rozwińzwiń

Fakty, przyroda i ludzie

Okładka książki Fakty, przyroda i ludzie autorstwa Józef Mackiewicz
Okładka książki Fakty, przyroda i ludzie autorstwa Józef Mackiewicz
Józef Mackiewicz Wydawnictwo: Kontra Cykl: Józef Mackiewicz: Dzieła (tom 12) powieść historyczna
394 str. 6 godz. 34 min.
Kategoria:
powieść historyczna
Format:
papier
Cykl:
Józef Mackiewicz: Dzieła (tom 12)
Tytuł oryginału:
Fakty, przyroda i ludzie
Data wydania:
1993-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1988-01-01
Liczba stron:
394
Czas czytania
6 godz. 34 min.
Język:
polski
ISBN:
9780907652311
Drogi Panie Józefie,
Myślę, że jeżeli czytelnik miał dużo przyjemności obcując z jakąś książką, to powinien wyrazić swoją wdzięczność autorowi. Tak jest ze mną i z Pana książką Fakty, przyroda i ludzie. Jest to książka znakomita i jeżeli Pan ją uważa za appendix do swoich powieści, to Pan się myli, bo ma ona swoje życie odrębne i nawet stwarza dla siebie szczególny gatunek. Tytuł nie jest dobry, jako że nie oddaje pewnej jednolitości postawy i tonu, zanadto podkreśla przypadkowość i różnorakość. Mnie naturalnie najbardziej w niej nęci obecność Wilna, jak i to, że jest Pan – podobnie jak w powieściach, jedynym polskim autorem do tego stopnia wolnym od nacjonalizmu. No, a dwa rozdziały – o Ponarach i Katyniu powinny wejść w skład każdej przyszłej chrestomatii literatury polskiej.

Wydaje mi się, że weszliśmy w okres wielkich przewartościowań literatury polskiej XX wieku, zwłaszcza tam wszędzie, gdzie chodzi o prawdomówność. A że Pan był zawsze pisarzem prawdomównym, miejsce Pana będzie coraz wyższe. A ta obecna książka znajdzie się wśród kilku najwyższych pozycji prozy. Niestety z wielu polskich prozaików, takich jak Żeromski czy Reymont, został tylko papier.

Dłoń Pana ściskam
Czesław Miłosz, 12 czerwca 1984
Średnia ocen
8,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Fakty, przyroda i ludzie w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Fakty, przyroda i ludzie

Średnia ocen
8,0 / 10
37 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Fakty, przyroda i ludzie

avatar
424
379

Na półkach:

Kolejna książka największego pisarza polskiego XX wieku. Zamilczanego i wpychanego w niepamięć. Człowieka dla którego "Tylko prawda była ciekawa". I tę prawdę tutaj mamy. Duży zbiór króciutkich opowiadań, reportaży i wspomnień, z których każde omawia coś, co kiedyś naprawdę się wydarzyło. Co pisarz osobiście widział i przeżył lub dowiedział się z opowieści przyjaciół i znajomych. Mord w Ponarach, Katyń, wileńskie getto, migawki wspomnień z wieloletniej tułaczki po obczyźnie i bolesnych wspomnień o ukochanej Litwie. Ludzie, krajobrazy, wydarzenia, refleksje i spostrzeżenia - jakże aktualne dzisiaj! Może na tym właśnie wielkość tego pisarza polega? Tyle wielkich dzieł światowej literatury nie wytrzymuje próby czasu, a tutaj...? Takie drobinki, maleńkie utwory - a jednak dzięki wspaniałemu zmysłowi obserwacji autora, trzeźwemu i krytycznemu patrzeniu na świat, a przed wszystkim umiłowaniu prawdy, prawdy i jeszcze raz prawdy - ciągle na czasie, ciągle zmuszające do refleksji i zastanowienia. Rozmowy i spotkania z ludźmi różnych narodowości, wydarzenia historyczne, refleksje i rozważania na temat komunizmu, bolszewizmu, nacjonalizmu, patriotyzmu i wielu innych pojęć i zjawisk, nad ludzkimi losami i zachowaniami w różnych okolicznościach i różnych konfiguracjach politycznych. Tyle czytamy o napaści Niemiec na ZSRR, ale dopiero tutaj dowiadujemy się jak to wyglądało z perspektywy zwyczajnych ludzi, mieszkańców tamtych terenów. Krytyczny obraz "polskiego Londynu" (po raz kolejny utwierdziłam się w swojej opinii dawno już na ten temat wyrobionej),kilka powrotów do sanacyjnych absurdów, migawki z różnych wydarzeń z zaczadzonego sowiecka ideą i propagandą powojennego Zachodu - jakie to wszystko smutne... Do tego kilka reportaży wręcz wstrząsających : "Ponary - baza", "Dymy nad Katyniem", "Zbrodnia w dolinie rzeki Drawy" (opis angielskiej zbrodni na Kozakach) , a całe to przebogactwo treści wśród przecudnych, tak charakterystycznych dla tego pisarza opisów przyrody. Czytając je natychmiast widać, że Józef Mackiewicz to przede wszystkim pisarz, a dopiero potem publicysta. Przyroda, odmalowana jak żywa, stanowi tak doskonale tło, że dramatyczne wydarzenia są jeszcze bardziej poruszające. Choćby ten, jeden z najpiękniejszych , wg mnie, opisów liści jaki kiedykolwiek czytałam, który jednakże nie jest tylko opisem samej przyrody, ale równocześnie refleksją jaka na pewno nasunęła się pisarzowi podczas jego tułaczki:

"Gdy się idzie z wiatrem, liście biegną z tyłu; gdy się odchodzi, wychodzi z kraju, są one jak wierne pieski, które toczą się po ziemi, odprowadzając kawałek drogi na ostatnie pożegnanie, czy też jak oswojone ptaszki, pisklęta rude, żółte, brązowe, śmiesznie i niezgrabnie podskakujące wydłużonym stadem i czepiające się cholew albo nogawic spodni. Wiatr zadmie i w swoim dziecinnym ferworze liście jesienne robią minę jakby nigdy nie miały zamiaru opuścić wychodźcy, a owszem toczyć się za nim aż na kraj świata, a nawet go zawadiacko wyprzedzają na ścieżce. Zwłaszcza liście klonowe, na swych pogiętych nóżkach, okręcają się młynkiem i wyczyniają tyle szmeru, że ścieżka wydaje się być żywa. Wierzyć im jednak nie można. Cała hałastra zatrzyma się raptownie i układa w błocie na płask."

Czytając te słowa, widzę autora opuszczającego ukochane Wilno... Być może dlatego tak silnie do mnie przemawiają, że jeżdżąc niedawno po całej Litwie zachwyciłam się urodą tego kraju, jego przyrodą, a spacerując po Wilnie zrozumiałam dlaczego tak bardzo dawni mieszkańcy za nim tęsknią...
A przecież to tylko malutki fragmencik i, w porównaniu do innych opisanych w tomie, wydarzenie mało istotne. Dużo większy szok powoduje zestawienie niewinnej, beztroskiej przyrody z nieprawdopodobnymi wręcz zbrodniami...

Kolejna książka największego pisarza polskiego XX wieku. Zamilczanego i wpychanego w niepamięć. Człowieka dla którego "Tylko prawda była ciekawa". I tę prawdę tutaj mamy. Duży zbiór króciutkich opowiadań, reportaży i wspomnień, z których każde omawia coś, co kiedyś naprawdę się wydarzyło. Co pisarz osobiście widział i przeżył lub dowiedział się z opowieści przyjaciół i...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
506
392

Na półkach:

Książka jest zbiorem artykułów. Wśród nich jest artykuł, w którym autor przedstawia swoją relację z Katynia.

Książka jest zbiorem artykułów. Wśród nich jest artykuł, w którym autor przedstawia swoją relację z Katynia.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
37
33

Na półkach:

No co ja mam napisać... publikacja znakomita. Polecam. Piękna polszczyzna, emocje, fakty o których nie przeczytacie nigdzie...

No co ja mam napisać... publikacja znakomita. Polecam. Piękna polszczyzna, emocje, fakty o których nie przeczytacie nigdzie...

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

134 użytkowników ma tytuł Fakty, przyroda i ludzie na półkach głównych
  • 89
  • 43
  • 2
22 użytkowników ma tytuł Fakty, przyroda i ludzie na półkach dodatkowych
  • 14
  • 3
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Okładka książki Listy Michał Chmielowiec, Józef Mackiewicz, Barbara Toporska
Ocena 0,0
Listy Michał Chmielowiec, Józef Mackiewicz, Barbara Toporska
Okładka książki Listy Józef Mackiewicz, Barbara Toporska
Ocena 0,0
Listy Józef Mackiewicz, Barbara Toporska
Józef Mackiewicz
Józef Mackiewicz
Polski pisarz i publicysta. Ojciec J. Mackiewicza, Antoni, pochodzący z rodziny szlacheckiej był dyrektorem i współwłaścicielem petersburskiej firmy importującej wina "Fochts i Spółka", jego matka, Maria z Pietraszkiewiczów, pochodziła z Krakowa. Józef był bratem Stanisława i Seweryny, matki Kazimierza Orłosia i babki Macieja Orłosia. W 1907 r. rodzina Mackiewiczów przeniosła się do Wilna, gdzie trzy lata później Józef rozpoczął naukę w gimnazjum klasycznym im. Winogradowa. Będąc uczniem szóstej klasy gimnazjum, jako siedemnastolatek, wziął ochotniczo udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Po jej ukończeniu, mimo braku matury, rozpoczął studia przyrodnicze na Uniwersytecie Warszawskim, których jednak nie ukończył. Studiował także na powstałym w Wilnie Uniwersytecie Stefana Batorego. Z powodów finansowych studiów nie ukończył lecz najprawdopodobniej otrzymał absolutorium. Na przełomie 1942-1943 roku Józef Mackiewicz został skazany przez sąd specjalny AK na karę śmierci (chociaż w 1942 roku nic nie opublikował w czasopismach wydawanych przez Niemców). Sergiusz Piasecki, kierujący Egzekutywą AK, odmówił zastrzelenia Mackiewicza, zaś ppłk Aleksander Krzyżanowski, komendant Okręgu Wileńskiego, podjął decyzję o jego uniewinnieniu. Do dzisiaj nie są jasne okoliczności wydania wyroku śmierci, prawdopodobnie stała za tym agentura sowiecka w szeregach AK - sprawę tę drobiazgowo analizuje prof. Włodzimierz Bolecki w książce "Ptasznik z Wilna (o Józefie Mackiewiczu)", [pod pseudonimem Jerzy Malewski]. Zmarł w Monachium
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Lewa wolna Józef Mackiewicz
Lewa wolna
Józef Mackiewicz
BOLSZEWICY JADĄ ZMIEŚĆ DWORKI_CZYLI (PRZED)OSTATNIA OBRONA PRZEDMURZA CHRZEŚCIJAŃSTWA PRZED HIPERBOREJCZYKAMI Słowa są dla niekomunistów. A dla komunistów liczą się tylko czyny. _ Lance do boju, szable w dłoń, bolszewika goń, goń, goń! ZAPOMNIANE WOJNY… Polska dworkowo-folwarczno-katolicka to właśnie ta Polska, którą mamy na myśli, gdy myślimy o Polsce. Choćby nie wiem jak starali się pomorzanie, poznaniacy, ślązacy, nawet krakusy i warszawiacy to myśląc o Polaku literackim(Panu Tadeuszu, Kmicicu, Witoldo, Cezarym Baryce, mój Boże, u nas nawet „czerwony” był szlachcicem),myślisz o „synu właściciela niewielkiego folwarku” prawdopodobnie z Wołynia, Podlasia, Nowogrodczyzny, Wileńszczyzny czy Bóg wie z jakich „obwarzanków”. W 1920 roku starcie z imperium ocaliło polską obecność na Kresach (częściowo, tragedie „zostałych” opowiadają dzieje „Nadberezyńców”). Wojna 1920 była dalszą częścią ustalenia porządków w tej gorszej Europie (dlatego Borodziej i Górny napisali „Naszą Wojnę. 1912-1923”). Było to starcie ideologii nowoczesnych: „białych” nacjonalistów polskich, ukraińskich (Petlura),litewskich, fińskich, kozackich(„Cichy Don” opowiada historię państwa, które nie powstało),a przede wszystkim rosyjskich(Denikin, Judenicz, Kołczak etc.) i „czerwonych” komunistów w tle zaś walczyli „zieloni”(lokalni watażkowie tacy jak słynny Machno czy obecny na kartach powieści Bułak-Bułatowicz, w którego szeregi zaciągnie się jeden z bohaterów). Idea rewolucji starła się z ideą państwa narodowego. Starcie odbywało się na gruzach imperiów rosyjskiego i niemieckiego ( choć duża część tych starć nosi nazwę „wojny domowej w Rosji 1917-1923). Biali byli „reakcją” na rewolucję, pełni dawnych przesądów wobec Żydów i małych państw narodowych (od Gruzji po Estonię). Doskonale w wersji faktograficznej wykorzystanie tej przewagi przez komunistów pokazuje książka „Ósmy kontynent” Wojciecha Zajączkowskiego. Po stronie „białych” polskich (komuniści nazywali ich białopolakami) istnieli jednak i ludowcy, i socjaliści, i nacjonaliści. Po stronie „czerwonych” byli komuniści, mniejszości narodowe i wszelkiej maści biedota, proletariat wielkich zakładów oraz ci inteligencji, którzy uwierzyli w socjalizm itp. Mackiewicz pokazuje jak „czerwona” Warszawa czekała na bolszewików, pokazuje też jak biedota folwarczna tylko czekała na łupy z opuszczonych folwarków. Dlatego ruch „czerwonych” jako ruch ponadnarodowy mógł wnikać i włączać narody (dlatego też pewnie część Żydów jako naród niepaństwowy widziała w „czerwonych” swoich bohaterów, takim niewątpliwym bohaterem był Lew Trocki, czy Karol Radek, dla polskiej biedoty i tej części inteligencji „lewicującej” byli też bohaterowie komunistyczni jak Dzierżyński, czy Marchlewski). Wszystko zaczyna się w jednym gimnazjum, z którego los, historia, natura lub Bóg wie, co rzuca „młodych” na każdą stronę. Jedni idą w sowiety, a inni w husarzy, a jeszcze inni do „zielonego” Bułaka… a jeszcze inni robią interesy na czarnym rynku, handlując kokainą i k….w burdelach. Mackiewicz jest antykomunistą, ale „Lewa wolna” to nie jest kolejny panegiryk na „Wodzu, prowadź na Wilno”. W pokoleniu wychowanym w II RP nie wszyscy byli wyznawcami marszałka Piłsudzkiego. Na kartach powieści Piłsudzki to bezwzględny mruk, który wierzy tylko w swoją intuicję (kto nie jest bezwzględny ten ginie w czasie wojny, na wojnie slow thinking is bad idea). Grabski i endecy podpisują haniebny traktat ryski, w momencie kiedy można było zlikwidować komunizm, tę hydrę XX wieku. „Lewa wolna” to nie jest laurka dla II RP, a raczej opis „mądrego po szkodzie” (autor pisał niemal pół wieku po wydarzeniach). Nowoczesną wojnę ciężko było przeżyć „normalnie”. Większość żołnierzy w jakiś sposób się odurzała. Wysoki stres potyczek rekompensowano sobie kokainą, wódką i seksem. Tę atmosferę poluzowania obyczajów, oddaje Mackiewicz znakomicie (Na pytanie co robi Karol z Zosią, ich pokojówka odpowiada: śpią ze sobą. Oto duch nowych czasów, koniec pruderii doby ancien regime’ów). Najlepiej jednak oddaje Mackiewicz śmierć żołnierzy na wojnie. Nie wywyższa jej tylko werystycznie pokazuje jako część całego spektaklu, ciach, po człowieku, opis ran, krew, jedziemy dalej. Cywile, jak to się mówiło w prozie Tomasza Manna o osobach nie-wojennych, nie są przyzwyczajeni do śmierci bez uroczystości, bez splendoru. Wojna odbywa się wulgarnie, nikt nie śpiewa raczej „O mój rozmarynie”. ” - A jaka ona, z wyglądu, ta rewolucja? - Taka sobie pinda, jeszcze ładniejsza od ciebie. - Młody ty cham, jeszcze. - To po co pytasz młodego. Pytaj starego.” WINTOWT CZYLI INNE UKĄSZENIE PRZEZ KOMUNIZM Najpierw postać diabła. Wintowta werbuje osoba opisana tak: Przyjął go młody brunet ubrany w modną kurtkę skórzaną, rozparty za stołem, na którym były tylko plamy atramentu i nadtłuczony spodek służący za popielniczkę. Papierosy i czarna skóra, inteligent. Diabeł zapisuje, ale dlaczego Janek Wintownt przyjmuje zaproszenie? Ten „łagodny, zawsze grzeczny, raczej uśmiechnięty” chłopak z sąsiedztwa? W rozmowie z innym tłumaczy to sentymentem do ludu i solidarnością z nim. - Co mnie pociągnęło? Bo ja wiem... Trudno zdefiniować. Jakaś wspólnota z czasów poprzedniej służby, z żołnierzem. Sentyment do rosyjskiego ludu. Nie wiem dlaczego, ale poczułem się z nim, z jego losem związany. Zachciało mi się go dzielić, nie? - Ty rzuć to - mówił Amoriakin. - Przede wszystkim wszelki sentyment. To nie na miejscu. Obrałeś fałszywe podejście. I w ogóle, i w szczególe. Nasza dziś główna podpora to "strzelcy łotewscy", to "międzynarodowa brygada". Węgrzy, o! Żydzi. To prawdziwa gwardia rewolucji. A naród rosyjski gówno psie. Nie zawracaj nim sobie głowy. Nawóz, na którym dopiero sadzić będziemy. - Na gównie psim niczego się nie sadzi - uśmiechnął się dobrodusznie Wintowt. - Ja rolnik z urodzenia. - A ty mnie za słowa nie łap. - A słowa twojej propagandy, jak tłumaczyć w takim razie? - Jak?! Słowa są dla niekomunistów. A dla komunistów liczą się tylko czyny. Ot jak. Tak i trzeba. Inaczej nas powyrzynają i o zdrowie nie zapytają. Amoriakin pokazuje siłę komunistów, wyjaśnia dlaczego wygrali. Czyny, czyny, czyny. Słowa są dla niekomunistów. Liczy się skutek. Na kartach „Lewej wolnej” nie znajdujemy za dużo liberałów, owych chwalców procedur („środków”). Liczy się albo Polska, albo Rewolucja. A rewolucja w swojej bezwzględności łamie każde procedury. System zakładników, przykładowo, przeczy zasadzie odpowiedzialności indywidualnej za czyn. Rewolucja tłamsi podstawowe zasady „cywilizacji”. Logika wojny jest nieubłaganna, bezwględna: Żydzi trafiają na stronę komunizmu ( a raczej trafią do mitu „żydokumuny”),Polacy na stronę reakcji ( a raczej na usługi „kapitalistów i faszystów”). Nieważne, że mamy paletę postaci żydowskich różnego rodzaju, Żydzi stają się komunistami, bo komunistami są Radek, Trocki i Kamieniew. Takim komunistą jest powieściowy Wolsof, przyjaciel Wintowta (zauważyć należy, że polscy ułani nie „kolegują” się z Żydami, co jest równie wymowne). Efektem stereotypów jest pogrom piński, który krwawo zaznacza przyjście Polaków na Polesie. NIEPODLEGOŚĆ BIAŁORUSI Na kartach powieści pojawia się często „zielony” oddział Bułak-Bałachowicza, który po pokoju ryskim próbował walczyć jeszcze o pierwszą niepodległość Białorusi, jednak został opuszczony i musiał wrócić na polską łaskę. Bolszewicy próbowali go potajemnie zabić, jednak przez przypadek kula dosięgła brata. Wojna polsko-bolszewicka toczyła się o tereny dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, tworu który panował na tych ziemiach od późnego średniowiecza do końca XVIIII wieku (pół tysiąclecia). Wojna polsko-bolszewicka na gruzach imperium carów była wiosną narodów, ale nie wszystkie narody wyszły z niej z swoją państwowością pod swoim liderem, jak Polska Piłsudzkiego, nie było Białorusi Bułaka, Ukrainy Petlury, ani Donu Krasnowa. Rosja sowiecka zgniotła ich zarzewie „czerwonym terrorem”. Z drugiej strony konfliktu, Izaak Babel, widząc morderstwa na jeńcach, nie miał wątpliwości pisząc: „jąkąż to wolność przynosimy, okropieństwo”. Zabijanie jeńców wojennych było znane po obu stronach (vide: polskie relacje Świtalskiego i Kukiela, zob. Chwalba, s.311),jednak to, co po polskie stronie było zbrodnią, po drugiej stronie stawało się zasadą działań. Skuteczną, i mroczną zarazem. LEKTURKI: Nasza wojna: https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4988138/nasza-wojna Ósmy kontynent: https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4897520/rosja-i-narody-osmy-kontynent-szkic-dziejow-eurazji Chwalba: https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4931290/przegrane-zwyciestwo-wojna-polsko-bolszewicka-1918-1920 Ostatnie rozmyślania o „Zniewolonym umyśle”: https://lubimyczytac.pl/ksiazka/zniewolony-umysl-przedmowa-timothy-snyder/opinia/88699797 Z perspektywy Armii Czerwonej (Izaaka Babla): https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4986756/konarmia Z perspektywy Mazowsza: https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4975949/mazowsze-polnocne-podczas-najazdu-bolszewickiego-1920-roku Z perspektywy Rembeka: https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4971475/w-polu Z perspektywy Berezyny: https://lubimyczytac.pl/ksiazka/86536/nadberezyncy Z perspektywy Kozaków: https://lubimyczytac.pl/ksiazka/52865/cichy-don-tom-1
prej7 - awatar prej7
ocenił na611 miesięcy temu
Kontra Józef Mackiewicz
Kontra
Józef Mackiewicz
Są dwie prawdy, mówi Mackiewicz we wstępie do Kontry: obiektywna i propagandowa. Obie istnieją równolegle, płyną jakby dwiema nurtami w jednej rzece. Ale tylko ta pierwsza, zdaje się mówić Mackiewicz, jest naprawdę ciekawa, tylko nią warto się zajmować. Bo tylko ona daje pełny obraz. I tylko ona jest niewygodna dla każdego. Kontra, jedna z najlepszych powieści Mackiewicza, rozpoczyna się niemal mistycznie: od burzy śnieżnej, z której stopniowo zacznie wyłaniać się wspomniana wcześniej prawda, oraz przepowiedni. Aleksander Kolcow urodził się w naddońskim chutorze Jaglickim, w wyjątkowo burzliwą noc zimową roku 1860. Opowiadano, że śnieżna zawieja zlała się z niebem tak dokładnie, że człowiek, który wychodził z chaty, widział przed sobą tylko drgającą w szaleństwie ścianę śniegu i nie mógł dojrzeć niczego więcej nawet na odległość zgiętej ręki. Było wiele kłopotu z przeprowadzeniem z trzeciego po sąsiedztwie domu baby znającej się na akuszerstwie. W stepie zasypało kompletnie ciągnący tabor kupiecki, i ponoć trupy ludzi i koni znaleziono dopiero na wiosnę. Czy była to legenda, czy prawda, trudno było ustalić, gdyż dokładnego miejsca katastrofy nikt nie umiał wskazać. Faktem jest jednak, że burza śnieżna trwała trzy dni i trzy noce, a człowiek biegły w odczytywaniu znaków na niebie i ziemi, sąsiad Tymoteusz Osmuchin, już wtedy przepowiadał nowonarodzonemu Aleksandrowi burzliwe życie i burzliwy koniec. (s. 13) Parafrazując Mackiewicza: gdyby Aleksander Kolcow żył do dzisiaj, miałby, wzorem biblijnych patriarchów, 164 lata. Ale nie żyje od 1 czerwca 1945, “na skutek wypadków zaszłych w austriackim miasteczku Lienz, w dolinie rzeki Drawy” (s. 10). A skąd to Kozak, rodem znad Donu, wziął się u licha w 1945 roku w Austrii, zamiast spokojnie żyć w swoim chutorze? Odpowiedź jest krótka, może dla niektórych dziwna – otóż zagnał go tam wiek XX. Razem z około trzydziestoma tysiącami innych Kozaków – wojskowych, cywilów. Bardziej precyzyjnie: w Rosji wybuchła rewolucja. A Kozacy, jako ludzie ceniący sobie wolność i niezależność, o czym mogli się przekonać polscy panowie już w wieku XVII, niezbyt polubili się z bolszewikami. Zniechęceni (łagodne określenie) życiem w czerwonym ustroju, czekali tylko okazji na kontrrewolucję. Okazja nadarzyła się dość szybko, bo już w 1941. Wtedy zdecydowali, że najlepiej będzie stanąć po stronie III Rzeszy i w ten sposób rozprawić się z bolszewizmem. Moglibyśmy dzisiaj powiedzieć, że dopuścili się kolaboracji, więc z jakiego powodu mamy ich szanować, a tym bardziej o nich czytać? Twierdzenie o kolaboracji jest jednak zwyczajnym nadużyciem. Prawda nie jest tak prosta, mówi Mackiewicz, jak mogłoby się wydawać. Otóż Kozacy nie byli ślepi, widzieli działania Niemców, znali ich stosunek do samych siebie, wiedzieli, że są używani w sposób instrumentalny, że są potrzebni jako chwilowy sojusznik, ale niepotrzebni jako wolni ludzie. Ich postawę można określić krótko: przeciwko bolszewikom i bolszewizmowi to sprzymierzymy się choćby i z samym diabłem (co nadal nie zmienia faktu, że Mackiewicz jest mistrzem ukazywania różnic w ludzkich postawach, dlatego daleko mu do tępego propagandzisty, którego stać tylko na oczywiste “Bolszewika goń, goń, goń!”; owa wielość postaw oraz niuansowania sprawiają, że Mackiewiczowi blisko do chociażby Dostojewskiego). Mackiewicz chyba trafnie oddaje klimat tamtych czasów: — Wojna! Słyszeliście: wojna! Co za szczęście nie do wiary! Nie tylko w turniach, więzieniach, łagrach, izolatorach, katorgach i kazamatach. W miastach i kołchozach ludzie stawali z twarzą zwróconą na Zachód wpatrzeni w nadchodzącą wojnę, jakby oczekiwali od niej cudu. Po dwudziestu czterech latach niewoli – czekali wyzwolenia. Po dwudziestu czterech latach bolszewizmu – czekali jego końca. Wszystko jedno kto: zły, czy dobry, lewy czy prawy, Hitler czy Churchill, byle każdy kto pierwszy wypowie słowo: „wojna”. Byli tacy co budowali bramy triumfalne. Zrywali na łąkach kwiaty. Przyjmowali zwycięzców chlebem i solą. Nie Niemców, nie Anglików, nie Francuzów. Japończyków, czy Murzynów… Oni witali: wojnę! (s. 55) W ten sposób Kozacy, przydzieleni do armii niemieckiej, zaczynają walczyć tam, gdzie są akurat potrzebni. Dodam jeszcze, na co wskazuje także Mackiewicz, że prawda nie jest tak prosta, jak mogłoby się wydawać. A swoją epopeję wojenną kończą w północnych Włoszech, skąd już tylko mały krok do Austrii i ich ponurego końca. Żeby już nie przedłużać: na mocy ugody zawartej między Brytyjczykami stacjonującymi w południowej Austrii a Związkiem Radzieckim, około 30 tysięcy Kozaków walczących po stronie niemieckiej, w nomenklaturze radzieckiej: kontrrewolucjonistów, zostało deportowanym z powrotem do Rosji. Nieliczni, którym udało się pozostać na Zachodzie, to tzw. biali emigranci, którzy nigdy nie byli obywatelami ZSRR. Albo ci, którzy jak Mitia Kolcow, syn Aleksandra Kolcowa, mieli po prostu szczęście i na przykład zajmowali się pozostałymi po Kozakach końmi. Co się stało z rodziną Kolcowych, której dzieje, splecione z losem Kozaków, obserwujemy przez całą powieść? Najkrócej, żeby nie ujawnić za dużo: ich życie wlało się w nurt XX wieku i prawie żadne z nich, rozrzuconych po całej Europie jak liście na wietrze, nie umarło śmiercią naturalną. Co się stało z kozackimi oficerami? Powieszeni. Wyłącznie za to, że nie chcieli uznać nowej władzy. I o ile na powieściową wywózkę oficerów do ZSRR (a także ich późniejsze losy) składają się obrazy przejmujące do głębi, tragiczne wręcz, tak apogeum Mackiewicz osiąga obrazując dramat cywilów. Nagle, na dany rozkaz, żołnierze rzucili się w tłum, rozrywając łańcuch rąk i bijąc kolbami i pałkami po obnażonych do modlitwy głowach, po plecach, ramionach, po twarzach. Od razu zrobiło się zamieszanie, powstała panika. Wśród krzyków i lamentu deptano i zadeptywano się wzajemnie. Tłum cofając się zaczął napierać na parkan odgraniczający obóz od pola. Parkan runął pod naciskiem. Ale na polu też stały czołgi. Żołnierze strzelali na postrach nie w górę, a pod nogi. Zbitych i okrwawionych chwytano i wleczono do ciężarówek. Jednocześnie w innych obozowiskach również rozległy się strzały. Ludzie rzucali się na oślep, uciekali w lasy. skakali do rzeki. A rzeka była wezbrana. W powszechnym tumulcie rozbiegły się po dolinie tabuny koni. Miejscowi mieszkańcy żegnali się początkowo nabożnie, gdy jednak ktoś zrobił początek, wielu rzuciło się grabić opustoszałe namioty, łapać konie, zabierać bydło. Wzburzenie doszło do punktu kulminacyjnego. Księża katoliccy kazali bić w dzwony po kościołach i nawoływali ludność do zaprzestania hańbiącej grabieży. Na wieży kościelnej w pobliskim Dolsach pojawiła się czarna chorągiew. Anglicy kazali ją zerwać. Główna masa Kozaków zgrupowana w Peggetz, cofając się przed zbrojnymi żołnierzami, usiłowała jeszcze wyrywać Z ich rąk tych, których już schwytali. Wtedy to padł pierwszy Kozak doński przebity bagnetem. Tłum odpłynął na chwilę i odsłonił ołtarze. Duchowny odwrócił się i wyciągnął ku żołnierzom Ewangelię, ale piechur 8-go batalionu wytrącił mu ją bagnetem z ręki. Jeden z Kubańców zasłonił się ikoną Matki Boskiej, otrzymał jednak cios w skroń i skóra wraz z włosami zwisła mu na ucho. Trzeci próbował parować cios chorągwią św. Mikołaja Cudotwórcy. Istotnie, uderzenie pałki zerwało tylko materiał, i wdeptało Mikołaja Cudotwórcę w błoto, ale Kozak uszedł cało. (ss. 191-192) Te obrazy są szokujące i chyba na zawsze pozostaną w czytelniczej pamięci. Bo chociaż wszystkie są do siebie podobne – dla mnie, w miarę obeznanego z historią – to każdy z nich jest straszny i przypomina o prostej prawdzie wojny: najbardziej zawsze cierpią ci, którzy się bronić nie mogą. Tym bardziej szokuje jeszcze co innego. Tuż po wojnie i dużo później, nawet do dzisiaj, sympatie radzieckie i komunistyczne były (i są) silne w Europie. Entuzjazm udzielił się wszystkim demokracjom zachodnim, z których rekrutowało się mnóstwo pożytecznych idiotów, co to nie dowierzali chociażby w istnienie systemu Gułagu. Niemniej i tak ten fragment z końcowych stron brzmi jak ponury żart – zwłaszcza, że następuje zaraz po informacji o rozstrzelanych “kolaboranckich” przywódcach kozackich: “W tym samym czasie na listę komunistyczną podczas wyborów 1946 we Francji, głosowało 30,5% całej ludności. We Włoszech podczas wyborów 1948 głosowało na listę komunistów 31% całej ludności”. (s. 259) — Demokracja?!!! — Pułkownik gwałtownie zatoczył wokół ręką. — Ma pan tę swoją „demokrację”! Pilnuje w tej chwili drutów kolczastych. Ja pytam: czy za czasów tak zwanej ,,najczarniejszej reakcji” można by było postąpić w ten sposób z tysiącami oficerów, politycznych bojowników jakiejś idei, którzy proszą o azyl! Jak z nami postąpiono? I to postąpiła „najdoskonalsza demokracja w Europie” ta właśnie, wychwalana angielska?! (s. 183) Z perspektywy lat powojennych (czyli z naszej perspektywy),zawarta w powieści i zapewne autentyczna historycznie pewność Kozaków, że Zachód, ze swoimi wartościami, z chrześcijaństwem, stanowiący całkowite zaprzeczenie komunizmu i Rosji sowieckiej, nie pozwoli, żeby ktokolwiek jęczał w radzieckiej niewoli jest zwyczajnie smutna i gorzka. Zachód ich zostawił, podobnie jak zostawił nas w 1939, jak pozwolił na obcięcie Kresów w 1943, jak nas sprzedał Stalinowi w 1945 w Jałcie i Poczdamie. Że za mocne słowo, że “sprzedał” to przesada, bo przecież Polska się odrodziła? Jasne, pod radzieckim butem (gdyby ktoś zapomniał),a ze skutkami owego “odrodzenia” musimy się zmagać do dzisiaj. Kiedy w grę wchodzą wielkie interesa, sentymenty przestają się liczyć. Pozostaje twarda, realna polityka, odarta z jakiegokolwiek romantyzmu. I twarde, nieubłagane prawidła historyczne. Przykłady tak zwanej wierności Zachodu swoim wartościom i swoim sojusznikom można mnożyć, w historii było ich mnóstwo. Nic się w tej kwestii nie zmieniło i nie zmieni. Zachód nie widział nic zdrożnego w obściskiwaniu się z Putinem i hojnemu słaniu pieniędzy choćby za gaz, bo Putin potrzebował pieniążków na wojnę z Gruzją, z Ukrainą… Mówiąc Mackiewiczem: Zachód też ma na rękach krew ukraińskich dzieci. I dalej Mackiewiczem: ale przecież nie musi to psuć naszego dobrego samopoczucia. Mamy Unię Europejską, jesteśmy w NATO. Zachód na pewno nas nie zostawi w razie potrzeby. Na pewno… Na koniec zostawiłem dłuższy cytat, swego rodzaju receptę, którą Mackiewicz zostawił wszystkim swoim czytelnikom. Sposób, na przetrwanie w świecie opresji, absurdu, zdrady, fałszu, totalitaryzmu, faszyzmu, komunizmu… — Śmiechem — powiedział — wy mnie ust nie zamkniecie. Dmitrij AIeksandrowicz. Ty bardzo ważne postawiłeś pytanie. Z bolszewikami gadać nie można, a fakt, że tacy sami ludzie jak my. Więc co z tego za wniosek? Dla mnie jasny: że nie ludzie winni, a ustrój. Ot i cała filozofia. A także i całe porównanie z ustrojem poza sowieckim. Bo tu gadać wolno. A teraz widzisz różnicę? — Gadać! Dużo ty, inni, mają z tego gadania! — Dużo-niedużo, a od tego zależy wszystko. Nie od takiego, czy innego prawa do życia, a od prawa do gadania. Nie żeby zaraz skutek jaki był. Czasem lata przejdą, a czasem dużo lat. Ale ludzie spostrzegają swoje błędy, naprawiają swoje błędy. Nie od maszyn to idzie, bracia, nie od wynalazków takich czy innych. A od gadania. U nas stare przysłowie mówiło: “Język i do Kijowa doprowadzi”. To może przed bardzo dawnymi wiekami to przysłowie wymyślono, a Kijów znaczył w nim niby cel. Także samo i teraz: gadaniem, a w końcu dojdziesz do prawdy. Tą, czy inną drogą. Bo wolność gadania to znaczy wolność wyboru, żeby tam nie wiem jaka w tej chwili działa się krzywda, i komu. Ale gadać o niej wolno. Ot, co jest najważniejsze. Ale dopiero tam, gdzie gadać zabroniono, gdzie: nie-ma-gadania! Aaa… wtedy dopiero, bracia, nie można mieć nadziei. (ss. 267-268)
ZaMałoRegałów - awatar ZaMałoRegałów
ocenił na81 rok temu
W polu Stanisław Rembek
W polu
Stanisław Rembek
“W polu” to z pewnością jedna z najlepszych w języku polskim książek o wojnie jako takiej, a już na pewno o tej z 1920 r. Żadnych tu “malowanych dzieci”, tylko żołnierski znój, trud i mozół. A na końcu śmierć. Stanisław Rembek był odważnym pisarzem, skoro pod koniec lat 30. było go stać na tak przejmujący obraz przełamania przez Sowietów wczesnym latem 1920 r. frontu na Kresach. A przecież mógł - zgodnie zaś z patriotycznym nakazem nawet powinien był - skupić się na późniejszym “cudzie nad Wisłą” i odebrać literacką chwałę tego zwycięstwa. Opis sukcesu nie miałby jednak tak piorunującego efektu, jak właśnie wcześniejsze klęski, i to wręcz o wymiarze egzystencjalnym, nie tylko militarnym. A w tym sensie wojna zawsze jest klęską. Klęską człowieka. I właśnie ten aspekt “W polu” jest dla mnie najważniejszy. Nie znajdziemy tu żadnych łatwych manifestacji uczuć patriotycznych, o bogobojnych nawet nie mówiąc. Tu jest po prostu do wykonania ciężka i niewdzięczna żołnierska robota, niepotrzebująca jakiegokolwiek uzasadnienia - poza nią samą. Czujemy się wrzuceni w piekło niemal już, już przegrywanej wojny, w szalony, czasem paniczny, odwrót lasami pełnymi komarów, przy wyczerpującym upale na nieodmiennie zakurzonych drogach, pod ciągłym sowieckim ostrzałem, z powtarzającymi się szarżami Kozaków. Dlatego tak wiele tu pochylenia się nad strasznym losem zwykłych żołnierzy, często będących - jak w każdej wojnie od początku świata do jego końca - “mięsem armatnim”. Polscy żołnierze nie są tu idealizowani w najmniejszym stopniu - to ludzie z krwi i kości, wielu raczej nie do polubienia... A zarazem równie tu dużo zawoalowanego współczucia dla ich ciężkiej a niewdzięcznej służby. Dlatego Autor pisze o bosych i głodnych żołnierzach, wysłanych by walczyć z “armią podobnych im nędzarzy”. Dlatego tak wiele tu empatii dla postronnych ofiar wojny, zwykłych ludzi czyli białoruskich chłopów. Ba, znajdzie się tu nawet i szacunek dla przeciwnika. Dlatego liczne tu wątki pacyfistyczne, pisane przez Autora wbrew powszechnej opinii, w tym nieusuwalnym rozdźwięku między obowiązkiem a realizmem. “Wszystkimi tętnicami rozpłynęła się po nim nieznana dotychczas miłość do wszystkich ludzi, tych słabych i kruchych istot, tak jak on obdarzonych jednym tylko, stale zagrożonym życiem, którym jednak starczyło rozsądku i solidarności, aby wspomagać się wzajem w beznadziejnej walce o swe istnienie”. Rembek operuje bardzo bogatymi środkami stylistycznymi. Język jest wielkim atutem tej książki. Zmysłowy, niczego nieskrywający, niekiedy szokujący, często elegijny. Imponują wspaniałe porównania. zwłaszcza przy opisach starć. Podczas lektury wiele razy przychodził mi na myśl Józef Mackiewicz. Taka sama tu i tam prawda między oczy o wojnie i o tym, co robi z człowiekiem, zanim go zabije. Bardzo to porównywalni twórcy, choć Rembek nieco bogatszy stylistycznie, bliższy człowiekowi i bardziej liryczny. Literatura, po prostu wielka literatura, lekko pokryta cieniutką warstwą szlachetnej, przedwojennej patyny. A ta rzecz jeszcze lepsza niż dopiero co czytany “Nagan”. Rembek nie cofa się przed naturalistycznymi scenami. “Mało to wiedział o niepotrzebnych amputacjach i karygodnych pomyłkach lekarskich. Słyszał nawet o ohydnych sposobach dobijania, ciężko rannych i chorych, tak, żeby gwałtowna śmierć żadnego śladu nie zostawiała. Stosowano je w razie przepełnienia w szpitalach francuskich i austriackich, mogli więc stosować i w polskich. Jeśli wojna wyzwala w człowieku zwierzę, to bardziej jeszcze na tyłach niż na froncie”. “Obserwował pogrążonego w straszliwej zadumie komunistę z piekącą ciekawością. O czym może myśleć człowiek, któremu nagle do czaszki ujrzało światło wschodzącego słońca? Co czuje gdy mu w obnażone zwoje uderzy szum pożaru, trzask karabinów i huk pękających szrapneli? Czy tą żałosną resztką okaleczonego organu świadomości obejmuje teraz bezsens swojego życia?”. Wiele tu przejawów ludzkiego strachu, paniki, i innych słabości… “Aby opanować drżenie, musiał jeszcze silniej zaciskać zęby, pięści ukryte w kieszeniach spodni, i kolana”. “Dowódca kompanii był szary jak brudny, opadający tynk kamienicy. Oczy ginęły mu pod powiekami. Nieogolona dolna szczęka drżała i kurczyła się boleśnie”. A jednocześnie jest tu miejsce na wspaniałe konstruowane, niemal poetyckie, piękno-złowrogie zdania. “Chałupy i stodoły płonęły objęte płomieniami ze wszystkich stron. Czarno-czerwone grzyby ognia i dymu łopotały na strzechach, wysuwały się znienacka drzwiami i oknami, rzekłbyś: stado uwięzionych, potwornych wężów”. “Każde źdźbło trawy, każdy kopczyk kretowiska, każde wgłębienie gruntu, każdy ślad ludzkiej stopy wyrzynał się wyraźnie z krajobrazu, grubo podkreślony przez zbliżający się zmierzch. Ciężka omdlałość napełniała wymęczoną całodziennym upałem ziemię”. “Powietrze napełniło się bezustannym gwizdem; ziemia syczała od bijących w nią kul, niby żywa istota przypiekana rozpalonym żelazem; maszynowe serie przebiegały po niej znacząc swe drogi kurzem, który pienił się szybko, jak przecinana grzbietem delfina powierzchnia oceanu”. “Gwizd kul zmienił się w pośpieszne ćwierkanie jakby olbrzymiej kapeli świerszczów”. “Od czasu do czasu zawodziły zbłąkane kule na kształt spóźnionych pszczół, które nie mogą trafić do swojej pasieki”. “Szrapnele tłukły się po całej przestrzeni niebios jak wypłoszone z płonącego folwarku gołębie”. “Purpurowa kula słoneczna opadała wolno za czarny szaniec boru niby zbroczona krwią głowa konającego żołnierza”. “Diademy złotych błysków zamigotały łamaną rysą na szarej tarczy widnokręgu. Mrowiska piechoty rozsypały się po polach niby z nagła otwarty wachlarz z czarnych koronek salonowej modnisi. Biały puch szrapneli zaczął się strzępić niezmierzonym pasem ponad siną linią borów. Dziesiąta dywizja piechoty szła do przeciwnatarcia”. “Czarne różańce tyralierek opanowały pagórki. Nieskończone łańcuchy karnych batalionów piechoty przemykały się złodziejsko rowami na kształt niezliczonych stad wędrujących na wyraj przepiórek”. “Oba wojska przywarowały naprzeciw siebie jak zziajane psy”. Przerażający jest opis gromadnej ucieczki polskich wojsk przed bolszewickim atakiem. w tym rozciągnięty na wiele stron paniczny biegu porucznika Paprosińskiego - byle dalej, byle dalej…. “Dał się więc unieść prądowi biegnących żołnierzy, tak jak zbłąkany wśród nocy woźnica zdaje się na instynkt swych koni. Biegł więc razem wraz z nimi, rżąc i kaszląc przez jakieś zboża, łąki i krzaki, z ciężarem w sercu, że to on, oficer, ucieka z placu boju. Ale nie widział innej rady”. “Patrzył tylko pod nogi. Kamienie, zielska, grudy ziemi wydłużały się na jego widok, niby pełzające z błyskawiczną szybkością gąsienice i znikały w tyle. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie rżnący ból w piersiach, nieznośne łaskotanie w tchawicy i gorąco, rozsadzające mu twarz i gałki oczne, jakby lada chwila krew miała mu wytrysnąć wszystkimi porami skóry. Niemiły był też pot zapełniający oczodoły, wślizgujący się słonymi strumykami do ust i na kształt leniwych, chłodnych wężyków spływający po szyi, ramionach i piersiach (...) Ale było mu już wszystko jedno. Postanowił biec, dopóki serce nie pęknie, co według jego obliczeń musiało nastąpić lada chwila”. “Zaczęły też brzęczeć karabinowe kule na kształt chciwego krwi roju komarów, krążącego nad głową zabłąkanego na moczarach wędrowca. Z budy obok błyszczało dwoje oczu psa który oduczył się już szczekać na obcych i teraz w niezmiernym zdumieniu przetrawiał w sobie zdobyte doświadczenia, oczekując swej zwierzęcej śmierci bez zmartwychwstania. Jego świat odziedziczonych i zdobytych wyobrażeń, wszystko co czcił i w co wierzył, dawno już obaliła wojna”. “Wszystko to pędziło, galopowało, wlokło się, wpadało na siebie i ginęło w tym brudno-rdzawym tumanie, rozbłyskanym setkami krwawych, śmiercionośnych światełek, ukazujących się wszędzie i zawsze niespodzianie”. “Wszyscy biegnący mieli usta otwarte szeroko. Wszyscy krzyczeli. Z objętej drapieżnym oddechem śmierci i zawalonej dymami zagłady drogi bił w niebiosa bezsilny i bezgłośny, niedosłyszany chyba przez samego Boga – psalm ludzi ginących”. “Ścigający i ścigani biegli obok siebie tak blisko, że tylko ręką sięgnąć: tak wolno że ledwie to zasługiwało na miano biegu; a mimo to żadna ze stron nie mogła się zdobyć na dodatkowy wysiłek, aby osiągnąć rozstrzygnięcie”. Są i takie zdania, które bolą - jak mówił pewien dawny klasyk - "was też powinny boleć... “To, co ze swej strony uważał za najwyższe poświęcenie, było naturalnym i radosnym żywiołem dla bardzo wielu jego towarzyszy broni, wśród których – jak się przekonał – co najmniej tylu było łotrów, co bohaterów, tylu wyrzutków społeczeństwa, co jego obrońców. Wszystkie zbrodnie cieszyły się tu bezkarnością z wyjątkiem nieposłuszeństwa i tchórzostwa, Nie mogło być inaczej. Ochrona słabszych, sprawiedliwość i miłosierdzie są zbytkiem społeczeństw żyjących w pokoju i dobrobycie”. “Jakiś chłop z płową grzywką zwisającą mu na oczy, z rękami w kieszeniach spodni, stał nad rowem w ciężkiej i niezgrabnej postawie człowieka bezustannej pracy fizycznej. Jakiś chudy piechur, wyrzucający w biegu na boki swe szerokie stopy w sposób charakterystyczny dla mętów wielkomiejskich, zatrzymał się przed nim. – Co, taki synu, cieszysz się że nas pobili? Chłop uśmiechnął się dziecięcym, naiwnie dobrodusznym uśmiechem rasy pierwotnej. Żołnierz krótkim ruchem uniósł nieco trzymany oburącz karabin. W ciemnym tumanie Paprociński spostrzegł rudy błysk wystrzału. Sylwetka Białorusina czerniała jeszcze parę sekund i zsunęła się w mroki”. “Ze zdumieniem przychwycił się na tak powszechnej wśród frontowców fałszywej pogardzie i nienawiści do tyłów. Jak wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one. Widocznie i on zaczął nasiąkać klasową zawiścią ludzi pola do uprzywilejowanych osobników, którzy żyją pod dachami, na noc rozbierają się i układają do snu”. “Przecież nie miał nic wspólnego z drapieżnością uderzających na bagnety strzelców, chamstwem podoficerów, mizerną pychą i tyranią oficerów. Jego serce spoczywało nadal wśród ludzi spokojnych, usposobionych życzliwie do całego świata, którzy swoje żywoty spędzają w zacisznych gabinetach, pracowniach naukowych, bibliotekach czy urzędach, powiększając i organizując duchowy dorobek ludzkości”. “Co by się stało z ideą miłości ojczyzny, gdyby każdy ni stąd, ni zowąd szczerze i bez ogródek opowiedział, co myśli o swoim narodzie, o jego kulturze, możliwościach i roli jaką odgrywa w świecie?”. Zdarzają się tu przemyślenia historiozoficzne, często nieco sprzeczne… “Chwyciło go zdumienie nad tą niespotykaną nigdzie prężnością polskiej rasy, nieznoszącej karności, ale też zawsze powracającej do swych znaków; nienawidzącej wszelkiej władzy, ale też nigdy nie hołdującej obcej przemocy; kłótliwej i niesfornej, lecz nieznającej w swych dziejach przewrotów i terroru wobec przeciwników politycznych; niecierpliwej i niewytrwałej w dziełach zwycięstwa, ale zarazem nie rozumiejącej wyrazu klęska; bezsilnej wobec zdrady, ale niezwalczonej w polu, która zawsze na Cecorę opowiadała Chocimiem, na Piławce – Beresteczkiem, na Ostrołękę- rozbiciem Rozena i bohaterską obroną Woli”. “Wszelkie Kircholmy, Kłuszyny i Chocimy uważał za przejawy typowo polskiej bezmyślności i głupiej brawury, która czasem w specjalnych okolicznościach mogła nawet zyskać powodzenie. (O ile historia mówiła prawdę). Ale w każdym bądź razie nie w 20. wieku. Tymczasem widocznie polskie szaleństwo może być metodą”. “ - Bo Polacy, panie poruczniku, uznają jakiś dziwny nakaz niepotrzebnego cierpienia. Nazywa się to poświęceniem czy ofiarnością, ale zdaje się być raczej narzucone przez dość powszechną u nich zawiść”. Na koniec nie ma żadnego optymizmu…. “Przyjemnie być rannym. Wszyscy się troszczą o człowieka a przede wszystkim kończą się dlań wszystkie trudy”. “Oświeciła go nagła myśl, że przeżył wszystko, na co stać było jego fizyczny organizm, mózg, nerwy i wolę, i że porusza się jeszcze jedynie na podstawie prawa bezwładności, dzięki popędowi, który już dawno przestał w nim działać. +Przede mną może być tylko śmierć myśli+ pomyślał i był z tego prawie zadowolony”. “– Dereń, do ciężkiej cholery! – ryczał na całe gardło, aż paru artylerzystów przybiegło zobaczyć, co się dzieje. – Nie rozumiecie, że my dwaj tylko pozostaliśmy z całej kompanii?”. “Niebo miało barwę skrwawionego złota. Prześwitujący purpurą las przypominał żelazny ruszt pieca, w którym buzuje ogień”. PS Rembek uświadomił mi, że było słowo kulomiotacz. Ale skoro był kulomiot....
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na105 miesięcy temu
Historia polityczna Polski 1935-1945 Paweł Wieczorkiewicz
Historia polityczna Polski 1935-1945
Paweł Wieczorkiewicz
Piszę tę recenzję po dość długim czasie od przeczytania tej książki. I pomimo że minęły 2 lata nadal mam ją dość świeżo w głowie i nadal robi na mnie wrażenie. Dziwne - książka historyczna może robić wrażenie? Nie, nie jestem historykiem, amatorsko interesuje się historią ze szczególnym naciskiem na kulisy IIWŚ. Paweł Wieczorkiewicz jest postacią absolutnie wybitną, a dwa najważniejsze powody dla mnie to: w całości odrzuca nauczanie historii wprowadzone przez Sowietów. Jest w tej historii wiele odniesień do prawdziwych wydarzeń, ale tak mocno zmanipulowanych, że wyciąganie z tego jakichkolwiek wniosków obarczone jest błędami. Czyli historia Polski od czasów IIWŚ a nawet od IWŚ, powinna być napisana od nowa. A to robi m.in.. ta książka, jest w całości oparta na źródłach. Prof. Wieczorkiewicz nie kopiuje tu niczego z opracowań komunistycznych aparatczyków. A drugim punktem absolutnej wybitności i unikalności profesora jest jego odwaga, co umożliwia mu myślenie. Brzmi nieco dziwnie ale już wyjaśniam. Rekonstruując historię zawsze otrzymuje się pewną siatkę z ogromną ilością dziur. Dodatkowo, wiele rzekomych faktów faktami nie jest, albo pojawiają się "fakty" wykluczające. I tu wielu (a raczej ogromna większość) historyków przyjmuje postawę, fajtłap, biorą jakąś bezpieczną wersję wydarzeń, tłumacząc się: no takie są źródła. Te źródła czasem okazują się fałszywe. Prof. Paweł Wieczorkiewicz, był inteligentny i odważny, więc docierając do luk, potrafił myśleć, analizować i weryfikować, czy te "fakty" pasują do siebie. Jeżeli nie, to miał odwagę o tym pisać. Mas media często nazywają takich "oszołomami" albo łowcami "teorii spiskowych". Co do "Historii politycznej…" mamy w sposób nietuzinkowy i ciekawy ułożone wydarzenia poprzedzające IIWŚ ale także późniejsze losy. Co ciekawe, w zależności od naszej wiedzy będziemy inaczej interpretować opisane wydarzenia. Np. w mojej ocenie wcale tu nie wybrzmiewa, że Beck był nieudolny (o czym piszą inni w komentarzach) czy, że odpowiada za katastrofalny przebieg wydarzeń. Sytuacja była bez wyjścia. A Beck dobrze i realnie oceniał sytuację, np. rozmowa z ministrem Francji, gdy Beck wprost mówi (cytat z głowy): Jak Niemcy zaatakują Francję, to Polska po tygodniu będzie szturmować Berlin, w sytuacji odwrotnej, Francja może napisze o tym na ostatniej stronie gazety - co wprost pokazuje, że po stronie polskiej nie było złudzeń odnośnie pomocy zachodu. Potem dochodzą kulisy Katynia, gdzie dość mocno stawiana jest teza, że Zachód dobrze o tej zbrodni wiedział i miała kluczowy wpływ na późniejsze negocjacje. Kulisy śmierci Sikorskiego. A w tle cały czas rozgrywki w obozie władzy, rozgrywki nakręcane i sterowane przez tzw. "sojuszników" w szczególności z Francji. Jak wiele z tych wydarzeń wygląda znajomo:) Ta książka to absolutny "MUST HAVE" dla każdego amatora historii a także każdego, kto interesuje się współczesną polityką i geopolityką. Bardzo uczciwie i rzeczowo zrobiony materiał. Miłym dodatkiem jest ogrom wyszperanych smacznych detali ze zwykłego życia.
Arek - awatar Arek
ocenił na93 lata temu
Obóz świętych Jean Raspail
Obóz świętych
Jean Raspail
Witam. Można byłoby pisać o ciekawym pomyśle autora z pogranicza s-f, fantazji napisanej ze swadą, z widoczną nutą ironii gdyby nie to fakt że po 50 latach więcej w tym faktach niż literackiej fikcji. Każdy może inaczej odebrać intencje autora, sam często zastanawiałem się czy dobrze odczytuję przekaz zawarty w tej książce. W wielu komentarzach przewijają się zarzuty o rasizmie czy faszyzmie autora. Od razu można się domyślać poglądów autorów takich słów, może warto się zastanowić nad takimi epitetami bo to był standard w propagandzie bolszewickiej od początku rewolucji w Rosji. Marksiści i pokrewni chyba nigdy się nie zmienią... Wracając do tez z książki. Tej lawiny już się raczej nie zatrzyma, jak ktoś tu już celnie skomentował. Nie chodzi tu tylko o rozmycie naszej tożsamości, naszej tzn. cywilizacji łacińskiej. Przykre że jeśli rzeczywisty proces, tak podobny do wizji autora, nie zostanie przerwany to dla wielu z nas ciężko będzie nazwać to co nas otacza wymarzonym domem. Dla niektórych pewnie nie ma to znaczenia jak zmienia się świat. Ja nie tylko należę do pokolenia które już przemija ale chyba i do tych którzy tęsknią za światem swojej młodości. Nie tylko dlatego że idealizuje się ten świat sprzed wielu lat ale i że niekoniecznie to co przyszło i zastąpiło stare jest czymś lepszym. Jest czymś innym i to nie zawsze jest miłe sercu. Być może i o tym myślał autor pisząc tę książkę a może trochę to wszystko spłycam. Pozdr.
NerwowyCzytelnik - awatar NerwowyCzytelnik
ocenił na81 miesiąc temu

Cytaty z książki Fakty, przyroda i ludzie

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Fakty, przyroda i ludzie