Najnowsze artykuły
ArtykułyWielka Wiosenna Wyprzedaż w Matras.pl: tysiące książek nawet 80% taniej
LubimyCzytać1Artykuły
Jon Frederickson i jego książka „Kłamstwa, którymi żyjemy”, czyli o poznaniu samych siebie oczami psychoterapeuty
LubimyCzytać1
ArtykułyJon Frederickson i jego książka „Kłamstwa, którymi żyjemy”, czyli o poznaniu samych siebie oczami psychoterapeuty
LubimyCzytać1
ArtykułyCzytelnicy wybrali Książki Roku 2025. Oto zwycięzcy
LubimyCzytać86
Popularne wyszukiwania
Polecamy
Steve Cuzor

Pisze książki: komiksy
Steve Cuzor autor książki Go West, Young Man w kategorii komiksy.
Skontaktuj się z Bibliotekarzami serwisu, jeśli chcesz uzupełnić opis autora.
Skontaktuj się z Bibliotekarzami serwisu, jeśli chcesz uzupełnić opis autora.
7,1/10średnia ocena książek autora
82 przeczytało książki autora
52 chce przeczytać książki autora
0fanów autora
Zostań fanem autoraKsiążki i czasopisma
- Wszystkie
- Książki
- Czasopisma
XIII Mystery: Billy Stockton
Laurent-Frédéric Bollée, Steve Cuzor
Cykl: XIII Mystery (tom 6)
6,2 z 12 ocen
18 czytelników 2 opinie
2016
O'Boys Tome 3- Midnight Crossroad
Steve Cuzor, Philippe Thirault
Cykl: O'Boys (tom 3)
7,0 z 1 ocen
1 czytelnik 0 opinii
2012
O'Boys Tome 1- Le Sang Du Mississippi
Steve Cuzor, Philippe Thirault
Cykl: O'Boys (tom 1)
6,0 z 1 ocen
1 czytelnik 0 opinii
2009
O'Boys Tome 2- Deux chats gais sur un train brûlant
Steve Cuzor, Philippe Thirault
Cykl: O'Boys (tom 2)
7,0 z 1 ocen
1 czytelnik 0 opinii
2009
Najnowsze opinie o książkach autora
Go West, Young Man Francois Boucq 
7,3

Album „Go West Young Man” jest antologią czternastu historii osadzonych na dzikim zachodzie ze scenariuszem Tiburce’a Ogera i udziałem różnych rysowników. Opowieści te łączy zegarek wędrujący przez kolejnych właścicieli. Akcja tych historii osadzona jest chronologicznie w różnych epokach.
Tom otwiera i zamyka prosta historia ramowa „Golden Watch” autorstwa Paula Gastina osadzona w Meksyku w 1938 r. Tutaj młody farmer, który musi sprzedać farmę rozważa też pozbycie się zegarka. Już niemal od samego początku wiadomo jak się skończy ta opowieść, ale i tak stanowi satysfakcjonujące podsumowanie całości.
Pierwsza właściwa opowieść to „Dwa słowa” autorstwa Patricka Prugne’a. Akcja rozgrywa się w Pensylwanii w 1763 r. Opowiada o żołnierzach brytyjskich walczących z plemionami wielkich jezior. W pamięć zapada przede wszystkim przewrotne zakończenie przedstawiające jeden z smutniejszych etapów w historii. Pastelowe rysunki bardzo dobrze pasują do leśnej głuszy.
Następnie „Malheur River” autorstwa Oliviera Taduca osadzone w 1825 r. przedstawia losy trapera, który pojmuje za żonę dziewczynę z plemienia Mandanów. Tutaj w odróżnieniu od poprzedniej historii pojawia się pewien optymizm, chociaż początkowo można się spodziewać wielkiego okrucieństwa. Bardzo pokrzepiające.
Mniej optymistyczny jest „Conestoga” autorstwa Benjamina Blasco-Martineza osadzona w 1842 r. Tutaj pokazany jest niewesoły los osób czarnoskórych na Dzikim Zachodzie, którzy nawet w nowej okolicy nie mogą cieszyć się wolnością. Trochę rozczarował mnie finał, z którego moim zdaniem niewiele wynikało.
„Pyramid Lake War” autorstwa Ralpha Meyera rozgrywa się w 1860 r. i skupia się na kurierze Pony Expressu. Jest to smutna historia o pogoni za marzeniami i końcu pewnej epoki, ponieważ niedługo konnych kurierów zastąpi telegraf. Podobało mi się, że główny bohater jest tu bardzo niejednoznaczny moralnie.
Historia osadzona w USA nie mogła pominąć wojny secesyjnej więc „Nie umieraj” autorstwa Felixa Meyneta rozgrywa się w 1963 r. i głównym bohaterem jest żołnierz konfederacji. Pokazana tu zostaje mniej honorowa strona wojny – żołnierze atakują odpoczywających przeciwników, a najważniejszy dla nich jest łup wojenny.
Zastanawiające były dla mnie „Siostry Austin” autorstwa Dominique Bertail osadzone w 1875 r i opowiadające o porwaniu tytułowych sióstr przez Czejenów. Początkowo wydaje się, że jest to prosta historia o odbiciu porwanych, ale pod koniec zostaje ujawniona pewna tajemnica, którą nie jestem pewien jak interpretować. Na uwagę zasługuje kolorystyka tej opowieści – wszystko jest przedstawione w sepii.
W zbiorze zostaje też poruszony też temat legend Dzikiego Zachodu. W „Znałem Dzikiego Billa” osadzonym w 1879 r. autorstwa Huguesa Labiano podstarzały szeryf wspomina Dzikiego Billa. Niestety Dziki Bill stanowi tutaj tylko pretekst do wymierzenia sprawiedliwości. Równie dobrze mogłoby tu go nie być i fabuła potoczyłaby się tak samo.
Podobnie rozczarowujący jest „Niedźwiedź” osadzony w 1881 r. z rysunkami Francoisa Boucqa. Opowiada o spotkaniu ze złodziejem bydła. Niestety sama historia mogłaby się równie dobrze ograniczyć do jednej strony.
Trochę lepiej zapowiadał się „The Girls and The Doc” osadzony w 1881 r. autorstwa Erica Herenguela opowiadający o lekarzy leczącym prostytutki. Niestety zamiast skupić się na wątku samej profesji, wolano ograniczyć to do typowej przepychanki, ale doceniam finałowy paradoks.
Zaskakująco krótki okazuje się „List” - ma zaledwie dwie strony i szczątkową fabułę. Nie ma nawet podanego roku akcji. Doceniam jednak szczegółowe rysunki Miechela Blanca-Dumonta i Steve’a Cuzora.
Trochę bardziej rozbudowana jest „Mówiąca góra” z rysunkami Christiana Rossiego, której akcja rozgrywa się w 1885 r. i opowiada o żołnierzu schwytanym przez Apaczów. Historia jest bardzo prosta i zupełnie mnie nie wciągnęła.
Bardzo obiecująca była „Cattle Kate” autorstwa Michel Rouge’a osadzona w 1894 r. Jest to geneza złodziejki bydła. Niestety opowieść kończy się, kiedy robi się najciekawiej. Szczególnie szkoda, że nie rozwinięto bardziej wątku jej syna.
Ostatnia historia to „Viva Villa”, która przenosi akcję do 1916 r. i za rysunki odpowiada tu Ronan Toulhoat. Poruszany jest tu temat Rewolucji Meksykańskiej, która nie oszczędza nawet bardzo młodych osób. Bardzo wstrząsająca opowieść.
Pomimo tego, że za wszystkie opowieści odpowiada jeden scenarzysta ich poziom jest różny. Na pewno na długo zapamiętam „Dwa słowa”, „Malheur River” i „Pyramide Lake War”. Niestety scenarzysta nie do końca sobie radzi z krótką formą i ogólnie oceniam tę antologię stosunkowo wysoko głównie dzięki rysunkom.
Walka Henry’ego Fleminga Steve Cuzor 
8,7

Patrzę na okładkę “Walki Henry’ego Fleminga”, komiksowej wersji “Szkarłatnego godła odwagi”, i łzy nostalgii cisną mi się do oczu. Nie, dobra, ściemniam – “The Red Badge of Courage” czytałem na studiach, ale, raz, było to na oko jakoś w okolicach premiery samej książki, czyli w 1895 roku, dwa, z racji tego, iż na studiach są lepsze rzeczy do roboty niż nauka, to muszę przyznać, że jeszcze tydzień temu niewiele z całej opowieści pamiętałem. Że to jeden z najważniejszych tekstów kultury Stanów Zjednoczonych, że ‘odromantycznienie’ wojny, że opowieść o pozbawieniu złudzeń, dojrzewaniu i wejściu w dorosłość – i fajnie, tylko, że to wszystko obijało mi się po łbie echem tak pustym i bez wyrazu, jak “Słowacki wielkim poetą był”. Aż tu nagle, zupełnie jak hiszpańska inkwizycja, pojawił się w moim życiu Steve Cuzor (dodanie przy okazji, że na białym koniu nie byłoby wcale dalekie od prawdy) ze swoją graficzną interpretacją powieści Stephena Crane’a i ponownie napełnił ją dla mnie emocjami – do tego stopnia, że aż zachciało mi się wrócić do oryginału.
Crane napisał “The Red Badge of Courage”, osadzoną w czasach Wojny Secesyjnej historię młodego żołnierza Unii, w wieku dwudziestu czterech lat; Cuzor w momencie wydania “Walki Henry'ego Fleminga” przez belgijską oficynę Dupuis był od Amerykanina ponad dwukrotnie starszy, a praca nad samym komiksem zajęła mu aż pięć lat z okładem. I co z tego? Ano to, że jej efektem jest adaptacja niezwykle dojrzała i bardzo, bardzo udana, choć nie zawsze odwzorowująca tekst powieści jeden do jednego. Cuzor świadomie pomija pewne elementy lub skraca niektóre wątki, jak choćby interakcje Henry’ego z matką, zamiast tego wnikając głębiej do głowy protagonisty i skupiając się na jego własnych uczuciach i przemianie wewnętrznej. Wchodzenie do głowy głównego bohatera wiąże się zresztą z innym zastosowanym przez Cuzora mykiem fabularnym, którego nie ma w książce, a który pasuje jak ulał do formy komiksowej – zmianą narratora na pierwszoosobowego. “W powieści, narratorem jest Stephen Crane[, który] odnosi się do postaci w trzeciej osobie. [Cuzor czuł], że taki zabieg zestarzał się nieco[, więc dodał do swojego albumu] wewnętrzne monologi [Henry’ego], żeby [ten] mógł rozmawiać sam ze sobą. Poza bitwą na zewnątrz, Henry toczy także prawdziwą walkę wewnątrz siebie”(1),a komiks Cuzora wydaje się oferować czytelnikom bardziej bezpośredni wgląd w psychikę nastoletniego żołnierza, niż pisana z perspektywy innych książka.
A propos zmian i interesujących decyzji artystycznych, początek “Walki Henry’ego Fleminga” to dwie plansze, na których nie pada ani jedno słowo, ani nie pojawia się żadna onomatopeja, co nie zmienia faktu, iż nie dość, że tętnią one życiem, to jeszcze buzują hałasem. Niemożliwe? A pamiętacie jak pisząc o “Będziesz smażyć się w piekle” wspominałem, że Prosiak w znacznych częściach swojego komiksu (komiksu, nomen omen, o muzyce!) w ogóle nie podsuwa czytelnikom dźwięków, a mimo to daleko jego powieści graficznej do bycia niemą? U Cuzora wygląda to podobnie. Francuz przekłada zresztą rezygnację ze zdecydowanej większości onomatopei także na resztę komiksu – robi to celowo, i robi to skutecznie, w wywiadzie dla Zoolemag tłumacząc, że “[gdyby] zaczął używać wyrazów dźwiękonaśladowczych, nie byłoby już miejsca na rysunek, na upał, kurz, dym. Jeśli [oglądasz] film i wyłącz[ysz] dźwięk, czy nadal będzie słychać to, co widz[isz]? [...] Dźwięk pochodzi z dwóch lub trzech paneli, z serii obrazów, które tworzą całą atmosferę, dźwięk w obrazie”(1). W pewnym sensie jest to bardzo literackie, z ilustracjami zastępującymi po prostu słowny opis sytuacji i pozwalającymi odbiorcy samemu dopasować fonię do wizji.
Zmiana perspektywy narracyjnej i wywalenie niemalże wszystkich onomatopei to nie jedyne różnice w formie przekazywania treści pomiędzy “Walką Henry’ego Fleminga”, a jej literackim pierwowzorem, bo chociaż oba dzieła skupiają się na emocjach i koncentrują na jednostce i jej przeżyciach, to, z przyczyn dość oczywistych, robią to w odmienny sposób, bazując na środkach wyrazu charakterystycznych dla swojego medium. Stephen Crane korzysta z symbolizmu, metafory, porównań, animizacji, ironii czy dialektyzmów, Steve Cuzor ma za to możliwość operowania w sferze graficznej, używając kompozycji kadrów, barw czy odpowiedniej kreski. Co ciekawe, wszystkie te elementy prezentują się w jego komiksie dość klasycznie. Układ paneli jest bardzo regularny, a kadrami są konwencjonalne, większe lub mniejsze, prostokąty, poza kilkoma odstępstwami ułożone w równych, poziomych liniach – klasyczek. Równocześnie, paleta kolorów jest wybitnie wręcz ograniczona. Kolejne plansze to szarości, chorowite zółcie, wyblakłe, zgniłe zielenie, blade błękity, a dodatkowo wszystko jest monochromatyczne. I po co to to? A niech Cuzor sam się tłumaczy: “Były dwie przesłanki dla których poprosiłem o monochrom [ – ] po pierwsze, żeby nie zaprzepaścić czarnego, białego i szarego tuszowania, ze wszystkimi jego efektami świetlnymi; po drugie, nie chciałem ani niebieskich, ani czarnych mundurów, które mogłyby skłonić czytelników do zastanawiania się kto wygrywa, a kto przegrywa bitwę – bez zielonej trawy, bez błękitnego nieba, ponieważ wojna ma tylko jeden kolor: kolor kurzu, dymu i piekła”(2).
Trudności z rozróżnieniem walczących są zresztą silnie połączone z wielokrotnie podkreślanymi w fabule bezcelowością i przypadkowością konfliktu. O zwycięstwie w dużej mierze decyduje łut szczęścia, a nie umiejętności dowodzących, którzy są przedstawieni jako nieszanujący innych idioci, a same kwestie życia i śmierci też są w “Walce Henry’ego Fleminga” często losowe, czego przykładem jest znakomicie zobrazowana scena nocnej warty. Jednokolorowe plansze, zwłaszcza te, w których pełno jest bitewnego pyłu, wzmagają przy okazji poczucie beznadziei i zwracają uwagę na brak decyzyjności bohaterów, co przypominało mi trochę “Drogę” w adaptacji Manu Larceneta. Z wyłączeniem rysowanych w niezwykle dynamiczny sposób scen batalistycznych, powtarzalna aranżacja kadrów i raczej jednostajna kolorystyka są istotne z jeszcze jednego powodu – idealnie oddają bezczynność żołnierskiej codzienności. Oglądaliście “Jarheada” albo “Generation Kill”? W “Walce Henry’ego Fleminga” najgorsze dla żołnierzy jest właśnie czekanie – no, może poza głupotą dowódców. Fantastycznie pokazują to choćby wspomniane już wcześniej dwie pierwsze plansze, skupiające się na prostym, monotonnym życiu obozowym, a kończące symbolicznym kadrem, w którym skrzypek, zupełnie tego nie zauważając, stoi na beczce prochu. Tak przy okazji, w ramach ciekawostki – kolorystką w tym tomie była żona Steve’a Cuzora, Meephe Versaevel.
Album od Labrum prezentuje się kapitalnie pod względem dopracowanych, realistycznych, absolutnie wspaniałych ilustracji Cuzora, wyglądających nierzadko jak stare fotografie – sceny batalistyczne wyglądają fenomenalnie, podobnie jak wszelkie kadry zawierające konie, co nie powinno dziwić, bo Cuzor, pracujący kiedyś jako profesjonalny jeździec rodeo, ma z woltyżerką akurat dużo wspólnego. Na wyróżnienie zasługuje również sama forma wydania “Walki Henry’ego Fleminga”, bo jest to naprawdę jeden z najładniejszych tomów w mojej kolekcji. Wielki format uwypukla detale i misterną kreskę Francuza, twarda oprawa z obwolutą i gruby papier dobrej jakości niewątpliwie cieszą oko, a wydawnictwo dorzuciło na koniec tego tomu jeszcze materiały dodatkowe pod postacią posłowia Jose-Louisa Bocqueta i galerii. Pod względem językowym, polska edycja wypada dobrze, choć pozbawiona jest na przykład dodających klimatu regionalizmów oryginału książkowego – być może francuskojęzyczna wersja Cuzora też dała sobie z nimi spokój żeby ułatwić lekturę współczesnemu odbiorcy. Odpowiedzialny za tłumaczenie Paweł Łapiński pozostawia natomiast anglojęzyczne wtręty w dialogach, i chociaż wiem, że frankofony lubią sobie takie rzeczy powtykać tu i ówdzie, to ja fanem mimo wszystko nie jestem – to powiedziawszy, jest tego na tyle mało, że tym razem mogę nawet udać, że niczego nie zauważyłem. To bardzo dobry komiks jest.
Cytat (1) pochodzi z: zoolemag[kropka]com/actualites/interviews/2024/02/588-un-conflit-interieur
Cytat (2) pochodzi z: comicsbeat[kropka]com/interview-steve-cuzor-on-the-red-badge-of-courage/
Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z wyżej wymienionych wywiadów, a także:
* prix.quaidesbulles[kropka]com/2019/07/22/interview-steve-cuzor/
* freaksugar[kropka]com/interview-steve-cuzor-on-bringing-the-red-badge-of-courage-to-the-world-of-comics/
* Wikipedii i wersji “The Red Badge of Courage” dostępnej tu: gutenberg[kropka]org/files/73/73-h/73-h.htm
Za dostęp do egzemplarza komiksu bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwo Labrum.
https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=pfbid02Kkh2DSja5PBHqXnMCq4MwmgXbCbrC8iNaAPHrSibs7RsUEMdJUT1vj5vXuWAnKUQl&id=61556407665303


































