-
Artykuły
Weź udział w konkursie i wygraj pakiet książek Callie Hart!
LubimyCzytać6 -
Artykuły
„Odpowiedź kryje się w tobie” – Katarzyna Wolwowicz zdradza, jak ją odnaleźć
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Nowa karkonoska powieść Sławka Gortycha! „ŚWIĘTO KARKONOSZY”- już wkrótce! KONKURS
LubimyCzytać116 -
Artykuły
Wielkanocna chwila odpoczynku z literaturą – okazje na ebooki do -95% i ranking top tytułów
LubimyCzytać2
Biblioteczka
2026-03-18
2026-03-12
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗦𝗶𝗼𝘀𝘁𝗿𝘇𝗮𝗻𝗲 𝘄𝗶ę𝘇𝗶
𝐾𝑜𝑏𝑖𝑒𝑡𝑦 𝑧 𝑤𝑖𝑎𝑡𝑟𝑢 zamykają znakomitą trylogię Ś𝑐𝑖𝑒ż𝑘𝑖 𝑛𝑎𝑑𝑧𝑖𝑒𝑖 Magdy Knedler. Znając styl autorki, pełen wyczucia, elegancji i psychologicznej przenikliwości, mogłam spodziewać się jednego, że będzie to kolejna literacka uczta. I tak było. Ta powieść spełniła wszystkie moje oczekiwania i dopieściła zmysły. Ścieżki nadziei to historia fikcyjnych postaci, osadzona na tle ówczesnych wydarzeń historycznych, które nadają opowieści realizmu i autentyczności. Magda Knedler w subtelny sposób splotła losy swoich bohaterów z realiami epoki, tworząc narrację, która wydawała mi się prawdziwa i naturalna. Urzekł mnie język autorki, dbałość o szczegóły, sposób, w jaki budowała fabułę i realistycznie przedstawiała postaci. Autorka pokazała losy kobiet, które choć różne, łączyło doświadczenie zmian, poszukiwanie własnego miejsca i próba odnalezienia siebie. 𝐾𝑜𝑏𝑖𝑒𝑡𝑦 𝑧 𝑤𝑖𝑎𝑡𝑟𝑢 Magdy Knedler to jedna z tych opowieści, które niosą spokój, a jednocześnie poruszają coś bardzo cichego i osobistego. Już od pierwszych stron czułam, jak ta historia prowadzi mnie przez tęsknoty, wspomnienia i pragnienia, które bohaterowie nosili w sobie.
Aniela, księżna von Mirbach, korzysta ze swojego statusu towarzyskiego i wyrozumiałości męża, wplątując się w romans z mecenasem Tabęckim. Historia ta nie skończy się dobrze, ponieważ Aniela traci rozsądek i czujność, przekraczając granice, których przekraczać nie powinna.
Frida Bachman, nauczona, by nie oczekiwać od życia zbyt wiele, tkwiła u boku przemocowego Alberta. Mężczyzna nie tylko jej nie kochał, ale prowadził hulaszcze życie, a jej posłuszeństwo wymuszał pięściami i groźbą odebrania syna. Wkrótce jednak los tej dzielnej kobiety miał się odmienić. Frida pragnęła jedynie spokoju, dachu nad głową i poczucia bezpieczeństwa, wolności od nakazów i kontroli. Nigdy nie znała prawdziwej rodziny, a teraz mogłs spełnić swoje marzenia. Robiła to, co kochała i potrafiła najlepiej, otaczały ją kobiety, które szanowały ją i wspólnie z nią tworzyły dom pełen ciepła i wzajemnego zaufania.
Prakseda Koehler, pomimo opieki nad trojaczkami, która pochłaniała mnóstwo czasu i energii, nadal starała się działać. Pisała kolejną książkę, udzielała się towarzysko i wspierała męża, który po śmierci kuzyna został baronem. Dodatkowo musiał zaopiekować się córką zmarłego, Elizabeth, szaleńczo w nim zakochaną. Jak pokaże czas, ta kuratela będzie kosztować Koehlerów wiele, ponieważ dziewczyna zrobi wszystko, by pozbyć się z życia ukochanego jego żony. Prakseda była dobra i miła, ale miała schowane pazury jak kot. Nie pozwoliłaby sobie niczego narzucić, a to, co robiła, było zawsze jej świadomym wyborem.
Sprawy między Fridą, Anielą a Praksedą coraz bardziej się komplikują. Frida zdaje sobie sprawę, że mimo całej zażyłości, która łączy ją z Praksedą, nigdy nie będzie dla niej prawdziwą siostrą. Choćby nie wiadomo co dla niej zrobiła, Anielą nigdy się nie stanie, choć tamta traktuje Praksedę dość chłodno. Rozgoryczenie pogłębia fakt, że Frida zakochała się w owdowiałym Hansie Kuvecke, który wciąż kocha Praksedę i liczy na jej wzajemność.
Życie Praksedy skomplikowała śmierć kuzyna Edgara, który został zmuszony do przejęcia tytułu i majątku po krewnym. Fakt ten wcale go nie cieszy, a dodatkowo zatruwa im życie córka zmarłego, Elizabeth, znajdująca się pod jego kuratelą. Dziewczyna postanowiła wyrugować Praksedę z jego życia i zająć jej miejsce. Do zdesperowanej Elizabeth nie docierają żadne argumenty, a zaślepiona obsesją na punkcie Edgara zrobi wszystko, by osiągnąć swój cel. Prakseda starała się nawiązać z nią dobre relacje i okazać dobre serce, ale gdy niezrównoważona dziewczyna przekroczyła wszelkie granice, Prakseda i Edgar musieli podjąć radykalne kroki, jeśli chcieli zachować spokój i skupić się na swojej rodzinie.
Romans Anieli z mecenasem Tabęckim kończy się tragicznie. Zazdrosna żona kochanka traci życie, a Aniela musi zerwać z nim wszelki kontakt. Niestety, nadal spotyka się z nim potajemnie, a co gorsza, kochanek uzależnia ją od laudanum, które wówczas często przepisywano na uspokojenie. Aniela mogła sobie pozwolić na takie zachowanie, ponieważ była księżną, więc żaden z mieszczan nie odważyłby się jej wytknąć palcem. Nie doceniła jednak furii zdradzanej kobiety, gotowej na wszystko. Jak pokazuje ta historia, nikogo nie można bezkarnie upokarzać, nawet jeśli jest księżną, bo każdy ma swoją granicę wytrzymałości. Aniela jest przekonana, że zło nosi w genach, boi się, że przekazała je swojemu synowi i nie ma do niego serca. Zdecydowanie nie ma czystego sumienia i nie chce ciągnąć za sobą Praksedy, dlatego trzyma ją na dystans. Patrząc w głąb siebie, widzi tylko kamienie i wiatr.
Magda Knedler wspaniale przedstawiła mały, grzeczny i zakłamany świat arystokracji. Pokazała historie trzech kobiet, połączone szczególnymi więziami, z ich perspektywy, dzięki czemu lepiej rozumiałam motywacje postępowania bohaterek. Knedler pokazuje, jak trudna była rola kobiety w tamtym czasie. Musiały słuchać mężczyzn i być im podległe, najpierw ojcu, ewentualnie bratu, jeśli ojciec nie żył, a potem mężowi. Każde zachowanie odstępujące od normy było szeroko komentowane i źle widziane w tak zwanym „dobrym towarzystwie”. Autorka z całą mocą obnażyła oblicze zakłamanej arystokracji, tkwiącej w sztywnych normach obyczajów, jakie sama wymyśliła. Człowiek z nizin społecznych, który własną ciężką pracą dorobił się majątku, nie miał szans na akceptację wyższych sfer, grona darmozjadów, które żyło z pracy innych.
𝐾𝑜𝑏𝑖𝑒𝑡𝑦 𝑧 𝑤𝑖𝑎𝑡𝑟𝑢 to opowieść o kobietach, których losy splatają się ze sobą w sposób niemal niezauważalny, a jednak nieunikniony. Autorka pokazuje różne momenty ich życia, tęsknoty, straty, nadzieje i wybory, które wpływają na ich przyszłość. Każda z bohaterek niesie własny bagaż doświadczeń, a jednocześnie każda szuka spokoju, bliskości i zrozumienia.
Magda Knedler pisze z dużą wrażliwością. Jej styl jest spokojny i refleksyjny, pełen subtelnych emocji. Nie ma tu gwałtownych zwrotów akcji, zamiast tego zwraca uwagę na detale, gesty, spojrzenia i słowa, które mówią więcej niż wielkie wydarzenia. Czytając, miałam wrażenie, że zaglądam do życia osób, które mogłyby mieszkać tuż obok, a nie w tamtych czasach. Szczególnie zwróciło moją uwagę, jak autorka pokazuje siłę kobiet. Nie jest to siła głośna ani widowiskowa. To raczej codzienna wytrwałość, umiejętność podnoszenia się po upadkach i odwaga, by mimo trudności iść dalej. Bohaterki tej powieści nie są idealne. Popełniają błędy, wątpią, czasem unikają trudnych sytuacji. Dzięki temu wydają się prawdziwe i bliskie. 𝐾𝑜𝑏𝑖𝑒𝑡𝑦 𝑧 𝑤𝑖𝑎𝑡𝑟𝑢 to opowieść subtelna, emocjonalna i bardzo kobieca. Opowiada o sile, która rodzi się z wrażliwości, o nadziei, która pojawia się nawet wtedy, gdy wydaje się, że wszystko zostało utracone, i o tym, że czasem to właśnie wiatr przynosi zmiany, których najbardziej bohaterki potrzebowały.
To powieść o relacjach, rodzinnych więzach, przyjaźni i miłości, która nie zawsze przychodzi w odpowiednim momencie. Opowiada też o poszukiwaniu siebie i o tym, jak przeszłość wpływa na teraźniejszość, nawet jeśli bohaterki próbowały o niej zapomnieć. Podczas lektury czułam nie tylko spokój, ale też lekką melancholię. To książka, którą czyta się powoli, delektując się tekstem i zwracając uwagę na każde zdanie. Po zamknięciu ostatniej strony zostaje jeszcze chwila ciszy i refleksja nad tym, co właśnie przeczytałam. Jestem zachwycona, oczarowana i chciałabym więcej, ale to już koniec. Koniec historii kobiet, o losach których przeczytałam w tej trylogii. Nie wiem, jak Magda Knedler to robi, ale każda jej książka działa na mnie w taki sposób, że po zakończeniu lektury czuję lekki niedosyt. Niby jestem najedzona do syta, ale jeszcze coś mogłabym posmakować, choć wydaje się, że wszystko już wiem. Wiatr emocji ucichł, a bohaterki wkroczyły na ścieżki nadziei. Myślę, że odtąd, choć na pewno nie będą miały idealnego życia, będzie ono w miarę spokojne.
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗦𝗶𝗼𝘀𝘁𝗿𝘇𝗮𝗻𝗲 𝘄𝗶ę𝘇𝗶
𝐾𝑜𝑏𝑖𝑒𝑡𝑦 𝑧 𝑤𝑖𝑎𝑡𝑟𝑢 zamykają znakomitą trylogię Ś𝑐𝑖𝑒ż𝑘𝑖 𝑛𝑎𝑑𝑧𝑖𝑒𝑖 Magdy Knedler. Znając styl autorki, pełen wyczucia, elegancji i psychologicznej przenikliwości, mogłam spodziewać się jednego, że będzie to kolejna literacka uczta. I tak było. Ta powieść spełniła wszystkie moje oczekiwania i dopieściła zmysły. Ścieżki nadziei to historia...
2026-03-12
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗠𝗼𝗿𝗮𝗹𝗻𝘆 𝗱𝘆𝗹𝗲𝗺𝗮𝘁
Sięgnęłam po książkę Rachel Clarke 𝐻𝑖𝑠𝑡𝑜𝑟𝑖𝑎 𝑝𝑒𝑤𝑛𝑒𝑔𝑜 𝑠𝑒𝑟𝑐𝑎, bo chciałam rozwiać swoje wątpliwości i dylematy moralne związane z przeszczepami. Niestety lektura wstrząsnęła mną, choć nie z powodu samej historii bohaterów i dramatów rodzin, które autorka przedstawiła bardzo szczegółowo. Mimo usilnych starań nie była w stanie mnie przekonać, że transplantologia to objawienie współczesnej medycyny; widzę w niej raczej możliwość dla kolejnych cwaniaków, którzy mogliby zarabiać na tym procederze. Domniemana zgoda dawcy niesie ze sobą ryzyko, że w sytuacji potrzeby cudzych narządów ktoś mógłby próbować „pomóc” potencjalnemu dawcy przenieść się na tamten świat. Książka pozostawia silne wrażenie, zmusza do refleksji, ale nie daje prostych odpowiedzi ani poczucia bezpieczeństwa wobec etycznych i praktycznych konsekwencji przeszczepów.
𝐼 𝑗𝑎𝑘 𝑟𝑜𝑑𝑧𝑖𝑐 𝑚𝑜ż𝑒 𝑝𝑜𝑐𝑧𝑢ć 𝑢𝑙𝑔ę, ż𝑒 𝑝𝑟𝑧𝑒𝑠𝑧𝑐𝑧𝑒𝑝 𝑢𝑟𝑎𝑡𝑢𝑗𝑒 𝑗𝑒𝑔𝑜 𝑑𝑧𝑖𝑒𝑐𝑘𝑜, 𝑧 𝑝𝑜𝑐𝑧𝑢𝑐𝑖𝑒𝑚 𝑤𝑖𝑛𝑦 𝑤𝑦𝑤𝑜ł𝑎𝑛𝑦𝑚 ś𝑤𝑖𝑎𝑑𝑜𝑚𝑜ś𝑐𝑖ą, ż𝑒 𝑜𝑑𝑏𝑦𝑤𝑎 𝑠𝑖ę 𝑡𝑜 𝑘𝑜𝑠𝑧𝑡𝑒𝑚 ż𝑦𝑐𝑖𝑎 𝑖𝑛𝑛𝑒𝑔𝑜 𝑑𝑧𝑖𝑒𝑐𝑘𝑎?
Ciężko czytało się o przerażeniu rodziców, którzy nagle stanęli w obliczu zupełnie innej rzeczywistości. To, co uważali za normalne i oczywiste, zawisło na włosku, a oni nie mieli nad tym kontroli. Dziecko w wieku dziewięciu lat nie powinno stawać twarzą w twarz z własną śmiertelnością, a mały Max patrzył jej prosto w oczy. Mogę sobie tylko wyobrazić, co czuje rodzic w takiej sytuacji. Empatyczne zachowanie lekarzy ma dla nich ogromne znaczenie. Ta odrobina życzliwości często pomaga utrzymać się na powierzchni i chroni przed rozsypaniem się w drobne kawałki. Rodzice Maxa zastanawiają się, co zrobili źle, że nie zauważyli, jak bardzo ich syn był chory. Chcieliby, aby ktoś powiedział im, że wszystko będzie dobrze, choć wiedzą, że już nigdy nie będzie takie samo.
Na tle wypadku drogowego Loanny Ball i jej dzieci wyraźnie widać dramat sytuacji. Niedoświadczony ratownik robi, co może, by utrzymać przy życiu Keirę, a później na oddziale intensywnej terapii udaje się jedynie podtrzymać funkcje życiowe dziewczynki. Jej los wydaje się już przesądzony.
Autorka pokazuje życie personelu na oddziale intensywnej terapii, gdzie prywatne sprawy zostawia się za drzwiami. Gdy wchodzi się do środka, działa się niemal na autopilocie. To praca dla ludzi o mocnych nerwach. Pacjenci trafiają tu najczęściej w tragicznym stanie, po wypadkach lub z poważnymi chorobami. To miejsce, w którym codziennie podtrzymuje się życie.
Małą Keirę przywieziono właśnie tutaj. Jej serce wcześniej się zatrzymało, a obrażenia były na tyle poważne, że nie można było przetransportować jej śmigłowcem do centrum urazowego. Dziecko było połamane i miało liczne urazy wewnętrzne, trudno uwierzyć, że w ogóle żyje. Było lepiej, że pozostawała nieprzytomna. Choć na zewnątrz prawie nie widać było ran, cały zespół wiedział, że jest krytycznie ranna i że na sali operacyjnej trwa desperacka walka o jej życie. W takich momentach tego rodzaju doświadczenia uświadamiają, jak wiele ma się szczęścia w życiu.
Ta opowieść łączy historie medyczne i odkrycia transplantologii z poruszającą, prawdziwą historią dwójki dzieci. Autorka przypomina również, że kiedyś rodzice nie mogli przebywać z dziećmi na oddziałach. Trudno sobie wyobrazić, jak traumatyczne musiało to być dla najmłodszych, a rodzice, nie mając wyboru, godzili się na to, bo w ich oczach lepiej było widzieć dziecko smutne niż stracić je całkowicie.Ten problem dotyczył nie tylko Anglii, w Polsce postępowano podobnie. Dzieci wracały do domu z objawami choroby sierocej. Takie oderwanie od rodziców z pewnością odbijało się na ich psychice. Czy nie powodowało to u nich syndrom dziecka porzuconego? Uważam, że to było nieludzkie, i dobrze, że tamte czasy już minęły.
Rachel Clarke stawia pytanie, jak można ułatwić dziecku normalne funkcjonowanie w szpitalu, zwłaszcza gdy przebywa w nim tak długo jak mały Max. Jego serce było wspomagane lekiem podawanym dożylnie i nie można było przerwać tego procesu, więc nieustannie pozostawał pod opieką lekarzy. Kiedy pozwolono mu na krótką wizytę w domu na Boże Narodzenie, przypłacił ją gwałtownym pogorszeniem zdrowia, co przerażało jego rodziców. W takich chwilach człowiek chwyta się każdej nadziei. Oboje rodzice cierpieli, a sytuacja odbijała się także na ich starszym synu Harrym, dla którego brakowało im czasu.
Ta historia opowiedziana przez autorkę bardzo mnie poruszyła. Pokazuje nie tylko lęk i przerażenie rodziców, ale także dziewięcioletniego chłopca, który wie, że bez nowego serca nie przeżyje, a tak bardzo chce być dzielny dla swoich rodziców. Z drugiej strony ukazane jest przerażenie samotnego ojca Keiry, Joego. Nikt nie powiedział mu, co ma robić. Żona leżała na intensywnej terapii, syn był operowany, a najmłodsza córka walczyła o życie. Nie miał nikogo, kto mógłby go wesprzeć. Dla niego wydarzenia tej nocy były jak ciąg rozmytych obrazów. Tamtej nocy jedni rodzice odzyskali nadzieję, a inni bezpowrotnie ją stracili.
Niestety tomograf mózgu Keiry był jednoznaczny i oznaczał wyrok. Mózg dziewczynki był martwy, a przy życiu utrzymywały ją jedynie maszyny. Autorka napisała, że nie było żadnych wątpliwości. Ja zawsze bym je miała. Człowiek nie jest Bogiem, by decydować o czyimś życiu i śmierci. W takich sytuacjach wydaje mi się, że ludzie ingerują w Jego wolę, bo mimo wszystko lekarze decydują o czyimś losie. Ktoś musi umrzeć, by ktoś inny mógł żyć. Niektórzy powiedzą, że Keira i tak by umarła, a tak przynajmniej jedno życie zostało uratowane. Może to prawda, ale decyzję podjął człowiek. I tak serce Keiry powędrowało do Maxa.
Kiedy stwierdza się śmierć, czy wtedy gdy mózg przestaje funkcjonować, czy gdy z żywego człowieka wyjmuje się organy i staje się martwą powłoką? To pytanie chyba nigdy nie opuści mojej głowy, a moje wątpliwości nigdy się nie rozwieją.
Historia pewnego serca to dramat dwóch rodzin. Jedna z nich to rodzice, którzy z powodu choroby serca dziecka mogą stracić syna, druga to ojciec zmuszony podjąć dramatyczną decyzję mającą wpływ na życie całej jego rodziny. Autorka za wszelką cenę stara się pokazać, że przeszczepy narządów, w tym także serca, mają sens, choć śmiertelność dzieci po takich operacjach jest dość wysoka. Leki immunosupresyjne, które powstrzymują odrzut przeszczepionego organu, zwykle trzeba przyjmować przez całe życie i niosą ze sobą wiele skutków ubocznych.
Zaraz ktoś powie, że przy leczeniu raka jest podobnie, zwłaszcza przy stosowaniu chemii. Zawsze przedłuża to o jakiś czas czyjeś życie, oddala śmierć. Każdy chce żyć i to jest zrozumiałe. Rodzice chcą ratować swoje dziecko, to naturalne. Chcą, by żyło jeszcze chwilę, może rok, pięć, dziesięć lat, a może nawet dłużej. Ale od tej chwili będą już żyli w ciągłym strachu.
Odnosiłam wrażenie, że autorka na siłę próbowała udowodnić tezę, że dawstwo to coś szlachetnego. Tam umiera chłopiec z chorym sercem, tu dziewczynka, która dzięki maszynom wciąż żyje, choć według najnowszych badań jej mózg jest martwy. Siostry Keiry, niewiele od niej starsze, cieszą się, że młodsza siostrzyczka będzie dawcą narządów. I te pielęgniarki, anioły w ludzkiej skórze, które pomagają rodzinie pogrążonej w rozpaczy zaakceptować, że ich córka nie żyje, ale uratuje życie innemu dziecku. Proszę wybaczyć, ale jak niewiarygodnie to brzmi. Rozpacz i żal po stracie dziecka prawie odbierają człowiekowi rozum, a według autorki wystarczy jedna przeszkolona pielęgniarka, by się z tym pogodzić? W takiej sytuacji, będąc rodzicem, pokazałabym jej drzwi. Wiem, co mówię. Gdy umarł nasz syn i gdyby nie pozostawiono nas w spokoju z naszym bólem, tylko ktoś krążyłby nad nami niczym sęp i nawijał o przeszczepie, nie jestem pewna, jak bym zareagowała.
Dużo trudu zadała sobie Rachel Clarke, by udowodnić swoje przekonanie o słuszności rozwoju transplantologii, opisując postępy w medycynie, kto, kiedy i dlaczego. Dla mnie jednak nie było to zbyt interesujące. Wydawało mi się, że autorkę bardziej interesowało wypełnienie objętości książki i pokazanie, jak postęp w medycynie przyczynił się do ratowania życia ludzkiego. To niewiele wnosi do historii Keiry i Maxa, a raczej sprawia wrażenie, że miało odwrócić uwagę od głównego wątku i złagodzić jego wymowę. Tragedia jednych ratuje innych, a potem całe życie na lekach jak na tykającej bombie, bo nigdy nie wiadomo, kiedy organizm się zbuntuje i dojdzie do odrzutu. Te leki nie zawsze są w stanie powstrzymać organizm przed odrzuceniem przeszczepionego narządu, który traktuje go jak inwazję. Te medyczne ciekawostki wybijają z rytmu czytania i szczerze mówiąc, nie specjalnie mnie ciekawiły, bo nie wchodzą w zakres moich zainteresowań.
Autorka prezentuje procedury i przebieg przeszczepu, pokazując przy tym, że to maszyna wybiera biorcę. Algorytm decyduje o życiu i śmierci. Ktoś musi umrzeć, by ktoś inny mógł żyć. Brzmi to jak makabryczna loteria, jak partia szachów, w której stawką jest organ, a więc życie lub śmierć. Rachel Clarke podkreśla, jak wielką traumą dla dziewięcioletniego Maxa było oczekiwanie na przeszczep. Z kolei sposób, w jaki przedstawiono pogodzenie się rodziny z odejściem Kairy, wydał mi się zbyt hollywoodzko ckliwy.
Zawsze zastanawiał mnie fakt, jak czuje się zespół lekarzy, który pobiera narządy z wciąż żywego człowieka, jakby z naczynia, a z sali operacyjnej wywożone jest już ciało. Dodatkowo biorcy nikt nie gwarantuje życia, bo po drodze wszystko może się wydarzyć. I to dość szokujące podsumowanie na końcu, że jest tak mało dawców, a tylu oczekujących… Jak to strasznie brzmi i jak bardzo mnie zbulwersowało. Miało to zapewne wzbudzić współczucie i refleksję, a we mnie wzbudziło kolejne wątpliwości, bo pobrzmiewa w tym dla mnie myśl: za mało osób ginie w wypadkach, by mogły stać się dawcami i umożliwić życie innym. Zauważyłam też, że członkowie rodzin i lekarze, z którymi przeprowadzono wywiady, nie wypowiadają się na tyle przekonująco, by uciszyć moje obawy.
Rachel Clarke starała się skutecznie przybliżyć rzeczywistość, złożoność i etykę transplantologii. Nie potrafiłam jednak w pełni zgodzić się z przedstawieniem pracowników Narodowej Służby Zdrowia jako niemal bez skazy „aniołów”. Taki obraz, choć poruszający i dodający otuchy osobom związanym z systemem, wydaje się momentami zbyt idealistyczny i mało wiarygodny. Jestem przekonana, że zarówno rodziny dawców, jak i biorców mają za sobą również trudne, niejednoznaczne doświadczenia, o których warto byłoby opowiedzieć. Ich obecność nadałaby tej historii większą siłę i autentyczność. Skupienie się na historii dzieci dodatkowo wzmacnia ton sentymentalny, który nie zawsze działa na korzyść opowieści. Doceniam jednak Rachel Clarke za zwrócenie uwagi na problem dawstwa narządów, to właśnie ta kwestia odegrała istotną rolę w zmianie prawa w Wielkiej Brytanii, gdzie obecnie obowiązuje zasada domniemanej zgody, czyli konieczność rezygnacji z dawstwa, zamiast wcześniejszego zapisywania się do rejestru.
Rachel Clarke starała się przedstawić rzetelnie problem przeszczepów, pokazując fakty za i przeciw. Niestety chwilami całość narracji przypominała mi amerykańskie filmy dokumentalne, w których poszczególne osoby wypowiadają się na ten sam temat.
𝐻𝑖𝑠𝑡𝑜𝑟𝑖𝑎 𝑝𝑒𝑤𝑛𝑒𝑔𝑜 𝑠𝑒𝑟𝑐𝑎 Rachel Clarke to książka non-fiction. Lektura oparta na faktach, prawdziwych historiach dzieci i rodzin, a także realiach medycyny i transplantologii, choć opisana w sposób narracyjny i emocjonalny. Jej treść zapadła mi w pamięć i pozostawiła mnie z pytaniami o granice człowieczeństwa, o dar, który łączy życie i śmierć, oraz o siłę ludzkiej dobroci. Sięgałam po nią z myślą, że autorka rozwieje moje wątpliwości związane z przeszczepami, szczególnie serca, a tymczasem po lekturze mam ich jeszcze więcej. Wątpliwości etyczne związane z transplantologią nie należą przecież wyłącznie do przeszłości ani do czasów pionierów takich jak Christiaan Barnard. To wciąż żywy i aktualny temat, który domaga się uczciwego, wielostronnego spojrzenia.
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗠𝗼𝗿𝗮𝗹𝗻𝘆 𝗱𝘆𝗹𝗲𝗺𝗮𝘁
Sięgnęłam po książkę Rachel Clarke 𝐻𝑖𝑠𝑡𝑜𝑟𝑖𝑎 𝑝𝑒𝑤𝑛𝑒𝑔𝑜 𝑠𝑒𝑟𝑐𝑎, bo chciałam rozwiać swoje wątpliwości i dylematy moralne związane z przeszczepami. Niestety lektura wstrząsnęła mną, choć nie z powodu samej historii bohaterów i dramatów rodzin, które autorka przedstawiła bardzo szczegółowo. Mimo usilnych starań nie była w stanie mnie przekonać, że...
2026-03-05
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗪 𝗼𝗴𝗻𝗶𝘂 𝗹𝘂𝗱𝘇𝗸𝗶𝗰𝗵 𝗲𝗺𝗼𝗰𝗷𝗶
𝑂𝑔𝑛𝑖𝑒 𝑙𝑜𝑡𝑛𝑒 to już kolejne moje spotkanie z prozą Tomasza Betchera. Książka, jak zawsze, napisana jest pięknym, obrazowym językiem, pełnym emocji i autentyzmu. Widać w niej ogromną dbałość o szczegóły i doskonały research. Czuć, ile pracy autor włożył w oddanie prawdziwego charakteru pracy strażaków. Pokazuje, że współcześni strażacy nie tylko gaszą pożary czy ściągają koty z drzew, ale także wyjeżdżają do wypadków, zajmują się ratownictwem medycznym i każdego dnia mierzą się z ogromnym ryzykiem tej służby. Sceny, które Tomasz Betcher przedstawia w powieści, momentami zapierają dech w piersiach i mrożą krew w żyłach. Nie ukrywam, że zapartym tchem śledziłam poczynania strażaków. Drugą stroną tej historii jest los dzieci, które z różnych przyczyn trafiły do domów dziecka lub rodzin zastępczych. Autor pokazuje, jakie doświadczenia mają za sobą, z jakimi trudnościami muszą się mierzyć i z jakimi obawami wchodzą w dorosłość. Oba te wątki Tomasz Betcher połączył w spójną całość. Ta książka to nie tylko historia, ale prawdziwe doświadczenie, o którym trudno zapomnieć po odłożeniu książki na półkę. Czym są tajemnicze tytułowe „ognie lotne”?
Damian i Karolina dorastali w tym samym domu dziecka, choć trafili tu z zupełnie innych powodów. Każde z nich nosi w sobie własne doświadczenia i blizny, które odcisnęły piętno na sercu. Choć pochodzą z różnych światów, wbrew pozorom łączy ich więcej, niż mogłoby się wydawać. Damian ma poparzoną twarz i poranioną duszę. Karolina została wyrwana z toksycznego domu, za którym wciąż tęskni. Syn alkoholiczki i córka przemocowego ojca. Gdy Karolina łudzi się, że terapia ojca przyniosła zmiany i po dwóch latach wraca z bratem do domu, szybko okazuje się, że po kilku miesiącach znów trafia do bidula. W przypływie szału ojciec pobił ją do nieprzytomności.
Damian nie potrafi odnaleźć się w rzeczywistości domu dziecka. Wciąż przed oczami ma tamten pożar i dręczą go wyrzuty sumienia, że to on go spowodował. Ciągle się buntuje i nie przestrzega zasad, aż w końcu jego zachowanie prowadzi go do MOW-u. Miał szansę tego uniknąć, ale nie chciał podjąć walki o siebie, bo nie widzi nadziei na zmiany. Karolina doskonale go rozumie, bo czuje dokładnie to samo.
Gdy ich bliski przyjaciel popełnia samobójstwo, Damian i Karolina radzą sobie z tym po swojemu. Damian ucieka w treningi judo, a Karolina w używki i szemrane towarzystwo. Tak ich drogi się rozchodzą.
Czytając historię tej dwójki dzieciaków, nie potrafiłam powstrzymać wewnętrznego monologu, że niektórzy ludzie nie powinni zakładać rodzin ani mieć dzieci, bo nie dorośli do roli małżonka i rodzica. Wolą potem pielęgnować swoje uzależnienia od alkoholu lub innych używek albo próbują tresować dzieci, zmuszając je siłą do posłuszeństwa. Gdy wydarzy się tragedia, nagle nikt w to nie potrafi uwierzyć, bo przecież to była taka porządna rodzina. Ludzie często mylą status materialny z tym, co naprawdę dzieje się za zamkniętymi drzwiami.
Minie sporo czasu, zanim drogi Damiana i Karoliny ponownie się skrzyżują. Chłopak wstąpił w szeregi straży pożarnej, a Karolina zalicza wpadkę z synem prominenta, którego rodzina nie daje jej spokoju. Dla nich wychowywanie dziecka przez samotną matkę, która nie prowadziła się zbyt moralnie, jest niepoprawne politycznie i burzy wizerunek „wspaniałej” rodziny.
Teraz próbują żyć razem, ale dawne, nieprzepracowane traumy nie dają im spokoju. Damianowi znaleziony podczas akcji wisielec przywraca dramatyczne wspomnienia związane z przyjacielem, natomiast Karolina jest jak tykająca bomba z opóźnionym zapłonem, choć dla syna zrobiłaby wszystko.
Dochodzi między nimi do sprzeczek, ponieważ Karolina nie rozumie, że dla Damiana bycie strażakiem jest powołaniem, a nie chęcią zostania bohaterem. Jednak tak bardzo obawia się o jego życie, że nie potrafi zapanować nad swoim strachem. Boi się, że znów zostanie sama. Była psychicznie i emocjonalnie wyczerpana. Nosiła w sobie stary, zbutwiały ciężar, który za nic nie chciał się rozpaść. Zarzucała Damianowi, że nie jest z nią do końca szczery, a on nie chciał obarczać jej swoimi problemami. Karolina zaś robiła dobrą minę do złej gry, pokazując światu, że wszystko jest w porządku, choć w środku wcale tak nie było.
Oboje są jak muchy w zakręconym słoiku, którego nikt nie odkręci, bo każdy boi się tego, co ta para nosi w sobie. Są jak ognie lotne, które szybko się zapalają i lecą w różne strony, dając efekt iskrzenia i migotania. Dwie rozpalone dusze, dwie iskry w locie. Choć oboje mają nieprzepracowane traumy i uczucia, które nagle mogą wybuchnąć i spowodować poważne konsekwencje, to miałam wrażenie, że mimo wszystko Damian lepiej radził sobie ze swoimi lękami, gasił je w miarę szybko, a przy okazji robił to także z emocjami Karoliny.
Czy ta dwójka poranionych ludzi ma szansę stworzyć szczęśliwy związek, a ich strachy dzieciństwa przeminą? Czy „ognie lotne” emocji mogą ponownie spowodować wybuch pożaru, który spopieli wszystko? Czy znajdą miejsce, gdzie będą mogli bezpiecznie wylądować, tak by przy okazji cały świat nie spłonął?
Są książki, które pochłania się dla samej historii, i takie, które zostają w człowieku na długo po przeczytaniu. Powieść 𝑂𝑔𝑛𝑖𝑒 𝑙𝑜𝑡𝑛𝑒 autorstwa Tomasza Betchera zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. Najbardziej uderzyło mnie to, jak prawdziwe były emocje bohaterów. Miałam wrażenie, że razem z nimi odczuwam każdy trudny moment, każdą wątpliwość i każdy przebłysk nadziei. Autor w subtelny sposób pokazuje, jak przeszłość kształtuje naszą teraźniejszość i jak skomplikowane potrafią być relacje międzyludzkie.
Co mnie szczególnie urzekło w tej historii, to nastrój tej książki, refleksyjny, chwilami melancholijny, ale jednocześnie bardzo żywy i prawdziwy. To nie jest historia, którą czyta się tylko dla przyjemności. To opowieść, która skłania do zatrzymania się, spojrzenia w głąb siebie i zastanowienia nad tym, co tak naprawdę się liczy.
To opowieść, którą autor snuł powoli i niemal niepostrzeżenie wciągnął mnie w świat emocji, niedopowiedzeń i wewnętrznych rozterek bohaterów. Tomasz Betcher prowadził narrację w sposób niezwykle wyważony, skupiając się nie tylko na wydarzeniach, ale przede wszystkim na tym, co dzieje się w sercach i umysłach postaci. I to właśnie ten psychologiczny wymiar sprawił, że historia Damiana i Karoliny tak bardzo na mnie podziałała.
Już od pierwszych stron czułam pewien niepokój, jakby coś miało się wydarzyć, choć nie do końca wiedziałam co. Ten klimat napięcia towarzyszył mi przez całą lekturę, przeplatając się z chwilami refleksji i cichego smutku. Bohaterowie nie są jednoznaczni. Są pełni sprzeczności, momentami pogubieni, czasem irytujący, ale przez to tak bardzo prawdziwi.
Już wcześniej przekonałam się, że Tomasz Betcher potrafi pisać w sposób oszczędny, ale jednocześnie bardzo obrazowy. Każde zdanie w 𝑂𝑔𝑛𝑖𝑎𝑐ℎ 𝑙𝑜𝑡𝑛𝑦𝑐ℎ było przemyślane i miało swoje miejsce. Jest w tej prozie coś subtelnego, a zarazem intensywnego. Autor nie epatował zbędnymi słowami, a mimo to potrafił stworzyć sceny, które nie zniknęły z pamięci wraz z przeczytaniem ostatniej strony.
Czytałam tę książkę z rosnącym poczuciem, że nie chodzi tu tylko o samą historię, ale o coś więcej. O zatrzymanie się na chwilę i przyjrzenie własnym emocjom. O pytania, które nie zawsze mają odpowiedzi.
Autor przedstawia historie ludzi naznaczonych nieprzepracowanymi traumami, bolesnymi wspomnieniami i emocjonalnymi brakami. Ta powieść pokazuje, jak wielki wpływ ma dzieciństwo oraz relacje z innymi na kształtowanie dorosłego życia.
𝑂𝑔𝑛𝑖𝑒 𝑙𝑜𝑡𝑛𝑒 to opowieść, która nie tylko porusza, ale zostaje w pamięci jeszcze długo po odłożeniu książki. Pełna bólu, ale też refleksji i iskier nadziei, skłania do zatrzymania się i przemyślenia, co w życiu naprawdę ma znaczenie. To książka, która nie daje łatwych odpowiedzi, lecz zmusza do spojrzenia w głąb siebie, swoich wyborów i relacji z innymi. Pozostawia z poczuciem, że każda decyzja, każdy gest i każdy strach kształtują życie bardziej, niż można by się spodziewać.
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗪 𝗼𝗴𝗻𝗶𝘂 𝗹𝘂𝗱𝘇𝗸𝗶𝗰𝗵 𝗲𝗺𝗼𝗰𝗷𝗶
𝑂𝑔𝑛𝑖𝑒 𝑙𝑜𝑡𝑛𝑒 to już kolejne moje spotkanie z prozą Tomasza Betchera. Książka, jak zawsze, napisana jest pięknym, obrazowym językiem, pełnym emocji i autentyzmu. Widać w niej ogromną dbałość o szczegóły i doskonały research. Czuć, ile pracy autor włożył w oddanie prawdziwego charakteru pracy strażaków. Pokazuje, że współcześni strażacy...
2026-03-01
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗠𝗶𝗲𝗷𝘀𝗰𝗲 𝗽𝗼𝗺𝗶ę𝗱𝘇𝘆 ś𝘄𝗶𝗮𝘁𝗮𝗺𝗶
Są historie, które nie potrzebują wielkich wydarzeń, by potrafiły mnie poruszyć. Wystarczy kilka ludzkich losów, miejsce naznaczone codziennością i cisza, która pamięta więcej, niż mogłoby się wydawać. Taką opowieścią jest 𝐴𝑛𝑖 𝑡𝑢, 𝑎𝑛𝑖 𝑛𝑖𝑔𝑑𝑧𝑖𝑒 autorstwa Barbary Malawskiej. To książka, która poprowadziła mnie do świata spokojnego i kruchego zarazem, do miejsca, w którym życie płynie własnym rytmem, a ludzkie historie splatają się ze sobą w sposób niemal niezauważalny. Już od pierwszych stron czułam, że będzie to opowieść bardziej do przeżywania niż do pośpiesznego czytania, dlatego z ogromną ciekawością zanurzyłam się w tej historii. Czytanie tej powieści było dla mnie czymś więcej niż tylko spędzaniem czasu z literaturą. Od zawsze wierzę, że książki potrafią mówić do mnie w wyjątkowy sposób. Jedne przynoszą chwilę wytchnienia, inne zostają w sercu i skłaniają do refleksji. Lubię historie, które zachwycają słowem, klimatem i przesłaniem, jakie autorzy subtelnie wplatają w swoją opowieść. 𝐴𝑛𝑖 𝑡𝑢, 𝑎𝑛𝑖 𝑛𝑖𝑔𝑑𝑧𝑖𝑒 to książka, która pozwala na powolne czytanie i delektowanie się każdym zdaniem, a jednocześnie wymaga uważności, szczególnie ze względu na zastosowaną narrację nielinearną. Autorka nie prowadzi wydarzeń w porządku chronologicznym, lecz swobodnie przeskakuje w czasie. Opowieść zaczyna się od końca, przeplata teraźniejszość z przeszłością, wplata retrospekcje, wspomnienia, a czasem także wizje przyszłości. Dzięki temu poznawałam historię w sposób bardziej złożony, chwilami zaskakujący, ale jednocześnie dający głębszy wgląd w emocje i motywacje bohaterów. Ten zabieg budował napięcie, wprowadzał nutę tajemnicy i sprawiał, że ciekawość towarzyszyła lekturze książki aż do ostatnich stron.
Barbara Malawska snuje historie ludzi, których losy w nieoczekiwany sposób się splotły i wzajemnie na siebie wpływały. Choć nie zawsze wszystko kończy się dla każdego pozytywnie, w powieści nie ma dramatyzmu, gwałtownych zwrotów akcji ani burzliwych emocji. Wszystko toczy się spokojnie, w ciszy, która w życiu każdego człowieka jest obecna, a w tej książce staje się nietypowym narratorem. To cisza opowiada i komentuje to, co dzieje się w sztetlu, małej miejscowości, gdzie mieszkają wyznawcy judaizmu, katolicy i protestanci. Egzystując obok siebie, współżyją w harmonii, a gdy trzeba, sobie pomagają. To miasteczko wyróżniało się tym, że miało trzy krańce. Pierwszy, żydowski, z synagogą, drugi prawosławny, z cerkwią, i trzeci chrześcijański, z ceglanym kościołem. Trójkąt wyznaczony przez te świątynie tworzył przestrzeń oka opatrzności.
Jeśli w miasteczku działy się rzeczy dziwne, z pozoru niemożliwe, mieszkańcy sztetla w każdym zdarzeniu widzieli sens. W narodzinach nadmiernie owłosionego dziecka, w śmierci Eleonory, żony Bogdara, i w tym, że jej grób odwiedzał majętny Tyszkowski, prowadzący za rączkę dziecko podobne do Eleonory. Święta Bożego Narodzenia też były inne, bo różnie obchodzone przez mieszkańców miasteczka. Każdy czynił to zgodnie ze swoją wiarą.
𝐴𝑛𝑖 𝑡𝑢, 𝑎𝑛𝑖 𝑛𝑖𝑔𝑑𝑧𝑖𝑒 to historia nieoczywista, napisana pięknym językiem, balansująca na granicy rzeczywistości i realizmu magicznego. Pomiędzy ciszą, dzwoniącą w uszach, a wiarą w Boga czczonego przez wyznawców trzech różnych religii. O gromadzie ludzi żyjących ze sobą w symbiozie, gdzie wszyscy potrzebowali Boga i nie miało znaczenia, jak Go nazywali. Bogiem, Ojcem, Haszem, wszyscy pragnęli Jego opieki i obecnej ciszy.
W książce pojawia się mnóstwo postaci powiązanych ze sobą w różny sposób. Autorka starała się tak o nich opowiedzieć, by każdego z nich dało się poznać. Przedstawione postaci to często ludzie samotni, którzy choć żyją wśród innych, pozostają jednak jakby na uboczu. Są inni, więc ludzie ich nie rozumieją, ponieważ żyją po swojemu. Czasem w sztetlu, czasem poza nim. Często uważano ich za wariatów, bo nie potrafiono zaakceptować kogoś, kto różnił się od reszty. Często z konieczności przyzwyczajali się do ich obecności. Resztę dopowiadał wszechwiedzący narrator, jakim była cisza. Ona wie najwięcej, bo towarzyszy ludziom od zawsze. Nie ocenia, mówi o nich z czułością.
Cisza, o której tak łatwo zapominamy i którą tak często lekceważymy, gdy szukamy zgiełku, hałasu, gwaru, a przecież to ona ma władzę nad słowem, bo to dzięki niej rodzi się potrzeba nazywania myśli. Ta historia pokazała, że wszystko ma swoją kolej i swój porządek, że wszystko dzieje się po coś. Nawet ludzie, którzy wydają się dziwni, mają swoją rolę do spełnienia. Jednak jeśli ktoś wyjedzie, jak Borys, szukać szczęścia w wielkim świecie, mieszkańcy szybko o nim zapominają. Tylko rodzice cierpią i tęsknią. Przecież wyrwy w pamięci i w życiu wypełniają się nowymi ludźmi, nowymi zdarzeniami, nowymi doświadczeniami. Nikt nie pielęgnuje wspomnień tych, których już nie ma. Lepiej zapomnieć, przeskoczyć jak strumyk i iść dalej.
Ta historia nie jest optymistyczna, choć napisana pięknym językiem, niesie ze sobą ciężar ludzkich losów. Ludzie z jednej strony prosili Boga o łaskę i cud, a z drugiej, gdy się spełniało, oczekiwali, że ten sam Bóg im to zabierze i każe za szczęście zapłacić. Przyznaję, że Judaizm znam bardzo pobieżnie i nie orientuję się dokładnie w zasadach tej religii, ale podczas lektury odniosłam wrażenie, że zatrzymał się na Starym Testamencie, dlatego Bóg jest przez nich postrzegany w taki sposób. Wszyscy wydają się nieszczęśliwi, bo uważają, że za szczęście trzeba zapłacić. Takie przekonanie tkwi w ludzkiej głowie, choć Bóg jest miłosierny i pozostawił człowiekowi wolną wolę. Nie jest złośliwym starcem, jak ludzie sobie Go wyobrażają, choć nikt Go nie widział. Za popełnione czyny sami wymierzamy sobie karę, bo dręczy nas sumienie. Właśnie tak jak żebrak z powieści, który mógł wrócić do domu jak syn marnotrawny, lecz tego nie zrobił. Podobnie Borys i Tamara, którzy mogli być szczęśliwi, ale woleli cierpieć, zwalając wszystko na Boga. Nie potrafię zrozumieć takiego punktu widzenia Stwórcy. Nie wiem, czy wynika on z kultury, czy z mojej własnej wiary.
Długo zastanawiałam się, co autorka chciała przekazać w swojej powieści. Czy chodziło jej o bliskość człowieka z Bogiem, czy raczej o jej brak? Czy chciała pokazać, że ludzie wyznający różne religie mogą żyć obok siebie w zgodzie? Bóg jest przecież jeden i wszyscy ludzie w Niego wierzą, choć każdy na swój sposób. Próbowałam zrozumieć, dlaczego autorka przedstawiła Boga jako wymagającego posłuszeństwa i gorliwości, jako dawcę i sędziego, który nakazuje. A przecież to ludzie stworzyli taki obraz Stwórcy. Bóg kocha człowieka i dał mu wolną wolę, to nie On sprawił, że niektórzy, jak Dymitr, w imię źle pojmowanej wiary zamykali się w klasztorach wbrew własnej woli, a potem cierpieli z powodu tej decyzji przez całe życie. Nie Bóg był winien temu, że Tamara przez lata cierpiała na bezsenność z tęsknoty za ukochanym. Sami to sobie uczynili. To nie była wina Boga, który jest miłością, lecz skutki ich własnych wyborów.
Moim zdaniem to powieść dla dojrzałego i wymagającego czytelnika. Nie ma tu pędzącej akcji ani historii zapierających dech w piersiach. Zamiast tego panuje spokój i cisza, która towarzyszy bohaterom i pełni rolę narratora. Ciągle coś dopowiada, bo wie więcej, niż się wydaje, choć nie zna wszystkich szczegółów. 𝐴𝑛𝑖 𝑡𝑢, 𝑎𝑛𝑖 𝑛𝑖𝑔𝑑𝑧𝑖𝑒 to literatura piękna, łącząca realizm magiczny z ezoteryką. Na pierwszy plan wychodzi kultura żydowska, a fascynacja nią autorki jest wyczuwalna w każdym opisie. Przedstawiony sztetl to miejsce archaiczne, typowe dla Europy Środkowej i Wschodniej przed II wojną światową. Małe miasteczko, w którym życie społeczności opierało się na tradycji, religii i zwyczajach. Autorka pokazuje również polskie spojrzenie na codzienność, choć jej opowieść obejmuje różne narodowości. To niezwykła przestrzeń, w której splatają się dobro, zło i namiętności. Nie ma tu klasycznej akcji ani gwałtownych zwrotów fabuły. Losy ludzi przeplatają się ze sobą, a ich interakcje robią ogromne wrażenie. Mieszkańcy sztetla kochają i nienawidzą, pojawiają się łzy, krew, seks i namiętność, a wszystko toczy się w spokojnym rytmie codzienności.
To, co wyróżnia tę powieść, to brak klasycznej, liniowej narracji. Nie ma jednego bohatera, jest ich kilkudziesięciu. Zdarzenia nie następują po sobie wprost, przyczyna i skutek nie zawsze są tu oczywiste. Czasem skutek pojawia się dopiero dużo później, a czasem autorka wraca do wcześniejszych wydarzeń. Liniowość jest zaburzona, pojawiają się powroty, reminiscencje, ale mimo to akcja pozostaje zwarta i konsekwentna.
𝐴𝑛𝑖 𝑡𝑢, 𝑎𝑛𝑖 𝑛𝑖𝑔𝑑𝑧𝑖𝑒 to książka niełatwa w odbiorze, nawet dla mnie, wytrawnej czytelniczki; momentami była dość trudna do przebrnięcia. Zachwycił mnie jednak przepiękny język i ogromna wiedza autorki o Judaizmie, a także sposób, w jaki splata go z katolicyzmem i prawosławiem. Na pierwszy plan wychodzi jednak Judaizm i sposób, w jaki Bóg jest przedstawiany w tej wierze. Od dawna interesuje mnie spojrzenie innych religii, bo ciekawi mnie, jak różni ludzie postrzegają Boga i w jaki sposób Mu oddają cześć. Mimo że szanuję podejście wyznawców innych religii, zabrakło mi większej uwagi poświęconej chrześcijanom i prawosławnym. Spodziewałam się, że autorka równomiernie pokaże różne punkty widzenia, a tymczasem historia opiera się głównie na Judaizmie i Starym Testamencie. Katolicyzm i Prawosławie zostały tylko liźnięte, w efekcie czego pozostał mi lekki niedosyt, choć i tak powieść pozostawia silne wrażenie.
𝐴𝑛𝑖 𝑡𝑢, 𝑎𝑛𝑖 𝑛𝑖𝑔𝑑𝑧𝑖𝑒 Barbary Malawskiej przeniosło mnie do świata, który już nie istnieje, do niewielkiego sztetla gdzieś między Krakowem a Lublinem, w którym życie toczyło się spokojnie, a losy ludzi naturalnie przeplatały się, jak zmieniające się pory roku. Powieść rozgrywa się w okresie między dwiema wojnami światowymi, w miejscu, gdzie obok siebie żyli ludzie różnych wyznań i tradycji, starając się znaleźć wspólną przestrzeń do codziennego życia i zwykłej ludzkiej bliskości.
To nie jest opowieść skupiona na jednym bohaterze ani jednym wielkim wydarzeniu. Autorka pokazuje raczej codzienne życie różnych ludzi, którzy zmagają się ze swoimi pragnieniami, słabościami i nadziejami. Ich życie nie jest spektakularne, ale właśnie w tej zwyczajności odkryłam największą siłę tej książki. Mogłam zaglądać do domów mieszkańców miasteczka, obserwować ich relacje, konflikty, uczucia i drobne radości. W tle stale obecna była historia, która powoli zbliżała się do tej społeczności niczym cień nadchodzącej burzy.
W tej historii ważną rolę odgrywa też natura. Przyroda nie jest tu tylko tłem, lecz cichym świadkiem życia mieszkańców. Zwierzęta, zmieniające się pory roku i codzienne rytuały przypominają, że życie toczy się dalej, niezależnie od ludzkich problemów. W tym świecie każdy ma swoje wady, popełnia błędy, ale wszyscy zasługują na zrozumienie.
𝐴𝑛𝑖 𝑡𝑢, 𝑎𝑛𝑖 𝑛𝑖𝑔𝑑𝑧𝑖𝑒 to powieść o wspólnocie, różnorodności i ludziach, którzy mimo odmiennych tradycji potrafią być dla siebie sąsiadami, przyjaciółmi i wsparciem. To także historia o kruchości świata, który wkrótce przestanie istnieć, dlatego czyta się ją z delikatnym poczuciem tęsknoty za czymś utraconym. Czytając „Ani tu, ani nigdzie”, miałam poczucie, że obcowałam z historią o pamięci i o świecie, który powoli odchodził w przeszłość, a mimo to trwał w ludzkich wspomnieniach. To książka, która porusza swoją prostotą. Wystarczyli zwykli ludzie, ich uczucia i codzienne sprawy, które w tej opowieści zyskały niezwykłą moc. Po lekturze pozostała we mnie spokojna refleksja i poczucie, że takie historie, ciche, uważne i ludzkie, są niezwykle potrzebne.
𝑊 ż𝑦𝑐𝑖𝑢 𝑘𝑎ż𝑑𝑒𝑔𝑜 𝑐𝑧ł𝑜𝑤𝑖𝑒𝑘𝑎 𝑗𝑒𝑠𝑡 𝑝𝑟𝑎𝑤𝑑𝑎, 𝑘𝑡ó𝑟𝑎 𝑝𝑟𝑧𝑦𝑗ąć 𝑚𝑢 𝑡𝑟𝑢𝑑𝑛𝑜. 𝐾𝑎ż𝑑𝑦 𝑚𝑎 𝑠𝑤𝑜𝑗ą 𝑝𝑟𝑎𝑤𝑑ę 𝑖 𝑚𝑖𝑒𝑟𝑧𝑦ć 𝑠𝑖ę 𝑧 𝑛𝑖ą 𝑚𝑢𝑠𝑖 𝑐𝑜 𝑑𝑧𝑖𝑒ń[…] 𝑘𝑎ż𝑑𝑦 𝑗ą 𝑚𝑎.
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗠𝗶𝗲𝗷𝘀𝗰𝗲 𝗽𝗼𝗺𝗶ę𝗱𝘇𝘆 ś𝘄𝗶𝗮𝘁𝗮𝗺𝗶
Są historie, które nie potrzebują wielkich wydarzeń, by potrafiły mnie poruszyć. Wystarczy kilka ludzkich losów, miejsce naznaczone codziennością i cisza, która pamięta więcej, niż mogłoby się wydawać. Taką opowieścią jest 𝐴𝑛𝑖 𝑡𝑢, 𝑎𝑛𝑖 𝑛𝑖𝑔𝑑𝑧𝑖𝑒 autorstwa Barbary Malawskiej. To książka, która poprowadziła mnie do świata spokojnego i...
2026-02-26
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗛𝗶𝘀𝘁𝗼𝗿𝗶𝗮 𝗯𝗲𝘇 𝗼𝗴𝗻𝗶𝗮
Sięgając po powieść 𝑂𝑠𝑡𝑎𝑡𝑛𝑖 𝑡𝑎𝑛𝑖𝑒𝑐 Rafała Wicijowskiego miałam pewne wyobrażenie o tym, czego mogę się spodziewać. Autor od dłuższego czasu prowadzi blog „Oczami mężczyzny”, na który przyznaję, czasami zaglądam. Lubię jego przemyślenia o relacjach, emocjach i codzienności, dlatego naturalnie oczekiwałam, że podobną wrażliwość odnajdę również w jego książce. Zapowiadała się historia z ciekawym motywem i potencjałem na naprawdę poruszającą opowieść o uczuciach. Podczas lektury towarzyszyła mi jednak pewna rozbieżność między tym, czego się spodziewałam, a tym, co faktycznie dostałam. Liczyłam na silne emocje, na historię, która wciągnie mnie bez reszty i pozwoli poczuć prawdziwą chemię między bohaterami. Tymczasem uczucia, które wybrzmiewały z kart powieści, okazały się raczej stonowane, momentami wręcz zaskakująco chłodne. Nie potrafiłam w pełni uwierzyć w relację bohaterów ani w siłę ich więzi.
Michał i Julia poznali się przypadkiem. Od pierwszej chwili czuli, że nadają na tych samych falach. To była miłość od pierwszego wejrzenia i przez lata ich znajomości to uczucie tylko się pogłębiało. Nie było to zwykłe zauroczenie ani to pierwsze, oszałamiające uczucie, które zapiera dech w piersiach i odbiera rozum. Pokochali się tak głęboko, jak kocha się kogoś, kogo naprawdę się zna. Ze wszystkimi niedoskonałościami, z tymi cichymi gestami, które znaczą więcej niż tysiąc słów.
Większość ludzi szuka takiej miłości przez całe życie. Czasem budują związki z pragnienia, by nie być samemu. I żyją latami, nawet nie wiedząc, czego im brakuje. Nieliczni trafiają na kogoś, przy kim wszystko staje się prostsze, przy kim można być sobą, przy kim nawet najtrudniejsze chwile stają się znośne. Julia i Michał wydawali się właśnie taką parą.
Przez pięć lat budowali swój związek. W swoich oczach i w oczach przyjaciół byli parą idealną. Jednak w dniu, w którym mieli się pobrać, gdy szczęśliwa Julia miała zostać żoną Michała i połączyć z nim swoje życie, wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał. Przed ołtarzem zamiast narzeczonego dziewczyna otrzymała jedynie kartkę z krótkim zdaniem, które złamało jej serce.
Mija dekada od tamtych zdarzeń i Julia jakoś poukładała sobie życie. Pracuje w szkole, a od ostatnich dwóch lat próbuje nawiązać bliższą relację z kolegą z pracy, Jakubem. Człowiekiem dobrym i szczerym. A gdy wydaje się, że wszystko zaczyna toczyć się w dobrym kierunku, Michał nagle wraca. Do Polski, do domu, do życia Julii. Chce jej wszystko wyjaśnić i przeprosić. Po dziesięciu latach milczenia.
Julia jest wzburzona. Z jednej strony chce poznać prawdę i dowiedzieć się, dlaczego przed laty ukochany porzucił ją przed ołtarzem, upokarzając na oczach całej rodziny. Dlaczego mężczyzna czekał aż do dnia ślubu, by ją porzucić i złamać jej życie? Z drugiej strony wolałaby już nigdy go nie zobaczyć.
Wydawało mi się, że od tej chwili coś wreszcie zacznie się dziać, bo do akcji wkraczają uczucia Julii, Michała i Kuby, który liczył, że założy z Julią rodzinę. Liczyłam, że poczuję coś, co mnie poruszy, wzbudzi emocje. Niestety były to tylko negatywne odczucia. Byłam zła, poirytowana, nie potrafiłam współczuć bohaterom. Trudno bowiem zrozumieć, że po dziesięciu latach katuszy i próbie poukładania sobie życia, Julia miała teraz wracać do początku i zaczynać wszystko od nowa.
Julia bardzo bała się tego spotkania i towarzyszących mu uczuć. Jak miała sobie z nimi poradzić? Powrót Michała, wyrzuty Kuby, którego to przerosło, ciężar niewypowiedzianych słów i kłębiących się pytań. Jak rozpocząć taką rozmowę po tak długim czasie? Czy mogła przez wszystkie te lata nosić w sobie dawną miłość i czekać na jego powrót? Od tego momentu miałam wrażenie, że oglądam amerykański film o wszystkim i o niczym.
Julię i Michała podzielił czas, wszystko stracili, a mogli przez cały ten czas być razem. To Michał podjął decyzję za nich oboje. Czy w imię miłości miał do tego prawo, czy powinien pozwolić Julii wybrać samodzielnie? Może razem obojgu mimo wszystko byłoby lżej. Teraz wrócił i obciąża ją tym, przed czym rzekomo chciał ją wtedy chronić. Oczekuje, że Julia w imię ich wielkiej miłości wysadzi w powietrze swoje normalne życie. Niektórych rzeczy nie da się już zastąpić ani naprawić. Nie można wrócić do miejsc, które były dla nich wyjątkowe. Nic nie zdarza się dwa razy.
Dodatkowo coraz bardziej zaczęła mi przeszkadzać wszechobecna ckliwość opowieści oraz powtarzalność niektórych wątków. Na końcach rozdziałów pojawiały się krótkie refleksje autora, coś na kształt życiowych porad czy złotych myśli o miłości i życiu. Zamiast pogłębiać historię, przypominały raczej fragmenty poradnika o tym, jak żyć lepiej i budować szczęśliwe relacje. W pewnym momencie zaczęłam mieć wrażenie, że te wstawki wytrącają mnie z rytmu opowieści i odbierają mi przyjemność czytania.
Być może jest to książka skierowana przede wszystkim do młodszych czytelniczek, które dopiero odkrywają emocjonalne zawiłości miłości i relacji. Patrząc jednak z perspektywy dojrzałej czytelniczki, z własnym bagażem doświadczeń, odniosłam wrażenie, że historia momentami ociera się o przesadną słodycz, a nawet o pewien literacki absurd. Tego typu opowieść być może zachwyciłaby mnie wiele lat temu, kiedy romantyczne melodramaty działały na moją wyobraźnię znacznie silniej.
Sięgając po tę powieść kierowałam się przede wszystkim opisem wydawcy, który zapowiadał poruszającą historię pełną emocji. Wszystko wskazywało na to, że będzie to opowieść o miłości, przyjaźni i cierpieniu, czyli o tym, co w literaturze potrafi najmocniej dotknąć odbiorcę. Te elementy rzeczywiście w książce się pojawiają, jednak w moim odczuciu zabrakło w niej czegoś znacznie ważniejszego. Tego wewnętrznego żaru, który sprawia, że historia wciąga bez reszty i nie pozwala oderwać się od kolejnych stron.
Dziś jednak od literatury oczekuję czegoś więcej. Szukam w książkach historii, które nie tylko wzruszają, ale także zostawiają we mnie coś trwałego, prowokują do refleksji i zmieniają sposób patrzenia na świat. 𝑂𝑠𝑡𝑎𝑡𝑛𝑖 𝑡𝑎𝑛𝑖𝑒𝑐 miał potencjał, by taką historią się stać, jednak w moim odczuciu bliżej mu do stylu amerykańskich melodramatów, które próbują za wszelką cenę wycisnąć z czytelnika łzy. Problem w tym, że w moim przypadku te emocje nie dały o sobie znać tak mocno, jak się tego spodziewałam.
Podczas lektury brakowało mi napięcia i emocji, które sprawiają, że z niecierpliwością czekam na rozwój wydarzeń. Zamiast tego miałam wrażenie, że wszystko toczy się bardzo przewidywalnym rytmem. Kolejne rozdziały czytałam z nadzieją, że w pewnym momencie pojawi się coś, co naprawdę mnie zaskoczy, jakiś zwrot akcji albo emocjonalny moment, który nada tej historii głębi. Niestety nic takiego się nie wydarzyło.
Z każdą następną stroną coraz bardziej czułam, że zmierzam jedynie do końca tej opowieści. Czekałam na tytułowy ostatni taniec, ale już nie z ciekawości czy wzruszenia, lecz raczej z poczuciem, że to właśnie on zamknie historię, która zamiast mnie porwać, pozostawiła we mnie przede wszystkim rozczarowanie.
Piękne byłoby przedstawienie miłości Julii i Michała, gdyby nie była tak naiwnie jednostronna. Autor ukazał Julię jako kobietę mało wartościową i niezbyt inteligentną. Kobietę, która oparła swoją tożsamość na wspomnieniach dawnego „my” i nagle musi zmierzyć się z tym, co minęło. Tak autor widzi rolę kobiety? Mamy wiernie czekać, podczas gdy mężczyźni mogą wyjeżdżać daleko i wracać, kiedy nie mają już dokąd? Potrzeby Michała się liczyły, a Julii nie? Spodziewałam się psychologicznego studium postaci, a otrzymałam łzawy romans. Historia napisana w imię zasady, że miłość wszystko wybaczy, ma ona przetrwać wszystko i znosić wszystkie trudności. Bohaterowie próbują odnaleźć swoje miejsce w uczuciach po latach rozłąki, bo podobno prawdziwej miłości nie mierzy się latami, lecz intensywnością chwil, które potrafi się razem przeżyć. Czasami jednak nawet najpiękniejsze wspomnienia nie wystarczą, by zbudować przyszłość, gdy decyzje jednej osoby rzutują na życie drugiej. Miłość wymaga nie tylko oddania, lecz także szacunku, dokonywania wyborów i gotowości do ponoszenia konsekwencji swoich czynów, a tego tutaj zabrakło, dlatego ja w tę miłość 𝑂𝑠𝑡𝑎𝑡𝑛𝑖𝑒𝑔𝑜 𝑡𝑎ń𝑐𝑎 nie uwierzyłam.
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗛𝗶𝘀𝘁𝗼𝗿𝗶𝗮 𝗯𝗲𝘇 𝗼𝗴𝗻𝗶𝗮
Sięgając po powieść 𝑂𝑠𝑡𝑎𝑡𝑛𝑖 𝑡𝑎𝑛𝑖𝑒𝑐 Rafała Wicijowskiego miałam pewne wyobrażenie o tym, czego mogę się spodziewać. Autor od dłuższego czasu prowadzi blog „Oczami mężczyzny”, na który przyznaję, czasami zaglądam. Lubię jego przemyślenia o relacjach, emocjach i codzienności, dlatego naturalnie oczekiwałam, że podobną wrażliwość odnajdę...
Ostatnio:
2026-02-22
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗪ł𝗮ś𝗰𝗶𝘄𝗮 𝗱𝗿𝗼𝗴𝗮
Są autorki, po których książki sięgam w ciemno. Są też takie powieści, które mimo upływu lat wcale się nie starzeją. Wciąż mają w sobie tę samą siłę, a z upływem lat potrafią nawet nabrać jej więcej, trochę jak dobre wino. Ó𝑠𝑚𝑦 𝑐𝑢𝑑 ś𝑤𝑖𝑎𝑡𝑎 to właśnie jedna z takich historii. Kiedyś jej nie przeczytałam i dziś myślę, że może właśnie tak miało być, bo musiałam „dorosnąć” do tej książki. Dlatego jestem wdzięczna Magdalenie Witkiewicz za to wznowienie, dzięki któremu książka trafiła w końcu w moje ręce. Po raz kolejny przekonałam się, że autorka potrafi pisać w sposób niezwykle bliski mojemu sercu. Powieści Magdaleny są prawdziwe, pełne emocji i bardzo aktualne. Ó𝑠𝑚𝑦 𝑐𝑢𝑑 ś𝑤𝑖𝑎𝑡𝑎 to opowieść o losach Anny, pokazana tak, jak mogłaby wyglądać codzienność wielu z nas. Bo w życiu często jeden przypadek potrafi zmienić wszystko i nigdy nie wiadomo, w którą stronę potoczą się nasze losy.
Anna ma już swoje lata, bagaż doświadczeń, zarówno zawodowych, jak i uczuciowych, ale nadal jest singielką. Ta samotność zaczyna jej coraz bardziej doskwierać, zwłaszcza że jej mama, wdowa, ułożyła sobie na nowo życie i wyprowadziła się z ich wspólnego mieszkania. Anna spełniała się zawodowo, ale samotność w pustym mieszkaniu rodzi w jej głowie pomysł, by coś z tym zrobić. Może mogłaby zostać matką, bo na stały związek z mężczyzną straciła już nadzieję. Nawet podróże po świecie, które tak uwielbiała, przestały ją cieszyć.
Gdy staje na rozdrożu i nie do końca wie, co zrobić ze swoim życiem, decyduje się na urlop i wymarzoną podróż do Wietnamu, która odmieni wszystko. Podczas pobytu w Azji, otoczona bogactwem smaków, zapachów i miejskiego zgiełku, Anna doświadcza romantycznych chwil, a jej ścieżki niespodziewanie krzyżują się z mężczyzną, którego poznała dawno temu, a teraz przypadkiem spotyka. A może to nie był przypadek? To spotkanie, wraz z historią, którą tam poznaje, skłania ją do refleksji i decyzji, które mogą odmienić nie tylko jej życie, ale też losy kilku innych osób. Tomasz próbuje zostawić za sobą to, co było, a Anna wciąż pragnie czegoś, czego nie potrafi dosięgnąć. Czy los sprawi, że ich drogi się połączą i pójdą w tym samym kierunku?
Ó𝑠𝑚𝑦 𝑐𝑢𝑑 ś𝑤𝑖𝑎𝑡𝑎 to ciepła, sympatyczna historia pewnej miłości, na którą warto było czekać i dać jej szansę. Opowiada o tym, że nie da się nikogo pokochać wbrew sobie, jeśli nawet bardzo byśmy się starali, że gdzieś we wszechświecie czeka na nas druga połówka jabłka i tylko my możemy z nią stworzyć całość. Pokazuje, że człowiek nie jest stworzony do życia w pojedynkę, choćby na temat życia singla napisano setki pochwalnych esejów. Jesteśmy „zwierzętami” stadnymi i, by żyć normalnie, potrzebujemy drugiego człowieka. Opowieść, która mówi o tym, że miłość kiedyś znajdziemy, albo ona znajdzie nas, choćby na końcu świata.
Magdalena Witkiewicz ma niebywały talent do tworzenia historii ze skrawków codziennego życia i przetwarzania ich w przepiękną narzutę, na którą można patrzeć bez końca lub się nią otulić. Albo zrobić jedno i drugie równocześnie. Historia, która wywołała uśmiech na mojej twarzy, podziałała jak plasterek miodu na bolące serce. Czego można chcieć więcej?
Ó𝑠𝑚𝑦 𝑐𝑢𝑑 ś𝑤𝑖𝑎𝑡𝑎 to historia, która pokazuje, jak nieprzewidywalne potrafi być życie. Anna, prowadząca zwyczajną egzystencję, mierzy się z codziennością i stara się odnaleźć swoje miejsce w świecie. Po latach spędzonych w pojedynkę zapragnęła obecności drugiego człowieka. Choć wydaje się, że zakochany w niej szef Jacek jest odpowiednim kandydatem na partnera, Anna czuje, że związanie się z nim na stałe nie będzie dobrym pomysłem. Magdalena Witkiewicz prowadzi jej historię w bardzo naturalny sposób. Nie stworzyła sztucznego dramatyzmu ani przesadnych zwrotów akcji. Jest za to prawda o ludzkich emocjach, o wyborach, które czasem podejmujemy pod wpływem chwili, i o konsekwencjach, które przychodzą później.
Bardzo spodobało mi się, że autorka pozwoliła mi powoli wejść w świat swoich bohaterów. Dzięki temu mogłam obserwować ich myśli, lęki i marzenia, łatwo się z nimi utożsamiać i przeżywać ich historie. Z ciekawością śledziłam losy Anny, chcąc dowiedzieć się, czy znajdzie właściwego mężczyznę, czy też los znów wystawi ją na próbę.
Historia pokazuje, jak wiele w życiu zależy od przypadkowych zbiegów okoliczności. Czasem jedno spotkanie lub jedna decyzja potrafią całkowicie odmienić bieg wydarzeń. Autorka opowiada o tym w sposób spokojny i naturalny, dzięki czemu losy Anny wydają się prawdziwe i łatwo w nie uwierzyć.
Ó𝑠𝑚𝑦 𝑐𝑢𝑑 ś𝑤𝑖𝑎𝑡𝑎 to historia o uczuciach, o nadziei i o tym, że życie potrafi nas czasem zaskoczyć. Niekiedy wystarczy jeden drobny zbieg okoliczności, żeby wszystko potoczyło się inaczej, niż planowaliśmy. Właśnie to najbardziej podobało mi się w tej książce. Magdalena Witkiewicz pokazuje życie takim, jakie naprawdę jest. Z jego niepewnością, trudnymi wyborami, ale też z małymi dobrymi chwilami, które pojawiają się gdzieś po drodze.
Najbardziej jednak spodobało mi się w tej historii to, że dużo miejsca zajmują w niej emocje i relacje między ludźmi. Bohaterowie nie są idealni. Myślą, wątpią, czasem podejmują decyzje, które nie okazują się najlepsze. Dzięki temu wydają się bardzo prawdziwi i łatwo ich zrozumieć. Miałam wrażenie, jakbym podglądała kawałek czyjegoś życia. Takiego zwyczajnego, które równie dobrze mogłoby wydarzyć się gdzieś obok nas.
Powieść Ó𝑠𝑚𝑦 𝑐𝑢𝑑 ś𝑤𝑖𝑎𝑡𝑎 łączy kilka różnych elementów. Z jednej strony jest to historia o uczuciach i codziennym życiu bohaterów, a z drugiej pojawia się w niej także wątek podróży i odkrywania innej kultury. Magdalena Witkiewicz zabrała mnie do Wietnamu, który opisuje w bardzo obrazowy sposób. Łatwo wyobrazić sobie tamte miejsca, ich kolory, zapachy i smaki. Ciekawym dodatkiem w tej powieści są również wietnamskie przysłowia umieszczone na początku każdego rozdziału. Są krótkie i proste, a jednocześnie skrywają w sobie dużo życiowej mądrości.
Książkę czyta się lekko i przyjemnie. Zawiera zabawne momenty, pojawia się w niej subtelny wątek romantyczny, a przy tym skłania do refleksji nad życiem i tym, czego w nim naprawdę szukamy. Razem z Anną przeżywałam jej radości, ale też chwile smutku i wątpliwości. Magdalena Witkiewicz kolejny raz udowadnia, że potrafi pisać o zwykłych ludziach w niezwykły sposób. W powieściach autorki nie ma wielkich bohaterów ani spektakularnych wydarzeń, jest za to codzienność, która potrafi wzruszyć i skłonić do refleksji.
Ó𝑠𝑚𝑦 𝑐𝑢𝑑 ś𝑤𝑖𝑎𝑡𝑎 nie jest ambitną literaturą i chyba nie o to autorce chodziło. Miał być zapewne przyjemnym w odbiorze romansem, komedią romantyczną i w tej roli powieść sprawdziła się doskonale. Każdy czasem lubi zanurzyć się w historii, w której wszystko kończy się dobrze. Wokół nas jest teraz wystarczająco dużo ciężkiej atmosfery i złych wiadomości, a ta książka pozwala oderwać się od codzienności, zapomnieć o problemach i uwierzyć, że świat nie jest całkiem zły, a marzenia mogą się spełniać.
Wszyscy chyba znamy siedem cudów świata. A czym mógłby być ósmy? Może to coś wyjątkowego, wymarzonego i osobistego, coś, co dla każdego z nas oznacza coś innego i wyjątkowego w życiu?
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗪ł𝗮ś𝗰𝗶𝘄𝗮 𝗱𝗿𝗼𝗴𝗮
Są autorki, po których książki sięgam w ciemno. Są też takie powieści, które mimo upływu lat wcale się nie starzeją. Wciąż mają w sobie tę samą siłę, a z upływem lat potrafią nawet nabrać jej więcej, trochę jak dobre wino. Ó𝑠𝑚𝑦 𝑐𝑢𝑑 ś𝑤𝑖𝑎𝑡𝑎 to właśnie jedna z takich historii. Kiedyś jej nie przeczytałam i dziś myślę, że może właśnie tak miało...
Ostatnio:
2026-02-23
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗖𝘇𝗮𝗿𝗻𝗲 𝗶 𝗷𝗲𝗴𝗼 𝘁𝗮𝗷𝗲𝗺𝗻𝗶𝗰𝗲
Pierwszy tom serii 𝑀𝑖𝑎𝑠𝑡𝑒𝑐𝑧𝑘𝑜 był dla mnie spotkaniem z historią, która po latach wróciła do czytelników. Powieść Agnieszki Olejnik, znana wcześniej pod tytułem 𝐷𝑎𝑛𝑡𝑒 𝑛𝑎 𝑡𝑟𝑜𝑝𝑖𝑒, pierwotnie ukazała się w 2015 roku i w nowym wydaniu ponownie zaprosiła do świata małego miasteczka pełnego sekretów. Już wtedy doceniłam sposób, w jaki autorka łączyła wątki obyczajowe z kryminalnymi oraz jak umiejętnie budowała atmosferę miejsca, gdzie wszyscy się znali, a jednocześnie każdy skrywał jakąś historię. Druga część𝑀𝑖𝑎𝑠𝑡𝑒𝑐𝑧𝑘𝑎, 𝑇𝑎𝑘 𝑏𝑙𝑖𝑠𝑘𝑜, rozwinęła tę opowieść, a jednocześnie wniosła do niej wyraźną świeżość. Obie powieści dzieli spory kawał czasu i w samej narracji wyraźnie to czuć. Choć pojawiają się bohaterowie znani z pierwszej części, całość brzmi bardziej współcześnie i ma w sobie inną energię. Nie traktuję tego jako zarzutu. Wręcz przeciwnie, bardzo spodobało mi się nowe brzmienie tej historii. Tym razem główny głos autorka oddała mężczyźnie i to właśnie z jego perspektywy mogłam śledzić rozwój wydarzeń. Dzięki temu opowieść nabrała dla mnie innego wymiaru. Akcja płynęła naturalnie, napięcie budowane było spokojnie i konsekwentnie, a pojawiające się tropy sprawiły, że sama zaczęłam łączyć fakty i zastanawiać się, jak skończy się ta historia. To jedna z tych książek, które czyta się szybko i z prawdziwą przyjemnością. Choć ta część różni się od poprzedniej, podobała mi się równie mocno, a może nawet bardziej. W 𝑇𝑢ż 𝑜𝑏𝑜𝑘 to Ania i Wiktor nadawali opowieści charakter, a tym razem głos autorki powędrował do Cezarego, który po latach wrócił do Czarnego z Anglii. Jego postać jako amatorskiego detektywa od razu zdobyła moją sympatię.
Cezary Osiński po latach pobytu w Anglii i niezbyt udanym życiu osobistym za namową dawnych przyjaciół wraca do Polski, do Czarnego, rodzinnego miasteczka. Przyjechał tylko z jedną walizką i plecakiem, a w nich upchnął kilka ulubionych ubrań oraz książek, z którymi nie potrafił się rozstać. Spieniężona po śmierci Joan reszta majątku, którego i tak nie zamierzał zatrzymywać, tworzyła na jego koncie miłą dla oka sumkę. A jednak w gruncie rzeczy wcale nie czuł się tu komfortowo. Nie miał własnego lokum, pewności jutra ani poczucia bezpieczeństwa. Nie był już młokosem. Przekroczył czterdziestkę i potrzebował jakiejś stabilizacji oraz poczucia celu.
Tuż po przyjeździe Cezary jest świadkiem odnalezienia okaleczonych zwłok w rzece. Nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył, bo w jego pamięci Czarne wciąż jawiło się jako małe, spokojne miasteczko. Później przyjaciele opowiadają mu o słynnej sprawie Gosi Turek, o której można przeczytać w poprzedniej części serii. Miasteczko, które zapamiętał jako sielskie, bezpieczne, a zarazem do bólu nudne, pokazało mu teraz zupełnie inną twarz. Tego się nie spodziewał po tym miejscu. W dużych aglomeracjach, jak Londyn, nikt nie zwracał uwagi na takie sprawy, tutaj jednak nie mogły minąć bezgłośnie, bez śladu.
Agnieszka Olejnik stworzyła postać bohatera, nie bohaterkę, i wcieliła go w rolę nauczyciela języka angielskiego. Historia toczy się w niedalekiej przyszłości, tuż po zakończeniu zdarzeń z poprzedniej części, ale czuć w niej współczesność, zwłaszcza w rozmowach mieszkańców Czarnego, które dotyczą spraw dziejących się współcześnie. W tych momentach wyraźnie widać różnicę czasową między obiema częściami. Pojawiły się też feminatywy, jak choćby burmistrzyni, które, proszę o wybaczenie, zawsze wywołują u mnie uśmiech.
Fabuła 𝑇𝑎𝑘 𝑏𝑙𝑖𝑠𝑘𝑜 chwilami konstrukcją przypomina słynny serial „Belfer” z Maciejem Stuhrem w roli głównej. To podobieństwo jednak nie odebrało mi przyjemności z czytania, a wręcz przeciwnie. Bardzo byłam ciekawa, jak z zagadkową historią swojej uczennicy poradzi sobie Cezary, który nauczycielem został przypadkiem, a nietypowe zachowanie Stiny oraz jej rodziny obudziło w nim żyłkę detektywa. Teoretycznie nic nie powinno go obchodzić, a tymczasem nie potrafi przestać myśleć o Stinie, jej matce cierpiącej na depresję, a nawet o bracie dziewczyny, małym Alanie, którego podczas dyżurów obserwował na korytarzach szkoły. Wiedział, że w tej rodzinie dzieje się coś złego, ale nie był w stanie im pomóc, bo oprócz przeczuć nie miał nic. Jego podejrzenia opierały się na wycofaniu Stiny, jej pogryzionych palcach, nerwowym mruganiu i czymś nieuchwytnym w jej spojrzeniu, lęku i smutku. To było jednak za mało, by mógł to zgłosić jakiejś instytucji.
Gdy w lesie odnaleziono kolejne ciało, w miasteczku zawrzało jak w ulu. Plotkom i domysłom nie Wydawało się, że denat nie miał wrogów, ale prowadził dość dobrze prosperujący biznes, który mógł komuś przeszkadzać.
Cezary jest dociekliwy i choć próbuje pomóc w śledztwie, swoim zachowaniem irytuje Wiktora Grykę, który nie jest zachwycony, że jego znajomy w dochodzenie wtyka swoje palce. Nie ma doświadczenia, a dodatkowo jest bardzo naiwny, a przecież nikogo nie można wykluczyć z kręgu podejrzanych. Często bowiem najbardziej nielogiczna hipoteza okazuje się prawdziwa.
Sytuacja uczuciowa Cezarego też nie wyglądała różowo. Znalazł się bowiem w emocjonalnym potrzasku, pomiędzy dwiema kobietami. Przy jednej trzymała go przyzwoitość, a przy drugiej biologiczne pożądanie. Jak to się dla niego skończy?
Autorka świetnie prezentuje życie małej społeczności. W Czarnem wszyscy się znają, a mimo to każdy coś ukrywa. Z pozoru zwyczajne życie mieszkańców nie do końca takie jest. Każdy coś ukrywa, a ich tajemnice powoli wypływają na powierzchnię. Jedna sprawa prowadzi do kolejnej, a napięcie rośnie, gdy na jaw wychodzą coraz ciemniejsze strony ludzkich historii.
𝑇𝑎𝑘 𝑏𝑙𝑖𝑠𝑘𝑜 Agnieszki Olejnik czyta się naprawdę przyjemnie. Dawno nie miałam w rękach powieści opowiedzianej z perspektywy mężczyzny, a napisaną przez kobietę, i przyznam, że tutaj brzmi to świeżo i naturalnie. Cezary został przez autorkę wykreowany z dużą dbałością o szczegóły. To dojrzały, inteligentny mężczyzna, który kieruje się zasadami i taktem. Bywa ciekawski, ale jego zachowanie pozostaje wiarygodne i ludzkie. Ma w sobie empatię, łatwo zdobywa sympatię innych, a jego zainteresowanie lokalnymi sprawami kryminalnymi ujawnia detektywistyczną ciekawość.
Choć w powieści pojawia się wątek kryminalny, nie dominuje on nad wątkami obyczajowymi. Najważniejsi są ludzie i ich historie. Samotność, potrzeba bliskości i pragnienie drugiej szansy często kierują decyzjami bohaterów. Każda z tych postaci niesie własny ciężar i własną historię, która ma znaczenie w tej opowieści.
Podobało mi się, że autorka nie spieszy się z akcją. Mogłam na spokojnie wsłuchiwać się w rozmowy mieszkańców, obserwować ich relacje i poczuć zwykłą atmosferę miejsca, w którym cisza czasem mówi więcej niż słowa. W ten sposób kryminalna zagadka staje się tylko jednym z wątków, a na pierwszym planie pozostają ludzkie emocje i decyzje.
Sporym plusem tej historii jest to, że autorka porusza w swojej powieści problemy społeczne, takie jak przemoc domowa czy wyobcowanie w szkole. Często bywa tak, że człowiek miły dla obcych w domu zmienia się w zupełnie inną osobę i czasem wydaje się wręcz niemożliwe, że z miłego, empatycznego człowieka staje się oprawcą. Rodzina nigdzie tego nie zgłasza, bo przemocowiec uzależnił bliskich od siebie i wmawia im, że nikt im nie uwierzy. Największe dramaty rozgrywają się za zamkniętymi drzwiami, za fasadami pięknych domów, gdzie mają miejsce dantejskie sceny, a rodzina socjopaty przeżywa piekło na ziemi, bojąc się prosić o pomoc kogokolwiek z zewnątrz. Młodzież w szkole często ukrywa problemy w domu i tylko czujny, empatyczny pedagog może je wychwycić, dostrzegając pierwsze sygnały, zanim dojdzie do dramatu.
𝑇𝑎𝑘 𝑏𝑙𝑖𝑠𝑘𝑜 pokazuje, że największe tajemnice często kryją się tuż obok nas, w sąsiednim domu, w czyimś milczeniu, w niedopowiedzianej przeszłości. To też historia o powrotach, szukaniu swojego miejsca i o tym, że życie potrafi zaskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie.
Opowieść Agnieszki Olejnik to spokojna i wciągająca lektura, w której cały czas czuć lekkie napięcie. Nie potrzebowałam gwałtownych zwrotów akcji, żeby wciągnęła mnie ta historia. Wystarczył klimat małego miasteczka, kilka ludzkich losów i świadomość, że prawda czasem kryje się tuż obok. 𝑇𝑎𝑘 𝑏𝑙𝑖𝑠𝑘𝑜 uwidacznia, że czasem ufamy niewłaściwym osobom, a pies jest najlepszym przyjacielem człowieka.
𝐴𝑙𝑒 𝑛𝑖𝑒𝑠𝑝𝑒ł𝑛𝑖𝑜𝑛𝑒 𝑚𝑎𝑟𝑧𝑒𝑛𝑖𝑎 𝑚𝑎𝑗ą 𝑡𝑜 𝑑𝑜 𝑠𝑖𝑒𝑏𝑖𝑒, ż𝑒 𝑐𝑧𝑎𝑠𝑒𝑚 𝑤𝑟𝑎𝑐𝑎𝑗ą 𝑝𝑜 𝑙𝑎𝑡𝑎𝑐ℎ.
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗖𝘇𝗮𝗿𝗻𝗲 𝗶 𝗷𝗲𝗴𝗼 𝘁𝗮𝗷𝗲𝗺𝗻𝗶𝗰𝗲
Pierwszy tom serii 𝑀𝑖𝑎𝑠𝑡𝑒𝑐𝑧𝑘𝑜 był dla mnie spotkaniem z historią, która po latach wróciła do czytelników. Powieść Agnieszki Olejnik, znana wcześniej pod tytułem 𝐷𝑎𝑛𝑡𝑒 𝑛𝑎 𝑡𝑟𝑜𝑝𝑖𝑒, pierwotnie ukazała się w 2015 roku i w nowym wydaniu ponownie zaprosiła do świata małego miasteczka pełnego sekretów. Już wtedy doceniłam sposób, w jaki...
Ostatnio:
2026-02-15
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗜𝗹𝘂𝘇𝗷𝗮
Sięgając po książkę S. J. Lorenca 𝑆𝑧𝑚𝑒𝑙𝑐, nie miałam żadnych oczekiwań, a może jednak jakieś miałam, tylko trudno było mi je nazwać. To moje pierwsze spotkanie z tym autorem, więc ciekawość mieszała się z lekką niepewnością. Zaintrygował mnie tytuł i opis wydawcy. Szmelc z definicji to coś bezwartościowego, zniszczonego, pozornie do wyrzucenia, a jednak w tej historii ma znaczenie. Tym szmelcem jest stary aparat, który nie tylko robi zdjęcia, ale zdaje się zatrzymywać coś więcej niż obraz. Z każdym kolejnym rozdziałem i zdjęciem coraz trudniej odróżnić, co jest rzeczywistością, a co tylko wyobrażeniem. Widać, że autor bawi się formą, miesza niepokój z nutą grozy i lekkim surrealizmem, przez co całość wciąga, choć nie zawsze pozwala czuć się bezpiecznie.
Lucjan „Lucy” Stanisławski, utalentowany fotograf modowy, ucieka od własnych problemów do Berlina, szukając w obcym mieście oddechu i zapomnienia. Do domu wraca dopiero wtedy, gdy otrzymuje tajemniczą kartkę od Pawła Zmory, przyjaciela i mentora, któremu zawdzięcza wszystko, co potrafi. Na miejscu odkrywa, że Zmora zniknął bez śladu kilka dni wcześniej. Lucy wprowadza się do mieszkania mentora i zaczyna przejmować część jego obowiązków w wydawnictwie Fabryka. Przebywając w jego czterech ścianach, nie może oprzeć się pokusie, by sprawdzić, czym Paweł zajmował się w ostatnich dniach.
Szefowa wydawnictwa „Fabryka” z entuzjazmem zaproponowała Stanisławskiemu współpracę, jakby już zakładała, że Zmora nigdy nie wróci, choć podobno takie zniknięcia zdarzały mu się już wcześniej. Lucy dostrzega w tej propozycji ogromną szansę dla siebie, ale jednocześnie wchodzi w paradę innemu fotografowi, który liczył na to stanowisko i miał nadzieję przejąć projekt Zmory.
Lucy w mieszkaniu Pawła Zmory, pełnym zdjęć i fotograficznego sprzętu, z ciekawością przegląda to, co zostało, próbując zrozumieć, co się wydarzyło. Z czasem wszystko zaczyna się rozmywać. Kolejne dni tracą kontury, wspomnienia mieszają się z teraźniejszością, a sny stają się równie realne jak to, co dzieje się za dnia. Śledztwo powoli zmienia się w coś zupełnie innego, w świat, w którym nic nie jest pewne.
Lucjan wraca pamięcią do momentu, kiedy poznał Kasję i jak bardzo jej obecność wpłynęła na jego przyjaźń z Pawłem. Była utalentowaną modelką, która zawsze stawiała na pierwszym miejscu własne potrzeby i priorytety, czego zafascynowany nią Lucy początkowo nie dostrzegał, ale widział to Zmora, który zawsze patrzył na świat realistycznie. O Kasję przyjaciele pokłócili się po raz pierwszy, a Lucy dopiero po kilku tygodniach zrozumiał, że Zmora nie mylił się w swojej opinii o niej. Wtedy też uświadomił sobie, że Paweł był jedyną osobą w jego życiu, która przy wszystkim, co dla niego zrobił, działała bezinteresownie.
Podobał mi się pomysł podzielenia rozdziałów według fotografii. Każdy rozdział to jedno zdjęcie. Fabuła książki tworzy się z tych zdjęć, więc wciąż zastanawiałam się, co jest prawdą, a co tylko chwilą zatrzymaną w kadrze, co mogło być prawdą lub sprytnym trikiem fotograficznym utalentowanego autora. S.J. Lorenc nie spieszy się z odpowiedziami. Pozostawia pęknięcia, przez które przesącza się napięcie, i znaki zapytania, które nie dają spokoju. To nie jest książka, którą czyta się lekko i przyjemnie. To nie jest prosta rozrywka, moim zdaniem dość trudna w odbiorze, ale zarazem z bardzo ciekawą konstrukcją. Autor nie prowadzi za rękę i nie wyjaśnia wszystkiego. Pozostawia pytania, które zostają w głowie. Czy naprawdę można coś odrzucić na zawsze, czy po prostu odkładamy to na później, jak rzeczy, które uznało się za bezużyteczne?
Na początku trudno było mi wejść w rytm historii. Czułam duszny, niemal artystyczny klimat, chłonęłam go, ale treść przyswajałam powoli. Widoczne było oddanie hołdu fotografii, która niemal stała się główną bohaterką, i przyjmowałam to z ciekawością, choć czasami nadmiar wiedzy o tym świecie mnie przytłaczał. W końcu jednak coś się rozkręciło. Historia zaczęła żyć własnym życiem, absurd gonił absurd, napięcie wisiało w powietrzu, a każde kolejne odkrycie było fascynujące i zaskakujące. Im dalej brnęłam, tym mniej wiedziałam, o co tak naprawdę chodzi, a finał wywołał we mnie prawdziwy szok. To, co czekało mnie na końcu, było po prostu porażające.
Gdy sięgałam po 𝑆𝑧𝑚𝑒𝑙𝑐 S.J. Lorenca, spodziewałam się klasycznej zagadki kryminalnej z trupem i ostrymi tropami. Zamiast tego dostałam opowieść, która powoli przesuwa granice między rzeczywistością a tym, co niewytłumaczalne, prowadząc mnie przez niespokojne krajobrazy ludzkiej psychiki i ulotnych wspomnień.
Chyba mimo wszystko myślałam, że to będzie rasowy kryminał albo thriller, a dostałam coś zupełnie innego. Coś, co wymyka się wszelkim kanonom gatunku i ociera się o elementy sci-fi. Czy czułam się zawiedziona? Absolutnie nie. Lubię być zaskakiwana, a ta konwencja bardzo mi odpowiadała i dostarczyła mnóstwa emocji. Akcja powieści nie pędzi w zawrotnym tempie, przeciwnie, toczy się powoli, leniwie, pozwalając zatrzymać się przy każdym kolejnym zdjęciu i wnikliwie mu się przyglądać, tak jak robił to Lucy. A czy dzięki temu obraz stawał się bardziej wyraźny? Ani trochę. Z każdym zdjęciem stawał się coraz bardziej zagmatwany. Kierunek, w jakim podążała fabuła wraz z odkrywaniem kolejnych fotografii, był fascynujący i mimo że praktycznie nic spektakularnego się nie działo, przyprawiał o szybsze bicie serca. I te koty… czy one wiedziały coś więcej niż inni?
W 𝑆𝑧𝑚𝑒𝑙𝑐𝑢 akcja rozwija się powoli, dojrzewa razem z bohaterami i z budowaną wokół atmosferą. Pierwsza część skupia się przede wszystkim na tworzeniu relacji, wprowadzaniu napięcia i układaniu podłoża pod to, co ma nadejść. Dopiero w drugiej połowie tempo zaczyna przyspieszać. Pojawiają się pierwsze niepokojące zdarzenia, a sytuacja staje się coraz bardziej napięta. Zaczynałam dostrzegać, że to nie jest już tylko zaginięcie. 𝑆𝑧𝑚𝑒𝑙𝑐 to opowieść o pamięci, obsesji i cienkiej granicy między pasją a ryzykiem.
Lucy nosi w sobie ciężar przeszłości, w której rzeczywistość przeplata się z niepokojącymi obrazami i ulotnymi wspomnieniami. Jego śledztwo prowadzi przez zaniedbane i mroczne zakątki miasta, a kolejne odkrycia coraz mniej pozwalają odróżnić, co jest prawdą, a co jedynie wytworem jego umysłu. Największą siłą tej książki jest jej atmosfera. Opowieść toczy się spokojnie, niemal cicho, a mimo to między słowami czuć napięcie. Coś wisi w powietrzu, coś niepokojącego, ukrytego pod zwykłymi rozmowami, półsłówkami i niedopowiedzeniami. Ze stron nie emanuje jasne światło, lecz gęsta, ciężka atmosfera, jakby przed nadciągającą nawałnicą.
Autor wplata w fabułę pasję do fotografii w sposób, który dodaje historii klimatu i autentyczności. Opisy technicznych aspektów, analogowe aparaty i archiwa zdjęć sprawiają, że świat przedstawiony staje się namacalny, nawet gdy fabuła wślizguje się w koszmarny, nieracjonalny wymiar. Ta niesamowitość nie polega jednak wyłącznie na strachu czy grozie. Autor umiejętnie buduje napięcie poprzez drobne detale, które krok po kroku odsłaniały przede mną kolejne warstwy tajemnicy.
Przy lekturze często czułam się zagubiona fabularnie, bo narracja miesza różne perspektywy i fragmenty pamięci głównego bohatera. Właśnie w tym, moim zdaniem, tkwi największa siła powieści, w zanurzeniu w stan niepewności i dezorientacji, w którym trudno odróżnić jawę od wytworu umysłu. Jednocześnie dla niektórych może to być utrudnieniem w całkowitym wciągnięciu się w opowieść.
W 𝑆𝑧𝑚𝑒𝑙𝑐𝑢 autor bawi się konwencjami, wyciąga z bezpiecznej strefy oczekiwań i prowadzi przez mroczne, nie zawsze jednoznaczne zaułki ludzkiego umysłu i pamięci. Zakończenie jest satysfakcjonujące dla tych, którzy lubią otwarte interpretacje, innych może zostawić z mieszanką myśli i wątpliwości. To nie jest książka, która zamyka wszystkie wątki w logiczną całość. To raczej doświadczenie, które zostaje długo po odłożeniu książki na półkę. Powieść dla wszystkich, którzy cenią lektury niepodające gotowych odpowiedzi i w których groza nie polega wyłącznie na chwytaniu za serce.
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗜𝗹𝘂𝘇𝗷𝗮
Sięgając po książkę S. J. Lorenca 𝑆𝑧𝑚𝑒𝑙𝑐, nie miałam żadnych oczekiwań, a może jednak jakieś miałam, tylko trudno było mi je nazwać. To moje pierwsze spotkanie z tym autorem, więc ciekawość mieszała się z lekką niepewnością. Zaintrygował mnie tytuł i opis wydawcy. Szmelc z definicji to coś bezwartościowego, zniszczonego, pozornie do wyrzucenia, a...
Ostatnio:
2026-02-12
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗖𝘇𝘂ł𝗼ść 𝘇𝗮𝗸𝗹ę𝘁𝗮 𝘄 𝗵𝗶𝘀𝘁𝗼𝗿𝗶𝗶
Pierwsze spotkanie z prozą Wiktorii Gische zapamiętałam dzięki dylogii 𝑀𝑖ł𝑜ść, 𝑤𝑜𝑗𝑛𝑎 𝑖 𝑡𝑎𝑗𝑒𝑚𝑛𝑖𝑐𝑎 𝑝𝑎𝑝𝑖𝑟𝑢𝑠𝑢. Już wtedy zachwycił mnie styl autorki, dojrzały i przepełniony emocjami, a jednocześnie niosący w sobie spokój i szacunek wobec historii. W 𝐷𝑜𝑚𝑢 𝑛𝑎 𝐺𝑟𝑜𝑏𝑙𝑎𝑐ℎ ponownie znalazłam to, co w twórczości Wiktorii Gische cenię najbardziej: bogactwo wiedzy podanej z wyczuciem, piękny język, głębię uczuć i realistycznie oddany klimat minionych czasów. Ta książka nie była dla mnie tylko kolejną lekturą, lecz doświadczeniem, które porusza i zostaje w sercu. Autorka znów udowodniła, że potrafi tworzyć opowieści, które łączą historię, emocje i tajemnicę w jedną, niepowtarzalną całość. 𝐷𝑜𝑚 𝑛𝑎 𝐺𝑟𝑜𝑏𝑙𝑎𝑐ℎ całkowicie mnie wciągnął w XIX-wieczny Kraków, w świat pełen tajemnic, skomplikowanych relacji i emocji, o których trudno zapomnieć.
Rok 1878. Siostry Krzeszowskie noszą w sercach pierwsze miłości. Starsza, Ludmiła, oczarowana i zaręczona z Anastazym Chmielewskim, synem zamożnego krakowskiego kupca, całe myśli poświęca przygotowaniom do ślubu. Młodsza, nastoletnia Wanda, zadurzyła się w Iwo Bironie, synu znanego adwokata, który ją ignoruje i lekceważy. Dziewczyny dzieli nie tylko różnica wieku, ale też sposób patrzenia na świat. Ludmiła marzy o dobrym zamążpójściu i buja w obłokach, w przeciwieństwie do twardo stąpającej po ziemi Wandy, która dostrzega więcej niż koniec własnego nosa. Ma charakter jak brzytwa i cięty język, ale przy tym dobre serce, które ściska się na widok cierpienia innych.
Iwo Biron, obiekt westchnień Wandy, wbrew woli rodziców postanowił zostać policjantem, zamiast adwokatem, jak ojciec. Wciąż pojawia się na drodze Wandy, choć ona wcale tego nie chce. Wciąż pamięta, jak zirytował ją swoim zachowaniem na tamtym balu. Kilka przypadkowych spotkań sprawiło, że Iwo wydawało się, iż zna pannę Krzeszowską i w jakiś szczególny sposób przyciągała jego uwagę. Choć Wanda nie była pięknością w pełnym tego słowa znaczeniu, miała w sobie coś, co nie pozwalało mu przestać o niej myśleć. Kiedy trzeba było, miała w zanadrzu ciętą ripostę albo laskę, którą dała po grzbiecie hyclowi znęcającemu się nad psem, nie bacząc na konsekwencje. W jakiś niewytłumaczalny sposób fascynowała Iwo, ale w jej obecności stawał się opryskliwym gburem, zdolnym do obraźliwych słów, na co Wanda odpowiadała równie ciętym językiem.
Ojciec dziewczyn ciągle wyjeżdża do Krakowa, rzekomo w interesach, a tak naprawdę gra tam w karty, o czym nie ma pojęcia jego żona ani córki. Tak bardzo wciągnął się w hazard, że pewnego wieczoru stracił wszystko. Na wieść o tym młody Chmielewski zrywa zaręczyny, a człowiek, któremu Edmund był winien pieniądze, w zamian za darowanie długu żąda ręki Ludmiły. Zrozpaczona dziewczyna w przypływie szczerości zwierza się stajennemu Antonowi, z którym zna się od dziecka, a on skrycie ją kocha.
Kiedy Anastazy postanowił jednak ożenić się z Ludmiłą, wydawało się, że wszystko zmierza ku szczęśliwemu finałowi. Wtedy jednak dochodzi do tragicznego w skutkach pojedynku między młodym Chmielewskim a Mochnackim, wierzycielem Krzeszowskiego. Pojedynek zmienia wszystko: Ludmiła ucieka z domu i ukrywa się w Krakowie.
Miastem wstrząsa zabójstwo młodej kobiety. Do sprawy zostaje przydzielony Iwo, jednak śledztwo okazuje się bardziej zagmatwane, niż początkowo mogło się wydawać. Ofiar przybywa, a policja wciąż nie potrafi znaleźć rozwiązania. Przełożeni, podobnie jak władze miasta, zaczynają tracić cierpliwość, a kobiety boją się wychodzić z domu. Jedynym wspólnym mianownikiem wszystkich ofiar jest podobieństwo wyglądu, co sprawia, że Iwo ma wrażenie, że już spotkał podobną kobietę. W tym samym czasie z majątku znika stajenny Anton, co rodzi podejrzenia, że jego nieodwzajemnione uczucie do Ludmiły mogło skłonić go do okrutnych czynów.
Wanda, po ukończeniu szkoły dla panien, zostaje w Krakowie i zna miejsce pobytu starszej siostry, aż do dnia, gdy Ludmiła znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Wanda rozpoczyna własne śledztwo, a jej drogi krzyżują się z Iwo. Choć nie darzą się sympatią, muszą zawiesić spory, by wspólnie odkryć prawdę i odnaleźć Ludmiłę.
Od pierwszych stron historia rodziny Krzeszowskich wciągnęła mnie całkowicie. XIX-wieczny Kraków Wiktoria Gische przedstawiła bardzo realistycznie, pokazując codzienne życie, oczekiwania wobec kobiet i problemy, które dotykały bohaterów. Dom Krzeszowskich rozpada się powoli, a plany rodziny sypią się w kawałki. Edmund wpada w kłopoty przez hazard, Ludmiła traci szansę na zamążpójście, a kiedy nagle znika, wkracza wątek kryminalny. Śledztwo nadaje historii nowy wymiar, a bohaterowie próbują znaleźć odpowiedzi, zmagając się przy tym ze swoimi lękami i nadziejami.
Najbardziej intrygującą postacią wydawała mi się Wanda, młodsza siostra pełna energii i odwagi, która mimo ograniczeń epoki postanawia odnaleźć Ludmiłę. Jej kontakty z Iwo tworzą nie tylko wątek romantyczny, ale pokazują, jak razem próbują dojść do prawdy. Poprzez ich rozmowy i wspólne działania autorka ukazuje starcie oczekiwań społecznych z osobistymi pragnieniami bohaterów.
Wiktoria Gische znakomicie oddała atmosferę XIX-wiecznego Krakowa, miasta pełnego kontrastów, gdzie eleganckie salony przeplatały się z ciasnymi zaułkami, gdzie plotki ważyły więcej niż fakty, a jeden skandal mógł zniszczyć życie. To tło nadaje historii wyjątkowego charakteru i sprawia, że lektura staje się nie tylko literacką przygodą, ale też podróżą w czasie.
Historia płynnie łączy wątki romantyczne, dramatyczne i kryminalne, tworząc opowieść, która wciąga i trudno się od niej oderwać. Choć pojawiają się spokojniejsze momenty, Wiktoria Gische utrzymuje napięcie dzięki nieoczekiwanym zwrotom akcji, które zmuszały mnie do zatrzymania się i zastanowienia nad losem każdej z bohaterek.
Moim zdaniem 𝐷𝑜𝑚 𝑛𝑎 𝐺𝑟𝑜𝑏𝑙𝑎𝑐ℎ to historia pełna uczuć, sekretów i ograniczeń narzuconych przez społeczeństwo, opowiadająca o kobietach, które próbują odnaleźć swoje miejsce w świecie, w którym przeszłość wciąż wpływa na teraźniejszość. Książka zapewniła mi nie tylko przyjemność z lektury, ale też poczucie podróży w czasie, pozostawiając pytania o granice odwagi i cenę prawdy.
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗖𝘇𝘂ł𝗼ść 𝘇𝗮𝗸𝗹ę𝘁𝗮 𝘄 𝗵𝗶𝘀𝘁𝗼𝗿𝗶𝗶
Pierwsze spotkanie z prozą Wiktorii Gische zapamiętałam dzięki dylogii 𝑀𝑖ł𝑜ść, 𝑤𝑜𝑗𝑛𝑎 𝑖 𝑡𝑎𝑗𝑒𝑚𝑛𝑖𝑐𝑎 𝑝𝑎𝑝𝑖𝑟𝑢𝑠𝑢. Już wtedy zachwycił mnie styl autorki, dojrzały i przepełniony emocjami, a jednocześnie niosący w sobie spokój i szacunek wobec historii. W 𝐷𝑜𝑚𝑢 𝑛𝑎 𝐺𝑟𝑜𝑏𝑙𝑎𝑐ℎ ponownie znalazłam to, co w twórczości Wiktorii Gische cenię...
2026-02-11
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗥𝗼𝗱𝗼𝘄𝘆 𝘀𝗸𝗮𝗿𝗯
Towarzyszyłam bohaterom sagi 𝑆𝑎𝑛𝑑𝑜𝑚𝑖𝑒𝑟𝑠𝑘𝑖𝑒 𝑊𝑧𝑔ó𝑟𝑧𝑎 od pierwszego tomu i z każdym kolejnym coraz bardziej wnikałam w ich świat. Tak bardzo się z nimi zżyłam, że trudno było mi pogodzić się z myślą o rozstaniu, choć wiedziałam, że ten moment kiedyś nadejdzie. Ta historia miała w sobie coś, co od pierwszych stron przyciągało mnie i nie pozwalało o sobie zapomnieć. Początkowo przypominała powieść z gatunku płaszcza i szpady, co od razu mnie urzekło, później jednak autorka obrała inny kierunek, nie mniej fascynujący. Z każdym tomem coraz mocniej doceniałam sposób opowiadania Edyty Świętek, ciepło, z jakim kreśliła postacie i umiejętność splatania ich losów z tłem historycznym. 𝑆𝑖ł𝑎 𝑚ę𝑠𝑘𝑖𝑒𝑔𝑜 ℎ𝑜𝑛𝑜𝑟𝑢, finał tej opowieści, zachowuje wszystko to, co w serii najpiękniejsze. Wciąga od pierwszych stron, porusza emocjami i przypomina, że choć czasy się zmieniają, ludzkie uczucia i słabości pozostają takie same.
Tadeusz, syn Weroniki i Bolka Skoczylasów, upatrzył sobie na żonę Hankę Widłakównę. Nie była to panna szczególnie posażna, ale za to bardzo urodziwa. Ojciec Tadka miał dla syna inną kandydatkę, bogatszą i z wianem, lecz Tadeusz nie chciał nawet o tym słyszeć. Hanka, rezolutna i rozsądna dziewczyna, choć chłopak bardzo jej się podobał, pamiętała ostrzeżenia matki i siostry Tadeusza. Wiedziała, że mężczyźni potrafią być czarujący przed ślubem, lecz po nim wiele kobiet staje się więźniarkami własnych domów, traktowanymi gorzej niż służące. Małżeństwo bywało dla nich jarzmem, z którego nie sposób się uwolnić. Dlatego Hanka postawiła Tadeuszowi warunek: wyjdzie za niego tylko wtedy, gdy jego rodzice się pogodzą.
Weronika, z dala od domowego kieratu, wreszcie odżyła, choć przyszło jej zapłacić za to wysoką cenę. Stała się obiektem społecznego ostracyzmu, a najbardziej dotkliwe było to, że potępiały ją inne kobiety. To one najczęściej rzucały najcięższe słowa, choć same nierzadko dzieliły podobny los, tyle że brakowało im odwagi, by się sprzeciwić. Te, które odważyły się wesprzeć Weronikę, także spotykały się z chłodem i niechęcią. W powszechnym mniemaniu kobieta miała być od pracy i rodzenia dzieci, niczego więcej jej nie przystawało. Weronika powinna się ugiąć, bo jej postępowanie było wbrew naturze. Nie godziło się, by postępowała wbrew porządkom panującym na świecie. Hanka jednak nie godzi się na taki obraz świata. W jej domu rodzice zawsze okazywali sobie miłość i szacunek, dlatego wierzyła, że małżeństwo może wyglądać inaczej. Weronika wie, że jej postępowanie utrudnia życie dzieciom, a z drugiej strony nie mogła zgodzić się na powrót do domu i ponowne tyranie od świtu do nocy pod rządami teściowej. Jeśli zgodzi się wrócić, zrobi to tylko na swoich warunkach. Czy taka przemiana w ogóle jest możliwa?
Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że Edyta Świętek doskonale potrafi igrać z emocjami i skutecznie je podsycać. Sądziłam, że w tej części akcja nieco się uspokoi i będzie płynąć powoli, jak statek pewnie zmierzający do portu. Tymczasem życie bohaterów znów zaskakuje nagłymi burzami i sztormami, których finału nie sposób przewidzieć.
Michał coraz bardziej pogrążał się w alkoholizmie, a autorka w sugestywny sposób oddała ciężar jego doświadczeń. Pokazała, jak krok po kroku wchodził w nałóg, jak pijane myśli mieszały mu się z mrzonkami i nierealnymi planami oraz w jaki sposób wpływało to na bliskich, których potrafił oszukać i zmanipulować. Karczma, w której kiedyś spędzał czas z przyjaciółmi, stała się miejscem jego zguby. Gdy Eustachy przestaje mu wypłacać pieniądze, a żona odmawia uregulowania długów, Michał zostaje sam na sam ze swoim nałogiem. Rozważa powrót na statek, szukając tam ratunku dla siebie. Czy mu się to uda?
Spokój rodziny Eustachego zostaje brutalnie zakłócony. Rodowy sztylet, który posiada, wywołuje ciąg tragicznych zdarzeń, a Eustachy staje przed trudnym wyborem: chronić bezpieczeństwo najbliższych czy stawić czoło rzezimieszkom, którzy już dwukrotnie go zaatakowali. Kto i czego szuka u nich, Eustachy powoli zaczyna snuć domysły.
Oprócz codziennego życia mieszkańców Sandomierza Edyta Świętek mistrzowsko przedstawia czas, gdy potężny krach w Ameryce w latach 30-tych odbił się echem na całym świecie, także w Polsce. Autorka ukazuje obraz ubożejącego społeczeństwa, wszechobecnej biedy i głodu, którym po swojemu próbuje zaradzić Alina. Autorka odmalowuje również realia polskiej polityki tamtego okresu, gdzie rządzących bardziej niż los narodu interesowały stołki i stanowiska. Waśnie między Polakami, wykorzystywały obce mocarstwa, wyzyskując kraj i nie dając nic w zamian. W obliczu kryzysu politycy, jak zawsze, bardziej martwili się o własne tyłki niż o sytuację państwa.
W tej części Edyta Świętek domknęła wszystkie wątki i tym samym ta niezwykła historia dobiegła końca. Autorka z wielką czułością pokazywała codzienność swoich bohaterów. W ich losach odbijały się zwykłe troski, pragnienia i błędy, które sprawiły, że stali mi się bliscy i łatwo było ich polubić, może z kilkoma wyjątkami. Eustachy to niezwykły mężczyzna, który wiele przeszedł i wciąż zmagał się z ciężarem przeszłości. Powoli odkrywał, że siła nie polegała na twardości, lecz na odwadze, by otworzyć serce i przyznać się do uczuć. Jego przemiana z człowieka zamkniętego w sobie w kogoś zdolnego do zrozumienia i bliskości to jedno z najpiękniejszych przesłań, jakie niesie ta historia. Edyta Świętek prowadziła jego historię z delikatnością, pozwalając mi zajrzeć w głąb serca mężczyzny, który przez lata tłumił swoje uczucia. W tle toczyło się życie jego bliskich, ich radości, smutki i pragnienia, które nadają całej historii prawdziwie ludzki wymiar.
Autorka sięgnęła także po trudne tematy. Kryzys małżeński Michała, jego zmagania z uzależnieniem i skutki, jakie niosły dla całej rodziny, nadały historii prawdziwego ciężaru i autentyczności. Obok niego obserwowałam Weronikę, która stawiała czoło własnym lękom i ranom, próbując zbudować życie na nowych zasadach dla dobra swoich dzieci. Te wątki, przesycone troską o rodzinę i tym, co w życiu naprawdę ważne, sprawiły, że lektura ostatniej części była wciągająca i poruszająca.
Edyta Świętek z ogromną czułością pokazała także kobiece postawy, ich siłę, zaradność, odwagę i gotowość do poświęceń, które są uniwersalne w każdej epoce. Dzięki temu historia zachowała równowagę między męskimi dylematami a kobiecym spojrzeniem na miłość, rodzinę i codzienność.
Ta saga trafiła mnie prosto w serce i skłoniła do refleksji nad wartościami i przemianami, jakie niesie życie. Zakończenie pozostawiło we mnie poczucie, że czas spędzony z bohaterami był cenny i wzbogacający, jak spacer przez oblicza ludzkiego życia. To przepiękna opowieść o porozumieniu i o miłości, która zwycięża wszystko.
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗥𝗼𝗱𝗼𝘄𝘆 𝘀𝗸𝗮𝗿𝗯
Towarzyszyłam bohaterom sagi 𝑆𝑎𝑛𝑑𝑜𝑚𝑖𝑒𝑟𝑠𝑘𝑖𝑒 𝑊𝑧𝑔ó𝑟𝑧𝑎 od pierwszego tomu i z każdym kolejnym coraz bardziej wnikałam w ich świat. Tak bardzo się z nimi zżyłam, że trudno było mi pogodzić się z myślą o rozstaniu, choć wiedziałam, że ten moment kiedyś nadejdzie. Ta historia miała w sobie coś, co od pierwszych stron przyciągało mnie i nie pozwalało o...
2026-02-06
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗣𝗿𝗲𝘀𝘁𝗶ż
𝑅𝑖𝑔𝑜𝑟 𝑀𝑜𝑟𝑡𝑖𝑠 to tytuł, który od razu przyciąga uwagę i budzi niepokój. Łacińskie określenie pośmiertnej sztywności nabiera tu nowego znaczenia. Zastygają nie tylko ciała, ale też emocje i granice moralne. Jacek Piekiełko i Tomasz Żak stworzyli opowieść, która od pierwszych stron nie pozwala o sobie zapomnieć. Mikołaj Mortysz, autor popularnego podcastu, obiecuje odkryć, kim jest brutalny morderca ciężarnych kobiet. Szybko jednak okazuje się, że medialne śledztwo przeradza się w niebezpieczną grę z prawdą i własnym sumieniem. 𝑅𝑖𝑔𝑜𝑟 𝑀𝑜𝑟𝑡𝑖𝑠 to nie tylko kryminał o zbrodni, lecz także o ludzkiej ciekawości podszytej żądzą sensacji, o świecie, w którym tragedia staje się treścią do odsłuchania, a głos w słuchawkach ma władzę większą, niż chcielibyśmy przyznać. Autorzy stawiają pytanie, jak daleko człowiek jest w stanie się posunąć dla popularności, i zostawiają z dreszczem niepewności.
Mikołaj Mortysz pragnie sławy i splendoru, jest arogancki i bezczelny, źle traktuje kolegę, który pomaga mu ogarniać media społecznościowe. Czuje się od niego lepszy i mądrzejszy, a sam nie jest bez skazy, pełen natręctw i fobii, które czasem go ograniczają.
Honorata Kałuża jest niezwykle ambitna, tworzy konkurencyjny kanał i postawiła sobie za punkt honoru odkrycie prawdy o Mortyszu. Nie wierzy w istnienie Kowboja, jej zdaniem to postać stworzona przez konkurenta w celu podsycania emocji i sławy własnego kanału.
Konkurencja podcasterów przeradza się we współzawodnictwo. Mortysz wciąż podkreśla, że osobnik, o którym opowiada, istnieje naprawdę i jest nieuchwytny od ponad trzech dekad, natomiast Kałuża twierdzi, że to zlepek różnych postaci, z których Mortysz na własny użytek stworzył jedną. Żadnemu z nich nie chodziło o prawdę, lecz o udowodnienie sobie nawzajem, które z nich ma rację, i przyciągnięcie do swojego kanału większej liczby obserwatorów. Prawda była nieistotna, liczyło się tylko to, komu uwierzą słuchacze. A przy tym oboje nienawidzą się serdecznie. Mortysz karmi słuchaczy swoim punktem widzenia, a Kałuża postanawia przyłączyć się do śledztwa prywatnego detektywa Widockiego, którego wynajął jej ojciec. Postawa zarówno Mortysza, jak i Kałuży drażniła mnie jednakowo. Ich niezdrowy pęd do sławy oraz bezrefleksyjne umieszczanie niesprawdzonych informacji na swoich kanałach było dla mnie nie do przyjęcia.
Widocki podchodzi do sprawy jak profesjonalista, wszystko trzyma w sferze podejrzeń i nie wysuwa pochopnych wniosków. Honoracie natomiast bardziej zależy na wbiciu szpilki Mortyszowi niż na prawdzie. Działa tak w imię zasady, że atakując kłamcę, broni prawdy. Mówi o nim kategorycznie, nawet bez dowodów, woli stwierdzić „Mortysz kłamie” niż „być może kłamie”. Ich rywalizacja szybko wymyka się spod kontroli, a zdrowy osąd rzeczywistości ustępuje miejsca emocjom, które w pełni przejmują nad nimi władzę.
Mortysz żyje dla popularności i szumu, jaki wokół siebie wywołuje. Gdy o nim głośno, czuje, że naprawdę istnieje i upaja się tym uczuciem. Jego audytorium tylko podsyca poczucie własnej wielkości. Mikołaj Mortysz to postać, która od pierwszych stron wzbudziła we mnie skrajne emocje. Jego bezwzględność i pewność siebie mnie irytowały, a mimo to przyciągał mnie w sposób, którego nie potrafiłam zignorować. Prowadząc podcast Rigor Mortis, traktuje go nie tylko jako miejsce do opowiadania historii, ale także jako narzędzie zdobywania sławy, kształtowania narracji i wpływania na emocje słuchaczy. Jego charyzma przyciągała mnie i nie pozwalała odejść, nawet gdy widziałam, że tuż za rogiem czeka przepaść.
Bardziej interesujące od samej historii kryminalnej było pokazanie przez autorów internetowego bagienka i tego, co prowadzący kanały w sieci są gotowi zrobić dla klikbajtów. Stopniowo wyłania się obraz Mikołaja i Honoraty, ludzi z burzliwą przeszłością, która zostawiła w nich ślady i pewnie zaburzenia emocjonalne, o których ich obserwatorzy nie mają pojęcia. Nie chodzi tu tylko o śledztwo w sprawie zabójstw kobiet, bo sfrustrowany policjant pojawia się sporadycznie, głównie zirytowany zachowaniem żony zauroczonej Mortyszem i jego podcastem. Piekiełko i Żak skupiają się przede wszystkim na podcasterach, którzy dla sławy są gotowi na wszystko, nawet naginać prawdę. Ich rywalizacja przypomina pole bitwy, gdzie nie obowiązują żadne zasady.
Konkurencja między agresywnym i narcystycznym Mikołajem Mortyszem a pełną charyzmy przybyszki z oceanu Honoratą Kałużą zaczyna przybierać niezdrowy obrót. Coraz wyraźniej widać, że Mortysz być może przypisuje zbrodnie fikcyjnej, wykreowanej przez siebie postaci seryjnego mordercy. Honorata natomiast nie jest tak twarda, jak mogło się początkowo wydawać, a fakt, że stworzyła własny podcast, odzwierciedla jej przeszłość.
Nie ukrywam, że opowiedziana historia wstrząsnęła mną nie ze względu na same zbrodnie, o których piszą autorzy, lecz na to, jak znani podcasterzy i youtuberzy potrafią zręcznie manipulować opinią publiczną, grać na emocjach, podgrzewać je i przekręcać fakty, byle tylko być na wierzchu. Ta powieść jest wiwisekcją ludzkiej natury. Pokazuje pęd do sławy za wszelką cenę, bez względu na koszty.
Akcja książki dzieje się w świecie, w którym „true crime” to nie tylko gatunek książkowy czy telewizyjny, lecz coś, co żyje dzięki naszej ciekawości i chęci sensacji. Brutalne zbrodnie, media społecznościowe i pogoń za odsłonami mieszają się ze sobą, pokazując, ile kosztuje sława i jak łatwo przekroczyć granicę między prawdą a widowiskiem. Obok Mortysza pojawiają się inni bohaterowie, jak Honorata Kałuża, która próbuje dojść do prawdy, oraz Buła, który zaczyna zauważać rysy na idealnym wizerunku swojego szefa. Dzięki nim historia zyskuje więcej wymiaru i pokazuje, jak ludzie działają pod wpływem ambicji, ciekawości i własnych emocji.
Autorom udało się napisać książkę, która wciąga i trudno się od niej oderwać. Sprawa kryminalna jest ważna, ale to, co najbardziej zostaje w głowie, to pytania, które rodzi: dlaczego tak bardzo przyciągają nas historie o tragediach, co nami kieruje, gdy oglądamy kolejne nagrania i słuchamy podcastów o mordercach, i gdzie w tym wszystkim jest prawda.
Moim zdaniem 𝑅𝑖𝑔𝑜𝑟 𝑀𝑜𝑟𝑡𝑖𝑠 może zaskoczyć nawet tych, którzy myślą, że znają kryminał na wylot. To książka, która nie tylko opowiada wciągającą historię, ale też pokazuje, jak działa kultura opowiadania o zbrodni. Zakończenie pozostaje otwarte, co bardzo lubię w książkach, ponieważ daje mi przestrzeń do własnych teorii i domysłów na temat dalszych losów bohaterów, a obraz historii długo pozostaje w głowie.
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗣𝗿𝗲𝘀𝘁𝗶ż
𝑅𝑖𝑔𝑜𝑟 𝑀𝑜𝑟𝑡𝑖𝑠 to tytuł, który od razu przyciąga uwagę i budzi niepokój. Łacińskie określenie pośmiertnej sztywności nabiera tu nowego znaczenia. Zastygają nie tylko ciała, ale też emocje i granice moralne. Jacek Piekiełko i Tomasz Żak stworzyli opowieść, która od pierwszych stron nie pozwala o sobie zapomnieć. Mikołaj Mortysz, autor popularnego...
Ostatnio:
2026-01-11
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗠𝗶ę𝗱𝘇𝘆 𝗹𝗲𝗴𝗲𝗻𝗱ą 𝗮 𝗿𝘇𝗲𝗰𝘇𝘆𝘄𝗶𝘀𝘁𝗼ś𝗰𝗶ą
Katarzyna Kuśmierczyk to autorka, do której książek wracam z prawdziwą przyjemnością. Lubię ten moment, kiedy otwieram nową powieść i wiem, że za chwilę przeniosę się w świat, w którym magia i codzienność żyją obok siebie. Styl pisania Katarzyny Kuśmierczyk jest coraz dojrzalszy, bardziej świadomy i płynny. Z niezwykłą lekkością prowadziła mnie przez kolejne warstwy czasu, przez miejsca, w których przeszłość wciąż oddycha i nie daje o sobie zapomnieć. 𝑀𝑎𝑗𝑎𝑘 to druga część cyklu 𝑊𝑖𝑑𝑚𝑎 𝑆𝑢𝑤𝑎𝑙𝑠𝑧𝑐𝑧𝑦𝑧𝑛𝑦, ale to historia, którą można czytać niezależnie. Nie łączy jej z 𝐸𝑐ℎ𝑒𝑚 𝑠𝑧𝑒𝑝𝑡ó𝑤 ani fabuła, ani bohaterowie, a jednak czuć to samo, charakterystyczne dla autorki napięcie i klimat tajemnicy. Opowieść wymyka się klasyfikacjom. Jest tu kryminał, jest groza, trochę thrillera i dużo odniesień do słowiańskich wierzeń, które zawsze wprowadzają mnie w ten szczególny nastrój niepokoju i fascynacji. Autorka zainspirowała się twórczością Agaty Christie i to widać, choć nie w oczywisty sposób. W 𝑀𝑎𝑗𝑎𝑘𝑢 jest coś z klasycznej zagadki, ale ubranej w surowy pejzaż Suwalszczyzny i przefiltrowanej przez dawne podania. Historia toczy się na dwóch płaszczyznach czasowych: w teraźniejszości, gdzie w pensjonacie Modrzewnica znikają turyści, oraz w roku 1710, gdy zaraza pustoszy okoliczne wsie. Oba światy łączy coś, co wymyka się racjonalnemu tłumaczeniu, coś, co żyje w ludzkich lękach i pamięci. Podczas lektury czułam chłód tej ziemi, szum drzew, ciężar powietrza przed burzą. 𝑀𝑎𝑗𝑎𝑘 nie tylko opowiada historię, on wciąga swoim nastrojem. Jest w nim cisza, w której słychać szepty dawnych opowieści, i mrok, który nie przeraża, lecz przyciąga. To książka, po której trudno wrócić od razu do rzeczywistości.
𝖶𝗌𝗉ół𝖼𝗓𝖾ś𝗇𝗂𝖾 𝖬𝗈𝖽𝗋𝗓𝖾𝗐𝗇𝗂𝖼𝖺, 𝖯𝖾𝗇𝗌𝗃𝗈𝗇𝖺𝗍 𝗐 Ż𝖺𝖻𝗂ń𝖼𝗎
Żabiniec to miejsce, do którego zmierzają ludzie z zupełnie różnych światów, połączeni tajemniczym przeznaczeniem. Majka, studentka, czuje, że coś nieuchwytnego przyciąga ją właśnie tam. Natalia przyjmuje propozycję partnera, mając nadzieję, że wspólny wyjazd pozwoli odbudować to, co między nimi powoli gasło. Gabriel, diler narkotykowy z problemami, otrzymuje ofertę pracy w tej okolicy, gdy jego życie zaczyna się rozpadać. Doktor Elżbieta Berezowska, pogrążona w żałobie po mężu i córce, wygrywa wyjazd w konkursie i traktuje go jak znak losu. Komendant Piotr Pokrzycki wyrusza do Żabińca pod wpływem szantażu, nie mając wyboru. Damian, pewny siebie playboy, decyduje się na podróż dzięki kobiecie poznanej na Tinderze. Helena, właścicielka firmy kosmetycznej, widzi w tym miejscu szansę na ocalenie swojej marki, bo właśnie tu ma dojść do spotkania z włoskim inwestorem. Wszystkich łączy przekonanie, że wyjazd do Żabińca coś zmieni. Nikt jednak nie przeczuwa, jak bardzo.
𝖦ę𝖻𝖺𝗅ó𝗐𝗄𝖺 𝟣𝟩𝟣𝟢 𝗋.
Młoda kobieta zwana Suligniewą od zawsze budziła we wsi niepokój. Ludzie szeptali, że to diabelskie nasienie, odkąd osiemnaście lat temu Bolemira, miejscowa zielarka, znalazła porzucone niemowlę. Dziecko wydawało się dziwne, inne niż wszystkie, lecz strach przed Bolemirą sprawił, że nikt nie odważył się jej sprzeciwić ani prześladować Suligniewy. Przez lata dziewczyna żyła na uboczu, prawie zapomniana, aż do chwili, gdy zaraza zaczęła pustoszyć wieś. Ludzie potrzebowali winnego, kogoś, na kogo można było zrzucić strach i gniew. Suligniewa nadawała się do tego doskonale. Dopóki babka była przy niej, czuła się bezpieczna, lecz gdy Bolemira nagle zniknęła, została sama. Wieś uznała, że nadszedł czas, by rozliczyć się z całym złem, które w ich oczach spadło na ludzi przez Suligniewę.
Była w ciąży z jednym z mieszkańców, ale jak mogła dać mu znać, skoro wszyscy, ze strachu przed zarazą, pozamykali się w domach i tylko wieczorami zbierali się na modły, szukając winnych swojej doli. Coraz więcej zarażonych trafiało do zbiorowej mogiły na Górze Majak, a winę za ten stan rzeczy przypisywano Suligniewie. Jej los wydawał się przesądzony, ale bardziej niż o siebie martwiła się o swoje nienarodzone dziecko. Wiedziała, dokąd ją zawiozą, choć sama nie miała żadnych oznak choroby.
Ludzie zamknęli serca i oczy przed tym, co chcieli zrobić, nie zdając sobie sprawy, że krew niewinna nigdy nie spada w ziemię bez echa. Góra przygarnęła ją jak swoją, a Suligniewa ich przeklęła. Musiała wyrzec się córki, ale dostała gwarancję, że jeśli ją skrzywdzą lub skrzywdzą jej potomka, obudzi się i wróci po pomstę, a krzywdziciele zostaną ukarani. Bolemira dopilnowała, by ród Suligniewy przetrwał. Tak powstała legenda o strzygach, powtarzana z pokolenia na pokolenie.
Bardzo podobały mi się przemyślenia każdego z gości pensjonatu o pozostałych. Były zabawne i niezwykle celne. Towarzystwo w żaden sposób nie potrafiło się zintegrować. Pałali do siebie otwartą niechęcią. Wyjątkiem była Maja. Zwracała większą uwagę na otoczenie niż na pozostałych gości. Przyjechała tu z własnej woli. Obce jej było denerwowanie się zachowaniem tych, którzy wcale tu nie chcieli być.
Sytuacja zaczęła stawać się poważna, gdy zniknął pierwszy gość, Piotr, komendant łódzkiego komisariatu. Potem przyszła kolej na wiecznie obrażoną Helenę. Jeden po drugim wszyscy zaczęli znikać. Towarzyszyło im śmiertelne przerażenie, strach i żal za własne winy. Czuli ból, obrzydzenie do siebie i podążali za swoją ofiarą tam, gdzie nie chcieli. Nie pozostał po nich żaden ślad.
Pozostały tylko właścicielki pensjonatu i Maja, która w końcu spokojnie go opuściła. Góra Majak stała nieruchomo, porośnięta wieloletnią darnią. Ludzie zaczęli przypominać sobie stare legendy, szeptane niegdyś przy ognisku.
Góra Majak cieszyła się złą sławą. Każdy, kto tam się zapuścił, miał przywidzenia, słyszał szepty, które ściskały serce trwogą. Jeśli wierzyć legendom, Bogna wróciła tam, gdzie było jej miejsce, a z nią byli wszyscy. Potwór, który jej to zrobił, przyjaciółka, która zdradziła, barman handlujący śmiercią, lekarka, która podpisała na nią wyrok, sprzedajny policjant i kobieta tak nieczuła, że inni nic dla niej nie znaczyli.
Jeśli piekło można sobie wyobrazić, wyglądałoby jak wnętrze Majaka. Góra powoli wchłaniała swoje ofiary. Trawiła ich ciała i cieszyła się bólem, jaki im zadawała. Czas tu nie istniał. Nie było nocy, świt nie budził mieszkańców zapomnianych przez Boga i ludzi. Trwali w udręce, miało tak pozostać na wieczność. Wzrastali w ściany, a Majak słyszał każdą ich myśl. Nie krwawili, nie krzyczeli, nie umierali. Choć dawno nie żyli, pozostawała im świadomość winy.
Czy zemsta może przynieść ulgę? A może prowadzi prosto do Majaka, miejsca, skąd nie ma powrotu, gdzie zapomnienie jest jedynym przeznaczeniem. Majak wciąż trwał. Nie miał litości. Liczyły się tylko uwięzione w nim dusze, pogrzebane w czeluściach, skazane na wieczne potępienie. Nie czuł łez ani błagań umarłych, którzy ani żyć, ani odejść nie mogli.
Czy w istocie ten niegroźnie wyglądający pagórek jest tak niesamowitym miejscem, skrywającym zło całego świata, czy to tylko legenda?
Katarzyna Kuśmierczyk, podobnie jak Agatha Christie, której twórczość od zawsze ją fascynowała, zbudowała grozę cichym szeptem, niedopowiedzeniami, myleniem tropów i nagłymi zwrotami akcji. Autorka nie ukrywa, że 𝑀𝑎𝑗𝑎𝑘 jest inspirowany mistrzowską historią Christie 𝐷𝑧𝑖𝑒𝑠𝑖ę𝑐𝑖𝑢 𝑚𝑢𝑟𝑧𝑦𝑛𝑘ó𝑤. Powieść tak autorkę poruszyła, że postanowiła stworzyć coś w podobnym klimacie, ale osadzonego w Suwalszczyźnie. Surowa, bezwzględna i okrutna, z echem słowiańskich demonów w tle, taka jest wersja tej historii.
Niby nie lubię się bać podczas lektury, a jednak w książkach Kasi Kuśmierczyk jest coś, co przyciąga mnie jak magnes i nie potrafię się od nich oderwać. Moim zdaniem to największa siła tych historii. Nie da się ogarnąć wszystkiego rozumem, bo po prostu się nie da. Trzeba pozwolić się ponieść, dać się wciągnąć w świat, który autorka stworzyła, i w emocje, które ze sobą niesie.
W 𝑀𝑎𝑗𝑎𝑘𝑢 znalazłam wszystko, czego szukałam. Chwilami traciłam poczucie realności. Granica między jawą a snem zdawała się całkowicie zacierać. Czułam, jakby istniał inny wymiar, który równocześnie był tuż obok mnie. A przecież siedziałam w swoim domu, w ulubionym fotelu, otoczona ciszą. Mimo to byłam tam razem z bohaterami, wśród szumów, szeptów i cieni, które stworzyła autorka. Ta lektura wciągnęła mnie całkowicie i pozostawiła uczucie, że świat poza książką nagle stał się inny.
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗠𝗶ę𝗱𝘇𝘆 𝗹𝗲𝗴𝗲𝗻𝗱ą 𝗮 𝗿𝘇𝗲𝗰𝘇𝘆𝘄𝗶𝘀𝘁𝗼ś𝗰𝗶ą
Katarzyna Kuśmierczyk to autorka, do której książek wracam z prawdziwą przyjemnością. Lubię ten moment, kiedy otwieram nową powieść i wiem, że za chwilę przeniosę się w świat, w którym magia i codzienność żyją obok siebie. Styl pisania Katarzyny Kuśmierczyk jest coraz dojrzalszy, bardziej świadomy i płynny. Z niezwykłą...
2026-02-05
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗢𝗳𝗶𝗮𝗿𝗮 𝗶 𝗸𝗮𝘁. 𝗞𝗮𝘁 𝗶 𝗼𝗳𝗶𝗮𝗿𝗮
Poznałam styl pisania Marty Reich przy okazji lektury powieści 𝐾𝑎ż𝑑𝑒 𝑡𝑤𝑜𝑗𝑒 𝑠ł𝑜𝑤𝑜 i od tamtej chwili wiedziałam, że to autorka, która potrafi poruszyć serce i dotknąć najwrażliwszych strun duszy. Tamta historia poruszyła mnie do granic, ale 𝑀𝑎𝑟𝑡𝑤𝑒 𝑘𝑤𝑖𝑎𝑡𝑦 wstrząsnęły mną całkowicie, pozostawiając emocje, które tkwią we mnie do tej pory. Marta Reich długo kazała czekać na swoją nową książkę, lecz ten czas oczekiwania został wynagrodzony opowieścią o takiej sile, że trudno ją z siebie strząsnąć. To jedna z tych historii, które trudno wziąć za prawdziwe, a jednak od pierwszych stron wiadomo, że wydarzyły się naprawdę. 𝑀𝑎𝑟𝑡𝑤𝑒 𝑘𝑤𝑖𝑎𝑡𝑦 należą właśnie do tej kategorii. To nie jest fikcja, którą można odłożyć na półkę i odetchnąć z ulgą. To opowieść, w której każde zdanie ma swój ciężar, a za słowami kryje się ból i prawda, których nie sposób zapomnieć. Mimo zmienionych nazwisk i dodanych wątków, doskonale wiedziałam, że wydarzenia opisane w książce miały miejsce naprawdę. I to sprawiło, że długo po lekturze książki nie mogłam dojść do siebie. Powodem tego nie była jedynie sama historia, ale sposób, w jaki została opowiedziana. To prawdziwe mistrzostwo świata. Napisać książkę opartą na prawdziwych wydarzeniach w sposób, który zapiera dech w piersiach, udaje się naprawdę nielicznym. A Marcie Reich się to udało.
Zofia Czajkowska, matka Ewy, była najlepszą montażystką w telewizji w latach 80-tych. Budziła zazdrość koleżanek, które obgadywały ją za plecami. Z jednej strony ją podziwiały, z drugiej zazdrościły. Snuły teorie na temat jej życia prywatnego, zwłaszcza że Zofia pilnie strzegła swojej prywatności. Była rozwódką i nikomu nie zdradzała, z kim się spotyka. Jej córka również budziła zazdrość wśród szkolnych koleżanek. Nie tylko nosiła ubrania z Pewexu, ale także spotykała się z przystojnym chłopakiem, o którym wiele dziewczyn marzyło.
Gdy pewnego dnia nie pojawiła się w pracy, wszyscy, którzy znali Zofię, byli pełni niepokoju, bo nigdy wcześniej jej się to nie zdarzało. Bliska koleżanka Zofii, Basia, jej były mąż i ciotka czuli, że stało się coś niedobrego. Sytuacja wydawała się im wręcz surrealistyczna, bo nic w życiu nie przygotowuje człowieka na coś takiego. Żadne książki ani setki obejrzanych filmów nie są w stanie tego oddać. Nie ma nic bardziej koszmarnego niż nagłe zniknięcie bliskiej osoby, gdy nie wiadomo, co się z nią dzieje, czy żyje, czy nie, i nie można w żaden sposób jej pomóc. Tylko milicja nie przejęła się tym zbytnio, uznając, że kobieta bez zobowiązań po prostu poszła się zabawić i wkrótce wróci.
Gdy jednak tak się nie stało, wszczęto poszukiwania. Postać ofiary szczególnie zaintrygowała policjantkę prowadzącą śledztwo. Zofia Czajkowska wydawała jej się do bólu poprawna, a przy tym dziwnie nijaka, bezbarwna. Jak to możliwe, że ktoś niepozorny, jak Zofia, został zamordowany w tak okrutny sposób? Dlaczego morderca odrąbał jej głowę, zapakował do garnka i wrzucił do Jeziorka Czerniakowskiego, gdzie przypadkowo odnaleźli ją dwaj pracownicy warszawskich zakładów komunalnych? Niedługo potem w skrytce na dworcu odkryto resztę zwłok w walizce, na której ktoś położył trzy zwiędłe kwiaty: tulipana, żonkila i frezję. Co to miało oznaczać? Czy Zofia była przypadkową ofiarą seryjnego mordercy, czy ktoś zabił ją celowo, ktoś, kto ją znał? Kto mógł pragnąć jej śmierci? Koleżanki z pracy były zdziwione tym, że ktoś postanowił zamordować tak zwyczajną kobietę.
Porucznik Mirosław Wolski i starsza sierżant Jolanta Derka z Komendy Stołecznej Milicji Obywatelskiej, to wyjątkowa para śledczych, którzy byli jak psy myśliwskie, gdy raz złapali trop, nie odpuszczali, zapominając o całym świecie. Ich szeroko zakrojone działania stały w sprzeczności z tym, czego oczekiwała ówczesna władza. Wkrótce śledztwem zainteresowało się SB, bo w pięknym socjalistycznym państwie nie wolno było niepokoić obywateli ani podawać do publicznej wiadomości informacji niewygodnych dla rządzących. Prawda, do której ostatecznie dotarli, okazała się tak szokująca, że do dziś trudno ją pojąć.
Jak zwykle w takich przypadkach podejrzanym numer jeden dla milicji stał się były mąż, choć to on wszczął alarm, gdy Zofia zniknęła. Podejrzanym wydawał się też Szczepan, który wynajmował w mieszkaniu denatki pokój, a prowadził podwójne życie, o czym kobieta nie wiedziała. Śmierć kobiety mocno wstrząsnęła jej córką, która zupełnie straciła równowagę emocjonalną. Czuła się, jakby była martwa w środku. Nie odczuwała niczego i nie rozumiała. Wcześniej próbowała zdobyć niezależność, ale prawda była taka, że całe jej życie było podporządkowane matce. A teraz jej nie było. Jak temu wszystkiemu stawić czoła? Jej życie w ciągu ostatnich kilkunastu godzin przewróciło się do góry nogami.
W trakcie dochodzenia okazało się, że Zofia wcale nie była miłą osobą, jak mogłoby się wydawać. Lubiła się przechwalać i dokuczać innym, zwłaszcza tym, którzy stali w hierarchii telewizyjnej niżej od niej. Uwielbiała, gdy wszystko kręciło się wokół jej osoby. Jej chełpliwe opowieści doprowadzały wszystkich do szału. Usłużna i miła była jedynie wobec przełożonych. Nie była lubiana z powodu swojej wyniosłości i nieustannego popisywania się. Jedynie Barbara ją rozumiała i akceptowała jej zachowanie. Niezbyt pochlebnie wypowiadał się o niej także jej były mąż. W domu kobieta stosowała przemoc psychiczną, a wobec córki czasem również fizyczną, zwłaszcza po śmierci własnej matki.
Para milicjantów krok po kroku, po nitce do kłębka, podążała w kierunku odkrycia tożsamości mordercy. Tylko zaczynało już brakować nitek, po których mogliby dojść do zabójcy. Jedyne, co udało się im ustalić, to że była to nudna i niesympatyczna kobieta, nielubiana ani w pracy, ani w domu. Każdy kolejny podejrzany okazywał się tropem wiodącym w ślepy zaułek. Stosy kartek z wypowiedziami ludzi, którzy znali Czajkowską lepiej lub gorzej, czasem całkiem blisko, i wciąż nic. Nic, co rzucałoby jakiekolwiek nowe światło na sprawę. Wydaje się niemożliwe, że w biały dzień kobieta wyszła ze swojego mieszkania w centrum Warszawy, by udać się do pracy, ale nigdy do niej nie dotarła i nikt niczego nie zauważył.
Wyjaśnienie tej sprawy okazało się naprawdę szokujące. O ile wszystkie inne kryminalne opowieści, które dotąd czytałam, są przeważnie całkowitą fikcją literacką i już nie robią na mnie takiego wrażenia jak kiedyś, to 𝑀𝑎𝑟𝑡𝑤𝑒 𝑘𝑤𝑖𝑎𝑡𝑦 wstrząsnęły moim światem, bo wydarzenia, które opisuje Marta Reich, miały miejsce naprawdę. Pomimo że autorka ubrała je w piękne słownictwo i dołożyła trochę fikcji, by złagodzić ich wymowę, prawda, która wypłynęła, jest przerażająca. Wcale nie dziwię się temu, że w latach 80-tych tak bardzo wstrząsnęły opinią publiczną, bo mną po tylu latach także. Nadal wydaje mi się niepojęte i nieprawdopodobne, jak to w ogóle było możliwe. Dalej zastanawiam się, kto był bardziej winien, kat czy ofiara. Na koniec nasunęła mi się pewna refleksja. Człowiek jest jak kwiat, piękny i kolorowy, ale żeby zakwitnąć potrzebuje pokarmu. Dla człowieka jest to miłość, bo to nią się karmi. Jeśli jej zabraknie, stanie się martwy i uschnie, jak te kwiaty na walizce ze zwłokami.
𝑀𝑎𝑟𝑡𝑤𝑒 𝑘𝑤𝑖𝑎𝑡𝑦 to świetny kryminał, jeden z lepszych, jakie przeczytałam. Podobało mi się, jak autorka idealnie oddała zachowanie młodzieży w szkole, która tuż po tym, co się wydarzyło, omijała Ewę szerokim łukiem, jakby obawiała się, że dramat dziewczyny przeniesie się na nich. To typowe zachowanie tłumu w takiej sytuacji, zostało uchwycone przez autorkę po mistrzowsku. Na uwagę zasługuje również sposób, w jaki autorka oddaje klimat lat osiemdziesiątych, gdy pracownicy telewizji należeli do grona uprzywilejowanych. Mieli dostęp do rzeczy, o których inni mogli tylko pomarzyć. Z niezwykłą dokładnością opisała realia telewizji, w której praca była niezwykle prestiżowa, a jej pracownicy nie darzyli się sympatią. Marta Reich perfekcyjnie przedstawiła obraz PRL-owskiej Polski, w której dla jedynie słusznej władzy nie do pomyślenia była taka zbrodnia, a także mówienie o niej.
Marta Reich kolejny raz udowodniła, jak wspaniale potrafi pisać. Najbardziej uderzył mnie realizm tej książki. 𝑀𝑎𝑟𝑡𝑤𝑒 𝑘𝑤𝑖𝑎𝑡𝑦 to opowieść surowa, momentami chłodna, a ja nie mogłam schować się za fikcją i czułam się niemal jak świadek wydarzeń. Klimat powieści był ciężki i duszny, napięcie narastało stopniowo, a emocje miały czas, by dojrzewać. Podobała mi się też psychologiczna warstwa powieści. Autorka pokazuje, jak złożona jest ludzka natura, nie stawia prostych ocen, tylko zostawia przestrzeń do refleksji nad winą, odpowiedzialnością i tym, co jawne, a tym, co ukryte. W niezwykle plastyczny sposób opisuje nie tylko relacje między bohaterami, ale także doskonale przedstawiła obraz PRL-owskiej rzeczywistości w Polsce. Bezsprzecznie to najlepsza powieść autorki i już czekam na kolejne części 𝑇𝑎𝑗𝑒𝑚𝑛𝑖𝑐 𝑧𝑏𝑟𝑜𝑑𝑛𝑖.
Taka moja jedna uwaga: nie szukajcie w internecie wiadomości na temat tej zbrodni ani nie czytajcie posłowia autorki przed ukończeniem lektury książki. Choć przyznaję szczerze, że gdzieś w głębi serca podejrzewałam to, czego milicja początkowo nie zauważyła. Czy poczułam satysfakcję z moich przeczuć? Wcale. Wolałabym się mylić.
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗢𝗳𝗶𝗮𝗿𝗮 𝗶 𝗸𝗮𝘁. 𝗞𝗮𝘁 𝗶 𝗼𝗳𝗶𝗮𝗿𝗮
Poznałam styl pisania Marty Reich przy okazji lektury powieści 𝐾𝑎ż𝑑𝑒 𝑡𝑤𝑜𝑗𝑒 𝑠ł𝑜𝑤𝑜 i od tamtej chwili wiedziałam, że to autorka, która potrafi poruszyć serce i dotknąć najwrażliwszych strun duszy. Tamta historia poruszyła mnie do granic, ale 𝑀𝑎𝑟𝑡𝑤𝑒 𝑘𝑤𝑖𝑎𝑡𝑦 wstrząsnęły mną całkowicie, pozostawiając emocje, które tkwią we mnie do tej...
Ostatnio:
2026-01-29
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗧𝗿𝘇𝗲𝗰𝗶𝗲 ż𝘆𝗰𝗶𝗲 𝗘𝗹𝗶𝘇𝘆
Po pierwszej części cyklu 𝑀𝑎𝑝𝑦 𝑐𝑧𝑎𝑠𝑢 z przyjemnością wróciłam do świata stworzonego przez Gretę Drawską. 𝐶ó𝑟𝑘𝑎 𝐿𝑒𝑜𝑛𝑎𝑟𝑑𝑎 𝑑𝑎 𝑉𝑖𝑛𝑐𝑖 to kontynuacja losów Elizy, bohaterki, którą zdążyłam dobrze poznać i polubić. To dziewczyna z charakterem, trochę zadziorna, ale szczera i pełna życia. Lubię jej sposób patrzenia na świat, to, jak potrafi łączyć ciekawość z odwagą i wrażliwość z rozsądkiem. Tym razem towarzyszyłam jej w Mediolanie czasów renesansu, mieście pełnym barw i życia, które na kartach powieści zdaje się tętnić własnym życiem. Między opisami można niemal poczuć zapach farb w pracowni mistrza i usłyszeć gwar ulic pełnych artystów i przechodniów. Co za niezwykła lektura. Ta powieść ma wszystko, co kocham w książkach: wyrazistych bohaterów, błyskotliwy humor, dopracowaną fabułę i dynamiczne tempo, które nie pozwala oderwać się od lektury. Do tego dochodzą emocje tak silne, że nieraz aż ściskały za serce, bo każda strona mogła przynieść niespodziewany zwrot wydarzeń.
Tym razem Eliza jawiła mi się nieco inaczej. Widać, że dojrzała i wie już, po co wędruje w czasie oraz o co toczy się gra. Stawką jest życie jej nienarodzonych dzieci i to, by Virellus nie przejął władzy nad czasem, zamykając go na zawsze. Jego działania mogą sprawić, że wszystkie tunele między mapami czasu znikną, a śmierć przestanie być początkiem czegoś nowego, stając się końcem bez powrotu. Pobyt w pałacu w Szlachcinie wydaje się teraz zaledwie epizodem wobec tego, co czeka ją na dworze Sforzów, gdzie intrygi, tajemnice i nieufność są codziennością.
Jej XV-wieczne alter ego to doświadczona akuszerka, której tajniki zawodu poznała dzięki dziadkowi i Zacharze. Gdy żona Ludwika rodzi dziecko, pojawiają się poważne komplikacje. Życie księżnej i jej potomka są zagrożone, a nadworny astronom i lekarz, magister Ambrogio, zamiast udzielić potrzebnej pomocy, zajmuje się horoskopami, a w decydującym momencie mdleje. Eliza dzięki swoim umiejętnościom ratuje kobietę, choć wydaje jej się, że jej synek nie przeżył. Kiedy przygotowuje się, by oznajmić księżnej Beatrycze tragiczne wieści, dziecko leżące w kołysce niespodziewanie zaczyna płakać i okazuje się, że jest dziewczynką.
Eliza nie może otrząsnąć się ze szoku. Wie, że dzieci zostały zamienione, ale nie potrafi ustalić, kiedy to się wydarzyło. Ktoś wykorzystał moment zamieszania, by podmienić niemowlęta, ale kto i w jakim celu, pozostaje dla niej tajemnicą. Służąca, która pomagała jej przy porodzie, w zupełnie nieoczekiwany sposób została odsunięta od dworu. Trafiła do klasztoru z klauzulą milczenia, a zaprzyjaźniona dama dworu, będąca w ciąży, została szybko wydana za mąż, choć wcześniej żadna z nich o tych planach nie wiedziała. Cała sytuacja wydaje się Elizie dziwna i podejrzana.
Eliza nie byłaby sobą, gdyby siedziała z założonymi rękami. Była przekonana o tym, że tuż po porodzie doszło do zamiany dzieci i nie potrafiła się z tym pogodzić. Nie mogła też pojąć, jak to możliwe, że dwórka, jej przyjaciółka, która miała rodzić w tym samym czasie co księżna, nagle została wydana za mąż, a służąca, która mogła potwierdzić płeć dziecka Beatrycze, niespodziewanie znalazła się w klasztorze i to o takim rygorze. Cała sytuacja wydawała się Elizie nie tylko zagadkowa, ale i groźna, bo wszystko wskazywało na spisek. Tylko czyj?
Jakub, którego poznała w Szlachcinie, obecnie występuje jako mistrz kowalski Jacobo de Toledo, pomagający Leonardowi da Vinci. To właśnie to alter ego Jakuba rozważało celowe zabranie chłopca i podłożenie w jego miejsce dziewczynki. Tylko czy prawdziwy potomek Ludwika Sforzy przeżył? Jeśli tak, co się z nim stało? Musi odnaleźć dwie kobiety, które na pewno znają prawdę. Czy uda jej się dowiedzieć, kto zamienił dzieci i jaki miał w tym cel?
W międzyczasie Eliza próbuje zbliżyć się do Leonarda da Vinci, ale on zdaje się jej nie rozpoznawać. To coraz bardziej ją niepokoi, bo we współczesnym świecie czas płynie szybciej, niż powinien. Eliza dzieli się swoimi spostrzeżeniami z Jakubem. Czuje, że czas jej się kurczy, a skoro jej domniemany ojciec nie wykazuje żadnych oznak, że ją zna, musi zaryzykować wszystko.
Wydarzeń jest tak wiele, że czasem trudno było mi za nimi nadążyć. Historia Elizy ponownie mnie całkowicie pochłonęła, podobnie jak w pierwszej części. Podobało mi się, jak autorka subtelnie przeplatała wątki kryminalne z uczuciami, które coraz bardziej łączyły Elizę i Jakuba, a jednocześnie nie przytłaczały fabuły. Nie brakuje też przygodowych zwrotów akcji, które nadają opowieści dynamiki i świeżości. A wszystkie wydarzenia rozgrywają się na tle renesansowych Włoch, gdzie tętniące życiem miasta, wytworne dwory i codzienne zwyczaje epoki stają się nieodłączną częścią opowieści. Szczegółowe opisy pracy artystów, podróży i panujących wówczas obyczajów, a także ukazanie napięć społecznych, nadają fabule realizmu i sprawiają, że historia staje się jeszcze bardziej przekonująca.
W posłowiu autorka wyjaśnia, że starała się jak najwierniej zarysować tło wydarzeń, opierając się na dostępnych źródłach i opracowaniach historycznych. Moim zdaniem udało się to Grecie Drawskiej doskonale. Byłam w stanie uwierzyć, że faktycznie mogło dojść do podmiany dziecka Ludwikowi Sforzy, a jednocześnie zachowanie Leonarda da Vinci przedstawione przez autorkę wydawało się bardzo prawdopodobne. Rozumiem jednak, że dla dobra powieści autorka pozwoliła sobie na odrobinę fantazji, i właśnie ta mieszanka fikcji literackiej z prawdą historyczną sprawia, że książka jest tak wyśmienita. Całość uzupełniona jest delikatną nutą fantastyki, dzięki czemu powieść wciąga od pierwszych stron i sprawia, że trudno się od niej oderwać.
Czytanie tego cyklu jest dla mnie niesamowitą przygodą czytelniczą. Połączenie różnych gatunków literackich z subtelną nutą fantastyki sprawia, że opowieść jest jednocześnie pełna przygód i wywołuje ogromne emocje. To prawda, że to fikcja literacka, ale jaka kusząca perspektywa, bo kto z nas nie marzyłby choć przez chwilę przenieść się w czasie i zobaczyć świat sprzed wieków na własne oczy? Już z niecierpliwością czekam na kolejną część tej historii.
𝑊𝑠𝑧𝑦𝑠𝑡𝑘𝑜 𝑑𝑜𝑏𝑟𝑧𝑒 𝑠𝑖ę 𝑠𝑘𝑜ń𝑐𝑧𝑦, 𝑎 𝑗𝑒ś𝑙𝑖 𝑛𝑖𝑒 𝑠𝑘𝑜ń𝑐𝑧𝑦ł𝑜 𝑠𝑖ę 𝑑𝑜𝑏𝑟𝑧𝑒, 𝑡𝑜 𝑧𝑛𝑎𝑐𝑧𝑦, ż𝑒 𝑡𝑜 𝑗𝑒𝑠𝑧𝑐𝑧𝑒 𝑛𝑖𝑒 𝑘𝑜𝑛𝑖𝑒𝑐. – cytat z książki, przypisywany Johanowi Lennonowi, choć brak jednoznacznych dowodów w jego biografii, że to on był jego pierwotnym autorem.
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗧𝗿𝘇𝗲𝗰𝗶𝗲 ż𝘆𝗰𝗶𝗲 𝗘𝗹𝗶𝘇𝘆
Po pierwszej części cyklu 𝑀𝑎𝑝𝑦 𝑐𝑧𝑎𝑠𝑢 z przyjemnością wróciłam do świata stworzonego przez Gretę Drawską. 𝐶ó𝑟𝑘𝑎 𝐿𝑒𝑜𝑛𝑎𝑟𝑑𝑎 𝑑𝑎 𝑉𝑖𝑛𝑐𝑖 to kontynuacja losów Elizy, bohaterki, którą zdążyłam dobrze poznać i polubić. To dziewczyna z charakterem, trochę zadziorna, ale szczera i pełna życia. Lubię jej sposób patrzenia na świat, to, jak potrafi...
Ostatnio:
2026-01-30
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗗𝗿𝗼𝗴𝗮 𝗸𝘂 ś𝗹𝗲𝗽𝗲𝗺𝘂 𝘇𝗮𝘂ł𝗸𝗼𝘄𝗶
W thrillerach Magdaleny Zimniak zaczytuję się od dawna i jeszcze nigdy się nie zawiodłam. Każda książka autorki to gwarancja napięcia, zaskakujących zwrotów akcji i wnikliwego wglądu w ludzką psychikę. Sięgając po 𝑂𝑠𝑡𝑎𝑡𝑛𝑖 𝑢𝑝𝑎𝑑𝑒𝑘, wiedziałam, że czeka mnie opowieść, która nie pozwoli mi o sobie zapomnieć, bo autorka potrafi splatać mrok z prawdą o człowieku w sposób, który długo pozostaje w mojej pamięci 𝑂𝑠𝑡𝑎𝑡𝑛𝑖 𝑢𝑝𝑎𝑑𝑒𝑘 to bardzo dobrze skonstruowana, zagmatwana fabuła pełna zwrotów akcji. Magdalena Zimniak odsłania ją krok po kroku, a mimo że liczy ponad pięćset stron, czytałam ją z niesłabnącym zainteresowaniem. Napięcie narastało z każdym rozdziałem, a gdy wydawało się, że wiadomo już wszystko, następował gwałtowny zwrot wydarzeń, który potęgował moje emocje i nie pozwalał mi oderwać się od lektury.
Popularna pisarka Adrianna Leman, tuż po tym, jak odkryła, że jej dotychczasowe życie było oszustwem, postanawia zacząć żyć od nowa, po swojemu. Zmienia nazwisko, porzuca pisanie książek i wyprowadza się z rodzinnego Gdańska. W nowym miejscu czuje, że odnalazła sens życia, zyskała nowych przyjaciół, wydaje się, że poradziła sobie z przeszłością i z nadzieją patrzy w przyszłość. Sielanka jednak nie trwa zbyt długo.
Policja zostaje powiadomiona o ciele młodej kobiety znalezionym na placu budowy. Nadkomisarz Farkas ze swoją ekipą śledczą rozpoczyna dochodzenie. O ile policjantom szybko udaje się ustalić tożsamość ofiary, nikt nie wie, co stało się z jej czteromiesięczną córeczką. Ada chciała zostawić przeszłość za sobą, ale być może ktoś z tej przeszłości ją zamordował i porwał jej dziecko.
Policjantki mozolnie podążają po nitce do kłębka. Choć mają już własne teorie na temat tego, co mogło się wydarzyć, wciąż brakuje dowodów. Świadkowie, którzy mogliby coś wnieść do sprawy, nie żyją, a pozostali albo naprawdę nic nie wiedzą, albo tylko udają niewiedzę. Dziecko zniknęło, a jego los pozostaje nieznany.
Podobnie jak w „Kształcie demona”, autorka umiejętnie przerzucała podejrzenia na kolejnych bohaterów, zręcznie balansując między nimi i ich wzajemnymi zależnościami. Każdy wydawał się podejrzany, bo każdy miał motyw, by można było go oskarżyć, jednak zespół śledczy nie dysponował wystarczającymi dowodami przeciwko żadnemu z nich.
Domyślałam się, kto mógł uprowadzić dziecko, ale gdy wydawało mi się, że już znam rozwiązanie, autorka poprowadziła fabułę w zupełnie innym kierunku, co okazało się miłym zaskoczeniem. W chwili, gdy moje przypuszczenia się potwierdziły, Magdalena Zimniak zaserwowała gwałtowny zwrot akcji. W tym momencie fabuła nabiera tempa, a losy bohaterów stają się coraz bardziej dramatyczne, a moja adrenalina osiągnęła zaskakująco wysoki poziom.
Jedynie rozdziały poświęcone prywatnemu życiu policjantek nieco spowalniały akcję, choć w ogólnym rozrachunku to bardzo dobry thriller, jeden z lepszych autorki. Nie bez znaczenia pozostaje wątek porwanego dziecka, który w każdej matce wzbudzi ogromne emocje. Akcja powieści rozgrywa się w świecie pełnym zagrożeń i nieoczekiwanych wydarzeń, gdzie zaskakujące zwroty i mylące tropy częściej szkodzą niż pomagają. Dodatkowym atutem jest wątek psychologiczny, subtelnie pokazujący, jak łatwo można wpłynąć na ludzi, jeśli zna się odpowiednie mechanizmy.
Im bliżej końca, tym emocje stawały się silniejsze, głównie z powodu porwanego dziecka, które znalazło się w rękach osoby zaburzonej psychicznie. Autorka mistrzowsko ukazuje dramat matek, które straciły swoje dzieci, i determinację rodziców gotowych zrobić wszystko, nawet złamać prawo, by je odnaleźć. Rodzice nie liczą się z konsekwencjami i nie ma siły, która mogłaby ich powstrzymać przed poszukiwaniami, choćby na końcu świata. Jednocześnie autorka pokazuje procedury obowiązujące przy poszukiwaniu uprowadzonego dziecka, także poza granicami kraju, wyjaśniając, co może policja, a czego nie. Czasem na trop porywaczy trafia się jedynie przez przypadek, bo prawo ogranicza działania, zwłaszcza gdy domniemane porwanie wydaje się zwykłą wycieczką za granicę. W takich sytuacjach kluczowy staje się czas, zanim sprawcy zdążą zmienić tożsamość i zniknąć na zawsze.
𝑂𝑠𝑡𝑎𝑡𝑛𝑖 𝑢𝑝𝑎𝑑𝑒𝑘 wciąga od pierwszych stron i nie pozwala oderwać się aż do samego końca. Autorka stworzyła historię w mrocznym, niepokojącym świecie, w którym trudno zaufać komukolwiek. Każdy bohater skrywa własne tajemnice, a ja nieustannie zastanawiałam się, kto mówi prawdę, a kto kłamie. Rozdziały przedstawione z perspektywy różnych postaci pozwalały mi głębiej wniknąć w ich emocje i motywacje, poznawać ich lęki i dylematy. Fabuła porywa zwrotami akcji i subtelnymi intrygami, a zakończenie zaskoczyło nawet mnie, doświadczonego czytelnika. To thriller psychologiczny, który wciąga nie tylko dramatyzmem wydarzeń, ale też przenikliwym portretem ludzkich zachowań w obliczu zagrożenia i dramatów, których nikt się nie spodziewa.
Pomimo że 𝐾𝑠𝑧𝑡𝑎ł𝑡 𝑑𝑒𝑚𝑜𝑛𝑎 i 𝑃ę𝑘𝑛𝑖ę𝑡𝑎 𝑘𝑟𝑎 poprzedzają wydarzenia opisane w 𝑂𝑠𝑡𝑎𝑡𝑛𝑖𝑚 𝑢𝑝𝑎𝑑𝑘𝑢, zgadzam się z autorką, że książki można czytać w dowolnej kolejności. Rozpoczynając jednak od pierwszej części, łatwiej poczuć klimat serii i lepiej poznać Krystynę. To bohaterka pełna sprzeczności, która z każdą kolejną powieścią staje się coraz bardziej złożona i wciąż potrafi zaskoczyć. Walczy z własnymi lękami, a jednocześnie ściga się z czasem, wplątana w kolejną trudną zagadkę. Istotnym elementem jest też poznanie losów dwóch sióstr bliźniaczek z wcześniejszej części, do których autorka subtelnie nawiązuje w 𝑂𝑠𝑡𝑎𝑡𝑛𝑖𝑚 𝑢𝑝𝑎𝑑𝑘𝑢.
𝑂𝑠𝑡𝑎𝑡𝑛𝑖 𝑢𝑝𝑎𝑑𝑒𝑘 wymyka się klasycznym ramom kryminału czy thrillera. Tutaj nie chodzi tylko o znalezienie sprawcy czy uratowanie dziecka, lecz o zgłębienie samej ofiary i odkrycie, w jaką rolę została tym razem wciągnięta. Autorka znakomicie połączyła psychologiczne studium postaci ze śledztwem, tworząc napięcie zarówno emocjonalne, jak i proceduralne. Z jednej strony pojawiają się silne uczucia, z drugiej dokładność i dyscyplina pracy policjantów.
𝑂𝑠𝑡𝑎𝑡𝑛𝑖 𝑢𝑝𝑎𝑑𝑒𝑘 to książka, w której mrok i nieprzewidywalność łączą się z niezwykłą dbałością o szczegóły. To powieść, która długo pozostanie w mojej pamięci nawet po przeczytaniu ostatniej strony.
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗗𝗿𝗼𝗴𝗮 𝗸𝘂 ś𝗹𝗲𝗽𝗲𝗺𝘂 𝘇𝗮𝘂ł𝗸𝗼𝘄𝗶
W thrillerach Magdaleny Zimniak zaczytuję się od dawna i jeszcze nigdy się nie zawiodłam. Każda książka autorki to gwarancja napięcia, zaskakujących zwrotów akcji i wnikliwego wglądu w ludzką psychikę. Sięgając po 𝑂𝑠𝑡𝑎𝑡𝑛𝑖 𝑢𝑝𝑎𝑑𝑒𝑘, wiedziałam, że czeka mnie opowieść, która nie pozwoli mi o sobie zapomnieć, bo autorka potrafi splatać...
Ostatnio:
2026-01-27
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗠𝘆𝗱𝗹𝗮𝗻𝗮 𝗯𝗮ń𝗸𝗮
Zanim sięgnęłam po 𝑈ł𝑢𝑑ę ś𝑤𝑖𝑡𝑎𝑛𝑖𝑎 słyszałam wiele dobrego o stylu Izabelli Agaczewskiej. Mówiono, że proza autorki jest nasycona emocjami, a jednocześnie subtelna i wyważona, że każde zdanie ma w sobie smak i znaczenie, wciąga tak mocno, że przestaje się być obserwatorem i zaczyna przeżywać wszystko razem z bohaterami. Szybko przekonałam się, że te opinie wcale nie są przesadzone. 𝑈ł𝑢𝑑𝑎 ś𝑤𝑖𝑡𝑎𝑛𝑖𝑎 od pierwszych stron przyciągnęła mnie swoją nierzeczywistością. To historia, w której trudno odróżnić prawdę od złudzenia, a pragnienia bohaterów nieustannie zderzają się z rzeczywistością. Autorka prowadziła mnie coraz głębiej w świat pełen uczuć i wątpliwości, przez krainę wspomnień, w której nic nie było oczywiste, a każda chwila potrafiła zmienić bieg wydarzeń w zupełnie nieoczekiwany sposób. To nie jest książka, którą można po prostu przeczytać. Nie z powodu objętości, choć nie należy do najcieńszych, lecz dlatego, że przeżywa się ją powoli, fragment po fragmencie, emocja po emocji. Momentami zapierała mi dech w piersiach i zmuszała do przerwy, by uporządkować to, co właśnie we mnie poruszyła. Tego doświadczenia nie da się opisać słowami. 𝑈ł𝑢𝑑ę ś𝑤𝑖𝑡𝑎𝑛𝑖𝑎 trzeba przeczytać i przeżyć po swojemu.
Dwie kobiety, Olga i Alina. Olga za wszelką cenę chce zrobić karierę, zwłaszcza po tym, jak awans, na który liczyła, otrzymała znienawidzona przez nią koleżanka. Postanawia przygotować reportaż, który rzuci wszystkich na kolana, i bierze na cel Alinę, która spędziła ponad dwadzieścia lat w więzieniu za zabójstwo swojego męża. Historia tej kobiety ma stać się dla Olgi szansą na sukces.
Alina po wyjściu na wolność próbuje poskładać swoje życie, choć wciąż nosi w sobie więzienne nawyki. Jest bardzo utalentowana plastycznie, a malowanie obrazów staje się jej pasją. To właśnie to zainteresowanie staje się punktem zaczepienia dla Olgi, która podstępem próbuje wciągnąć Alinę w swój program. Takiego zachowania nie pochwala Marcin, operator zdjęciowy, choć w pewnym sensie jest od Olgi zależny. Towarzyszy jej podczas kręcenia reportaży i utrzymuje z nią intymną relację, choć w prawdziwym życiu nie są ze sobą związani w pełnym tego słowa znaczeniu, przy obopólnej akceptacji tego stanu rzeczy.
Alina w swoich wspomnieniach cofa się do czasów sprzed więzienia, kiedy była wychowanką domu dziecka. To miejsce surowe i wymagające, pełne cierpień i upokorzeń, choć zdarzały się też krótkie chwile szczęścia, ulotne i jasne jak błysk słońca w ciemnym pokoju. Przez kilka lat dom dziecka pełnił dla niej rolę prawdziwego domu, choć w dużej mierze pozostawał jego cieniem. W wieku jedenastu lat została zupełnie sama i poznała świat, w którym brakowało miłości, troski, zaufania i ciepła. Musiała nauczyć się w nim żyć, odnajdywać drogę w miejscu, które uczyło przetrwania bardziej niż życia.
Alina, choć nieufna, szybko uznała Olgę i Marcina za dobrych znajomych i coraz bardziej się przed nimi otwierała. Olga widziała w historii Aliny materiał na dobry program, a praca nad nim wciągnęła ją bez reszty. Marcin był natomiast zdegustowany sposobem, w jaki partnerka traktowała Alinę. Widział, jak pogrywała z nią, wyciągała jej zwierzenia. Reporterka nie miała żadnych skrupułów. Chciała wydobyć od niej wszystkie sekrety, bo zależało jej na mocnym materiale, a w jej pojęciu drętwa i spięta Alina tylko przeszkadzała w osiągnięciu celu. Marcin czuł, że partnerka stąpa po grząskim gruncie. Ona zawsze spadała na cztery łapy, ale co stanie się z Aliną? Olgę nie interesowały jego uwagi. Najważniejsze było stworzenie dobrego materiału.
Olgę w ogóle nie interesowały uczucia Aliny. Tak bardzo skupiła się na swoim projekcie, że świat przestał dla niej istnieć. Cel przysłonił środki, a Marcin coraz bardziej denerwował się jej bezwzględnym igraniem z emocjami Aliny. Wyrachowanie i zimna kalkulacja Olgi zaczęły go drażnić. Może wcześniej mu to nie przeszkadzało, aż do teraz. Okazało się, że nie znał samego siebie. Nie potrafił zobaczyć w Alinie osoby bezwzględnej i zdolnej do zbrodni. Taka wizja kompletnie do niej nie pasowała. Nie znał dokładnie jej historii, a może wcale nie pragnął jej poznać. Od początku odnosił wrażenie, że Alina wzbudza w nim litość i wcale nie chciał, by to się zmieniło. Była zwyczajną dziewczyną, a on starał się jej nie stygmatyzować, choć miał świadomość, że więzienie odcisnęło piętno na jej życiu. Nie mógł po prostu o tym zapomnieć. Marcin zdawał sobie sprawę, że nie tylko Alina, ale także on sam jest jedynie trybikiem w grze Olgi. Alina jeszcze o tym nie wiedziała.
Ta historia stworzona przez Izabellę Agaczewską jest tak samo nieoczywista jak obrazy Aliny. Z ta różnicą, że malowana słowem przez autorkę. Ciekawość podsycają krótkie zdania, pełne metafor, porównań, refleksji. Czy Alina zdoła odnaleźć to, co przez lata więzienia utraciła i co było dla niej najcenniejsze? Tamten dzień, tamta noc wciąż wracała do niej w nocnych koszmarach. Każda minuta wracała po raz kolejny. Nie mogła z pamięci wymazać nocy, która zmieniła wszystko. Ta powieść jest jak zdjęcia Marcina. Flesze, klisze, powidoki wszystko skonstruowane ze wspomnień Aliny. Mama, babcia, prababcia, błysk. Dom dziecka, prześladowanie, wyśmiewanie, błysk. Sierota, za którą nie miał się kto wstawić i nie miała woli walki, błysk. Pojawienie się Gajusza i miłość do niego, błysk. Osaczanie przez niego i upokarzanie, błysk. Dom teściów pełen pogardy i wyższości, w którym odmówiono jej pomocy, błysk. Cela więzienna, błysk. Ciągłe czekanie na coś w więzieniu, błysk. Odseparowanie jej od całego świata przez teścia, błysk.
Na uwagę zasługują doskonale oddane realia więzienne, a także rozpacz i ból Aliny, która chciała się unicestwić. Kilka lat minęło, zanim się uspokoiła. Wśród współwięźniarek uchodziła za szaloną, więc zostawiano ją w spokoju, a ona robiła wszystko, by trzymać innych na dystans. Jedyną jej przyjaciółką była Kaśka, która siedziała za to samo, ale miała wsparcie rodziny, podczas gdy Alina, nie mając własnej rodziny, dzięki wpływowemu teściowi została całkowicie pozbawiona pomocy. To dzięki Kaśce znów zaczęła malować. Przyjaciółka pomogła jej marzyć i wytyczać cele. Potem Kaśka zniknęła po tym, jak sąd ją uniewinnił, a za Aliną nie miał się kto wstawić, bo na wolności nie miała nikogo. Odsiedziała długie dwadzieścia cztery lata, a nadchodzące święta były dla niej ogromną torturą. Była sama, a sumienie coraz mocniej dawało o sobie znać. Paradoksalnie w więzieniu nie była samotna, czuła wtedy wspólnotę.
Autorka z niezwykłą empatią opisuje dramat Aliny, matki, która bezskutecznie poszukuje swojego dziecka. Minęło już tyle lat, córka z pewnością jest dorosła, a Alina nie wie, jak wygląda ani jak się nazywa. Nawet gdyby udało się ją odnaleźć, kobieta nie ma pewności, czy córka zechciałaby nawiązać z nią jakikolwiek kontakt. Poszukiwania dziecka, które Alina straciła przed laty z powodu tragicznych wydarzeń, należą do najbardziej wstrząsających fragmentów powieści. To właśnie one najmocniej mnie poruszyły i sprawiły, że nie mogłam oderwać się od tej historii.
Ta powieść jest jak zbiór pięknych fotografii, do których trzeba wracać wielokrotnie, by dostrzec wszystkie szczegóły. Przeczytać kilka zdań, zatrzymać się przy nich, przemyśleć. I nie dlatego, że jest źle napisana, lecz dlatego, że każde słowo w tej historii ma znaczenie i niesie ze sobą niezwykły przekaz oraz wyjątkowy wydźwięk. Jak w poezji. Można, a nawet trzeba się nimi delektować. To nie jest opowieść, którą połyka się jednym tchem, by zaraz sięgnąć po następną. Nie chodzi nawet o jej objętość, choć jest dość spora, ale o to, co autorka w niej zawarła. W historii Aliny jest tyle bólu, że czułam go niemal fizycznie, przeżywając wszystko razem z nią.
Zakochując się w Gajuszu, a potem wychodząc za niego za mąż, nie wiedziała, że kiedyś doprowadzi ją do ostateczności. Gdyby to przeczuwała, uciekłaby razem z dzieckiem. Przerażające były demony, które głęboko w niej tkwiły. Który z nich był najsilniejszy, najbardziej mroczny? Ten z okresu małżeństwa, pełnego lat upokorzeń ze strony socjopatycznego męża, gdy wreszcie puściły tamy i zabiła swojego dręczyciela? A może ten z lat koszmaru w więzieniu? A może ten upleciony z nieustającej tęsknoty za córką, o której losie nic nie wiedziała? Wszystkie stanowiły tragiczny obraz życia kobiety, która najmniej zawiniła, a zapłaciła za wszystko najwyższą cenę.
Jestem pod ogromnym wrażeniem, w jaki realistyczny sposób Izabella Agaczewska ukazała mechanizm wchodzenia w uzależnienie od socjopaty. Pokazała, jak powoli dla Aliny budowane było więzienie z cegiełek zaufania, oddania i miłości. Utrzymywał ją w tym kieracie, od czasu do czasu karmiąc swoim wdziękiem, by za chwilę karać za nieposłuszeństwo. Alina żyła w ciągłej niepewności, uzależniona od jego humorów i kaprysów. Czułam emocje tej kobiety niemal fizycznie. Ból rozstania, ból po stracie, ból złych decyzji, rozpacz i wyrzuty sumienia. Odarcie ze złudzeń, brak nadziei, a jednak Alina wciąż liczyła na przebaczenie, zrozumienie i miłość. Dlaczego nie uciekła od swojego kata? Z miłości i ze strachu… brzmi absurdalnie. Nie miała nic poza małym dzieckiem i wiarą, że jeszcze wszystko może się zmienić, że mężczyzna, którego kochała, znów stanie się tym, kim był kiedyś.
Oldze bardzo zależało na pokazaniu prawdy o Alinie, choć ona sama wcale tego nie chciała. Kobieta pragnęła odciąć się od przeszłości, w pewnym sensie narodzić się na nowo i dać sobie szansę. I nawet zaczynało się jej to udawać. Olga jednak bezpardonowo wymagała od niej powrotu, bolesnej podróży w czasie i rozdrapywania dawnych ran. Z jednej strony pomagała jej w rozwijaniu malarskiej kariery, a z drugiej zmuszała do konfrontacji z miejscami, do których Alina wracać nie chciała. Kobieta czuła się jak relikt z XXI wieku, w którym mentalnie utkwiła. Zagubiona w czasoprzestrzeni. Wspomnienia powracały niespodziewanie, wychylały się z cienia jak duchy przeszłości. Na jednej szali Alina kładła swoją nową tożsamość, życie w ukryciu i możliwą karierę artystyczną, a na drugiej nikłe szanse na odzyskanie córki. Co przeważy?
𝑈ł𝑢𝑑𝑎 ś𝑤𝑖𝑡𝑎𝑛𝑖𝑎 to dojrzała, emocjonalna powieść, która wstrząsnęła moim światem, choć od dawna jestem przekonana, że mało co już potrafi mnie zaskoczyć. To jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w ostatnim czasie. Choć przez cały czas wydawało mi się, że wiem wszystko o bohaterach, finał powieści zupełnie mnie zaskoczył. Wszystko niemal przewidziałam, ale takiego zakończenia nie. W kulminacyjnym momencie moje spojrzenie na każdą z postaci całkowicie się odmieniło. Jestem pod ogromnym wrażeniem kunsztu pisarskiego autorki. Alina wierzyła w początek czegoś nowego, a okazało się, że wszystko było iluzją, zwodniczym wyobrażeniem, a nie prawdziwym końcem mroku czy problemów. Przemyślenia bohaterki były ulotne, jak ułuda świtania, która jest tylko pozornym światłem w ciemności.
To powieść o bardzo wymownym tytule, który sugeruje dramatyczne i trudne życie głównej bohaterki, w którym chwile spokoju są jedynie ulotne i zwodnicze. Ułuda to złudzenie, coś nietrwałego i nieprawdziwego, wytwór wyobraźni, który zwodzi zmysły i serce. Świtanie natomiast to początek dnia, chwila, gdy ciemność ustępuje światłu, symbol odrodzenia, nadziei i nowego początku. I dokładnie tym jest ta powieść: złudzeniem, a zarazem czymś, co daje nadzieję.
Mimo że książka liczy ponad sześćset stron, czytało mi się ją z niezwykłą lekkością, a przyjazna dla oczu czcionka dodatkowo ułatwiała lekturę. Autorka dopracowała każdy szczegół, tworząc porządek i harmonię, dzięki czemu historia nie tylko wciągała, ale pozwalała poczuć się jej częścią. Powieść była tak znakomita, że trudno mi było ją odłożyć, bo całkowicie mnie pochłonęła. To prawdziwa perełka literacka z najwyższej półki, która, mam nadzieję, znajdzie wielu odbiorców.
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗠𝘆𝗱𝗹𝗮𝗻𝗮 𝗯𝗮ń𝗸𝗮
Zanim sięgnęłam po 𝑈ł𝑢𝑑ę ś𝑤𝑖𝑡𝑎𝑛𝑖𝑎 słyszałam wiele dobrego o stylu Izabelli Agaczewskiej. Mówiono, że proza autorki jest nasycona emocjami, a jednocześnie subtelna i wyważona, że każde zdanie ma w sobie smak i znaczenie, wciąga tak mocno, że przestaje się być obserwatorem i zaczyna przeżywać wszystko razem z bohaterami. Szybko przekonałam się,...
Ostatnio:
2026-01-23
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗠𝗶ę𝗱𝘇𝘆 ś𝘄𝗶𝗮𝘁ł𝗲𝗺 𝗮 𝗰𝗶𝗲𝗻𝗶𝗲𝗺
Małgorzata Matwij w 𝐵𝑖𝑙𝑎𝑟𝑑 𝑑𝑢𝑠𝑧 stworzyła opowieść, która zatrzymuje na chwilę i każe spojrzeć w głąb ludzkiego życia. To historia zwykłych, nieidealnych ludzi, przytłoczonych ciężarem codzienności, niewypowiedzianych słów i błędów przeszłości, których decyzje kształtują ścieżki prowadzące przez mrok własnego istnienia. Wśród tych ludzkich losów pojawia się jednak coś nieuchwytnego, niemal pozaziemskiego, jakby delikatny głos anioła stróża, który prowadzi bohaterów, skłaniając do refleksji nad tym, że każdy wybór niesie ze sobą konsekwencje, a życie nigdy nie poddaje się prostym rozwiązaniom. Piękno tej historii tkwi w dialogach, emocjach i subtelnej magii, i ta historia jest piękna i może się podobać, choć nie jest ona dla mnie. Zawsze budzą we mnie wątpliwości próby odwoływania się do wiary przez osoby świeckie, które starają się przedstawić jej kontekst po swojemu.
Agnieszka dawno temu podjęła decyzję, która w tamtym momencie wydawała jej się najwłaściwsza z możliwych. Jednak po latach sumienie wciąż nie daje jej spokoju, a ona nie potrafi ułożyć sobie życia, bo tamten czyn nieustannie zaprząta jej myśli.
Od dawna miała wrażenie, że jej życie wymknęło się spod kontroli. Po drodze straciła radość i wiarę. Wszystko toczyło się obok niej aż do chwili, gdy spotkała mężczyznę, który wprowadził w jej codzienność spokój i ciekawość. Rozmowy z nim stają się dla niej sposobem, by lepiej zrozumieć samą siebie. Powoli znów dostrzega urok zwyczajnych chwil, a w jej sercu pojawia się ciepło, które daje nadzieję, że życie może jeszcze przynieść coś dobrego.
I ten wątek moim zdaniem ma sens, pokazuje prawdę o życiu i o tym, jak decyzje podjęte przed laty wpływają na całe życie. Podobało mi się takie podejście do problemu. Autorka umiejętnie przeplata przeszłość z teraźniejszością i dość dobitnie przedstawia dylematy bohaterki. Jedynie nie bardzo potrafiłam zrozumieć, jaki związek ma w tej historii relacja bohaterki z koleżanką, którą poznała dwa lata temu podczas kursu pisania ikon. Choć początkowo ją lubiła, z czasem nie potrafiła znieść jej obecności, która stawała się przytłaczająca i męcząca. Może chodziło o podkreślenie, że nie każda znajomość jest dla nas dobra. Również pogrzeb cioci, na którym Agnieszka spotyka swoich kuzynów, wydaje się wzbudzać jej wątpliwości, bo ma wrażenie, że nie przejęli się zbytnio śmiercią matki. Na jej grobie leży mnóstwo kwiatów, których zmarła za życia nigdy nie otrzymała. Miało to zapewne podkreślić rozdźwięk między pamięcią a obecnością bliskich.
Agnieszka spotyka na swojej drodze różnorodnych ludzi, znajomych i krewnych. Jej życie przypomina kulę bilardową, obraz, który przewija się przez całą powieść. Ktoś ją trąci, ktoś popchnie, i kula toczy się w innym kierunku. Zderza się z kimś i leci dalej. Motyw bilardu świetnie oddaje znaczenie ludzkich spotkań. Niektórzy pojawiają się w naszym życiu niczym uderzenia kuli. Zmienią nasz kierunek, wywołają reakcje, czasem ranią, ale ostatecznie prowadzą tam, gdzie powinniśmy być.
Małgorzata Matwij pokazuje, że w życiu nic nie dzieje się bez przyczyny. Czasem boli i trudno pogodzić się z tym, co nas spotkało, ale gdy przyjrzymy się temu uważniej, odkrywamy, że wszystko miało swój sens. Czasem w życiu musi się coś wydarzyć, byśmy mogli zrozumieć i zobaczyć coś więcej. Wydaje mi się, że autorka chciała uwypuklić rolę Boga i wiary w Niego, pokazując, że stawia na naszej drodze właściwych ludzi, prawdziwe anioły w ludzkiej skórze. Wystarczy szczerze poprosić o pomoc, a On jej udzieli, tak jak Kornakowi. Czasem z kolei stawia na naszej drodze odpowiednich ludzi, by poruszyć nasze sumienie i skierować nas na właściwą drogę.
Życie mamy jedno, dane nam przez Boga, a od nas zależy, jak je przeżyjemy. Czasem Stwórca stawia na naszej drodze właściwych ludzi, żebyśmy całkowicie się nie pogubili. W życiu Agnieszki pojawia się Gabriel, niezwykły mężczyzna, który jak nikt inny potrafił zadawać pytania w odpowiednich momentach, prowokując ją do zmiany myślenia i spojrzenia na siebie z innej perspektywy. Dla mnie ta postać była dość kontrowersyjna, bo z jednej strony Gabriel miał reprezentować kogoś wyjątkowego, przy kim bohaterka czułaby się bezpiecznie, a z drugiej wzbudzał w niej zainteresowanie typowe dla kobiety wobec mężczyzny, choć autorka co chwila zaprzeczała, jakoby tak było.
𝐵𝑖𝑙𝑎𝑟𝑑 𝑑𝑢𝑠𝑧 to historia romansowa, a jednocześnie nie romansowa, pełna napięcia i relacji, które nie do końca wpisują się w klasyczne schematy miłości. Opowieść o wierze w Boga i reinkarnacji. Miałam wrażenie, że autorka nie do końca wiedziała, o czym tak naprawdę chciała opowiedzieć. Być może dlatego ta historia zupełnie mnie nie przekonała, choć porusza temat winy oraz próby wybaczenia sobie i innym.
Małgorzata Matwij w swojej powieści porusza trudne tematy. Pokazuje, jak ciężkie może być życie człowieka, który zmaga się z przeszłością i problemami, które go przytłaczają. Autorka pokazuje też, jak ważni są inni ludzie, ktoś bliski, kto potrafi ukoić skołatane nerwy. Każdy z nas potrzebuje przyjaciela, który doradzi i wesprze, gdy tego potrzebujemy.
W tej historii najbardziej urzekło mnie to, jak autorka potrafi poruszyć serce i skłonić do zatrzymania się, spojrzenia na własne życie i zastanowienia się, jak wiele zależy od naszych wyborów. Pokazuje, że decyzje podjęte zbyt wcześnie mogą ciążyć przez lata, a ból i uczucia, które w nas zostają, trudno uciszyć. Szczególnie podobało mi się, jak Małgorzata Matwij prowadzi w głąb kobiecej duszy, ukazując jej żal, poczucie winy i tęsknotę, a jednocześnie subtelnie wplatając drobne iskierki nadziei, dzięki którym nawet w trudnych chwilach można dostrzec światło.
Ta historia podobno jest emocjonalna i poruszająca, ale najwyraźniej nie trafiła w mój gust. Nie poruszyła mnie tak, jak się spodziewałam, choć trudno odmówić jej pewnego uroku. Tym razem pomyliłam się w wyborze lektury, co zdarza mi się naprawdę rzadko. Książka nie jest zbyt gruba, a mimo to czytałam ją dość długo. Pomimo moich usilnych starań nie potrafiłam zaangażować się w fabułę, zżyć się z główną bohaterką, polubić ją ani jej współczuć. Czasami jej zachowania wydawały mi się absurdalne i nielogiczne. I nie tylko to. Niektóre przedstawione sytuacje również, jak ta w górach… cóż, właściwie nie wiedziałam, co o niej myśleć.
Mam także pewne zastrzeżenia do korekty tekstu. W niektórych miejscach odniosłam wrażenie, że ingerencja korektora była bardzo powierzchowna, choć nie obciąża to autorki żadną winą. Szczególnie na początku fabuły zdania zdają się ze sobą kłócić, jakby jedno opowiadało o otwieraniu drzwi, a drugie o ich zamykaniu, tworząc niezamierzoną sprzeczność, która wytrącała mnie z rytmu lektury.
W ogólnym rozrachunku 𝐵𝑖𝑙𝑎𝑟𝑑 𝑑𝑢𝑠𝑧 nie jest to zła powieść, choć nie do końca trafiła w mój gust. Jestem dojrzałym i wymagającym czytelnikiem, więc nie każda książka mnie przekonuje. Pomimo że opis i okładka budziły we mnie oczekiwanie silnych emocji, ta historia nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak się spodziewałam. Nie oznacza to jednak, że nie może spodobać się innym. W powieści można znaleźć odniesienia do wiary i życiowych decyzji, które rzutują na dalsze losy człowieka. Pokazuje też, że na zmiany nigdy nie jest za późno, bo to od nas zależy, czy pozwolimy, by krzywda z przeszłości nami rządziła, czy w końcu uwolnimy się od niej i zaczniemy naprawdę żyć.
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗠𝗶ę𝗱𝘇𝘆 ś𝘄𝗶𝗮𝘁ł𝗲𝗺 𝗮 𝗰𝗶𝗲𝗻𝗶𝗲𝗺
Małgorzata Matwij w 𝐵𝑖𝑙𝑎𝑟𝑑 𝑑𝑢𝑠𝑧 stworzyła opowieść, która zatrzymuje na chwilę i każe spojrzeć w głąb ludzkiego życia. To historia zwykłych, nieidealnych ludzi, przytłoczonych ciężarem codzienności, niewypowiedzianych słów i błędów przeszłości, których decyzje kształtują ścieżki prowadzące przez mrok własnego istnienia. Wśród tych...
Ostatnio:
2026-01-23
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗞𝗶𝗲𝗱𝘆 𝘄𝘀𝘇𝘆𝘀𝘁𝗸𝗼 𝘇𝗱𝗮𝗷𝗲 𝘀𝗶ę 𝗸𝗼ń𝗰𝘇𝘆ć
𝑍𝑎𝑛𝑖𝑚 𝑝𝑟𝑧𝑒𝑘𝑤𝑖𝑡𝑛ą 𝑤𝑖ś𝑛𝑖𝑒 to jedna z najpiękniejszych powieści, jakie przeczytałam w tym roku. To historia, która poruszyła mnie bardzo mocno, choć w sposób cichy i nienachalny. To książka, przy której trudno było mi powstrzymać łzy, a jednocześnie dała mi poczucie ukojenia i nadziei. Natalia Przeździk opowiada o chorobie, samotności i trudzie mierzenia się z własną słabością, ale też o dojrzewaniu do zmian i otwieraniu się na drugiego człowieka. W tej opowieści wszystko jest ulotne jak płatki wiśni na wietrze, a każda chwila potrafi zmienić więcej, niż mogłoby się wydawać. To smutna, a zarazem piękna książka o życiu, które nie zawsze jest sprawiedliwe, ale potrafi przynieść coś dobrego nawet wtedy, gdy wszystko zdaje się kończyć.
Hanna i Majka żyją w dziwnej symbiozie w domu na Podgórzu. Matka i córka funkcjonują w świecie, który same stworzyły, otoczone książkami, dobrą muzyką i aromatyczną herbatą. Hanna jest wyniosła i patrzy na wszystkich z góry. Ma swoje zasady, które uważa za słuszne, i konsekwentnie ich przestrzega, wymagając tego samego od swojej córki. Traktuje życie z pogardą, a każde niepowodzenie kwituje skrzywieniem ust. Majka natomiast ma łagodny charakter i skłonność do szukania w każdej sytuacji powodu do radości.
Były jak ogień i woda. Łączyły je tylko dwie rzeczy: miłość do kraju kwitnącej wiśni oraz mieszkanie na krakowskim Podgórzu, które zajmowały od prawie trzydziestu lat. Gdy mąż Hanny, ojciec Majki, porzucił je dla innej kobiety, Hanna postanowiła za nim nie tęsknić i tego samego nauczyła swoją córkę.
Majka była posłuszną córką. Choć nie rozumiała matki, nie potrafiła jej się sprzeciwić. Nawet gdy zaliczała życiowe wpadki, nie przyznawała się do nich, bo nie miała ochoty słuchać matczynych tyrad. Hanna zaś nie chciała w ich życiu żadnego mężczyzny. Boga też nie chciała, bo w Niego nie wierzyła. Miłość i to, co głosili panowie w czarnych sukienkach, uważała za pierdoły. W takim duchu wychowywała swoją córkę, która od wiary i świątyni trzymała się z daleka.
Choć Kraj Kwitnącej Wiśni fascynował je obie, pozostawał jedynie w sferze marzeń. Były nim zauroczone, ale nie zamierzały tam jechać, bo Hanna twierdziła, że marzenia są dla idiotów. Brało się to zapewne stąd, że obawiała się rozczarowania. Wyjazd mógłby okazać się nieporozumieniem, a one szły przez życie ostrożnie, nie oczekując zbyt wiele i nie ulegając skrajnym emocjom. Żyły więc marzeniami o dalekim kraju, pracując w miejscach, które nie miały nic wspólnego z ich pasją. Każdy dzień był podobny do poprzedniego. Hanna nawet szaro-burym strojem podkreślała swoje podejście do życia. Majka mimo wszystko bardzo kochała swoją mamę taką, jaka była, i starała się ją wspierać, jak tylko mogła, choć słów podziękowania nie mogła się po niej spodziewać.
Majka, osaczona przez matkę, nie zna świata zewnętrznego. Przeważnie wędruje pomiędzy pracą a domem, w którym wciąż wysłuchuje zgryźliwych komentarzy matki. W niej jednak tliło się jakieś światełko. Dzięki niej na podwórku wyrosło wiśniowe drzewko z pestek kwaśnych owoców, które kiedyś nie smakowały małej dziewczynce, a teraz, ku zdziwieniu Mai, polubiła je także jej mama. W życiu dziewczyny wszystko ulega zmianie, gdy podczas spaceru przypadkowo trafia do oryginalnej księgarni, w której znajduje nie tylko dobre lektury i wyśmienitą kawę, ale także człowieka, który, podobnie jak ona, jest wielbicielem wschodnich powieści. Odtąd Majka spędza w tym miejscu sporo czasu, a czytane książki pozwalają jej zrozumieć relacje, które łączą ją z matką.
Historia wiśniowego drzewka na podwórzu pokazuje, że nawet z czegoś niezbyt atrakcyjnego może powstać coś pięknego i wartościowego. Drzewko to jest swego rodzaju symbolem ulotności chwili, która mija niczym ludzkie życie, zanim całkowicie opadną płatki przekwitającej wiśni. Wydaje się nam, tak jak Hannie, że po nas nic nie pozostanie puste, że jesteśmy silni i damy radę, że nic nas nie złamie. A potem życie wystawia nam rachunek i nagle zdajemy sobie sprawę ze swojej bezsilności, z tego, jacy jesteśmy mali i bezradni. Nie ma bowiem większej wartości ani ważniejszych priorytetów niż nasze życie, a to, jak je przeżyjemy, zależy tylko od nas. Wbrew pozorom to my decydujemy, co po nas zostanie i jak zapiszemy się w pamięci naszych bliskich.
Hanna, zanim dowiedziała się, że jest poważnie chora, pogardzała Janeczką i jej chorą córką Kasią oraz bezdomnym Mieciem. Dla niej ci ludzie prowadzili bezwartościowe życie. W obliczu tego, co nieuniknione, nagle stwierdziła, że to ona nie doświadczała prawdziwego życia, a ci ludzie, mimo pozornego bezsensu, przeżywali je bardziej autentycznie niż ona. Nieoczekiwanie to właśnie oni stali się dla Hanny kimś bliskim i wyjątkowym.
Hanna myśli, że umrze z klasą, a w umieraniu nie ma ani klasy, ani romantyzmu. Nie ma własnych zasad. Nie potrafiłam polubić tej bohaterki, zwłaszcza w pierwszych rozdziałach, kiedy wydawała się wyniosła i trudna. Irytowała mnie jej zarozumiałość, buta i zadzieranie nosa. Ale życie uczy pokory, i tej pokory nauczyło także Hannę. W obliczu tego, co miało nadejść, nagle zaczęła dostrzegać innych ludzi i ich potrzeby: bezdomnego Mietka oraz mamę i jej niepełnosprawną córkę Kasię. To właśnie ci ludzie byli tuż obok, kiedy najbardziej potrzebowała pomocy, a nie córka, którą całe życie strofowała, bo w takim momencie postanowiła na swój pokręcony sposób ją chronić. Kochała Majkę i to nie ulegało wątpliwości, ale to ona podjęła decyzję za córkę, z góry zakładając, że Majka nie przejmie się jej chorobą.
𝑍𝑎𝑛𝑖𝑚 𝑝𝑟𝑧𝑒𝑘𝑤𝑖𝑡𝑛ą 𝑤𝑖ś𝑛𝑖𝑒 to nieśpieszna historia o tym, jak zmieniają się priorytety, gdy człowiek staje wobec tego, czego nie da się uniknąć. Choroba i nadchodzące zmiany uczą pokory. Nagle Hanna dostrzega wszystko w innym kontekście. Przestaje przeszkadzać jej to, co wcześniej wydawało się zbędne i nieważne, nawet ludzie, których życie wcześniej wydawało się Hannie bez sensu, jak bezdomny Miecio czy matka niepełnosprawnej Kasi. Oni żyli i mieli szansę korzystać z życia, a Hanna powoli odchodziła w bólu i samotności z wyboru, bo nie chciała przyznać się do swojej słabości przed córką. Gdy śmierć zajrzała jej w oczy, doceniła wszystko to, co odkładała na „później”. Życie mamy przecież jest tylko jedno i nigdy nie wiadomo, kiedy nadejdzie jego kres. Należy cieszyć się tym, co tu i teraz, nie odkładać na nie wiadomo kiedy, bo być może nigdy potem nie będzie już szansy, aby to zrobić.
𝑍𝑎𝑛𝑖𝑚 𝑝𝑟𝑧𝑒𝑘𝑤𝑖𝑡𝑛ą 𝑤𝑖ś𝑛𝑖𝑒 to przepięknie opowiedziana historia. Wydaje się, że matka nieodwracalnie swoim brakiem akceptacji wyrządziła Majce krzywdę, jednak poprzez kultywowanie Kraju Kwitnącej Wiśni oraz japońskich potraw w ich domu nieświadomie zaszczepiła w dziewczynie niezwykłą wrażliwość. Dla Majki wszystko się zmieni, a jej codzienność już nigdy nie będzie taka jak wcześniej. Na jej drodze pojawia się wrażliwy człowiek, bo los nie znosi pustki. Teraz będzie mogła zrealizować swoje marzenia i dzielić się z kimś swoimi wrażeniami. Wszystko jest piękne, ale jeszcze piękniejsze, gdy ogląda się to we dwójkę. Nie tylko radość jest podwójna, również wspomnienia można dzielić razem.
Choć autorka w posłowiu zarzeka się, że nie jest ekspertem od kultury Dalekiego Wschodu, to, jak sama przyznaje, łączy ją z jej twórcami podobna wrażliwość. Patrzenie na świat z uwagą, zauważanie detali oraz zachwyt nad opadającymi kwiatami wiśni. Czy autorce udało się zarazić mnie tym choć trochę? O tak, i to bardzo. Ta powieść potwierdziła, za co tak kocham prozę Natalii Przeździk: za tę jej uważność, empatię i czułość, z jaką pisze o swoich bohaterach, nawet tych niezbyt pozytywnych. Udowadnia, że nikt nie jest ani całkowicie zły, ani całkowicie dobry. Czasem okoliczności sprawiają, że jesteśmy tacy, a nie inni. Ale dla Stwórcy jesteśmy kimś najważniejszym i najpiękniejszym, i to On prowadzi nas swoimi ścieżkami, stawiając na naszej drodze właściwych ludzi, abyśmy podążali w stronę światła, a nie mroku, bo na dobre zmiany nigdy nie jest za późno.
To książka, która poruszyła mnie jak żadna inna, wycisnęła łzy, by na końcu na mojej twarzy mógł pojawić się uśmiech. To niezwykle smutna historia, a jednocześnie pełna światła. Niosąca w sobie ból i nadzieję, jakby oba te uczucia splatały się w jedno. Czytając, czułam, że to opowieść o pokorze wobec życia i jego kruchości. Zestawienie ciężaru choroby z subtelnym pięknem kwitnących wiśni budziło we mnie pragnienie, by mieć odwagę cieszyć się każdą chwilą, jakby była ostatnia. Pani Natalio, kłaniam się nisko przed Pani talentem pisarskim i dziękuję za tę niesamowicie wzruszającą historię.
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗞𝗶𝗲𝗱𝘆 𝘄𝘀𝘇𝘆𝘀𝘁𝗸𝗼 𝘇𝗱𝗮𝗷𝗲 𝘀𝗶ę 𝗸𝗼ń𝗰𝘇𝘆ć
𝑍𝑎𝑛𝑖𝑚 𝑝𝑟𝑧𝑒𝑘𝑤𝑖𝑡𝑛ą 𝑤𝑖ś𝑛𝑖𝑒 to jedna z najpiękniejszych powieści, jakie przeczytałam w tym roku. To historia, która poruszyła mnie bardzo mocno, choć w sposób cichy i nienachalny. To książka, przy której trudno było mi powstrzymać łzy, a jednocześnie dała mi poczucie ukojenia i nadziei. Natalia Przeździk opowiada o chorobie,...
Ostatnio:
2026-01-15
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗠𝗮ł𝗲 𝗴𝗲𝘀𝘁𝘆, 𝘄𝗶𝗲𝗹𝗸𝗮 𝗺𝗼𝗰
Są takie książki, które otwierają się jak drzwi do świata, w którym od razu czuję się u siebie. 𝑊𝑧𝑔ó𝑟𝑧𝑒 𝑎𝑛𝑖𝑜łó𝑤 Magdaleny Kordel to właśnie taka opowieść, ciepła i poruszająca, pełna ludzkich emocji, nadziei i drugich szans. Od pierwszych stron otuliła mnie spokojem, choć pod powierzchnią kryje się ból, tęsknota i pragnienie odnalezienia własnego miejsca w świecie. To historia, która przypomina, że nawet z najtrudniejszych doświadczeń może wyrosnąć coś dobrego, jeśli tylko pozwolimy sobie uwierzyć w ludzi i w dobro, które w nich mieszka. Opowieść Magdaleny Kordel emanuje ciepłem i emocjami, które poruszają najczulsze struny serca. Pokazuje, że każdy koniec otwiera drzwi do czegoś nowego i wartościowego, trzeba tylko odważyć się zrobić pierwszy krok. Czytałam ją z prawdziwą radością, a ciekawość sprawiała, że z każdą stroną coraz bardziej chciałam poznać zakończenie tej historii.
„Strony Strun” to lokal prowadzony przez ekscentryczną starszą panią, Lolę. Miejsce to pełni rolę kawiarni, księgarni i klubu jazzowego, a wkrótce połączy losy przypadkowych ludzi. To jesienne przytulisko na wszystkie pory roku, bo właśnie jesienią łatwiej oswaja się z rozpaczą. To miejsce wspomnień, tęsknoty za młodością i pociechy na wszelkie bolączki. Nie ma znaczenia, gdzie się znajduje, bo tak naprawdę to Lola jest jego sercem, azylem i lekarstwem na samotność. Miłość bywa czasem przereklamowana, lecz przyjaźń pozostaje uczuciem stałym i niezawodnym, któremu można w pełni zaufać. Lola jest człowiekiem dobrym i życzliwym, otwartym na wszystkich i gotowym dzielić się swoim dobrem.
Początkowo czułam lekkie zagubienie, gdy wszystkie postacie znalazły się w „Stronach Strun”. Nie byłam pewna, jaką rolę każda z nich odegra w tej historii i co je ze sobą łączy. Z czasem okazało się, że w pozornej przypadkowości kryje się głęboki sens. Aniela przyjeżdża do Warszawy po sprzedaży domu, w którym spędziła wiele lat swojego życia. To dla niej początek nowego rozdziału i próba odnalezienia siebie. Jagoda, uwikłana w toksyczny związek, szuka tu choćby chwili wytchnienia. Towarzyszy jej sześcioletni synek Staś, który każdego wieczoru prosi świętego Mikołaja o bezpieczny dom dla siebie i mamy. Martyna opuszcza Szydłów po tym, jak jej pazerny narzeczony nie pojawia się w urzędzie stanu cywilnego, a jego rodzice wyrzucają ją z pracy. Ucieka do Warszawy, licząc na spokój i anonimowość, i dzięki przyjacielowi Wiktorowi znajduje pracę w „Stronach Strun”, gdzie on sam odnalazł swoje bezpieczne miejsce. Rysiu, zakapior z warszawskiej Pragi o wyglądzie łobuza, ale ze złotym sercem, powtarza, że wszystko jest po coś. Każda z tych postaci niesie w sobie ciężar doświadczeń, ale też potrzebę miłości i nadziei. Aniela nie zdaje sobie jeszcze sprawy, jak bardzo jej przyjazd odmieni życie wielu ludzi, nie tylko jej samej.
𝑊𝑧𝑔ó𝑟𝑧𝑒 𝑎𝑛𝑖𝑜łó𝑤 to słodko-gorzka historia, raz smutna, raz zabawna, rozświetlona błyskotliwymi dialogami między Lolą a Anielą. Nie brakuje w niej odrobiny magii, bo choć to powieść świąteczna, jej przesłanie jest ponadczasowe. Każdy z nas ma swojego ziemskiego anioła, kogoś, kto pojawia się wtedy, gdy najbardziej go potrzebujemy. Aniela stała się aniołem dla wszystkich, podobnie jak Lola, i to w sposób zupełnie nieoczekiwany.
𝑊𝑧𝑔ó𝑟𝑧𝑒 𝑎𝑛𝑖𝑜łó𝑤 przedstawia ludzi, którzy pomagają innym nie z obowiązku, lecz z potrzeby serca. Każdy z nich działa inaczej, ale nie potrzebuje planu, by po prostu czynić dobro. To opowieść o tym, jak trudno być sprawiedliwym w świecie, w którym nie każdy ma równe szanse. Los często prowadzi nas w miejsca, których się nie spodziewamy, i stawia na naszej drodze ludzi, którzy pojawiają się niczym ciche anioły w chwilach największej potrzeby. Zbliżające się święta sprawiły, że nawet drobne spotkania nabrały wyjątkowego znaczenia, a to, co wydawało się niemożliwe, stało się realne.
Aniela, opuszczając starą willę, zdecydowała się rozpocząć nowy rozdział życia. Przyjechała do Warszawy, by spotkać się z Lolą, oddaną przyjaciółką i właścicielką niezwykłej kawiarni „Strony Strun”. To właśnie tu poznaje Jagodę i jej małego synka. Staś wyznaje Anieli, że każdego wieczoru prosi świętego Mikołaja o bezpieczny dom dla siebie i mamy. Dzięki Anieli i Loli Jagoda, która długo nie dopuszczała do siebie myśli o odejściu od oprawcy, w końcu podejmuje radykalne kroki, by ocalić syna. Niebagatelne znaczenie w tej historii ma również Rysiu, o którym autorka pisze, że trudno być kryształowym i trzymać się prawa, gdy nie ma się gdzie spać i co jeść.
𝑊𝑧𝑔ó𝑟𝑧𝑒 𝑎𝑛𝑖𝑜łó𝑤 to ciepła i pełna refleksji historia o tym, że zakończenie jednego etapu życia może otworzyć drogę do czegoś nowego. Akcja powieści zaczyna się we wrześniu, „miesiącu odnajdywania zagubionych dróg”, a lekkie nuty melancholii towarzyszą bohaterom stojącym przed ważnymi wyborami. Autorka uważnie obserwuje ich codzienne troski i decyzje, pokazując towarzyszące im emocje i potrzebę bliskości. A kończy się w grudniu, „w miesiącu krótkich dni, czasu łączenia starego z nowym”, gdy nadeszła Wigilia, nieśpiesznie i we właściwym czasie, a wszyscy zebrali się w domu, który stał się dla nich prawdziwym azylem.
𝑊𝑧𝑔ó𝑟𝑧𝑒 𝑎𝑛𝑖𝑜łó𝑤 to nie jest opowieść o wielkich cudach, lecz o małych gestach, które mają moc odmieniać codzienność. Magdalena Kordel przypomina, że prawdziwe anioły istnieją. To są ludzie, czasem zupełnie obcy, którzy wyciągają rękę, ofiarowując pomoc, dobre słowo i nadzieję. Ta książka to historia o miłości, przyjaźni i odwadze, które potrafią dodać siły i otuchy w najtrudniejszych momentach.
Autorka w subtelny sposób ukazuje, że więzi między kobietami mają ogromną moc, a zwykłe słowo, drobny gest czy sama obecność mogą zapoczątkować coś pozytywnego, a czasem całkowicie odmienić bieg wydarzeń. Ten motyw kobiecej solidarności i wzajemnego wsparcia zrobił na mnie ogromne wrażenie. Takich historii bardzo nam potrzeba. To nic, że Wigilia już dawno za nami, bo cuda mogą zdarzać się przez cały rok. Cudem jest człowiek, miłość i troska o innych. Magię świąt można zatrzymać w codzienności, w prostych gestach, wspólnym gotowaniu, przytuleniu, byciu ze sobą i dla siebie. W miłości.
𝐶𝑧ł𝑜𝑤𝑖𝑒𝑘 𝑝ł𝑎𝑐𝑧𝑒 𝑖 𝑟𝑜𝑧𝑝𝑎𝑐𝑧𝑎 𝑡𝑦𝑙𝑘𝑜 𝑤𝑡𝑒𝑑𝑦, 𝑘𝑖𝑒𝑑𝑦 𝑚𝑎 𝑗𝑒𝑠𝑧𝑐𝑧𝑒 𝑛𝑎𝑑𝑧𝑖𝑒𝑗ę. 𝐾𝑖𝑒𝑑𝑦 𝑛𝑖𝑒 𝑚𝑎 ż𝑎𝑑𝑛𝑒𝑗 𝑛𝑎𝑑𝑧𝑖𝑒𝑖, 𝑟𝑜𝑧𝑝𝑎𝑐𝑧 𝑝𝑟𝑧𝑦𝑏𝑖𝑒𝑟𝑎 𝑝𝑜𝑠𝑡𝑎ć 𝑠𝑡𝑟𝑎𝑠𝑧𝑙𝑖𝑤𝑒𝑔𝑜 𝑠𝑝𝑜𝑘𝑜𝑗𝑢.
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗠𝗮ł𝗲 𝗴𝗲𝘀𝘁𝘆, 𝘄𝗶𝗲𝗹𝗸𝗮 𝗺𝗼𝗰
Są takie książki, które otwierają się jak drzwi do świata, w którym od razu czuję się u siebie. 𝑊𝑧𝑔ó𝑟𝑧𝑒 𝑎𝑛𝑖𝑜łó𝑤 Magdaleny Kordel to właśnie taka opowieść, ciepła i poruszająca, pełna ludzkich emocji, nadziei i drugich szans. Od pierwszych stron otuliła mnie spokojem, choć pod powierzchnią kryje się ból, tęsknota i pragnienie...
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗪 𝗰𝗶𝗲𝗻𝗶𝘂 𝘄𝘆𝗯𝗼𝗿ó𝘄
Twórczość Danki Braun od lat budzi mój zachwyt. Książki autorki to dla mnie gwarancja emocji, wciągających historii i bohaterów, którzy żyją jeszcze po zakończeniu lektury. Danka Braun po raz kolejny udowodniła, że doskonale potrafi łączyć różne gatunki i zaskakiwać świetnie skonstruowaną fabułą. W swojej najnowszej powieści 𝑁𝑖𝑒𝑏𝑒𝑧𝑝𝑖𝑒𝑐𝑧𝑛𝑒 𝑝𝑟𝑎𝑔𝑛𝑖𝑒𝑛𝑖𝑎 autorka nie zapominała o postaciach, które pokochałam wcześniej. Z wielką radością odkrywałam znajome nazwiska przewijające się w tle tej historii. To nie tylko ukłon w stronę wiernych czytelników, ale też kolejny dowód na to, jak misternie autorka buduje swój literacki świat, spójny, wielowymiarowy i po prostu prawdziwy. Tytuł książki od samego początku wzbudził moją ciekawość i wywołał dreszcz emocji. Danka Braun powoli odsłaniała karty i budowała napięcie, wprowadzając w świat pełen niedopowiedzeń. Autorka pokazała, jak pozory potrafią mylić, a ludzkie uczucia mogą prowadzić zarówno do pięknych, jak i trudnych konsekwencji. Nic w tej historii nie jest oczywiste, a bohaterowie często stawali przed wyborami, które mogły odmienić ich życie. Każde spotkanie, każda rozmowa i każdy gest nabierały znaczenia, gdy przeszłość powoli przypominała o sobie. Ta historia rozwijała się stopniowo, napięcie rosło z każdą kolejną stroną, a zakończenie było dla mnie w pełni satysfakcjonujące. Każdy otrzymuje to, na co zasłużył, choć nie zawsze odpowiadało to jego wyobrażeniom, ale za to zgodnie z tym, czego sama oczekiwałam.
Iza Orłowska tak bardzo pragnie zostać matką, że w tym pragnieniu powoli zatraca swój związek i relacje nie tylko z mężem, ale także z innymi. Stała się nerwowa, impulsywna i niemiła. Z radosnej młodej kobiety przemieniła się w złośliwą zołzę. Johan, jej mąż, chce uszczęśliwić Izę za wszelką cenę, choć ma już dość jej starań o potomka. W swojej obsesji Iza zupełnie zatraciła granice zdrowego rozsądku, a wizja posiadania dziecka przysłania jej logiczne myślenie. Zamiast zwrócić się o pomoc do swojego ojca, który jest lekarzem, robi wszystko, by ukryć, jak bardzo pragnie zostać matką. Bycie macochą dla syna męża nie zaspokaja jej pragnienia macierzyństwa.
Niespodziewanie para wyjeżdża do Berlina, by wrócić z niesamowitą wiadomością. Iza spodziewa się dziecka. Przywożą ze sobą nianię, Jewę Bojko, która od razu zwraca uwagę wszystkich swoim atrakcyjnym wyglądem. Rodzina Izy dostrzega w tym zagrożenie dla jej małżeństwa, lecz ona nie przyjmuje tych argumentów do wiadomości. Jewa nie wydaje się szczera, a jej obecność budzi niepokój wszystkich. Mają wrażenie, że przyjechała tu, by zaznać lepszego życia i zrobi wszystko, by to pragnienie spełnić. Pewnego dnia Jewa zostaje znaleziona martwa w mieszkaniu, a Iza traci ciążę. Dodatkowo znika Eryk, ukochany wnuk dziadka. Rozpętuje się rodzinne piekło, bo nastolatek był ostatnią osobą, która prawdopodobnie widziała Jewę żywą. Czyżby to on ją zamordował i dlatego uciekł?
Sporo w tej powieści postaci, ale dla każdego, kto pilnie śledzi losy rodziny Orłowskich, jak ja, z łatwością rozpozna postaci, które pojawiały się w poprzednich książkach Danki Braun. Książkę można oczywiście czytać niezależnie, ale to ogromna przyjemność móc ponownie spotkać bohaterów, których doskonale się zna. Podobało mi się, jak autorka sprawnie snuła tę historię, przy okazji poruszając problemy natury moralnej oraz dotyczące wychowywania współczesnych nastolatków.
Moim zdaniem największe znaczenie dla historii ma postać Eryka, nastoletniego wnuka Roberta Orłowskiego. Chłopak jest wyrośnięty i wysportowany, lecz jeśli chodzi o wiedzę i inteligencję, nie jest u niego najlepiej. Lubi grać pierwsze skrzypce i jest oczkiem w głowie swojego „dziadziusia”, który wciąż rozwiązuje jego problemy i wyciąga go z kłopotów, w które chłopak regularnie się pakuje. Gdy niefrasobliwość nastolatka w końcu przekracza cierpliwość dziadka, ten pod wpływem emocji mówi Erykowi, że nigdy więcej mu nie pomoże. Robert wypowiedział te słowa w złej chwili i gdy chłopak naprawdę wpada w ogromne tarapaty, ze strachu przed gniewem dziadka ucieka z domu.
Eryk to tak naprawdę piętnastoletnie dziecko, które ciągle wikła się w niełatwe sytuacje. Po kolejnym szczeniackim wyczynie, gdy dziadek zapowiada mu brak wsparcia przy kolejnej aferze, gna przed siebie na oślep, bojąc się jego reakcji. Historia ta dobitnie pokazuje, że nie jest dobrze, gdy rodzice scedują odpowiedzialność za wychowywanie dzieci na dziadków, bo to rodzice powinni być autorytetem dla dzieci, a nie dziadkowie. Dziadkowie nie są od wychowywania wnuków, mogą jedynie wspomagać swoje dzieci w tym zadaniu. Zaburzenie priorytetów w życiu nastolatka nie prowadzi do niczego dobrego.
Dziadkowie wychowali już swoje dzieci i po latach nie powinni ponownie wcielać się w rolę rodzica. Robert faworyzuje Eryka, ale ma też duże oczekiwania wobec niego. Tymczasem Eryk i Kamil są jak ogień i woda. Ciągle łobuzujący Eryk kontrastuje z Kamilem, który mógłby być wzorem dla innych nastolatków. Jest empatyczny i dobrze się uczy. Wychowali się w tej samej rodzinie, mieli te same wzorce, a mimo to zachowują się zupełnie inaczej.
Danka Braun porusza również problem dotyczący Ukrainy, pokazując, jak wykorzystuje się naiwność ludzi, którzy pragną mieć dziecko za wszelką cenę, tak jak Iza. Za ogromne pieniądze oferuje się zdesperowanym rodzicom dziecko. Okoliczności, które opisuje autorka, mają jeszcze dość łagodny wydźwięk, bo o handlu dziećmi w tym kraju czytałam już wcześniej. Handel dziećmi na Ukrainie to realny problem, który nasilił się zwłaszcza w obliczu trwającej wojny, stwarzając ogromne zagrożenie dla uchodźców i osób wewnętrznie przesiedlonych. Przed wojną i w jej trakcie ujawniano przypadki handlu noworodkami, często pod pretekstem legalnego macierzyństwa zastępczego w prywatnych klinikach. Ten proceder wydaje się przerażający, gdy własne dzieci stają się towarem, który można sprzedać.
Całą historię poznałam dzięki narratorowi, który wnikał w myśli bohaterów i subtelnie prowadził mnie przez kolejne wydarzenia, a upływ czasu był jedynie delikatnie wyczuwalny. Autorka nakreśliła portrety trzech kobiet, z których każda kieruje się własnymi, czasem desperackimi pragnieniami, które całkowicie pochłaniają ich uwagę. Doskonale pokazała, że im mocniej czegoś pragniemy, tym trudniej to osiągnąć, a lęki często przychodzą z jeszcze większą siłą.
Choć cała opowieść to fikcja literacka, zawiera momenty, które wydają się autentyczne i mogłyby wydarzyć się w rzeczywistości. Choć 𝑁𝑖𝑒𝑏𝑒𝑧𝑝𝑖𝑒𝑐𝑧𝑛𝑒 𝑝𝑟𝑎𝑔𝑛𝑖𝑒𝑛𝑖𝑎 określane są jako romans, w powieści nie brakuje wątków kryminalnych. Pojawia się morderstwo, śledztwo i stopniowe odkrywanie tajemnic. Fabuła rozwija się dynamicznie, a akcja toczy się w różnych zakątkach Polski, a nawet poza jej granicami, co nadaje historii rozmachu i sprawia, że trudno oderwać się od lektury.
Danka Braun powoli snuła swoją historię, z wyczuciem budując napięcie i poczucie niepewności. Już od pierwszych stron czułam, że pod pozornie zwyczajnym życiem bohaterów kryją się ukryte emocje i tajemnice, a relacje między ludźmi są bardziej skomplikowane, ich uczucia nie zawsze prowadzą w dobrą stronę. Autorka pokazała, jak cienka jest granica między fascynacją a obsesją, między zauroczeniem a decyzjami, które mogą wszystko zmienić. To opowieść o desperacji, która nie pozostaje bez wpływu na otoczenie, i o kobiecie, której pragnienie zostania matką jest tak silne, że zaczyna zacierać granice moralności.
Moją uwagę w tej powieści przyciągali bohaterowie, zarówno ci grający główne role, jak i pozostali. Nie byli idealni, nie zawsze podejmowali właściwe decyzje i często kierowali się emocjami zamiast rozsądkiem. To jednak sprawiało, że wydawali mi się prawdziwi i bliscy. Autorka z dużą wrażliwością pokazała ich wewnętrzne rozterki, pragnienia i lęki, dzięki czemu historia stała się dla mnie bardziej przekonująca i sugestywna. Ich wybory budziły moją ciekawość, ale też niepokój, ponieważ szybko wyczułam, że każde kolejne wydarzenie prowadziło do nieodwracalnych zmian.
𝑁𝑖𝑒𝑏𝑒𝑧𝑝𝑖𝑒𝑐𝑧𝑛𝑒 𝑝𝑟𝑎𝑔𝑛𝑖𝑒𝑛𝑖𝑎 to przede wszystkim opowieść o samotności, potrzebie bliskości i o tym, jak łatwo można zgubić się we własnych uczuciach. Autorka pokazuje, że czasem to nie same wydarzenia, lecz emocje mają największą moc i potrafią przejąć kontrolę nad życiem. W tej opowieści nie ma łatwych odpowiedzi ani prostych ocen. Jest za to przestrzeń do zastanowienia się nad tym, ile jesteśmy w stanie poświęcić dla pragnień, które wydają się silniejsze od rozsądku.
Danka Braun stworzyła opowieść pełną napięcia, a zarazem bliską i prawdziwą, w której każdy z bohaterów nosi w sobie pragnienia, które mogą dawać siłę, lecz jednocześnie stwarzać zagrożenie.
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗪 𝗰𝗶𝗲𝗻𝗶𝘂 𝘄𝘆𝗯𝗼𝗿ó𝘄
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTwórczość Danki Braun od lat budzi mój zachwyt. Książki autorki to dla mnie gwarancja emocji, wciągających historii i bohaterów, którzy żyją jeszcze po zakończeniu lektury. Danka Braun po raz kolejny udowodniła, że doskonale potrafi łączyć różne gatunki i zaskakiwać świetnie skonstruowaną fabułą. W swojej najnowszej powieści 𝑁𝑖𝑒𝑏𝑒𝑧𝑝𝑖𝑒𝑐𝑧𝑛𝑒...