie zemdliło”.

I jeszcze parę innych smacznych cytatów:

„- Co ty masz z tyłu głowy? – zapytał Valentin.
- Oparcie krzesła – odpowiedziała Julia”.

„Pozostała mu jedynie rozległa pustka czasu. Postanowił zobaczyć, jak płynie czas, co jest zadaniem równie trudnym, jak przyłapanie samego siebie na zasypianiu”.

A skoro jesteśmy we Francji, to nie obejdzie się bez licznych a smakowitych kulinariów, np „Żarcie sprzeda się zawsze. Jak wszystko jest w porządku, ludzie żrą, bo są zadowoleni, a jak coś nie idzie, to żrą, żeby się pocieszyć” czy . też: „Paul zaczyna widzieć życie w kolorze różowego porto, co jest o wiele korzystniejsze niż kolor zielonego pernoda niosącego z sobą zawsze pewna dozę agresji”. Przy okazji niektórzy dowiadują się, że ostryga żyje w chwili jej spożywania….

Szczególnie gorzka prawda o „słodkiej Francji” i samych Francuzach ujawni się w narracji z chwilą wybuchu II wojny. A Autor i tak wydawał się nie mieć żadnych złudzeń co do swych rodaków nawet i podczas pokoju „Wypowiedzenie wojny, jeszcze bez efektu, zdawało się przyozdabiać ich niewidzialną Legią Honorową za rany odniesione na polu miłości własnej”.

Taka scena w przepełnionym pociągu po mobilizacji:

„ – Niech pan spojrzy na tych łobuzów – mówi do Valentina, wskazując ośmiu osobników w przedziale solidnie przyśrubowanych do swoich miejsc - Za nic się nie ruszą, nawet jakby im bomba na łeb spadła (…) Zupełnie nie jak ludzie, śladu człowieczeństwa. Myślą tylko o sobie. Biedna Francja. A ja? Dlaczego ja też nie mogę siedzieć. Jestem taki zmęczony, żadnemu nawet do głowy nie przyjdzie, żeby mnie zapytać.
- Egoiści z nich, prawda? – mówi Valentin.
- Otóż to. Myślą tylko o sobie, nie o mnie.
- A o mnie – mówi Valentin – myśli pan, że choć trochę myślą o mnie?
- A co mnie to obchodzi!”

A gdy już wojna przyszła i szybko przeszła przez „słodką Francję”?

„- Takim ględzeniem nie podniesiemy Francji – mówi Paul.
-Tym bardziej, ze leży jak długa i szeroka – odpowiada z humorem Julia”.

Przykłady wspaniałego przekładu Hanny Igalson-Tygielskiej dają o sobie znać niemal na każdej stronie. Najlepszą ilustracją jej nieortodoksyjnego, twórczego podejścia do oryginału jest scena na dworcu kolejowym, zakończona: „para buch, koła w ruch!”.

Pora na kolejne książki Queneau, który wielkim mistrzem języka był!

- Granice twojego języka niech będą granicami twojego poznania – ta zasada Mędrca chyba odnosi się do sympatycznych, acz mocno ograniczonych, typowych francuskich mieszczan, bohaterów tej lekko surrealistycznej książki, typowej dla Raymonda Quenaeau, nie tylko czujnego obserwatora, ale i czułego diagnosty swych rodaków, nawet gdy są niezłymi typkami.

Jego „Ćwiczenia...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

183 użytkowników ma tytuł Niedziela życia na półkach głównych
  • 123
  • 60
43 użytkowników ma tytuł Niedziela życia na półkach dodatkowych
  • 26
  • 5
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1

Inne książki autora

Okładka książki The Penguin Book of Oulipo: Queneau, Perec, Calvino and the Adventure of Form Gilbert Adair, Michèle Audin, Richard Beard, Valérie Beaudouin, Marcel Bénabou, Christian Bök, Jorge Luis Borges, Joe Brainard, Christine Brooke-Rose, Lee Ann Brown, Italo Calvino, François Caradec, Jacques Carelman, Lewis Carroll, Inger Cristensen, Robert Desnos, Frédéric Forte, Thieri Foulc, Paul Fournel, Aline Gagnaire, Anne Garréta, Michelle Grangaud, Paul Griffiths, Lyn Hejinian, George Herbert, Homer, Alfred Jarry, Tom Jenks, Jacques Jouet, François Le Lionnais, Hervé Le Tellier, Étienne Lécroart, Édouard Levé, Richard Long, Lukrecjusz, Jackson Mac Low, Matt Madden, Harry Mathews, Bernadette Mayer, Michèle Métail, Christopher Middleton, Ian Monk, Philippe Mouchès, Harryette Mullen, M. NourbeSe Philip, Alice Oswald, Jeremy Over, Oskar Pastior, Georges Perec, Raymond Queneau, François Rabelais, Dan Rhodes, Lily Robert-Foley, Jacques Roubaud, Raymond Roussel, Olivier Salon, Christopher Smart, Juliana Spahr, Jonathan Swift, Philip Terry, Stefan Themerson, René Van Valckenborch, Henry Vassall-Fox, Hugo Vernier, Yin Zhongkan
Ocena 0,0
The Penguin Book of Oulipo: Queneau, Perec, Calvino and the Adventure of Form Gilbert Adair, Michèle Audin, Richard Beard, Valérie Beaudouin, Marcel Bénabou, Christian Bök, Jorge Luis Borges, Joe Brainard, Christine Brooke-Rose, Lee Ann Brown, Italo Calvino, François Caradec, Jacques Carelman, Lewis Carroll, Inger Cristensen, Robert Desnos, Frédéric Forte, Thieri Foulc, Paul Fournel, Aline Gagnaire, Anne Garréta, Michelle Grangaud, Paul Griffiths, Lyn Hejinian, George Herbert, Homer, Alfred Jarry, Tom Jenks, Jacques Jouet, François Le Lionnais, Hervé Le Tellier, Étienne Lécroart, Édouard Levé, Richard Long, Lukrecjusz, Jackson Mac Low, Matt Madden, Harry Mathews, Bernadette Mayer, Michèle Métail, Christopher Middleton, Ian Monk, Philippe Mouchès, Harryette Mullen, M. NourbeSe Philip, Alice Oswald, Jeremy Over, Oskar Pastior, Georges Perec, Raymond Queneau, François Rabelais, Dan Rhodes, Lily Robert-Foley, Jacques Roubaud, Raymond Roussel, Olivier Salon, Christopher Smart, Juliana Spahr, Jonathan Swift, Philip Terry, Stefan Themerson, René Van Valckenborch, Henry Vassall-Fox, Hugo Vernier, Yin Zhongkan
Raymond Queneau
Raymond Queneau
Raymond Queneau (ur. 21 lutego 1903 w Hawrze, zm. 25 października 1976 w Paryżu) – francuski poeta, powieściopisarz i eseista. Jeden z prekursorów postmodernizmu, współzałożyciel eksperymentalnej grupy literackiej OuLiPo, autor tekstów popularnych piosenek oraz maszyny produkującej sonety. Należał do Akademii Goncourtów, był także dyrektorem Encyklopedii Plejady wydawnictwa Gallimard, a jako Satrapa należał do Kolegium Patafizyki.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Centuria. Sto krótkich powieści rzek Giorgio Manganelli
Centuria. Sto krótkich powieści rzek
Giorgio Manganelli
Każdego dnia po przebudzeniu - przebudzeniu opornym i rzec by można leniwym - ten pan zaczyna szybką inwentaryzację świata. Już dawno zdał sobie sprawę, że za każdym razem budzi się w innym punkcie wszechświata, chociaż ziemia, która jest jego miejscem zamieszkania, nie wydaje się na pozór zmieniona. Jako dziecko nabrał przekonania, że w swoim ruchu poprzez przestrzeń ziemia przechodzi niekiedy w pobliżu czy wręcz przez środek piekła, ale nie wolno jej nigdy przejść przez środek raju, bo takie doświadczenie uczyniłoby niemożliwą, zbyteczną, śmieszną wszelką kontynuację świata. A zatem raju musi ziemia unikać za wszelką cenę, by nie zakończyć precyzyjnych i niepojętych planów stworzenia. Nawet teraz w nim - dorosłym mężczyźnie, który prowadzi własny samochód - coś z tej dręczącej hipotezy pozostało. Trochę ją zlaicyzował i pytanie, które sobie zadaje, jest bardziej metafizyczne i na pozór obojętne: on wie, że w czasie gdy spał, cały świat zmienił miejsce - jak tego dowodzą sny - i że każdego ranka kawałki świata, mniej czy bardziej wciągnięte w grę, ułożone są inaczej. On nie rości sobie prawa do tego, by wiedzieć, co oznacza ta zmiana miejsca, lecz wie, że czasami czuje obecność otchłani, kuszenie przepaści czy rzadko pojawiających się długich nizinnych przestrzeni, po których chciałby się toczyć - zdarza mu się myśleć o sobie jak o kulistym ciele niebieskim - bez końca: czasami zdaje mu się niejasno, że czuje zioła, kiedy indziej ma podniecające, ale często przykre wrażenie, że oświetla go kilka słońc, nie zawsze sobie przyjaznych. Innym razem słyszy wyraźnie huk fal, który może oznaczać burze lub ciszę morską: jeszcze innym razem objawia mu się brutalnie jego własna pozycja w świecie: kiedy na przykład okrutne i uważne szczęki zaciskają mu się na karku , jak to się musiało przytrafiać nieskończoną ilość razy jego przodkom, którzy tracili życie w paszczy dzikich zwierząt i których twarzy nigdy nie widział. Od dawna nauczył się, że nikt nie budzi się nigdy we własnym pokoju; więcej, doszedł do wniosku, że nie istnieje pokój, że ściany i prześcieradła są złudzeniem, udawaniem; wie, że jest zawieszony w próżni, że podobnie jak inni, jest punktem centralnym świata, z którego rozchodzą się nieskończone nieskończoności. Wie, że nie zniósłby tego całego horroru i że pokój, a nawet otchłań i piekło są wymysłem, który ma go bronić.
Yulquen - awatar Yulquen
ocenił na93 lata temu
Żywoty urojone i inne prozy Marcel Schwob
Żywoty urojone i inne prozy
Marcel Schwob
Jest w „Żywotach urojonych” magia sięgająca czasów zamierzchłych. Jakaś tajemnica i jednocześnie prawda. Fikcja i mistyfikacja najwyższych lotów, czego wyrazem jest pierwsza część zbioru, w której Schwob, zakładając kilkanaście osobliwych masek, prezentuje zmyślone, a jednocześnie mocno osadzone w rzeczywistym gruncie życiorysy nietuzinkowych postaci (a przy tym - za oszczędność słów!),m.in. wyrzutków, łotrzyków i nieudaczników. Jest opowieść o Empedoklesie, który wskrzeszał zmarłych i recytował homeryckie wiersze, aż stał się bogiem (po którym ocalał jeno „sandał spiżowy”),Herostracie, słynnym podpalaczu, którego imię miało zniknąć w otchłani zapomnienia (w noc jego największego dzieła przyszedł na świat Aleksander Macedoński),cyniku Kratesie, który jadł pestki słonecznika i puszczał parę wiatrów, Klodii, matronie wszeteczna, która skończyła w wodach Tybru. Jest też Petroniusz-romanista (ginie z wbitym nożem w szyi),kacerz Frate Dolcino (płonie na stosie),jest tu również opowieść o zawistnym rymopisie i… i wszystkich ich łączy to, że nie mają grobów. Borgesowskie krótkie formy, cięte, zgryźliwe i mądre (a mówią, że to Borges czerpał z prozy Schwoba!). Wspaniała zabawa dla erudytów i początkujących humanistów. Zamknięty w kilku kartkach świat człowieczych przywar i charakterów (a to przecież również opowieść o nas, współczesnych). Historia poprzez ludzi; hołd oddany jednostkom, tym błyskotliwym perłom. W następnej części - „Krucjacie dziecięcej”, Schwob głos oddaje wysłanym w 1212 roku na pewną śmierć dzieciom, nędznym klechom, trędowatym i papieżom. To opowieść o zniewoleniu i ślepej sile religii, manii wiary i jednocześnie jej potędze. Średniowieczny kościół i moc oddziaływania wspólnoty. Epifania i obłąkanie w jednym. Cudownie niepokojące; żarliwa gorliwość i uniesienie, które pozwala objawić boga. Jest również „Księga Monelli”, po której nie mogę się pozbierać. Tutaj Schwob dotknął absolutu: „Kochaj chwile. Wszelka miłość, która trwa, jest nienawiścią”. „Czyń w chwili. Wszelki trwający czyn jest królestwem umarłych”. „Nie ufaj rzeczom przeszłym, nie buduj pięknych trumien dla chwil, co minęły: myśl o zabiciu tych, które nadejdą”. „Nie traw minionych dni, karm się rzeczami, które mają przyjść”. I na koniec: „Dziw się wszystkiemu. Bowiem różne jest wszystko w życiu jednakim w śmierci”. „Nie znaj sam siebie”. Wrócę do Schwoba. Po wielokroć, wrócę. Rewelacyjna, niepokojąca okładka by Fajne Chłopaki (słów brak, czołembiję!) + przekłady: Leon Schiller, Wincenty Korab-Brzozowski, Zenon Przesmycki-Miriam, Bronisława Ostrowska. Posłowie Jana Gondowicza.
Marcin Masłowski - awatar Marcin Masłowski
ocenił na98 miesięcy temu
Budowniczy ruin Herbert Rosendorfer
Budowniczy ruin
Herbert Rosendorfer
Oto smakowita ze wszech miar, ale wymagająca od nas kapki zacięcia i uwagi, by chwycić wszystkie wątki, powieść-abstrakt, nasycona nieograniczoną żadnymi przestrzeniami wyobraźnią Herberta Rosendorfera, przeobrażoną w literowy ciąg (SATOR AREPO…) i ubraną w zdania, które stają się wyprawą w miejsca przedziwne i z ludźmi dotąd niespotykanymi, że gdy wreszcie trafimy się do budowniczych ruin, zadajemy sobie pytanie, co my właściwie tu robimy. I dlaczego tak bardzo nam się to wszystko podoba. Streścić „Budowniczych” się nie da (byłoby to wariactwo). Można zacząć od podróży pociągiem z wagonem wypełnionym sześciuset zakonnicami i nieznajomym, który łapie narratora za nogi, po czym wynurza się spod siedzenia i zaczyna opowiadać (Einsteinik okazuje się być kryminalistą, ale na szczęście zostawia w przedziale podziurawiony zmyślnie kartonik). Można. Ale po co? To przecież sam początek, ba, pierwsza strona, a im dalej w las, tym więcej opowieści, a w nich znów następnych, które to przenoszą nas w kolejne i… i tak bez końca. Lekturze „Budowniczych” towarzyszył mi rechot (mój własny, donośny, całkiem niepohamowany) i nieprzemijające wrażenie zaskoczenia pomieszane z „oszałamiającym poczuciem wielości”. Toż to barkowy przesyt w złoconych ramach, krzykliwa melodrama plus kryminał, sensacja polityczna w warunkach postapokaliptycznego świata podziemi (!),nasycona zupełnie nieprawdopodobnymi rodowymi historiami (to dlatego w jednej z nich pewien szlachcic nieprzypadkowo czyta Potockiego). Szkatuł(k)a, w której po wielokroć umieszczono inne, a każda z nich wypełniona niedorzecznościami totalnie urokliwymi, które wciągają nas głębiej i głębiej, aż sami już nie wiemy, jak to wszystko może się skończyć. Rewelacja, TENET i OPERA. Absolutnie polecam – zwłaszcza że na koniec czeka posłowie Adama Lipszyca. ROTAS. Jedyny brak zdziwienia to okładka by Łukasz Piskorek i Fajne Chłopaki – już mi brak słów, żeby podziw wyrażać, więc kłaniam się nisko, perliście, zamaszyście. Plus doskonałe tłumaczenie Ryszarda Turczyna i mamy dzieło kompletne.
Marcin Masłowski - awatar Marcin Masłowski
ocenił na81 rok temu
Poznawanie cierpienia Carlo Emilio Gadda
Poznawanie cierpienia
Carlo Emilio Gadda
Ja piórkuję, co tu się dzieje, hmm zupełne oszołomienie, awangarda, nowa planeta, nie polecam, to dla piszącego te słowa misia literatura, co dostraja się szybko do stylu Gaddy jak w złocistym piecu jesieni gruszka butirro dojrzewa. Antycypacja chyba Pynchona, słowa szaleją, obrazy podlatują i czmychają, jak te cudne zimorodki nad mazurską rzeką. A tak w zarysie; Gonzalo zubożały markiz, inżynier, chyba pisarz także, cierpi i matkę bodaj dręczy, ma humory, w zrujnowanej willi - belki w stylu hiszpańskim ubrane w pajęczyny jak w zapasowe żagle, rozpięte na podróż po Morzu Ciemności - a bo się ponoć martwi, wszędzie same świnie i nudziarze, ple-ple przy giczy cielęcej z risottem, cały kielich tej masy głupoty oddal jednak Panie. Zaabonować synka chcą, by strzec niby willi i matki nocą przed szabrownikami po wojnie z Parapagalem, a taki zły duch przeskoczy przez murowane ogrodzenie upstrzone odłamkami butelek, zawadzi przyrodzeniem i gotowy tężec i też mu płać odszkodowanie, a wolność gdzie? Nad listowiem krzaków, gromadą drzew, pełnych snu i mroku, a może pradawnego spokoju, niesiony wdziękiem anioł przelatuje, o niemych powiekach, cienistych skrzydłach, którego kształty uformowała noc, a ten śmierdziel peon Jose obija kijem okrutnie migdałowce, a rankiem twierdzi, że to grad i wiatr tak hulał, no strącał. I jajek w kurniku nie uświadczysz prawie, a markiz wściekły oskarżał koguta o opieszałość genetyczną i perwersję, a kury o to, że są lesbijkami i k...... jeszcze. I tak od dziecka, ohyda tłumów na karuzelach, wata cukrowa kręcona w brudnych łapach. Co za cierpienie, właściwe ziemi, po której błądzą światła i cienie. Ale, ale, piękna przecież okolica. Nad światem, nosicielem pszenicy i śpiewu, nieruchoma iluminacja tego prawie jeszcze lata. Wokół mgliste zębate Kordyliery. Kogut stanowczy świt przywołuje jak zwykle. Przy dróżce biegnącej w górę kwitną nie kończące się robinie. Dzwony oznajmiające południe poniosły na wzgórza, poza dachówki i dymienie kominów, boski łoskot glorii. Cykada na wiązie grając pełną parą rozprzestrzenia jasną nieskończoność sierpnia. Nieustanny szmer ziemi wydaje się stanowić jedno ze światłem. Tam opada zbocze, bardzo zielone, a za nim po krótkiej przerwie jezior kolejne dalej. Oślepione oko chce ścigać po nich jakąś nową bajkę, delikatną kruchą, na dalekich scenach, w mirażu uciekających perspektyw, okrążając niby w miłosnym rozboju, niebieskość owych gładkich sadzawek. Szum pinii i lip. Wszędzie świerszcze, mieszkańcy nieskończonej przestrzeni, dawczyni światła. I ta rezygnacja; cóż się stanie po niepotrzebnym trudzie, wojnie, pokoju i przeraźliwym cierpieniu? Po płomienistych zachodach dni i lat, zmęczonych elips? Rację miał czas. Och prowadzi on tam, gdzie się zapomina i jest się zapomnianym, poza domy i mury, wzdłuż upragnionej alejki cyprysów pod przeczystymi kroplami księżyca.
Yulquen - awatar Yulquen
ocenił na106 miesięcy temu
Zimowe królestwo Philip Larkin
Zimowe królestwo
Philip Larkin
Ach literatura, ta sztuczka magiczna, ezoteryczna, wystarczy jakoby dobrać zgrabnie słowa te ładne i piękne - wzywają mnie - jak kwiaty na łące, aniołów oczy i zestroić je cudem we frazę co błyszczy na niebie gwiazdozbiorem. Księżycowe krople na mą duszę i spacer. Materia wczesnego poranka, coraz bardziej przejrzysta, jezioro lśni jak zwierciadło, wysoko na niebie samolot niczym maleńki srebrny opiłek, iskra wykrzesana z ciszy. Cień nagle okrył dolinę, płyną obłoki szybko niby myśli, połyskliwy deszcz, szept drzew, skradzione na chwilkę słońce. Kuliki lecące od wschodu krzyknęły chyba na powitanie, jazda rowerem nad rzekę, na drugim jej brzegu gałęzie wierzby płaczącej zwieszają się tworząc namiot nad butwiejącym czółnem. Błogie wspomnienie, nastrój dawnych dni, zapach wodorostów, powiew nostalgii. I ta wspaniała dziewczyna poznana zimą w czasie wojny, kiedy jedyne światło zdawało się pochodzić z zalegającego w zaspach śniegu. I z Niej. Udało się ją przywołać, wyczarować z listnych gałązek, z lśnień wody, z promieni słońca. Stała daleka, utkana z cieni, ciemnozielone lasy okrywały wzgórza. A w dole rzeki schyłek dnia, złote światło odbija się od wody, ukazując roje owadów unoszących się na przezroczystych skrzydłach. Cała społeczność ptaków śpiewających szuka schronienia w szmaragdowych koronach drzew. Pohukiwanie puszczyków tajemniczo witających zmierzch. I my. Przepych baśniowej krainy. Księżyc świeży wydobyty prosto z mennicy, a gdy zmroczył się krajobraz, nadał mgle kolor perłowy. I znowu zima, napięta chłodem czasza powietrza, obojętna, skorupa mrozu, zawieszona udręka, w ciemności górującej jak katedra, kim jest ta dziewczyna? W spiralach niepamięci zadrgał słaby krzyk. A w białym, przejmującym świetle latarni w jasnoniebieskiej tęczówce szła po kamieniach bruku obłożonych brudnymi płachtami śniegu drobna jej postać, taka samotna. Zachwycająca, senna odyseja.
Yulquen - awatar Yulquen
ocenił na102 miesiące temu
Psalm 44 Danilo Kiš
Psalm 44
Danilo Kiš
Oto książka, Psalm 44 Danilo Kiša, która liczy sobie raptem 150 stron, a ciężarem refleksji filozoficznej, okrucieństwa oraz – paradoksalnie – poetyckości w obrazowaniu dorównuje radzieckiemu arcydziełu Idź i patrz (obejrzyjcie, też twierdzę, że Czas apokalipsy może i jest arcydzielny, ale są dzieła lepsze). W warstwie fabularnej Psalm 44 brzmi nieco fantastycznie: dwie więźniarki Auschwitz, Maria i Jeanne, pierwsza ze świeżo urodzonym dzieckiem, uciekają z obozu. Idzie dobrze, już zbliżają się do drutów (i nawet przez nie przechodzą, bo w opowieści Kiša druty nie są pod napięciem),kiedy nagle rozlega się płacz dziecka i światło reflektora pada na uciekinierki. I co? Nic, strażnikom wydaje się, że to kobiety z którejś z okolicznych wsi, które przyszły podkradać jedzenie (zbliża się front). I więcej nie zaprzątają sobie nimi głowy, Maria i Jeanne bezpiecznie uciekają, nie rusza za nimi pościg, raptem znajdują się gdzieś w okolicach Berlina (!). Wszystko to przeplatane jest migawkami z przeszłości Marii, Kiš wprowadza też postać Jakuba, lekarza, który ocalił Marię przed obozowym pufem, a także asystenta doktora Nietzschego (!),zapewne opartego na doktorze Mengele, również eksperymentującym na ludziach. Tym samym wartość historyczna Psalmu 44 (jako narracji opartej na faktach) jest praktycznie zerowa. Ale nie o to w tej książce chodzi. Podobnie jak nie o to szło na przykład Kosińskiemu w Malowanym ptaku. Kiša, jak Kosińskiego, nie interesuje historyczna prawda, ścisłe trzymanie się faktów. Tym lepiej. Bo nadprodukcja tzw. dzieł o tematyce obozowej, schodzących z jednej taśmy, ze zmieniającymi się dekoracjami, jest nieco wątpliwa moralnie. Upiorna scenografia momentami się zmienia, ale mieliśmy już więźniarki ocalane przez strażników, romanse obozowe, tatuażystów, bibliotekarki, fryzjerów… Należy też pamiętać, że mówimy o książce z roku 1960, pochodzącej z czasów, kiedy wspomniana nadprodukcja jeszcze nie istniała. Psalm 44 to zupełnie inna, autonomiczna powieść o Oświęcimiu. Chociażby dlatego warto ją przeczytać. I jest to tylko powierzchowna rekomendacja, schodzimy niżej. Z jednej strony to powieść o tym, jak banalne i zwyczajne jest zło. I o tym, jak łatwo przegapić moment, w którym zło się rodzi. Wystarczy przecież wymyślić powód i usprawiedliwienie: Oczywiście, nie ma nic łatwiejszego, niż wymyślić powód do nienawiści, a jednocześnie do usprawiedliwienia zbrodni: trzeba po prostu przypisać mniej licznej, a więc słabszej grupie etnicznej albo wyznaniowej, albo narodowej jedną z powszechnych wad ludzkich czy ułomności (nawet nie grzechów),takich jak pożądliwość, skąpstwo, głupota albo skłonność do kieliszka czy cokolwiek innego, co w takim wypadku ogłasza się grzechem śmiertelnym. W ten sposób osiąga się kilka rzeczy niezbędnych do usprawiedliwienia a priori przestępstwa: ofiara została napiętnowana, ponieważ postawiono znak równości między kolorem jej skóry lub między jej wyznaniem a jedną z wad wspólnych dla wszystkich (…) (84-85) I już, nie ma nic prostszego. Do zestawu „wad ludzkich czy ułomności (nawet nie grzechów)” dodałbym też na przykład orientację seksualną albo płeć. Prawda jest taka, że wystarczy być człowiekiem, z całym tego słowa bagażem, żeby zostać napiętnowanym i zniszczonym. Cała nienawiść zaczyna się od języka, od dzielenia słowem na mądrzejszych i głupszych, białych i czarnych, normalnych i nienormalnych. Odpowiednio używany język gettoizuje określone grupy społeczne, jednym dając władzę bycia prześladowcą, a drugim upokarzającą rolę ofiary. Nie muszę wspominać, że nawrót do pewnego rodzaju retoryki, tak dobrze obserwowany w kampaniach wyborczych 2020, jest co najmniej niepokojący (jak pełzające, ciche i działające pod przykrywką zło). A Kiš już w 1960 wiedział, jak wielką krzywdę potrafi wyrządzić język, jak potężnym narzędziem destrukcji potrafi być. Ironicznie potraktował Kiš postać nazistowskiego doktora, nadając mu nazwisko Nietzsche. Tym samym serbski pisarz umiejętnie rozprawił się z nietzscheańską afirmacją życia i moralnością panów (głosy na temat inspirowania się nazistów Nietzschem są podzielone, zapewne prawda leży gdzieś pośrodku): Podstawową cechę Übermenscha stanowi jednak to, że nie jest on sentymentalny i metafizyce śmierci potrafi przeciwstawić twardą fizykę życia: wziąć od śmierci prawie tyle samo, ile jej daruje. Übermensch to szyderstwo ze śmierci. Kości przetwarza on na sztuczny nawóz, ze skóry wyrabia trzewiki, portfele i abażury, z włosów – materace i poduszki. Śmierci oddaje tylko opary ludzkiego egoizmu i marności. „Uczę was życia” –tako rzecze Zaratustra. (140) Na koniec zostaje jeszcze jeden aspekt. Wręcz niewyobrażalny w Auschwitz. Czyli nadzieja. Wystarczy coś całkowicie ulotnego, perspektywa, mglista, ucieczki, wyjścia na wolność, wydostania się z piekła – i już nie trzeba umierać. Już trzeba żyć, trzymać się tej nadziei wręcz kurczowo i za nic nie dać jej sobie odebrać. Ta refleksja byłaby banalna w każdym innym miejscu, ale nie w Auschwitz. Victor Frankl, austriacki psychiatra, pisał o tym w swoich książkach obozowych, między innymi w Człowieku w poszukiwaniu sensu: za nic nie można dać sobie odebrać tzw. pozytywnych uczuć (dobra, prawdy, piękna) i szukać ich tam, gdzie ich nie ma. Dzięki temu przetrwał. Taką też receptę daje nam Kiš na dzisiaj: nie dać się zrobić przez język. I zawsze mieć nadzieję, odnaleźć ją tam, gdzie jej nie ma.
ZaMałoRegałów - awatar ZaMałoRegałów
ocenił na61 rok temu
Legenda o świętym pijaku i inne opowiadania Joseph Roth
Legenda o świętym pijaku i inne opowiadania
Joseph Roth
Okazało się, że z literatury może być pożytek. Nie wiedziałem, w jaki jeszcze sposób mógłbym dać wyraz swojemu upodobaniu do koloru fioletowego, a po przeczytaniu opowiadania Józefa Rotha pt. „Kariera” już wiem. W utworze tym buchalter Gabriel Stieglecker używa fioletowego atramentu do prowadzenia rachunków. Ja rachunków co prawda nie muszę prowadzić, atrament można zaś zastąpić wkładem do długopisu. Że co? Że niby w 2025 roku nie można już używać długopisu? Można. Będę fioletowym wkładem zapisywać, którą nogą wstałem danego dnia i jaka była pogoda, a jak się rozpędzę, to nawet dodam, co mnie bolało, a co swędziało, wieńcząc wpisy sentencją memento mori. Krajowi sprzedawcy fioletowych wkładów mogą się spodziewać mojego zamówienia na dniach. Podejrzewam, że oddanie się rzeczom martwym, nierzadko w oczach innych przyjmujące formę dziwactwa, przydarza się, kiedy obok nie ma niczego żywego ani nikogo żywego, szczególnie nikogo. Ze wspomnianego opowiadania wynika, że pan Stieglecker nie miał nikogo, tylko pracę buchaltera, w której się zatracił, kaligrafując cyfry fioletowym atramentem. Czasami ktoś jest, ale jakby go nie było. W innym opowiadaniu ze zbioru, „Lewiatanie”, Nissen Pieczennik ma co prawda żonę, ale zrzędliwą, nieczułą, według narratora także spuchniętą, i Nissem Pieczennik też oddaje się rzeczom martwym – koralom, których jest sprzedawcą. Jak się przedobrzy, to to oddanie się rzeczom martwym zaczyna zahaczać niebezpiecznie o mistycyzm. Nissen Pieczennik, małomiasteczkowy Żyd z Kresów, który nigdy nie widział morza, wymyślił sobie w końcu, że spocznie z koralami na jego dnie, w objęciach lewiatana, czy tam w jego paszczy, jak kto woli. Muszę jednak uczciwie przyznać, że nie mam pewności, czy oddanie się rzeczom martwym jest konsekwencją braku żywych istot wokół, czy to właśnie przez oddanie rzeczom martwym nie ma nikogo żywego w naszym życiu. Od tego, co jest skutkiem, a co przyczyną, kiedyś mogło zależeć nasze zbawienie, ale dzisiaj potępieni będziemy i tak z innego paragrafu. --- W tym zbiorze jest parę innych historii, w których oddawanie się rzeczom martwym, nawet jeśli się pojawia, to nie przyjmuje aż tak osobliwej formy, nie zajmuje tyle miejsca – ludzie szukają w tych opowiadaniach miłości, poświęcają się innym, robią karierę albo piją, jak polski emigrant Andrzej Kartak w tytułowej „Legendzie o świętym pijaku”*, i prawie we wszystkich horyzont zdarzeń wyznacza śmierć, we wszystkich człowiek i jego „dzieła” przegrywają z czasem. * O autorze, Józefie Rocie, dowiedziałem się właśnie dzięki „Legendzie o świętym pijaku”, a dokładniej mówiąc – jego filmowej adaptacji z Rutgerem Hauerem.
Bezecny_pełzacz - awatar Bezecny_pełzacz
ocenił na96 miesięcy temu
Niepamięć David Foster Wallace
Niepamięć
David Foster Wallace
David Foster Wallace pochodzi z tego gatunku twórców, których albo się kocha, albo nienawidzi. Nie dane było mi się w nim zakochać – na razie. A bardzo bym tego chciał, bo mielibyśmy sobie mnóstwo do powiedzenia. To pisarz, mogący dać oparcie, co brzmi paradoksalnie. Cała trudność tkwi jednak, w sumie jak zawsze, w języku. Wypada, wyjątkowo, zacząć od wad, a później piać z zachwytu. Nie brnąc dalej w stylistyczne zawijasy – Wallace to taki pisarz, który lubi dużo mówić. Czytając, odnosiłem wrażenie, że ktoś przepuszcza przez Wallace’a język, jak przez maszynkę do mięsa, a on wypuszcza z siebie długie paski zdań i akapitów, często niezbornych, pozornie nieskładnych i złożonych z nieprzystających do siebie słów. I tak pierwsze opowiadanie, Mister Squishy, jest wypchane nowomową z zakresu marketingu, obrzydlistwem, które „fachowcy” wlewają nam wprost do mózgów, a co w teorii sprowadza się do żerowania na najprostszych odruchach, opakowanych ładnym papierem języka. To także zgrabnie scharakteryzowana tragedia „specjalistów ds. marketingu” – w gruncie rzeczy istot do cna nieszczęśliwych, które po pracy nie potrafią rozmawiać o niczym jak o pracy, a ich wolny czas sprowadza się do masturbacji, przeskakiwania po kanałach telewizyjnych i snucia fantazji erotycznych z podtekstem władzy i poniżenia, z przełożonymi i współpracownikami w rolach głównych. Czyli samo dno korpo-pracy. To opowiadanie, mam wrażenie, obnaża moją pomieszaną z fascynacją niechęć. Pomysł świetny, Wallace obraca marketingowe narzecze w proch, ukazując pustkę, ale to tłumaczenie… Jakby w nadmiarze słów czegoś zabrakło. Jakby narracja Wallace’a rozbijała się na drobne kawałki – czasem zdania są od siebie odległe, czasem wygląda to na brak zgrabnego łącznika, finezyjnego „ale”. Czytałem opowiadanie w oryginale. Było lepiej, choć nie o niebo lepiej. Narzekanie czas zamknąć – nadszedł czas na czyste olśnienie autorem. Może popełniłem błąd, rozpoczynając romans z autorem właśnie od Niepamięci. Może na tle Krótkich rozmów z paskudnymi ludźmi czy Rzekomo fajnej rzeczy, której nigdy nie zrobię wypada lepiej. Ale czego nie ma w tych opowiadaniach, ile tu świeżości i pomysłów odbiegających od sztampy. Jest Kanał cierpienia, o dziennikarzu, który tworzy materiał o sztuce robionej z… własnego kału. To doskonałe nawiązanie do Gówna artysty Piera Manzoniego. Pytania o kondycję sztuki, moralność artysty czy może zupełnie inny rzut oka na korpo-wypalenie? A może metafora Stanów i amerykanizmu? Warto zwrócić uwagę na czas i miejsce powstawania artykułu, robi się jeszcze ciekawiej. I, jak to u Wallace’a, struktura zdania trudna, idealny materiał na rozstrój oka, a jednocześnie – frazy tak mocne, że bolą. Wallace zamiata czytelnika pod dywan, każe mu tam siedzieć i gorzko płakać nad kondycją świata. Jest mocno, jest ożywczo i do bólu ponuro. Struktury zdań wprowadzają czytelnika w świat rodem z sennych koszmarów Wallace’a, połączonych jednocześnie z dysfunkcjami nerwowymi bohaterów-autora, pomieszany, żeby było jeszcze trudniej, z analizą współczesności, nie tylko amerykańskiej. Chociaż jeśli Wallace chce – potrafi w kilka stron obrócić czytelnika w proch. Inkarnacje poparzonych dzieci są tego najlepszym przykładem. Około 700 słów (w polskim tłumaczeniu, nie jest to wynik dokładny) o chłopcu, który poparzył się (najprawdopodobniej) wylanym na siebie z garnka wrzątkiem, jego rodzicach i późniejszej egzystencji. W 700 słowach, co niezwykłe, zamknął Wallace cały mikroświat uczuć, emocji, wyrażanych często jednym, idealnie wręcz dobranym słowem. Mistrzowska miniatura, która opowiedziana w kilku słowach przez recenzenta wygląda na ponury banał; wystarczy jednak 5 minut poświęcone lekturze, może mniej. Opowieści z tomu Niepamięć można rozgryźć za pomocą fragmentu z najlepszego nie tylko moim zdaniem opowiadania Dusza to nie jest kuźnia: „W rezultacie tamten samotny, koszmarny panel pojawił się w oknie jako chwilowy peryferyjny błysk horrendalnej sceny, tak jak pojedyncze horrendalne przebłyski pojawiają się w złych snach – a prędkość, z jaką się pojawiają i znikają, i brak czasu na nabranie do nich dystansu, na przetrawienie tego, co się widzi, na wplecenie tego obrazu w tkankę całego snu, czyni przeżycie jeszcze gorszym i często takie błyskawiczne, peryferyjne mignięcie czegoś wyrwanego z kontekstu i straszliwego może stanowić najbardziej przerażającą część koszmaru, tę część, która najżywiej zostaje w pamięci i wraca w wyobraźni w dziwnych chwilach, na przykład kiedy szorujesz zęby albo wyjmujesz z szafki pudełko muesli na przekąskę, i znów wytrąca cię z równowagi, pewnie dlatego, że przez tę swoją momentalność we śnie zmusiło twój mózg do podświadomego nawracania do tego obrazu, żeby go jakoś rozgryźć lub inkorporować”. Opowiadania Wallace’a to właśnie te „horrendalne przebłyski”, „złe sny” z naszej rzeczywistości; mignięcia wyrwane z kontekstu koszmaru egzystencji, ożywione niezwykłą frazą i powracające w najmniej odpowiednich momentach. Wytrącające z równowagi polukrowanej i fałszywej codzienności koszmary, ujawniające podszewkę dojmująco smutną.
ZaMałoRegałów - awatar ZaMałoRegałów
ocenił na71 rok temu
Wchodzi koń do baru Dawid Grosman
Wchodzi koń do baru
Dawid Grosman
Lektura trochę przypadkowa, bo niezaplanowana teraz, choć planowana od dawna. Wabikiem była Nagroda Bookera z 2017r. Widać, że nie wybrałam nowości, ale przecież od dawna wiadomo, że upływ czasu jest doskonalym testerem jakości literatury. Gdy przeminie moda na coś lub kogoś, emocje ostygną, sponsorzy się znudzą, dobry tekst niewiele straci. Mała rzecz wielkiego kalibru. Streszczać nie będę, albo może ciut. Rzecz dzieje się podczas jednego wieczoru. W pewnym klubie odbywa się występ, standup czy performance. Ma być śmiesznie, zabawnie, ale jest zupełnie inaczej. Ten występ okazuje się mieć inny charakter i cel. Staje się swoistą wiwisekcją, publicznym wypatroszeniem bolesnego wspomnienia. Publika oglada, słucha i ocenia. Czasem głośno komentuje w zniecierpliwieniu i złości opowieść ze sceny,która staje się dla nich ( nas?) coraz bardziej nieprzyjemna i niewygodna w odbiorze. Zarazem bardzo wciąga, kusi do pozostania do jej finalu. Część publiczności jednak się wykruszy. Znudzeni i niezadowoleni idą gdzieś indziej. [Przy okazji rodzą się pytania: czym i jaka jest dobra sztuka. Czy musi być łatwiej przyjemna, czy też powonna wywoływać dyskomfort?] Na scenie występuje mężczyzna, który opowiada splecioną z żartami historię, która sięga do jego dzieciństwa. Dużo tam przemocy, ludzkiego okrucieństwa i skrywanych przez lata tajemnic. Jest też pewne wydarzenie, właściwie dzień, którego treść staje się głównym tematem wystepu. [Przy okazji: czy można mówić o czymś bardzo trudnym wbudowując w wypowiedz niewybredne żarty? Czy śmiech pomaga czy psuje występ?] Opowieść dotyczy czernastoletniego chłopca. W czasie obozu wojskowo- szkoleniowego dowiaduje się o śmierci rodzica. Tylko że nikt nie chce zdradzić, czy chodzi o matkę, czy ojca. W czasie wielogodzinbej jazdy na miejsce pogrzebu chłopczyk walczy z myślami na temat śmierci. W wyobrażeniach żegna raz ojca, potem matkę, znowu ojca. Potem oskarża się za te mimowolne myślowe zabijanie. Nie wiadomo, czemu ma służyć tą tajemnica. Uchronić? Istotna jest postać sędziego. Trochę przymuszony do oglądania, śledzi postępy na scenie. Jaką pełni funkcję? Znan6ly z bezkompromisowości prawdopodobnie ma osądzić artystę. Tyle, że nie chodzi o noty dla występu, ale dla zachowania i decyzji z przeszłości głównego bohatera. Forma książki jest wymagająca, ale mnie się to podoba. Pływamy między wyspami pamięci, które na końcu łączy występ na scenie. Krótki tekst, a pozostawia z wieloma pytaniami. Myślę, że przyda mi się więcej czasu, żeby po wystudzeniu emocji, poukładać sobie przemyślenia. Na pytanie, czy warto przeczytać, nie muszę chyba odpowiadać.
xymenka - awatar xymenka
oceniła na95 miesięcy temu
Jedna księżycowa noc Caradog Prichard
Jedna księżycowa noc
Caradog Prichard
O Królowo Czarnego Jeziora, pozwól wspomnieć pod tym cudownym księżycem co zdarzyło się wczoraj i kiedyś i wcześniej, w tej poświacie czarodziejskiej. Dzień Wniebowstąpienia, piękne popołudnie, trawa pachniała ładnie w słońcu, powietrze takie czyste, że z Białego Wzgórza widać było jak pranie falowało koło Bramy Rumaków na końcu drogi, jakby anioły skrzydłami trzepotały, a w ten dzień Jezus Chrystus wzleciał do nieba jak balonik. A potem w Ogrodzie Plebani chłopcy zwijali agrest i nagle spomiędzy kwiatów w szklarni wynurzyła się Ceri, córka Kanonika. Jej jasne włosy świeciły w słońcu a w nich wetknięty kwiat ze szklarni pomiędzy różowymi wstążkami i sukienka różowa w najróżniejsze wzory, zupełnie jak te kwiaty za szybą w szklarni. Mama powiedziała, że Ceri ma lat osiemnaście i zapłakał chłopiec w swym łóżku, że jest aż taka stara. A zdarzyła się też historia dziwna, to było w Czas Odnowy opowiadała mama. Wil Sztywny Kołnierzyk wracał z Niebieskiego Dzwonu kompletnie pijany, księżyc w pełni prześwitywał spomiędzy drzew, pobłyskiwały łupki w Kamieniołomie. W taką jasną noc lepiej pogwizdywać przechodząc przez Most przy Stajniach, a nuż duch jakiś wyjdzie na spotkanie. I na moście Wil usłyszał i zobaczył Głos. A było to tak, że tam stojąc Wilowi zrobiło się niedobrze i przechylił się przez żerdź, żeby zwymiotować i zobaczył w rzece pierścień ognia co wirował i wzniósł się nad most i przemówił doń: zawróć grzeszniku z piekielnej drogi! wołał Głos i wirował jak szalony, po czym do rzeki opadł i zgasł. I wyprawa po czarne jagody przez Wrzosowisko na Łyse Wzgórze ścieżką dla owiec, och jak wysoko, z Meri Śliwką i jej córkami, bo one znały to tajemne miejsce, gdzie jagód było w bród i więcej. I błękitne Niebo, bez żadnej chmurki, jak blisko, jakby to była jego podłoga i nie było widać choćby jednego anioła, który by tam wzleciał. A hen w dole mnóstwo skał po jednej stronie i wielkie jezioro po drugiej, na które wcale nie padało słońce. O Królowo to twe Czarne Jezioro! Innym razem na Szczycie Pagórka siedział w słońcu przygarbiony Wimfra, co dopiero wrócił z morza, mąż Lisy z Domu na Szczycie, a wspiął się tam chłopiec z Domu Na Samym Dole. I wyciągnął Wimfra z kieszeni kamizelki małe pudełko i otworzył je, a w środku cicho coś grało ding-dong, ding-dong, gdzieś daleko, daleko, jakby aniołowie w niebie wygrywali ładne melodie. I podarował pudełko Wimfra chłopcu, rany jaki miły człowiek. Pan jest moim pasterzem i nie brak mi niczego, jak śpiewał Bob Mlekowóz na szkółce niedzielnej, teraz podśpiewywał chłopiec z Pagórka schodząc. I nastała noc. Na rzece łososie skakały w świetle księżyca, co wyglądał jak ten pierścień ognia i śmiał się sympatycznie i gnał ile sił w nogach, wielka pomarańcza, w stronę Łysego Wzgórza z kopcem, nie przecież to chmury przezeń pędziły z wiatrem. I zasnął chłopiec jak kamień. Księżycowe ognie odpłyną z mych ciężkich powiek, ciemność nadejdzie by spocząć na ciemności; i z tejże nocy, gdy leżę przykuty do łoża, na moją samotnię spłynie światło.
Yulquen - awatar Yulquen
ocenił na1010 miesięcy temu
Sztuczki Joanna Lech
Sztuczki
Joanna Lech
Jestem głęboko przekonana, że pewne książki, szczególnie te, które uderzają w nasze emocje z siłą tsunami, ukrywają się na półce, by w stosownym momencie przykuć nasz wzrok i szepnąć: teraz moja kolej. W "Sztuczkach" odnalazłam swoje dzieciństwo. Grupa rówieśników ważniejszych niż rodzina. Baza, która ważniejsza niż dom. Zabawa w czterech pancernych, sekrety - te wypowiedziane i te, które nie potrzebują słów. Podczas lektury moja pamięć była jak pudełko zrobione na zajęciach z techniki przez przyjaciela narratorki - w nim (w niej) same skarby, "pamiątki po lecie, pamiątki z dzieciństwa". Wspaniałe wątki, chociaż zupełnie nie z moich wspomnień - dziadka i babci (które umrze pierwsze?),przekraczania granic (biedne kijanki, stonki i inni bracia mniejsi),ojca-alkoholika i jego trumien... I wreszcie najważniejszy - i dla fabuły, i dla narratorki - on, Andy. Chłopak w centrum wydarzeń, chłopak w centrum uczuć. Sedno dzieciństwa i jego koniec. 28 lutego minie 31 lat od dnia, w którym odszedł z tego świata ktoś prawie taki jak Andy, a to zakończyło moje dzieciństwo. Za wcześnie, jak to z końcem dzieciństwa bywa. Im bliżej tej daty, tym intensywniej wspominam, nawet po tylu latach, bo pamięć coraz bardziej ulotna. Dlatego "Sztuczki" trafiły idealnie w swój czas i uderzyły w serce, odsłaniając blizny. Victor Hugo powiedział, że melancholia to szczęście bycia smutnym. "Sztuczki" to kwintesencja melancholii. Ostatnie sceny, niczym literacka wersja obrazów Marca Chagalla pokazują, że przeszłość będzie w nas zawsze, nawet jeśli boli. A może właśnie dlatego.
ola_gratka - awatar ola_gratka
oceniła na82 miesiące temu
Alfred i Ginewra James Schuyler
Alfred i Ginewra
James Schuyler
James Schuyler najbardziej znany z twórczości poetyckiej, jeden z czołowych przedstawicieli tzw. szkoły nowojorskiej, ma na swoim koncie, również trzy powieści. W Polsce ukazały się dwie, opublikowana przez W.A.B. Co na kolację? oraz wydana przez PIW Alfred i Ginewra. Podkreślenie głównego, poetyckiego nurtu twórczości Schuylera wydaje się nie bez znaczenia gdy spojrzymy na jego powieści. Na pierwszy rzut oka Alfred i Ginewra to niepozorna książka, nie tylko z wyglądu, zaledwie 132 strony, ale również z treści. Mamy tu bowiem do czynienia z mikro scenkami, w których tytułowe rodzeństwo, przerzuca się dziecięcymi tekstami, wchodząc z sobą w zabawne dialogi. Dla Schuylera najważniejszym tworzywem prozatorskim jest właśnie dialog. Autor nie tylko w mistrzowski sposób stylizuje tekst na język dzieci, ale również wspaniale przedstawia jak dzieci imitują język dorosłych. Przemyca w ten sposób, świat dorosłych do treści powieści. Poprzez niuanse stylistyczne, które odczytujemy z rozmów, możemy rozszyfrować jakie tajemnice skrywają rodzice tytułowych bohaterów, albo po prostu świetnie bawić się czytając pełne humoru i absurdu dialogi. Proza amerykańskiego poety przywodzi na myśl literackie eksperymenty pisarskiej grupy Oulipo. Forma Alferda i Ginewry najbardziej przypomina szalone dialogi, ludyczność i groteskowy śmiech Zazie w Metrze, przy czym książka Jamesa Schuylera nie jest tak rozbudowana fabularnie, jak powieść Raymonda Queneau. Schuyler trafnie przedstawia rzeczywistość widzianą oczami dziecka i choć największym zainteresowaniem darzy grę i zabawę słowem, to pokazuje, że język jest siłą sprawczą, kreującą naszą codzienną przestrzeń.
whodo - awatar whodo
ocenił na84 lata temu

Cytaty z książki Niedziela życia

Więcej
Raymond Queneau Niedziela życia Zobacz więcej
Raymond Queneau Niedziela życia Zobacz więcej
Raymond Queneau Niedziela życia Zobacz więcej
Więcej