Zagubiona dzielnica

Okładka książki Zagubiona dzielnica autorstwa Patrick Modiano
Okładka książki Zagubiona dzielnica autorstwa Patrick Modiano
Patrick Modiano Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy Seria: Proza Światowa literatura piękna
160 str. 2 godz. 40 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Proza Światowa
Tytuł oryginału:
Quartier perdu
Data wydania:
2014-11-26
Data 1. wyd. pol.:
1984-01-01
Liczba stron:
160
Czas czytania
2 godz. 40 min.
Język:
polski
ISBN:
9788364822070
Tłumacz:
Wiktor Dłuski
Na spotkanie z japońskim wydawcą do Paryża przyjeżdża poczytny angielski powieściopisarz. Ambrose Guise przez lunetę spogląda na miasto, które zdaje mu się odległe, jakby z innej planety. Dwadzieścia lat wcześniej jego serce biło w jednym rytmie z tym miastem, jego życie wpisane było w paryskie ulice. Wplątany w niezrozumiałą dla niego samego aferę kryminalną musiał opuścić Paryż. Teraz jest tu znów. Chciałby odnaleźć to miasto, odnaleźć kobietę, którą niegdyś poznał, znaleźć samego siebie.
Średnia ocen
6,3 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Zagubiona dzielnica w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oficjalne recenzje książki Zagubiona dzielnica i



4784
277
108

Opinia społeczności książki Zagubiona dzielnicai



Książki 5967 Opinie 1295

Oceny książki Zagubiona dzielnica

Średnia ocen
6,3 / 10
292 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinie i dyskusje o książce Zagubiona dzielnica

avatar
158
23

Na półkach:

„Zagubiona dzielnica” nie jest powieścią oryginalną w treści. Jest to jedna z wielu książek o proustowsko-psychoanalitycznych paradoksach grzebania we własnej przeszłości. O tym, że aby zbudować most między przeszłością a teraźniejszością, przeszłość trzeba zostawić. Jednak, aby móc o niej zapomnieć (w sensie metaforycznym),trzeba ją sobie przypomnieć (w sensie dosłownym). Aby zostawić coś za sobą, najpierw trzeba choć raz w sposób wyczerpujący do tego powrócić. Aby odbyć tę podróż w sobie, trzeba odbyć ją również w przestrzeni. To zajmuje głównego bohatera – to i nic więcej – a autor wysyłając go w tę podróż zdaje się pisać potrójny list miłosny. Do Paryża, do post-dekadenckiego stylu życia i do… „Wielkiego Gatsby’ego” Francisa Scotta Fitzgeralda.

O tak! Podobieństw do amerykańskiego klasyka jest tu bez liku. Główny bohater przy użyciu pióra (a jest pisarzem) zabiera nas w sentymentalną podróż do przeszłości – wspomina grupę towarzyską, w otoczeniu której wkraczał w dorosłość, ludzi którym pozycja społeczna pozwalała zamienić życie w apoteozę beztroski. Imprezy, miłości ‘nieskażone’ wiernością, nocny Paryż pierwszej połowy lat 60-tych. Podobnie jak w „Gatsbym” majętność bohaterów oświetlona jest reflektorem, pochodzenie majątków skryte zaś w cieniu niedopowiedzeń (wybaczcie metaforę, ale bardzo filmowa to powieść…). A najróżniejszych cieni tu nie brakuje – mam na myśli zarówno ten rozlewający się wokół przyćmionych świateł paryskich salonów, sypialni i hotelowych pokoików, jak i ten drugi, pachnący śmiercią, który rozpościera się nad ‘życiem jakby jutra nie było’. I mamy nawet odpowiednik samego Gatsby’ego. Lucien Blin, spoiwo całego towarzystwa, heros swojej epoki, od tytułowego bohatera Fitzgeralda o tyle różny, że jeszcze bardziej legendarny, bo i we wspomnieniach głównego bohatera jedynie wspominany przez innych. Ale jest też podobieństwo formalne – podobny poziom skupienia na gestach, manierach, rodzące bardzo żywe obrazy opisy sytuacji towarzyskich. Cały długi akapit o podobieństwach do innej powieści? Niech będzie to jednocześnie zarzut o wtórność i komplement.

Ale wszystko to tyczy się drugiej części powieści – trochę inna jest pierwsza. Nim bohater zdobędzie się na ‘wejście do wehikułu czasu’, poznajemy go w jego teraźniejszości. Przybywa po latach do Paryża i mierzy się z pozostawionym przed laty miastem. Ciekawie jest to zrobione. W ulicach miasta odbija się psychiczny stan bohatera, a wieczna noc potęguje oniryczną atmosferę. Turyści niczym mary z cudzego snu przemykają z miejsca na miejsce, przeszkadzając bohaterowi w próbach odnalezienia siebie sprzed lat, a nieliczne spotkania z ludźmi, którzy wiążą bohatera z przeszłością, nawet w miejscach publicznych zdają się być pozbawione statystów. No i nocna pogoń, a właściwie niepokojąca i nieco surrealistyczna przejażdżka, za białą Lancią Flaminią – zbyt krótka to powieść, by pozwolić sobie na choćby sytuacyjny spoiler, ale zapadł mi w pamięć ten piękny i zarazem smutny symbol zatracenia się w nostalgii aż do poziomu szaleństwa…

Tym właśnie jest „Zagubiona dzielnica” Patricka Modiano. Niedługa, wstrzemięźliwa, niekoniecznie oryginalna i odkrywcza, ale doprawdy szlachetna szkoła literackiej nostalgii.

„Zagubiona dzielnica” nie jest powieścią oryginalną w treści. Jest to jedna z wielu książek o proustowsko-psychoanalitycznych paradoksach grzebania we własnej przeszłości. O tym, że aby zbudować most między przeszłością a teraźniejszością, przeszłość trzeba zostawić. Jednak, aby móc o niej zapomnieć (w sensie metaforycznym),trzeba ją sobie przypomnieć (w sensie dosłownym)....

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
704
43

Na półkach:

Mistrz prozy. Literatura najwyższej próby.
Subtelna powieść na temat przywoływania czasu przeszłego. Modiano to Proust naszego czasu.

Mistrz prozy. Literatura najwyższej próby.
Subtelna powieść na temat przywoływania czasu przeszłego. Modiano to Proust naszego czasu.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
451
242

Na półkach: ,

Gdybym miała za pomocą trzech liter opisać "Zagubioną dzielnicę", napisałabym po prostu: meh. Bo właśnie taka jest ta książka, kompletnie nijaka, bezbarwna, bez polotu. Większość książek wywołuje u mnie jakieś emocje. Mogą być to pozytywne emocje - od umiarkowanego zainteresowania aż po silną fascynację, której towarzyszą wypieki na twarzy, mogą być to też negatywne odczucia - od lekkiej irytacji od czasu do czasu aż po niesłabnącą przez całą lekturę złość. Tutaj jednak autor zaserwował jedynie potężną dawkę nudy. A opis wyglądał tak zachęcająco!
Po powieść francuskiego noblisty sięgnęłam ze względu na wrześniowe wyzwanie: "Przeczytam książkę, której bohaterem jest miasto/z miastem w tytule". Tutaj pierwsze skrzypce miał grać Paryż, do którego po dwudziestu latach nieobecności wraca główny bohater, poczytny angielski pisarz francuskiego pochodzenia. Wraz z głównym bohaterem czytelnik miał zagłębiać się w klimat francuskiej stolicy, jednocześnie odkrywając przeszłość bohatera. Zamysł bardzo dobry, ale wykonanie niezwykle nędzne.
Zacznijmy od Paryża. Niestety Patrick Modiano postąpił z Paryżem zupełnie tak jak Carlos Ruiz Zafón z Barceloną w powieści "Cień wiatru" - zamiast w barwny sposób opisać miasto, rzuca samymi nazwami własnymi. Oczywiście nie trzeba w szczegółach opisywać każdego wspornika wieży Eiffla, bo jak ta wieża wygląda każdy wie. Niestety nazwy własne ulic, hoteli czy kawiarni nic kompletnie przeciętnemu czytelnikowi nie mówią, nawet temu, który był w Paryżu. Może rodowity paryżanin albo przewodnik wycieczek po Paryżu jest w stanie, na podstawie samych nazw, wyobrazić sobie miejsce akcji, wszyscy inni natomiast, włącznie ze mną, niestety nie. Nic więc ta książka nie pomaga w poznawaniu Paryża - wyciągniecie z niej tyle samo, co gdyby opisywała odległą planetę.
Druga sprawa to sama fabuła. Pełno w niej niedopowiedzeń, zachowań bohaterów i rozwiązań fabularnych, które najprościej można by określić jako dziwne, leżące na pograniczu logiki i prawdopodobieństwa występowania w świecie rzeczywistym. Książka w ogóle nie trzyma w napięciu, mimo że mamy tu pewną tajemnicę, a nawet wątek kryminalny. Postacie, włącznie z głównym bohaterem, były mi cudownie obojętne - nie udało się autorowi zaciekawić mnie losem żadnej z nich. Sam styl pisania Patricka Modiano nie jest tragiczny, zdania są ładnie zbudowane, nie są też za długie ani pozbawione interpunkcji (nie cierpię słowotoku),ale nie widzę w nim nic wybitnego, szczególnie jeśli połączyć go z fabułą poprowadzoną w tak nijaki sposób.
Wystawiam "Zagubionej dzielnicy" 5/10, czyli oceniam ją jako przeciętną. Nie jest to najgorsza książka jaką czytałam, ale z pewnością jest jedną z najnudniejszych. Jest też całkowicie zmarnowanym potencjałem, bo sam pomysł był dobry. Nie wiem czy bardziej żałuję fatalnego przedstawienia Paryża czy poprowadzenia fabuły w tak bezbarwny sposób. Myślę, że nie wrócę już do tego autora. I Wam odradzam sięganie po niego, chyba że cierpicie na bezsenność. Ta książka zwyczajnie jest nudna.

Gdybym miała za pomocą trzech liter opisać "Zagubioną dzielnicę", napisałabym po prostu: meh. Bo właśnie taka jest ta książka, kompletnie nijaka, bezbarwna, bez polotu. Większość książek wywołuje u mnie jakieś emocje. Mogą być to pozytywne emocje - od umiarkowanego zainteresowania aż po silną fascynację, której towarzyszą wypieki na twarzy, mogą być to też negatywne...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

610 użytkowników ma tytuł Zagubiona dzielnica na półkach głównych
  • 387
  • 219
  • 4
142 użytkowników ma tytuł Zagubiona dzielnica na półkach dodatkowych
  • 98
  • 12
  • 11
  • 7
  • 6
  • 5
  • 3

Tagi i tematy do książki Zagubiona dzielnica

Inne książki autora

Patrick Modiano
Patrick Modiano
Francuski pisarz, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury w 2014 roku. Modiano zadebiutował w roku 1968 powieścią La Place de l’Étoile. W 1972 roku otrzymał nagrodę Akademii Francuskiej (fr. Grand prix du roman de l'Académie française) za powieść Les Boulevards de ceinture. W roku 1978 zdobył kolejną prestiżową francuską nagrodę literacką – Nagrodę Goncourtów – za powieść Ulica Ciemnych Sklepików (Rue des Boutiques Obscures). Na język polski przełożonych zostało kilka jego powieści. Zasiadał w jury konkursu głównego na 53. MFF w Cannes (2000). W 2014 roku został uhonorowany Nagrodą Nobla w dziedzinie literatury.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy Zagubiona dzielnica przeczytali również

Jabłko Olgi, stopy Dawida Marek Bieńczyk
Jabłko Olgi, stopy Dawida
Marek Bieńczyk
Długo czytałam książkę Marka Bieńczyka. Wymaga bowiem uważności, namysłu, bieżącej refleksji. Mobilizowała mnie do sprawdzania pojawiających się, niestety często nieznanych mi, nazwisk autorów i tytułów. To nie tylko pisarze, poeci, także malarze, aktorzy, muzycy. Pisze Bieńczyk pięknym językiem i z wielką erudycją, nie tylko wprost o literaturze, ale i o np. gestach, przywołując nawet przypominany ostatnio często gest Kozakiewicza. Zdania przenikają się, przechodząc od spraw zwykłych, właśnie wspomnianych gestach, do literatury, muzyki, filozofii. Autor zatrzymuje się i niemalże pochyla nad kreacją francuskiej aktorki Dominique Sandy w filmie "Łagodna". Analizuje detale jej twarzy, przypominając przy okazji okrągłe lusterka z fotografiami idoli swej młodości. Są tu Pola Raksa, Dalida czy Halina Kunicka. Za moment przytacza wiersz Herberta pt. "Dalida". Najlepiej poczułam się w rozdziale poświęconym "książkom pierwszym". Znalazłam tam autorów, których powieści i ja czytałam z dużym przejęciem: Adam Bahdaj, Aleksander Minkowski, Edmund Niziurski. Zwłaszcza ten ostatni i jego "Sposób na Alcybiadesa" - to była jedna z moich ulubionych książek; pozbawiona okładki, z rozpadającymi się stronami, wciąż stoi na półce. Ciamciara, Słaby, Zasępa, Wątłusz, poszukiwania sposobu na "gogów"- to była naprawdę wspaniała lektura. Pisze Bieńczyk, że bohaterowie "przemawiają tu prześmieszną, ale świetną polszczyzną, w której tony wysokie mieszają się z niskimi" - pełna zgoda. Dalej stwierdza: "Po szkolnych, dziecięcych latach tylko Zgrywa przesyła z przeszłości tęskne wezwanie". Do tęsknoty pasują ucieczki i to do nich płynnie przechodzi w kolejnych tekstach; od "wyjścia Czejenów", włóczącego się Humberta Humberta z "Lolity", znikającej na jedenaście dni Agaty Christie czy uciekającego z Syberii Rufina Piotrowskiego. Nad tekstami unosi się duch Marcela Prousta. To do jego dzieła "o poszukiwaniu straconego czasu" często nawiązuje. Trochę mi wstyd, ale nie czytałam. Znam tylko małe fragmenty, w tym ten, chyba najsłynniejszy, o magdalence. W eseju "Żółta ściana" nawiązującym wprost do Prousta i jego dzieła skupia się Bieńczyk na obrazie Vermeera "Widok Delft", "najpiękniejszym obrazie świata". Obejrzałam reprodukcję, rzeczywiście robi wrażenie, ale skoncentrowałam się też na analizowanej w tekście "żółtej ścianie", która stanowi w nim istotę rozważań. Oglądałam obrazy Edwarda Hoppera, którym też poświęca sporo uwagi, powtarzałam za Bieńczykiem pytania, na które być może szuka odpowiedzi kobieta przedstawiona na plakacie "Morning Sun": "Co się zdarzy?, Czy coś się jeszcze zdarzy?, Czy może lepiej, żeby się nie zdarzyło?" Obok Prousta powracają w książce Olga i Dawid. Są na początku, wieńczą koniec, czasem zjawiają się w środku. Kim są? Autor w jednym z wywiadów nazywa ich swoimi przewodnikami. To bliskie mu osoby, Dawid to świadek Zagłady. Bieńczyk z ich pomocą, jak mówi prowadzący rozmowę Maciej Robert, "przekracza gatunkowe ramy eseju i przesuwa się ku prozie". To bardzo wymagająca proza, warto się zatrzymać na niej na dłuższy czas dla pięknego języka, wielu estetycznych doznań, melancholijnej tęsknoty za tym, co minione, utracone i co wciąż trwa - zaklęte w słowach, w literaturze, w muzyce, w obrazach, gestach.
wiesia - awatar wiesia
oceniła na82 lata temu
Reputacje Juan Gabriel Vásquez
Reputacje
Juan Gabriel Vásquez
„Reputacje” (tudzież „Las reputaciones”, jakby ktoś wolał po hiszpańsku) to opowieść o podstarzałym, słynnym rysowniku-karykaturzyście. Podczas rautu wydanego na jego cześć spotyka dziennikarkę, która proponuje mu przeprowadzenie wywiadu. Okazuje się, że jej cele są zupełnie inne niż zapowiadane, zaś nieszczęsny Javier cofnąć się będzie musiał pamięcią do lat, kiedy jego rysunki znaczyły o wiele więcej, niż kilka czarnych kresek na gazetowym papierze – tworzyły rzeczywistość i obalały herosów. A zatem z jednej strony autorska niezależność, wolność myśli i przekonań, z drugiej pośpiech i pewne lekceważenie, duma z siły pióra (czy też ołówka),wiara we własny talent i zdolność obserwacji, bezkompromisowego pointowania wydarzeń politycznych i łatwość gaszenia płomieni z najświatlejszych ze świeczników (sic!) – tu połączona z bezkrytyczną wiarą, że papier przyjmie wszystko, a słowa w dymkach nigdy nie przerodzą się w czyny. W tle doskonale skomponowana opera małżeńska, ze wszystkimi możliwymi wzlotami i upadkami, ale nade wszystko Kolumbia i jej polityczne zawirowania. Tu nie ma „akcji” jako takiej, nie ma wielkiego finału – to płynna opowieść bez wyraźnego końca, chwila dla Javiera, by zatrzymał czas i zastanowił nad losem i własną (tytułową) (moralną?) reputacją. Z łatwością można odnieść „Reputacje” do czasów współczesnych, morderczej siły rażenia postów, zdjęć i tiktoków, destrukcyjnej mocy socialmediów i tego, że czasem kilka luźno wrzuconych na łola słów lub grupa odpowiednio dobranych pikseli mogą zmienić czyjeś życie. Może nie jest to książka równa rewelacyjnemu „Kształtowi ruin”, nie sądzę również, bym Vásqueza mógł nazwać godnym następcą señor Márqueza, ale płynie już do mnie „A gdy obejrzysz się za siebie”. I nie jest to moje ostatnie słowo.
Marcin Masłowski - awatar Marcin Masłowski
ocenił na71 rok temu
Zmiany Mo Yan
Zmiany
Mo Yan
Nie wiem skąd wzięła się na mojej półce ta książka. Zmiany obiecują być autobiografią chińskiego noblisty, a jej cienkość obiecuje z kolei, że nawet jeśli będzie nudno czy napuszenie (wszak chiński literat),to przynajmniej będzie krótko. Ale nie jest nudno. Wręcz przeciwnie, z chęcią przeczytałabym więcej jego wspomnień. W sumie trudno powiedzieć o tej książeczce, że to pełnoprawna autobiografia. To raczej migawki, wspomnienia z jego życia. Przy czym sporo z nich stawia na pierwszym planie innych ludzi. Sam Mo Yan jest tylko świadkiem wydarzeń. Jest to skromne i urocze, jakby autor, mimo osiągniętych sukcesów, nie przestał być nigdy prostym chłopakiem ze wsi. Albo tak się kreuje. ⚙️ Trudne życie w Chinach Kariera pisarska wyszła mu niejako przy okazji. Najpierw chciał być kierowcą. Zresztą wszyscy chłopcy w jego szkole tego pragnęli. To były lata pięćdziesiąte i wszystko było jeszcze zupełnie inne. Mo Yan nie miał ani bogatej rodziny ani znaczących koneksji, więc nie była mu pisana łatwa ścieżka kariery. On sam nie wróżył sobie żadnych sukcesów. Ostatecznie trafił do wojska, gdzie przypadkiem odkryto jego talenty nauczycielskie. W międzyczasie zaczął pisywać pierwsze teksty. Po tym, jak niektóre opublikowano, jego los się odwrócił. Ale o tym opowiada tylko w kontekście wspomnień o swoim koledze z klasy, który kiedyś został (zupełnie jak sam Mo Yan) wyrzucony ze szkoły, a dorobił się wielkich pieniędzy. Po latach odzyskał z nim kontakt i to właśnie jemu poświęca sporą część swoich wspomnień. Niejako na marginesie pisze trochę o sobie, że coś promował, gdzieś jeździł z wykładami. Bardzo to skromne i robi wrażenie autentycznego. ⚙️ Randomowe anegdoty Dlaczego wybrał akurat te wspomnienia? Sam odpowiada na to pytanie: te były pierwsze, jakie wyrwały się “na zewnątrz”. Trochę liczyłam, że Mo Yan przybliży mi Chiny z czasów jego młodości. I w sumie trochę przybliża, pisze np. o relacjach z nauczycielami, którzy mogli wyśmiewać uczniów i wyrzucać ich ze szkoły. Nawet upokarzać. Opisuje ówczesne relacje społeczne, pomiędzy biednymi mieszkańcami wsi. O tym, co fascynowało wtedy dzieciaki, jakie miały marzenia itp. W migawkach Mo Yana jest trochę sielankowo, choć wiadomo, że sielankowo tam wtedy raczej nie było. Ale czy to ma aż takie znaczenie? W końcu to są jego wspomnienia. Wszyscy życzylibyśmy sobie pamiętać tylko te dobre rzeczy z naszego dzieciństwa i młodości. Można więc Zmiany przeczytać, bo są ładnie napisane i krótkie, ale czy trzeba?
PrzeCzytana - awatar PrzeCzytana
oceniła na79 miesięcy temu
O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości Raymond Carver
O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości
Raymond Carver
Dobra. Dziwna. Oryginalna. Ale i niezrozumiała. Kilka opowiadań jest świetnych. Kilka kompletnie dla mnie nieczytelnych. Zwykle jest tak, że rozumiem o czym autor pisze, a przynajmniej moge postawić jakieś sensowne domysły. A tu jest parę takich opowiadań, w których w ogóle nie wiem o co chodzi. Nie mam pomysłu, po co Autor to pisze. Przeczuwam, że jest jakiś pomysł, to nie są głupie opowiadania, o nie, ale są do tego stopnia lapidarne, zwiewne, że trudno się domyślić ich sensu, znaczenia. I - tu powiem "niestety" - nie jest tak, że opowiadania zainspirowały cię do twórczych rozmyślań. Raczej jest tak, że te niektóre opowiadania są jak krótkie impresje, jeden kadr z długiego filmu, więc nie domyślisz się o czym ten film, ponieważ masz za mało danych. Czekałem tylko na opowiadanie, które będzie składać się z jednego zdania. Albo z jednego słowa. Albo w ogóle pustej kartki :-) Złapałem się też na czymś innym - otóż czytałem wszystkie opowiadania, sugerując się tytułem: "Wszystkie będą o jakiejś formie miłości". I pasowało mi to. Ale dopiero na końcu doszlo do mnie, że to jest zbiór różnych historii, zatytułowany tak jak jedno z tych opowiadań pod koniec. Więc chyba w zamyśle Autora nie było pokazanie różnych form miłości, ale różnych wydarzeń i migawek z życia ludzi. A mimo to, pomysł patrzenia na wszystkie te opowiadania jak na opis różnych form miłości - przyjacielskiej, romantycznej, zepsutej, byłej, nadchodzącej, do przedmiotu, do dziecka, do własnej osoby, zamienionej już w oziębłość lub nienawiść, nieszczęśliwej, przyszłej itp. - dodał mi do tych opowiadań coś inspirującego. Mam pretensje do tłumacza. Koniec książki jest przedstawieniem jego sposobu rozważania "jak najlepiej w tłumaczeniu oddać zawikłaną lub zakamuflowaną myśl Autora". I tłumacz przedstawia swój warsztat na przykładzie opowiadania "Zdjęcie" - rozważając jakie różne formy językowe byłyby tu możliwe, jaką sam tłumacz wybrał i dlaczego. Wybrał "Zdjęcie" bo ono ma sens wieloznaczny i kojarzy się również ze "zdjęciem z krzyża" albo "zdjęciem kolejnych zasłon jakiegoś obrazu". "Chętnie wybrałbym tytuł "obiektyw" gdyby dało się go zamienić na "subiektyw". Dopiero po tych wszystkich przedstawionych rozważaniach zrozumiałem, że opowiadanie "Zdjęcie" ma na celu przedstawienie jakiejś formy leczenia, psychoterapii polegającej na zdobyciu innej niż własna perspektywy, co byłoby bardziej zrozumiałe gdyby opowiadanie nosiło tytuł np. "Punkt widzenia". Chodzi mi o to, że te dywagacje tłumacza na temat różnych możliwości doboru słów - jakkolwiek inteligentne - ujawniły, że - w moim odczuciu - tłumaczenie jest mocno niedoskonałe. Być może też i z tego powodu niektóre opowiadania mają całkowicie dla mnie niejasny przekaz. Jednak polecam!
Florianf - awatar Florianf
ocenił na611 miesięcy temu
Matka Makryna Jacek Dehnel
Matka Makryna
Jacek Dehnel
“Boże ciało” Jana Komasy w wersji retro i do tego w kresowym płaszczu. I od filmu o pięć lat starsze. A jeszcze na podstawie historii prawdziwej - sprzed dwóch bez mała stuleci… Słuchamy oto lamentu matki Makryny Mieczysławskiej - przeoryszy klasztoru bazylianek w Mińsku - słanego do uszu arcybiskupa poznańskiego, a opisującego jej dramatyczne losy (prześladowania cerkiewno-carskie, poniżania i tortury, wygnania i liczne golgoty) toczące się na dawnych Kresach Rzeczypospolitej (obecnie pod rosyjskim zaborem) i na rubieży walk prawomyślnej cerkwi prawosławnej (no, nie do końca, bo przecież nie w rycie staroobrzędowym, a po reformach patriarchy Nikona) z jej unickim odłamem (nie mającym się wówczas - jak zaświadczają historycy - wcale za dobrze ani w dziedzinie teologii, ani moralności). Równocześnie zaś śledzimy również pierwszoosobową narrację dotyczącą wdowy po carskim kapitanie-moczymordzie z Wilna i w pewnym momencie orientujemy się, że jakieś drobiazgi z jednej opowieści przenikają do narracji równoległej… Finalnie zaś poznamy jeszcze i historię żydowskiej biedoty wileńskiej i wywodzącej się z niej ubożuchnej dziewuchy, przygarniętej “dla ratowania duszy” przez zakonnice, preparujące służki dla szlacheckich dworów… Historia XIX-wiecznej natchnionej kresowej religijnej hochsztaplerki jest dziś dość powszechnie znana, więc nic tu nie spojleruję. O ile jednak katolicko-narodowa (głównie zresztą emigracyjna) narracja uczyniła z tej prorokini i cudotwórczyni jeden z elementów mesjanistyczno-narodowej mitologii, to po ujawnieniu całej tej mistyfikacji (już w XX wieku) postać popadła we wstydliwe i skrzętnie pielęgnowane zapomnienie. Jacek Dehnel wyciąga tego trupa z szafy narodowych mitów i stawia przed nami w pełnej jego trupiej krasie. I czyni to zaprawdę mistrzowsko. Dostajemy bowiem nie tylko kawał soczystej Literatury o zacięciu narodowo-łotrzykowskim, co również wgląd w naszą narodową i słowiańską duszę, jątrzące zapytanie o stosunek do rodzimej mitologii, przypomnienie wreszcie (nic to, że nie do końca chlubnych) jej przedstawicieli. Prawem twórcy literatury miesza historie prawdziwe i twórcze swe historii uzupełnienia; prawdę z mitem i jeszcze już zupełnie fabularnymi dywagacjami, nie potwierdzającymi się w materiałach historycznych. Dobrze się Makryna odnajduje w emigracyjnym środowisku paryskim, dobrze i wśród samych Francuzów (głównie jednak za aktywną pomocą protektorów, gdyż sama - jako prostaczka - nie potrafiła wypowiadać się poprawnie w żadnym języku, również po polsku ani rusińsku). A trzeba przyznać, że konkurencja między szaleńcami w tej epoce i tym miejscu silna, bo i zwariowani poeci, i natchniony obłędem Towiański… Ale sam książę Czartoryski nie taki znów głupi; inni być może również dość prędko orientują się w niejasnym charakterze opowieści o prześladowanej mniszce. Dobrze nam Dehnel i te narodowe mity dekonstruuje, choć tu już ostrożniej, z jakimś lekko nabożnym szacunkiem. A zorientowani w literaturze odnajdą tu mnóstwo odniesień do również ze szkół znanych poezyi i nie tylko; im kto więcej w szkołach czytywał, tym więcej romantycznych tropów dostrzeże… Piękna proza karmiąca się wcześniejszymi wytworami ducha. Swoją zaś drogą jawi nam się dehnelowska Makryna jako udana emanacja self-made-(wo)mana, która bierze własny swój los i własną historię we własne dłonie i sama steruje swym obrazem w oczach współczesnych. Inna sprawa, czy budowana narracja nie przerasta jej nieco, czy trochę się gdzieś z tych dłoni nie wymyka (czy przewidziała, że będzie musiała zdawać relację przed papieżem?)? Na pewno słusznie przywraca jej postać Dehnel z magazynu wstydliwych mitów narodowych i jednak przywraca godność tej postaci. Mówi o niej ironicznie, ale też pokazuje, że wszystkie swe razy otrzymała, wszystkie blizny ma prawdziwe, wypiła swój kielich goryczy do dna, a czy z ręki Moskala czy mężowskiej podany, to już mniejsza o to. Bardzo to wchodzi w duch feministyczny; bardzo mąci nam łatwość osądu postaci fałszywej zbawczyni narodu… Zresztą narodowe mity dekonstruuje tu Jacek Dehnel w iście mistrzowski sposób, bo do wiedzy dziś już niemal pewnej o głównej dramatu postaci dodaje wiele swojej autorskiej inwencji literackiej. Prowadzi więc bohaterkę jej europejskim szlakiem tułaczym i stawia na jej drodze równie prawdziwe postaci w zaistniałych faktycznie spotkaniach. Ale już treści rozmów, nawet z papieżem, Norwidem czy Mickiewiczem (“wierszopisem kudłatym”),to czysta odautorska literacka licentia poetica. Jest też postać matki Makryny - o czym zaświadczają relacje świadków i dokumenty historyczne - swoistym konstruktem epoki i proto-celebrycką odpowiedzią na emigracyjne zapotrzebowanie na taką postać. Na taką okaleczoną personifikację równie okaleczonej Ojczyzny, na taką martyrologiczną odpowiedź na towiańskie przeanielenie, na jej triumfalny zmartwychwstańczy pochód południem Francji w drodze do Rzymu. Jest też - być może - nieudaną wiadomością słaną księciu Czartoryskiemu do Paryża przez litewskich Tyszkiewiczów (a nieudaną, bo uzyskującą własny głos, własną bujającą opowieść i swój autonomiczny blask)? Powieść jest też apoteozą kresowości, odmalowaną słowem (gwara!),kartografią i klimatem miejsc, które w XX wieku nie wyglądały już “jak za cara” (byłem jako dziecko w latach 80-tych w wymienianych tu Smorgoniach i Mołodecznie - wiem, co mówię). Widzę, że wielu czytelników język zmęczył, czy wręcz pokonał; dla mnie jest on raczej wyrazem mistrzowskiego zagłębienia się Pisarza w materię którą bada, twórczo przekształca i wreszcie przeobraża w słowo na papierze. No i trzeba jeszcze przyznać, że jak mało kto potrafią się chrześcijany między sobą ładnie bawić; o zabawach protestantów z katolikami wiemy wiele, mniej zaś o tych między prawosławnymi moskiewskimi, a unickimi. Jakoś więc wierzono w świecie o popach (biskupach nawet!) osobiście razami karzącymi mniszki celem ich nawrócenia… Wprawdzie nie wszystkie winy Makryna w swych konfabulacjach przypisuje tym, którym powinna, to jednak sumarycznie - coś z rzeczy podobnych w tym czasie i tych stronach się dziewało… Książka po wielokroć przesuwana na dalszą pozycję w czytelniczej poczekalni (nie wiem czego się bałem: książki samej, czy głupiej fascynacji kolejnym - dotychczas szczęśliwie niepoznanym - Pisarzem i kolejnych potencjalnych pozycji dorzucanych na półkę “do przeczytania”?). I tak się zresztą dzieje - już zaopatrzyłem się w kolejne pozycje Autora i już je na półeczkę “do przeczytania”... Samego zaś Pisarza - już po piwerwszej lekturze - stawiam na półce obok nazwisk takich jak Szostak, Huelle, Chwin. Ma coś Dehnel pociąg do stylistyki ikony; tu okładka doskonała, współgra z treścią książki bez mała genialnie! A jest jeszcze i kolejna ikona, tym razem z wpisanym nań samym Autorem, na innej jeszcze książce, którą właśnie dorzuciłem na rosnącą górę pozycji wstydu i marzeń…
MarWinc - awatar MarWinc
ocenił na93 miesiące temu
Zabliźnione serca Max Blecher
Zabliźnione serca
Max Blecher
Kto przybywa na kurację do Berck, ten raczej stąd nie wyjeżdża. A miasteczko ludzi o zagipsowanych ciałach, sunących wśród wydm w specjalnych łóżkach-dorożkach to groteskowy, koszmarny wprost obraz. Nadgniłe manekiny na wszelkie sposoby próbują grać z chorobą o kolejny dzień życia, zapijając bezradność i starając się wykrzesać choć trochę przyjemności ze swoich kalekich ciał. Kiedy u Emanuela, młodziutkiego studenta chemii, zostaje zdiagnozowana gruźlica kręgosłupa, on także daje się zamknąć w gipsowym pancerzu. Będąc w sanatorium jeździ swoim łóżkiem na nie do końca legalne imprezy, zaprzyjaźnia się z ekscentrycznymi kuracjuszami, a zauroczony, brzydko pogrywa sobie z wierną mu jak pies dziewczyną. Postępuje egoistycznie, czasem nawet tchórzowsko, ale poczucie zamknięcia w sennym światku Berck dziwnie łagodzi jego działania – marionetkowe ruchy w oczekiwaniu na rozwój choroby. Książka Blechera jest w dużej mierze autobiograficzna i czuje się autentyczność opisanej przez niego kondycji. Elegancki, oszczędny styl ciekawie eksponuje cielesność, choć mi brakło w nim nieco dojrzałości. Narracja snuje się z melancholią, zupełnie jakby gips ograniczył i jej dynamikę. W tej jednostajności tym dotkliwiej czuje się swędzenie i smród, z tym większym smutkiem obserwuje się dziedziczenie kolejnych fantów po tych, którzy umarli. To jedna z tych książek, które może i nie zachwycają dynamiką czy językowymi akrobacjami, ale zostają w głowie na długo.
Histeria Oka - awatar Histeria Oka
oceniła na61 rok temu
Ulica Ciemnych Sklepików Patrick Modiano
Ulica Ciemnych Sklepików
Patrick Modiano
Niniejszym przepraszam się z Patrickiem Modiano, którego już niemal spisałem na straty po poprzedniej niezachwycającej książce, a tutaj - wręcz przeciwnie! Zatopiłem się bez reszty w tym oceanie nostalgii, humanistycznej esencji smutku, bezmiarze empatii. To moja druga wspaniała rzecz Noblisty, zaraz po “Dorze Bruder”. I podobny temat: tam było poszukiwanie śladów dziewczyny z Paryża, ofiary Holokaustu - tu jest próba odnalezienia własnej tożsamości przez głównego bohatera po nieokreślonej amnezji. W tle Paris noir, choć także Paryż do flanowania. Wielbię książki, gdzie właśnie pamięć jest w centrum uwagi (nb. jak w znakomitej “Żebyś nie zgubił się w dzielnicy” tegoż Autora - choć najlepsze w tej kategorii jest arcydzieło “Pamięci, przemów” Nabokova). Rzecz cała kunsztownie skomponowana i nie do końca wyjaśniona - niczym ludzkie wnętrze. A może i lepiej, że prawdy o nas samych nigdy nie poznamy? “Gdy podejmuje decyzję poznania swojej przeszłości jego przyjaciel pyta czy naprawdę warto”. Bohater przegląda różne stare zdjęcia, na których wydaje mu się, że to on sam, ale albo nikt go nie rozpoznaje, albo za każdym razem jest brany za kogoś innego. Jakiś adresy, jakieś numery telefonów... Wpada w obsesję: “Podszedłem bliżej. Może mnie pozna? Za każdym razem ta sama nadzieja i ten sam zawód”. Prowadzi poszukiwania po omacku, jak we mgle, co rusz podąża fałszywym tropem, wciąż nie wiedząc, kim naprawdę. jest/był. “Czy to naprawdę chodzi o moje życie? Czy nie jest to życie innego człowieka, w które ja się wślizgnąłem?” - pytanie zawisa w powietrzu.… Za emblematyczny uznałbym taki cytat o tym, co pozostaje w pamięci, czy też co pozostawiamy po sobie: “Widocznie wszystko kończyło się w starych pudełkach po czekoladzie lub biszkoptach. Albo po cygarach. Nic szczególnego w tym pudełku bo biszkoptach. Ołowiany żołnierz – dobosz, z którego złuszczyła się farba. Czterolistna koniczyna przyklejona pośrodku białej koperty. Fotografie”. Ta rzecz sięga i do “białej” rosyjskiej emigracji we Francji, i do prześladowań tam Żydów w czasie wojny (ważny wątek paszportów państw Płd Ameryki, znany z lat II wojny ze sprawy Hotelu Polskiego przy ul. Długiej, którędy codziennie przechodzę w drodze do pracy - BTW: od dawna nieremontowana to rudera, lekki wstyd, przy odpicowanych innych i nowym "Pasażu Simonsa", czyli apartamentowcu dla miliarderów…). Nota bene wszyscy, którzy pomagają bohaterowi lub chcą mu pomóc w autoidentyfikacji, jakimś przypadkiem nie za bardzo są Francuzami - to zazwyczaj Rosjanie, Flamandowie, Latynosi, Amerykanie. Nie przypadkiem część bohaterów to potomkowie rosyjskich emigrantów po 1917 roku, których tożsamość po dłuższym czasie ulegała wszak stosunkowej dezintegracji. “Cały kawał jego życia w jednej chwili poszedł na dno, tak że nie zachowała się chociażby najcieńsza nić przewodnia, najsłabsza więź, która łączyła by go jeszcze z przeszłością”. Inne cytaty “Życie ludzkie podzielone jest na przegródki i nasi przyjaciele nie znają się wzajemnie. Niestety”. “Byłem jak różdżkarz czyhający na najdrobniejsze drgnienie różdżki”. “Pod drzewami doznałem przykrego wrażenia, że to wszystko mi się śni. Przeżyłem już swoje życie i jestem tylko duchem, który unosi się w ciepłym powietrzu sobotniego wieczoru. Po co nawiązywać zerwane od dawna więzi, szukać zamurowanych od dawna przejść?”. “Dokoła nas wszystko było wyludnione i zakrzepłe. Nawet wieża Eiffla, którą dostrzegłem na drugim brzegu Sekwany, wieża Eiffla, której widok był zazwyczaj tak krzepiący, przypominała stertę wypalonego żelastwa”. “Dziwni ludzie, po ich przejściu pozostaje tylko szybko rozpływający się obłok”. “Popełniła samobójstwo, bo przerażała ją starość”. “Czy nasze egzystencje nie rozwiały się równie szybko w ciemności wieczoru, jak ten dziecinny smutek?”. “I nie przetrwało z tego nic, nawet świetlna smużka, jaką pozostawia przelot świętojańskiego robaczka”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na94 miesiące temu
Lato w Baden Leonid Cypkin
Lato w Baden
Leonid Cypkin
"Lato w Baden" to książka, która razem z drzwiami weszła do kanonu światowej literatury. Jest to dzieło tak sebaldowskie, że aż ciężko uwierzyć, że Cypkin nie mógł nic wiedzieć o Sebaldzie, tak jak ten drugi prawdopodobnie nie wiedział nic o Cypkinie. W tej powieści porusza nas już nawet sama historia jej powstania. Cypkin nie był pisarzem, a przynajmniej nie mógł nim być. Był dysydentem, któremu nie dane było zrobić kariery, na którą zasługiwał. A jednak jakimś cudem wydana w niszowej rosyjskojęzycznej "Nowej Gazecie" w USA powieść doczekała się swojej popularności. Równie fascynująca jest fascynacja Cypkina Dostojewskim. Dlaczego Żyd interesuje się do tego stopnia zajadłym antysemitą? Jest to pytanie również do nas - Polaków, bo my przecież też interesujemy się Dostojewskim, który był również polakożercą. Ale jak to jest możliwe, że człowiek, który z taką ogromną empatią podchodził do swoich bohaterów, który tak dogłębnie rozumiał ludzkie bolączki, nie miał w sobie krzty współczucia do wiecznie prześladowanego narodu żydowskiego, tak jak i nie miał go do znajdującego się pod carskim butem narodu polskiego? Wydaje mi się, że Cypkin osiągnął w swojej książce swój cel. Zbliżył się do Dostojewskiego tak blisko, jak to było tylko możliwe. Wydaje mi się, że oddał jego postać doskonale. Podczas lektury prawie czułem nieświeży oddech autora "Zbrodni i kary". Nie wiem, czy w ogóle w historii literatury inny pisarz zbliżył się do swojego niefikcyjnego bohatera tak bardzo, jak udało się to Cypkinowi. Przy czym nie czyni to tej lektury łatwą, a nawet wręcz przeciwnie. Wszystkie fobie i kompleksy Dostojewskiego są tak realne, że aż obrzydliwe, co czyni lekturę ciężką. Równie ciężka jest forma Cypkina i jego niekończące się zdania, którymi przebił nawet Sebalda. A skoro jesteśmy już przy Sebaldzie, to w tej fikcji-niefikcji, którą jest "Lato w Baden" brakowało mi ilustracji, tak jak pojawiają się one w powieściach Niemca. Ciekawe, czy Cypkin umieściłby w tej książce ilustracje, gdyby mógł mieć na to wpływ? Tę książkę bardzo polecam, ale raczej wprawionym czytelnikom, którzy nie boją się sięgnąć po cięższą, ale bardzo wartościową lekturę.
tzaw - awatar tzaw
ocenił na95 miesięcy temu

Cytaty z książki Zagubiona dzielnica

Więcej

...nigdy nie wraca się do punktu wyjścia.

...nigdy nie wraca się do punktu wyjścia.

Patrick Modiano Zagubiona dzielnica Zobacz więcej

Istnieją dwa rodzaje ludzi: co, co piszą książki i ci, o których pisze się książki i którzy nie muszą ich czytać. Przeżywają je.

Istnieją dwa rodzaje ludzi: co, co piszą książki i ci, o których pisze się książki i którzy nie muszą ich czytać. Przeżywają je.

Patrick Modiano Zagubiona dzielnica Zobacz więcej

... nigdy nie wraca się do punktu wyjścia.

... nigdy nie wraca się do punktu wyjścia.

Patrick Modiano Zagubiona dzielnica Zobacz więcej
Więcej