rozwińzwiń

Człowiek, który przebiegał przez ulicę

Okładka książki Człowiek, który przebiegał przez ulicę autorstwa Andris Kolbergs
Okładka książki Człowiek, który przebiegał przez ulicę autorstwa Andris Kolbergs
Andris Kolbergs Wydawnictwo: Czytelnik literatura piękna
326 str. 5 godz. 26 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Cilvekis, kurš skreja pari ielai
Data wydania:
1989-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1989-01-01
Liczba stron:
326
Czas czytania
5 godz. 26 min.
Język:
polski
ISBN:
8307013925
Tłumacz:
Irena Opielińska-Bator
Powieść, w której wątek kryminalny posłużył autorowi jako pretekst do przedstawienia dnia codziennego mieszkańcow łotewskiej stolicy - Rygi. Codzienna rzeczywistość, ukazana bez upiększeń, z lekkim akcentem satyrycznym, jest tłem dla poczynań szajki aferzystów, którzy drobne a istotne luki w przepisach prawnych usiłują wykorzystać do własnych celów.
Średnia ocen
6,9 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Człowiek, który przebiegał przez ulicę w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Człowiek, który przebiegał przez ulicę

Średnia ocen
6,9 / 10
10 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Człowiek, który przebiegał przez ulicę

Sortuj:
avatar
1108
1108

Na półkach: , ,

12/180/2024
Ależ to zajmująca opowieść! Żadna sensacja, nie wierzcie okładce. Taka sensacja, jak nasze milicyjne kryminały z PRL. Grupka cwaniaczków robi przekręty gospodarcze. Ale takie przekręty na miarę tamtych przaśnych czasów - racjonalnie szyją garnitury (wbrew zasadom obowiązującym w szwalni, której taka racjonalizacja nie interesowała) i z zaoszczędzonego materiału na boku produkują kolejne (garnitury). Hoho, normalnie przekręt stulecia!
Opowieść zaczyna się od wypadku tramwajowego. Pani wpadła. ale chyba ją ktoś wepchnął. Śledztwo w tej sprawie toczy się trochę z boku, bo jednak przedsiębiorczy krawcy są na głównym planie. Boska opowieść o realiach lat powojennych (60-te? 70-te? Chyba nie da się wywnioskować...) w Łotewskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej.
"Minął nowy kościół św. Gertrudy, sklep "Zręczne ręce", w którym sprzedawano resztki i odpady z produkcji różnych zakładów przemysłowych i który właśnie oblegały kobiety z siatkami w rękach (...)." Sklep z resztkami i odpadami!
I jeszcze o rozbudowywanym latami domku: "W taki oto sposób - łata do łaty - dom rozrósł się do czterdziestu metrów kwadratowych."
A jeszcze w ramach podrywania kobiet brało się je nad morze do Palangi na Litwie! Ha! Byłam! Mam piękne czarno-białe zdjęcia w czapeczce z pluszowym kotkiem w rączce! Dwuipółletniej. Rączce. Samolotem leciałam z Wilna. To były czasy egzotyczne...

12/180/2024
Ależ to zajmująca opowieść! Żadna sensacja, nie wierzcie okładce. Taka sensacja, jak nasze milicyjne kryminały z PRL. Grupka cwaniaczków robi przekręty gospodarcze. Ale takie przekręty na miarę tamtych przaśnych czasów - racjonalnie szyją garnitury (wbrew zasadom obowiązującym w szwalni, której taka racjonalizacja nie interesowała) i z zaoszczędzonego materiału...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
230
230

Na półkach: ,

Nieżyjący już łotewski autor pozostawił po sobie bardzo dobrze napisaną książkę. Ponieważ, jak czytamy na okładce różnych zajęć się w życiu imał, realizm ryskiej rzeczywistości bije z każdej przeczytanej strony.
Autor zaczyna opowieść motywem kryminalnym, po czym rozwija, pozornie niemające z nim nic wspólnego, wątki kilku (kilkunastu) bohaterów rozpoczynających swoje tzw. kariery w myśl zasady "każdy orze, jak może".
W książce nie zabrakło również świetnej satyry, zarówno w opisach, jak i dialogach.
Trochę dziwnie czyta się dzisiaj książkę, w której występują obywatele i obywatelki oraz ekspedientki w fartuszkach.
Ale żeby nie było tak słodko. Bardzo szczegółowo autor przedstawił proces produkcji garniturów w jednym z ówczesnych ryskich zakładów odzieżowych. Rozumiem jednak, iż był to zabieg celowy, aby w sposób przenikliwy pokazać przestępczy proceder. Ale to tylko taka mała szpileczka z mojej strony.
Ogólnie dla mnie książka świetna.

Nieżyjący już łotewski autor pozostawił po sobie bardzo dobrze napisaną książkę. Ponieważ, jak czytamy na okładce różnych zajęć się w życiu imał, realizm ryskiej rzeczywistości bije z każdej przeczytanej strony.
Autor zaczyna opowieść motywem kryminalnym, po czym rozwija, pozornie niemające z nim nic wspólnego, wątki kilku (kilkunastu) bohaterów rozpoczynających swoje...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
236
59

Na półkach: ,

No cóż, tak naprawdę nie wiem, co napisać o tej książce.
Akcja rozgrywa się w latach siedemdziesiątych, kiedy to samochód był szczytem marzeń wielu, a rozmowy telefoniczne trzeba było zamawiać, bo na podłączenie telefonu czekało się nawet kilka lat. Dziś zastanawiamy się, jak można było tak żyć. Można było.

Wróćmy jednak do książki. To powieść sensacyjna. Przeplatają się dwa wątki - wyjaśnianie wypadku na jednej z ulic Rygi (Łotwa) i życie pozornie uczciwych obywateli łotewskich, a właściwie ich podwójne życie. Czytając tę książkę uświadamiamy sobie, że trzeba wiedzieć, kiedy powiedzieć STOP, gdy zabrnie się za daleko, niż powinno.

Moim zdaniem autor bardzo dobrze poradził sobie z opisem bohaterów, przedstawieniem ich psychiki, momentów zachwiania.

Brnąc z każdą przeczytaną stroną zastanawiamy się, dlaczego autor przeplata ze sobą dwa wydawało się nie związane ze sobą wątki.

Na zakończenie powiem, a właściwie napiszę tak - nigdy nie sięgnęłabym po ten tytuł, gdybym nie musiała szybko wziąć z półki jakiejś książki na daleką podróż. Książka stała na półce kilkanaście lat (nagroda szkolna). Nie żałuję tej decyzji i zachęcam do przeczytania "Człowieka, który przebiegał przez ulicę", bo moim zdaniem warto.

No cóż, tak naprawdę nie wiem, co napisać o tej książce.
Akcja rozgrywa się w latach siedemdziesiątych, kiedy to samochód był szczytem marzeń wielu, a rozmowy telefoniczne trzeba było zamawiać, bo na podłączenie telefonu czekało się nawet kilka lat. Dziś zastanawiamy się, jak można było tak żyć. Można było.

Wróćmy jednak do książki. To powieść sensacyjna. Przeplatają się...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

36 użytkowników ma tytuł Człowiek, który przebiegał przez ulicę na półkach głównych
  • 25
  • 11
10 użytkowników ma tytuł Człowiek, który przebiegał przez ulicę na półkach dodatkowych
  • 3
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Człowiek, który przebiegał przez ulicę

Inne książki autora

Andris Kolbergs
Andris Kolbergs
Andris Kolbergs - pisarz łotewski. Urodził się w 1938 w Jurmale, był synem kapitana statku. W latach 1966–1968 studiował na Moskiewskim Państwowym Uniwersytecie Graficznym. Pracował w wielu zawodach, m.in. jako konstruktor wagonów i pracownik fabryki elektrotechnicznej, później został korespondentem ryskiego magazynu humorystycznego "Dadzis". Znajomość różnych środowisk społecznych wykorzystywał w swoich powieściach, wyróżniających się bogactwem realiów codziennego życia i wyrazistą charakterystyką postaci. Pierwszą powieść wydał w 1969. Kilka jego książek zostało zaadaptowanych do filmów przez Studio Filmowe w Rydze.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

13 współczesnych opowiadań włoskich Italo Calvino
13 współczesnych opowiadań włoskich
Italo Calvino Dino Buzzati Alberto Moravia Cesare Pavese Alberto Arbasino Pier Paolo Pasolini Anna Maria Ortese Giuseppe Dessi Luigi Compagnone Natalia Ginzburg Nino Palumbo Beppe Fenoglio Carlo Montella
Zaskakująco dobry i równy zbiór. Najlepsza: bezdyskusyjnie "Mrówka argentyńska" Itala Calvina. *** No i tak się powinno robić antologie opowiadań! Jasne kryteria wyboru, posłowie, notki o autorach – to standard. Największym problemem wszelkiej maści antologii jest zazwyczaj niechlujny dobór opowiadań oraz ich skandalicznie nierówny poziom, co tylko po części można tłumaczyć różnicą gustów. Zbiór pod redakcją Henryka Krzeczkowskiego uniknął wszystkich pułapek. Jestem pod wrażeniem równego, wysokiego poziomu antologii; może za wyjątkiem dwóch opowiadań, które wyraźnie odstają (przeciętne "W rodzinie" Anny Marii Ortese oraz niewiarygodnie miałkie "Małe wakacje" Alberto Arbasino). Pozostali autorzy dostarczają podczas lektury większej lub mniejszej literackiej rozkoszy, ale poprzeczkę z napisem „dobra literatura” przeskakują już w pierwszej próbie, i to bez strącenia. Ale nawet najświetniejsze zespoły mają swego lidera. Frontmanem tej włoskiej kapeli jest bez wątpienia Italo Calvino. Jego "Mrówka argentyńska" to opowiadanie klasy światowej. Małżeństwo z malutkim dzieckiem przeprowadza się do nowego domu w pięknej, wiejskiej okolicy. Wkrótce okazuje się, że miejsce opanowała kolonia mrówek. Owady są wszędzie i nie dają się wytępić żadnymi środkami. Każdy z sąsiadów radzi sobie z nimi w inny sposób – jedni walczą do upadłego, niektórzy testują nowe rozwiązania, zaś jeszcze inni udają, że problemu nie ma. Mrówki są tutaj – przynajmniej dla mnie – synonimem przeszkody, problemu. Po okolicy wałęsa się tajemniczy jegomość nazwiskiem Baudino, rozstawiając talerzyki z melasą, rzekomo w celu wytrucia mrówek. Co zrobią bohaterowie? Warto się przekonać. To najjaśniejsza perła zbiorku, ze świetnie odmalowaną mechaniką działania niewielkich społeczności. Kto zna Calvina, ten wie: czegokolwiek się on nie tknie, zamienia w złoto. Jest dwuznacznie, tragikomicznie, ale zawsze intrygująco. "Miał lat około pięćdziesięciu, był ubrany w czarny garnitur, znoszony i spłowiały, wyglądał na pijaczynę, a włosy, jeszcze ciemne, czesał z dziecinnym przedziałkiem. Powieki były przymknięte, uśmiech trochę namaszczony, oczy i nos zaczerwienione, a głos wydawał z siebie gdakający, trochę księżowski, z silnym nalotem miejscowego dialektu. Od nerwowego tiku tworzyły mu się zmarszczki w kątach ust i nosa. Opisuję go tak szczegółowo usiłując uchwycić dziwne wrażenie, które wywoływał". Świetny jest też Buzzati ze swoim baśniowym "Zabójstwem smoka", choć ta historia była mi już znana z jego "Sześćdziesięciu opowiadań". Pisarz, poeta i reżyser filmowy Pier Paolo Pasolini kreśli przekonujący, mocno zakurzony obraz dnia z życia miejskich uliczników i urwisów, skomplikowanej grupy chłopaków, którzy nie tworzyli żadnej sensownej zbiorowości, rozpraszając się co chwila we wszystkich kierunkach; którzy nie znosili się nawzajem i zazdrościli, a jednak spędzali całe dnie w swoim towarzystwie. To znajdziecie w "Obrazkach z życia Testaccio". Swoją renomę potwierdza Alberto Moravia (warto sprawdzić jego dziwaczny i niepokojący "Hotel Splendido" we włoskich "Opowieściach niesamowitych" PIW-u). "W obcym kraju" to przekorna to historia faceta uwikłanego w relację z kobietą, którą uważa za głupią. Kobieta z kolei sprawia wrażenie, jakby spotykała się z nim jedynie z braku lepszego zajęcia. Moravia lawiruje z gracją slalomisty w tej gęstej atmosferze jednego pokoju i złośliwie podsyca emocje bohaterów; ku uciesze czytelników. Bardzo zacne opowiadanko. Z nieznanych mi wcześniej pisarzy ciekawa fabułę zawiązuje Luigi Compagnone w "Graczach", gdzie do skazanego na śmierć młodzieńca przybywa delegacja złożona z lekarza, sędziego, kata i kapelana. Po krótkiej rozmowie zaczynają grać w karty, odwlekając tym samym godzinę egzekucji. Sprawdza się Giuseppe Dessi ("Wyspa Anioła") w nieco może zbyt romansowym i melodramatycznym tonie, ale – muszę mu to przyznać – dobrze napisanej historii żołnierza, który po latach tułaczki i niewoli wraca do rodzinnego miasteczka w nadziei odszukania swej narzeczonej i rodziny. W wielce udanej "Wycieczce niedzielnej" Carlo Montella z przymrużeniem oka opisuje odyseję urzędnika, pana Barnabo, który raz do roku, na nadejście wiosny, zabiera rodzinę na wycieczkę tramwajem na drugi koniec miasta. W drodze powrotnej dochodzi do rozdzielenia rodziny… Całość, utrzymana w kpiarskim, gawędziarskim tonie to tak naprawdę historia podróży z domu w nieznane, z codziennej rutyny w głąb siebie. Pozytywne zaskoczenie! Śmierć matki, a przy okazji rodzinne więzy opisuje Natalia Ginzburg w "Mamie". Bezduszna narracja pozbawiona jest ozdobników i skupia się na relacjonowaniu kolejnych wydarzeń, wspomnień i myśli. Nie ocenia ich, nie komentuje, przez co ładunek emocjonalny tej opowiastki potęguje się. "I coraz trudniej było im wyobrazić sobie jednocześnie krótkie, kręcone włosy (…) i usta. Kładła na twarz grubą warstwę żółtego pudru – to pamiętali dobrze. Z czasem była to już tylko żółta plamka, niezdolna przybrać kształtu policzków i twarzy. Zresztą teraz zrozumieli, że nie bardzo ja kochali i że ona też chyba nie za bardzo ich kochała; gdyby ich kochała, nie zażyłaby trucizny. (…) Lata mijały, chłopcy rośli, a ta twarz, której nie kochali, znikała na zawsze". *** Podczas lektury tej antologii, wykrzywiałem swoją twarz w różnych grymasach. Sardoniczny uśmiech u Calvino i Montelli, smutek u Dessiego i Ginzburg, niedowierzanie u Moravii. Na dokładkę paskudny grymas niechęci, krzywy jak wieża w Pizie, z każdą stroną bardziej, podczas lektury "Małych wakacji" Arbasino. W ostatecznym rozrachunku, "13 współczesnych opowiadań włoskich" to jednak bez wątpienia dobry zbiór, prezentujący różne oblicza współczesnej (wówczas) literatury włoskiej; zbiór, w którym każdy znajdzie coś dla siebie, nawet jeśli na co dzień Italię i jej literackie skarby ma w głębokim poważaniu.
MilczenieLiter - awatar MilczenieLiter
ocenił na71 rok temu
Marzyciele Knut Hamsun
Marzyciele
Knut Hamsun
„Marzyciele” to całkiem przyjemna, lekka opowiastka – szczególnie jeśli ma się ochotę na coś krótkiego, nastrojowego i nie wymagającego od czytelnika zbyt wielkiego wysiłku intelektualnego. Akcja toczy się powoli, powietrze jest ciężkie od letniego upału i młodzieńczej melancholii, a dialogi mają w sobie ten charakterystyczny dla Hamsuna trochę senny, trochę ironiczny ton.Nie jest to wielka literatura i nie udaje, że nią jest. Fabuła jest dość przewidywalna, a konflikt między postaciami – powiedzmy sobie szczerze – ociupinkę trywialny. Mamy tu klasyczny zestaw: młodzi, ładni, rozkapryszeni ludzie, którzy nie bardzo wiedzą, czego chcą od życia i od siebie nawzajem, plus odrobina prowincjonalnej nudy i odrobina prowincjonalnej namiętności. I to w zasadzie tyle.Ale jest jedna rzecz, która ratuje tę książkę przed byciem całkowicie przeciętną – i dla mnie osobiście jest to jednocześnie największy atut „Marzycieli”.Hamsun naprawdę znał się na kobietach.Nie chodzi o żadne romantyzujące bzdury ani o ckliwe idealizowanie. On po prostu rozumiał, jak działają kobiece emocje, kaprysy, mechanizmy obronne, sposób w jaki kobieta potrafi jednocześnie pragnąć i odpychać, kochać i karać, być szczera i grać – wszystko naraz. Postacie kobiece w tej książce są żywe, wielowymiarowe i momentami boleśnie prawdziwe – nawet jeśli same sytuacje, w których się znajdują, są dość banalne.W porównaniu z wieloma innymi pisarzami (nawet tymi bardzo dobrymi),którzy kobiety traktują albo jak anioły, albo jak alegorie, albo jak rekwizyty do pokazania męskiego cierpienia – Hamsun patrzy na nie po prostu jak na ludzi. Trochę przewrotnych, trochę nielogicznych, bardzo emocjonalnych ludzi. I to właśnie nadaje tej małej książeczce specyficzny urok i sprawia, że czyta się ją z przyjemnością, mimo że co chwilę przewracamy oczami na kolejną oczywistość fabularną.Podsumowując: Jeśli szukasz arcydzieła – to go tutaj brak. Jeśli masz ochotę na klimatyczną, wiosenno - letnią, trochę ckliwą i trochę złośliwą historyjkę napisaną przez kogoś, kto naprawdę rozumiał płeć przeciwną – to „Marzyciele” spokojnie dadzą radę. 7/10 to moim zdaniem bardzo uczciwa nota.Przyjemnie się czyta → tak Zapada w pamięć → raczej nie Warto przeczytać raz w życiu? → jak najbardziej, zwłaszcza jeśli lubisz Hamsuna.
Janszklanko - awatar Janszklanko
ocenił na73 miesiące temu
Opowieść o Såmie Per Olof Sundman
Opowieść o Såmie
Per Olof Sundman
Miłość, umiejętność wybaczania i dobre serce to jedne z bardzo ważnych, jeśli nie najważniejszych zalet, jakie każdy człowiek powinien posiadać i się nimi charakteryzować. Ale nie zawsze tak jest, niestety. W pogoni za pieniądzem, robieniem kariery, zdobywaniem kolejnych lajków, często zatracamy te jakże podstawowe, przypisane nam od urodzenia umiejętności empatii, współodczuwania, umiłowania drugiego człowieka. Wydawać by się mogło, że czasami lepiej ukrywać prawdziwe uczucia, żeby nie zostać zdradzonym czy oszukanym, a nawet wyśmianym. Żeby nie cierpieć. Ale czy tak powinno być? Może jednak warto się trochę sparzyć, dostać po d....e, żeby wzmocnić swój charakter, swoją moc w sposób naturalny, ludzki. Bo takie "granie" kogoś kim tak naprawdę nie jesteśmy może się dużo gorzej skończyć. Poza tym jest to chyba dość męczące i może doprowadzić do obłędu tak cały czas udawać i musieć się kontrolować na każdym kroku. Nie wiem, tak przypuszczam... Uczucia z jakimi mają do czynienia bohaterowie Opowieści o Samie są prawdziwe, bolesne i dramatyczne. Brak zrozumienia, empatii, nieumiejętność wybaczenia, zdrada i żądza zemsty to bardzo pierwotne instynkty nad którymi powinniśmy umieć zapanować. Dla człowieka o kryształowym sercu i czystych intencjach pewne zachowania, zdrada w szczególności zawsze będą bardzo bolesnym i traumatycznym przeżyciem, ale nie oznacza to, że należy rezygnować z siebie, ze swojego prawdziwego ja, poddawać się presji otoczenia czy otaczających nas osób. Bycie sobą wbrew wszystkim i wszystkiemu może być ciężkie, ale nie niemożliwe do zrealizowania i takie przesłanie, z którym w całości się zgadzam ja wyniosłam z tej opowieści. Serdecznie polecam.
kasiaman55 - awatar kasiaman55
ocenił na64 lata temu
Historia kawalera z różą i ciężarnej dziewicy z Liliputu Juan Carlos Onetti
Historia kawalera z różą i ciężarnej dziewicy z Liliputu
Juan Carlos Onetti
W którejś z wczesnych ,,Literatur na świecie" drukowano Onettiego ,,Sen urzeczywistniony". Jako, że miałem ten numer Literatury, to przeczytałem. Kiedyś, dawno temu... To jest jednak taka pisanina, że jak raz przeczytasz, to będziesz już to nazwisko pamiętał...albo rzucisz to w diabły, zanim dobrniesz do końca. No to tak sobie ,,Sen.." czytałem, coraz bardziej będąc pochłoniętym i uśmiechniętym na to jak Blanes gada wciąż i wciąż do narratora, że się ten zrujnował dla Hamleta i czegoż to on tam dla tego Hamleta jeszcze nie uczynił (czego oczywiście nigdy nie uczynił )... A jakie wyborne to, jak ten pijak, zatrator i ekscentryk- Blanes, który mając za chwilę otrzymać od narratora nowinę o intratnej realizacji scenki teatralnej, zamówionej przez nieznajomą- reaguje na to, że narrator właśnie przyszedł do niego z arcyważną wiadomością- jak łazi, goli się i myje, pali, leży by w końcu (rewelacyjne) wskazać paluchem na sufit i na to co tam zwisa z tego sufitu i dopiero po tym wszystkim, wygłosić to swoje ,, dobra. Mów pan." Ooo..to są moje klimaty, cmokałem, przyglądając się osobie Blanesa poprzez to co gada- a gada niewiele... i temu jak oszczędnie a jednocześnie dobitnie autor kreśli swych bohaterów...i jak Blanes, ten wiecznie pijany cynik, w końcowej scenie krzycząc do narratora to co krzyczy, po tym co się stało- ujawnia nam swą prawdziwą twarz, co zresztą wcześniej było już wyczuwalne...Noo, to dobra robota jest-cmokałem, widząc jak genialnie, za pomocą krótkich epizodów, autor buduje w wyobrazni czytelnika obraz bohaterów, nie opisując ich specjalnie. Mimo, że nie doszedłem w końcu do tego , dlaczego w tej historii stało się to co się stało- nie złorzeczyłem w duchu na stracony czas tylko zakupiłem na starociach ,,Historię Kawalera.." Tam patrzę, a na starcie właśnie ,,Sen urzeczywistniony"... No to ponownie z ochotą przeczytałem, bo to są takie rzeczy, że się je po kilka razy czyta, a podczas każdego czytania jeszcze się ponownie wraca do niejednego zdania , które dopiero co przeczytaliśmy (on specjalnie to w taki sposób robi...) Jak ten ,,Sen.." ponownie przeczytałem (no i jak on to specjalnie w taki sposób robi...) to liczyłem na to, że może cały tomik opowiadań Onettiego będzie w tym stylu i, że się dobrze ubawię i ze smakiem...tak ten ,,Sen.." jest mistrzowsko napisany, mimo dziwnego dla mnie wtedy jeszcze i nieoczekiwanego zakończenia. No to dawajże poznać resztę... Okazało się oczywiście, że jest inaczej niż to sobie wyobrażałem, bo opowiadania zamieszczone tam, pisane były na przestrzeni wielu lat, i w związku z tym nie otrzymałem tego , na co liczyłem, chcąc się rozerwać przy dobrej pisarskiej robocie. Nie otrzymałem więc klonów ,,Snu..", licząc na dużą ilość pozornie absurdalnego humoru również. Dostałem w tym tomie coś czego się nie spodziewałem zupełnie... Jakie mam subiektywne wrażenia, które być może popchną kogoś z Państwa, kto tego nie czytał, do lektury książki...? Przeczytajcie pierwszą historię i połknijcie haczyk. Z dużym prawdopodobieństwem zostaniecie do końca seansu- przeglądu bajań pana Onettiego. I to mimo tego, że dalej śmiesznie nie będzie i, że akcja będzie ,,zwalniać" i, że ,,marnawa" czasem i, że prawie jej nie ma miejscami, a jednocześnie ,,dzieje się tam".... Bo z kolejnymi opowiadaniami, w kategorii ,,sensacji" dzieje się coraz mniej, a jednocześnie jest wciąż ,,doniośle" I ta doniosłość chwil i sytuacji zostaje z czytelnikiem. Jednocześnie po drugim, trzecim opowiadaniu będziecie już tak otuleni mgłą, opadającą na was stopniowo, mgłą w której będziecie sobie niespiesznie spacerować dla samej przyjemności spacerowania, że ciekawie będzie- i na bezdrożach, które miejscami Onetti stwarza swym pisaniem, czy w jakichś dziurach, wykrotach czy innych krzakach sytuacyjnych... Czasem ścieżka historii po której kroczymy jest widoczna, czasem zdaje się nam, że jest widoczna ale coś jakby nie bardzo... Czasem nie będzie miało znaczenia, w jakim kierunku idziecie i jak bardzo namacalny będzie obiekt w kierunku którego wraz z autorem zmierzacie. Raz dojdziecie do czegoś realnego a innym razem będzie to jakiś fantom raczej... Jak już się załapiecie na tę zabawę- do głowy wam nawet nie przyjdzie coś w stylu- ,,bez sensu to łażenie tutaj...przed chwilą, to nawet już nie wiem, czy się w ogóle poruszałem...dość." To pisanie Onettiego nie jest do czytania w sposób w jaki czyta się część literatury, gdzie mamy zajmujące, miłe lub nie, wartościowe bardziej lub mniej, lecz- relacje. Ktoś kto chce to- zacząć i skończyć, wychodząc z tego z konkretami- może być tutaj nieco zawiedziony. Nie ma jednak przy tym ta twórczość charakteru typu ,, strasznie chciał coś napisać, ale ni diabła nie wiedział o czym pisać, to napisał tak, że nie wiadomo o co chodzi" Spokojnie można siadać do tej książki, bo autor będzie nas w trakcie lektury każdego z opowiadań, przy współudziale Stachury i Kalickiego, którzy to tłumaczyli, skutecznie uwodzić nadzieją, że w końcu dowiemy się- po co ? dlaczego? czy wręcz- co ? Musi przecież czytającego jakoś osaczyć...Nie tylko narzędziami literackiego zniewolenia czytelnika, takimi jak zdania wielokrotnie złożone, jak zapętlenia jakieś, rozczłonkowywanie wątków czy akcji, lub różne inne ekwilibrystyki warsztatowe, jak choćby to, że poustawia Wam przed samymi oczyma ,, rzeczy" tak blisko, że nawet ich nie zauważycie, a potem gdy na końcu okaże się, że były istotne- będziecie wracać do tekstu, szukając, gdzie to on to tam poupychał i w jaki sposób...- Dlaczego on to wszystko specjalnie nam robi? Dlaczego nas na nasze własne życzenie w ten sposób osacza? Dlatego by nas spowolnić i zmusić do koncentracji i zanurzenia się w tym całkowicie. Po co ? Po to, byśmy pozwolili Onettiemu bawić się z nami w jego grę, w której przestaje mieć dla nas znaczenie, dlaczego i po co ,,go tam gonią"- dajmy na ten przykład. Są tam utwory gdzie bez znaczenia już dla nas jest ,,czy go w końcu złapią"? Są i takie opowieści, w których przestanie nas interesować ,,kogo tam w ogóle gonią" a znaczenie będzie miało tylko to ,,w jaki sposób biegną". Od połowy tomiku, od opowiadania ,,Maskarada" to już będzie tak głęboko, że jak w końcu wychyniemy na powierzchnię by zaczerpnąć tchu, to jeszcze tylko westchniemy ,,mamo! gdzie ja byłem i co on ze mną robił !?, i zaraz zanurkujemy ponownie by pływać przy samym dnie. Z uśmiechem na ustach przychodzi mi do głowy teraz, że część osób, które nie przepadają za tego typu pisaniem, po lekturze dwóch czy trzech opowiadań stwierdzi- taa, ta pisanina to rzeczywiście dno... A to są opowiadania nie o tym, jaki jest finał poszczególnych historii. To są opowiadania nie o tym, jak są przedstawione tam historie takie lub inne...trochę tak, ale nie o to tam chodzi. To są opowiadania o tym jak Onetti opowiada i jakich sztuczek używa, byśmy dostatecznie odczuli stan psychiczny bohaterów. To są opowiadania o Twojej wewnętrznej przestrzeni- czytelniku. Bo to z Tobą będzie się tutaj działo a nie z bohaterami historyjek... W to się tutaj gra. Tak mi się wydaje. Onetti pisze w taki sposób, że- by miało sens czytanie tego- człowiek musi cały w to wejść, oddać się temu niespiesznie całą swą uwagą i umysłem. Przy tym czytanie tego to nie jest jakaś siermiężna czytelnicza robota, przy której to ON NAM DOPIERO POKAŻE CO TO ZNACZY LITERATURA...!!! - ponieważ, jak już wspomniałem- skutecznie uwodzi nas przez cały czas wrażeniem, że w końcu, każdorazowo dowiemy się - kogo, komu, po co i w ogóle co... I jak już cali w to wejdziemy, oddamy się temu niespiesznie cała swą uwagą i umysłem... Wtedy dzieje się to- czym są te opowiadania... On nas hipnotyzuje. W to się tutaj bawimy. Więc jeśli chcecie pobyć trochę w hipnotycznym trwaniu, gdzie często niedookreślenia są materią z której, w jakiejś części zbudowane są urzekające niejednokrotnie, światy autora - to tu się właśnie w takie rzeczy zabawiamy. O to chodzi w jego twórczości. Do takich wniosków dochodzę po tym, co się ze mną działo gdy to czytałem. Onetti - który podobno nie wychodził z łóżka, nie będąc zainteresowany tym co dzieje się za jakimikolwiek oknami na zewnątrz, a w ludzi, którzy przychodzili z nim porozmawiać- mierzył z, chyba niedziałającego rewolweru, i wyobrażam sobie tutaj- mówiąc : przyszli porozmawiać? Ma kula z nimi pomówi ! - on przy użyciu znakomitego warsztatu tworzy niecodzienne i dogłębne doświadczenie stanów, których czytelnik, jako swoje, sam w sobie doświadcza. Dla kogo to pisane? Dla tych, dla których ich wewnętrzna, mentalna, psychiczna jakość, wewnętrzny świat- są ,,sensorycznie" odczuwalne. Dla tych, którzy mają jakieś bieżące, namacalne doświadczenie tego co akurat w duszy czy psychice im się dzieje w danym momencie, nie ograniczając się jedynie do jakichś osobistych koncepcji i teorii na temat- co akurat im się dzieje. Autor nie robi tego wszystkiego co tam robi w tych opowiadaniach, swym literackim bohaterom- tylko nam. Mam wrażenie, że głównie temu służy ta literatura. A może się mylę? Robi to jednak wrażenie... Opowiadania w tym tomie tak wybrano i ułożono, że na początku, mimo tragedii, jest zabawnie. Potem wesoło już nie jest, choć zajmująco, i prawie na końcu, w trakcie przedostatniego opowiadania robi się znowu zabawnie, by czytelnika jednak przywrócić do normalności świata żywych. Co tu więcej gadać...zostałem fanem twórczości tego pisarza a ,,Historię kawalera..." polecam tym, którzy się nie śpieszą. Tego się nie da czytać szybko i dużo. Są to, poza tym co mówiłem o tych tam ,,hipnozach" - historie, które muszą urosnąć w człowieku, wybrzmieć po czasie. Jedna opowieść jednego dnia to i tak może być za dużo, za to czyta się to czy też fragmenty tego, po dwa, trzy razy. Takie to są sprawy...
olo olowy - awatar olo olowy
ocenił na913 dni temu
Odraza László Németh
Odraza
László Németh
Opowieść o młodej kobiecie z zubożałej rodziny, do której zaczyna zalecać się bogaty ziemianin. Ona nie żywi do niego uczucia, jednak wszyscy wokół są bardzo przychylni temu związkowi. Nelli czuje się coraz bardziej osaczona, nie chce tych zalotów, jednak wskutek nieszczęśliwej śmierci ojca, pod naciskiem matki zgadza się na ślub. To historia nieszczęśliwego małżeństwa, żony uwięzionej i osaczonej miłością i męża który ja pies oczekuje chociaż najmniejszy oznak ciepła z jej strony. Historia którą da się zmieścić w jednym zdaniu, jednak Laszlo Nemeth robi z niej powolne arcydzieło, nawarstwia, zagęszcza, trzyma w napięciu, mistrzowsko maluje pełny obraz tej sytuacji z wszelkimi niuansami i kipiącymi emocjami. Wszystko poznajemy z perspektywy głównej bohaterki, jesteśmy w jej głowie, niemal namacalnie doświadczamy pączkującej w niej odrazy do męża, która wzrasta jak spiętrzona fala by zalać i opanować ją całą. „Czy ciocia wie co to jest miłość? To ze strony wulgarniejszej istoty pragnienie połknięcia drugiej, po dokładnym oślinieniu jej” to zdanie doskonale obrazuje jej odczucia. Szkoda mi jej było i rozumiałam jej miotanie się w tym małżeństwie na siłę, które było jedynym wyjściem dla kobiety bez majątku w tych czasach ,a jedocześnie jej zachowanie -pogarda dla człowieka który chce ją uszczęśliwić, kapryśność, nieumiejętność pokochania własnego dziecka - budziły niechęć. Autor mistrzowsko balansował te odczucia. Węgierski pisanie w najlepszym wydaniu- powoli, z uwagą na każdy szczegół, z głębią psychologiczną.
uczta_babette - awatar uczta_babette
ocenił na911 miesięcy temu
Fama Dumbuya najprawdziwszy Dumbuya na białym koniu Ahmadou Kourouma
Fama Dumbuya najprawdziwszy Dumbuya na białym koniu
Ahmadou Kourouma
Niepodległość nie musi oznaczać powszechnego szczęścia i dobrobytu, o demokracji już nawet nie mówiąc. Taka smętna, a ponadczasowa i pozamiejscowa refleksja, towarzyszyła mi podczas lektury tej, wydawałoby się, ramotki z lat 60. o rozczarowaniu „porządkami” w nowych państwach, powstałych w Afryce na fali dekolonizacji. Tymczasem znakomita to rzecz, o schyłkowości pradawnych struktur społecznych, z pewną dozą ich idealizacji wobec tego, co następuje „pod słońcami Niepodległości” – jak bardzo często ironizuje Autor. Dawne formy może zupełnie nie zanikają, ale są niejako „kolonizowane” przez nowe, autorytarne władze. Boleśnie przekona się o tym tytułowy bohater, Fama Dumbuya, ostatni z książęcego rodu rządzącym przez wieki prowincją Horodugu w fikcyjnym państwie (faktycznie - Wybrzeżu Kości Słoniowej). Żyjąc w zasadzie na nizinach społecznych – ale za to mając wspaniałą żonę, której nie docenia, bo Salimata jest bezpłodna – łudzi się, że może objąć władztwo nad dawnymi domenami swego rodu. Niemniej budzi on sympatię czytelnika, choć mniej więcej na tej samej zasadzie, co Don Kichot. Pozostaje mi w pełni zgodzić się z opinia @Aguirre, którego zachętom zawdzięczam sięgnięcie po tę mieniącą się wszystkimi barwami, mocno zmysłową, a zarazem bardzo realistyczną książkę. Jest tu i miejsce na tamtejszy realizm magiczny, ale i na zupełnie nieupiękniony obraz relacji społecznych, międzyplemiennych, a także – małżeńskich. I na opis straszliwego obrzezania młodej dziewczyny, zwany tu ”wyrzezaniem’, z gwałtem zresztą połączony. Wyróżniłbym też plastyczne obrazy miasta i prowincji, sylwetkę Salimaty – mocno a zasadnie krytycznej wobec męża („Darmozjad, akurat tyle wart, co łajno, jednakowo bez wigoru w nocy, co za dnia i to dla niego tak wypruwa sobie żyły, wstaje z pianiem kogutów, gotuje kaszę na sprzedaż, handluje nią dzień w dzień, aby mieć za co go nakarmić, przyodziać, dać mu dach nad głową, a w czas obiadu biegnie na targ na zakupy, a potem sprzedaje ryz, żeby mieć na kupno talizmanów, lubczyków, medykamentów, wszelkich marabutwideł i ofiar mających zapewnić jurność i płodność”). - „Prawdę należy mówić, choćby najgorszą, bo chociaż z niej czerwoność po same źrenice, to źrenic ona nikomu nie wypali” – ten cytat wydaje mi się najbardziej emblematyczny. Niewiele słabszy: „Nic samo przez się nie jest dobre, nic samo przez się nie jest złe. To dopiero słowo sprawia, że coś okazuje się dobre, albo też zjawi się jako złe”. I jeszcze nieco innych: „Wsie pojawiały się i znikały w kurzu. Ich nazwy biły dla Famy tamtamami gorzkich wspomnień. (…) Ciężarówka jechała już przez ziemie prowincji Horodugu. Wszystko, co tu się znajdowało, widzialne i niewidzialne, słyszalne i niesłyszalne, wyczuwalne i niewyczuwalne - ziemia, drzewa, woda, ludzie, zwierzęta, wszystko dookoła – powinno należeć do Famy jak własna żona”. „Powinien wyciągnąć z polityki ręce i nogi a zająć się swarami swoich żon”. „Mariam chciała za wszelką cenę zedrzeć wszystko z Salimaty, żeby każdy ujrzał +wyschniętą macicę tej bezpłodnej=, natomiast Salimata tak samo usiłowała rozobłuczyć Mariam, żeby okazać +to jej wygniłe, kurewskie bezdenne coś+”. „Zrobiła tak z żoninej dbałości, bo bez względu na to, jak mężczyzna sobie poczyna i co jest wart, on zawsze panem i władcą”. „Powinien wiedzieć, że wszystkim tym od niepodległości obca jest prawda, obcy jest honor, że przed niczym się nie zawahają, nawet pszczołę nazwą wołem”. „Właśnie partyjne sekretarzowanie i spółdzielcze dyrektorowanie to dwa najbardziej mięsiste i opływające tłustością stanowiska czasu Niepodległości”. „Nie chciał Fama słyszeć grzmotu, znalazła go burza i znalazł go piorun”. „Jak się nazywał obóz, w którym ich osadzono? Nie posiadał nazwy. Nawet sami strażnicy jej nie znali. I dobrze. To, o czym nie można mówić, nie zasługuje na nazwę, a o owym obozie nie sposób mówić”. „On, prezydent, jest matką Republiki, a wszyscy obywatele są jej dziećmi. Matka ma obowiązek być czasem surowa dla swoich dzieci. Surowość matki powinna przejawiać się z całą stanowczością, kiedy na przykład dzieci zrzucą na ziemię talerz z ryżem, który matka przygotowała dla ukochanego”. Sędzia na procesie mówi dość współcześnie: „A jak jest tu ktoś taki, kto śmie wątpić w sprawiedliwość pana prezydenta, to niech podniesie palec, a tak go strzelę w pysk, że mu ten palec odpadnie”. „Wdał się w taką historię, chciał obalić słońca Niepodległości, został pokonany”. „Teraz już jest jasne, Famo, że na tobie kończy się ród Dumbuyów”. PS Jest jeszcze inna książka dotycząca wewnętrznego zniewolenia, tym razem w kraju arabskim. To „Szaleństwo i przemoc” autorstwa Alberta Cossery, chyba nawet lepsza od tej…
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na81 rok temu
Łzy i modlitwy głupców Grigorij Kanowicz
Łzy i modlitwy głupców
Grigorij Kanowicz
Napisać powieść opartą na pragnieniu, by Bóg zwrócił każdemu, to co mu odebrano lub co utracił nie jest rzeczą prostą, połączyć to pragnienie z „poczuciem wielkiego odpływu rzeczywistości, odpływu rozmów, odpływu widoków, odpływu świata” jest trudniejsze, natomiast przemiana w szlachetny kruszec literatury niezasłużonej rozpaczy i bezowocnego żalu udaje się już tylko nielicznym. „Jaką miarą tam, w Niebiosach, Bóg odmierza nasze losy?” Księga wielkiego przywiązania do rodzinnych stron, także biedy, trosk i marzeń o lepszym losie, co istotne, podnosząca na duchu i dodająca otuchy, odruchowej i bardzo ludzkiej, przenosimy się w czasie i przestrzeni do kresowego miasteczka z żydowską karczmą położonego wśród lasów na litewskiej prowincji, pod koniec XIX wieku zamieszkanego przez ubogich litewskich Żydów, Litwinów i Rosjan. Nie jeden kielich goryczy przynosi im życie. „Nie ma na świecie niczego, co bardziej dręczy niż myśli. […] Przed duchotą chociaż cień ratuje. A jaki cień ma uchronić człowieka przed myślami?” A myśli, jak jesienne liście, opadają w powieści Kanowicza „na drewnianą podłogę izby, na chropowate deski w synagodze, na jedyną ulicę miasteczka, na nietkniętą trawę cmentarza! Gdyby je zebrać na stos i rozpalić ognisko, jaki płomień wystrzeliłby nad światem.” W dużej mierze oparta na dialogach narracja toczy się tak jak u Konwickiego życie, „niczym wiejski wóz po piaszczystej sierpniowej drodze”, bywalcy żydowskiej karczmy grzechów na sumieniu mają co niemiara, nie stronią od siwuchy i niczym biblijny Hiob nieustannie prawują się z opatrznością, przeznaczeniem, losem i całym bożym światem, pierwsze zdania powieści zaskakująco aktualne. „- Dusza moja jest chora - poskarżył się rabbi Uri i jego ulubiony uczeń Icyk Magid wzdrygnął się. - Czasy są chore, dlatego dusze chorują. - miękko, niemal przypochlebnie zaprzeczył nauczycielowi Icyk. - Trzeba, rebe, leczyć czasy.” W Polsce wydano siedem powieści Grigorija Kanowicza. W moim niewybaczalnie subiektywnym rankingu na najwyższe uznanie zasługują: „Koziołek za dwa grosze”, „Ballada o miasteczku” i „Park niepotrzebnych Żydów”.
Jeanne - awatar Jeanne
ocenił na85 miesięcy temu

Cytaty z książki Człowiek, który przebiegał przez ulicę

Więcej

Postarajcie się, by uczciwość bardziej popłacała niż złodziejstwo, a kradzieże przestaną istnieć. Konfucjusz.

Postarajcie się, by uczciwość bardziej popłacała niż złodziejstwo, a kradzieże przestaną istnieć. Konfucjusz.

Andris Kolbergs Człowiek, który przebiegał przez ulicę Zobacz więcej

- A w ogóle, to spółdzielnia jest odwiecznym marzeniem ludzkości. Perpetuum mobile. Wszystko jedno, czy zaopatrzy się ją w surowiec, czy nie - i tak będzie pracować i wykonywać plan.

- A w ogóle, to spółdzielnia jest odwiecznym marzeniem ludzkości. Perpetuum mobile. Wszystko jedno, czy zaopatrzy się ją w surowiec, czy nie...

Rozwiń
Andris Kolbergs Człowiek, który przebiegał przez ulicę Zobacz więcej

- Befsztyka z jajkiem nie ma, befsztyka z cebulą też nie ma - recytował swą poranną modlitwę, która właściwie niewiele różniła się od wieczornej. - Strogonowa nie ma, jajecznicy na szynce nie ma. Są parówki z kapustą. Niech pan nie szuka, w karcie parówek nie ma!

- Befsztyka z jajkiem nie ma, befsztyka z cebulą też nie ma - recytował swą poranną modlitwę, która właściwie niewiele różniła się od wieczo...

Rozwiń
Andris Kolbergs Człowiek, który przebiegał przez ulicę Zobacz więcej
Więcej