Bursztynowe baśnie Hanna Zdzitowiecka 7,6

ocenił(a) na 105 lata temu "Bursztynowe Baśnie" czytała mi w dzieciństwie, przed snem Mama. Pamiętam jak ją zamęczałam karząc czytać baśń, na którą w danym czasie miałam "fazę" przez kolejne kilkanaście wieczorów. Do takich "fazowych ulubieńców" zaliczał się "Naszyjnik z kropli rosy". Bohaterka tej historii, tzw. "panna Chcę-to-mieć", to kapryśna królewna, która zapragnęła posiąść tytułowy naszyjnik z kropli rosy. Nie dała sobie wyperswadować, że takiego naszyjnika nie da się nosić jak prawdziwych klejnotów i dostała nauczkę za swoją pychę. Ta baśń stała się w mojej rodzinie legendą i do tej pory Mama nazywa mnie "panną Chcę-to-mieć", kiedy upieram się na jakiś wg niej niepotrzebny zakup. Drugą ulubioną baśnią było "Zajęcze uszko, lisi ogon, kurza stopka i jeleni język". Oryginalnie sportretowana opowieść o matczynej miłości i poświęceniu siebie. Swoją drogą koncepcja i symbolika tej baśni, choć ukazana przy pomocy odmiennych rekwizytów i zakończona pełną szczęścia przypomina "Opowiadanie o matce" Andersena. Jestem ciekawa, czy autorka inspirowała się odeskim baśniopisarzem, czy jest to przypadkowa zbieżność, a może motyw powszechny w ludowych opowieściach różnych regionów i krajów? Następną baśnią, którą dręczyłam Mamę była "Grobla na Jeziorze Kamiennym", opowiadająca o tym jak to diabeł w hrabiowskim przebraniu zobowiązał się przed świtem zbudować na jeziorze groblę w zamian za duszę pewnego mężczyzny, który miał sprytną żonę. Następnie "Dlaczego Bałtyk jest słony", czyli urocza historia o zaczarowanym młynku z solą. W pamięć zapadła mi również "Wyspa piratów", w której hersztem bandy była kobieta. Roniłam łzy nad pełnymi poświęcenia, wierności i oddania bohaterami "Królewskiego latarnika", wczuwałam się w pełną magi "Gwiazdę ziemną", śmiałam się przy "Stolemie znad Bałtyku". Równocześnie zachwycały mnie ilustracje Janiny Rybickiej, którym niestety dodawałam koloru wedle mojego dziecięcego uznania. Kiedy miałam ok. 10 lat książka była tak zniszczona, że w czasie wielkich porządków, pomimo moich rozpaczliwych protestów, została wyrzucona. Zniknęła z półki, ale w sercu została. Przypomniałam ją sobie na studiach i na próżno szukałam w bibliotekach. Nie wiedzieć czemu, zbiór jednych z najpiękniejszych polskich baśni nigdy nie został wznowiony (jedyne wydanie pochodzi z 1972 r.) Na szczęście udało mi się go kupić przez Internet. Mam w końcu ten mój skarb i to nowiutki - aż dziw, że po tylu latach byłam pierwszą czytelniczką tego egzemplarza - nawet jeszcze niektóre strony nie zostały rozcięte. Przeczytałam wszystkie baśnie jeszcze raz i z pełną szczerością mogę napisać, że wciąż są tak samo ciekawe i piękne, jak wtedy gdy byłam mała. Urok niektórych, jak "Zorza córka dnia", czy "Zaklęte drzewa" dopiero teraz mogłam prawdziwie docenić. Polecam tę książkę i dzieciom i dorosłym. Jest naprawdę piękna i ponadczasowa, osadzona nad naszym polskim morzem, zawiera urocze, umiejętnie wplecione w fabułę opisy rodzimej roślinności, obyczajowości i mentalności naszych przodków.