Nancy H. Kleinbaum
(1989)
[Dead Poets Society]
Tekst Kleinbaum (1948-2024) opiera się na scenariuszu Thomasa Schulmana (1950). Mając to na uwadze, jego nazwisko również powinno znaleźć się na okładce, jako współautora.
Nie dysponując pierwotnym scenariuszem, ciężko stwierdzić, ile tu kreatywności Kleinbaum, ale wziąwszy pod uwagę fakt, że książka i film miały swoją premierę w ‘89, a zdjęcia realizowano na przełomie ‘88 i ‘89, najpewniej bazowała tylko na dostarczonym maszynopisie i była mu wierna. Tekst który powstał, był robotą rzemieślniczą, bliższą pracy redaktorki niż pisarki. Robioną na konkretny termin. Wszelkie różnice między obrazem Petera Weira a literacką adaptacją wynikają z tego, że część materiału wyleciała w wyniku późniejszych poprawek lub podczas montażu, a doszły też improwizacje i pomysły realizowane na gorąco, które wykorzystywały rzeczywistość zastaną, np. ukształtowanie terenu*. Każdy, kto zna ścieżkę aktorską odtwórcy roli belfra, jego zdolności sceniczne, zdaje sobie sprawę, ile Keating zawdzięcza Williamsowi (ile Williamsa jest w Keatingu). Te momenty, kiedy wciela się w różne role, np. parodiuje Marlona Brando lub naśladuje spacerujących chłopaków, dialog o zdjęciu w księdze pamiątkowej, którego nie uświadczymy w książce – pochodzą od Robina Williamsa**.
Książka nie urzeka poziomem literackim, nie wykorzystuje pełni potencjału literatury pięknej, magii słowa, tak hołubionej w utworze, ale oferuje to, co w filmie zostało pominięte, w pierwotnej wersji – sprzed zmian, bez ożywczych improwizacji. Niektóre zdania warto by poprawić, bo brzmią jak kalki z angielskiego, niepotrzebnie odwzorowujące oryginalny szyk zdania, ale ogólnie czyta się to dobrze, szybko i sprawnie. Tłumaczenie Pawła Laskowicza (1963) pochodzi z ‘94 i jest stale wznawiane, choć bardziej z pobudek oszczędnościowych, merkantylnych, niż wyjątkowego uznania dla jego pracy.
Przekład poezji to trudna sztuka: wersja wierna zachowa sens, ale straci urodę, czar i urok (oryginalny rytm, grę słów i rymy); artystyczna wytworzy zupełnie nowy wiersz inspirowany oryginałem – w najlepszym razie odda klimat i intencje; wariant pośredni, tworzony pod presją czasu, powoła do życia hybrydy-potworki mające wady obu wariantów, ale mało zalet. I tak jest z tymi wersami, które adaptował sam tłumacz. Fragmenty sztuki i wierszy zaczerpnięte od mistrzów w swym fachu, np. tłumaczenia Snu nocy letniej, wypadają lepiej.
Mając na uwadze rolę poezji, wagę słów i sztukę posługiwania się językiem, warto by dodać obszerniejsze opisy i rozbudować charakterystyki poszczególnych postaci. Poszerzyć ich obraz psychologiczny, oddać życie wewnętrzne, rozterki, relacje z rodzicami. Kleinbaum nie miała na to czasu. Wywiązała się ze swojej pracy poprawnie, przemycając jedno niedopowiedzenie (skąd Knox wziął numer Chris Noel?).
Opuszczenie pewnych fragmentów wyszło filmowi na dobre, podobnie jak improwizacje Williamsa czy ewidentne zmiany, takie jak symboliczny pocałunek Overstreeta zamiast spontanicznego obłapiania, który czyni jego jego miłość bardziej niewinną.
Choć bohaterowie nie są dostatecznie opisani, a w większości przypadków autorka ogranicza się do imienia i nazwiska, i jeśli nie wykażemy odrobiny dobrej woli mogą nam się mieszać, to mają do odegrania konkretne role w grupie i je realizują:
Anderson – świeżak, odstawiony przez rodziców na boczny tor, niepewny swojej wartości – dzięki kolegom i Keatingowi zyskuje pewność siebie.
Perry – serdeczny kolega, pogodny dzieciak o dobrym sercu, lokomotywa grupy; okazuje wsparcie i zainteresowanie, umie rozmawiać z każdym; zafascynowany aktorstwem, pod wpływem presji załamuje się i staje główną ofiarą dramatu (obok Keatinga).
Overstreet – emocjonalny i spragniony miłości, gotów do poświęceń – cechuje go odwaga i nieustepliwość.
Dalton – zwariowany, wierny towarzysz, wprowadza humor i motywuje kolegów. Człowiek czynu.
Meeks – typ mózgowca, podobnie jak Overstreet postać pozytywna, ale przedstawiona jednostronnie.
Pitts – po prostu jest, partneruje Meeksowi. (Meeks & Pitts – jednosylabowe, krótkie nazwiska – efekt komiczny był zamierzony).
Cameron – poznajemy go jako dupka-panikarza, a żegnamy jako gnidę i zdrajcę; postać tragiczna, którą może tłumaczyć młody wiek i wpływy środowiska, ale decyzja jaką finalnie podejmuje, przedstawiona nie jako błąd, ale wynikająca wprost z cech charakteru i obranej postawy życiowej (oportunizmu) – skazuje go na wykluczenie, ostracyzm i hańbę. Pokątnie oczernia Keatinga, nie mając przy tym żadnych wyrzutów sumienia, myśląc wyłącznie o swojej dupie. (Aby go nieco rozgrzeszyć, można by dopisać kilka linijek wskazujących na wpływ rodziców, którym zwierza się z sytuacji i którzy decydują o obwinieniu Keatinga)***.
Wedle scenariusza i nowelizacji Kleinbaum akcja rozgrywa się w górzystym stanie Vermont, ale w filmie nie mamy żadnej informacji o dokładnej lokalizacji: architektura i przyroda sugerują nam Nową Anglię lub nieco ogólniej: Wschodnie Wybrzeże. Film kręcono na terenie stanu Delaware, gdzie łatwiej o dobrą pogodę, ale kluczowym był neogotycki gmach St. Andrew’s School w Middletown, „grający” Akademię Welton, którego architektura nawiązuje do brytyjskich kampusów Oksford i Cambridge. Ukształtowanie terenu Delaware jest zupełnie inne niż w Vermont – nizinne, ponadto stan leży nad oceanem, na szerokości geograficznej odpowiadającej Andaluzji, południu Włoch, Grecji i Turcji, a Vermont Galicji, Lombardii i Prowansji. Z punktu widzenia logiki, realizmu, przeniesienie akcji bardziej na wschód lub południe było sensownym krokiem – szkoła położona gdzieś w dalekim, lesistym Vermoncie byłaby zanadto wyizolowana, mniej dostępna niż okolice Bostonu czy Nowego Jorku. (Najbardziej prestiżowe uniwersytety należące do Ivy League – Ligi Bluszczowej – takie jak Yale czy Harvard, których ławy zasilą absolwenci Welton, znajdują się w północnej części Wschodniego Wybrzeża, blisko Atlantyku. Z drugiej strony Dartmouth College jest w Hanoverze, miasteczku w New Hampshire, na granicy z Vermontem; Cornell również leży w głębi lądu, w małej Ithace).
Nie jest istotne gdzie dokładnie znajduje się fikcyjna akademia Welton****. Z punktu widzenia amerykańskiego odbiorcy, który powinien utożsamiać się z bohaterami, to nawet lepiej, że film pomija tę informację, może byłoby korzystniej gdyby Kleinbaum również ją przemilczała.
Książka króciutka, do przeczytania w dwa wieczory lub jeden leniwy dzień. Humanistyczny manifest, który broni się podwójnym przesłaniem: tym głównym, dla dorastających i zagubionych, oraz tym dla rodziców, wynikającym z tragicznego finału (śmierć Perry’ego). To z uwagi na nie warto przymknąć oko na nieskomplikowaną formę, która z punktu widzenia młodszego odbiorcy może być wręcz atutem. Jeśli młodsze generacje znajdowałyby w tej historii coś wartościowego, byłoby to bardzo krzepiące.
________________________
* Wbrew temu co piszą różni, domorośli recenzenci – książka nie jest przełożeniem filmu 1:1. Przed zakupem przeczytałem te narzekania, mimo to zdecydowałem na lekturę, licząc na wierniejszą wersję przekładu, pełniejszą listę dialogową, inną niż tekst czytany przez lektora. I nie zawiodłem się. Jeśli kogoś dręczą pewne luki fabularne, lub zastanawia zawartość tekstu z którym pracował reżyser, tekst Nancy Horowitz Kleinbaum dostarczy kilka odpowiedzi i dodatkowe sceny, w tym wersje alternatywne – kiedy to np. Knox nie ogranicza się do pocałunku, „Nuwanda” wylatuje ze szkoły, a Keating pojawia się w indiańskiej grocie i prowadzi zebranie. Oceniając tę książkę, warto mieć na uwadze, że scenariusz a produkt finalny to dwie równoległe rzeczywistości. Ze scenariusza zawsze może coś wypaść, a podczas pracy pojawią się niespodziewane kadry, improwizacje i pomysły które zrodził się pod wpływem chwili – ad hoc – w wyniku zaistniałych okoliczności. Lektura ma sens. (Usunięte sceny: https://www.youtube.com/watch?v=b_IRNN_XzPs; https://www.youtube.com/watch?v=TbYK4NKv4K0; https://www.youtube.com/watch?v=dMzJSEJyR9Q [nagrania z planu, widoczny pogrzeb Neila]).
** Co do komentarza do zdjęcia – nie ma pewności. Może została dopisany, ale znając Willamsa, idzie założyć, że po prostu nie trzymał się scenariusza. Książkowy profesor Keating to typ niepokorny, nieco egotyczny i bardziej brawurowy niż kreacja Williamsa; kładzie większy nacisk na rozbudzenie indywidualizmu, można odnieść wrażenie, że nie pojawia się to przy okazji poszczególnych tematów, ale jest celem głównym. Filmowy Keating jest bardziej stonowany, urzeka przede wszystkim ciepłem, głębią intelektualną i poprzez zdolności komiczne Robina Williamsa.
*** Może kiedyś ktoś zdecyduje się na kilkuodcinkowy serial, który rozwinie wątki poszczególnych postaci. Opowie szerzej o relacjach w klasie i między różnymi rocznikami. Pokaże, że na angielskim omawia się nie tylko poezję. Istnieje jednak możliwość, że twórcy poszliby na łatwiznę i w duchu dzisiejszych czasów zmienili orientację jednego z chłopaków, np. Todda, który nadaje się do takiej modyfikacji najlepiej z całej paczki, i uczynili z jego rozterek jeden z głównych wątków, kluczowych dla finalnej metamorfozy. Nie byłoby w tym nic złego, ale jest to motyw solidnie wyeksploatowany i ładowany wszędzie na siłę, nieadekwatnie do częstotliwości występowania. Akcja mogłaby zostać przesunięta w przyszłość: ‘59 to rewolucja na Kubie, rok wcześniej Sowieci wysłali na orbitę pierwszego satelitę, wprowadzono mikroczipy, pigułki antykoncepcyjne oraz pierwsze komputery drugiej generacji (np. IBM 7090). Ostatni rok dekady jest równocześnie początkiem nowego okresu – dla osób których nie ma już pośród nas, było to bardziej czytelne. Na tym tle Welton Academy zdaje się zupełnie nie pasować do nadchodzących czasów.
**** Wedle książki, gdzieś pod fikcyjnym Welton, albo na jego obrzeżach – zapewne w granicach administracyjnych. Już w pierwszym zdaniu dowiaduję się, że Welton założono „[…] wśród dalekich wzgórz Vermontu […]” (str. 5),a na końcu rozdziału przeczytamy jeszcze o „[…] nowym domu [dla uczniów], odizolowanym w pięknych, ale surowych lasach Vermontu” (str. 11). Welton Academy jest konsekwentnie tłumaczona przez Pawła Laskowicza jako „Akademia Weltona”, ale nie ma pewności czy nazwa miasta Welton pochodzi od czyjegoś nazwiska. W języku angielskim „Welton” popularnym toponimem, pochodzącym z połączenia staroangielskiego well (źródło, studnia) i tun (osada, zagroda; z tun zrobiło się town – miasteczko); oznacza „miasto przy źródle”.
•
Gdyby dramat w reżyserii Weira nigdy nie powstał, a książka mimo to trafiła do sprzedaży – jej ocena byłaby zdecydowanie wyższa. Z uwagi na świetnie zrealizowany film, wzbogacony wyjątkową charyzmą Williamsa, książka jest oceniana źle. Film zaoferował więcej, tekst nie wykorzystał w pełni możliwości słowa pisanego.
Za przesłanie, przypomnienie o tym, że każdy dzień jest cenny, a życie krótkie (memento mori),i trzeba czerpać z niego pełnymi garściami (carpe diem),w duchu epikureizmu (choć z umiarem),pochwałę przyjaźni, kreatywności i wychodzenia poza schematy (jednak z głową) – 10/10.
Z uwagi na walor literacki oryginału i jakość tłumaczenia, ogólną poprawność – 6/10.
Posiłkując się metodą dr J. Evansa Pritcharda, wyrysowując sobie wykres*, można dać tej mini-powieści 7/10. Dramat Schulmana pozostaje uniwersalną opowieścią o tym, co w życiu najcenniejsze: aby nie zatracić samego siebie i nie zejść na psy**.
________________________
* Str. 38-39 (rozdział V, wyd. z 2000) lub 21 minuta filmu (https://www.cda.pl/video/20135297b2) – jeśli w waszych podręcznikach do literatury ta strona również została wydarta… ;)
** Większości się nie uda.
•
SUBIEKTYWNIE O FILMIE
Film oglądałem po raz pierwszy w późnych dziewięćdziesiątych lub na początku dwutysięcznych, w wieczornym paśmie filmowym. Byłem wówczas dzieciakiem.
Zapadło mi w pamięć kilka scen: wydzieranie strony z podręcznika, palenie fajek w grocie i wizyta dziewczyn, a przede wszystkim pożegnalny hołd; wers Walta Whitmana „O kapitanie, mój kapitanie!” oraz kreacja Robina Williamsa. No i tytuł filmu, z miejsca uruchamiający ciekawość. (Być może tych seansów było więcej, może kiedyś trafiłem na niego w środku emisji?).
Dopiero w tym roku, tj. 2026, u progu czterdziestki, obejrzałem go po raz kolejny*. Zakładałem, że znam tę historię, jednak fabuła wyparowała mi z neuronów i dzięki temu przyjemność z oglądania była pełna.
Będąc dzieciakiem, nie wychwyciłem, że fabuła rozgrywa się w końcówce lat 50., w okresie o zupełnie innej obyczajowości, na tle której profesor Keating wnosił coś faktycznie ożywczego i atrakcyjnego dla chłopaków przeciążonych nauką, przytłoczonych oczekiwaniami rodziców, wymogami dyscypliny i ogłupiającą religijnością**. Kiedy myślałem o tym filmie i rozważałem ponowny seans, wszelkie detale umożliwiające prawidłową identyfikację czasu akcji, takie jak auta czy nieliczne sprzęty techniczne (gramofon, telefon) lub stroje młodzieży spoza Welton zupełnie znikły z mojej pamięci. Zastanawiałem się, czy to końcówka XIX stulecia, czy lata 20. lub 30. XX (!).
Ładne kadry, tradycyjna architektura pośród przyjemnego, znajomego, swojskiego krajobrazu, skąpanego w jesiennych barwach Wschodniego Wybrzeża, wczesne zachody słońca i ośnieżone, skute lodem akweny, pagórki i nagie drzewa***; przekonująca gra młodych aktorów, w miarę czytelna, i dobrze poprowadzona historia, a nade wszystko: piękne przesłanie. Film, który chce się oglądać, kradnący serce, określany klasykiem – w pełni zasłużenie. (Estetyka obrazu, wspólny wysiłek reżysera, scenarzysty, aktorów, osób odpowiedzialnych za casting, montaż i oprawę muzyczną – wszystko to, wyjąwszy pewne skróty fabularne, które uwypukla książka, tworzy dzieło kultowe).
Charyzmatyczny, empatyczny Keating, wzbogacony o talent komiczny Williamsa, idący pod prąd, ale tak, by nikogo nie ranić – to niemalże ideał belfra. Pasjonata, który zaraża swoimi fascynacjami, zdobywa uwagę i serca. Pomaga przezwyciężyć słabości i rozwijać talenty, pozostając mentorem również po dzwonku.
Całość angażuje emocjonalnie, budzi w człowieku to, co najlepsze.
Produkcja idealna dla nastolatków, subtelnie zaszczepiająca zdrowe podejście, a jednocześnie przestroga dla przeżartych przez ambicję rodziców, którzy, skupiając się na celu, tracą z pola widzenia dziecko****.
________________________
* Przez całe dzieciństwo, kiedy nie było innych rozrywek, oglądałem pewne filmy wielokrotnie. Ilekroć leciały w telewizji, zaliczałem seans. Dziś już z rzadka decyduję się na spontaniczny re-watch – szkoda mi na to czasu. Warto zaostrzyć selekcję i nie naśladować ogółu – zamiast oglądać wtórną słabiznę, desperacko skacząc po kanałach, lepiej zobaczyć raz na jakiś czas coś dobrego. Im człowiek starszy, im więcej klasyki odhaczonej, tym głód fabularny mniejszy. Mało co wydaje się realnie wartościowe i potrzebne, a kiedy główną motywacją jest zarobek, powstają gnioty i potworki. W dorosłym życiu, przypadkowe treści, głównie rozwlekłe programy o niczym, seriale niskich lotów i wieczne powtórki nie miały już dla mnie wiele do zaoferowania – odrzuciłem telewizję bez żalu. Początkowo, jeszcze z rzadka oglądając co lepsze filmy w nocnym paśmie, po powrocie z roboty, a potem włączając odbiornik tylko na wiadomości. Po przeprowadzce telewizor trafił do szafy i tam już pozostał.
** Tragedia, Horror, Dekadencja, Perwersja (zamiast Traditon, Honor, Discpline, Exellence [Perfekcja] – czterech sztandarowych zasad akademii). Tej trawestacji w książce zabrakło. Pięknie oddaje humor i dystans, których Welton, przezywana przez chłopców Piekłem (Hellton),nie zdołała stłamsić.
*** Samo ukazanie sportów drużynowych, np. wioślarstwa, mundurki i stroje luźniejsze, muzyka poważna i słuchany ukradkiem rock’n’roll, stare mury i staroświeckie wnętrza… wszystko to składa się na obraz minionej epoki, na elitarną placówkę, archaiczną na tle innych – w Stanach i na świecie.
**** Męska szkoła z internatem jest na Zachodzie doświadczeniem mniejszości, a rodzicielska presja i surowa obyczajowość lat 50., w tym kary cielesne – należą już do przeszłości. Rozkruszyły je zmiany społeczne lat 60. i 70., a 80. wprowadziły kompletne poluzowanie i plastic-fantastic. Nie oznacza to jednak, że zniknęły zupełnie, np. w Korei Południowej normy edukacyjne Welton mogą wydać się zaskakująco znajome. I nie tylko tam.
•
UWAGI (tłum. Paweł Laskowicz, wyd. Bertelsmann Media Sp. z o.o. jako Klub Świat Książki i Rebis, Warszawa/Poznań 2000; wydanie z logo ŚK na grzbiecie, na okładce scena spoza filmu – Robin Williams stoi okrakiem na biurkach uczniów):
Str. 6 – Doskonałość, jedna z czterech cnót Akademii Welton (w oryginale: Excellence); dobrany termin brzmi nieadekwatnie, co dobrze sygnalizuje definicja przygotowana przez jednego z uczniów: „Doskonałość to rezultat ciężkiej pracy […]” (str. 9) – czyli pożądany rezultat – suma doświadczenia i mądrze realizowanych starań, lepiej pasowałaby tu Perfekcja.
Str. 22 – poranna toaleta ma miejsce przed śniadaniem na stołówce? W tak renomowanej szkole średniej, o tak wyśrubowanych normach obyczajowych, siedzi się w przepoconych piżamach? A może je się w pokojach?
Str. 75-76 – skąd Knox Overstreet miał telefon do dziewczyny syna państwa Danburrych? Jest to dziura fabularna – można ją wyjaśnić pomocą siostry Cheta, Giny, która ma dużo do powiedzenia na temat brata. W filmie wątek urywa się zaraz po powitaniu przez głowę domu.
Str. 6 – nie zapalone (niezapalone); str. 7 – nie zmącona (niezmącona); str. 10/111/151 – campusu (kampusu); str. 41 – Nie kończących (Niekończących); str. 41 – nie opętane (nieopętane); str. 48 – brak trzeciego znaku w wielokropku; str. 68 – nie dokończone (niedokończone); str. 71 – nie wtajemniczonym (niewtajemniczonym); str. 85 – nie zmieszana (niezmieszana); str. 87 – nie zauważony (niezauważony); str. 93/94 – rozdział X rozpoczyna się kontynuacją IX, nie ma żadnego uzasadnienia dla podziału sceny z wstawionym Knoxem, to nie cliffhanger; str. 94 – „cz uję” (błąd zecerski); str. 100 – nie przespanej (nieprzespanej); str. 106 – nie przeczytanych (nieprzeczytanych); str. 106/107 – nie kończących (niekończących); str. 107 – nie przeczytane (nieprzeczytane); str. 116 – nie dokończoną (niedokończoną); str. 121 – nie odśnieżoną (nieodśnieżoną). „Pittsiu” w oryginale zapewne Pittie/Pitty, i można było tak to śmiało zostawić; Stowarzyszenie Umarłych Poetów jest zapisywane tak, że tylko pierwszy człon rozpoczyna się dużą literą (!).
OPINIE i DYSKUSJE o książce Memoirs of a Geisha
Nie potrafię obiektywnie ocenić tej książki. Jako nastolatka zakochałam się w historii z filmu. Jako dorosła kobieta zupełnie inaczej patrzę na historie z książki.
Nie potrafię obiektywnie ocenić tej książki. Jako nastolatka zakochałam się w historii z filmu. Jako dorosła kobieta zupełnie inaczej patrzę na historie z książki.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWyznania gejszy” to prawdziwa bajeczka, ale napisana naprawdę ładnie i z ogromnym urokiem. Już od pierwszej strony wciąga czytelnika tak mocno, że trudno odłożyć książkę – po prostu musisz wiedzieć, co dalej stanie się z bohaterką.
Historia młodej Chiyo, która z biednej rybackiej wioski trafia do świata gejsz i staje się słynną Sayuri, jest pełna emocji. Cały czas szczerze kibicujemy głównej bohaterce. Trzymamy kciuki, żeby przetrwała wszystkie trudności, żeby jej się udało i żeby w końcu odnalazła szczęście. Z kolei Hatsumomo to postać, którą po prostu nienawidzimy z całego serca. Jest piękna, ale jednocześnie toksyczna, złośliwa i okrutna – idealna antagonista, która dodaje powieści mnóstwo napięcia i sprawia, że czytamy z prawdziwą pasją.
Największą zaletą książki są przepiękne, szczegółowe opisy życia gejsz i Japonii na początku XX wieku. Arthur Golden z wielką dbałością maluje ten świat: eleganckie kimona, misterne makijaże, ceremonie parzenia herbaty, tradycyjne tańce i atmosferę dzielnicy Gion. Dzięki tym opisom czytelnik naprawdę czuje klimat tamtych czasów – ich urodę, ale też surowość i skomplikowane reguły, które rządziły życiem gejsz. Te fragmenty są po prostu zachwycające i zostają w pamięci na długo.
Kolejnym dużym atutem jest to, że książkę czyta się bardzo łatwo i szybko. Język jest lekki, przyjemny i płynny, bez zbędnych komplikacji. Strony mijają niemal same, więc nawet jeśli nie masz dużo czasu, spokojnie przeczytasz ją w kilka wieczorów. To idealna lektura na relaks i oderwanie się od codzienności.
Wyznania gejszy” to prawdziwa bajeczka, ale napisana naprawdę ładnie i z ogromnym urokiem. Już od pierwszej strony wciąga czytelnika tak mocno, że trudno odłożyć książkę – po prostu musisz wiedzieć, co dalej stanie się z bohaterką.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toHistoria młodej Chiyo, która z biednej rybackiej wioski trafia do świata gejsz i staje się słynną Sayuri, jest pełna emocji. Cały czas szczerze...
Bardzo dobrze napisana książka, poziom immersji jest niesamowity, historia jest interesująca, szybko się czyta.
Bardzo dobrze napisana książka, poziom immersji jest niesamowity, historia jest interesująca, szybko się czyta.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPolecam. Ubóstwo.Gejsze o jakich nie wiemy wiele. Wojna.
Polecam. Ubóstwo.Gejsze o jakich nie wiemy wiele. Wojna.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDobre, naprawde dobre, mozna poczuc swiat, w ktorym zyja gejsze. 8/10
Dobre, naprawde dobre, mozna poczuc swiat, w ktorym zyja gejsze. 8/10
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNie jest to książka zbyt wymagająca, ale muszę przyznać, że owa opowieść o minionych już czasach japońskich gejsz ma w sobie "to coś", co sprawia, że potrafi całkiem wciągnąć.
Lektorska interpretacja Marii Peszek jak najbardziej godna polecenia, pozwala wczuć się w klimat historii.
---
> W tym wypadku łatwo poznać cywilizowaną naturę człowieka. Dziewczyna w czasie tortur najzwyczajniej siedzi, czasem tylko z cicha pochlipując pod nosem. Pies na jej miejscu przegryzłby ci dłoń na wylot.
> Gdyby każda młoda gejsza napełniała czarkę jak zwykła służąca, ród męski dawno straciłby wszelką nadzieję.
Nie jest to książka zbyt wymagająca, ale muszę przyznać, że owa opowieść o minionych już czasach japońskich gejsz ma w sobie "to coś", co sprawia, że potrafi całkiem wciągnąć.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toLektorska interpretacja Marii Peszek jak najbardziej godna polecenia, pozwala wczuć się w klimat historii.
---
> W tym wypadku łatwo poznać cywilizowaną naturę człowieka. Dziewczyna w czasie...
Pochłonęłam mega szybko, polecam
Pochłonęłam mega szybko, polecam
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toRewelacyjna w segmencie historii opowiadanej z perspektywy czasu, podobał mi sie swiat w książce przestawiony i to jak sie przez lata zmieniał, tak jak i główna bohaterka
Rewelacyjna w segmencie historii opowiadanej z perspektywy czasu, podobał mi sie swiat w książce przestawiony i to jak sie przez lata zmieniał, tak jak i główna bohaterka
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMężczyzna opisujący świat kobiet. Człowiek zachodu opisujący świat wschodu. A mimo to czyta się to dobrze i z zaciekawieniem
Mężczyzna opisujący świat kobiet. Człowiek zachodu opisujący świat wschodu. A mimo to czyta się to dobrze i z zaciekawieniem
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toW trakcie czytania miałam wrażenie, że autor cały czas zmyśla. Co jakiś czas sprawdzałam sobie, czy niektóre wątki były możliwe, czy faktycznie tak wyglądała kultura Japonii. Naprawdę mu nie wierzyłam w nic.
Najbardziej zdenerwował mnie wątek dobrych amerykańskich żołnierzy, którzy rozdawali cukierki dzieciom. Ani słowem nie wspomniano o zbombardowaniu Hiroshimy i Nagasaki. Na pewno Japończykom to umknęło. Tak, już w to wierzę...
Nienawidzę opisywania przez białego Amerykanina historii Japonii jakby faktycznie się na niej znał i ją rozumiał, a jednak przemycił dobrych Amerykanów w trakcie wojny. "Na pewno tak widziano ich w Japonii w tym czasie. Nie zmyślam". To było tak żałosne, że brak mi na to słów.
Książka rozwleczona i przesycona głupotami. Tani romans dołączany do gazety za 5 zł, bo się nakład nie sprzedał przykryty pod podszewką wartościowej i głębokiej literatury. Nie wiem, jakim cudem świat się nabrał.
W trakcie czytania miałam wrażenie, że autor cały czas zmyśla. Co jakiś czas sprawdzałam sobie, czy niektóre wątki były możliwe, czy faktycznie tak wyglądała kultura Japonii. Naprawdę mu nie wierzyłam w nic.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNajbardziej zdenerwował mnie wątek dobrych amerykańskich żołnierzy, którzy rozdawali cukierki dzieciom. Ani słowem nie wspomniano o zbombardowaniu Hiroshimy i...