Nancy H. Kleinbaum
(1989)
[Dead Poets Society]
Tekst Kleinbaum (1948-2024) opiera się na scenariuszu Thomasa Schulmana (1950). Mając to na uwadze, jego nazwisko również powinno znaleźć się na okładce, jako współautora.
Nie dysponując oryginalnym scenariuszem, ciężko stwierdzić, ile tu kreatywności Kleinbaum, ale wziąwszy pod uwagę fakt, że książka i film miały swoją premierę w ‘89, a zdjęcia realizowano na przełomie ‘88 i ‘89, najpewniej bazowała tylko na dostarczonym maszynopisie i była mu wierna. Tekst który powstał, był robotą rzemieślniczą, bliższą pracy redaktorki niż pisarki. Robioną na konkretny termin. Wszelkie różnice między obrazem Petera Weira a literacką adaptacją wynikają z tego, że część materiału wyleciała w wyniku późniejszych poprawek lub podczas montażu, a doszły też improwizacje i pomysły realizowane na gorąco, które wykorzystywały rzeczywistość zastaną, np. ukształtowanie terenu*. Każdy, kto zna ścieżkę aktorską odtwórcy roli belfra, jego zdolności sceniczne, zdaje sobie sprawę, ile Keating zawdzięcza Williamsowi (ile Williamsa jest w Keatingu). Te momenty, kiedy wciela się w różne role, np. parodiuje Marlona Brando lub naśladuje spacerujących chłopaków, dialog o zdjęciu w księdze pamiątkowej, którego nie uświadczymy w książce – pochodzą od Robina Williamsa**.
Książka nie urzeka poziomem literackim, nie wykorzystuje pełni potencjału literatury pięknej, magii słowa, tak hołubionej w utworze, ale oferuje to, co w filmie zostało pominięte, w pierwotnej wersji – sprzed zmian, bez ożywczych improwizacji. Niektóre zdania warto by poprawić, bo brzmią jak kalki z angielskiego, niepotrzebnie odwzorowujące oryginalny szyk zdania, ale ogólnie czyta się to dobrze, szybko i sprawnie. Tłumaczenie Pawła Laskowicza (1963) pochodzi z ‘94 i jest stale wznawiane, choć bardziej z pobudek oszczędnościowych, merkantylnych, niż wyjątkowego uznania dla jego pracy.
Przekład poezji to trudna sztuka: wersja wierna zachowa sens, ale straci urodę, czar i urok (oryginalny rytm, grę słów i rymy); artystyczna wytworzy zupełnie nowy wiersz inspirowany oryginałem – w najlepszym razie odda klimat i intencje; wariant pośredni, tworzony pod presją czasu, powoła do życia hybrydy-potworki mające wady obu wariantów, ale mało zalet. I tak jest z tymi wersami, które adaptował sam tłumacz. Fragmenty sztuki i wierszy zaczerpnięte od mistrzów w swym fachu, np. tłumaczenia Snu nocy letniej, wypadają lepiej.
Mając na uwadze rolę poezji, wagę słów i sztukę posługiwania się językiem, warto by dodać obszerniejsze opisy i rozbudować charakterystyki poszczególnych postaci. Poszerzyć ich obraz psychologiczny, oddać życie wewnętrzne, rozterki, relacje z rodzicami. Kleinbaum nie miała na to czasu. Wywiązała się ze swojej pracy poprawnie, przemycając jedno niedopowiedzenie (skąd Knox wziął numer Chris Noel?).
Opuszczenie pewnych fragmentów wyszło filmowi na dobre, podobnie jak improwizacje Williamsa czy ewidentne zmiany, takie jak symboliczny pocałunek Overstreeta zamiast spontanicznego obłapiania, który czyni jego jego miłość bardziej niewinną.
Choć bohaterowie nie są dostatecznie opisani, a w większości przypadków autorka ogranicza się do imienia i nazwiska, i jeśli nie wykażemy odrobiny dobrej woli mogą nam się mieszać, to mają do odegrania konkretne role w grupie i je realizują:
Anderson – świeżak, odstawiony przez rodziców na boczny tor, niepewny swojej wartości – dzięki kolegom i Keatingowi zyskuje pewność siebie.
Perry – serdeczny kolega, pogodny dzieciak o dobrym sercu, lokomotywa grupy; okazuje wsparcie i zainteresowanie, umie rozmawiać z każdym; zafascynowany aktorstwem, pod wpływem presji załamuje się i staje główną ofiarą dramatu (obok Keatinga).
Overstreet – emocjonalny i spragniony miłości, gotów do poświęceń – cechuje go odwaga i nieustepliwość.
Dalton – zwariowany, wierny towarzysz, wprowadza humor i motywuje kolegów. Człowiek czynu.
Meeks – typ mózgowca, podobnie jak Overstreet postać pozytywna, ale przedstawiona jednostronnie.
Pitts – po prostu jest, partneruje Meeksowi. (Meeks & Pitts – jednosylabowe, krótkie nazwiska – efekt komiczny był zamierzony).
Cameron – poznajemy go jako dupka-panikarza, a żegnamy jako gnidę i zdrajcę; postać tragiczna, którą może tłumaczyć młody wiek i wpływy środowiska, ale decyzja jaką finalnie podejmuje, przedstawiona nie jako błąd, ale wynikająca wprost z cech charakteru i obranej postawy życiowej (oportunizmu) – skazuje go na wykluczenie, ostracyzm i hańbę. Pokątnie oczernia Keatinga, nie mając przy tym żadnych wyrzutów sumienia, myśląc wyłącznie o swojej dupie. (Aby go nieco rozgrzeszyć, można by dopisać kilka linijek wskazujących na wpływ rodziców, którym zwierza się z sytuacji i którzy decydują o obwinieniu Keatinga)***.
Wedle scenariusza i nowelizacji Kleinbaum akcja rozgrywa się w górzystym stanie Vermont, ale w filmie nie mamy żadnej informacji o dokładnej lokalizacji: architektura i przyroda sugerują nam Nową Anglię lub nieco ogólniej: Wschodnie Wybrzeże. Film kręcono na terenie stanu Delaware, gdzie łatwiej o dobrą pogodę, ale kluczowym był neogotycki gmach St. Andrew’s School w Middletown, „grający” Akademię Welton, którego architektura nawiązuje do brytyjskich kampusów Oksford i Cambridge. Ukształtowanie terenu Delaware jest zupełnie inne niż w Vermont – nizinne, ponadto stan leży nad oceanem, na szerokości geograficznej odpowiadającej Andaluzji, południu Włoch, Grecji i Turcji, a Vermont Galicji, Lombardii i Prowansji. Z punktu widzenia logiki, realizmu, przeniesienie akcji bardziej na wschód lub południe było sensownym krokiem – szkoła położona gdzieś w dalekim, lesistym Vermoncie byłaby zanadto wyizolowana, mniej dostępna niż okolice Bostonu czy Nowego Jorku. (Najbardziej prestiżowe uniwersytety należące do Ivy League – Ligi Bluszczowej – takie jak Yale czy Harvard, których ławy zasilą absolwenci Welton, znajdują się w północnej części Wschodniego Wybrzeża, blisko Atlantyku. Z drugiej strony Dartmouth College jest w Hanoverze, miasteczku w New Hampshire, na granicy z Vermontem; Cornell również leży w głębi lądu, w małej Ithace).
Nie jest istotne gdzie dokładnie znajduje się fikcyjna akademia Welton****. Z punktu widzenia amerykańskiego odbiorcy, który powinien utożsamiać się z bohaterami, to nawet lepiej, że film pomija tę informację, może byłoby korzystniej gdyby Kleinbaum również ją przemilczała.
Książka króciutka, do przeczytania w dwa wieczory lub jeden leniwy dzień. Humanistyczny manifest, który broni się podwójnym przesłaniem: tym głównym, dla dorastających i zagubionych, oraz tym dla rodziców, wynikającym z tragicznego finału (śmierć Perry’ego). To z uwagi na nie warto przymknąć oko na nieskomplikowaną formę, która z punktu widzenia młodszego odbiorcy może być wręcz atutem. Jeśli młodsze generacje znajdowałyby w tej historii coś wartościowego, byłoby to bardzo krzepiące.
________________________
* Wbrew temu co piszą różni, domorośli recenzenci – książka nie jest przełożeniem filmu 1:1. Przed zakupem przeczytałem te narzekania, mimo to zdecydowałem na lekturę, licząc na wierniejszą wersję przekładu, pełniejszą listę dialogową, inną niż tekst czytany przez lektora. I nie zawiodłem się. Jeśli kogoś dręczą pewne luki fabularne, lub zastanawia zawartość tekstu z którym pracował reżyser, tekst Nancy Horowitz Kleinbaum dostarczy kilka odpowiedzi i dodatkowe sceny, w tym wersje alternatywne – kiedy to np. Knox nie ogranicza się do pocałunku, „Nuwanda” wylatuje ze szkoły, a Keating pojawia się w indiańskiej grocie i prowadzi zebranie. Oceniając tę książkę, warto mieć na uwadze, że scenariusz a produkt finalny to dwie równoległe rzeczywistości. Ze scenariusza zawsze może coś wypaść, a podczas pracy pojawią się niespodziewane kadry, improwizacje i pomysły które zrodził się pod wpływem chwili – ad hoc – w wyniku zaistniałych okoliczności. Lektura ma sens. (Usunięte sceny: https://www.youtube.com/watch?v=b_IRNN_XzPs; https://www.youtube.com/watch?v=TbYK4NKv4K0; https://www.youtube.com/watch?v=dMzJSEJyR9Q [nagrania z planu, widoczny pogrzeb Neila]).
** Co do komentarza do zdjęcia – nie ma pewności. Może została dopisany, ale znając Willamsa, idzie założyć, że po prostu nie trzymał się scenariusza. Książkowy profesor Keating to typ niepokorny, nieco egotyczny i bardziej brawurowy niż kreacja Williamsa; kładzie większy nacisk na rozbudzenie indywidualizmu, można odnieść wrażenie, że nie pojawia się to przy okazji poszczególnych tematów, ale jest celem głównym. Filmowy Keating jest bardziej stonowany, urzeka przede wszystkim ciepłem, głębią intelektualną i poprzez zdolności komiczne Robina Williamsa.
*** Może kiedyś ktoś zdecyduje się na kilkuodcinkowy serial, który rozwinie wątki poszczególnych postaci. Opowie szerzej o relacjach w klasie i między różnymi rocznikami. Pokaże, że na angielskim omawia się nie tylko poezję. Istnieje jednak możliwość, że twórcy poszliby na łatwiznę i w duchu dzisiejszych czasów zmienili orientację jednego z chłopaków, np. Todda, który nadaje się do takiej modyfikacji najlepiej z całej paczki, i uczynili z jego rozterek jeden z głównych wątków, kluczowych dla finalnej metamorfozy. Nie byłoby w tym nic złego, ale jest to motyw solidnie wyeksploatowany i ładowany wszędzie na siłę, nieadekwatnie do częstotliwości występowania. Akcja mogłaby zostać przesunięta w przyszłość: ‘59 to upadek reżimu Batisty na Kubie, a wielkie komputery drugiej generacji wykonują obliczenia w największych instytucjach (np. IBM 7090); na początku nowej dekady trafia do sprzedaży pigułka antykoncepcyjna – Ameryka jest u progu rewolucji seksualnej, dwa lata wcześniej Sowieci wysyłają na orbitę pierwszego satelitę (’57). Ostatni rok dekady jest równocześnie początkiem nowego okresu – dla osób których nie ma już pośród nas, było to bardziej czytelne. Na tym tle Welton Academy zdaje się zupełnie nie pasować do nadchodzących czasów.
**** Wedle książki, gdzieś pod fikcyjnym Welton, albo na jego obrzeżach – zapewne w granicach administracyjnych. Już w pierwszym zdaniu dowiaduję się, że Welton założono „[…] wśród dalekich wzgórz Vermontu […]” (str. 5),a na końcu rozdziału przeczytamy jeszcze o „[…] nowym domu [dla uczniów], odizolowanym w pięknych, ale surowych lasach Vermontu” (str. 11). Welton Academy jest konsekwentnie tłumaczona przez Pawła Laskowicza jako „Akademia Weltona”, ale nie ma pewności czy nazwa miasta Welton pochodzi od czyjegoś nazwiska. W języku angielskim „Welton” popularnym toponimem, pochodzącym z połączenia staroangielskiego well (źródło, studnia) i tun (osada, zagroda; z tun zrobiło się town – miasteczko); oznacza „miasto przy źródle”.
•
Gdyby dramat w reżyserii Weira nigdy nie powstał, a książka mimo to trafiła do sprzedaży – jej ocena byłaby zdecydowanie wyższa. Z uwagi na świetnie zrealizowany film, wzbogacony wyjątkową charyzmą Williamsa, książka jest oceniana źle. Film zaoferował więcej, tekst nie wykorzystał w pełni możliwości słowa pisanego.
Za przesłanie, przypomnienie o tym, że każdy dzień jest cenny, a życie krótkie (memento mori),i trzeba czerpać z niego pełnymi garściami (carpe diem),w duchu epikureizmu (choć z umiarem),pochwałę przyjaźni, kreatywności i wychodzenia poza schematy (jednak z głową) – 10/10.
Z uwagi na walor literacki oryginału i jakość tłumaczenia, ogólną poprawność – 6/10.
Posiłkując się metodą dr J. Evansa Pritcharda, wyrysowując sobie wykres*, można dać tej mini-powieści 7/10. Dramat Schulmana pozostaje uniwersalną opowieścią o tym, co w życiu najcenniejsze: aby nie zatracić samego siebie i nie zejść na psy**.
________________________
* Str. 38-39 (rozdział V, wyd. z 2000) lub 21 minuta filmu (https://www.cda.pl/video/20135297b2) – jeśli w waszych podręcznikach do literatury ta strona również została wydarta… ;)
** Większości się nie uda.
•
SUBIEKTYWNIE O FILMIE
Film oglądałem po raz pierwszy w późnych dziewięćdziesiątych lub na początku dwutysięcznych, w wieczornym paśmie filmowym. Byłem wówczas dzieciakiem.
Zapadło mi w pamięć kilka scen: wydzieranie strony z podręcznika, palenie fajek w grocie i wizyta dziewczyn, a przede wszystkim pożegnalny hołd; wers Walta Whitmana „O kapitanie, mój kapitanie!” oraz kreacja Robina Williamsa. No i tytuł filmu, z miejsca uruchamiający ciekawość. (Być może tych seansów było więcej, może kiedyś trafiłem na niego w środku emisji?).
Dopiero w tym roku, tj. 2026, u progu czterdziestki, obejrzałem go po raz kolejny*. Zakładałem, że znam tę historię, jednak fabuła wyparowała mi z neuronów i dzięki temu przyjemność z oglądania była pełna.
Będąc dzieciakiem, nie wychwyciłem, że fabuła rozgrywa się w końcówce lat 50., w okresie o zupełnie innej obyczajowości, na tle której profesor Keating wnosił coś faktycznie ożywczego i atrakcyjnego dla chłopaków przeciążonych nauką, przytłoczonych oczekiwaniami rodziców, wymogami dyscypliny i ogłupiającą religijnością**. Kiedy myślałem o tym filmie i rozważałem ponowny seans, wszelkie detale umożliwiające prawidłową identyfikację czasu akcji, takie jak auta czy nieliczne sprzęty techniczne (gramofon, telefon) lub stroje młodzieży spoza Welton zupełnie znikły z mojej pamięci. Zastanawiałem się, czy to końcówka XIX stulecia, czy lata 20. lub 30. XX (!).
Ładne kadry, tradycyjna architektura pośród przyjemnego, znajomego, swojskiego krajobrazu, skąpanego w jesiennych barwach Wschodniego Wybrzeża, wczesne zachody słońca i ośnieżone, skute lodem akweny, pagórki i nagie drzewa***; przekonująca gra młodych aktorów, w miarę czytelna, i dobrze poprowadzona historia, a nade wszystko: piękne przesłanie. Film, który chce się oglądać, kradnący serce, określany klasykiem – w pełni zasłużenie. (Estetyka obrazu, wspólny wysiłek reżysera, scenarzysty, aktorów, osób odpowiedzialnych za casting, montaż i oprawę muzyczną – wszystko to, wyjąwszy pewne skróty fabularne, które uwypukla książka, tworzy dzieło kultowe).
Charyzmatyczny, empatyczny Keating, wzbogacony o talent komiczny Williamsa, idący pod prąd, ale tak, by nikogo nie ranić – to niemalże ideał belfra. Pasjonata, który zaraża swoimi fascynacjami, zdobywa uwagę i serca. Pomaga przezwyciężyć słabości i rozwijać talenty, pozostając mentorem również po dzwonku.
Całość angażuje emocjonalnie, budzi w człowieku to, co najlepsze.
Produkcja idealna dla nastolatków, subtelnie zaszczepiająca zdrowe podejście, a jednocześnie przestroga dla przeżartych przez ambicję rodziców, którzy, skupiając się na celu, tracą z pola widzenia dziecko****.
________________________
* Przez całe dzieciństwo, kiedy nie było innych rozrywek, oglądałem pewne filmy wielokrotnie. Ilekroć leciały w telewizji, zaliczałem seans. Dziś już z rzadka decyduję się na spontaniczny re-watch – szkoda mi na to czasu. Warto zaostrzyć selekcję i nie naśladować ogółu – zamiast oglądać wtórną słabiznę, desperacko skacząc po kanałach, lepiej zobaczyć raz na jakiś czas coś dobrego. Im człowiek starszy, im więcej klasyki odhaczonej, tym głód fabularny mniejszy. Mało co wydaje się realnie wartościowe i potrzebne, a kiedy główną motywacją jest zarobek, powstają gnioty i potworki. W dorosłym życiu, przypadkowe treści, głównie rozwlekłe programy o niczym, seriale niskich lotów i wieczne powtórki nie miały już dla mnie wiele do zaoferowania – odrzuciłem telewizję bez żalu. Początkowo, jeszcze z rzadka oglądając co lepsze filmy w nocnym paśmie, po powrocie z roboty, a potem włączając odbiornik tylko na wiadomości. Po przeprowadzce telewizor trafił do szafy i tam już pozostał.
** Tragedia, Horror, Dekadencja, Perwersja (zamiast Traditon, Honor, Discpline, Exellence [Perfekcja] – czterech sztandarowych zasad akademii). Tej trawestacji w książce zabrakło. Pięknie oddaje humor i dystans, których Welton, przezywana przez chłopców Piekłem (Hellton),nie zdołała stłamsić.
*** Samo ukazanie sportów drużynowych, np. wioślarstwa, mundurki i stroje luźniejsze, muzyka poważna i słuchany ukradkiem rock’n’roll, stare mury i staroświeckie wnętrza… wszystko to składa się na obraz minionej epoki, na elitarną placówkę, archaiczną na tle innych – w Stanach i na świecie.
**** Męska szkoła z internatem jest na Zachodzie doświadczeniem mniejszości, a rodzicielska presja i surowa obyczajowość lat 50., w tym kary cielesne – należą już do przeszłości. Rozkruszyły je zmiany społeczne lat 60. i 70., a 80. wprowadziły kompletne poluzowanie i plastic-fantastic. Nie oznacza to jednak, że zniknęły zupełnie, np. w Korei Południowej normy edukacyjne Welton mogą wydać się zaskakująco znajome. I nie tylko tam.
•
UWAGI (tłum. Paweł Laskowicz, wyd. Bertelsmann Media Sp. z o.o. jako Klub Świat Książki i Rebis, Warszawa/Poznań 2000; wydanie z logo ŚK na grzbiecie, na okładce scena spoza filmu – Robin Williams stoi okrakiem na biurkach uczniów):
Str. 6 – Doskonałość, jedna z czterech cnót Akademii Welton (w oryginale: Excellence); dobrany termin brzmi nieadekwatnie, co dobrze sygnalizuje definicja przygotowana przez jednego z uczniów: „Doskonałość to rezultat ciężkiej pracy […]” (str. 9) – czyli pożądany rezultat – suma doświadczenia i mądrze realizowanych starań, lepiej pasowałaby tu Perfekcja.
Str. 22 – poranna toaleta ma miejsce przed śniadaniem na stołówce? W tak renomowanej szkole średniej, o tak wyśrubowanych normach obyczajowych, siedzi się w przepoconych piżamach? A może je się w pokojach?
Str. 75-76 – skąd Knox Overstreet miał telefon do dziewczyny syna państwa Danburrych? Jest to dziura fabularna – można ją wyjaśnić pomocą siostry Cheta, Giny, która ma dużo do powiedzenia na temat brata. W filmie wątek urywa się zaraz po powitaniu przez głowę domu.
Str. 6 – nie zapalone (niezapalone); str. 7 – nie zmącona (niezmącona); str. 10/111/151 – campusu (kampusu); str. 41 – Nie kończących (Niekończących); str. 41 – nie opętane (nieopętane); str. 48 – brak trzeciego znaku w wielokropku; str. 68 – nie dokończone (niedokończone); str. 71 – nie wtajemniczonym (niewtajemniczonym); str. 85 – nie zmieszana (niezmieszana); str. 87 – nie zauważony (niezauważony); str. 93/94 – rozdział X rozpoczyna się kontynuacją IX, nie ma żadnego uzasadnienia dla podziału sceny z wstawionym Knoxem, to nie cliffhanger; str. 94 – „cz uję” (błąd zecerski); str. 100 – nie przespanej (nieprzespanej); str. 106 – nie przeczytanych (nieprzeczytanych); str. 106/107 – nie kończących (niekończących); str. 107 – nie przeczytane (nieprzeczytane); str. 116 – nie dokończoną (niedokończoną); str. 121 – nie odśnieżoną (nieodśnieżoną). „Pittsiu” w oryginale zapewne Pittie/Pitty, i można było tak to śmiało zostawić; Stowarzyszenie Umarłych Poetów jest zapisywane tak, że tylko pierwszy człon rozpoczyna się dużą literą (!).
Opinie i dyskusje o książce Tam, gdzie spadają Anioły
Tym, którzy szukają czegoś "co szybko się czyta"- polecam.
Tym, którzy szukają w książkach czegoś, co wbija w fotel - polecam tym bardziej.
"Tam gdzie spadają anioły" to książka-baśń o walce dobra ze złem. Anioł z tej książki nie jest nieomylny. Chciał sprawić jak najwięcej dobra, a tymczasem stracił własne siły, utracił możliwość opieki nad powierzoną sobie Ewą. Zadania Aniołów to nie tylko "ochrona przed złem" jak to nieraz sobie infantylnie wyobrażamy. Opieka Anioła to także pomoc w wyborze drogi, nieraz trudnej i bolesnej, lecz ważnej.
Tym, którzy szukają czegoś "co szybko się czyta"- polecam.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTym, którzy szukają w książkach czegoś, co wbija w fotel - polecam tym bardziej.
"Tam gdzie spadają anioły" to książka-baśń o walce dobra ze złem. Anioł z tej książki nie jest nieomylny. Chciał sprawić jak najwięcej dobra, a tymczasem stracił własne siły, utracił możliwość opieki nad powierzoną sobie Ewą. Zadania...
Piękna historia. Zostanie na długo w mojej pamięci.
Piękna historia. Zostanie na długo w mojej pamięci.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTa książka jest moją lekturą. Sama, bez przymusu nie sięgnęłabym po tę historię. Utwór był przewidywalny ale całkiem ciekawy i pouczający.
Z dnia na dzień podoba mi się coraz bardziej.
Ta książka jest moją lekturą. Sama, bez przymusu nie sięgnęłabym po tę historię. Utwór był przewidywalny ale całkiem ciekawy i pouczający.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZ dnia na dzień podoba mi się coraz bardziej.
Jedna z pierwszych książek którą wyciągnęła najskrytsze uczucia schowane w sercu zagubionej nastolatki. Prezent którym była ta książka był jednym z najlepszych jaki mogłam dostać. Piękna opowieść walki dobra ze złem, przedstawiona oczami dziecka a także rodziny. Cudowny tytuł wart polecenia.
Jedna z pierwszych książek którą wyciągnęła najskrytsze uczucia schowane w sercu zagubionej nastolatki. Prezent którym była ta książka był jednym z najlepszych jaki mogłam dostać. Piękna opowieść walki dobra ze złem, przedstawiona oczami dziecka a także rodziny. Cudowny tytuł wart polecenia.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka, która została ze mną na długo. Rzuca nowe spojrzenie na pewne aspekty wiary. Pięknie napisana.
Książka, która została ze mną na długo. Rzuca nowe spojrzenie na pewne aspekty wiary. Pięknie napisana.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTAM, GDZIE SPADAJĄ ANIOŁY - DOROTA TERAKOWSKA
Do mniej więcej połowy powieści fabuła i przemyślenia bohaterów są głębokie i wzruszające. Później, gdy autorka rozwija tematykę Aniołów oraz odwiecznego konfliktu dobra i zła, sprawy zaczynają się komplikować, bowiem fakty dotyczące świata przedstawionego i mechanizmów nim rządzących często przeczą samym sobie.
Przykładowo, Vea bezustannie namawia Avego, by ten go polubił, z racji, iż jest o jego bratem, z drugiej jednakże strony pozbawia go skrzydeł oraz robi wszystko, co w jego mocy, aby Ave wraz z jego podopieczną, Ewą przestali istnieć. Swoje postępowanie uzasadnia tym, iż kieruje się on prawami rządzącymi tym światem, jednak czy ze względu na bliskie pokrewieństwo Aniołów oraz kilkukrotne prośby o zaprzyjaźnienie się, nie mógłby zwyczajnie złamać prawa? W końcu jest on uosobieniem zła, tak więc co mogłoby mu stać na przeszkodzie, aby postąpił inaczej, niż mówią to zasady?
Kwestia przeznaczenia również jest przedstawiona dosyć nielogicznie. Mamy tu bowiem informację, iż Anioły wybierają przeznaczenie dla swoich podopiecznych, mimo, iż czytelnik otrzymał również informację, iż ludzie sami wpływają na swoją przyszłość. Przerażający jest fakt, iż Anioły (i nie mówię w tej chwili bynajmniej o tych złych, czarnych Aniołach) dokonują decyzji o życiu za ludzi, nawet jeżeli ma to doprowadzić ich do śmierci w męczarniach (?!),co więcej - jeśli Anioł nie zajmujący się daną osobą zmieni jej przeznaczenie bez porozumienia z jej Stróżem, nawet w przypadku, w którym jest to definitywna zmiana na lepsze, jest skazywany na miliardy lat kary. To właśnie spotkało Avego, który jednak po odpokutowaniu swojej "winy" (uratował życie swojej podopiecznej, czy jest to zły czyn?),dostał pod opiekę nad całą Ziemią i został Najwyższym Aniołem. To w końcu, według praw rządzących tym uniwersum, popełnił wielki błąd (i poniósł za to karę),czy zrobił coś bardzo dobrego (i otrzymał nagrodę)?
Wybieranie złej drogi dla ludzi przez Anioły jest argumentowane przystosowaniem ich do brutalności życia i jest to w pewnym sensie zrozumiałe, jednak jest to wspomniane w odniesieniu do sceny, w której jedna osoba ma spalić drugą osobę na stosie za głoszenie poglądu, iż Ziemia jest kulą. W takiej sytuacji Boski Opiekun osoby, która miała spalić swojego bliźniego, sprawia, iż jego podopieczny nie podpala stosu, w rezultacie ratując drugiej osobie życie. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie dalsza część tej historii. Bowiem kiedy wszystko idzie ku dobremu zakończeniu, na scenę wkracza Opiekun osoby, która miała być spalona na stosie i którą rzekomo kocha. Dlaczego rzekomo? Ponieważ w chwili zawahania się podpalacza, Anioł ten objawia się niedoszłemu (na tę chwilę) podpalaczowi i nakazuje mu natychmiastowe podpalenie stosu, jedynie w imię zasad... W rezultacie "kochający" Anioł-opiekun nakazuje zabicie podopiecznego, dając mu zginąć w męczarniach.
Ponadto w książce występuje wiele powtórzeń scen i wniosków, które miały już miejsce; przeznaczenia ludzi wybierane przez Anioły są bezkompromisowe (nie ma w nich połączeń kilku wersji, jest tak, albo tak),zaś wybory bohaterów są przejaskrawione i wyraźnie mają pasować do wypowiedzi Aniołów. Ogólnie rzecz ujmując, nie mogę powiedzieć, iż jest to zła książka, jednak nie podobało mi się przedstawienie przeczących sobie w sposób wręcz skrajny faktów. Pierwsza połowa powieści o wiele bardziej przypadła mi do gustu, ze względu na ogólnie filozoficzne tematy, które zostały w niej zawarte oraz radykalną przemianę bohaterów spowodowaną zarówno silnymi, jak i wyjątkowo słabymi bodźcami.
Moja subiektywna ocena książki: 3,5/10
TAM, GDZIE SPADAJĄ ANIOŁY - DOROTA TERAKOWSKA
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDo mniej więcej połowy powieści fabuła i przemyślenia bohaterów są głębokie i wzruszające. Później, gdy autorka rozwija tematykę Aniołów oraz odwiecznego konfliktu dobra i zła, sprawy zaczynają się komplikować, bowiem fakty dotyczące świata przedstawionego i mechanizmów nim rządzących często przeczą samym sobie.
...
Pięcioletnia Ewa jest świadkiem walki pomiędzy białymi i czarnymi aniołami. W jej trakcie traci swojego Anioła Stróża. Ten przeżywa ale przybierając inną powłokę staje się bezsilny. Od tego momentu małej Ewie przytrafia się masa złych rzeczy. I tak przez kilka lat. Aż do tragicznej diagnozy. Okazuje się, że pomóc jej może jedynie jej Anioł Stróż. Jednak najpierw musi go odnaleźć i pomóc odzyskać moc. Nie przypuszcza nawet, że jest on tak blisko.
Książka jest bardzo specyficzna ale klimatyczna. Poświęcona jest wierze i aniołom ale nie ma tu religijnego patosu. Nie ma też jakiś szybkich zwrotów akcji. Ale przykuwa uwagę. Mamy tu wewnętrzną przemianę bohaterów. Okazuje się, że mały drobiazg może zmienić ludzki los. A także to, że złe rzeczy mogą doprowadzić do bardzo dobrych rzeczy .
Drugim wątkiem jest walka Anioła Stróża z jego mrocznym bratem bliźniakiem. W sumie to z czasem, nawet nie walka a bardziej dyskusja na różne ważne tematy. Myślę, że warto po nią sięgnąć.
Pięcioletnia Ewa jest świadkiem walki pomiędzy białymi i czarnymi aniołami. W jej trakcie traci swojego Anioła Stróża. Ten przeżywa ale przybierając inną powłokę staje się bezsilny. Od tego momentu małej Ewie przytrafia się masa złych rzeczy. I tak przez kilka lat. Aż do tragicznej diagnozy. Okazuje się, że pomóc jej może jedynie jej Anioł Stróż. Jednak najpierw musi go...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka dla osób czujących stany niepokojące i zjawiska niepojęte, takie których nie można wytłumaczyć w sposób przystępny i zrozumiały.
Początek z bardzo obiecującym pomysłem utraty Anioła stróża i jednoczesnym jego spotkaniem w postaci bezdomnego, kalekiego człowieka. Potem na scenę wchodzi wyobraźnia autorki, która przedstawia hierarchę drabiny Aniołów białych i czarnych, przypominającą hierarchię kościelną (jeżeli taki miała zamiar, to wyszło, choć było męczące).
A naprawdę chodzi o to, że Anioł potrzebuje człowieka, aby wybrać mu drogę życia. Człowiek zaś potrzebuje podpowiedzi Anioła, aby na tej drodze wybierać to co dobre i prawdziwe.
Książka dla osób czujących stany niepokojące i zjawiska niepojęte, takie których nie można wytłumaczyć w sposób przystępny i zrozumiały.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPoczątek z bardzo obiecującym pomysłem utraty Anioła stróża i jednoczesnym jego spotkaniem w postaci bezdomnego, kalekiego człowieka. Potem na scenę wchodzi wyobraźnia autorki, która przedstawia hierarchę drabiny Aniołów białych i...
Mała Ewa widzi białe i czarne anioły frunące nad jej rodzinnym, domu. Biegnie do mamy, żeby też zobaczyła to jedyne w jej krótkim życiu zdarzenie. Jednak matka pogania córkę i mówi, żeby je pooglądała, bo raz w roku przylatują.
Anioły walczą ze sobą, jeden upada, okazuje się, że to anioł stróż Małej Ewy. Po tym wypadku dziewczyna ciągle coś sobie robi. Łamie rękę, nogę lub rozbija głowę. Ale gdy kończy 13 lat okazuje się, że ma jedną z najgorszych odmian białaczki. Rodzice nie wierzący w anioły zaczynają w nie wierzyć, Ewa zmienia kamienie życia swojego taty i Pani Samej, przez co jej okaleczony pół człowiek, pół anioł odzyskuj skrzydła, a Ewa zdrowie.
Książka jest trudna, ma trudny język, ale warta przeczytania:)
Mała Ewa widzi białe i czarne anioły frunące nad jej rodzinnym, domu. Biegnie do mamy, żeby też zobaczyła to jedyne w jej krótkim życiu zdarzenie. Jednak matka pogania córkę i mówi, żeby je pooglądała, bo raz w roku przylatują.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAnioły walczą ze sobą, jeden upada, okazuje się, że to anioł stróż Małej Ewy. Po tym wypadku dziewczyna ciągle coś sobie robi. Łamie rękę, nogę lub...
Dorota Terakowska niesamowicie obraca się wśród tematów teologicznych, powodując ostracyzm u ludzi, którzy nie tolerują poglądów innych i uważają, że ich własny jest najlepszy. Pewnie gdyby nie jej książki, w które wsiąknęłam za młodu to pewnie moja duchowość dziś byłaby zupełnie inna, a jej wizje do teraz do mnie przemawiają. Gdyby nie ta książka to pewnie nie robiłabym matury ustnej z tematyki aniołów, nie projektowałabym anielskich rysunków... Bardzo dużo mi dała w wieku 13 lat, i teraz, kiedy po 25 latach do niej wróciłam z innej perspektywy nadal była dobra ❤️
Dorota Terakowska niesamowicie obraca się wśród tematów teologicznych, powodując ostracyzm u ludzi, którzy nie tolerują poglądów innych i uważają, że ich własny jest najlepszy. Pewnie gdyby nie jej książki, w które wsiąknęłam za młodu to pewnie moja duchowość dziś byłaby zupełnie inna, a jej wizje do teraz do mnie przemawiają. Gdyby nie ta książka to pewnie nie robiłabym...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to