Osobliwości miast i dziwy podróży 1325-1354

Okładka książki Osobliwości miast i dziwy podróży 1325-1354 autora Ibn Battuta, 9788305135344
Okładka książki Osobliwości miast i dziwy podróży 1325-1354
Ibn Battuta Wydawnictwo: Książka i Wiedza literatura podróżnicza
382 str. 6 godz. 22 min.
Kategoria:
literatura podróżnicza
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Rihla: Touhfat an-Nazar fi-Gharaib al-Amsar oua Adjaib al-Afsar
Data wydania:
2008-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1962-01-01
Liczba stron:
382
Czas czytania
6 godz. 22 min.
Język:
polski
ISBN:
9788305135344
Średnia ocen

7,3 7,3 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Osobliwości miast i dziwy podróży 1325-1354 w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Osobliwości miast i dziwy podróży 1325-1354

Średnia ocen
7,3 / 10
23 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Osobliwości miast i dziwy podróży 1325-1354

avatar
436
435

Na półkach:

(1355; 1962)
[Tuhfat an-nuzzar fi garaib al-amsar wa adżaib al-asfar* (Dar dla oglądających osobliwości miast i dziwy podróży)]

Tłumaczenie bezpośrednio z arabskiego, opublikowane w 1962: Tadeusz Majda, Halina Natorf, wybór treści Ananiasz Zajączkowski (1903-1970).

„Wśród przybyszy, co stanęli u czcigodnych bram siedziby naszego Pana, Abu Inana Farisa, […] był szejch, prawnik, mąż wielkiej prawości, podróżnik wędrujący po świecie i przemierzający wzdłuż i wszerz kraje – Abu Abd Allah Muhammad ibn Abd Allah ibn Muhammad ibn Ibrahim al-Lawati at-Tandżi, znany jako Ibn Battuta, a w krajach Wschodu pod imieniem Szams ad-Dina.
Podróżnik ów zjeździł rozliczne kraje i miasta, bacząc pilnie na wsze rzeczy. Przypatrywał się rozmaitym narodom i poznawał obyczaje Arabów i innych ludów […]” (str. 3-4).

„Przy okazji pielgrzymki do Mekki, rozpoczętej w 1325, [Ibn Battuta (1304-1368/1369 lub 1377)] zwiedził Egipt, Syrię, Arabię, Persję i dopłynął statkiem do Zanzibaru […].
Swoją główną podróż odbył w 1332-49, wyruszając z Egiptu. Przemierzył Azję Mniejszą, południe [dzisiejszej] Rosji, północne przedgórza Kaukazu oraz Bucharę i Samarkandę w Azji Środkowej, skąd przez Afganistan i góry Hindukusz dotarł do Indii. […] Później przebywał na Malediwach […]. Potem przez Sumatrę, południowy Wietnam udał się do południowo-wschodnich [oraz północnych] Chin, z których przez Cejlon, Persję i Aleksandrię powrócił do ojczyzny.
W 1352-53 towarzyszył marokańskiemu poselstwu do Mali. Przebywszy zachodnia Saharę, osiągnął Timbuktu […]. […]
W 1355 na polecenie sułtana podyktował wspomnienia ze swoich podróży jednemu z marokańskich literatów, który z własnej inicjatywy ubarwił je cytatami z arabskich baśni**” (Tadeusz Słabczyński, Encyklopedia okryć i odkrywców, Warszawa 2004, str. 233).

Ananiasz Zajączkowski (ze wstępu): „[…] zajmuje się on bowiem bardziej spotykanymi mieszkańcami niż opisami krajów. Mniej go interesują sprawy geograficzne, jak klimat, ukształtowanie zwiedzanych regionów, mijane góry, rzeki i morza… To co go najwyżej obchodzi, to wiedza o prawnikach – jego współkolegach, znawcach prawa muzułmańskiego (fakih),dewocja anachoretów muzułmańskich, obyczaje ludu i opis władców. […]
[…] Ibn Battuta był typowym, przeciętnym muzułmaninem XIV wieku, bardziej zbliżonym do ludowej niż urzędowej, ortodoksyjnej religii muzułmańskiej panującej w Maghrebie***. Interesowały go więc nie zjawiska życia powszedniego, które budzą nasze zaciekawienie, lecz zagadnienia kultu, świętych i pobożnych pustelników-derwiszów. Wierzył też w różne cuda, o których mu opowiadano, i w inne niezwykłości, które – być może – przydarzyły mu się w istocie. Możliwe tu było i mamienie siebie samego, a także zbiorowa sugestia, której świadkiem był w Indiach, jak i wreszcie – zwykła przesada, w którą tak łatwo popadają podróżnicy” (str. XIV)****.

„Chronologia diariusza podróży czasem jest niewłaściwa, daty stawiane jakby przypadkowo, może z winy redaktora. […] Chronologicznych i topograficznych błędów spotyka się u Ibn Battuty [jednak] stosunkowo niewiele – i to wobec dużej (»kolosalnej«!) ilości dat i nazw miejscowych” (str. XV).

„Opis podróży Ibn Battuty obejmuje takie strony życia codziennego społeczeństwa, jakie zwykle wymykają się opisom geografów zawodowych. Przed czytelnikami okazują się uroczystości dworskie obcych władców, stroje różnych ludów, zwyczaje dalekich krajów, plony ziemi, potrawy i sposoby ich przyrządzania itd. Opis jest wyjątkowo żywy i indywidualny” (str. XVII).

„Oczywiście sprawą stosunkowo łatwiejszą w sensie koncepcji edytorskiej byłoby wydanie całości Podróży Ibn Battuty. Skoro jednak wydawnictwo, jako warunek podjęcia tego pierwszego w Polsce wydania, postawiło sprawę limitowanego wyboru (do jednej trzeciej całości [!]),trzeba było zgodzić się z koniecznością i w myśl – orientalnej zasady – »jeśli nie możesz zrobić tego, co byś chciał, chciej zrobić to, co możesz« – podjąć się dość żmudnej, niewdzięcznej i odpowiedzialnej pracy dokonania wyboru.
Winien tu pewne wyjaśnienie, jaką zasadą kierowałem się przy dokonywaniu niniejszego wyboru. […] Kierowałem się chęcią ukazania czytelnikowi możliwie całości itinerarium, a więc wszystkich wędrówek Ibn Battuty – w miarę możliwości. Nie rezygnując zatem z zasięgu, nader dalekiego terytorialnie, postanowiłem zaoszczędzić – jeśli można tak się wyrazić – na opisach, zapewne nużących naszego dzisiejszego czytelnika, chociaż dla dziejów islamu ważnych – rożnych grobowców, miejsc świętych pustelników muzułmańskich, spotkań z rozmaitymi znawcami koranicznego prawa muzułmańskiego, omawiania szczegółów rytuału islamu według odmiennych kierunków rytualno-prawnych itd. itd.
Niestety wypadło w skrótach pójść nieco dalej i opuścić dość duże partie dotyczące dziejów Indii i Chin. Wychodziłem z założenia, że wiadomości te czerpał Ibn Battuta z drugiej ręki i mogą one nie mieć tej wartości co własne obserwacje i uwagi czynione na gorąco” (str. XX-XXI).

__________________________
* Na str. 13 nieco inny zapis: Tuhfat an-nuzzar fi gara ib al-am-sar wa adżaib al-asfar.
** „Czcigodny nakaz (boski) sprawił, że podyktował opowieść o miastach, które zwiedził podczas swych wędrówek, o przedziwnych zdarzeniach, które zachował w pamięci, o władcach różnych krain tudzież uczonych, bogobojnych i świętych mężach, których napotkał. Czcigodny ten nakaz przeszedł na pokornego sługę Muhammada ibn Muhammada ibn Dżuzaja al Kalbiego, pozwolił mu spisać słowa szejcha […] i zebrać je w księgę, która posiada wszelkie przymioty i zachowała jasny i piękny styl” (str. 4). „W czasie swych wędrówek po Półwyspie Pirenejskim napotkał chyba swego późniejszego sekretarza Ibn Dżuzaja z Grenady, który z końcem 1355 r., na parę miesięcy przed swym zgonem, zakończył redakcję opisu podróż Ibn Battuty. […]
Sam redaktor, […] tak pisze o sobie: »Starałem się przy tym, aby treść owych opowiadań szejcha (Ibn Batutty) oddać w słowach odpowiadających jego zamierzeniom. Przekazałem tedy wiernie jego własne słowa tak, jak je wypowiadał, nie naruszając ani korzenia, ani konaru. Przytoczyłem wszystko, o czym wspomniał i nie próbowałem dociekać prawdziwości tego…« W ten sposób powstałą redakcja arabska Osobliwości miast i dziwy podróży, jako dzieła współpracy Ibn Battuty i jego redaktora” (str. XIII, ze wstępu AZ). Tak jak Marco Polo (1254–1324) miał swojego Rusticellego z Pizy, który spisywał jego opowieści kiedy garowali razem w Genui, tak Ibn Battuta miał Ibn Dżuzaja z Grenady.
*** Autoportret moralny Ibn Battuty przedstawia się mniej więcej tak: bigot-oportunista, żyjący w myśl zasady „za denary sułtana baluj”, ochoczo wyciągający ręce po podarki i cudze monety (a kiedy ich skąpią, otwarcie się o nie dopominający),któremu w zasadzie nie przeszkadza, że jego patron jest psychopatycznym okrutnikiem, bo sypie szczodrze ze szkatuły i spłaca mu lekkomyślnie poczynione długi, a przy tym ma imię Allacha na ustach. Aby podróż była milsza, bierze sobie niewolnicę, ta zachodzi z nim w ciążę, a na dalszym etapie, po śmierci dziecka, oddaje ją innemu właścicielowi. Jakby była przedmiotem. Napięcie seksualne, zdaje się go nigdy nie opuszczać: kiedy wsiada na statek, to chce mieć koniecznie kajutę dla siebie i swoich niewolnic. Jak sam otwarcie wyznaje, wagin się w życiu naoglądał sporo, i kobieca anatomia nie ma dla niego żadnych tajemnic. Podróżnik gani niekiedy napotykane społeczności za rozwiązłość, jak gdyby zapominając o własnej słabości. I mimo iż można domniemywać, że niekiedy go ponosi, że trochę się przechwala – chcąc uchodzić za jurnego samca alfa – to jednak jego braki w empatii skłaniają do interpretacji szeregu deklaracji jako szczerych i nie budzących wówczas większych wątpliwości moralnych. Np.: „Mnie [sułtan] podarował młodą niewolnicę […]. Gdy mąż owej niewiasty chciał ją wykupić, sprzeciwiłem się temu” (str. 232-233). I teraz pytanie, w trosce o jej dobro, czy dlatego, że wpadła mu w oko i chciał ją włączyć do swego mobilnego haremu? W polskim wydaniu mamy strzępki informacji, ale możemy się domyślać, że takich niewolnic seksualnych – nazywanych niekiedy wprost nałożnicami – przewinęło się w trakcie drogi sporo, z tekstu wiemy, że zachodziły z nim w ciąże. Zresztą formalne partnerki nie miały lepiej: „Jedną z żon opuściłem, a drugiej, która była brzemienna, powiedziałem, że jeśli nie powrócę w ciągu dziesięciu miesięcy, może postępować wedle własnej woli” (str. 249-250) i dalej wymienia, które żony bierze, które zostawia… a po opuszczeniu wyspy i udaniu się na inną poślubia dwie nowe… Ta historia ma ciąg dalszy, mijają dwa lata, i podróżnik dowiaduje się przypadkiem, z trzeciej ręki, że ma na Malediwach syna: „[…] żona moja, która pozostawiłem w ciąży, powiła chłopca” (str. 266). Przybywa na archipelag, chce zabrać dwulatka, ale matka nie chce go oddać (co nie dziwne). Ibn Battuta odpuszcza. Nieco później czytamy o podobnej sytuacji: „Zostawiłem tam [w Damaszku] jedną ze swych żon, która była natenczas w ciąży. […] w Indiach doszła mnie wieść, że powiła chłopca […]” (str. 296). Kiedy wraca do Damaszku, ciekawy co z synem, dowiaduje się że „Zmarł przed dwunastu laty” (str. 296).
Kochliwy podróżnik nie jest z nami na tyle szczery, by można było wszystko uczciwie ocenić, jednak poszczególne elementy skłaniają do niepokojących domysłów. I nie ma tu większego znaczenia, że to była inna epoka. Ten brak odpowiedzialności za własne potomstwo wypada w dzisiejszych czasach wyjątkowo niepokojąco. Ale to wierzchołek góry lodowej. Podczas trzeciej, ostatniej podróży w głąb Sahary dociera do społeczności w której, mimo islamizacji, wciąż żywe są pozostałości lokalnego matriarchatu. Jego rozmówca dzieli się z nim wyjątkowo zdrowym modelem relacji, praktykowanym obrębie jego społeczności, a globtroter załamuje ręce: „»Przyjaźń między niewiastą a mężczyzną uważana jest za rzecz dobrą i stosowną, w której nie ma nic złego. Kobiety nasze [tj. iwalatańskie/walatańskie] nie są podobne do kobiet w waszych krajach«.
Zdumiała mnie głupota jego” (str. 303) – do zwolenników równouprawnienia i proto-feministów Ibn Battuta się ewidentnie nie zalicza. Wypowiada się za to zaskakująco pozytywnie o ludności murzyńskiej z Zachodniego Sudanu, oto próbka: „Ich piękną cnotą jest gorliwość, jaką przejawiają w uczeniu się na pamięć Koranu. Jeśli dzieci ich wykazują opieszałość w tym względzie, zakuwają je w łańcuchy i tak długo nie zdejmują ich, póki nie wyuczą się na pamięć Koranu” (str. 310). Narzeka wprawdzie na kobiety które chodzą tam zwyczajowo nago, podobnie jak na Malediwki w strojach topless, ale ogólnie uważa, że islam orze tam głowy w trybie full mode, więc można spać spokojnie. (Sam, mając to i owo do powiedzenia na Malediwach, wydaje swego czasu rozporządzenie aby batożyć uchylających się od modlitw wyspiarzy – widzi więc w autochtonach bratnie dusze).
Idźmy dalej, oto świadectwo bardzo wczesnego body postive, niemalże jak z czasów bogini-matki: „Kobiety ich [tj. Berberów z Bardama] są najurodziwsze i odznaczają się najbardziej foremną figurą ze wszystkich niewiast. Są olśniewającej białości i nad wyraz tłuste [sic!]. Nie widziałem na świece kobiet, które mógłby im dorównać w otyłości [sic!]” (str. 314).
Cechuje go też zaskakująca zdolność do autorefleksji: „Chciał też [ów sułtan] ofiarować mi cenny dar, lecz odmówiłem przyjęcia [kurtuazyjnie, aby lepiej wypaść], czego później żałowałem, albowiem zmarł i nic nie dostałem” (str. 264). [Te ostatnie przykłady to oczywiście kąśliwy sarkazm.]
**** We wstępie z ‘62, mamy obowiązkowe odwołania do radzieckich uczonych (skądinąd może faktycznie biegłych w swoich dziedzinach) i subtelną krytykę wiary w siły nadprzyrodzone (w zasadzie wyrażane jest tu politowanie, dezaprobata). Gomułka u władzy, od zakończenia wojny minęło jakieś 15-16 lat, a prof. dr Ananiasz Zajączkowski (1903-1970),z pochodzenia Karaim urodzony w Trokach, to człowiek z zupełnie innej epoki. Mimo to, odnajduje się w nowej rzeczywistości.



Tłumacze stylizują język na archaiczny (przy użyciu słów w rodzaju: jeno, okrom, atoli itp.),zdania są w zasadzie proste i nie pogłębione, niekiedy nie do końca intuicyjne i logiczne, a obco brzmiące nazwiska wieloczłonowe i zwodniczo podobne (pula imion sprawia wrażenie bardzo ograniczonej, zwłaszcza w kręgu kultury islamu).

Znane ośrodki miejskie (np. Algier) występują niekiedy pod innymi nazwami, uniemożliwiającymi ich identyfikację, a zamiast współczesnych odpowiedników w nawiasie kwadratowym lub przypisów na dole strony, niezbędne objaśnienia umieszczono dopiero na końcu publikacji*. Zmusza nas to do ciągłego kartkowania, i uprzykrza lekturę.

W przypadku opisów świetności danych budowli, miast lub kompleksów – zazwyczaj dowiadujemy się o ich atrakcyjności poprzez przymiotniki. Nie jest nam dane poznać ich formy ani detalu. (Jeśli nawet ten się pojawia, nie składa się w żaden obraz). Tak jakby spółce pisarz-podróżnik brakowało słów, jak gdyby nie było potrzeby zarysowania kształtów, barw, kompozycji.

Opisy Ibn Battuty cierpią na chorobliwy nadmiar jednoznacznych przymiotników wartościujących – czytelnik nie ma praktycznie szans samemu wyrobić sobie zdania, nie ma też możliwości samodzielnej oceny faktów – za każdym razem skazany jest na osąd globtrotera z Tangeru. (A de facto: na wybijanie się z lektury i nieustanną konstatację).

Jeśli idzie o Maghreb i Bliski Wschód: meczety zazwyczaj są przepiękne i nie do opisania, podobnie z tkanką miejską (o ile nie jest w ruinie),mieszkańcy bogobojni i gościnni, kobiety urokliwe a owoce wspaniałe, i tak w kółko… Z rzadka można trafić na coś interesującego (czy to z uwagi na fakty antropologiczne, czy pomyłki autora)**. Im dalej na wschód tym tym więcej autora zaskakuje, kiedy udajemy się na rubieże Europy i w głąb Azji, do Indii – robi się ciekawiej.

Wspomnienia dyktowane były po wielu latach, z uwagi na konkretne daty, dystanse, dużą liczbę nazwisk, można założyć, że Ibn Battuta robił po drodze jakieś notatki. Musiał coś zapisywać na własną rękę. Z drugiej strony ilość wtop i tych relacji, których nie da się zweryfikować, sugeruje liczne, nader kreatywne odwołania do wspomnień.

Wszystko co wymienione wyżej, czyni to lekturę nieco monotonną, i ubogą w elementy typowe dla współczesnej literatury podróżniczej. Dlatego fakt pominięcia treści dotyczących prawa muzułmańskiego czy kolejnych, niemalże identycznych napomknięć odnośnie grobowców nie jest z perspektywy współczesnego odbiorcy wielką stratą (o ile nie studiuje arabistyki).

Dla zainteresowanych szeroko rozumianym Wschodem lektura obowiązkowa. Nawet jeśli będzie męcząca, pozwoli napisać na jej temat coś ciekawego, i zbudować sobie ogląd muzułmańskiej mentalności wieku zarazy, która wcale się tak wiele nie zmieniła...

Całość: 5/10 – droga przez mękę, ale nie bezcelowa. Na pewno można by podnieść wartość całości poprzez rozbudowane komentarze u dołu strony i uzupełnienia w nawiasach kwadratowych – tak zrealizowana całość byłaby atrakcyjną bombą informacyjną. Specjalnie stworzony wstęp, posłowie i komentarze do poszczególnych etapów, oraz biogramy, krótkie who is who, dałby szanse na pełniejsze wniknięcie do XIV-wiecznej Azji i Maghrebu. Obecne, okrojone wydanie to coś w rodzaju „nagrody pocieszenia”. Nawet jeśli nie ma nikogo kto podjąłby się tłumaczenia całości z arabskiego, można by skorzystać z wydania angielskiego lub niemieckiego. Żaden odbiorca dzieła tandemu Dżuzaj-Battuta nie planuje upajać się pięknem języka proroka, jego składnią i stylistyką. Chodzi o zapoznanie się ze stanem ówczesnej wiedzy i anegdoty. Idąc na skróty, można by dać polskiemu czytelnikowi to, co już dawno powinno być dostępne w tym języku***.

__________________________
* Zagadką pozostanie, dlaczego z rzadka, wybiórczo, w tekście pojawiają się jednak formy współczesne/zachodnie (np. przy Bendżalu od razu mamy w nawiasie Bengal). To powinien być standard w przypadku takiego wydania.
** Np. „Poławiacze [pereł] różnią się pod względem wytrzymałości przebywania pod wodą; niektórzy z nich są stanie wytrwać pod wodą godzinę, dwie, a nawet dłużej” (str. 95). Albo opis jogińskiej lewitacji, który musiał być sztuczką: „[…] jeden z nich usiadł z podwiniętymi nogami, następnie oderwał się od ziemi i uniósł w powietrze nad nami […]” (str. 216-217). A tu USO (Unidentified Submerged Object): „[…] co miesiąc przychodził do nich demon, podobny do statku pełnego świateł, który wyłaniał się z głębi morza” (str. 240),„Spojrzałem tedy i zobaczyłem jak gdyby wielki okręt pełen światła i pochodni” (str. 241),bioluminescencyjny plankton plus wyobraźnia? Pomiot Cthulhu? To też dobre: „[…] małpy te [z Cejlonu] mają swojego króla, którego słuchają niczym sułtana. Małpi król zakłada sobie na głowę wieniec z liści drzew i wspiera na lasce. Po jego prawej i lewej stronie stają cztery małpy, dzierżąc w łapach kije. […]
Pewien dżuga [jogin] opowiadał mi, że widział, jak te cztery małpy okładały kijami przed królem jakąś małpę […]” (str. 256). (Planeta małp).
Piramidy z Gizy, wedle relacji Ibn Battuty, to budowle przedpotopowe, wzniesione przez mędrca Hermesa (proroka Chunucha/Idrisa) jako banki wiedzy, z licznymi inskrypcjami dokumentującymi osiągnięcia ludzkości (str. 15-16). Woda na młyn dla pseudobadaczy w rodzaju Dänikena czy Sitchina. To, co pociąga najbardziej u Herodota, Marco Polo czy Ibn Battuty, to właśnie tego typu fikcje, pomyłki geograficzne i legendy serwowane jako fakty, w roli ówczesnej wiedzy. Odszukiwanie takich nieścisłości to ogromna frajda.
Równie intrygujące, zwłaszcza w relacjach średniowiecznych podróżników żydowskich i arabskich, są świadectwa na temat odległych ludów Europy, Słowian i Skandynawów na Rusi. Można się z tym spotkać już w szkole (Np. Ibrahim ibn Jakub, ur. 912/913, zm. po 966, przy okazji omawiania państwa Mieszka),a potem w literaturze fachowej (np. nt. osadnictwa skandynawskiego na terenie wschodniej Słowiańszczyzny; w Rusi Wikingów Władysława Duczko, jest niepokojący fragment nt. zwyczajów pogrzebowych typowych Waregów). W Trzynastym wojowniku [The 13th Warrior] (1999) Antonio Banderas wciela się w rolę Ahmada ibn Fadlana (X w.),który pozostawił po sobie ciekawe zapiski nt. krain leżących na północ od jego rodzimych: „Ibn Fadlan wyruszył 21 czerwca 921 roku z Bagdadu i 11 maja 922 roku dotarł na dwór bułgarski. Z Bagdadu skierował się na wschód, chcąc przez ziemie muzułmańskie objechać Morze Kaspijskie od wschodu i dopiero potem ruszyć na północ. Przemierzył północną Persję, mijając kolejno Nahrawan, Holwan, Hamadan, Sawe, Rej, Semnan, Damghan, Niszapur i Sarachs. Następnie odwiedził transoksańskie miasta Marw, Bucharę i Chorezm, by przez Köneürgenç pojechać na północ na tereny zamieszkałe przez ludność słowiańską. Dotarł do Protobułgarów Wołżańskich, po czym ruszył na południe z powrotem do Bagdadu” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Ahmad_ibn_Fadlan). Przyglądanie się danej kulturze oczami kogoś spoza tego kręgu, wyczulonego na różnice i osobliwości, stojącego wobec pewnych braków uniemożliwiających pełne lub właściwie zrozumienie tego co widzi, to zawsze ciekawa perspektywa, rodząca unikatowe obserwacje i sensacje żyjące później własnym życiem.
*** Jeśli zaliczymy relacje Marco Polo, Ibn Battuty i Herodota, to mamy odhaczone trzy klasyki. Przede mną jeszcze ten ostatni, kurzy się na półce od lat – mam nadzieję, że w końcu się do niego zabiorę, bo jest to kopalnia anegdot, a znajomość tego tekstu daje solidne +10 do erudycji. Mi, jako profanowi i zwykłemu barbarzyńcy, bardzo podniosłoby to statystyki.



IL MILIONE

Z Opisaniem świata Marco Polo (1254-1324) zapoznawałem się jako dwudziestoparolatek; nieco wcześniej, w 2009, przeczytałem bardzo przystępną biografię podróżnika – Marco Polo. Od Wenecji do Xanadu [Marco Polo: from Venice to Xanadu] (2007) – która zachęciła mnie do zakupu tekstu źródłowego. (Jest to jedna z najlepszych książek historycznych jakie miałem w rękach, wspominam ją bardzo ciepło i rekomenduje każdemu kto odczuwa silny głód Wchodu. Ilość pożądanych elementów jest tak obfita, a sposób prowadzenia opowieści tak zajmujący, że naprawdę ciężko się oderwać).

Marco Polo odszedł na początku 1324, rok przed tym, nim młody Ibn Battuta wyruszył na szlak. Oba teksty są do siebie podobne, zawierają opisy mijanych miast, charakterystyki krain, ciekawe anegdoty i zaskakująco obserwacje, oraz przeróżne wpadki faktograficzne. (Zapadła mi w pamięć wzmianka o jednorożcu z archipelagu malajskiego – tj. nosorożcu – czy tajemniczym Starcu z Gór, przywódcy Asasynów).

Niestety, nie mam żadnych zapisków nt. Il Milione. Pamiętam, że identycznie jak w przypadku Osobliwości miast i dziwów podróży często nie była to lektura porywająca, ale intrygujące fragmenty poukrywane między tymi wtórnymi, nużącymi, oraz pierwsze wiadomości ze Środkowej Azji i Dalekiego Wschodu, które dziwiły Europejczyków, czyniły tę lekturę niemożliwą do porzucenia.

Zheng He (1371-1433),chiński admirał, który pływał wzdłuż wybrzeży Chin, po Morzu Południowochińskim i Oceanie Indyjskim, docierając do Arabii i Afryki, działał z kolei już po śmierci Ibn Battuty, w kolejnym stuleciu. Odbył łącznie siedem wielkich wypraw, dowodząc flotą ogromnych dżonek, co do których faktycznego rozmiaru wciąż trwają spekulacje – najśmielsze szacunki to 120-160 metrów długości i 40-50 szerokości, bardziej realistyczne dają im ok. 60 metrów (https://pl.wikipedia.org/wiki/Baochuan;). Największe chińskie dżonki, które Ibn Battuta widział w Indiach, miały od 3 do 12 żagli i tysięczną załogę (str. 226-227). Nawet jeśli przesadza odnośnie liczby załogantów, były to jednostki przy których statki europejskie wydają się po prostu małe (https://www.techpedia.pl/index.php?str=tp&no=30116).

(Losy tych trzech postaci, z trzech odmiennych kontynentów i kręgów kulturowych – Marco Polo, Ibn Battuty i Zheng He – następują bezpośrednio po sobie, i są równie intrygujące).



UMMA: MENTALNA DŻUMA

Czytając obszerne fragmenty relacji Ibn Battuty można dojść do mylnego wrażenia, że to świat bez Europejczyków, bez chrześcijan. Zupełnie inna planeta. W 2002 Kim Stanley Robinson opublikował Lata ryżu i soli [The Years of Rice and Salt], powieść z rodzaju historii alternatywnych, w której przedstawione są losy świata po Czarnej Śmierci* (XIV w.),w wyniku której Europejczycy wymierają, tracą na znaczeniu, a chrześcijaństwo upada. Bardzo ciekawa perspektywa, zwłaszcza że pokazuje społeczności muzułmańskie które się laicyzują, oddalają od fundamentalizmu i de facto przejmują pałeczkę po Europejczykach. W naszej linii czasowej, wyjąwszy tzw. Złoty Wiek Islamu (VIII-XIII w.),religia Mahometa nie dawała i nie daje przestrzeni na modernizację owładniętych nią społeczeństw, rozwój innowacji i świeckie życie. Społeczności muzułmańskie przyjmują pewne rozwiązania w ramach resztek instynktu samozachowawczego, aby nie zostawać nadmiernie w tyle, za Zachodem, ale obyczajowo nie oferują możliwości zerwanie z tradycją. Za to grozi śmierć. Nie można być otwarcie neutralnym religijnie, nie można deklarować się jako ateista – to nie przejdzie. Dlatego wizja Robinsona jest ciekawa. Wprawdzie już teraz internet pomaga kruszyć fundamentalne społeczeństwa, dając dostęp do zakazanych i „niepożądanych” treści, ale póki prawo jest drakońskie, apostazja będzie domeną wyłącznie emigrantów.

__________________________
* Kiedy Ibn Battuta włóczy się po świecie, „wielka dżuma” zbiera swoje żniwo. Podczas pobytu w Damaszku, w roku 1348, odnotowuje niezwykłą łaskawość Pana wszystkich światów (Rabb al-Alamin): „[…] Allah zesłał im [tj. modlącym mieszczanom] ulgę w niedoli, albowiem liczba zmarłych w Damaszku nie przekraczała dziennie dwóch tysięcy, podczas gdy w Kairze i w Starym Kairze liczba zmarłych sięgała dziennie dwudziestu czterech tysięcy” (str. 34). Jak widać powstrzymanie zarazy nie leży w gestii Wszechmogącego. A może po prostu burzyłoby to jego plany? Skoro sam ją wywołał, to przecież nie będzie psuć sobie zabawy… Przecież ulżył mieszkańcom, co to jest dwa tysiące zwłok dziennie? Tyle co koty napłakał. Miłosierny i sprawiedliwy… [To była ironia.]



UWAGI (wyd. Książka i Wiedza 2008 oparte na wyd. I z 1962*): nieco archaiczny zapis (str. VII-XXII) niektórych wyrazów we Wstępie Ananiasza Zajączkowskiego, np. na rzece, zamiast nad rzeką i zapis rozdzielnie nie, itp.; str. 6 – Kosantina, w przypisach na końcu (str. 323) Kusantina; str. 23 i dalej – po staremu „nie opodal” pisane rozdzielnie (co jest oczywiście zapisem dozwolonym); str. 25 – przy miejscowości Sur jest gwiazdka, co sugeruje przypis na końcu, ale tego nie ma, informacja o tym, że pod tym mianem kryje się Tyr, umieszczono w haśle Akka (!); str. 39 – pień palmy pojawia się już wcześniej, ale przypis wyjaśniający znajdziemy dopiero tutaj, tj. odnośnie tej str.; str. 344 – Zajla (Zejla) w Somali (obecnie Somalii) + 2x Tanganika (obecnie Tanzanii),przypisy z lat 60., z pierwszego wydania (?); str. 114 – są trzy gwiazdki, ale przypisy tylko dwa; str. 123 – brak opisu miasta Bułgar (każde miasto które pojawia się na szlaku jako pierwsze, zyskuje jakiś opis, skąd ta niekonsekwencja?); str. 137 – byt (był, lit.); str. 146 – samum pojawia się już wcześniej, ale przypis odnosi się dopiero do tej strony (podobnie jest z „kołpakiem”, ale w tym przypadku można uznać, że chodzi o doprecyzowanie o jakie, charakterystyczne dla danego ludu nakrycie głowy chodzi); str. 148 – przy Siwasitanie jest gwiazda, ale nie ma przypisu; str. 175 – nie tknięte (nietknięte); str. 177 – w tekście głównym jest Gudżarat, ale na str. 168 był Dżurarat i przypis na końcu precyzujący, że chodzi o Gudżarat (niekonsekwencja, po co podmieniono termin archaiczny na współczesny?); str. 188 – lup (łup, lit.); str. 239 – nie dojedzone (niedojedzone); str. 267 – nie uprawiana (nieuprawiana); str. 277 – Czyngis-chan pojawia się już w pierwszej połowie książki – zapisany jako Tenkiz – ale dopiero tutaj, umieszczono w nawiasie polski wariant tytułu mongolskiego capo di tutti capi; 375 – (uwaga do przypisu) palenie ziemi kojarzy się bardziej z torfem niż węglem drzewnym (?); str. 280 – nie ujawniony (nieujawniony); str. 294 – nie znane (nieznane); str. 315 – nie osiodłanym (nieosiodłanym); str. 343 – stanu Bombaj już nie ma (niezaktualizowany przypis); str. 350 – starożytne Efez (starożytny, potknięcie w przypisie); str. 354 – błąd w przypisie, na północ od Bułgarii Nadwołżańskiej nie rozciąga się północna Syberia, tylko północna Europa (a konkretnie: Nieniecki Okręg Autonomiczny i Republika Komi); str. 371 – nie ma już Syjamu (niezaktualizowany przypis); str. 372 – Kolombo już nie jest stolica Sri Lanki, obecna to Sri Dźajawardanapura Kotte + syjamskie (teraz już tajskie ludy) (niezaktualizowany przypis); str. 381 – Niamej (wł. Niamey) jest stolicą Nigru, nie Nigerii.

W tekście często pojawia się termin „klasztor” – jednak w islamie nie ma klasztorów w rozumieniu chrześcijańskim. (Tłumacze mają na myśli ribat?).

Meczet określany jest jako „świątynia”, jednak w islamie pełni on raczej rolę domu modlitwy i miejsca spotkań. Zewnętrznie podobny do sakralnych budowli chrześcijańskich, jednak jest to bardziej przestrzeń dla ludzi niż dom bóstwa.

__________________________
* Jest w nim jednak rekomendowana książka wydana w latach 80. (?).

(1355; 1962)
[Tuhfat an-nuzzar fi garaib al-amsar wa adżaib al-asfar* (Dar dla oglądających osobliwości miast i dziwy podróży)]

Tłumaczenie bezpośrednio z arabskiego, opublikowane w 1962: Tadeusz Majda, Halina Natorf, wybór treści Ananiasz Zajączkowski (1903-1970).

„Wśród przybyszy, co stanęli u czcigodnych bram siedziby naszego Pana, Abu Inana Farisa, […] był szejch,...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
179
40

Na półkach: ,

Niewątpliwie ciekawa pozycja, aczkolwiek styl i słownictwo sprawiają, że nie czyta się lekko. Wymaga nieco większego skupienia.

Niewątpliwie ciekawa pozycja, aczkolwiek styl i słownictwo sprawiają, że nie czyta się lekko. Wymaga nieco większego skupienia.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
136
72

Na półkach:

Półtora roku po tym jak w Wenecji zmarł Marco Polo z Tangeru w Maroku (czerwiec 1325) wyruszył Ibn Battuda. 22-letni mężczyzna udał się na pielgrzymkę do Mekki (ostatecznie odbył ją cztery razy),która przerodziła się w wielką wędrówkę po całym świecie muzułmańskim XIV wieku. Przez 30 lat pokonał 120 tysięcy kilometrów stając się jednym z największych podróżników w historii.
Nie opisał swych przygód sam, podobnie jak Marco Polo. Miał sekretarza Ibn Dżuzaja z Grenady, który przekazał nam tę fascynującą historię podróży. „Osobliwości miast i dziwy podróży” to polskie tłumaczenie z arabskiego dokonane w latach 60-tych. Dziś dla mnie użyty w nim język jest nieco staromodny jak na dzisiejsze czasy, przez co opowiadana historia nieco traci. Szkoda, że przetłumaczono niespełna 1/3 całości relacji. Książka zawiera ilustracje bez opisu źródła ich pochodzenia. Czy pochodzą z oryginalnych tekstów? W przedmowie prof dr Ananiasz Zajączkowski tłumaczy „Niestety w Polsce nie ma nikogo, kto by - już nie za przykładem Gibba - poświęcił Ibn Battudzie, jeśli nie trzydzieści lat, to chociażby połowę tego czasu.”
Szukałam w relacjach Ibn Battudy tego czego sama doświadczyłam. Nie myślę tylko o zachwycających zabytkach czy przyrodzie, ale także o atmosferze tych wszystkich miejsc do których trafił. Mam przekonanie, że zostawił tam cząstkę swojej duszy i że mogłam ją w jakiś magiczny sposób dotknąć czytając jego opowieści. W Konstantynopolu oglądał kościół Hagia Sofia. "Jest to jeden z najpiękniejszych kościołów Greków” powie. 20 lat później został przekształcony na meczet. W popularnej obecnie tureckiej Alanyi tłumy turystów wspinają się do górującej nad miastem twierdzy by zwiedzać i podziwiać widoki. Ibn Battuda wspinał się na wzgórze „by odmówić tam modlitwę piątkową.”
Dla mnie była to lektura trudna. Przerywana czytaniem przypisów (tutaj wielkie podziękowania tłumaczom) i poszerzeniem wiedzy z innych źródeł. Stopniowo opowiadany świat nabierał wyrazistości, kolorów i zapachów.„ Panuje tam zwyczaj, że po odprawieniu rannych modłów niewiasty przynoszą swym mężom lub synom szkatułki z antymonem, wodą różaną i piżmem. Ci zaś czernią swe brwi antymonem, nacierają się wodą różaną i piżmem, tak że skóra ich lśni jak polerowana (...). “
Nawet jeśli tegoroczne wakacje spędzacie w domu to z opowieściami Ibn Battudy poczujecie się jak najwięksi podróżnicy.
Swoją przygodę zawdzięczam szkockiemu historykowi Williamowi Dalrymple, który w książce „ City of Djinns” odwołuje się do opisów Ibn Battudy o Dehli za czasów sułtana Muhammada bin Tughlaka (który objął władze w roku rozpoczecia wędrówki przez Ibn Battudę).
Książka znacznie wartościowsza niż współczesne przewodniki.

Półtora roku po tym jak w Wenecji zmarł Marco Polo z Tangeru w Maroku (czerwiec 1325) wyruszył Ibn Battuda. 22-letni mężczyzna udał się na pielgrzymkę do Mekki (ostatecznie odbył ją cztery razy),która przerodziła się w wielką wędrówkę po całym świecie muzułmańskim XIV wieku. Przez 30 lat pokonał 120 tysięcy kilometrów stając się jednym z największych podróżników w...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

151 użytkowników ma tytuł Osobliwości miast i dziwy podróży 1325-1354 na półkach głównych
  • 117
  • 34
23 użytkowników ma tytuł Osobliwości miast i dziwy podróży 1325-1354 na półkach dodatkowych
  • 11
  • 4
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Osobliwości miast i dziwy podróży 1325-1354

Inne książki autora

 Ibn Battuta
Ibn Battuta
Ibn Battuta, czyli Abu Abdullah Mohammad ibn Abdullah al-Laouati at-Tandji ibn Battuta - arabski geograf i podróżnik urodzony w Tangerze. Nazywany był "Rahhalat al-Asr" (Podróżnik epoki) albo Shams ad-Din. W 1325 roku rozpoczął hadź, czyli pielgrzymkę do Mekki. Zwiedził wtedy Egipt, Syrię i Półwysep Arabski. Później nie powrócił do Tangeru, tylko udał się do Zanzibaru i innych obszarów afrykańskich. Morzem dotarł do Persji, nad Morze Czarne, nad Wołgę, do Samarkandy, a nawet do Chin. Jego 28-letnia podróż została spisana przez Abu Abdullaha Mohammada ibn Mohammada ibn Ahmada ibn Djouzaya al-Qalbiego w księdze zatytułowanej "Rihla: Touhfat an-Nazar fi-Gharaib al-Amsar oua Adjaib al-Asfar", wydaną w Polsce jako "Osobliwości miast i dziwy podróży 1325-1354".
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Cytaty z książki Osobliwości miast i dziwy podróży 1325-1354

Więcej
Ibn Battuta Osobliwości miast i dziwy podróży 1325-1354 Zobacz więcej
Ibn Battuta Osobliwości miast i dziwy podróży 1325-1354 Zobacz więcej
Więcej